Wstęp
Kochany czytelniku tej książki, choć nie widzę twoich oczu, nie znam twojego życia, pragnę obdarzyć cię modlitwą, która zbliży nas do siebie, połączy w Jezusie Chrystusie.
Jak wielu z was, tak i ja, dojrzewamy duchowo na drodze do Boga. Szukamy akceptacji wydarzeń w naszym życiu, szukamy miłości, której możemy zaufać. Nasze wnętrze, serce, dusza jest jak piękny dom, którego strzegą zamknięte drzwi. Jesteśmy nierzadko tajemnicą dla siebie … ale nie dla Boga. U tych drzwi stoi blisko nasz Pan, Jezus. Cierpliwie czeka byśmy Mu pozwolili być gościem w naszym domu. Pragnie spotkania z nami w intymnym zbliżeniu, pragnie dotknąć nas Swoją Miłością. Jeśli zapragniemy takiego spotkania, poddamy się ciszy kontemplacji, otworzymy Mu nasze drzwi, doznamy wielu uniesień, pięknych myśli, a nawet pouczeń. Możemy usłyszeć w sercu słowa, które nas zadziwią. Tak właśnie powstawały moje wiersze. Kiedy Jezus staje się stałym gościem w naszym domu, zmienia się nasze życie, łagodnieje i napełnia się pokojem nasza ludzka natura. Poczucie humoru, serdeczność wobec ludzi i wyrozumiałość dziwnie wzrasta. Mamy pragnienie codziennego obcowania z Panem na mszy świętej, oddawania Mu czci w Adoracji, pielgrzymowania do miejsc świętych. Jezus staje się żywym Przyjacielem, rozmawiamy z Nim i słyszymy Go lub zostajemy obdarzeni pięknymi obrazami. Odpowiadamy na Jego Miłość, własną miłością, może nie doskonałą, wahającą się, ale to On, Bóg ją uszlachetni, nauczy modlitwy, jakiej dotąd nie znaliśmy. W swoim „Dzienniczku”, siostra Faustyna napisała tak o swoim spotkaniu z Bogiem: szczęście i radość, jaka udzieliła się duszy mojej, jest nie do opisania, nie mogę tego napisać słowami, co jest bez słów …
Książka ta powstała z miłości i pragnę podzielić się tą miłością z tobą, czytelniku. I choćby jeden wiersz, jedna myśl sprawiła, że zapragniesz takiego spotkania w modlitwie, będę Bogu wdzięczna za ten dar.
Świat wypisuje nam metryki, zawarta w nich jest długość naszego życia i tak też jesteśmy oceniani: stary, młody, dziecko.
Kiedy jednak sięgamy wstecz naszego pielgrzymowania na tej ziemi, okazuje się, że pamiętamy tylko chwile – ten jasny błysk naszej duszy, kiedy zapala się światełko doznań ponadprzeciętnych. Mogą to być chwile iluminacji w modlitwie, tajemnicze obrazy ze snów, rozmowy z Aniołem Stróżem? Bogiem? Świętymi? Podczas Adoracji Najświętszego Sakramentu, mszy, zapatrzenia w obraz.
To właśnie te chwile, momenty, jak złota nić łączą nasze szare dni.
Szare dni, lata, to nasza metryka z tego świata. Czasem zabłyśnie w nich radość, a czasem cierpienie wbije mocny cierń. Wątpliwości, niepokój, ambicje, strach – wiele uczuć zabarwia codzienność.
Owa złota nić pięknych chwil, nazwanych przeze mnie „spotkaniem w modlitwie” nadaje sens naszemu życiu, pozwala je pokochać, żyć nadzieją, że kiedyś... za dzień, miesiąc, rok, będzie mi dane ponowne „spotkanie w modlitwie”, owa chwila iluminacji, w której otrzymujemy dar „opisania” słowem, obrazem, muzyką tego, co łączy nas z Bogiem.
To „spotkanie” ma bardzo intymny wymiar, tylko „ty i Bóg”; każdy z nas otrzymuje taką złotą nić, hojnie z nieba zsyłaną. Trzeba tylko wyjść temu „spotkaniu” naprzeciw i nie zmarnować łaski sięgnięcia po nią.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------ Kaplica Małych Dusz w Chevremont - Belgia (Centrum Małych Dusz - gdzie żyjąca jeszcze Małgorzata - lat 90 - napisała kilka tomów: „Orędzie Miłosiernej Miłości do Małych Dusz")
Jestem w grupie pielgrzymującej na mszy w Chevremont z udziałem Małgorzaty. Jest to moje pierwsze spotkanie z Jezusem w tym niezwykłym miejscu. Proszę Go więc o zdjęcie ze mnie lub „wygładzenie" krzyża (związane jest to ze śmiercią bliskich mi osób), który niosę. Słyszę wówczas łagodny głos: „Jeśli wygładzę ci ten krzyż, to będzie ciągle spadał z twoich ramion. Krzyż chropowaty, z drzazgami, lepiej utrzyma się na ramionach i nie będziesz go musiała zarzucać ciągle od nowa". Zrozumiałam ten przekaz jako pogodzenie się z krzyżem, który noszę. Bo gdyby Jezus zrealizował moją prośbę, to znaczyłoby, że musiałabym ciągle pochylać się i podnosić go na nowo, żeby ten krzyż - cierpienie ponieść.
Spotkanie
Spotkałam Cię Jezu, w Chevremont
Wyrzeźbionego w drewnie
Z rękami spętanymi sznurem
Syn Boga - Dar dla Świata
Świat odarł Cię z szat
Cierniem ukoronował, ubiczował
I oddał ... Bogu
W cichej procesji w krypcie klasztoru
Podchodzimy do Ciebie Jezu
Całujemy Twe ręce, nogi
Wybielałe już od naszego dotyku
Czekasz
Cierpliwy
Miłosierny
Kto zdejmie pęta z Twych rąk?
Kto podejmie cierpienie, bez jęku?
Tak mało świętych wśród nas, Panie.
Lęk
Postawiłam stopy na lęku
W zwykły dzień, ani słoneczny, ani deszczowy
Zaskoczył mnie
Chwycił serce, spętał strachem
Krzyknęła głośno:
Samotność
Wina
Krzyknął grzech
Poczułam siłę zła
Moc nad słabością tych, co
Świat ziemski czynią Bogiem
Dają się mu uwieść
Odrzucili egzorcyzm modlitwy
Sznur złocisty zrzucił Archanioł z nieba
Złapałam go
Michale Archaniele strzeż nas w walce ...
Diabelski śmiech ustał
Nie na zawsze
Wiem, że wróci
Poznałam go w moim Ogrójcu
Nie mogę udawać, że go nie znam.
Medytacja. Istnieją trzy fazy modlitwy: słowna, uczuciowa i taka, podczas której odczuwasz moment iluminacji, odpływasz od rzeczywistości, jesteś jakby w innym świecie, jasnym (trwa to bardzo krótko, kilka sekund). Z tego maleńkiego olśnienia czerpie się ogromną moc, siłę, większą niż z innych modlitw.
Modlitwa
Patrzę na Ciebie Boże, przez kraty
Moich grzechów
A może krzyży?
Modlitwą próbuję je wyłamać
Aby dosięgnąć promienia
Twojego Miłosierdzia
Wiarę moją nastawiam
Jak budzik
Aby dała znać w godzinie ciemności
Układam w stos moje słabości
Przed konfesjonałem Twojego sługi
Wybacz Panie
Daj nadzieję, że Twoja miłość
Rozerwie moje kraty
Przemówi...
Przez KOGOŚ, ANIOŁA, ŚWIĘTEGO
I obym nie przegapiła tej chwili.
W czasie odmawiania różańca w domu nie odczuwam należytego skupienia i „wnoszę" skargę na siebie do Matki Bożej. Jak modlić się? W tym samym czasie pojawia się wizja: Matka Boża siedzi w ogrodzie pełnym kwiatów, ma niebieską suknię z welonem, różaniec w ręku. Siedzi w środku klombu na podwyższeniu, wokół niej, jakby w kształcie różańca przeróżne kwiaty, barwy ich są bardzo zdecydowane. Odtąd zawsze odwołuję się do tego obrazu.
Siostra
Miałaby Twoje oczy, Twój uśmiech
A może nawet szary habit Urszulanki
Byłaby mi drabiną do nieba
Dobrocią w chwilach zwątpienia
Ręką, która podaje zawsze upragnione okruchy
Jak wróblowi, który mało pragnie
Ale ciągle szuka pokarmu
Odwiedzałabym Cię w czystych korytarzach klasztoru
Gdzie promienie słońca przecinają okna
Aby w końcu położyć się na podłodze
Mówiłabyś mi co dobre, a co złe
Nigdy szare albo obojętne
Ciebie przecież Bóg szczególnie umiłował
Zdradzałabyś mi Jego tajemnice
Leczyłabyś ślepotę codziennego dnia
Zapakowałabyś moją dużą złość w maleńki pakunek
Nie musiałabyś mnie kochać
Jak człowiek człowieka
Siostra siostrę ...
Wiem przecież KTO dla Ciebie jest najważniejszy
Wystarczyłoby mi, że jesteś, żyjesz, pamiętasz o mnie
Siostro Urszulo Ledóchowska ...
Obory. Ceremonia o uzdrowienie ciała i duszy. Stoję przed kościołem, odbywa się błogosławieństwo krzyżem. Ks. P. Męczyński jest w kościele, niesie krzyż przez środek kościoła i błogosławi. Nagle czuję jak otacza mnie czerwone promieniowanie w kształcie owalu, czuję gorąco, niedowierzam temu, co się dzieje: Przecież nie widzę księdza z krzyżem, skąd to uczucie? I wtedy zobaczyłam krzyż (przy zamkniętych oczach) - na ciemnym krzyżu był Chrystus, na piersi Jego krew, przepasany był bardzo białą szatą, zdziwiłam się, że przy takiej męce, ta szata była nieskazitelnie biała. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że księdza z krzyżem jeszcze nie było na zewnątrz. Pomyślałam, „dlaczego ja to wszystko czuję i widzę blisko, a księdza z krzyżem jeszcze nie ma"? Usłyszałam trochę zabawny głos: „A jak myślisz, czy Ja idę za księdzem, czy ksiądz idzie za Mną?" (Odczułam to jako pewną ironię, ale życzliwą, jak do dziecka).
Znaki
Po drogach idę poplątanych
Znaków szukając świętych
Dla codzienności - zrozumiałych
Labirynt cierpień, radości przelotnych
Mapę mą znaczą, jak skały
Wzrok wznoszę ku wieżom strzelistym
Na mury kościoła wspiąć bym się chciała
Znajdę tam może Anioła Wielkiego
On wstęgę świetlistą rozwinie
Drogę mi wskaże, do Boga, jedyną
I nie pomylę się, nigdy
Ku ziemi jednak dusza ma wraca
Tam Bóg wyznaczył nam dróżki
Pochyl się nisko, Anioł powiedział
Poszukaj znaków ci bliskich
Popatrz, obok staruszka przechodzi
Posłuchaj, co szepcze cichutko
I słucham, bo Anioł tak mi nakazał
Kobiety kroczącej z trudem
Wiek swój wspierając na lasce drewnianej
Szeptała: Ufam Ci Jezu, ufam, wierzę Ci Panie.
Medjugorie, Adoracja. Słyszę głos: „Adoruj moją ludzką naturę, która pokazuje słabość człowieka i jego cierpienie i pomagaj ludzkiemu cierpieniu.
Widzę Chrystusa na ciemnym krzyżu, Chrystus jest pokryty brązową patyną, słyszę: „Schodzę do ciebie z krzyża, Jestem przy tobie, ale gdy grzeszysz, na nowo wracam na krzyż”.
Kilka dni później jesteśmy w Częstochowie.
Stoję przed obrazem tuż za kratami i patrzę na obraz i ze zdziwieniem stwierdzam, że widzę twarz Chrystusa i potem mówię do siebie: „Przyszłam do Ciebie Maryjo, a widzę twarz Chrystusa. Słyszę odpowiedź: „Bo nas jest teraz dwoje na Jasnej Górze".
W nocy w czasie snu dziwię się, że nie widzę ciała tylko samą głowę Jezusa z czarnymi cierniami w koronie. Jezus odpowiada, że są to stare grzechy, stale powtarzające się. Obok cierni starych, dostrzegam nowy, jakby żywy cierń. Pytam, co to za dziwny cierń, Chrystus odpowiada, że to są nowe, świeże grzechy, które każdy dodaje do korony cierniowej.
Przerwane milczenie
Krzyż drewniany z Jezusem i obraz Maryi
Tradycją przodków przybite do ściany
Modlitwy obok nich, jak ptaki ulatują
Pośpieszne, częściej zapomniane
A czas płynie
Krzyż milczy, jak w muzeum obraz
Bez miłości obserwowany...
I trzeba grzmotu bólem powalającego
Karmiącego cierpieniem jak chleb powszedni
Aby wreszcie uklęknąć
Przed krzyżem
Przybitym do własnej ściany
Głowę unieść do obrazu Maryi
Zakurzonego już zapomnieniem
I błagać Jezusa, tak dotąd niemego
Na cud czekać, czas święty
Gdy on zechce przemówić...
Do cierpienia twego.
Obory (Wieczernik). Podczas medytacji przed obrazem Matki Boskiej Bolesnej z Obór ujrzałam otwarte drzwi, były wysokie. Mógł przez nie przejść tylko jeden człowiek. W myślach zadawałam sobie pytanie. Co to oznacza? Usłyszałam odpowiedź, że są takie sanktuaria, w których ludzie otrzymują łaskę bezpośredniego obcowania z Jezusem, Maryją. Tam trwa jak gdyby 24-godzinne „czuwanie" Matki Bożej. Mam wrażenie, że są pewne ukochane przez Nią miejsca, w których nasza modlitwa jest „odbierana" natychmiast.
Rana
Przyglądam się jej
Czasem pudruję zapomnieniem
Maluję szminką małych radości
Aby nikt jej nie zobaczył
Nie pytał:
Skąd masz tę ranę?
Ale wieczorem, w nocy
Gdy kładę się spać
Już bez wymyślnego makijażu
Ja i moja rana, towarzyszka życia
Patrzymy sobie w oczy
I choć ona stała się już blizną
Ku pamięci ...
Jak krzyż odciśnięty
Mówię jej:
Przyjaciółko zesłana, nie wybrana
Sprawiasz, iż
Boleśniej, mocniej świat czuję
Rozpoznaję ludzi zakrywających swe blizny
Ale nie pytam:
Skąd masz tę ranę?
Wiem, że to Boża Tajemnica.
Kiedy jestem w Borzęcinie pod Warszawą, w czasie nabożeństwa przychodzi mi myśl, że niektóre kościoły mają piękną oprawę, a niektóre są bardzo prowincjonalne, ludzie mają pretensję, że msza nie jest uroczysta, podniosła, atrakcyjna i wtedy usłyszałam pytanie: „Czy list miłosny napisany na szarym papierze w kratkę jest gorszy od listu pisanego na papierze kredowym?" Zrozumiałam, że musimy zwracać uwagę na istotę mszy św. a nie na wystrój, oprawę. Może jesteśmy jak dzieci, które potrzebują atrakcji? „Kolorowego cukierka"?
Nauka o wierze
W pewnym skromnym kościółku
Ksiądz kazanie głosił
O istocie wiary i Bogu Najwyższym
Za plecami księdza, krzyż z Jezusem wisiał
Przed księdzem, wierni, bardzo zasłuchani
Kiedy Ciało Jezusa wysoko unosił
I kielich złoty z krwią Jego
Wierni w duchu wyznali, mocno, szczerze
A ja z nimi ...
Wierzę Ci Jezu, ufam, wierzę ...
Była tam starsza pani
Był pan o kulach, z chorymi nogami
Rozbiegane dziecko, para młodych ludzi
Zasmucona kobieta z pełnych łez oczami
I dziewczynka z blond warkoczykami
Gdy msza się zakończyła
Ksiądz błogosławieństwo przesłał, na drogę, na życie
I ludzie zaczęli wychodzić
Aby żyć tym życiem i tą wiarą
Co ksiądz im do serca przekazał
I raptem przy wyjściu, pan o kulach się potknął
O panią, co uklękła przy wyjściowych schodkach
Nie było tam poręczy, więc mocno się zachwiał
Wdrapując z trudem na kolejny schodek
Były przykre słowa ... i złość wielka, przy święconej wodzie
Gdy kościelny, po mszy drzwi wielkie zamykał
Cisza w kościółku zapadła, nawet zegar nie tykał
Pan Jezus pozostał, wielce zamyślony
Jak ksiądz ma nauczać? I jakimi słowy?
Aby nikt się nie potknął, jak ów człowiek chromy
Banneux, Belgia - Kaplica Świętego Krzyża. W czasie medytacji - adoracji po pół godzinie zapytałam Chrystusa: byliśmy w Chevremont na mszy i nic mi nie powiedziałeś, Chryste? – Usłyszałam: „Ja jestem w każdym miejscu i mówię do ciebie w każdym miejscu gdzie jesteś". Zapytałam: czemu Jesteś smutny na tym krzyżu, Jezu? Usłyszałam w odpowiedzi: nie jestem smutny, bo zmartwychwstałem i żyję wśród was. Błogosławię każdego po kolei. Nadal „idę" w drodze krzyżowej. Podchodzę do człowieka, a on opluwa mnie. Podchodzę do drugiego, a on krzyżuje mnie. Ale są też i tacy, jak Szymon i Weronika. Stoję przed każdym, w swoich czternastu stacjach. Czasami wielokrotnie wracam do tego samego człowieka, i mam nadzieję, że ten człowiek przyjmie mnie, nawet w chwili swojego konania. Do samego końca życia, człowiek ma szansę, aby być zbawionym. Chrystus skarży się: „Zimno mi tu i ciemno". Tyle ludzi Cię tu odwiedza, dziwię się! – „Więcej czasu spędzają na kupowaniu niż adorowaniu Mnie!" - słyszę odpowiedź.
Chrystus przychodzi
Chrystus przychodzi do mnie w ciszy
Patrząc na moje puste dłonie
Samotność moja ... i Jego
Co Ci dam Gościu - pytam
I odwracam wzrok ze wstydem
Potrzymaj mój krzyż, szepcze
Choćby przez chwilę ...
Chrystus przychodzi do mnie w radości
Gdy zapominam o świecie niebezpiecznym
Patrzy wtedy ciekawie
Jak człowiek, który ... czeka
Poprawia ciernie na koronie
Ociera krople potu i krwi
Podziel się, mówi cichutko, twoją radością
Chrystus przychodzi do mnie w ciemności
Gdy zaszyta w kącie diabelskich oskarżeń
Myślę, że warta jestem - nic
Szuka mnie w atramentowym mroku
Stawiając kroki po perełkach różańca
Trafia do mnie po zapachu bólu
Podaj rękę - Jestem, słyszę
Chrystus przychodzi do mnie, gdy już
Rąk nie wyciągam, ani po ciszę, ani radość, ani ciemność
Zostawiam Mu miejsce w sercu
Na wspólną modlitwę, na kapłana z Eucharystią
Na czyjeś oczy, obrazy święte
Gościem bądź, mówię, codziennym
Czuwaj, odpoczywaj - uśmiecha się
Matka
Kiedy żyła, była pokarmem i dobrym słowem
Rękami i bezpieczeństwem
Murem przeciw złości świata
Lękiem o los dzieci
Obroną przed grzechami
Modlitwą błagalną i różańcem
Ofiarowaniem Archaniołom własnych krzyży
Aby ponieśli je ... zamiast
Jako okup, pokutę, dar
Dla dziecka, za dziecko
O miłosierdzie ...
Idź już do Boga, Matko, powiedział św. Piotr
Ofiara Twojego Czasu, spełniona
Zbierz swoje odpusty, modlitwy, miłości
Zapakuj w żałobny tren i powędruj
Dalej, wyżej
Dusza twoja pragnie już odpocznienia
Tam błagaj o miłosierdzie
Przytulona już do Żywego Krzyża Chrystusa
Nie jestem pewna, czy to był sen, czy byłam w stanie czuwania, usłyszałam głos, który powiedział mi trzy wspaniałe wiersze. Myślałam, że je zapamiętam, bo były takie proste i piękne i powiedziałam, że te wiersze przypominają mi poezję księdza Twardowskiego. Usłyszałam w odpowiedzi: „To bądź takim Twardowskim w spódnicy". Niestety rano, mogłam tylko odtworzyć jeden wiersz, chociaż częściowo pamiętałam drugi, pod tytułem „Testament". Pierwszy był o przyrodzie - porównanie duszy z przyrodą - jak ptak, jak deszcz, który obmywa. Drugi to „Testament". I trzeci, który zapamiętałam to „Droga". Przekaz był w formie inscenizacji - słychać głos aktora, a na ekranie widać obraz - widziałam siebie idącą tunelem i dochodziły do mnie słowa:
Droga
Idę długim korytarzem
Gdzie mrok pokrywa nawet moje nogi
Rękami wilgotny mur dotykam
Jak długo?
Kto da sił moim rękom
Nawet echa tu nie ma za towarzysza
Może nadepnę na nadzieję?
Podniosę ją do ust
Upiję się nią
Muszę iść!
Podpisałam kontrakt na tę podróż
Pieczęcią Bóg go opatrzył
Więc idę
Może spotkam Ciebie?
Koniecznie chciałam sobie przypomnieć pierwszy wiersz, który dwa dni wcześniej w nocy ktoś mi powiedział i poprosiłam św. Urszulę Ledóchowską o pomoc, wówczas zaczęły pojawiać się słowa.
Testament
Stanął przede mną Anioł, we śnie
Nakazał: zrób testament
Nie mam majątku - targowałam się z nim
Klatka w szarym bloku
Jakiś pokój za miastem, stare meble...
Kto to zechce?
Pomyśl, szumem skrzydeł nakazał milczenie
Zebrałam więc uczucia w obrazy
Pokroiłam serce na kawałki, które dawałam innym
Czasem wzięli, czasem oddali...
Bez podziękowania
Za małe były?
Zebrałam słowa miłości o ludziach, których życie opisywałam
Trochę modlitwy, świętych obrazów, pielgrzymek
Rozmowy z przyjaciółmi, rodziną
Lęki, grzechy, pokuty
Msze ofiarowane ze żywych i zmarłych
Pytania do Boga, te bez odpowiedzi
I te, których odpowiedzi nie pamiętam
Ale wiem, że są Miłością
Anioł rozsiadł się, podparł głowę skrzydłami, uśmiechnął się
Pisz dalej, powiedział
A ja się zdrzemnę...
Testament II
Skrzydłem poruszył uśpiony Anioł,
Drzemkę zakończył i ... spojrzał na mnie
Wzbudził niepokój, a w duszy pytanie
Co mój testament przemilczał, Panie?
Miesiące modlitw i szepty Anioła
Ledwo słyszalne ... zapominane
Jak trudno, Boże, przebić się słowu
Stróża naszego, w codziennym bałaganie
A może głusi jesteśmy z wyboru?
Bo łatwiej usłyszeć hałas, niż ciszę?
Drzemką swą Anioł chciał coś powiedzieć
Co najważniejsze jest w moim życiu?
Jak mam spisywać ziemski testament?
A może tylko błagalną prośbę?
Do tych, co serce me pokochało:
Módlcie się za mnie, gdy czas mój przeminie
Choćby ciszą chwili maleńkiej, modlitwą prostą
A ja wam testament spiszę - obietnicę
Opiekę Anioła mojego, co trudził się wielce
On skrzydło wyciągnie do was niebieskie
Zasłoni zło, co tak niepokorne
Chciałoby zabić w was serce wielkie
Nauczy, jak mnie, spisywać testament - błaganie
On słów zawiera tak przecież niewiele:
Módlcie się za tych, co już nie są w stanie
Ustami błagać o ... wieczny pokój i zbawienie.
Piątek. Po mszy porannej zostałam na drodze krzyżowej. W połowie drogi krzyżowej usłyszałam w sercu: „Zwróć uwagę na upadki Chrystusa". Pierwszy upadek Chrystusa, gdy upada z bólu nad ludzkimi grzechami.
Drugi upadek - w wyniku zapomnienia człowieka - jest samotny. Zadałam pytanie: A co z trzecim upadkiem. Usłyszałam odpowiedź: „Chrystus upada, bo musi jednak nadejść sprawiedliwość"!!
Upadek
Poruszam się w atramentowej ciemności
Nie rozpoznaję kształtów
Dobra, ani zła
Tysiące drobnych iskierek
Ranią mnie rozpaczą
Gdzie jest Twoje światło
Duchu Święty?
Ojcze Nasz, który jesteś w niebie ...
Nie, nie nasz
Mój
Dotknąłeś mnie piekłem
Wola Twoja, nie moja, Panie
Poznaję ból, bez miłosierdzia, ofiarowania
Słabość człowieczego krzyża
Idź, słyszę błogosławiony głos Madonny
Bolesnej, Płaczącej
Pokonaj próżność rozpaczy
Dom
Za tym lasem stoi dom drewniany
Pusty, bo nie narodziły się w nim
Już żadne dzieci
Dobrzy ludzie zabili mu deskami oczy
Aby wiatr nie wywiał z niego
Resztek wspomnień
Wysokie, białe brzozy, smukłe sosny
Chronią go przed deszczem, burzą i słotami
Tylko furtka drewniana bardzo krzywa
Łopocze, pokrzykuje, zaprasza
Wejdź wędrowcze, wejdź
To ja Dom, zbudowali mnie dobrzy ludzie
Kiedyś gościłem radość, płacz, śmiech
Nie chcę umierać w samotności
W czasie drogi krzyżowej zastanawiałam się, jaka jest wartość cierpienia. Usłyszałam „wewnętrzną" odpowiedź: największą wartość ma cierpienie bez pocieszenia. I pomyślałam, iż chorzy uzdrowieni otrzymali pociesznie. Chorzy, którzy do końca życia niosą swój krzyż choroby, nie obrażając się na Pana Boga, nie bluźnią i z pokorą przyjmują i oddają swoje cierpienie Chrystusowi, ufają Mu. Jest to cierpienie bez pocieszenia. Myślę, iż takie cierpienie ma wielką wartość w oczach Chrystusa.
Aniele Boży
Stróżu moich pogubionych ścieżek
Biegający po górach moich uniesień
I stąpający w dół
Moich ciemnych nocy
Musisz być bardzo cierpliwy
Czuję opiekę Twoich skrzydeł
Czasem, Twoje zmęczenie
Próbuję Cię wtedy pocieszać
Modlitwą, gestem miłosierdzia
Są chwile, gdy Ci się wymykam
Gdy śpisz, zakryty białym skrzydłem
Ot, mam przecież własną wolę!
Może prześpisz moją zbuntowaną ucieczkę?
Dokąd?
Tam gdzie łatwiej, przyjemniej, gdzie...
Krzyż nie „psuje" krajobrazu
Ale wracam Aniele mój
Dotykam Cię ostrożnie moimi grzechami
I błagam ... wybacz ... ratuj.
Sen. Wchodzę do kościoła na Saskiej Kępie. Kościół jest pusty, tylko nieliczne osoby. Klękam i wówczas z krzyża, z naszego ołtarza „schodzi" Chrystus, w koronie cierniowej, ma krew na skroniach i ubrany jest w szaro - bordową szatę, poszarpane rękawy, gołe ramiona. Chrystus płynie jakby na chmurze, wolno. Wyobrażam sobie, że Chrystus chce „uciec" z kościoła. Jestem tym wystraszona, rzucam się na kolana, kładę na piersiach, na wznak, Chrystus - zwalnia, siada na lewej tylnej ławce z brzegu. Odwraca się tyłem do ołtarza i prawą ręką podpiera głowę. Czuję zadowolenie, że Chrystus usiadł i patrzy na mnie. I wtedy uświadomiłam sobie, że za chwilę wejdzie tłum ludzi, którzy nie będą Go widzieli i będę śmiesznie wyglądała leżąc na podłodze.
Oczy Boga
Poprzez witraż w kamiennym murze kaplicy
Ujrzałam ... Oczy Boga
Oczy Boga popatrzyły na ołtarz ukwiecony
W tabernakulum z Jezusem porozmawiały
Jak latarka, konfesjonał pusty oświetliły
Dywan przetarty od stóp wiernych
Stare klęczniki wymagające remontu
Święte obrazy pobłogosławiły
Potem na cennej piecie spoczęły
Delikatny podmuch, kurz z posągu strącił
Matce Najświętszej, Oczy Boga, twarz rozjaśniły
Bo posąg od starości, być może, posmutniał
Jezusowi, dłoń ściemniałą od pocałunków błagalnych
Oczy Boga wybieliły, Aniołom oczyściły skrzydła
Staruszce, co o dobrą śmierć prosiła
Dopisały w modlitewniku: raduj się życiem ...
Parze młodych, Oczy Boga namalowały aureolę
Może świętymi zostaną?
A może tylko mężem i żoną?
Potem Oczy Boga spoczęły na mnie
Spokojne, wszechwidzące ...
Anioł zakrył mnie przed Oczami Pana
Ona się jeszcze uczy modlić, daj czas
Pobłogosław, nie oceniaj, Panie ...
Czuwanie nocne w Częstochowie na Jasnej Górze około 1 w nocy. Po obejściu Obrazu na kolanach, kiedy klęczę w ławce, modlę się, mam wrażenie, że jestem tylko widzem, a nie uczestnikiem. I wtedy usłyszałam: „przed modlitwą trzeba prosić o przebaczenie". Zawstydziłam się. Ujrzałam obraz jak środkiem kościoła idzie grupa ludzi w długich szatach, wszyscy przepasani sznurem, wszyscy podobni, sylwetki zgięte, brązowe worki na plecach. Niektórzy mieli worki pełne, a niektórzy tylko na dole wypełnione. Zobaczyłam, że to są kamienie średniej wielkości, małe, a jeszcze inni mieli jeden duży. Ktoś tłumaczył mi, że wszyscy idą zwalić te kamienie, które są grzechami, przed Obraz. Usłyszałam: „czasami taki stos usypią, że nie widać nawet Obrazu. Dobrze, że Obraz wisi wyżej." Zainteresowałam się, dlaczego niektórzy mają jeden wielki kamień, usłyszałam, że to jest jeden grzech ciągle popełniany przez wiele lat.
Kapłan w drodze
Nauczyli cię w młodości wersetów z Biblii
Pokazali mądre księgi uczonych i świętych
Powiedzieli, że pokora - to twoja postawa
A twoje dłonie mają dobro świadczyć
Każdy człowiek ma w sobie Chrystusa
Potem przyszły dni, w których jak On, twój Pan
Poszedłeś na kalwarię życia
W codzienność Drogi Krzyżowej
Były miesiące, a może lata, kolejnych
Jej stacji ... i twoich: biczowanie, ukoronowanie ...
Już wiesz, że tych stacji się nie przechodzi
Jak pór roku, nie zalicza na zawsze
One wracają, boleśnie, na nowo, jak tajemnice różańca
W nastrojach ciemnej nocy i jasnych dni
Światło, mrok, Anioł Stróż i ... wąż
Znasz kamienie własnej drogi krzyżowej
Znajome ci są z nawróceń i upadków
Oswajasz ból przydrożnych cierni
Przyglądasz się prawdzie w konfesjonale
Nie myli cię dźwięk głosu, pokolorowane słowa
I choć wiesz, że radość to nakaz chrześcijanina
Ty, Nauczycielu Jego nauki, odkrywasz
Swoje powołanie ... zbliżając się do Ogrójca
Patrząc na ból Człowieka ... i Boga
Tam twoje miejsce, tam śpiewasz psalmy Dawida
Kąpiel w cudownej wodzie w Lourdes. Stojąc już w wodzie, miałam wypowiedzieć intencje. Pomyślałam o samobójstwie chłopca, kiedy zanurzyłam nogi, poczułam ogromny szloch w sercu. Jakby ktoś zapłakał we mnie.
Będąc w grocie odniosłam wrażenie, że Matka Boża jest w tym miejscu szczególnie oddana ludziom i ich prośbom. Jest jak „służąca", jak pasterka, bez królewskiego majestatu, całkiem oddana ludziom, „uwięziona" przez nich, uległa i poddana, modlitwie proszących. Matka Boża z La Sallete każe się zastanowić, wskazuje palcem kierunek, jest w niej coś z nauczycielki. Ona tam panuje, stanowi prawo. Jest królewska. Wskazuje i naucza. W Medjugorie - adoruje Jezusa, wskazuje na Chrystusa jako źródło.
Lourdes
Witałaś mnie, Matko Święta, w Lourdes
Kroplami deszczu, górami spowitymi mgłą
Ciepłymi promieniami wiosennego słońca
Napełniającymi nieśmiałą otuchą
Iż cudu doznam spotkania z Tobą
Myślałam, że deszcz będzie mi muzyką ciszy
A modlitwa, samotnym przeżywaniem spotkania
Lecz Lourdes włączyło mnie w wielki rój
Ludzkich twarzy, rozmów i głośnych modlitw
Pszczołą się stałam w tym wielkim roju nadziei
Krążąc pomiędzy wózkami chorych, niepełnosprawnych
Doznawałam wspólnoty cierpienia
Cierpienia spragnionego pocieszającej ręki Matki
Przy każdym wózku, wolontariusz jak anioł stróż
W ludzki ubrany strój, w ludzkie współczucie
W tym pięknym miejscu nawróceń i uzdrowień
Ozdobionym procesjami, przedziwnym tańcem świateł
Czas wypełniony był kadzidłem modlitw
Tajemnicą pojedynczych, spragnionych serc
Unoszących się ku Maryi w zapalonej świecy
Nie ma w Lourdes miejsca na samotnię
Musisz patrzeć na ludzkie cierpienie
Musisz zranić swe serce miłością do ludzkiego bólu
Lourdes uczy cię, iż jak święta grota Objawień
Ty też masz się stać grotą nadziei dla bliźnich
Pokochałam Lourdes za tę naukę
Za wskrzeszenie uczuć miłości do cierpiących
Niosących krzyż, może za mnie?
Święta woda z Lourdes wypełniła mnie wiarą w człowieka
Człowieka, zdolnego do bezinteresownej miłości
Kamienie z groty wygładzone ludzkimi rękami
Spragnionymi pocieszającego dotyku Matki Świętej
Spływa po nich woda, jak nadzieja dla cierpiących
Miliony modlitw unoszą się w grocie
Ożywają kamienie, kruszą się kamienne serca
O, święte Lourdes, wypełnione ludzkim rojem nadziei
Pszczołą się tam czułam, w tym tłumie pragnień
Pszczołą, która doznała łaski mocy uzdrawiającej modlitwy
Za bliźniego, spragnionego pocieszenia w cierpieniu
Dla niosącego, cięższy krzyż niż mój własny.
Pielgrzym
W zaułkach starych ulic i domów Asyżu
W ciemnych kościołach z mozaikami na ścianie
W pięknych bazylikach Rzymu, przy grobach świętych
Szukam Cię, Panie
Przed monstrancją z Krwią Twoją i Ciałem w Lanciano
W domku Czarnej Madonny w Loreto ... i
W kaplicy Matki Ubogich w Banneux
Szukam Cię, Panie
Przed figurą Matki Bożej w Lourdes
Nad grobem świętej Bernadetty w Nevers
W kaplicy Cudownego Medalika, całując relikwie krwi w Brugge
Szukam Cię, Panie
Za światłem Twym idę, wlokąc niemoc własną
Po kamieniach startych stopami pielgrzymów
Nadzieję dźwigam jak garb znaczny, bo idąc ...
Szukam Cię, Panie
A gdy wreszcie Cię znajdzie serce moje, Panie
Uklęknę, cudem miłości przemieniona
I krzyknę z mocą, jak Szaweł, do Ciebie
Cóż mam czynić, Boże?
Zastanawiałam się, dlaczego Europie tak zależy, żeby w Konstytucji Unii Europejskiej nie było odniesienia do Boga i „usłyszałam" cały wywód: Gdy odnosimy się do Bożych Przykazań, to wtedy nie możemy relatywizować moralności, ani zła. Morderstwo jest morderstwem, cudzołóstwo jest cudzołóstwem itd., (czyli Dziesięć Przykazań). Jeśli nie odnosimy się do Boga, tylko do tzw. ludzkiej sprawiedliwości, wtedy Dekalog da się relatywizować, naginać zachowania człowieka do oceny ludzkiej sprawiedliwości, a nie Boskiej. Czyli, w mordercy szukamy jakiegoś psychicznego problemu, w matce dokonującej aborcji - problemów bytowych. Cudzołóstwo usprawiedliwiamy. Odnosimy się do ludzkiej sprawiedliwości, która nie jest obiektywna, bo jest stworzona przez ludzi określonej epoki, mody, a ona się zmienia wraz z każdym nowym pokoleniem. To co nie tolerowano (społecznie) 100 lat temu, dziś jest regułą. Nie podlega moralnej ocenie.
Czerwona Madonno
Szalona Kobieto, błąkająca się po kościołach
Człowiek, czy choroba, odjęła ci rozum?
A może byłaś za słaba
Aby przeciwstawić się światu?
Teraz pokazujesz mu czerwoną twarz
Obficie wymalowaną szminką
I jak pokutująca Indianka
Obnosisz ją w tłumie . . normalnych
Czerwony płaszcz, czerwona mini sukienka
Śpiewasz w kaplicy Madonnom
Zwrotkę, czasem dwie
I wychodzisz szukać niecierpliwie
Może Madonny Karmiącej, Madonny z Dzieciątkiem
A może ... Łaskawej?
Łaskawej bardziej, niż „my-normalni."
Na mszy u ks. Jana Szymborskiego, podczas Adoracji Najświętszego Sakramentu „zobaczyłam" krzyż drewniany z Panem Jezusem. Wisiały na nim różne łańcuchy i łańcuszki. Myślałam, że to wota. Ale w pewnej chwili zobaczyłam człowieka, który miał na głowie zawieszony łańcuch, a końcówka jego była założona na krzyż. Chciałam zrozumieć, o co chodzi i wtedy zobaczyłam różne łańcuchy łączące ludzi i krzyż, grube, cienkie, krótkie, długie, czasem człowiek był dalej a łańcuch sięgał do samego krzyża na ołtarzu. Wtedy chciałam zobaczyć mój łańcuch i ujrzałam siebie połączoną z krzyżem krótkim, grubym łańcuchem. Zaczęłam się zastanawiać, co to znaczy. Wszystko to było w formie obrazów. Zadałam sobie pytanie trochę z pretensją: „Dlaczego mój łańcuch jest taki krótki i gruby, jak dla zwierząt?" I usłyszałam: „Żebym cię blisko trzymał". Potem zapytałam: „Czy mogę mieć dar widzenia poszczególnych ludzi, jaki rodzaj łańcucha łączy ich z krzyżem?" I wtedy usłyszałam: „A po co ci to!?"
Stworzeni
Na obraz i podobieństwo Boga
Szukamy Go w Niebie, niewinne dzieci
Pamiętamy dotknięcie Jego miłości
I ręce składane do modlitwy
A potem dojrzewanie bez pokory
Oczy w ziemię utkwione, w serce ludzi
I zranienie, dla przypomnienia ...
Na obraz i podobieństwo ... stworzeni
Łaska światła gwałtownego
Podczas mszy, modlitwy
Oczy wpatrzone w Czarną Madonnę
Karty Biblii na nowo odkryte
Z okruchów łaski zebranych na Ziemi
Odtwarzamy Niebo zagubione
Szukamy niecierpliwie dotknięcia miłości
Zapomnianej Obietnicy
Przygarbieni, dojrzali, z siwymi włosami
Podpierając się własnymi krzyżami
Na kolanach, z nadzieją ...
Daj Nam Panie, kochać jak dziecko, błagamy.
Msza na Saskiej Kępie. Po Komunii miałam wrażenie, że Pan Jezus „wychodzi" z krzyża stojącego na ołtarzu, tak jakby krzyż poruszał się, a postać Chrystusa zaczęła się wyłaniać. Usłyszałam, że rodzimy się każdy ze swoim krzyżem. Ten świat jest ściśle związany z krzyżem i jego kształtem. Po mszy była Droga Krzyżowa i Adoracja Eucharystii w kaplicy Serca Jezusowego. Modląc się ujrzałam obraz pochylonych ludzi. Miałam wrażenie, że jestem na jakimś cmentarzu, chociaż grobów nie było. Było szaro. Cały plac był pełen krzyży, różnego kształtu i wielkości. Małe, duże, kolorowe, rzeźbione, ale bez Chrystusa. Między tymi krzyżami poruszali się ludzie, pochylone sylwetki, ale twarzy ich nie było widać. Byli podobnie ubrani, na szaro. Każdy szukał jakiegoś krzyża. Podnosili je i odrzucali. Miałam wrażenie, że dobrze wiedzą, jakiego krzyża szukają. Interpretuję to tak, że każdy człowiek zsyłany jest na ziemię z krzyżem, a dużo ludzi odrzuca ten krzyż z własnej woli i przychodzi taki czas, gdy zaczynają rozumieć, że bez tego krzyża nie pojmą prawdy o życiu. I wtedy jak gdyby wyruszają na poszukiwanie swego krzyża, tam gdzie go zgubili, odrzucili, zostawili...
Ojcze Pio
Daj mi swą siłę i wiarę
Choć okruch jej maleńki
Po co Ci ona w niebie?
Świętym już jesteś, wielkim świętym
Proszę, bo piękna była na ziemi
Twa wiara w tym świecie niewdzięcznym
I tylko Bóg zna prawdę
O duszach zbawionych - przez Ciebie
Nakarmię serce swe płoche
Słabnące na ścieżkach ciernistych
Dotykiem świętego Mnicha
Modlitwą do niego wieczystą
Zmartwychwstań miłości Twa, Ojcze
Pomóż swym wiernym, co proszą
Pokonać wytrwale i godnie
Czas życia, darowany tak hojnie
Wyciągnij dłoń swą z nieba, co San Giovanni dotyka
Przytul tych, których nikt nie chce...
Podnieś z kolan grzeszników
Ukaż Jezusa na krzyżu, to On
Stygmaty Ci zesłał ...
Uśmiechnij się, choćby przez łzy i
Szepnij, szepnij każdemu cichutko:
Modlę się i ... błogosławię ciebie!
Po mszy z Adoracją na Saskiej Kępie w Kościele na ul. Nobla. Najpierw modliłam się przed Najświętszym Sakramentem i potem uklękłam przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej w intencji pielgrzymki do Banneux w Belgii i pożegnałam się z Matką Bożą. Przeprosiłam, że nie kupiłam kwiatów, aby położyć przed figurą Matki Bożej przed Kościołem i wtedy zobaczyłam obrazy w postaci kielichów do hostii: srebrne, złote, miedziane. Do nich padały nasze ofiary (może to była Krew Chrystusa ofiarowana podczas podniesienia; nasze modlitwy i cierpienia ofiarowane podczas życia)? Matka Boża w powietrzu zabierała te kielichy i podawała je Aniołom, którzy unosili je do góry. Niektóre kielichy były puste, niektóre były mało wypełnione, a niektóre pełne. Myślę, że to nasze modlitwy, za nas samych, za bliźnich, za rodziny - wypełniają te kielichy. Puste, znaczą, że nikt się za życia za tą osobę nie modlił i nie polecał jej Bogu. Mam tu następującą refleksję: może pielgrzymki, modlitwy ofiarowane Matce Bożej, napełniają te puste kielichy i powodują, że Ona te intencje rozdziela, wypełniając pusty kielich?
Różaniec
Zapomniałam zabrać różaniec na modlitwę
Ręce chowam wstydliwie pod ławkę
Dziesięć palców, zamiast różańca?
O Maryjo, wybacz, przepraszam
Patrz przed tobą, usłyszałam głos przepiękny
Dziesięć siwych głów kobiet modlących
Odmów z nimi pozdrowień dziesiątek
Odliczając paciorki ... na głowie
Za tym głosem idąc natchniona
Odliczałam głowy, jak kwiaty
W bukiet „Zdrowaś Maryjo" wpinałam
Tworząc łańcuch dusz, przebogaty
A gdy cały różaniec przeminął
A głów jeszcze zostało kilkoro
Wyszeptałam Maryi cichutko:
Teraz Ty, pobłogosław im, Matko
I schowałam głęboko na sercu
Ów różaniec, prezent Najświętszy
Zrozumiałam, że i ONA modli się z nami
Broniąc dusze w paciorkach Tajemnic
Przemijanie dla wieczności
Idę ścieżką wysłaną suchymi liśćmi
Szeleszczą
Namawiają do radości
Przecież pomarłyście, myślę
Wiatr waszym pogromcą
Służymy ci, szepczą
Doświadczeniem przemijania
Zapamiętaj je ...
I raduj się istnieniem
Podnoszę z ziemi liść złoty
W dywanie zeschłych liści zanurzam stopy
Czym byłby świat bez przemijania?
Nie zapalonym zniczem?
Życiem bez pamięci?
Komu wówczas posłalibyśmy
W listopadową mgłę
W Dzień Zaduszny
Modlitwę do ... wieczności
Do Tego, który nie przemija
Wieczne odpoczywanie ...
Pielgrzymka do Włoch - pobyt w Gargano
(grota na górze św. Michała Archanioła). Jest wczesny ranek. Nie mam świadomości czy śpię, czy już się obudziłam. Odczuwam wielki spokój i radość, rodzaj błogostanu, jak bym była pozbawiona ciała, jak powietrze lub światło, które pulsuje i przemieszcza się. Znajduję się jak gdyby w kręgu niebieskawego światła. Ktoś podaje mi dosyć duży woreczek, rodzaj starego mieszka w kształcie serca. Zapamiętałam, że ta tkanina ma dziwną fakturę, jakby grubo tkany len, szary. I słyszę: „To jest podarunek dla ciebie". I zastanawiam się co jest w tym worku. I słyszę: „Pomyśl to ci go dam". Nie wiem jak długo zastanawiałam się co w nim jest. I nagle jak gdyby przez materiał zobaczyłam ogromną ilość malutkich, białych kamyczków. I wtedy jakiś głos podpowiedział mi: „Ofiaruj te kamyczki ludziom, których będziesz spotykać, wraz z modlitwą do Michała Archanioła" (kamyczki z groty na św. górze Gargano uratowały życie ludziom podczas epidemii ok. XVII wieku, przez wstawiennictwo św. Michała Archanioła). Wtedy zadałam pytanie: „a gdy zabraknie mi tych kamieni?" Usłyszałam w odpowiedzi: „To ja dołożę, nigdy ich nie zabraknie".
Ślady
Tak łatwo kroczyć po zielonej łące
Gdy słońce ogrzewa nam skronie
A myśl jest czysta i piękna
Bezpieczna
Kroków nie liczymy
Rosa, a nie łzy skrapiają kwiaty pod nogami
Tak trudno kroczyć po betonie
Ślady zaciera kurz, gdy podążamy za tłumem
Na obcych twarzach uśmiech i łzy
Zaciera szara mgła
Rąk przyjaciół nie widzimy
Dokąd wówczas zmierzamy?
Radośni na zielonej łące nadziei
Pogubieni na śladach innych ludzi
Przystańmy na chwilę, z boku
Aby nas nikt nie potrącił
Zamknijmy oczy
Może pod powiekami obraz żywy ujrzymy
Własnej drogi ...
Po powrocie z Włoch na mszy u ks. Jana Szymborskiego podczas błogosławieństwa indywidualnego, ks. Jan nakłada ręce na głowę i modli się nad każdym. Widziałam księdza dość daleko, więc skupiłam się na modlitwie. W pewnym momencie usłyszałam burkliwy głos: „chodzi cicho jak złodziej i zabiera mi dusze". Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że ksiądz Jan jest już bardzo blisko. Czyżbym „usłyszała" skargę szatana. Wierni z tego kościoła wiedzą jak skutecznie ks. Jan walczy, jako egzorcysta, ze złymi mocami.
Jest miłość...
Jest miłość, której dłonie dotknąć nie mogą
Choć chciałyby ją objąć serdecznie
To miłość, ponad miłością człowieka
Zbawiająca, wieczna
Jak dotknąć jej tu na ziemi?
Szuka człowiek gestami ludzkimi
Drewniany krzyż dłońmi ogarnie
Obraz Jezusa przytuli
Posąg Maryi ukwieci różami
Medalik zawiesi na szyi...
Relikwie ukryte w szkatule
Z lękiem dotknie, jak cudu
Jest miłość...której dosięgnąć nie mogą
Zwyczajne pragnienia i gesty
Przychodzi do nas ...
W modlitwie
Znak daje w ofierze bezkrwawej
Poznać ją możesz... przez łaskę
Gdy kapłan ci hostię podaje
Miłość ta nie ma wymiaru
Ludzki ją dotyk nie zmierzy
Moc jej i siła w modlitwie
W błagalnym rąk uniesieniu
Złóż ręce... i po nic nie sięgaj
Poczekaj na nią cierpliwie
Sama cię dotknie, jak promień, w ciszy
Zaufaj jej
Ma moc wielką, uzdrawiającą
Świętych i nie świętych.
Kilka dni później mamy Drogę Krzyżową - w intencji dusz czyśćcowych.
W stacji, w której Weronika ociera twarz Chrystusa, „zobaczyłam" jak do tej chusty dochodzi wiele postaci, które chciałyby ją dotknąć. Podobnie przy stacji upadku Chrystusa, zauważyłam przy krzyżu wiele tych samych postaci. To samo było przy stacji, gdy Szymon pomaga Chrystusowi nieść krzyż. Nie wiedziałam początkowo o co chodzi i dlaczego tylko przy tych stacjach miałam te „obrazy". Po chwili zrozumiałam, że być może są to dusze czyśćcowe. Dusze te przy każdorazowym odmawianiu Drogi Krzyżowej w ich intencji, próbują „zyskać" łaski, o które modlą się biorący udział w Drodze Krzyżowej.
Msza piątkowa
Gdy na ucztę przyszłam do Ciebie, Jezu
Na mszę, czas Ofiarowania
Głos Anioła szepnął mi:
Patrz, ile ran Bogu twemu zadano!
Twarz Chrystusa i ciało przygarbione krzyżem
Krew obficie rany zakrywa
Moja, na piersiach Twych Jezu, jest?
A może ostry cierń ją nakłuwa? ...
Mszę kapłan już zakończył, moja ... jeszcze trwała
Msza - spowiedź z prawdy o sobie
Z rany, którą zadałam
I wtedy Anioł, który zbierał po mszy, ludzkie troski
Jak skrzętna siostra zakonna, płatki róż, opadłe
Przy figurach świętych
Usiadł obok, zmęczenia nie kryjąc
Szepnął: bądź jak Weronika pomocna ...
Spojrzałam na Pana pod krzyżem
O moc prosząc, o rękę i słyszę:
Krzyż muszę dźwigać, dziś piątek ...
Ręce więc mam zajęte
Zapraszam do procesji dusz ludzkich na Golgotę
Co na stacjach czternastu, jak ty, ran szukają zadanych
A gdy wreszcie odnajdziesz - ranę, prawdę o sobie
Połóż ją na ołtarzu, ona wyzwoli ciebie
W czasie modlitwy dziękczynnej ujrzałam obraz: ciemno - brązowy krzyż wbity w bryłę lodu w kształcie serca. Z krzyża kapały wolno krople krwi i spływały po lodzie. Czy ta krew rozpuści lód?
Zastanawiałam się, czym różni się miłość do Boga zwykłych ludzi praktykujących, od miłości świętych. Może różnica ta wyraża się w rozumieniu miłości? Święci zdążają do Jezusa jak wolontariusze, gotowi na wszystko dla tej miłości. Nie oczekują „podarunków" za to uczucie. A my? Ciągle o coś prosimy, próbujemy Wolę Boga „nagiąć" do swoich oczekiwań, potrzeb. Modlimy się o szczęście w naszym rozumieniu, nawet gdy mówimy „bądź Wola Twoja". Taką „Świętą Miłością" darzą Boga ci, którzy dla Niego decydują się poświęcić życie (kapłani, zakonnicy), całkowicie Mu ufając. Święci „cywilni" to ci, którzy żyją zgodnie z Bożymi nakazami, nie próbując ich „naginać" do swoich oczekiwań. Czyżby dążenie do świętości to ciągłe zdobywanie szczytów Ufności? Któż naprawdę jest gotowy, tak jak Apostołowie, odpowiedzieć na wezwanie Jezusa: „pójdź za Mną"...
Dlaczego?
Widziałam miłość
Nie taką, o której piszą poeci
Miłość ukrytą w modlitwie złożonych rąk
Tak cichą jak lekki podmuch
Ducha Świętego
Nikt jej nie dostrzegł, bo była w sercu
Pewnej zakonnicy
Oczy jej przenikały przez grube szkła okularów
Na ołtarzu szukały Oblubieńca
W jej geście był spokój oddania
Łagodność, która tylko wielbi
Widziałam taką miłość w pewnej kaplicy
Tylko przez chwilę
Sam gest czarnego habitu
Jakby wewnątrz nie było ciała
Tylko dusza
A potem pożegnanie, ukłon głęboki
Do samej ziemi
I ręce jak ptaki znaczące znak krzyża
Dlaczego chciałeś żebym to zobaczyła, Panie?
Nie mam wrażenia, że to sen, raczej rodzaj „przemieszczenia" w czasie. Czuję ciepło poranka, zapachy nieznanego miejsca. Kamienista dróżka, obok świątynia. Wstaje szaro - niebieski świt, ludzie ubrani w białe szaty zdążają do świątyń. Gwar pierwszych ludzkich głosów, modlitwy, przeciągłe zawodzenia. To nie jest współczesne miasto. Zatapiam się w tę atmosferę.
Siedzę na progu świątyni jako żebraczka, obok mnie przechodzą ludzie. Widzę ich bose stopy w sandałach. Stopy tych ludzi widzę wyraźnie, nawet niekształtne palce, rzemyki na sandałach. Przede mną nieduża miska na jałmużnę, wyszczerbiona . Przechodzący rzucają monety, niewielkie miedziaki (bez połysku). Raptem błyska złota moneta, podnoszę głowę szukając swego darczyńcy. Widzę tylko plecy (modlący się to mężczyźni). Jedna postać odwraca się w tłumie. Ma zakrytą twarz i głowę. Patrzą na mnie oczy tej postaci, piękne, duże, wschodnie. Tłum porywa tę postać, wszyscy zmierzają ... chyba do ołtarza.
Brama świątyni, przed którą siedzę, jest wąska, górna część podwyższona jakby w trójkąt. Na kamienistej drodze zbierają się ludzie. To są ciemne postacie, jakby światło ich nie obejmowało, czarne ubrania. Przygotowują duży ciemno - brązowy krzyż z belek. Przygotowują się.... chyba do Drogi Krzyżowej? Czyżby to była Jerozolima?
Jerozolima
Szaroniebieski świt
Ciche głosy modlitw arabskich i żydowskich
Przewlekłe, płaczliwe, jak lamenty dusz udręczonych
Na progu świątyni siedzę
Żebraczka w habit szczelnie opatulona
Miskę obtłuczoną wystawiam na jałmużnę
Jak nadzieję na przeżycie
Stopy wiernych przechodzą obok
Brzęk drobnych monet jak śpiew egzotycznego ptaka
Rozbudza mą wiarę na wieczorny posiłek
Coraz więcej stóp, oczu ludzi nie widzę
Zgarbiona w niewolniczym pokłonie
Ludzie przed Bogiem idą uklęknąć
Ja... już klęczę i modlę się o dary maleńkie
Nagle dźwięk donośny zagłusza szmery poranka
Złota moneta jaśnieje w misce miedziaków
Sylwetki ludzi podążają ku ołtarzowi
Szukam oczu darczyńcy
On jeden spojrzał na mnie
Spotkały się nasze oczy, na moment ...
Hojny dar wśród miedziaków błyszczy jak Łaska
Zawsze kryjesz się w tłumie, Panie?
Głosy modlitw jak ptaki płyną w przestworza
Obok, kamienistą dróżką, wśród straganów
Inny orszak rozpoczyna Drogę Krzyżową na Golgotę
Dusze pielgrzymów jak moja jałmużnicza miska
Pragną Twego Daru
Miedziak w nich zabłyśnie, czy złoto?
Uczęszczając kilka lat na Drogę Krzyżową co tydzień, dostałam silny impuls, jakby wewnętrzny głos, aby pisać własne rozważania. Nazwałam je rozmową serca z Jezusem w Drodze Krzyżowej. Podczas Faustinum (spotkań formacyjnych) gdy uroczyście obchodziliśmy spotkanie opłatkowe pod koniec stycznia, każdy z uczestników „losuje" patrona na kolejny rok i przesłanie słowne. Moim „patronem" na ten rok jest Matka Boża Bolesna. W przesłaniu (kilka słów na wylosowanej kartce) otrzymałam tekst: rozważ ogrom bolesnej męki; rozważaj w ten sposób, jakby była wyłącznie dla ciebie podjęta ...
Rozmowa serca z Jezusem w Drodze Krzyżowej
STACJA I
Pan Jezus przed sądem Piłata
Już wykiełkowała w sercach ludzkich
Nienawiść
Zbudowała Krzyż
Piłat umył nad nim ręce
Stałeś milczący
Król Człowieczy bez korony, berła
Serce, myśli, Twoja Miłość
Nie krzyczały o litość
To nie był czas na słowa
To czas na cierpienie
Bóg to przewidział, ukazał Ci w Ogrodzie Oliwnym
Odsuń ode mnie ten kielich...
Krzyczała w Tobie nadzieja, że człowiek...
Jak Bóg może być...
Miłosierny
Twoja, nie moja wola niech się stanie
Stała się......
Dla zbawienia człowieka
Musisz zmartwychwstać....
STACJA II
Pan Jezus bierze krzyż na swe ramiona
Milczysz, w bólu, z krzyżem na ramionach
Patrzysz, gdy zdejmujemy krzyże ze ścian
Ze swoich pleców, sumień
Serca zakrywamy miękkim jedwabiem
Aby nie zraniło ich cierpienie
Pamięć o Twej Męce zostawiamy w kościołach
Na czternastu tablicach
Ale....
Czasem, na zwykłej drodze spojrzy na nas ból
Dotknie nas
Oczy jego jak Twoje
Rozdziera się jedwabna zasłona na sercu
To chwila, w której widzimy
Własne krzyże na Twoich ramionach
I już nie Jesteś tylko stacją Drogi Krzyżowej
Martwym obrazem z XXI wieku
Jesteś naszym cierpieniem
Naszymi łzami
Naszym milczeniem w niezrozumieniu
Powiedziałeś:
Niech każdy weźmie swój krzyż
I niech mnie naśladuje....
STACJA III
Pierwszy upadek Pana Jezusa
W Drodze Krzyżowej jesteś człowiekiem
Jak ja, oni
Ubiczowany, zraniony, nie masz sił
Jak nasze ciało dotknięte chorobą, życiem
Grzechem
Potknąłeś się o kamień, upadasz
Na kamieniu może moje imię wypisane?
A może twoje, towarzyszu z pracy, spotkania, pielgrzymki?
Kamień milczy, tajemniczy
Jezus zna jego imię....
Powstaje, daje nadzieję na przebaczenie
Kopią go oprawcy
Okrucieństwo siły nad Milczeniem Miłości
Powstaje, sam
Ja, człowiek Ci nie pomogłem
Bałem się podejść, strach, lęk, przerażenie....
Zamykam oczy
Lepiej nie widzieć? Nie słyszeć?
Ale w moim sercu.... już działa Bóg
Ukazuje siłę Miłości...
Krzyż Jezusa - to nie martwe drzewo
Ono żyje, pulsuje milionami ludzkich istot
Czekających na zbawienie
I ja w nim też jestem...
STACJA IV
Spotkanie z Matką
Chwila dwóch samotnych serc
Moment spojrzenia na wzajemny ból
Ból dźwigany
Ból mieczem boleści przebity
Gdzie Twoi towarzysze, Jezu?
Gdzie Twoi obrońcy?
Gdzie ja?
Tylko Krzyż i Matka
Bóg Ich wyznaczył na nasze Zbawienie...
W naszym bólu już nie jesteśmy samotni
Czuwają Oczy Matki, czuwają Oczy Jezusa
Wokół wrzawa świata, jak na Kalwarii
Krzyk i popychanie, deptanie tych, co nie zdążają
Wystarczy sekunda spojrzenia
Sekunda przelania Miłości
I już mamy Jego siłę
Poprawiamy na plecach nasz krzyż przeznaczenia
Powołania
Spojrzałeś na nas, jak na Matkę swoją
Mieczem naszej boleści przebiłeś Swój Krzyż
Idziemy za Tobą
Na Kalwarię własnego życia....
STACJA V
Cyrenejczyk pomaga Jezusowi nieść krzyż
Stoję w tłumie, ja, Szymon Cyrenejczyk
Patrzę jak cierpi człowiek z krzyżem
Przejdzie obok mnie
To jego cierpienie, przeznaczenie
Ja wrócę do domu
Ktoś mnie szarpie, wyciąga z tłumu
Pomagaj, krzyczy
Dlaczego ja?
Setki lat zadają sobie Cyrenejczycy to pytanie
Krzyż dla mnie?
Bunt rozrywa serce
Zaciskają się pięści...
Pochylona postać Jezusa
Oczy pełne zrozumienia, miłości
Patrzą tylko na mnie
Już nie jestem zwykłym przechodniem w życiu
On prosi... jak człowiek, nie jak Bóg
Łagodnieje serce, już nie ma pięści
Dwie pary rąk dźwigają krzyż
Łaska cierpienia w milczeniu....
Wybrał mnie
Zaufał....
Nie pytam...dlaczego ja?
Brzemię miłości...
Upadnę pod nim nie raz
Bądź ze mną, gdy poniosę swój krzyż
STACJA VI
Weronika ociera twarz Jezusa
W upale i kurzu
W drodze na Golgotę
Przedziera się przez tłum Weronika
Miłosierdzie i odwaga
Ociera Twą twarz
Nagradzasz ją Twoim Odbiciem
Na zwykłej chuście
Na zwykłym życiu
Zostawiasz ślad
Wystarczy wyciągnąć do Ciebie ręce
A już nigdy nie będą puste
Nie ukrywaj się w tłumie, mówisz
Pozwól działać sercu
Przeznacz je dla miłości
Odwagi...
Moc powołania
Habit zakonny, sutanna
Jak chusta Weroniki
Obrączka małżeńska
Jak chusta Weroniki
Samotność
Jak chusta Weroniki
Pozwól Bogu wypisać na niej...
Twoje imię
STACJA VII
Drugi upadek Jezusa
Śmiechy, popychanie, wrogie okrzyki
To Twoja muzyka w drodze na Golgotę
Śpiew ptaków zagłuszony, tylko kamienie pod stopami
Przyroda milczy, zna tajemnice Twej męki
Ziemia już przygotowuje się by zadrżeć
Zraniona Twoją krwią
Tylko ludzie są głusi
Cudze cierpienie boli tylko mądre serca
Upadając drugi raz, dajesz katom czas...
Na ciszę choćby litości
Dla nas samych, odrzucających łaskę Zbawienia
Upadasz przygnieciony krzyżem
Rzucamy na Twój Krzyż nasze krzyże
Nie chcemy ich
Przytulasz ten ciężar do serca
Nie zostawiasz na kalwaryjskiej drodze
Żadnego...
Twoja krew pobłogosławi je
Miłość przemówi...
Do końca masz nadzieję, powstając z upadku
Ujrzeć wokół siebie więcej Szymonów i Weronik.
STACJA VIII
Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty
Litują się niewiasty nad Twoją męką
Płaczą...
Cóż Ci po łzach, które tak łatwo osusza życie
Litość przeminie, czas ją zapomni
Tyle cierpienia wokół
Twardnieją na nie serca, szańcem codzienności chronione
Aby tylko cudze cierpienia nas nie zraniły
Litość dajemy ofiarom
Słowa czułe, próżne, nic nie znaczące
Choć czasem piękne
Nad dziećmi swoimi płaczcie - mówi Jezus
Łzy litości nie koją bólu
Trzeba go ująć w ciepłe dłonie
Nawet gdyby był cudzy, obcy
Ogrzać, towarzysząc mu, aż
Do pierwszego uśmiechu
Do pierwszej nadziei ...
Do pierwszej wspólnej modlitwy
Czy o to prosiłeś, Jezu?
STACJA IX
Pan Jezus trzeci raz upada
Zamyślił się Bóg stwarzając człowieka
Na obraz i podobieństwo Swoje
Wolną wolę mu palcem świętym wpisał w serce niepokorne
Człowiek wziął boży obraz w ręce swoje
Grzechem w niego rzucił, rozbił nadzieje boże
Syna na zbawienie świata zesłanego
Na kamienie rzucił, po raz trzeci
I ocet podał spragnionemu
Odkupiciel powstaje i choć znieważony
Dar Miłosierdzia rozdaje, jak skarb niedoceniony
Z ilu naszych upadków, Jezu tak zelżony
Podnosisz nasze ciała, dusze grzechem udręczone?
Czas życia Bóg darował mnie, pielgrzymowi świata
Na policzenie upadków
Na szukanie Brata
Tego, co krzyż zaniósł na Golgoty wzgórze
O jedno On tak bardzo prosi
Z Krzyża, w lód świata wbitego:
Wspomnij na zamyślenie Boga
Gdy stwarzał cię na obraz i podobieństwo Jego....
STACJA X
Obnażenie z szat Pana Jezusa
Nie wystarczy katom, że Cię zranili, Jezu
Suknię ofiarowaną przez Matkę
Zdzierają z Ciebie, aby widać było Twe rany
Aby poniżyć Twoją ludzką godność
Kiedyś na Sądzie, Bóg odsłoni nasze dusze
Zdejmie z nas błyszczące suknie grzechu pychy
Odsłoni zranienia, zabliźnione rany
Leczyliśmy je ludzkimi sposobami:
Zapomnieniem, odejściem od krzyża, od Boga
Odrzuceniem modlitwy
Chcieliśmy się przypodobać światu
Ludzkie leki nie leczą, oddalają tylko ból
Często zabijają ludzką godność
Kaci zdarli z Jezusa szatę, otworzyli rany
W ranach moich szukajcie zbawienia
Nie w ziołach tego świata, nie w jego ubraniach
Krzyczy Twoje milczące przyzwolenie na poniżenie
Błogosławiona Szato Jezusa
Utkana rękami Matki Bolesnej
Zdeptana przez katów
Tamtych i współczesnych
Oczyść nasze oczy....
STACJA XI
Przybicie Jezusa do krzyża
Po co Cię kaci popychają?
Sam położysz się na krzyżu
Jak na chwilę spocznienia dla nóg obolałych
Dla pleców porytych biczami
Ale nie ma dla Ciebie wytchnienia
Młot i gwoździe już przygotowane
Po co ta wrzawa wokoło?
Przecież nie uciekniesz od krzyża
Sam go nie wybrałeś, zgodziłeś się:
Twoja wola, nie moja, Panie
Stuk młota, nogi przybite
Lewa ręka przybita
Spoglądasz jak kaci przybijają Twoją prawą rękę
Już nią nie pobłogosławisz...
Nie ma zbawienia, nie ma nadziei
Poza krzyżem...
Trzeba jak Jezus, własny krzyż zarzucić na plecy
Życie poda gwoździe
Znajdą się kaci z młotem
Krzyż, to jedyny klucz do nieba
Poszukaj krzyża Człowieku, który kiedyś odrzuciłeś
Może ze strachu?
Może z wygody?
Może zabrakło modlitwy? Miłości ?
Jeszcze czas, Przechodniu ulic tego świata
Twój krzyż wybrał ci Bóg z miłością według sił twoich...
Ten najcięższy już dawno dał Synowi.
STACJA XII
Śmierć Pana Jezusa na krzyżu
Ból całego świata zawisł na krzyżu
Cierpienie rozdarło zasłonę
Między niebem a ziemią
Bóg wyciągnął ręce po Syna
Ale On jeszcze zbawiał łotra na krzyżu
Zadrżała ziemia, krew Chrystusa
Zmieszana z goryczą octu, ostatnim darem człowieka
Spłynęła ze świętego ciała
Milczał Jan
Milczała Matka Bolesna
Zamilkli nawet kaci
To błogosławiona cisza
Cisza śmierci, której się tak lękamy
Umarł Jezus na krzyżu
Umierają też nasi bliscy
Już nie ma do kogo powiedzieć - kocham cię
Cierpimy widząc, ile gwoździ
Wbiliśmy im za życia w ich krzyż
Ile razy przybijaliśmy im ręce
Gdy chcieli tylko.... pobłogosławić, poradzić
Jezu, matko, ojcze, bracie, siostro, przyjacielu
Wstaw się u Boga za nami
W obliczu ciszy śmierci
Błagamy Zbawczą Miłość Cierpienia
Przebacz....
STACJA XIII
Zdjęcie Pana Jezusa z krzyża
Zdjęto ciało Jezusa z krzyża
Jako człowiek jest martwy
Krzyż wbity w ziemię, zbroczony Jego krwią
Udręczonym ciałem
Ciągle stoi, wyciąga swoje drewniane ręce
Zbawiciel ustąpił ci miejsca na twój krzyż
Teraz On stoi przed twoim krzyżem
Zawsze czeka na ciebie
Podtrzymuje twoje pokaleczone ciało i duszę
Daje napój Ducha Świętego, nie gorzki ocet
Nie obelgi, nie śmiech
Daje Miłość
To krzyż zbawczy...
Stań przy nim, daj się „ukrzyżować" za grzechy
Ofiarowaniem modlitwy, cierpienia, milczenia
Boisz się szyderstw ludzkich, bólu, samotności?
To ciernie życia
I choćbyś uciekał od Chrystusowego krzyża wysoko jak ptak
Ludzie przybiją cię do innych krzyży
Zawsze znajdą się tacy, co wystrugają krzyże wojny, przemocy, zła
Na nich jest tylko ból, bez pocieszenia
Na tych krzyżach ustawianych przez ludzi nie zawisł Jezus
Wyrzeźbiło je zło, obojętność
Tylko jeden krzyż wyciąga do ciebie ręce
Krzyż Chrystusa Miłosiernego
Módl się człowieku, abyś nie pomylił krzyża
Ludzkiego z Chrystusowym.
STACJA XIV
Złożenie Pana Jezusa w grobie
Złożono Cię w grobie
Cisza groty, rozpacz Twoich wyznawców
Przedtem spocząłeś na rękach Matki
Pożegnanie - bolesna, milcząca pieta
Cierpienie zawsze jest nieme
Mówi do serca, duszy, oczy i słowa go nie rozumieją
Matka Boża z Jezusem na kolanach
To symbol bólu milionów matek
Urodziły dla życia
Świat przemocy oddał im dzieci martwe
Dla ilu istnień ludzkich łono matki było grobem?
Dlaczego Jezu, tak długo człowiek musi oddychać złem?
Po co zabijać ciało, duszę?
Wyciągamy z żalu do Boga pięści - wołamy, dlaczego?
A to nie Bóg, to ludzie kopią groby
Twój grób, Jezu, będzie pusty
Zimna grota Cię nie pochłonie
Pójdziesz Zmartwychwstały do człowieka
Jestem, powiesz
Ciągle żywy...
Bóg nie stworzył człowieka dla grobu
Stworzył go... dla wieczności.
Kościół na ul. Nobla. Po Drodze Krzyżowej chwilę trwałam na adoracji Najświętszego Sakramentu.
W myślach ujrzałam Papieża. Poczułam, że przytulam go do siebie, obejmuję.
Uczucie to było tak fizyczne, że aż dostrzegłam rozłożenie rąk wokół siebie. To były sekundy. I wówczas cichutki głos we mnie poprosił: napisz o Nim wiersz, tylko bardzo prosty.
Papież
Ulepiła Go boża mądrość, z radości Stwórcy
Z Miłosierdzia Jego
I jak łaskę zesłała na ziemię
Nauczyciela Wielkiego
Upadł dar święty na grunt twardy
Świat oczy bólem mu napełnił
Serce cierniem udręczył
Człowiek - Papież, dla nas dojrzewał
Nadzieją karmi ludzi
Nie lękaj się, powtarza
On Kapłan tego Świata zna Prawdę
Co dusze ubogaca
Upadł bezradny od kuli
Świat zadrżał lękiem dotknięty
Strażniku Nadziei, powstań!
Zapłakał grzesznik i święty
Powstał, z pomocną ręką Maryi
Już nie tak silny, lecz starzec
Cierpiący, siwy, cierpliwy
I pielgrzymował dalej...
Jakie przesłanie nam dajesz, Boże
W starcu zbolałym i chorym
Czy dusza nasza, jak On, ukrzyżowana
W niemocy swojej?
Na plecach Jego krzyż grzechów świata
Krok, jak Jezusa, z wysiłku upada
Duch Jego wielki, grzech ludzi ciężki
Bóg czeka i siły daje...
Dałeś nam Boże Znak Pojednania
Postać On przybrał Papieża
Tak mało żąda, serce i nauka Jego:
Darmo Miłość wam dano, darmo ją dawajcie
Msza święta w Borzęcinie
Ewangelia tej niedzieli mówiła o chrześcijanach jako soli ziemi.
Zastanawiałam się jak wygląda ta nasza Wspólnota.
Ujrzałam obraz dużego różańca, nawleczone były na nim (zamiast paciorków) czerwone, żywe owoce kaliny.
Przyglądając się bliżej, dokładniej, zobaczyłam, że niektóre owoce są soczyste, czerwone, ale między nimi są też owoce zwiędłe, zeschłe, sczerniałe.
Zastanawiałam się, czy (według prawa natury ) wszystkie owoce czeka śmierć?
„Otrzymałam" odpowiedź, iż każdy owoc, który „odchodzi" (więdnie z powodu śmierci, bądź to duchowej, bądź cielesnej) odradza się. Cały różaniec ciągle, zasila Krzyż Chrystusa, nadając mu moc odradzania różańca. „Po ludzku" zrozumiałam, iż nawet jeśli nadejdzie czas, gdy pewna liczba ludzi odejdzie od chrześcijaństwa, to narodzą się (z mocy Krzyża) inni, którzy „zasilą" go swoją siłą: święci, księża, a nawet zwykli wierni.
Kapliczka
Ulepiła ją mgła pokory
Musnął światłem Bóg Wszechmogący
Na świat zesłał Niepokalaną
Łask pełną, błogosławioną
Stoi teraz w posągu rzeźbiona
Kapliczka z Maryją Świętą
Czeka na pieśni i modły majowe
Ludzi zwyczajnych, nie świętych
Uklękną przed Nią w zadumie, pomodlą
Kwiatami ozdobią, wstążkami
Westchną cicho, strudzeni życiem
Maryjo, ktoś szepnie, chodź z nami
Tam w domu, w izbie, przy oknie z kwiatami
Będzie Ci cieplej, wygodniej
Deszcz nie dosięgnie, ni burza Twych ramion
I człowiek zły Cię nie dotknie
Za gościnę, rzeknie Święta Panienka
Dziękuję z miłością , kochani
Ktoś kiedyś, z wiarą, za dary uzdrowień
Postawił ten posąg na chwałę
Stoję tu, dłutem w kamieniu wykuta
Aby strzec tego, co w ludziach święte
Przypominam, że jest ktoś na ziemi
Kto prośbami nie gardzi waszymi
O Maryjo Święta z przydrożnego sanktuarium
Co strzeżesz sumień i łask nie szczędzisz
Tak samotna jesteś czasem przy tej drodze
Gdy przechodzimy obok Ciebie obojętni.
Gorsza, lepsza miłość....
Tyle sporów i wojen świat zalicza wrogich
I wciąż nie ustają...
Kto Cię kocha bardziej, Jezu tak mi drogi
Chrześcijanin, protestant, czy też muzułmanin?
Czym jest Miłość, Boże i jak ją poznawać?
Czy czołgiem, bombami, zabijać i karać?
Nawet Biblia, Panie, dzieli chrześcijan dzisiaj
A słowa w niej zawarte, różnie są interpretowane
Twoja Męka, Panie, dla wielu jest znakiem
Ale, czy sam znak, miłością zapłonie?
Miłości trzeba dotknąć, jak Tomasz ran Twoich
Nie pozna jej, nie doświadczy, człowiek nie zraniony
Do walki nie powstanie, bez szatańskich pokus
Smaku jej nie pozna, bez bólu, upadków
Miłość, twarz ma Twoją, oplutą, skrwawioną
Rozpozna ją tylko, powstający z kolan
Ze zdumieniem spojrzy, że w szatach żebraka
Przemierza ta Miłość, świat wciąż tak skłócony
Która miłość jest gorsza, a która lepsza dla nas?
Z którą trzeba walczyć, a której pokłonić?
A wówczas zrozumie bez słów i emocji
Człowiek, który wyszedł Miłości naprzeciw
Jak trudno ją poznać, choć serce wciąż szuka
Ona jest tak cicha i pokorna bardzo
Ze często ją mijamy jak ślepi i głusi
Bardzo przeżyłam śmierć Siostry Łucji (zm.13.02.). Miałam wrażenie jakby odeszła z tego świata osoba, która „chroni" ten świat przed bożą sprawiedliwością. W modlitwie oddałam ją Bogu, prosząc o łaskę za jej wstawiennictwem. I wówczas... spoglądając na obraz Matki Bożej z Medjugorie, zaczęły do mnie spływać słowa... Początkowo chciałam aby tylko trwały we mnie. Żal mi jednak było, aby uleciały w zapomnienie. Spisałam więc je dając tytuł wiersza: Dar.
Dar
Wyciągam do Ciebie ręce, Panie
O pocieszenie prosząc
A Ty mi każesz zamknąć oczy
I trwać w pokorze
Milczę więc ciszą karmiąc się jak chlebem
Czas ciało przenika
Nie ma w nim słowa, gestu żadnego
Tylko błogosławiona cisza
I w adoracji tak zagłębiona
Pełna spokojnej nadziei
Liczę na znak Twój
Na pocieszenie
Na ulgę w moim zranieniu
Czas mija, minuty z rzadka
Wyznacza zegar milczenia
Trwam tak... w nadziei
Z pustymi rękami
Napełnisz je Panie, darami ?
Oczy otwieram na znak Twój podany
Na rękach szukając pociechy
Cóż widzę?
Maleńki krzyżyk drewniany...
Pokuty przypomnienie.
Budząc się rano w piątek miałam uczucie przedziwnej duchowej miłości, która mnie otacza. Jakby „ktoś" chciał mi przekazać, że jestem kimś ważnym. To były sekundy, ale bardzo piękne. W myślach ujrzałam piękny kwiat. Chyba to była róża czerwona. Jakiś życzliwy wewnętrzny głos „tłumaczył" mi, że wiara ludzi zawiera się w tym pięknym pąku. Kwiat jest świeży, piękny, pachnący. To zachęta zesłana z nieba, aby kochać Boga. Ale kwiat więdnie, traci zapach, schnie - pomyślałam. Ale wiara w nim istnieje, choć już bez płatków, listków. Trwa niejako „w pamięci" tego kwiatu, unosi się, nic ją już nie podpiera, nie pociesza zapachem, nie podlewa .Ale jest. To bardzo trudne do zrozumienia. To wiara silniejsza, trwająca dzięki łasce, nie umacniana z zewnątrz, silna dzięki woli, ta wiara ufa, że ma już swoje miejsce, choć wokół niej nie ma niczego, co by ją podtrzymywało. To silne przekonanie, że mimo braku „pocieszenia" (zapach, zieleń, woda)... jest się we właściwym miejscu. Myślę, że to obraz wiary ludzi już bardzo silnie związanych z Bogiem. Oni się „unoszą" jak ptaki, karmią łaską spływającą wprost do duszy.
Poczekaj
Są takie dni, gdy wołasz o Miłość
A ona milczy
Są takie dni, gdy wzywasz Nadzieję
A ona nie przychodzi
Są takie dni, gdy świeczkę zapalasz dla Wiary
A ona gaśnie
Są takie dni ...
Gdy Jezus zakryty na krzyżu
Fioletową zasłoną
Szuka dla ciebie Miłości, Nadziei, Wiary
W poście, modlitwie, cierpieniu
I nie mów, że opuściła cię Wiara, Nadzieja, Miłość
One na pustyni, w męce
Kształt przybierają krzyża
Na jego ramionach wypisuje się
Nadzieja dla twojego życia
Miłość, której szukasz
Wiara, abyś nie zgubił Nadziei i Miłości
Poczekaj w spokojnym zaufaniu
W kolejnej mszy, z eucharystią w sercu
Zmartwychwstanie w tobie
Pomimo smutku opuszczenia
Zapali się, w czasie wyznaczonym
Według boskiego zegara
Czekaj, nawet gdyby twoje oczy były ślepe
A uszy głuche
Dla Jezusa cud
Nadziei, Wiary i Miłości
Jest chlebem powszednim...
Kamień
Ciężar życia odczułam
Na ramionach mych spoczął
Jak kamień, który każe przystanąć
W miejscu, przeze mnie nie wybranym
Z tęsknotą wspomniałam tych, co już odeszli
Twarze ich wypełniły serce moje
Wokół życie tętniło własnym rytmem
A ja, usiadłam na kamieniu
Nawet wiatr był cichy
Żadnej melodii
Tylko ja i kamień
Jak rachunek sumienia
Milczeliśmy...
Głową w niego uderzać, czy sercem?
Czy kamień może rozgrzeszać?
Kiedyś, Jezu, Twój krzyż wbito w kamień
Siłę i moc miałeś Boga
Ja - tylko niemoc człowieka
Póki mnie nie udźwigniesz
Mówi mój kamień
Drogi nie przejdziesz
Chwastem zakwitniesz w jego cieniu
Kiedyś, na Golgocie ofiara twego Boga
Spłynęła i na kamień twój
Na życie twoje...
I moc ci dał Bóg... w modlitwie.
Obudziłam się, mając wrażenie, że spadam zbyt szybko, jakby ktoś z pośpiechem zrzucił mnie z jakiegoś miejsca, w którym przebywałam. Było we mnie dziwne uczucie „oddechu", jakiś rytm przedziwny, piękny, głęboki. Uświadomiłam sobie nagle, to co przeżywałam w swoim niby - śnie. Ktoś próbował mi wytłumaczyć uczucie, które opisane słowami nie do końca oddaje to, co chciałabym przekazać. To jakby być na pięknym balecie, a później niezdarnie go naśladować. Ale spróbuję. Czuję oddech ziemi, całego kosmosu? Widzę lasy, morza, piękną przyrodę. To wszystko oddycha, żyje, ma w sobie „duszę".
Wiem, że Bóg tam jest. On jest w tej przecudnej, bogatej, kolorowej przyrodzie. Przenika każdą drobinę ziemi i... człowieka. Jesteśmy w Nim. On nas „czuje". Widzi w każdej sekundzie. „Oddychamy", żyjemy wraz z Nim - jakby na Jego ciele. Nic nie jest możliwe aby nie dostrzegał. Jesteśmy w Nim. Ważni, bardzo ważni w swej drobinie. Jesteśmy drobiną a zarazem całym kosmosem. Oddychamy tym samym rytmem, co Bóg. Łączy to wszystko wielka Miłość. Niszcząc przyrodę, siebie, duchowo i moralnie - urażamy Go, sprawiamy ból. On to czuje w swoim rytmie oddechu. Jest duchem przenikającym wszechrzeczy.
Jest w pięknie gór, oceanów. To jakby Jego ciało... Bóg to nie Starzec z brodą, którego mamy wizję - to oddech, rytm, uczucia, a nawet... ból. Z powodu człowieka, który niszczy....
Moje odczucia trwały tylko sekundy, ale były... nadzieją, dały mi wiarę w Wielki Boski Plan Życia. Nie skryjemy się przed Bogiem. Nasz oddech jest w Nim...
Dusza
Stwórco gór i oceanów
Malarzu świata, Rzemieślniku doskonały
Artysto wschodów i zachodów słońca
Stoję przed Twoimi cudami
A moja dusza ulatuje na szczyty gór
Jakże ją ściągnę w dół, gdy pokocha ich tajemnice?
Wołam, krzyczę, echo dosięga ...
Wraca do mojego ciała
Wiem, że ci w nim ciasno, grzesznie
Szepczę do niej łagodnie, tłumaczę:
Jakże to - człowiek bez duszy?
Nad brzegiem morza podziwiam talent Stwórcy
Szum wody, obłoki wpadające gdzieś za horyzontem
Ona, dusza, wyrywa się znowu
Skacze po zbielałych od piany falach
Posyłam po nią rybitwę, a może mewę?
Wracaj, krzyczę
Wiesz, że nie mogę zostać bez ciebie, duszy
Klękamy przed Tobą, Boże
Obie, ja i moja dusza - uciekinierka
Jesteśmy razem
Upilnuję ją
Dla Ciebie, Panie.
W ciemności...
Podaj mi rękę, Panie
Bo na wąskiej drodze stoję
Lękam się stopę postawić
Gdy Morze Czerwone Wiary się ... rozdziela
Samotna stoję, a słowa Twoje zagłusza wiatr
Przede mną ciemność widzę
Aniołowie w rozmowie zatopieni
Sprawy ważne świata omawiają
Bezbronna jestem w ludzkim opuszczeniu
Ktoś cicho szepcze - odwagi
Ktoś inny - bądź ostrożna
Głos taki też słyszę
Dla ciebie Bóg cudu nie uczyni
Są święci, dla nich Bóg łaskawy
Łoskot fal, pustka, ciemność
I ja...
Gdyby choć promień jasny księżyca
Słowo jedno...
Człowiek jeden...
Kapłan dla mnie przeznaczony...
Wzburzone fale omiatają moją wąską
Bezpieczną dróżkę...
Czas na decyzję krótki
Czuję się jak Piotr w łódce miotanej burzą
A Jezus śpi spokojny...
Budzę Go, jak Piotr, krzykiem
Panie, tonę...
Czemu twoja wiara, Piotrze, taka słaba?
Powiedziałeś...
Piotr tego nie wiedział
Choć blisko Twoich rąk był
W ciemnościach strachu, łoskocie fal
Zagłuszających Twe słowa
Sprawdzasz naszą wiarę, Jezu?
Niedzielna msza. Dlaczego, zastanawiam się, ciągle widzę obraz zeschniętego liścia przed oczami. Liść ulatuje, upada, jest kruchy, lekki. Próbuję wyeliminować ten obraz, przeszkadza mi w skupieniu. Wtedy pojawia się obraz starego wozu konnego, a właściwie koło metalowe, które najeżdża na ten liść. Zaraz go rozjedzie, pomyślałam, ale ...lekki podmuch unosi „mój liść". I odsuwa go na bok. Nadal nie widzę sensu tego obrazu i próbuję oddalić od siebie „przeszkadzające mi" myśli. „Pomyśl" - ciągle jednak słyszę: „Czym jest liść, czym podmuch?"
Mój „wewnętrzny" podpowiadacz wyjaśnił mi, iż zeschnięty liść to obraz człowieka podatnego na działanie Ducha Świętego. Takim zeschniętym liściem są z pewnością ludzie stojący bardzo blisko Boga. Lekko unoszą się, gdy Duch Święty wskazuje im ścieżki, a nawet „chroni", jak w przypadku owego metalowego koła, które mogłoby rozjechać liść. Lekkość (dlatego obraz zeschłego liścia) jest konieczna, daje człowiekowi wolność od emocji tego świata, pozwala unosić się wysoko (bez bagażu „przywiązań") i stąd do takiej duszy gotowej, ma dostęp Duch Święty. Myślę, że mało jest ludzi tak ukształtowanych. Dlaczego trzeba być tak kruchym, lekkim (nie obciążonym ciężarami przywiązań do świata) aby Duch Święty działał na nas?
I wówczas rozpoczęła się komunia święta. Mały lekki opłatek, a jaka moc! Duch Święty nie działa jak grom z jasnego nieba, jest cichy, lekki jak podmuch. I może dlatego niezauważany?
Powołanie
Jest taka droga
Samotna
Trochę drzew obok niej rośnie
Czasem polne kwiaty
Przydrożny krzyż pochyla się łaskawie
Cichną na niej śmiech i rozmowy
Krzyki, płacz i kłótnie wszelkie
Cisza śpiewa jedynie psalm uwielbienia
Na tej drodze staje
Bóg i człowiek
Pomiędzy nimi, Wielkie Milczenie
I światło, które nie oślepia
Tylko przenika, jaskrawe
Kto pierwszy przemówi?
Nie wiem
Znam tylko ludzi z tej drogi
Habity dziś noszą, sutanny
A w sercu...
Milczenie Boga
Modląc się ujrzałam dwie szklanki napełnione krystaliczną wodą. Uznałam to za temat do rozważań. Czyjaś ręka rozlewała z jednej szklanki wodę wokoło, szklanka ta napełniała się znowu czystą wodą. Druga szklanka stała nieruchomo, po pewnym czasie woda w niej stawała się mętna. Dlaczego? Wielokrotnie w modlitwie zadawałam sobie to pytanie. O co chodzi w tym obrazie? Po wielu modlitwach zrozumiałam, że obie szklanki to jakby przykład dwóch dusz chrześcijańskich napełnionych Duchem Świętym - krystaliczną wodą.
Szklanka z wodą rozlaną to chrześcijanin dzielący się swoją wiarą i wiedzą o Jezusie. To życie ciągle ciekawe, dążące do poznania Boga. Duch Święty napełnia taką duszę ciągle nową, krystaliczną wodą. Taki chrześcijanin, który dzieli się swoją miłością do Boga, naucza - otrzymuje nowe dary - nową wodę. Modlitwa jest dla niego łaską. Szklanka z wodą mętną - to chrześcijanin „letni", kiedyś w szkole poznał prawdy o Bogu, ale je tylko „magazynował", nie dzielił się, nie szukał wiedzy nowej, skierowującej go ku Miłości Gorejącej. Taka woda zmętniała nie daje mu mocy, siły. To ciągle ten sam pokarm, a modlitwa - mozolnym obowiązkiem. Może nawet tak być, że „nudzi go" ten napój. Poprzestaje na obrzędach, nie pragnie nowego poznania. Jego woda w szklance zamiast żyć nowymi darami, płynąć - jest jak stojąca w stawie woda.
Chrześcijaństwo to droga, ciągłe podążanie, a nie wygodny przystanek. Chrześcijaninem człowiek się staje przez całe życie, to rozwój duszy i umysłu, doskonalenie siebie.
W kołysce Stwórcy
Zawieszeni pomiędzy niebem i ziemią
W kołysce Stwórcy
Zbliżamy się do ziemi
Grzechem Adama przyciągani
Zawieszeni pomiędzy niebem i ziemią
W kołysce Stwórcy
Wysyłamy duszę ku niebu
Ona pamięta o Ojcu
Zawieszeni pomiędzy niebem i ziemią
Na ziemi siejemy ziarna swego życia
Zbiory Ojciec szacuje w niebie
Na własnej wadze
Nasza, podaje tylko kilogramy pychy
Albo cierpienia
Wagę Stwórcy Miłosierdzie kontroluje
Gdzie jest złoty punkt?
Gdzie ręce Boga i człowieka się splatają?
Zawieszeni w kołysce Stwórcy
Szukamy Go siejąc i zbierając
Zakopując talenty i pomnażając
Znaku widocznego wypatrujemy
Pomiędzy niebem a ziemią
W kołysce zawieszeni
Jest taki znak, jak drabina
Pomiędzy niebem i ziemią
Bóg go ustawił na Golgocie
Krzyż z Synem Jego
Pomiędzy niebem a ziemią....
Jeszcze w telewizji nie ma alarmujących wieści o chorobie papieża. Pewnego dnia mam sen, że jestem prawie w pustym, słonecznym pokoju i ...usługuję przy leżącym na łóżku papieżu. Poprawiam kołdrę, podaję pić i jestem bardzo szczęśliwa. Boję się, że za chwilę przyjdzie siostra zakonna i „odbierze mi" tę pracę. Sen był tak wyrazisty, a radość tak wielka, że cały dzień byłam szczęśliwa.
Próbuję medytować stację Drogi Krzyżowej - Jezus umiera na krzyżu. Moja uwaga jest całkowicie skupiona na krzyżu i głowie Chrystusa. Raptem jakby ktoś „nałożył" inny film, pojawia się sylwetka papieża (ubrany na biało).Leży na łóżku, nie mam świadomości, że jest chory, raczej, że odpoczywa. Podnosi się trzykrotnie i błogosławi. Dziwi mnie, że tak sprawnie porusza się.
Po śmierci papieża. Podczas Adoracji „uskarżam się" Panu Jezusowi, że zabrał nam Jana Pawła II i tylu ludzi rozpacza po jego śmierci.
W głębi duszy usłyszałam piękny głos: zabrałem wam chorego człowieka, a daję silnego, mądrego...Apostoła.
Znak Boga
Na tron Piotrowy zasiadł
Z twarzą jasną i słowem mądrym
Prosto głowę uniósł, głosząc słowo boże
Szukał owczarni po świecie
Jak pasterz z lekarstwem nadziei
Ufał, że człowiek jest wielki
Należy w niego uwierzyć
Wzrok jego jak wzrok Chrystusa
Przenikał duszę każdego
Miliony rąk chciały go dotknąć
Jak świętej relikwii w kościele
Silnym chciał być po ludzku
Bóg jednak mocy mu nie dał
Kruchością człowieka, bez siły
Tajemnicę miłości obwieszczał
Wskazywał, gdzie cud tkwi w człowieku
Nie w głosie, który zanika
Lecz w krzyżu, co laską świętą jest w życiu
Podpiera w milczeniu, gdy ból przenika
Zamilkł na zawsze na świecie
Prorok trudnego wieku
Widzialnym znakiem był Boga
Tak trudno w śmierć Jego uwierzyć
O śmierci dana każdemu
By próg przekroczyć nadziei
Módl się za nami, Papieżu
Zmartwychwstań dla naszej Nadziei
Próbuję podczas Adoracji dowiedzieć się w medytacji, dlaczego papież czuł się „przymuszony" duchowo do tak licznych pielgrzymek. Otrzymałam wówczas „obraz" papieża przemierzającego ziemię. Każdy jego krok pozostawiał za sobą dół - ślad.
Ów ślad napełniał się wodą. Ta woda - to źródło Ducha Świętego, usłyszałam. Każdy krok papieża, jego ślady pielgrzymkowe to napełnianie ziemi Duchem Świętym, Jego fizyczna, dotykalna obecność.
Medytacja
Zgasły światła w kościele po mszy ostatniej
Ciemnością się oblekł kościół pusty
Jedynie lampka czerwona przy tabernakulum świeci
Aniołowie wartę nocną już rozpoczęli
Posnęli święci na obrazach
Matka Boża Dzieciątko do snu układa
Jezus na modlitwach wiernych głowę złożył
Rozważa łaski, o które prosili
Klęczę sama w pustym kościele
Sen to, czy jawa, myśli jak ptaki trzepoczą
Nagle w ciszy, głos słyszę przy konfesjonale:
Krzyża się nie lękam...
Jakieś cienie, jak Anioły w mroku
Rozmowę toczą, pewnie spowiedź świętą
Krzyża się nie lękam...powtarzam to zdanie
Medytuję w sercu, jak boże przesłanie
Krzyża się nie lękam...jednak...lękam, Panie
Ileż wiary trzeba, Boże Wszechmogący
Ile łaski Twojej, ile woli mojej
Aby nieść z godnością krzyż swój dany w łasce
Słonymi łzami i gorzkimi słowy nie splamić go, Boże
Jak padając pod nim, szybko się podnosić?
Jak bez lęku ponieść, kiedy już zadany?
W medytacji cichej tyle pytań krąży
Na odpowiedź czeka serce zatroskane
Wyśpiewaj Aniele pieśń błagalną dla mnie
Dla krzyża mojego o ławkę wspartego
Naucz jak z nim chodzić, kiedy nogi bolą
Kiedy lęk ogarnia...
Anioł skrzydła poprawił przy ołtarzu głównym
Słowom moim i sercu nakazał milczenie
Ręką wskazał krzyż z Jezusem piękny
Lęk twój?
Czymże on jest? - spytał
W obliczu Miłosierdzia Jego.
Przed pielgrzymką do Izraela, podczas adoracji Najświętszego Sakramentu mam nadzieję spotkać w grupie pielgrzymów kapłana, bądź ludzi, z którymi zaprzyjaźnię się. Proszę o to Pana Jezusa. W duszy słyszę odpowiedź: Nie licz na to, skup się na własnym sercu.
Przed mszą proszę o kapłana, który byłby mi pomocny w spowiedzi. Po chwili gdzieś w sercu słyszę prostą odpowiedź, dziwnie mnie zastanawiającą: Tak, rozumiem cię, chcesz aby kapłan pomógł ci dostrzec „kurz", którego sama nie dostrzegasz w duszy.
Zachwyciło mnie to zdanie. Przecież w najlepiej posprzątanym mieszkaniu, zawsze ktoś dostrzeże więcej, w tym przypadku „kurz", którego moja chęć duchowego rozwoju ... nie dostrzegła.
Ten „kurz" pokrywa czasami takie sfery ludzkiego ducha i serca, że nie zauważamy, jak cenny klejnot jest nim pokryty.
Prośba
Aniele Boży, Stróżu mój
Wędruj ze mną po polach mojego życia
Wskazuj dobre ścieżki
Nie odpoczywaj
Trzymaj za rękę, gdy błądzę
Między prawdą a zwątpieniem
Połóż dłoń na moich ranach
Niech nie płaczą
Blizny przykryj anielskim puchem
Abym nie rozważała ich źródła
Nie potykała się o rozpacz
Podaj linę, gdy skała wysoka zasłoni światło
Ukaż przepaść grzechu
I trzymaj mnie mocno
Aby podmuch szatański, nie strącił mnie w nią
Wędruj ze mną ramię przy ramieniu
Otwórz uszy na twój szept
Krzykiem budź, gdy boże dary przesypiam
Nie odwracaj się, gdy zawinię
Nie skarż Archaniołom: zgubiłem ją
Szukaj, zawsze, wszędzie
Codziennie
Postaw na drodze dobrego człowieka
Zasłoń przed złymi oczami i słowami
Nie zgub mnie, błagam, Stróżu mój
Tobie Pan Bóg zaufał...
Małgorzata, autorka Orędzi Miłosiernej Miłości z Belgii stworzyła, pod natchnieniem, Legion Małych Dusz, z siedzibą w Chevremont. Jezus wskazywał jej drogę, rozmawiała z Nim.
Na śmierć Małgorzaty
Pamiętam twoje oczy
Ostatnie spojrzenie
Jak niebieskie skrawki jasnego nieba
Spojrzałyśmy na siebie bez słów
To było długie spojrzenie
Słowem nie mogłyśmy wyrazić swoich uczuć
Ty innym mówiłaś językiem, ja innym
Ale tego samego Pana miałyśmy
Najlepszego tłumacza Miłości
I On stanął pomiędzy nami
Rozumiany bez słów
Sercem spragnionym jedynie
Rzeczy pięknych, dobrych
Miłosiernych
W oczach twych była radość
Jakiś promyk tajemnicy
Oczy twoje mówiły
Weź tę tajemnicę
Ponieś dalej...
Mój czas ku innym już zwrócony światom
Czułam, że to pożegnanie
Ale nie chciałam wierzyć
Tacy jak ty, powinni żyć wiecznie
I żyją...
Wieczne odpoczywanie ukołysało twą duszę
Pozostałam z twoją tajemnicą spojrzenia
Błogosławieństwa
Znakiem krzyża na czole
Jak łaską, której nie wolno zmarnować
A światłość, dar ci ofiarowany
Wskazała drogę
Wieczne odpoczywanie racz Małgorzacie dać Panie...
Jestem w kościele przed mszą. Mam czas na medytację. Myślę o pielgrzymce do Ziemi Świętej. Łzy napływają mi do oczu. Tak bardzo bym chciała, Jezu, aby pielgrzymki do Ziemi Świętej dawały ludziom odrodzenie duszy.
W sercu słyszę głos: widziałem wszystkich pielgrzymów podczas swojej Drogi Krzyżowej; każdej twarzy błogosławiłem.
Widziałem tych sprzed stu lat i was.
Wlewałem w was łaskę. Nie wszyscy przyjmowali ją według moich pragnień. Nie mogłam tego zrozumieć do końca. Wówczas jak na filmie pokazali mi się ludzie wśród zamieszania bazarowego na Drodze Kalwaryjskiej. Otrzymali książki, każdy jednakową. Jedni obejrzeli tytuł, okładkę - nie zaglądali do środka, inni spojrzeniem przeglądali treść, jeszcze inni zaczynali dokładnie czytać, nie zwracając uwagi na hałasy. Byli i tacy, którzy po drodze... wyrzucali je do kosza. Czy teraz rozumiesz? - usłyszałam.
Ziemia Święta
Moje ręce miały marzenie, a usta pragnienie
Dotknąć Twojej Ziemi, Jezu
Ziemi Świętej
Moje ręce dotknęły jedynie kamieni
Moje usta całowały ślady innych pocałunków
Pielgrzymów sprzed setek lat
I tych obecnych
Po śladach Twoich wędrówek podążałam
Radosna z sercem czujnie schowanym
Aby nie wyfrunęło
Znaki Twoje zbierałam jak monety złote
Na czas przyszłej zadumy
Nad Twoją Miłością
W wietrze wiejącym nad pustynią Judzką
Szukałam pokarmu
Na czas postu
W Morzu Martwym i Jeziorze Galilejskim
Wody Życia
Na czas duchowego umartwienia
Dotykałam kamieni, drzew, które
Być może, pamiętały Twoje łzy, krew
Jak człowiek chciałam się nimi nakarmić
Zaczerpnąć lekarstwa dla duszy mojej
Jerozolimo, nad którą płakałeś
Byłaś nadzieją dla serca mojego
Bezpieczeństwem i świadkiem
Dzięki Ci Boże, że kryłeś Syna w grotach, górach
Dzięki Ci za ich potęgę przetrwania
Małe kapliczki, obelisk, niewielki ślad na murze
Znaczą dziś Drogę na Kalwarię
Ta droga pełna straganów przypomina
Twoją drogę
I czułam na niej, jak Ty, dwa tysiące lat temu
Jedynie wrzawę dnia codziennego
Przenikała uszy bazarowymi okrzykami
Zagłuszała mękę Twojego serca
Umierałeś wśród ślepych na cud
Który był blisko
Chciałam dotykać Twoich błogosławionych śladów, Jezu
A dotykałam jedynie kamieni, wody, powietrza
Kurzu współczesnych ulic
Dzwonów kościołów i muzułmańskich śpiewów
Ale dusza moja, bez rąk, ust, oczu
Przepełniała się radością
Twojego zaistnienia na ziemi...
W duszy nieśmiertelnej odciskasz ślad
Ziemio Święta
Pamięć jej dajesz...
Nieśmiertelną.
Adoracja Najświętszego Sakramentu. Wystawienie Najświętszego Sakramentu w kaplicy. Siostra zamyka kraty.
Dlaczego Jezu, trzeba Cię tak strzec przed ludźmi? - pytam.
I piękna odpowiedź: Jestem miłością , a miłość jest bezbronna....
Następnego dnia, przed mszą świętą otrzymuję przedziwne przesłanie (wiąże się to z moim wierszem o dzieciach nienarodzonych). Bóg w swoich planach zsyła na ziemię dusze błogosławione „specjalnym pocałunkiem". Mają one prowadzić pewne grupy ludzi do Boga. Jeśli jednak nastąpi aborcja ? Kto te dusze zastąpi?
Każde poczęcie (słyszę dalej) winno być przez człowieka (ojca, matkę) „wymodlone". Ma to być modlitwa o duszę błogosławioną. Przyjście na świat dziecka to nie akt natury jedynie, to wielka „akcja" Boga i człowieka.
To akt stwórczy. Każdy „przypadek" narodzin (bez miłości) to tragedia dla tej duszy, jej wielka walka w ... smutku.
Ten „smutek", tak go określam, jest bagażem na życie, stąd zawsze musimy błagać Boga... o Jego wolę w zesłaniu dla nas upragnionego dziecka. Błaganie to zawiera się już w samym akcie małżeństwa, w gotowości na przyjęcie duszy, a nie tylko ciała dziecka. Aborcja, narodziny w wyniku chwilowej namiętności, która mija, nie były chyba w planach Boga? Tak to rozumiem.
Rodzina stanowi „rdzeń boży", jeśli w rodzinie pojawiają się ludzie jej szkodzący, źle życzący jej członkom (złość, zazdrość, przekleństwa) to dotyka to całego „rdzenia", nie tylko konkretnych osób, do których owe złe myśli są skierowane. Zaczyna wówczas ów „rdzeń" chwiać się, przerywać. Mówimy wówczas - taka dobra rodzina, a coś złego w niej się dzieje....
Tajemnica przebaczenia
Doznałam radości, przenikającej
Jakiej życie unieść nie może
Spłynęła z Synaju Dekalogiem
Jasnością , przed którą ciemność klęka
Trwała sekundy...
Dusza ją przyjęła, zapamiętała
Jak świętość daną grzesznikowi
Na czas smutku
Jak zapas pokarmu w głodzie nadziei
Już wiem, jak wielka jest Miłość Boga
Poznali ją święci
I zatrzymali w sercach
Odtąd światłość była ich Matką
Moje serce zadrżało, sumienie grzesznika
Zwinęło się jak kłębek wełny
W bólu
Jak dziecko niewdzięczne wobec Rodzica
Krzyczało ... przebacz
Im głośniej krzyczało
Tym dłużej trwał cud radości niepojętej
I myśl ludzka, jasna, zaświtała
W tajemnicy przebaczenia...
Twoja miłość, Boże, jest najpełniejsza?
Bezrobotny Anioł
Za dużo płaczu na świecie
Twarzy przygnębionych
Za dużo dzieci głodnych, matek porzuconych
Za dużo zimna i obojętności
Za mało rąk przyjaznych, za mało miłości
Modlitwy za mało, za dużo przemocy
Zbyt wiele lęków, nieprzespanych nocy
Zęby zło szczerzy ciesząc się wygraną
Bóg, mówią ludzie .... zapomniał już o nas
Są jednak chwile, jak błyski na niebie
Kiedy Anioł sznur złoty posyła na ziemię
I chwyta go starzec i matka zgnębiona
Szukając nadziei w ramionach Anioła
A wówczas Anioł, ów boski posłaniec
Znajduje ludzi, którzy zechcą dawać
Człowiek przy człowieku staje zachwycony
Znika obojętność w cieple rąk splecionych
I tak myśli Anioł, tym cudem zdziwiony
Nie mogąc zrozumieć tej pięknej przemiany
Jak szybko znikają lęki i łzy słone
Gdy ze złem do walki staje zwykły człowiek
Trochę słów serdecznych, czasem grosz niewielki
Modlitwa, różaniec, koronki perełki...
Gdyby świat te cuda wpisał w swoje normy
Spałby dziś spokojnie...
Anioł Bezrobotny.
Jestem 15 minut przed mszą, skupiam się na Najświętszym Sakramencie, oddaję się działaniu Ducha Świętego, oczyszczam się, aby żadne myśli nie zakłócały mojej medytacji. Po chwili widzę obraz. Ktoś rozwija przede mną kolorowy rulon, rodzaj mapy zapisanej literami (raczej hebrajskimi).Wiem, że ich nie odczytam, jednocześnie nie ma we mnie żalu, że jakaś tajemnica zostaje przede mną zakryta. Rulon rozwija się w kształcie trójkąta. Widzę na nim dróżki, kwiaty czerwone, zaznaczone są lasy zielonym kolorem. Rulon ma brzegi zbrązowiałe, jak stary rękopis, jest miękki, bardziej jedwabny niż papierowy.
Gdzieś w sercu słyszę głos: to twoja droga życiowa. Zastanawiam się dlaczego odkryty jest tylko „rąbek", reszta rulonu zwinięta.
Czy oznacza to, że Bóg zna moją drogę życiową, a ja jeszcze nie znam swoich wyborów? Czy ważna jest w tym przypadku moja wolna wola?
Nadal ktoś „opowiada" mi sens owej mapy. Kwiaty, las, to „siew" moich przodków. To oni poprzez dobre życie, modlitwy, zasiali ziarno kwiatów, drzew (choć poszli dalej w życiu i efektów swego „dobra" nie widzieli). Ja z tego korzystam, moja droga przez to jest usiana łaskami przez nich „zasianymi".
Czy z nich skorzystam? Myśląc w ten sposób, pytam siebie co dzieje się z ludźmi, których „zasiew" przodków jest „kolczasty", gdzie zamiast kwiatów jest pustynia? Jak więc ważne jest nasze działanie obecnie dla przyszłości naszych następców!
Różaniec życia
Krzyk, lub płacz żałosny nowe życie budzi
Anioł sznur z perłami do nieba mocuje
Po sznurze, jak różańcu płyną losy ludzi
Na nim, znaki tajemne, Pan Bóg wypisuje
Na różańcu życia są: radości i smutki
Żałoba, czasem droga pusta, kamień wystający
Bóg ludzi obdziela różnymi perłami
I różną długością od ziemi.... do nieba
Są różańce życia z jednym znakiem tylko
Ot, zaledwie krzyżyk... i różaniec znika
Jeden podmuch mały i życie zanika
Pamięć po nim w sercu na długo zostaje
Są różańce życia długie ponad siły
Na końcu same krzyże bolesnej choroby
I choć ręce nadal trzymają go wiernie
Trzeba modlitw wielu i pomocnych dłoni
Jak przedziwnie Boże, wplatasz tajemnice wielkie
W ten ludzki różaniec, ślad duszy na ziemi
Czy człowiek rozpozna je na swojej drodze?
Czy odnajdzie Miłość, Wiarę i Nadzieję?
Jak ślepcy szukamy po omacku pereł
Mylimy Twe Dary z ziemskimi darami
Miłości szukamy według ludzkich recept
Na krzyż natrafiamy....
A on, jak drogowskaz staje, gdy mylimy drogę
Zbyt szybko, o Boże i niezbyt starannie
Czytamy Twe znaki ukryte w różańcu
Tajemnic jego do końca nie znamy...
Wszak jedną, Bolesną, Bóg odkrył przed nami
Jak prawdę, o której pamiętać nie chcemy
Różaniec życia raz jest darowany
Jak prezent, tak piękny... że niepowtarzalny.
Lekarstwo dla duszy
Gliniane naczynie mej duszy
Czas życia na kawałki rozbił
Zlepić je nakazałeś, Panie
Na pewnej mszy błagalno - proszącej
Wzięłam różaniec do ręki
Kilka modlitw do Ducha Świętego
Msze ofiarowane za bliskich zmarłych
I tęsknotę do Boga Wszechmocnego
Lepiłam mozolnie dzban duszy
Z lękiem i niepewnością
Drogą krzyżową wspierałam
I zwykłą codzienną troską
A kiedy już ulepiłam
Gliniany dzban mojej duszy
Blizn tyle na nim dostrzegłam
Z ran dawnych, co jeszcze bolały
Jakże Ci, Boże Jedyny, zanieść
Dzban taki kaleki?
Jak wlejesz w niego Swe dary?
Mogą przez rany ulecieć...
Cichutki szept do mnie dotarł
Jak powiew letniego wietrzyka:
Przez rany Syna przemawiam
Ranami ... duszę twą leczę.
Jestem na mszy u księdza Jana Szymborskiego. Boli mnie kręgosłup i jestem zniecierpliwiona. Kobieta przede mną uklękła tak, że muszę przybrać pozycję niewygodną dla mnie. Jak, zadaję sobie pytanie - skargę, przetrzymam cały różaniec? Proszę Matkę Najświętszą o wewnętrzny spokój.
Czuję zawrót głowy, jakby otoczenie wokół mnie oddaliło się. Jestem na łące u „dziadków". Mam kilka lat, może osiem? Zbieram czerwone jabłka i niosę je dziadkowi w sukience. Jestem szczęśliwa wśród zieleni, spokojna. Dziadek, gdy do niego dobiegam, pokazuje mi kijem, który zawsze używał jako laski, na łąkę przed sobą. Czuję do niego żal, że nie chce moich jabłek. Ale patrzę na obraz, który mi wskazuje. Widzę łąkę pełną kwiatów (to autentyczna łąka spod domu moich dziadków). Na łące, przy strumieniu siedzi Matka Boża i Pan Jezus. Rozmawiają. Matka Boża pochyla głowę w kierunku Pana Jezusa, jakby Go do czegoś przekonywała (może do intencji naszych modlitw różańcowych?).
Obok Matki Bożej leży złota korona, obok Pana Jezusa - krzyż. Oboje, mam wrażenie, wypoczywają, mocząc nogi w źródełku. Nie podchodziłam blisko, chłonęłam ten obraz w szczegółach. Chciałam Im dać jabłka (w tym obrazie mam świadomość dziecka, jakiegoś rodzaju niewinności).Czekałam aż skończą rozmowę i spojrzą na mnie. Moje jabłka w sukience były tak piękne, czerwone. Widziałam czystą, wprost krystaliczną wodę strumienia. Byłam trochę zdziwiona wielością szczegółów owej wizji: kwiatów, kolorów, płatków. To wszystko drgało w przedziwnym świetle. Mam wrażenie, że byłby z tego piękny obraz, ale czy zaakceptowałabym go pamiętając jak piękne obrazy widziałam? Ocknęłam się po chwili powtarzając... Zdrowaś Maryjo. Różaniec się już skończył... Gdzie byłam w tym czasie?
Pamięć
Pamięć, czas piękny nosi
Jak kwiat żywy
Jak łaskę, co życie daje
W milczeniu dorosłym
Ja, łąkę pamiętam, pełną polnych kwiatów
I strumień maleńki
Mostkiem podzielony
Czysty wśród zieleni, słońcem ozdobiony
Niezbyt daleki od chaty dziadków moich
Wydawał mi się drogą
Ku światu innemu
Tam, teraz myślę, po latach mądrzejsza
Szukałam Ciebie, Boże mi nieznany
Mała dziewczynka, samotna wśród kwiatów
Z oczami pełnymi barw namalowanych
Słów modlitw nie znając na pamięć
Czekałam spokojna
Powietrzem się karmiąc
Na czas, gdy poznam Cię, Panie
Dla dziecka śpiewałeś, Boże Najmilejszy
Głosami ptaków i ciszą poranka
Tu, nad strumieniem
Pełnym plusku stworzeń
Duszę mą Panie, w serce Swoje brałeś
I choć myślałam, że to strumień woła
Aby w nim ręce zanurzyć, oczyścić
To Ty, Boże
Nad nim pieczę miałeś
I tajemnicę Swoją wlałeś
W duszę dziecka czystą
Już nie ma tych kwiatów
Strumień także wysechł
A chatę dziadków starość powaliła
Pamięć została
Jak obraz wielkiego artysty
W muzeum życia go nie zastawiłam
Patrzę na niego w modlitwie skupiona
Szukając znaków i barw czystych
Znam Imię Tego, co go namalował
To Ty, Boże Najwyższy.
Gdy niebo dotyka ziemi
Dzięki Ci, Matko Najdroższa
Za miejsca święte na ziemi
Za stopy Twoje na zwykłym drzewie
Za obrazy błogosławione
Za prośby o modlitwę różańcową
Za źródła, które dłonią wskazałaś
Za niebo, które dotknęło ziemi...
Ślad, który po Tobie pozostał
Kapliczki dziś zdobią, kościoły
I choć nikt już cudu nie widzi oczami
Tkwi on w sercach pielgrzymów
Perłami różańca jaśnieje
Modlitwą posłaną, jak dusza
Po łaskę jej uzdrowienia
Wszak niebo tam ziemi dotknęło...
Tam w miejscach świętych, Maryjo
Pojawiasz się jak Stróż Boży
Z miłością schylasz głowę
Prośbami nie gardząc naszymi
Na słowach modlitwy pielgrzyma
Odciskasz swój pocałunek
Duszę bierzesz w swoje władanie
I znaczysz w niej... miejsce święte
Jakże Twe serce, o Pani, wielkie i tajemnicze
Wybierasz na miejsca święte
Zwykłe pola, gór szczyty
Ludziom prostym i dzieciom niesiesz swoje przesłanie
Szkiełko mędrca nie pojmie Twojego błagania
W drewnianej kapliczce, gdzieś w polu zielonym
W deszczu ulewnym, a jakże słodkim
Gdzie prosty człowiek rozpoznał Cię, Matko
Poczułam również Twój ciepły dotyk
I zrozumiałam, w tym deszczu, słocie
Wśród figur woskowych się modląc
Wędrujesz Matko za ludem swoim
I nie opuszczasz go nigdy
Jak ludzka matka w zwyczajnej chacie
Cud czynisz objawienia
Gdy dziecko Twoje klęknie z różańcem
W mszy świętej szukając ukojenia
To wówczas niebo dotyka ziemi
Choć oczy tego nie widzą
Bo miejsce święte, sam Bóg nam wyznaczył
W duszy... nieśmiertelnej
Podczas porannej medytacji i modlitwy ujrzałam obraz wielkiej tuby (rogu), który zawisł na niebie. Z rogu tego wysypywały się jasne drobinki przemieniające się w trakcie zbliżania do ziemi w... ludzi. Były ich miliony. Przyszło mi na myśl, że to my - ludzie stworzeni przez Boga, w jednym akcie stwórczym, jak nasiona jesteśmy zrzuceni na ziemię. Dojrzewamy i rodzimy się w określonym przez Boga czasie.
Pytanie dziecka
Zapytał mnie raz w lesie
Szkrab jeszcze bardzo mały
Co znaczy, że dusza jest w ciele?
I kolor ma jaki?
Niebieski, różowy, a może biały?
Podniosłam oczy do nieba
Szukając w nim natchnienia
Drzewa dziwnie zamilkły
Ptaki przestały śpiewać
Dziecko spojrzało ufnie
Jakby ciszy nie słysząc
Niebo jasne milczało ...
Na co czekało w tej ciszy?
Jedynie białe obłoczki
Jak uśmiech aniołów wesołych
Dodały odwagi mym słowom
Skrytym gdzieś w sercu głęboko
Dusza...zaczęłam nieśmiało
Wokół czując pytanie
Jest... jak kromeczka chleba
Miodem posmarowana
Ona nas karmi słodyczą
Budzi rankiem do życia
W nocy bajki wyświetla
O świętych, co nam dobrze życzą
Naucza, co dobre, dla brata twego i siostry
Jak uśmiech zdobyć matki i ojca
Jak zmieniać łzy smutku na łzy radości
Jakie słowa wyśpiewać w piosence
By ludzie się radowali
Jakie kolory malować w laurce
Na święta tych, co kochamy
Wiele jeszcze przykładów
Chciałam szkrabowi podać
Ale on nagle przerwał:
Wiem już, jak duszę rozpoznać!
Jak? - spytałam ciekawa
Sama nie wiedząc wiele
Dusza, rzekł szkrab mały
To Nauczyciel w ciele...
Gdy go chcemy posłuchać
Wszystkiego nas nauczy
A gdy głusi jesteśmy? - spytałam nieśmiało
Wyrzuca nas ze swej szkoły...
Bo wiemy...za mało
Zaśmiały się Anioły z prostej szkraba wiedzy
Drzewa znów zaszumiały
Ptaki trele zaczęły
Tylko dusza, o którą pytał
Szkrab jeszcze przed chwilą ciekawy
Zaczęła ....we mnie płakać
Szczęścia to były łzy?
Czy przedziwnej...obawy.
Grota
Tak bardzo bym chciała powrócić
Do lat dziecięcych, niewinnych
By sercem jedynie chłonąć
Ten Cud w Grocie Narodzin
Chcę poznać myśli Józefa
Tęsknoty Maryi Świętej
Chcę widzieć tamte gwiazdy
Co kiedyś jaśniały na niebie
O ciszy w grocie marzę
Nad cudem zamyślonej
O milczeniu, co nagle zapadło
Jakby zatrwożone
Czy byłeś tam w grocie, Boże?
Ukryty w ten Dzień Narodzin
Musiałeś tam być i jak Ojciec
Nie jedną łzę uronić
Spadły Twe łzy na ziemię
Błogosławieństwem świętym
Twój Syn w Dzieciątko się wcielił
W Betlejem, grocie odległej
Jak wielki Bóg Dar ofiarował
Dłoniom, za fiat Maryi
Poniesie go Ona w sercu
Jak znak Zbawienia tej ziemi
Niepokalana, bez grzechu
Przeczysta i bez zmazy
Serce ma bardzo kobiece
Nie wolne od bólu skazy
O czym myślałaś, Maryjo?
Wpatrzona w kolebkę z Jezusem
O przepowiedniach proroków?
O losie Twojego dziecka?
Do serca Maryi Świętej
Bóg wlał Tajemnicę Zbawienia
Z tą Tajemnicą, jak krzyżem
Miłość rozważać będzie
Jak zbawia w trudzie i bólu
Jak mówi do uszu głuchych
Jak oczy ślepe uzdrawia
Jak Prawdy naucza od wieków...
Ciągle nowych ludzi.
Może pod wpływem przemian społecznych w kraju, zastanawiałam się nad naszym losem. Wówczas nagle ujrzałam szosę... prowadzącą do nikąd. Szosa była nowa, ledwo wybudowana. Obok niej leżały wyrwane kępy traw, drzew.
Były zielone, pożyteczne, jeszcze zdolne do życia, ale przeznaczone na ....odsunięcie, umieranie....Mam wrażenie, że dotyczy to dużej ilości ludzi w Polsce, w sile wieku, którzy mogliby coś tworzyć, dać dla kraju, ale zostali „unicestwieni"(bezrobocie).Droga-szosa była dla nowego pokolenia. Odniosłam wrażenie, że była utworzona dla ludzi chcących szybkiego sukcesu, kariery i prowadziła... do nikąd.
Ból
Jest taki ból w człowieku
Którego apteczne leki nie zwalczą
Chirurdzy nie powstrzymają
Zioła nie złagodzą
Zadziwia samego człowieka
Zjawia się jak kukułka w obcym gnieździe
Podrzuca ból
I znika
A ty czyń z bólem według woli twojej
Dobro? Zło?
Radość? Nienawiść?
Odrzuć lub przemyśl
Boga poproś o lekarstwo
Albo węża
A może bożka jakiegoś z naszego świata?
Ból podrzucony jak kukułcze jajko
Woła do naszej duszy
Szukaj Prawdy o nim
Poranisz się wśród ciernistych krzaków życia
Poszukując jego przyczyny
Rany ci tłum zada, gdy w kolejce
Po lek przeciwbólowy staniesz
Aż w końcu ...
Poraniony i pobity
Pokoju zaznasz przed Jezusem do krzyża przybitym
Ból twój u stóp Jego złożysz
I poniesiesz go dalej przez życie
Już wiesz, że ból ten na wszelkie leki....jest odporny
Bóg nam go zadał
Z miłością , nadzieją i wiarą
Jak wielką tajemnicę.
Po prośbie
Widziałam starość, jak przemierzała ulice
Podpierając się laską
Widziałam starość, jak przemykała się po domu
Aby nie przeszkadzać
Widziałam starość w kościelnej ławce
Błagającą o jeszcze kilka nadziei
Widziałam starość na inwalidzkim wózku
Popychaną z niecierpliwością
Widziałam starość, która chciała doradzać
Patrzono na nią niełaskawie
Widziałam starość pochyloną nad grobem bliskich
Z suchymi liśćmi rozmawiała
Widziałam starość o zgorzkniałych oczach
Życie z niej zadrwiło
Widziałam starość, która chciała być silna
Nikt jej nie wierzył
Widziałam starość, którą nikt nie kochał
A jednak nie umierała
Ciągle trwała
Starość, którą spotkałam po drodze
Przemierza ciągle świat
Jak Bóg, „okaleczony" przez człowieka
Po prośbie puka do serc
O miłość ostatnią...
Podczas modlitwy (zamknięte oczy) przewinął mi się obraz Jezusa siedzącego na dużym, płaskim kamieniu. Jak w kalejdoskopie zmieniał się Jego obraz: raz był w królewskim stroju, raz zmaltretowany, krwawiący. Wokół Jezusa był wielki obszar trawy bardzo zielonej. Miałam wrażenie, że Jezus jest bardzo samotny, wyczekujący.... Gdzieś w oddali było miasto, ludzie, ale ten obraz był bardzo zamazany. Jezus czekał... Byłam tego pewna. Próbowałam skupić się, aby zrozumieć to przesłanie, usłyszeć w duszy głos o „prawdzie" tego widzenia.
Otrzymałam taką interpretację. Jezus czeka na ludzi, czeka też na mnie, boimy się podejść do Niego blisko, po tej zielonej murawie. Jeśli już ktoś „odważy się" podejść, nawet w pół drogi do oczekującego Jezusa - nie ma odwrotu. Musi podchodzić coraz bliżej. To „podchodzenie" do Jezusa Samotnego odbywa się w wielkiej ciszy, towarzyszy człowiekowi spokój, ale i lęk wielki, czy podoła „odrzucić" to co jest wokół zielonej murawy: miasta, ludzie.
Na tej drodze do Jezusa jest samotność, ale nie ma ona wymiaru cierpienia, jedynie samopoznanie swej duszy. Musimy stanąć sami przed sobą, bez pomocy innych, potrzebna jest w tej drodze odwaga człowieka, wolna wola, aby „zbliżenie" do Jezusa było całkowite, bez oglądania się za siebie. To przy tym kamieniu Bóg daje łaski. Dano mi odczuć, że to bardzo trudne wejść na tę murawę. Uczynili to już ludzie święci.
Tak trudno …
Tak trudno iść za Tobą, Jezu
Choć powtarzasz - Jestem Miłością
A my ku człowiekowi się skłaniamy
Szukając pociechy
Otrzymujemy obojętność, nienawiść
Gesty cierpliwości jedynie, drwiący śmiech
Czasem nawet miłość
Na sekundy życia
Tak trudno iść za Tobą, Jezu
Prosisz o obecność naszą przy krzyżu
Nie wymagasz, aby rany Twe opatrywać
Ale my boimy się na nie patrzeć
Jak na grzechy nasze
Tak trudno iść za Tobą, Jezu
Choć niewiasty pod krzyżem
Prosiłeś jedynie o cichy szept modlitwy
Małą łzę, nie głośne łkanie
A my wolimy wielki wrzask
O swojej krzywdzie
Tak trudno iść za Tobą, Jezu
Choć chcesz od nas tylko Miłosierdzia
A nie ofiary
Dla naszych serc, sprawiedliwość ludzka
Jest ważniejsza
O nią toczymy wojny, rozbijamy rodziny, zabijamy
Tak trudno iść za Tobą, Jezu
Ciągle nie wierzymy, że Boża Miłość
Jest... dla człowieka
Na nic
Kiedyś świat wydawał mi się prawdą
Kiedyś moc władców - potęgą
A nauka siłą
Kiedyś prawdy szukałam u filozofów
Umysły sławnych były mi autorytetem
Nie znalazłam miejsca...
Na własne szczęście
Kiedyś stanęłam naprzeciw krzyża
Człowiek na nim cierpiał
Samotny
Zawisł z mocy sądu, autorytetu, nauki, tłumu
Patrzył na mnie zamarły w drzewie
Jeden krzyż w kościelnej nawie
I ja
Jedna
Jeden liść na drzewie, a jakże ważny
Mała łza, wobec wielkiej rozpaczy
Jedna dłoń wyciągnięta, a jakże cenna
Na nic tysiące dłoni podanych
Na nic wielki ogień wobec płomienia świecy
Na nic tłum wobec jednego człowieka
Na nic ogromne fale wobec jednej kropli
Na nic wielkie cmentarze wobec jednej mogiły
Kiedyś stanęłam naprzeciw krzyża
To Ty, Jezu, powiedziałeś do mnie:
Na nic cała prawda o ludziach i świecie
Wobec prawdy... o tobie samej!
Wystawienie Najświętszego Sakramentu na ołtarzu Serca Jezusowego w kościele na ul. Nobla. Po kilku minutach przed ołtarz przyszła siostra zakonna i zebrała zwiędłe bukiety. Trwała adoracja i było kilkadziesiąt osób. W pewnej chwili usłyszałam wewnętrzny głos: stawiajcie przy mnie zawsze świeże bukiety kwiatów, a nie zwiędłe. Co to znaczy - pomyślałam, adorując Najświętszy Sakrament. Po chwili zrozumiałam. Bukiety kwiatów są jak nasze modlitwy, muszą być zawsze świeże - czyli żywe, serdeczne, mówione z miłością. Bukiety zwiędłe - to nasze „zwiędłe" modlitwy, odmawiane z rutyną, pośpiechem, z obowiązku. Często modlimy się rozglądając, nieuważni na to, co istotne w kościele. Pan Jezus „przyjmuje" te zwiędłe bukiety naszych modlitw, ale tak naprawdę czeka kiedy przyniesiemy na ołtarz - świeży, piękny, pachnący bukiet kwiatów - modlitw szczerych, pełnych miłości i dobrych uczynków.
Kościół
Są takie miejsca bezpieczne na świecie
Gdzie zło zatrzymuje się na progu
Twojej duszy
Może czeka ale nie dotyka
W blasku świec, oddechu kadzidłem
Jezus zasiada obok ciebie
Zamknij oczy, posłuchaj Jego słów
On wkracza z kapłanem na ołtarz
I cud się dzieje Przeistoczenia
Tam, nawet twoje łzy cię karmią
A dusza strapiona znajduje odpocznienie
Tam pod krzyżem klękasz
A on cię unosi z prochu
Do Serca Najświętszego
Tam nikt nie upada, nie traci nadziei
Nie zaznaje głodu, lęku
Sam Jezus go karmi
Serce i ciało leczy
Wystarczy przekroczyć próg
Drzwi możesz zostawić otwarte
Złodziej twej pokory nie podąży za tobą
Może tylko
Poczeka....
Zamknij oczy, poślij duszę na ołtarz
Anioł twój Stróż ją poniesie
A ty czekaj, na cud
Z wiary, miłości i nadziei się narodzi
Czasem jednego chmurnego dnia
A czasem wielu lat trzeba
Czasem dłonie jednego kapłana wystarczą
Z hostią świętą
A czasem dziesiątek dłoni potrzeba
Ale idź, ciągle idź
Do jedynego bezpiecznego miejsca
Dla ciebie, człowieku
Znacz go łzami, ślad po sobie zostaw
Nie zniknie
Aniołowie świetlistym kręgiem go znaczą
Są takie miejsca piękne na świecie...
Tam sam Bóg pełni święty dyżur
Ofiarując się człowiekowi
Ludzka ikona
Pożegnałeś mnie Jezu, po mszy
Ludzką ikoną
Jakby mało było świętych obrazów w kościele
Ta ludzka ikona, jak obraz żywy
Utkwiła w sercu moim
Klęcząca, siwa kobieta, zatopiona w modlitwie
Obok niej - syn
Nazywają takich „downami"
Niepełnosprawnymi...
Trzymał rękę na jej głowie
Jakby ochraniał
Czekał z cierpliwą miłością, dumą
Kiedy zakończy rozmowę z Bogiem
Trwali...
Nieporuszeni wobec ludzi wypływających
Jak strumień, po błogosławieństwie
On, syn, zdawał się być, jak Jezus
Który pieczę ma nad Prawdą
Żywa ikona poruszyła się
Syn pomógł matce powstać z kolan
Podążyli razem
Za nimi, Pokora, podskakiwała wesoło
Dzięki Ci Jezu, za dar oczu
Dzięki za dar mszy świętej
Msza święta. Podczas modlitwy ujrzałam nagle przed oczami obraz Anioła w białej szacie, który ciągnął za sobą postać człowieka. Jego głowę miał pod pachą , jakby ten człowiek opierał się. Anioł przeszedł obok ławek, kierując się ku ołtarzowi. Obraz ten miał w sobie coś śmiesznego, pomimo powagi mszy, jakby Anioł mocował się ze swoim podopiecznym...
Modlitwa grzesznika
Przebacz Boże, bo zgrzeszyłem
Choć z wiarą biłem się w piersi
Przebacz Boże, bo ufałem
Pamięci bardziej niż sercu
Przebacz Boże grzechy i potknięcia
Oczy moje zanurz w Miłosierdziu Twoim
Uszom daj łaskę rozgrzeszenia
Naucz liczyć przebaczenia Twoje
Ukaż, jak cierpliwie czekasz
Na tych, co skarbu na ziemi szukają
Podaj krzyż
Nadzieję dla kamieni moich
I czas daj święty
Abym ręce po niego wyciągnął.....
Pytania
Jak stanąć przed Tobą, Boże?
Co czynić, by stać się godniejszym?
Za Matką skryć się Bolesną
Czy za Jezusem cierpiącym
Z płaczem podbiec bez lęku?
Czy z modlitwą błagalną
Na miejscach Cię szukać świętych?
Czy przy kapliczce przydrożnej
W tłumie skryć się pielgrzymów?
Czy w modlitwie uklęknąć samotnie?
Własny krzyż dźwigać bez skargi
Czy też innym pomagać go unieść?
Jak stanąć przed Tobą, Boże
Aby Cię... nie obrazić?
Dopóki pytasz, rzekł Anioł,
Serce twe w pychę niestrojne
Pytania zadajesz głośno
Bóg... w ciszy daje odpowiedź
Odkryj tę Ciszę w sobie
A chroń ją, jak miejsce święte
Bóg jest w nim częstym gościem
I tam zostawia... odpowiedź
Adoracja. W uniesieniu, posyłam ku Chrystusowi słowa modlitwy i mojej gotowości bycia w uwielbieniu przy Jego Tronie. Czuję piękno tego „obrazu", światło, czystość kolorów, radość. „Na ziemię" sprowadzają mnie słowa, które słyszę w duszy, a które później muszę rozważyć w sercu: chcesz być ze Mną przy pięknym Tronie, a przecież, gdy schodzę na ziemię, ludzie „oblepiają Mnie" swoim błotem. Czy i wtedy będziesz ze Mną? Zastanowiły mnie te słowa i dlatego je rozważałam. Jezus chce być wielbiony jak Boży Syn, ale też zauważany na ziemi, gdy poniżony, obrażany, wzgardzony (oblepiony błotem) prosi o miłość.
Jakże często – zrozumiałam - nie mamy odwagi bronić Jezusa tu na ziemi...
Nadzieja
Nadzieję Bóg zesłał do żłóbka drewnianego
Dzieciątkiem była niewinnym
W ręce Ją oddał Józefa i Panny Świętej
Aby Ją utulić
Nieobca była Nadziei ludzka bezbronność
I płacz w kolebce drewnianej
Jak człowiek się narodziła
I do człowieka przyszła po chwałę
Wiele lat przemierzała swe ścieżki
Wielu ludzi dotknęła swym słowem
By na końcu, z rozpaczą i bólem
Znów, na drewnianej kolebce głowę swą oprzeć
Tą kolebką nie był żłóbek narodzin
Lecz krzyż wielki dla Nadziei zbity
Nie kołysał Cię na nim śpiew Matki, cichy
Lecz głos ludzki, głośny i mściwy
Dwie kolebki były w Twym życiu
Nadziejo, przez Boga zesłana
Mały żłóbek w grocie ukryty
I krzyż wielki...
W skałę, na Golgocie wbity
Najpierw siano, potem kamień zimny
Twoim łożem były, Nadziejo
Lecz Bóg, jak Miłość, za obłokiem skryty
Co rok, posyła na świat... Nową Nadzieję
Miłosierny, Sprawiedliwy, Cierpliwy
Ciągle czeka na ludzi gotowych
Co oddadzą Nadziei swe serce
I krzyżować nie będą Ją grzechem
Banneux, Belgia. Pierwszy dzień przed obrazem Matki Najświętszej. Jestem już czwarty raz, nigdy nie odczułam takiego „stanu". Jak go opisać? Zapadłam się w jakiś letarg, przeogromny spokój. Dziękuję Matce Bożej, że mnie zaprosiła do siebie. Czuję dotknięcie po prawej stronie ciała, ale nie chcę się odwracać, jestem poza wszystkim. Chcę być tylko z Maryją. „Widzę" sukienkę szarą, fałdy układające się na sukni - fartuchu „roboczym". Pytam w sercu, dlaczego, Matko Boża, masz taką zwykłą szatę, jak posługująca kobieta? „Słyszę" odpowiedź: jestem Matką Bożą Pielęgniarką. Opatruję rany serc, duszy i ciała. W Banneux jest Dom Opieki dla ludzi chorych. Przyjeżdżają na wózkach do świętego obrazu i źródełka. Wielu chorych pielgrzymów składa swoje prośby przed Maryją. Jakże nie wierzyć, że Matka Boża w Banneux jest ciągle żywa, ciągle wysłuchująca, troskliwa?
Santa Maria z Banneux
Gdy noc gasi ostatnie światła
Cisza zalega w alejkach i kapliczkach
Dogasają świece zapalone nadzieją pielgrzymów
Szemrze cichutko święte źródełko
Od ludzkich rąk odpoczywa
Wysokie drzewa opowiadają sobie historie zasłyszane
W nocnej ciszy, Maryja siada przy źródełku
Do Syna modlitwy posyła
Złożone starannie w różaniec
Tajemnicy łez człowieka, dziękczynienia, miłości
Żadnej perełki nie upuści
Potem, jak Wielka Pielęgniarka
Chorych w pobliskim szpitalu utuli
Policzy wózki, kule, laski pobłogosławi
Odstawione na noc, jak krzyże
Rankiem, ponownie ludzie je poniosą
Utuli do snu tych, którzy na twardej poduszce Samotności
Muszą codziennie kłaść głowę
Psalm piękny im zaśpiewa..
Szata na Maryi Świętej zwyczajna, nie królewska
Szary fartuch pielęgniarki, proste sandały
Matka Ubogich..
Bezszelestnie obok pielgrzymów przechodzi
Cuda czyni uzdrowienia
Dotknij mnie, Matko, szepczą w kaplicy pielgrzymi
A Ona... dotyka
Rękami oddanych opiekunów
Spojrzeniem współczującym człowieka
Uśmiechem, który łączy
Modlitwą, znakiem krzyża
Na mszy obok kapłana siada skromnie
I słucha...
Matko Najświętsza Ubogich z Banneux
Która codziennie odmawiasz różaniec ludzkich serc - próśb
Weź nasze łzy i dziękczynienia, nasze dusze
W podzięce szczerej i...
Módl się za nami.
Czyściec
Jest jak ręce wyciągnięte do Miłości
Która przechodzi obok
Jak drzewo ukochane, które
Wycinamy, bo od lat nie daje owoców
Jak grób zapomniany, po którym stąpają ludzie
Zapalając lampki bliskim
Czyściec jest jak człowiek z bagażem
Któremu odjechał ostatni autobus
Jak noc bezsenna
Jak pusty konfesjonał
Jak ptak, który nie śpiewa
Czyściec jest milczeniem
Kiedy słów potrzebujemy
Jak grzech, który rani pamięć
Jak miłość matki
Zamieciona pod dywan codzienności
Aby nie przeszkadzała swymi oczekującymi oczami
Znasz i ty ziemski czyściec...
Z ziemskiego czyśćca możesz wysłać list
Z modlitwą i znaczkiem Nadziei
Do Boga
Boże odpisz...
Na adres mojego czyśćca
Będę czekać
Przy wyciętym drzewie ukochanym
Pustym konfesjonale
W bezsenną noc
W milczeniu
Z pamięcią grzechu
Przy grobie zapomnianym
Z ptakiem, który nie umie śpiewać
Banneux - msza święta, adoracja.
Tak zazdroszczę, mówię do Pana Jezusa, świętym i błogosławionym, wszelkich łask, jakich im udzielasz, Panie, a ja jestem taka niedoskonała... Słyszę w głębi serca „wesoły" głos, bo tak mogę go określić. Ten głos jest... taki ludzki... Ja też jestem „zazdrosny" o ciebie, gdy o mnie nie pamiętasz, nie troszczysz się o mnie... Poczułam tak przeogromną radość, że ktoś taki jak ja, może być warty... zazdrości Jezusa! Jakże Go więc nie kochać? Zabiegać o rzeczy, sprawy nie związane z Bogiem? Przecież Jezus daje tyle radości!
Klucz
Klucza szukałam do serca swojego
Miłość dając nieudolną
Piękna szukałam w człowieku
Blizny zadane leczę do dziś
Radości czekałam od życia mojego
Łez nazbierałam kilka czarek
Słowami próbowałam leczyć
Były zbyt kalekie
Milczeniem łagodziłam spory
Kamieniem twardym wracały
W pląsach z życiem nie znalazłam
Błogosławieństwa...
Klucza do serca szukałam...
Maleńka, biała hostia cud uczyniła
Przylgnęła mocno, jak znak Miłości Świętej
Otwarło się serce niespokojne
Błogosławieństwo otrzymałam
Dla życia mojego....
Wielbi dusza moja Pana
Wielbi dusza moja Pana
Za życie......
Dar dany z nadzieją, że go docenię
A duszy mojej nie zgubię
Na bezdrożach świata
Wielbi dusza moja Pana
Za wiarę....
Że krzyż podany poniosę
Choćby z jękiem
Wielbi dusza moja Pana
Za miłość.....
Daną w upadkach
Za oczy Boga życzliwe i ufne
Gdy ze złem walczę
Wielbi dusza moja Pana
Za życie......
Żyjąc mogę mówić do Ciebie, Boże
I doświadczać cudu...
Twoich odpowiedzi.
Adoracja Krzyża w Tetremont.
Odczytuję głośno modlitwę do pięciu ran Jezusa. Potem jest modlitwa księdza. Nie jestem w jakimś stanie ekstazy, nawet trochę rozproszona. Po chwili czuję tak ogromny, niepojęty stan radości, jakiego nigdy nie odczuwałam. Trudno go wyrazić słowami. Moje serce chce wyskoczyć, nie mieści się we mnie. Ogromny szloch oczyszczający przejmuje moje ciało. Mam wrażenie, że zacznę głośno krzyczeć, szlochać, że tej radości jest „za dużo" - nie podołam jej ponieść. Boję się ludzkiej reakcji pielgrzymów - moich towarzyszy, bo jestem przed krzyżem, na ich oczach, a nie lubię histerycznych zachowań, zbyt emocjonalnych. To uczucie przypominało ogromne wrzenie w naczyniu, aż pokrywka z tego naczynia poruszała się, a gorące uczucia przelewały się. Piękne, oczyszczające uczucie. Nie zapomnę tego daru nigdy...
Gdyby...
Gdyby miłość miała ręce
Poczułbyś jej ciepły dotyk
Gdyby miłość miała oczy
Patrzyłaby na nas czule
Gdyby miłość miała ciało
Przytuliłaby cię do siebie
A tak stoisz człowieku na rozdrożu
Pełen lęku szukasz oczu, rąk
Czekasz ciągle na dotyk miłości
Kiedyś Bóg zesłał na świat
Taką Miłość
Miała ręce, które błogosławiły
Oczy, które leczyły
Słowa, które napełniały nadzieją
Człowiek Ją ukrzyżował!
Nie uwierzył w łaskę Miłości
Ale Ona nie umarła
Zmartwychwstała
Jej oczy ciebie widzą
Jej ręce ciebie błogosławią
Jej usta mówią do ciebie z miłością
Nie krzyżuj Jej, człowieku
Zanim nie pokażesz Jej swojej duszy
Dotknie ciebie
Przytuli
Spojrzy
Skała
Widzę Cię, Jezu w Ogrójcu
O skałę oparłeś plecy
Anioł obok pociesza
Śpią Twoi Towarzysze
Mijają lata i wieki
I mnie Bóg przeznaczył ziemię
W ulicznym gwarze żyjemy
Jak Ty kiedyś, w Jerozolimie
Skał licznych nie zmiotła historia
I człowiek niewiele się zmienił
Kamień zdrady, choroby, wrogości
Świat w proch nie przemienił
Są tacy szczęśliwi, co wierzą
W lot bezbolesny, ponad skałami
Młodość skrzydła im daje
A pycha w powietrze unosi
Tylko, że ptak choć ma skrzydła
Na ziemię też musi powrócić
A człowiek choćby był silny
Spadochron beztroski traci
I spada, nie jak ptak, delikatnie
Na skałę, czy drzewo przydrożne
Ale gwałtownie, boleśnie
Uderza o kamień swój przeznaczony
To łaska, widzieć Cię, Jezu, o skałę wspartego
Znać miejsce, gdzie i przy której skale
Miłosierne Twe ręce pochwycą i...
Ochronią upadającego
Ostatni dzień w Banneux
Dziękuję Matce Bożej za tę pielgrzymkę. Czym mogę się odwdzięczyć, pytam, tak zwyczajnie, po ludzku. Przecież wszystko co piękne należy do Ciebie, Maryjo... Słyszę - módl się za ludzi w Belgii, to dobrzy ludzie...
W czasie modlitwy różańcowej za dusze czyśćcowe jedna z pielgrzymujących osób podejmuje inicjatywę modlitwy w autokarze - za dusze czyśćcowe. Jesteśmy wszyscy już zmęczeni, zbliża się kolejna już godzina podróży w autokarze. Kolejny dziesiątek różańca... Moją duszę przejmuje raptem wielka rozpacz. Widzę obce twarze i twarze moich zmarłych bliskich. Na piersiach maja woreczki - sakiewki z dziwnego materiału, jakby z juty. Sylwetki są pochylone w wielkim uniżeniu, jak żebracy, którzy samą postawą proszą, bez słów. Czuję ich wielką prośbę, jakby od tej modlitwy wiele zależało. Wielki szloch przejmuje moje serce, rozpacz nieutulona. Cierpienie ich staje się moim. Obraz ten dano mi abym poczuła dosadniej, silniej, jak ważna jest modlitwa za dusze czyśćcowe.
Matko Bolesna
Zraniona i bolesna wędrujesz po świecie
Jakby nie dość cierpienia
Życie Twe doznało
Święta Matko wśród bolesnych matek
Niepokalana
Zbierasz dla Syna dusze
Pokaleczone i chore
Dłońmi ogrzewasz serca zamarłe
Świętą szatą łzy ocierasz
Poisz nadzieją ze źródełek
Wytarte od modlitw perełki różańca
W róże przemieniasz
Zapachem ich ozdabiasz
Rany nie gojące
Pocałunkiem błogosławisz obrazy
W sanktuariach dla Ciebie wzniesionych
Cudami uzdrowień duszy i ciała znaczysz
Wędruje po świecie Serce Twe, cierniami splecione
W bólu matek ziemskich ból Swój objawiasz
Do Ciebie, Matko Bolesna, wyciągają ręce
A Ty, chwytasz je i jak w tańcu świętym
Do Syna prowadzisz po błogosławieństwo
Za przyjęcie bólu, za ciernie życia
Za pokorę w Miłości...
Modlitwa cierpiącego
W strugi deszczu oblekł się dzień
I jak dusza moja, płacze
Boże, Ty jesteś nadzieją
Dla smutku mojego
Jak kropla deszczu dla ziemi suchej
Jak woda, dla kwiatka zwiędłego
Duszę moją chcę Tobą nakarmić
Wlać do niej kroplę Krwi Świętej
Pod krzyżem Jezusa stanąć
A lęk mój na krzyżu zawiesić
W modlitwę się oblec milczącą
Bez słów i gestów zbędnych
I trwać tak, z różańcem w ręku
Wsłuchując się w krople deszczu
Powtarzać duszy zbolałej
Koronki tej słowa święte:
„Dla Jego bolesnej męki...
Dla Jego męki bolesnej” …
I ufać, tylko zaufać
Jak dziecko w Ojca wpatrzone
Iż lęk i ból duszy zadane
Sam Bóg
Miłosierdziem osłoni
Po powrocie z Banneux
Zbliża się godzina mojej codziennej mszy o godzinie 9.00. Próbuję przemóc opór przedziwny - jakiś głos (znam go) mówi: nie musisz iść do kościoła, przecież byłaś codziennie na mszy, przeżyłaś tyle wspaniałych chwil... (znowu kuszenie...) Poszłam na mszę i przeżyłam niezwykłe „nauczanie" przed Najświętszym Sakramentem, podczas Adoracji, po mszy. Dlaczego, Jezu, pytam, niektórzy tak wiele mówią o ostrożności i tylko ostrożności? Czy należy być tak bardzo ostrożnym, pytam? Wewnętrzny głos odpowiada mi, a jednocześnie „widzę" w sercu rzekę i drewniany most o mocnej konstrukcji z dużych bali. Bale są naprawdę, na co zwracam uwagę, silnej konstrukcji. A teraz ciekawy wywód: ludzie są czasem zbyt ostrożni, boją się przejść po tym moście... do Mnie. Zatrzymują się... z ostrożności. A to niezbyt mądre, można wiele stracić... Za mostem widzę piękną łąkę z kwiatami. Są okazałe, wielokrotnie większe niż w rzeczywistości. Mają piękny zapach. Chcę przekroczyć ten most. Dlaczego ludzie boją się na niego wejść? - pytam. Łąka, na której znajdują się ci, którzy pokonają ostrożność - słyszę głos w sercu, to niezwykła łąka, niezwykłe są na niej kwiaty. To kwiaty piękne... ale nie tylko do oglądania. Zerwanie, dotknięcie takiego kwiatu, to... rodzaj ślubu. Zerwiesz, na przykład, kwiat pokory - musisz być pokorą. Zerwiesz kwiat cnoty... musisz być cnotą, zerwiesz kwiat ślubów zakonnych, musisz go dopełnić...Daję piękny kwiat - dar, słyszę, ale... wymagam też dopełnienia przyrzeczenia. To ślub przede Mną. Może dlatego tak mało ludzi chce przekroczyć ten most? Dlatego ciągle mówią o ostrożności. Może nie chodzi tu o lęk przed tym, co nam Zły „mówi", ale o lęk przed odpowiedzialnością, powagą ślubu dopełnienia przyrzeczenia.
Usprawiedliwienie
Chciałabym cię duszo
W pięknym ogrodzie umieścić
Wonią zapachów otoczyć szlachetną
Chciałabym cię duszo
Ochronić jak mocarz przed światem
A mogę cię tylko pod krzyżem życia ugościć
Ale pójdę za tobą, jak małżonka ślubna
W drogę dla mnie zbyt trudną
Prowadź mnie, po śladach słów Chrystusa
Daj przystanąć, gdy za tobą nie nadążam
Daj pokutę czynić, gdy słów Jezusa zapomnę
Daj odpocząć w pocieszeniu błogosławionym
Zaniosę cię duszo zgnębiona
Przed ołtarz Pana naszego
Pobłogosław, powiem, Jezu
W dłoniach Swych, duszę potrzymaj
W miłosierdziu zanurz jej zniecierpliwienie
Powiedz jej, powiedz, Boże mój Drogi:
Ty skrzydła masz, duszo przepiękna
Ona - tylko dwie zmęczone nogi
Namiot
Postawiłeś Swój namiot między
Wiarą a zwątpieniem
Między nadzieją a lękiem
Postawiłeś Swój namiot między
Ja i Oni
Kimś a czymś
Rozumem i sercem
Postawiłeś Swój namiot między
Dzieckiem a Ojcem
Życiem a śmiercią
Krzyżem wysokim oznaczyłeś, Jezu
Ojciec Twój prezent dał nam
Szlachetny, trudny
Wolną wolę
Jak zegar tyka nakręcony ręką Boga
Czas wskazuje według Jego Nadziei
Błądząc, wątpiąc, kochając
Mylimy namioty
Poranieni rozumem, własnym krzyżem
Wolną wolę dźwigamy
Jak odpowiedzialność dla Nadziei Boga
Postawiłeś Jezu Swój namiot
Między Bogiem a człowiekiem
Mną i moją duszą
I ciągle czekasz cierpliwy
Na Swoich gości...
Nie mogę zasnąć, co jest dla mnie nietypowe. Modlę się za zmarłych, proszę Anioła swojego o rozmowę. W dalszej rozmowie ze swą duszą otrzymuję obraz człowieka, który żyje na tym świecie. Żyjemy nie tylko życiem wewnętrznym, ale także swoją „fizycznością". Mamy zmysły potrzebne aby przetrwać. Ale ...zbyt wielu z nas „zakorzenia" się mocno w tym świecie. Staje się jego niewolnikami. Ulegamy namiętności, obrazom, przywiązujemy się do tego świata. Widziałam korzeń w kształcie spirali utkwiony w ziemi. Owe silne przywiązania „fizyczne" odbierają nam Wolność działania według potrzeb duchowych. Aby poznać Boga, musimy się uwolnić od tych „spirali". Korzystać z nich, ale nie zakorzeniać się. Bóg chce nas „unosić", przemieszczać, nauczać. Jak nauczać kogoś, kto jest niewolnikiem?
Nie mów
Nie mów, że Bóg cię opuścił
A krzyż swój dźwigasz samotny
Nie mów, że modlitw twych nie wysłuchał
Czy wiesz, jak do Niego się modlić?
Nie mów, że serce twoje oziębło
Bo Jezus za serce twe umarł
Nie mów, że Boga już nie znasz
Bo właśnie przy tobie usiadł
Nie mów, że płaczu twego zapomniał
On zna twój szloch rozpaczliwy
Nie mów, że sam jesteś na świecie
Jest obok ciebie, w hostii, Bóg żywy
Nie mów, różaniec zgubiłem
Nie umiem się na nim modlić
Jesteś przy Sercu Maryi
Ona z łez twoich go stworzy
Nie mów...
Nie mów, latami się przecież modliłem
Dla Boga - lata są niczym
On działa w tchnieniu sekundy
A krzyż twój w łaski przemienia obfite.
Magdalena współczesna
Jeszcze jesteś w Efraim
Jeszcze jak Maria mogę wylać wonny olej
Na Twoje nogi
Jeszcze czas, by łzy swoje
Na Twoich stopach zostawić
I patrzeć jak wysychają
Od Twojego błogosławieństwa
A potem
W Jerozolimie Hosanna będzie brzmiała
Osiołek, liście palmy
Ale Ty już krzyż widzisz na Golgocie
Jeszcze Wieczerza Ostatnia
I Droga Krzyżowa...
Nie pobłogosławi już ręka Boga-Człowieka
Mojej głowy, jak tamtą Magdalenę
I łzy moje nie otrą stóp świętych
Magdaleną jestem w rozpaczy
Współczesną
Która krzyże wystrugane przez człowieka, całuje
Twarzy Twojej szuka na obrazach
A łzy ociera własną
Nie Twoją ręką
Magdalena z 21 wieku
Jak tamta, którą ochroniłeś
Ciągle błaga o łaskę ujrzenia Ciebie
Wpatrując się w Twój Znak
Świętą Eucharystię
Podczas mszy świętej przed moimi oczami ukazał się obraz spokojnej tafli wody. Raptem zmącił ją kamyk, potem wielki głaz. Nie zrozumiałam od razu tego „przekazu". Jeszcze raz ujrzałam w myśli obraz spokojnej tafli. W tym drugim „spojrzeniu" tafla wody poruszyła się, ale odzyskała szybko spokój i płynęła równym nurtem. Dwa obrazy, takie różne ale co one znaczą, pomyślałam. Gdzieś w duszy odezwał się głos tłumaczący mi, że w jednej wodzie, nawet zwykły kamyk może dokonać wiele zamętu, w tej drugiej, woda porusza się, ale nadal płynie własnym nurtem. To obraz duszy człowieka, jego serca. Przeciwności, tragedie burzą nasz spokój, nasze „gładkie lustro wody", mogą nawet na długo oderwać człowieka od wiary w Boga i pokładanej w Nim ufności. Mącą duszę, ona jest za słaba, poddaje się zawirowaniom „kamyków zrzuconych przez życie". Dusza pełna zaufania do Boga, „dotknięta", nawet głazem, dalej wpatruje się w Boga, jej wody płyną spokojnym nurtem. Choć kamienie, głazy, tkwią na dnie, nie mącą duszy, może tylko niepokoją, ale nie odbierają siły. To wielka łaska.
Druga strona lustra
Przeszłam na drugą stronę lustra
Anioł mnie prowadził
Już nie przyglądałam się sobie
Nie rozważałam jak podobać się światu
W moim lustrze zaczęli przeglądać się
Inni ludzie
Układali fryzury, a ja widziałam
Jak cierpią
Zmieniali ubrania
Czułam ich lęk
Malowali twarze, robili miny poważne
A ich serca błagały
A potem zamykali domy i wychodzili
Ozdobieni
Aby w innych lustrach przeglądać się
Jak w swoim...
Przejście na drugą stronę lustra.. boli
Aniele mój
To nie zaczarowana podróż w bajkę
Z drugiej strony lustra, nie widać twarzy
Starych, młodych, pięknych, brzydkich
Nie słychać słów
Z drugiej strony lustra jest... prawda
Posyłam moim „twarzom" z lustra modlitwę
Proszę
Idź, przejrzyj się...
W Miłosierdziu Bożym
Ściana
Znam taką ścianę w Jerozolimie
Ścianę płaczu..
Wypełniają ją kartki z prośbami
Modlitwami się karmi
Podtrzymując stare mury
Jest taka ściana, przed którą każdy staje
W życiu, nie w Jerozolimie
Wyciągasz do niej ręce z kartką życzeń
A ona wypada z muru
Na ziemię
Podnosisz pogiętą i już nie jesteś pewien
Własnych próśb
Czasem silny powiew wichru unosi ją
Trudno dogonić
Ręce opuszczasz jak bezbronne skrzydła
Ani unieść się, ani pofrunąć
Jest taka ściana w życiu
Nie w Jerozolimie
Nie na śladach Jezusa, ale własnych
Gdy musisz pochylić się w modlitwie
Z rękami gotowymi do przyjęcia bożych życzeń
Czasem to jest... ściana płaczu
Były dni, gdy czułam się bardzo źle, jakby opuścili mnie moi Aniołowie. Czułam się jak na pustyni, całkiem samotna. Może to listopadowy nastrój i stan ducha związany z kłopotami rodzinnymi? Tak by tłumaczył psycholog.
Podczas medytacji modlitewnej przyszedł do mnie wiersz: „Na drodze". Pomyślałam, że może Bóg daje nam taką pustynię - bycie sam na sam ze sobą. Swoistą wolność wyboru drogi. Drogi bez pocieszenia. Czy przez taki stan „pustyni" nie sprawdza nas? Naszej siły? Naszej duszy? A w końcu naszej Miłości do Niego? Miłości bezinteresownej, bez złotych zabawek radości.
Na drodze
Na drodze do Ciebie, Boże
Napotkałam piękne ogrody
Raczyłeś mnie słodkimi napojami
Dbałeś o mnie jak o dziecko ukochane
Przyzwyczaiłam się do raju
Modlitwy moje były jak ptaki
Wdzięczne i lotne
Pewnego dnia obudziłam się na pustyni
Żadnego kwiatu, tylko ciemność
Po omacku wyciągam ręce
Kroki stawiam ostrożne
Nasłuchuję głosów
I już wiem, jestem sama
Widzę Jezusa w Getsemani
Jak płacze, bo Bóg milczy
Wypędziłeś mnie Boże, z raju łagodności
Wiję różaniec z pustynnych kolców
Nabijam na nie moje grzechy
Odmawiam koronkę do Miłosierdzia
Milczeniem Twoim przyoblekam się jak szatą
Echo z raju opuszczonego niknie
Nawet Anioł Stróż odleciał
Na skrzydłach jego napis błyszczał
Jak motto dla człowieka:
Każdy ma swoją samotną pustynię
Wolną wolę...
Moje oczy są ślepe, uszy głuche
Wędruj, mówię do mojej duszy
Wskaż drogę
Ufam Ci... przecież należysz do Boga
Świat i krzyż
Dotykałam cię świecie, rękami dziecka
Wydawałeś mi się słoneczny, bezpieczny
Ciepłe ręce rodziców rozgrzewały cię
Usuwały twój zimny lęk
Ale...
To ręce rodziców uczyły też znaku krzyża
Jakby przewidywały, że powiejesz zimnem
A krzyż Jezusa da mi odwagę
Dotykałam cię świecie, ręką dojrzałą
Wydawałeś się obojętny, mroźny
Szlaki kamienne wytyczałeś
Krzyżami znaczyłeś drogi
Ręce nadal szukały ciepła dziecinnych lat
Dotykałam ciebie świecie
Jak kolumnę dorycką
Byłeś wyniosły, wielki, bezwzględny
Ręce marzły mi od twojego zimna
Dotykaj świat krzyżem Chrystusa
Usłyszałam głos Stróża mojego
Rozgrzej serce Jego Miłością
Bez tego znaku ręce sobie odmrozisz
Dzięki Wam Rodzice za naukę o krzyżu
Dzięki za ten posag święty...
Jest msza święta, po mszy - adoracja. Staram się wyciszyć w medytacji. Dostrzegam w wyobraźni bukiet kolorowych baloników. Cóż to znaczy, pytam. Te baloniki są jak poszczególne rodziny - słyszę w myślach głos, który „wyjaśnia" mi sens tego obrazu. W tych balonikach jak w rodzinach jesteśmy skupieni, racząc się własnymi sprawami i kłopotami. Rodzina została stworzona nie po to, słyszę, by się izolować w swoich „balonikach". Tam uczymy się miłości, zasad postępowania wobec człowieka, ale nie po to aby być „balonikiem" funkcjonującym obok innych. Tam, w rodzinie musimy nauczyć się wychodzić poza swoją egoistyczną miłość tylko wobec członków własnej rodziny. Rodzina jest wstępem nauki o miłości do innych ludzi, nie związanych więzami krwi. To pierwszy stopień jedynie, konieczny jak nauka pisania i czytania. Poznaliśmy litery miłości, teraz musimy pisać nimi piękne eseje... o tym, co jest wokół nas .Musimy nauczyć się „przebijać" balony egoizmu rodzinnego aby zmierzać ku poznaniu Miłości Miłosiernej wobec bliźnich.
Miejski obrazek
Czerwona czapka, fioletowa kurtka
Zielone spodnie
Podarte tenisówki znaczą ślady na śniegu
Zgięty jak scyzoryk, który za chwilę się złoży
Podąża człowiek
Przed chwilą zamknął drzwi nadziei
Z napisem: opieka społeczna
Przystaje, uśmiecha się
Ogląda skarby złożone w kraciastych torbach
Może dostał nową czapkę?
Ryż, chleb?
Co ludzie dadzą, weźmie
Jednym zbywało z serca
Innym z szafy
Jemu wystarczy, on żyje ze zbywania
Bezdomne dziecko opieki społecznej
Gdzie jest jego Grota Narodzenia?
Gdzie miejsce, w którym złoży
Dary.. na przetrwanie?
„Drobne"
Jak Pielgrzym do drzwi pukam
Czasem ktoś uchyli
Nawet nie pytając, „drobne" w ręce wciśnie
Zdarza się, że krzyknie pełen nienawiści
Nie rozpozna Pielgrzyma serce jego pyszne
Z „drobnymi", jak na tacy, na mszy wrzuconymi
Próbuję powrócić jeszcze wiele razy
Ale ludzie nie chcą ze mną się spotykać
Żebrak, myślą, wystarczy, już dość...dałem
Czasem, gdy zapukam, w oczy czyjeś spojrzę
W progu stanę, tak, że drzwi zamknąć nie można
Twarz moja cierpiąca patrzy na człowieka
A on gestem miłości dłoń wyciąga do mnie
Nie ma na niej „drobnych" wciśniętych niedbale
Nie ma słów, już dałem, co mam dać ci więcej?
Drzwi szerzej otwiera, zaprasza jak brata
I żegna słowami, wracaj do mnie częściej
Jak tłumaczyć ma Pielgrzym do drzwi pukający
Że nie pragnie „drobnych" wciśniętych z niechęcią
On chce tylko wracać na próg twego serca
Nie czekać, jak żebrak, w drzwiach domu twojego
Sen. Przebywam w kościele, może to nocna adoracja, bo kościół jest ciemny, a w rzędach ławek pochylone głowy. Przy ołtarzu - duży krzyż z Chrystusem. Klękam, modlę się, po chwili dostrzegam, że Jezus staje się żywy, schodzi z krzyża. Rozpoczynam wewnętrzny dialog z Jezusem. On jest uśmiechnięty, my w kościele mamy smutne, spuszczone głowy. Dlaczego do nas zszedłeś z krzyża, Jezu? - pytam. Bo jesteście smutni. Odnoszę wrażenie że Jezus ma żal do ludzi, że w kościele są „smutni". To jakby „pójść na przyjęcie" (msza) i nie radować się z obecności Tego, który zaprasza. Potem jest czas, gdy Jezus wychodzi z kościoła (dziwne, modlący się nawet tego nie zauważają). Podążam jak zahipnotyzowana za Jezusem. Wiem, że przemawia bezpośrednio do mojej duszy, uczy mnie, ale o czym - tego nie pamiętam. Czuję jedynie fizyczne ciepło w sercu. Sylwetka Jezusa jest przeze mnie obserwowana, znam każdy szczegół Jego ubrania, ma długą koszulę, jasną - podobną do stroju Arabów, spodnie koloru kakaowego i sandały, włosy ciemno blond. Dziwne, ale nie pamiętam fragmentów twarzy, jakby Jego oczy hipnotyzowały mnie i prowadziły. Wędruję za Jezusem po mieście, wszędzie hałas, samochody. Dochodzimy do budynku na zatłoczonej ulicy, boję się że nie rozpoznam tego budynku, a chcę go zapamiętać gdy się obudzę. Echo brzmi mi w uszach - szkoła, szkoła! Jezus otwiera drzwi, dziwi mnie to i pytam: Jezu, Ty musisz kluczem otwierać drzwi aby wejść? Ja, odpowiada Jezus - Ja nie muszę, mogę wszędzie wejść bez klucza. Ale wtedy, co zrobię z tobą? Spojrzenie Jezusa miało w sobie wyraz przyjacielskiej kpiny. Po przebudzeniu, przypomniałam sobie budynek, do którego mnie Jezus wprowadzał. Schodki... i ten dźwięk: Szkoła, szkoła. (naprzeciwko klasztoru). Tak, to był budynek klasztoru Sióstr M. B. Miłosierdzia, do którego przychodzimy na „Faustinum", szkoły w której uczą nas o Bożym Miłosierdziu. Następnej nocy sen jakby „trwał"... Pytam w nim Jezusa, dlaczego schodzi z krzyża i dlaczego ja to widzę? Odpowiada: wielu ludzi traktuje Mnie jak zabalsamowaną mumię, zastygłą na krzyżu. A Ja jestem żywy, chodzę wśród was. Wychodzicie z kościoła, a Ja idę z wami, nie zostaję „martwy". Martwy jestem tylko w waszych sercach, gdy o Mnie nie pamiętacie.
Dzień Bożego Miłosierdzia
Ile razy chciałem cię nakarmić
Pokarmem Mojego Miłosierdzia
Moja ręka trafiała w pustkę
Ile razy chciałem cię napoić
Napojem Mojego Miłosierdzia
Nie czułeś się spragniony
Pukałem do ciebie, ale spałeś
Czekałem na ciebie, nie przychodziłeś
Ile lat?
Dlaczego właśnie dziś
Chcesz abym cię nakarmił i napoił?
Czyżby twój świat cię zawiódł?
Tak, Jezu
Syciłem się i poiłem własną pychą
Umierałem z głodu...
Zakładałem zamki na duszę moją
A ona cierpiała w niewoli
Otwieram dziś zamki kluczem
Twojej łaski, Jezu
Wystawiam pychę za próg
I przychodzę tam gdzie karmisz
Swoim Miłosierdziem, Panie
I błogosławię chwilę, kiedy zapukałeś
Do serca mojego
Kiedy ono jeszcze całkiem nie ogłuchło
Rozmowa
Patrzysz na mnie z obrazu
Jezu Miłosierny
O ufność mnie pytasz codziennie
Dni moje płyną tak jak smętny strumień
Omywając serce, zostawiają kamień
Ale czuję w geście Twoich dłoni, Jezu
W promieniach, co spływają w ziemię
Że choć nikim jestem, Ty chcesz do mnie
Mówić...
I cierpliwie czekasz, kiedy Ci odpowiem
Ufnością ...
W Miłosierdzie Twoje
Już wiem, nie pragniesz słów miłości
Co czczą Cię jak posąg martwy
Pytanie zawarł malarz w oczach Twoich
O odwagę wiary, w dolinie ciemności
Kiedy milkną śpiewy psalmów uroczystych
I cierpienie gasi świece na ołtarzu
Wtedy Ty wychodzisz do ludzi z Nadzieją
I w ramiona bierzesz Miłosierdzia Swego
Gdy zamykam oczy, słyszę prośby słowa:
Pomóż krzyż Mój dźwigać
Chustą pot Mi otrzyj
Nie uciekaj w trwodze z Ogrójca Mojego
Cierpienie... ma siłę
Upadniesz, pomogę
Tylko daj mi serce, daj ufności zgodę
By go mogło dotknąć Miłosierdzie Boże
Pojawia się obraz, w którym widzę jakby trzy schodki z napisami (od dołu): słowo, muzyka, cisza. Nie wiem co to znaczy. Słyszę: tak człowiek wielbi Boga. Najwyżej jest stopień - cisza. Wypełniony słowem, muzyką, uwielbieniem Boga, człowiek (ale to już chyba tylko święty) wchodzi na schodek - cisza. W tej ciszy - Bóg przemawia „nie zagłuszony".
Ksiądz Jan
Pochylony nad Stołem Pańskim
Z miłością
Do Boga i ludzi
Uważnie spogląda
Na wiernych
Jak ojciec zatroskany nad zbawieniem każdego
Błogosławi
Nakazuje śpiewem wielbić Pana
Kładąc ręce na naszych głowach
Prosi za nami mocą swego kapłańskiego przywileju
Pochylają się głowy
Zgnębione, pełne trosk
Oddają jego modlitwie, z dziecięcą ufnością
Cały ciężar życia, aby go przemienił
Z wody codzienności
W świąteczne wino
Kapłan - egzorcysta
Odganiający zło siłą Kościoła
Uczy biedaków słów nadziei
Aby stali się bogaczami
Piękny kapłan - żołnierz Chrystusa
Ziarenko
Obok mnie szedłeś, Jezu
Ale Cię nie widziałam
Ściśnięta w tłumie na drodze życia
Jak ziarno, z wieloma ziarnami
Łaska wielka, jak dłoń święta
Wyrwała mnie z pochodu ziaren
Do groty na uboczu uniosła
Do ręki krzyż cierpienia wcisnęła
A ptak przelotny zaśpiewał:
Czekaj tu na Pana
On chce ciebie poznać...
Na mszy świętej, przy ołtarzu stoję
Choć nadal jak ziarenko się czuję
Niewielkie
Ręce składam i czekam cierpliwie
Z miłością
Kiedy do mnie przyjdziesz, Jezu
I...
Poznamy siebie
Zastanawia mnie (na niektórych mszach) dziwna „samotność" ludzi stojących obok. Jesteśmy przy ołtarzu z Jezusem, powinniśmy być radośni, a podczas wymiany gestu pokoju ludzie nie uśmiechają się do siebie, są „daleko", brak kontaktu wzrokowego, gest pokoju jest formalny, sztuczny. Jezus kroczył z Apostołami, potrzebował ludzi. Podczas mszy ludzie nie powinni być „pojedynczo". Nawet obcy sobie, nieznani, poprzez gest ręki winni okazać sobie serdeczność. Przypominam sobie taką mszę, na której byłam smutna. Stojąca obok mnie kobieta tak pięknie przekazała gest pokoju, z serdecznym uśmiechem, że znikł cały smutek. To takie ważne!
Trudne pytania
Tak trudno zrozumieć, Boże
Miłość, którą zesłałeś na ziemię
Dlaczego człowiek jej pragnie
A nie chce przytulić do siebie?
Dlaczego tak bardzo się boi
Poddać jej prawom szlachetnym?
Dlaczego woli cierpieć
I z grzechem żyć codziennie?
Dlaczego w ciemności kroczy
Mijając światło i prawdę?
Dlaczego płacze samotny
I swojej ufa władzy?
Dlaczego wierzy w idoli i królów
Którzy nad nim panują?
A wolność duszy krępuje
Choć Bóg ją cudem namaścił?
Dlaczego oszustwem świata się karmi
Blasku złudnego jej nie chce rozpoznać?
Dlaczego w mocy widzi nadzieję
A krzyż za słabość uważa?
Dlaczego choć ból czuje
Miłości Twej, Boże nie ufa?
Pytań zbyt wiele dziś stawiam
A Miłość cierpliwie ich słucha
Ktoś szepnął, może Anioł
Odpowiedź prostą, choć trudną
Bóg pragnie miłości człowieka, a nie... niewolnika.
Tej nocy we śnie ujrzałam niebieską poświatę i kolumnę postaci zdążających do tej jasno-błękitnej poświaty. Ja stałam z tyłu. Usłyszałam głos: to są dusze czyśćcowe, zbawione dzięki modlitwom wstawienniczym. Ty też masz swój udział w tym. Nagle na tle tych postaci wyłoniła się sylwetka bardzo wysokiego mężczyzny o przenikliwym wzroku, ubranego niezwykle elegancko. Jego długi, czarny skórzany płaszcz błyszczał się. Zapamiętałam też doskonale ostrzyżoną głowę na jeża. Był „doskonały" w swoim wyglądzie. Popatrzył na mnie groźnie i powiedział: jeszcze mi zapłacisz za te dusze. Dziwne, ale nie odczułam żadnego lęku. Jakby te osoby zmierzające do światła dawały mi większą siłę niż lęk przed groźbami tego „eleganta". Można tu dodać refleksję, że Zło często przybiera wygląd niezwykle elegancki, nieskazitelny w wyglądzie zewnętrznym.
Rozmowa z Aniołem
Mam wrażenie mój Aniele
Że kroczysz przede mną
Zawsze o kilka kroków dalej
A ja Cię dogonić nie mogę
Potykam się o godziny, lata życia
Jak w piaskowej zaspie
Przystaję, często zmęczona
Nie dorównuję Twoim krokom
Czasem Cię nie widzę
Za mgłą, która wyrasta jak wróg
Atakujący bez przyczyny
Potykam się o własne myśli
Wyciągam rękę - błagam
Podnieś mnie..
Stoisz, tylko kilka kroków ode mnie
Czekasz na mój wysiłek
W podnoszeniu się z kolan
Słabości..
Stróżem twoim jestem - słyszę
A nie Zbawicielem
Urodziny mojego Anioła
Tyle lat jesteś ze mną, Aniele
Wiele walk ze mną stoczyłeś
W wielu smutkach byłeś mi pociechą
W radościach wielu, towarzyszem
Ile razy odrzuciłam twe skrzydła
By swoimi drogami podążyć
Ile razy od ciebie się odwróciłam
Nie słuchając twoich napomnień
Wiele razy płakałeś ze mną
Nad wspomnieniem o grzechach minionych
Wiele razy prowadziłeś przed ołtarz
I prosiłeś, dopomóż jej, Boże
Mam nadzieję, że sił sporo nabrałeś
W sanktuariach gdzie razem byliśmy
Na kolanach moich spocząłeś
Podczas mszy i różańców tajemnic
Prowadziłam ciebie, Aniele
Ścieżkami zawiłymi
A ty, z mapą bożą dla mnie spisaną
Gubiłeś się, biegnąc za mną po ziemi
Tyle lat z sobą jesteśmy
Przyjacielu, Stróżu kochany
Już poznaję głos twój niebieski
Pośród szumu innych, słyszanych
Tak bym chciała ci szczerze dziękować
W dzień urodzin twoich, kolejnych
Tak bym chciała ci wynagrodzić
Wszystkie łzy twoje, niepotrzebne
Tak bym chciała uszyć ci skrzydła
Z moich modlitw i uczynków skrojone
Tak bym chciała podziękować Bogu za ciebie
Mojego Stróża wiernego
Życzenia Anioła
Bogu podziękowałaś, w kolejne urodziny
Za dar Anioła swego, stróża wiernego
Cóż ja ci w zamian dam w podarunku?
Spytał mnie Anioł z wdziękiem
Nie mam złota, diamentów
Niczego, co na ziemi jest cenne
Mogę ci ofiarować łzy czyste
Co sercu nie szkodzą
Suknią swoją je otrę
A oczy twe ujrzą na nowo
Twarze ludzi, radosne i piękne
Bez grymasów, min wrogich, zaciętych
Mogę dotknąć twych uszu szeptem
Takim cichym, łagodnym i miłym
Wtedy dotrą do nich modlitwy
A nie kłótnie i słowa niewdzięczne
Mogę zasłonić cię skrzydłem
Nawet dwoma
Przed światem, który sam człowiek stwarza
Nie zwracając uwagi na Boga
Cóż ci mogę więcej podarować?
Mogę sprawić, jeśli na to tylko pozwolisz
By codzienność była ci małym świętem
Aby Jezus w twym sercu królował
Mogę dzwonek darowany mi w niebie
Zawiesić na twojej duszy
Aby dzwonił na msze i różaniec
I na ludzkie o pomoc wołanie
Mogę, choć tego nie poczujesz
Mocno do ciebie się przytulić
Objąć skrzydłami jak pisklę w gnieździe
Chyba nie masz na pióra... alergii
Kiedy mimo to kichniesz głośno
Krzyknę wesoło: na zdrowie!
To ja, Anioł Stróż twój na ziemi
Zawsze pamiętam o tobie
„Zobaczyłam" dużą taflę wody o pięknej, jasnoniebieskiej barwie. „Usłyszałam": to jest źródło Ducha Świętego. Kto z niego pije, zawsze będzie czuł się nasycony i silny aby pokonać przeciwności losu i ataki zła. Musi jednak nieustannie czerpać z tego źródła.
Kilka dni później, tuż przed mszą, skarżę się Jezusowi, że czuję się opuszczona, nie czuję Jego obecności. „Widzę" wtedy małe wzniesienie, jakby schodek i stojącego na nim Jezusa. „Słyszę": Ja cię nie opuszczam, idę przed tobą i wskazuję ci drogę, abyś podążała za Mną, a nie stała tylko w miejscu.
Następnie, „widzę" siebie klęczącą. Nade mną na bardzo wysokim stopniu - stoi Jezus, oczekujący, że podążę za Nim. Skarżę się, że stopień na którym stoi Jezus, jest za wysoki dla mnie. Wówczas Jezus wyciąga rękę, mówiąc: pomogę ci. Ja jednak znowu narzekam, że za wysoko i nie zdołam wspiąć się do Niego. Wtedy Jezus z uśmiechem wyciąga obie ręce. Czuję się niezwykle wzruszona i lekko rozbawiona moją dziecinnością. Pomyślałam, że to moje „widzenie" wskazuje, że Chrystus zawsze gotowy jest pomagać, tylko trzeba Go prosić jak dziecko...
Mała miłość
Moja miłość jest mała
Jak serce w moim ciele
Mała jak kłos
W łanie zboża na polu
Moja miłość jest mała
Jak kwiat polny na łące
Jak ptak w rozkwitłym drzewie
Moją miłość zamykam w sobie
Aby uczyć ją komu ma służyć
Pod krzyżem składam ją na Golgocie
Niech jak pączek rozkwitnie nadzieją
Moją miłość oddaję Tobie
Niech cierpliwie czeka na chwilę
Gdy łzy Twoje Jezu, zbawienne
Z miłości małej... przemienią ją w wielką
Święta Skarga
Próbuję rozerwać hałas wokół mnie
Oddalić słowa niepotrzebne
Dotrzeć do ciszy Golgoty
Do słów Skargi Świętej:
„Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił” …
Ranię serce
Oddaję duszę milczeniu
Ta cisza boli
Anioł każe mi stanąć pod krzyżem
Nie upadać
Ze wzrokiem utkwionym w ziemi
Ale patrzeć...
Na ostatnie spojrzenie Chrystusa
Zranić uszy Świętą Skargą
„Boże, mój Boże” …
Bóg - Święta Miłość
Opuścił Syna na chwilę... śmierci
I wtedy
Święta Miłość spoczęła na ludziach
Aby dotknąć
Mnie i ciebie
Nad ranem, po krótkiej modlitwie „ujrzałam" przedziwny obraz. Człowiek kroczący drogą, jak gdyby podparty krzyżem. Szedł prosto, a krzyż nie był mu ciężarem, ale raczej mocną konstrukcją, na której wspierał ciało. Inni ludzie, w innym miejscu nie mieli takiego wzmocnienia, jedynie ciało i wykonywali różne czynności, bawili się. Byli pozornie „wolni". Usłyszałam pytanie: jak Bóg może podnieść człowieka do Siebie? Na mocnej konstrukcji krzyża unosi go łatwiej. Ludzie nie wsparci na tej konstrukcji, poddani jedynie władzy giętkiego ciała, mogą się Bogu po prostu „wymknąć". Może to dziwne, ale... znak krzyża to jakby przynależność, a raczej gotowość na spotkanie z Bogiem. Ten krzyż to nasze cierpienie, które życie zadało, ale jednocześnie moc - wsparcie na nim daje siłę. Zbliża do „oczu Boga". Na czym uniesie Bóg ludzi oddanych jedynie sile własnego ciała (często pozornej), czyli własnych przyjemności? Na czym wesprą się, gdy zawiedzie ciało, życie? Zwiną się w kłębek niemocy? Zrozumiałam, że krzyż to nie tylko cierpienie, ale także dar zaufania Boga. Często to trudno zrozumieć, opierając się jedynie na ludzkiej logice, która „każe" nam być przede wszystkim szczęśliwym.
Krzyż Chrystusa
Rękami chwytam drzewo krzyża
Spękane jest od burz i deszczu
Ponad dwadzieścia wieków stoi
A wokół niego miłość ludzka
Miliony istnień pod tym krzyżem
Łzami ciepłymi go zraszały
I w dłoniach spragnionych ogrzewały
By był jak dąb mocny dla pokoleń
Gdy zło jak tajfun chce pomiatać
I głodem zabić czczących Ciebie
Kroplami krwi zaschniętymi w krzyżu
Jak ptaki karmisz wygłodniałych
Wodą, co tryska z Twego boku
Poisz pielgrzymów ku Tobie spieszących
A tym, co w drodze boleśnie upadli
Wlewasz nadzieję słowem łagodnym
Trzymam się krzyża jak statek kotwicy
Miliony istnień pod nim trwały
Zwyczajni ludzie i grzesznicy
A z nim święci - męczennicy
Pod krzyżem ziemia jest ubita
Twardą ufnością od pokoleń
Iż ręka Twoja, Jezu, z krzyża
Pociągnie wyżej nas... do Boga
Powrót matki
Już cię nie ma ze mną
Z aniołami tańczysz
I choć mówią do mnie:
Ona już nie płacze
Nie wierzę wam, mądrzy aniołowie
Cóż wy wiecie o matkach
Bóg je tylko rozumie
I choć wianki noszą
Jak majowe pieśni
Okularów ziemskich nie zdejmują z twarzy
Przez nie widzą ziemię, wypatrują dzieci
Czasem nie poznają
Tak się postarzały
Synku, szepczą cicho, córeczko kochana
Czemuście tak smutni i zafrasowani?
Przytula do serca rękami ciepłymi
Próbuje zatrzymać skarb swój na tej ziemi
Ale ona z Raju
One są z tej ziemi...
Choć czasem cud się dzieje
Ot tyci, malutki
Syn gdzieś słyszy słowa matczynej piosenki
Córce śni się łąka, na niej matka woła
Czas ziemski z niebieskim się zetknął
W milczącym wspomnieniu
Matka, jakby obok...
Przemknęła po ziemi
To chwila maleńka, ale jakaś święta
Potem słowa piosenki milkną...
I sen gdzieś ucieka...
A Matkę aniołowie odwożą... do nieba
Adoracja przed Najświętszym Sakramentem w Kościele na ul. Nobla.
W kościele są tylko 2 osoby. Klękam sama przed Najświętszym Sakramentem. Staram się przekazać Chrystusowi moje problemy, troski, zmartwienia. I nagle „słyszę": za dużo mówisz, pozwól Mnie coś powiedzieć. Zamilkłam zawstydzona... Zamknęłam oczy. Po chwili ujrzałam obraz z przedziwnym światłem, jak zdjęcie z najlepszego aparatu. Barwy trudne do określenia. Można powiedzieć „świecące". Widzę strumień wśród zieleni i leżące przy nim grube drzewo. Siedzę na nim jako dziecko, obok mnie Jezus w białym ubraniu. Proszę, aby mnie przytulił. Poczucie bezgranicznego bezpieczeństwa, trwa wielka cisza. Widzisz, „słyszę" głos, strumień płynie jak czas w życiu. Ty jesteś w bezruchu, obserwujesz co niesie woda. Czasem zwiędłe liście, czasem zerwane konary, jakieś brudy, wszystko płynie dalej... To twoje doświadczenia życiowe, troski, niepowodzenia. Czasem dostrzeżesz dary... płatki róż zrzucane przez Matkę Najświętszą. Wypatruj ich i nie zmarnuj. Dostrzeż. Lata mijają, przepływają w strumieniu jak liście, konary... Nie goń za nimi... Przepłynęły. Czekaj na nowe i ucz się odrzucać to, co przepłynęło. Nie zatracaj się w złych wspomnieniach. Strumień czasem pokaże ci nowe wyzwania, nowe cele. Najważniejsze to dostrzec je... Nie goń za tym, co strumień poniósł dalej i nie przegap nowej łaski, która przepływa obok ciebie. Nie masz wpływu na czas. Przeszły czas to nauka, aby dostrzec gdzie było zło. Szukaj darów - płatków róż Matki Bożej. Czasem płyną razem ze zwiędłymi liśćmi pośród nich. Modlitwa cierpliwa otworzy ci oczy. Nie dobrze jest widzieć tylko przedmioty płynące w strumieniu. Trzeba widzieć także jego czysty nurt. Tak jak Moje Miłosierdzie trwa, przebacza to, co przeminęło w czasie, tak ty trwaj przy Mnie i patrz Moimi oczami. Życie płynie, przyniesie jeszcze wiele pięknych, ale i nie pięknych rzeczy. Poniesie je nurt strumienia. Trwaj w tym co piękne...
Idzie Życie
Idzie Życie drogą, czasem o kamień się potknie
Przechodzący człowiek boleśnie go trąci
Ciemne myśli jak bombki zawiesza na drzewach
Chciałoby Życie o nich na zawsze zapomnieć
Idzie Życie drogą, zbyt trudną dla siebie
Słońce dawno zaszło, ciemność zagościła
Bez świeczki, latarki, na drodze nieznanej
Szuka Życie światła aby nie zabłądzić
Różaniec w kieszeni błyszczy sztucznym światłem
Kiedyś w sanktuarium Życie go kupiło
Sprzedawca zachęcał: nawet w nocy świeci
Ale życie dawno się na nim nie modliło
W noc ciemną, bezgwiezdną, szuka Życie celu
Mateńko Najdroższa, Pani serca mego
Jestem zagubiony pośród pustej drogi
Pod drzewem usiądę, przeczekam noc wrogą
Z różańcem błyszczącym jak świetlik wśród bagien
Siada Życie i czeka na cud drogowskazu
Zdrowaś Maryjo, szepcze, perełki dotyka
Różaniec krzyżem się zaczął... i krzyż go zamyka
I usnęło Życie, swą trwogą zmęczone
Nie spała tylko Matka Święta, przy nim czuwająca
Jakże mogła opuścić Życie, które Ją wezwało
Jak nie wskazać drogi, by się nie błąkało
Na niejednej drodze Życie się uśmiechnie
Na niejednej zapłacze, zakocha, ucieknie
Na niejednej Życiu ułuda zamąci
Zdrowaś Maryjo, szepnie, wyprowadź z ciemności
Cierpienie
Jest jak ptak, który siada na zielonej trawie
Ale jej nie dostrzega
I cierpi z głodu
Cierpienie jest jak ślepy, spragniony pielgrzym
Zrezygnowany nad czystym strumieniem
Dotarł do źródła...
Ale nie widzi, nie słyszy szumu strumienia
Zapomniał słów modlitwy
A może wątpi w jej moc?
Cierpienie jest ślepe i głuche
Opakowane w złoty papier
Wyprodukowany w moim świecie sukcesu
Przewiązane kolorową wstążką rozumu
Cierpienie milczy, nie wydaje głosu bólu
Nad cierpieniem musi zapłakać ktoś święty
Skapnie jedna łza...
A cierpienie zaczyna widzieć i słyszeć
Modli się
A Jezus w lśniącej sukni, jak kapłan
Podaje w dłoniach wodę życia
Święty pokarm Eucharystii
Cierpienie podnosi się i pielgrzymuje dalej
Ku zielonym pastwiskom...
Ku błyszczącym w słońcu strumieniom
Wydaje mi się, że śnię, ale obraz jest tak niezwykły... Wymaga zastanowienia. Widzę szeroką aleję, idą nią ludzie w pielgrzymce. Wielu ludzi... Śpiewają. Z tej szerokiej alei odchodzą w bok jak gałęzie drzewa wąskie dróżki. Widzę drogowskaz z moim imieniem. Idę, otaczają mnie wysokie, zielone rośliny, tworzą swoisty mur z obu stron. Na końcu tej wąskiej alejki widzę drzwi. Wysokie i bardzo wąskie. Napis: droga do Boga... Zastanawiam się nad tym obrazem. Idziemy razem, wszyscy wierzący, w swoistej pielgrzymce, szeroką aleją. Jesteśmy częścią kościoła. W naszej wierze jest jednak miejsce na indywidualną ścieżkę, na „rozmowę z Bogiem" poprzez wejście przez drzwi, które otwierają się tylko dla nas. I na tej naszej ścieżce otrzymujemy od Boga zadania. Myślę, że iść w wielkiej pielgrzymce to chwalebna rzecz. Trzeba też mieć wiedzę, że stajemy przed Bogiem - sami. Rozpoznawalni jako jednostki. Każdy ma własną „bożą" ścieżkę, tajemniczą, bo drogowskaz na niej z naszym imieniem stawia Bóg. Kiedy ją znajdziemy? Jedni wcześniej, drudzy później. To ścieżka szczęśliwa, dająca wolność i pewność, że Bóg się „trudził"... tylko dla nas, wyznaczając tę wąską dróżkę, jako gałąź z głównego pnia.
Imię
Na świat przychodzimy po śladach
Rodziców naszych i przodków
Wędrujemy razem z historią wydarzeń
Stąpamy po śladach narodu
Błądzimy jak inni błądzili
Fałszywe prawdy wyznając
W tłumie się często kryjemy
Nie wiedząc dokąd prowadzi
Aż przyjdzie dzień dojrzałości
Gdy cudze ślady nie nęcą
Szukamy dróg do Miłości
Przed Bogiem chcemy uklęknąć
Ile już ścieżek do Niego, przeszliśmy nieuważnie
Chodząc po cudzych śladach
Obce łzy i marzenia, biorąc za własne
A serce wciąż niespokojne...
Bóg w Swej Miłości tajemnej
Wyznaczył imienną dróżkę
Nie ma tam śladów stóp innych
Są tylko twoje... i Jego
Na dróżce tej czystej, dziewiczej
Spotkanie tak piękne się dzieje
Bóg o Miłości ci mówi
Miłości też pragnie od ciebie
I tuląc tę prawdę jak pokarm
Dalej przez życie wędrujesz
Już wiesz, Bóg po imieniu cię woła
Nie jesteś...tylko śladem na ziemi
Sen dziecka
Gdy dziecko śpi, piękny anioł
Siada przy jego łóżku
Skrzydłami okrywa jak troskliwa matka
Kolorowe sny jak ogon pawia zsyła
Kawałek nieba w baloniku na sznurku
W rękę dziecka wkłada
Światem bajek wypełnia sen
A w nich dobro ma uśmiech
Zło, czarodziejską pałeczką elf wymazuje
Kiedy świt sen gasi jak przymrozek
Wschodzącą zaledwie roślinkę
Dziecko budzi się z kawałkiem nieba
Z uśmiechem z bajek, z nadzieją...
Świat poza snem, to stukot kroków
Dorosłych i dzieci
Tych, którzy śpieszą się i którzy marzą
Pośpiech z marzeniami mieszają się
Na drodze znaczonej tysiącami stóp
Wieloma słowami, dobrymi i złymi
Duży człowiek prowadzi małego
Za nimi podąża anioł
Znajomy ze snu
Dziecko i anioł uśmiechają się
Rozpoznają...
Obaj wierzą w spełnienie marzeń
O których... jeszcze dziś nie wiedzą
Święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
Dzieciątko Maryi
Wyciągam do Ciebie, Matko Święta, ręce
Jak w ścianę płaczu wkładam prośby swoje
W obrazach licznych szukam oczu Twoich
Pocieszycielko, Maryjo, Uzdrowienie Chorych
Pozdrowień dziesiątki z różańca paciorków
Wysyłam co dzień w obronie najbliższych
I tak głęboko wierzę w serce Twoje
Niepokalana Matko, Nieustającej Pomocy
Jak dziecko błagam o matczyne względy
Ból mój i troski oddaję Ci całe
Iż zapominam, że Ty również matką z tego świata jesteś
I każdy dzień poznałaś ze zwykłego życia
Dnia pewnego patrząc na figurkę Twoją
W kamieniu wykutą w pozie tak pokornej
Deszczem przemoczoną, jak łzami ludzkimi
Usłyszałam szept nikły, może tylko kropli odgłos
Wyciągam do was ręce z Dzieciątkiem Maleńkim
I proszę, już nie krzywdźcie Jego boskich członków
Matką Jego jestem, jak wy matki tej ziemi
O miłość dla Niego proszę, jak wy dla dzieci swoich
O modlitwę, utulenie w kołysce z miłości rzeźbionej
O obronę Maleństwa przed szyderczym grzechem
O serce dla Niego gorące i wierne
O słowa, które błogosławią, a nie ranią Go
A Ja, Matka...
Wspomogę, ochronię od Złego
Adoracja krzyża w Tetremont, Belgia. Słyszę w sercu: nie przykrywajcie Jezusa sukniami. Dziwi mnie to zdanie, próbuję medytować, rozważać je. Chrystus na krzyżu w Tetremont jest w długiej, prostej sukni. Nie spotyka się takiego wizerunku. To krzyż z wypraw krzyżowych odkopany ponad tysiąc lat temu, duży, drewniany. Obok w szkatułce jest drzazga z krzyża Chrystusa. To cenna relikwia. Po chwili wydaje mi się, że zrozumiałam to przesłanie. Ozdabiamy Chrystusowy krzyż, „obudowujemy" kwiatami, ozdobami, wieszamy na pięknych ścianach. Chcemy, aby „zdobił". To są te „suknie". Czy nie znika w naszym sercu istota krzyża Jezusa? Krzyż z Jezusem to nie martwy przedmiot wyrzeźbiony bardziej lub mniej artystycznie, umieszczony jak eksponat w muzeum. To przypomnienie ofiary... To ból, samotność przykuta do drewna. Ciągle żywa, nie zastygająca w martwy kształt. Krzyż z Chrystusem to nie znak, pamiątka Męki - to pulsujące życiem Ciało, Krew, Woda wypływająca z boku. Pochylając się przed Krzyżem musimy o tym pamiętać.
Dom marzeń
Marzy mi się dom na górze zielonej
Z oknami z chmur i drzwiami jak usta
Złożonymi do pocałunku
Okna z chmur zasłaniają przed złym wiatrem
Ludzkich myśli i słów
Drzwi nie otworzą się dla wrogich
Przybyszy - gości
Mój dom zwrócony ku słońcu, gwiazdom
Strzec go będą cherubini w bocianich gniazdach
Ptaki kolorowe przyniosą listy
Same serdeczne i szczęśliwe
Kwiaty barwne dadzą cień
Wiatr delikatny opowie piękne historie
W domu marzeń pić będę czystą wodę
Ze źródła modlitw świętych
Serce nie ściśnie lęk po przebudzeniu
Budzikiem będzie Anioł z jedwabnymi skrzydłami
Stołem, obraz genialnego mistrza
Przemawiający poezją psalmów
Marzenie...
Śnię, że wspinam się do mojego domu
Po lśniących od porannej rosy kamieniach
Cisza daje siłę czepiania się wystających głazów
Przechodzę kolejne stacje Drogi Krzyżowej życia
Jak w Medjugorje
Staję zmęczona, rozważam: ukoronowanie cierniem
Mój dom, tam wysoko czeka
Okna z chmur nie przepuszczające zła
Drzwi, jak pocałunek dla utrudzonego pielgrzyma
A po drodze, kolejne stacje Drogi Krzyżowej życia
Modlitwa przed obrazem Matki Bożej w Banneux
Słyszę w sercu: prosicie o łaski, dary. Często już jesteście nimi obdarzeni (zdrowie, dzieci, itp.), ale ich nie doceniacie. Chcecie łask i darów, które nie zawsze są wam potrzebne, to tylko wasze „wyobrażenie" o szczęściu. Proście o łaskę miłości, o wypełnienie Bożej Woli w swoim życiu. Błaganie o jakiś dar może być wysłuchane, ale czy będzie ważne dla waszego życia? Czy wpłynie na duchowy rozwój?
Jednego się boję...
Jednego się boję, Jezu
Abym nie minęła Cię ze smutkiem
Gdy Ty, radosny, stajesz na mojej drodze
Jednego się boję, Jezu
Abym nie przeszła obojętnie obok Ciebie
Gdy cierpiący wyciągasz rękę
Jednego się boję, Jezu
Abym nie pomyliła Twoich pragnień
Ze swoimi marzeniami
Jednego się boję, Jezu
Abym nie uwielbiła swoich łez
Gdy Twoje spływają nadaremnie
Jednego się boję, Jezu
Abym nie zapatrzyła się w swój krzyż
Gdy Ty obok, upadasz w męce
Jednego się boję, Jezu
Abym Twojej Prawdy
Nie upuściła na ziemię
Zagubiła... i poszła dalej
Zatrzymaj mnie, gdy to uczynię
Miłosierdziem Twoim
Abym na kolanach, ciągle od nowa
Poszukiwała...
Twojej radości, smutku, krzyża, łez
Twojej Prawdy
Po powrocie z Banneux. Ta noc pełna jest pięknych snów - obrazów, kolorowych, wymownych w swej symbolice. Najcudowniejszy obraz: widzę twarz Chrystusa. Twarz jest tak piękna, iż trudno ją opisać słowami. Widziałam wiele namalowanych twarzy Chrystusa. I nawet te malowane przez genialnych malarzy oddają tylko niewielki procent tego co ujrzałam. Twarz ukazała się na materiale, jakby tiulu i miała trójwymiarowy kształt. „Żyła" w ruchu... Na głowie jakby kornet (noszony przez zakonnice) w kolorze zieleni. Zieleń tego przykrycia okrywała czoło Chrystusa, policzki, aż do ramion. Twarz miała kolor żółto-pomarańczowy, miałam wrażenie, że oświetla ją zachód słońca. Chciałam patrzeć na twarz Chrystusa dłużej, ale znikła
Szukam Cię, Panie
Są dni, gdy Cię gubię Boże, pośród codzienności
Jakbym stanęła na pustynnych piaskach
Rękami sięgam wokół, jak we mgle
A w dłoni... tylko moje palce
Kręcę się w koło, szukając Twych oczu
Małego ciepła, radosnego w duszy
A obok, obojętność ludzkiego spojrzenia
I zwykły hałas codzienności
Próbuję jednak wyciągać po Ciebie ręce
I szukać Cię w twarzach nieznanych
W porannym śpiewie ptaka, gdzieś za oknem
W kromce chleba, krojonej na śniadanie
Wśród obłoków wysoko na niebie
Wspominając zmarłych, jakby byli obok
I w słońcu zachodzącym jak ognista kula
W kwiatku wyrosłym nieostrożnie tuż przy drodze
W nadziei, że nie zdepczą go przechodniów buty
W kubku kawy, rozmowie, serdecznym uśmiechu
Nawet w twarzach smutnych i zafrasowanych
Modlitwą przywołuję, jak otwartym oknem
Przybądź Boże do mnie, w codzienności zwykłej
I nie pozwól w niej zagubić Twojego Obrazu
Abym się nie stała jak zegar tykający
Czy klepsydra z piaskiem
Wyznaczająca monotonne, mechaniczne chwile
Chcę w mej duszy, życiu, nosić Ciebie, Jezu żywy
Nawet, gdy codzienność jak brzemię mi ciąży.
Jestem w Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia w Kawnicach koło Poznania (słynące z wielu łask). Pytam w duszy: na czym polega „pocieszenie Maryi". Trudne pytanie - czy pocieszeniem jest spełnienie naszych próśb? Marzeń? Uzdrowień? Zostaję „przeniesiona" na wysoką górę naprzeciw Sanktuarium. Na tej górze Matka Boża wskazuje mi jak mały jest świat z tej perspektywy, jak małe są nasze problemy... Ale tam na ziemi są one ważne, Matko Najświętsza - mówię. Wówczas przenika mnie tłumaczenie słowa „pocieszenie". Nie wszyscy odchodzimy z Sanktuarium z konkretnym darem w ręku: uzdrowieniem, spełnieniem prośby... Chociaż są i tacy szczęśliwcy. Większość z nas otrzymuje pocieszenie duszy, jakby moc, siłę, wiarę, nadzieję, że poradzimy sobie z trudnościami. Nadal cierpimy z powodu choroby, ale jest to cierpienie, które „nie ubolewa" każdego dnia, nie „oskarża" świata, oddaje się Bogu. To „pocieszenie" - to jakby przejście z drabiniastego wozu, na którym wieziemy swoje troski, ból, do pięknej karocy. Ona wiezie naszą duszę, umocnioną łaską Pocieszycielki Maryi. Trzeba bardzo wierzyć i szukać wewnątrz siebie „tego uzdrowienia", aby nie przegapić łaski. Matka Boża „daje" nam, otacza nas „przestrzenią miłości". Czerpiemy z niej pokarm... dla swych niedoskonałości, bólu, choroby.
Poszukiwanie
Dlaczego wierzysz, w tym świecie niewiary?
Dlaczego klęczysz, gdy inni biegają?
Dlaczego kochasz to, co niewidzialne
Gdy inni świat widzialny
Na kawałki kroją?
Dlaczego ręce do modlitwy składasz
A nie w kolejce stajesz po spełnienie marzeń?
Dlaczego?
Brzmi pytanie w świecie
I niesie się echem jak ptak zagubiony
Dlaczego jedni Boga nad życie kochają
A inni życie nad Boga stawiają?
Gdy jedni w ciszy poszukują prawdy
Drudzy hałasem próbują zagłuszyć
To, co w każdym z nas...
Jest niewidzialne
I nie pozwala zapomnieć w hałasie i ciszy
Ciągle boleśnie tkwiące w nas pytanie:
Dlaczego nie chcesz uwierzyć człowieku
Że kroplą jesteś, a nie oceanem?
Wiersze
Przychodzą do mnie
Jak jaskółki ze źdźbłami w dziobkach
Na uwicie gniazda
Po co kręcą się wokoło mnie?
Nie mam czasu by was wszystkie spisać
Na skrawku papieru
Popłyńcie z wiatrem, z szumem lasu
Dalej, do innych ludzi
Albo usiądźcie na kwiatach
Może znajdzie was ktoś
Zbierze delikatnie, pokocha
Dacie mu radość
Ale one brzęczą jak osy
Koło moich uszu
Nagabują, proszą
Przytul nas
My jesteśmy tylko twoje...
Msza Święta przed ołtarzem Matki Bożej Bolesnej.
Ryga, w przeddzień święta Matki Bożej Bolesnej.
Piękny obraz piety, kontempluję go jak dzieło sztuki. Jednak... zwisająca ręka Jezusa z kolan Matki Bożej przykuwa moją uwagę, niepokoi, wydaje się żywa, zapraszająca. Mam przemożną chęć dotknąć jej, podać Matce Bożej. Ręka Jezusa jest bezbronna w swoim geście. Słyszę w sercu: kto poda Mi rękę? Kto odważy się podejść do Mojej Matki Bolesnej, Cierpiącej? ... Jest taka samotna w bólu na tym obrazie. Mam wrażenie, że Jezus czeka... Ciągle czeka na tych, którzy zechcą uczestniczyć w bólu Jego Matki. Słyszę także cichutki głos: Podanie dłoni to nie akt jednorazowego współczucia, choć martwy jako człowiek, na kolanach Matki, podaną dłoń przytrzymam, pociągnę, potraktuję jak pomoc dla zbawienia... Rozważ w twoim sercu czy masz odwagę? Czy jesteś już gotowa całkiem Mi zaufać? Przejęła mnie wielka trwoga, zastanowienie nad własną wiarą. Jaka ona jest? ...
Pieta
Nie poznam Twego bólu, Matko Bolesna
Znam tylko piety piękne
Nie zliczę łez Twoich na ziemię wylanych
Znam tylko własne, bolesne
Nie poznam rąk Twoich dotyku
Jak Jezus, Syn Twój Jedyny
Do dłoni kamiennych wyciągam rękę
W kaplicach gdzie pieta stoi
Choć kamień jest zimny
Zadziwia mnie ciepło, które oddajesz każdemu
Kto ufnie, z miłością, prosi o opiekę
Jakbyś w tych pietach żyła
Zamykam oczy w samotnym zbliżeniu
Szepcząc: Matko Bolesna
Słów wielu nie muszę używać
W milczeniu jesteś mi bliska
Oddaję Ci, Matko, wszystkie troski własne
A Ty się podziel bólem swoim ze mną
I cud się staje
Przed kamienną pietą
Łzy moje i Twoje, na Jezusa płyną
Modlę się cichutko, aby Go nie zbudzić
Maryjo, Matko moja, jedyna opoko!
I wiem, to Twój głos słyszę w sercu moim:
Tak długo czekałam na ciebie
Dziecię moje...
Cicha miłość
Moja miłość do Ciebie, Boże
Nie jest głośna jak śpiew Chórów Anielskich
Całkiem nieśmiała jest, cicha
Ot, kilkoma nutami brzmi w sercu
Moja miłość do Ciebie, Boże
Nie jest wielka, jak katedra wzniosła
Jest całkiem mała, jak kropelka deszczu
Ot, kilka westchnień błagalnych na mszy świętej
Moja miłość do Ciebie, Boże
Nie jest tak oddana, jak kapłanów Twoich
Jest całkiem maleńka i tak bardzo wdzięczna
Za ich dłonie, w które wkładasz hostię świętą
Moja miłość do Ciebie, Boże
Nie jest, jak muzyka geniusza
Jest zaledwie echem odbitym
Szlachetnych dźwięków, w spragnionej duszy
Moja miłość do Ciebie, Boże
Nie jest jak rozpacz Jezusa w Ogrójcu
Kilka łez małych ocieram z twarzy
Na pamiątkę Męki, podczas Eucharystii
Moja miłość do Ciebie, Boże
Nie jest jak jabłoń obfita w owoce
To tylko małe, zielone jabłuszko
Wyczekujące miłosiernych promieni słońca
Moja miłość do Ciebie, Boże
Nie jest jak krzyż na Golgocie, zbawiająca
To tylko maleńki krzyżyk, rzeźbiony mozolnie
Dla Ciebie
W kamieniołomie codzienności...
Msza Święta przed obrazem Matki Bożej Ostrobramskiej.
Podczas mszy słyszę w sercu: Matka Boża jest jak brama... Cóż to znaczy? Brama się otwiera, to moje pierwsze skojarzenie. Przed moimi oczami ukazuje się obraz wiejskiej chaty. Na progu stoi kobieta. Rozkłada ręce, chroniąc drzwi do swojego domu, jak strażniczka zasłaniająca dom przed złem... Rozumiesz? - pyta moje serce. Tak, teraz rozumiem. Matka Boża Ostrobramska jest jak ta kobieta, która zamyka, chroni bramę naszej duszy przed złem. Prosimy Ją przecież w modlitwie: Pod Twoją obronę uciekamy się... Gdy zło, nasze namiętności, złe myśli otwierają bramę naszej duszy, Ona staje przy nas i jak ta kobieta z „wiejskiego obrazka" mocą naszej modlitwy - prośby, zamyka nasze „bramy", które sami otwieramy dla grzechu. Matka Boża Ostrobramska to nasza obrona, strażniczka naszych serc i dusz. To brama przeciwko złu.
Mały, wielki cud
Daj mi pokój w sercu, Mateńko Święta
Cierpliwość do godzin z zegara bijących
I abym z dni swoich więźniów nie czyniła
W oczekiwaniu na cud, który życie odmieni
Jestem tylko zwykłym człowiekiem
Nie znam gwiazdy, gdzie Bóg mą świętość umieścił
Czasem, gdy mgła moich zwątpień opada
Widzę ją, biegnę, choć tak do niej daleko
Obok mnie życie wędruje szare
Jakby samo prosiło: kolor znajdź dla mnie
A ja nadal do nieba oczy wznoszę
Czekając na cud, jak znak święty
Są dni gdy się wydarza
Tak maleńki, aż niezauważalny
Słyszę śpiew radosny anielski
I te słowa:
„Była cicha i piękna jak wiosna
Żyła prosto, zwyczajnie jak my
Ona Boga na świat nam przyniosła..."
I już wiem co mam sercu powiedzieć
W szare dni spowite jak obłok
Spójrz na Tę, którą Bóg cudem uczynił
Ofiarą stała się dla nas...
Jakbyśmy to my
Dla Boga
Cudem byli
Wizyta
Przysłałeś mi kiedyś Anioła, Boże
Myślałam, że to żebrak
Drobne mu dałam, jakieś grosze
I drzwi za nim zamknęłam
Dni moje płynęły życiem
Tak zwykłym, jak zwykle bywa
I znowu zapukał w drzwi Anioł
Tym razem drzwi nie zamknęłam
List trzymał w dłoni, czarnym kirem okryty
Zamiast znaczka, krzyż błyszczał
I jedno miałam tylko pragnienie
Chciałam, aby adres pomylił
Bóg przysłał mnie z wieścią bolesną - powiedział
Patrząc głęboko mi w oczy
Kartkę podsunął, z podpisem
Chyba... Twoim, Panie Boże
Bóg sam wypisał me imię i adres bardzo dokładny
Jakby chciał mojej rozpaczy przypomnieć
Mój Syn też cierpiał bardzo
Za ciebie i tych, którzy codziennie odchodzą
Wyciągnął do mnie skrzydła Anioł, na pocieszenie
Zalałam je łzami
I nie mógł do nieba ulecieć
Pozostał przy mnie, w mym smutku
Listonosz Boży, niebieski
Nauczał, jak żyć i się modlić
Za tych, którzy zbyt szybko odeszli
Pewnego dnia uleciał, gdy świt jeszcze nie wstał rankiem
Słów kilka zostawił na kartce papieru
Pamiętaj...
O Bożym Miłosierdziu
Podczas modlitwy ujrzałam obraz przedziwny. Wysokie góry i kilka ludzkich sylwetek wspinających się mozolnie. Każdy z tych ludzi ubezpieczony był linami asekuracyjnymi. Mimo to ciągle spadali w dół. Jedni odbijali się od skał i wisieli na linie w powietrzu, byli bezbronni, ich życie zależało od podtrzymujących lin. Widziałam jak liny się zrywają. Nie wiedziałam jak rozumieć ten obraz. Gdzieś w sercu usłyszałam zdanie: jedynie Bóg trzyma główną linę asekuracyjną. Nasze liny to: pycha, pewność siebie, wiara we własne siły. Na takich linach „ludzkich" podejmujemy walkę o swoje życie. Ale... one zawodzą. Odpadamy od skał przez chorobę, utratę tego o co walczymy, własną słabość. Bóg trzyma nas na swojej linie, najpewniejszej. Odwołując się do „bożej liny", zachowujemy bezpieczeństwo zbawienia, w tym wypadku wspięcie się na szczyt wymarzonej góry. Nie pychą, zadufaniem, ambicją. Bóg zbawia przez miłość, nie prawo, w które chcielibyśmy uwierzyć (w tym wypadku prawa fizyki, społeczne). Pozwalając na utratę „ludzkiej liny", skierowuje nasze myśli ku tej najważniejszej - ku Bogu.
Jak ptak
Czasem mnie Boże odsuwasz od Siebie
Na wyciągnięcie ręki
Przyglądasz się surowo, ale z troską
Daję ci dzień, miesiąc, lata - mówisz
Na twoje działanie
Na twoją wolę
Miotam się jak ptak z uszkodzonym skrzydłem
Podlecę wyżej i spadam
Anioł osłania mnie przed wrogami
Wiatr nanosi zwiędłe liście
Jak uczucia przeszłe
Nie widzę światła wokół siebie
Ptaki unoszą się w wesołym tańcu ku niebu
Ja czekam
W ciemnej nocy leczę złamane skrzydło
Po omacku szukam lekarstwa
Krzyża, który zadziała jak gips
Anioł opatrzy ranę, a może jakiś święty?
Nie chcę, aby zrosło się krzywo
Pragnę kiedyś znowu ulecieć wysoko
I zatańczyć wokół Twojej Woli, Panie...
Ona nie łamie skrzydeł ptakom
Ludzkie kapliczki
Droga duszy do Boga
Nie jest prosta
Jak podróż w promieniach światła
W podróży tej często jesteśmy nocą
Gubiąc się w zwykłych latarni blaskach
A kiedy zmęczeni szukamy radości
Kapliczki mamią nas... ludzkie
Nie ma w nich krzyży, oblicza Jezusa
Jest gwar bawiących się ludzi
Błyszczą ekrany wabiące oczy
Hałas zagłusza sumienie
Muzyka, kwiaty, płonące świece
W człowieka każą uwierzyć
Tam pycha siedzi przy głównym stole
Ambicja usługi czyni
Tam młodość, siła, gwiazdą jest wielką
Tam wszyscy mówią...
Choć nikt się nie słyszy
W ludzkiej kapliczce
Jak w przydrożnym hotelu
Przystają ludzie wierząc w swe prawa
I zamiast miłości... dostają rachunek
Za świece, kwiaty, zabawę
Ile kapliczek ludzkich, w podróży
Zaliczy dusza zbłąkana?
Na ile rachunków wypisze czeki
Aż konto jej puste zostanie?
W ilu kapliczkach
Przez ludzi stworzonych
Zostawi swe nadzieje?
W ilu, do ludzi się zwykłych pomodli
Idola w nich widząc pięknego?
Rzuć im czasem, Aniele Niebieski
Różaniec i krzyż na ich drogę
Może się schylą, dotkną, pomyślą...
I w podróż ku Tobie wyruszą, Boże
Podczas adoracji ujrzałam Jezusa z czarną opaską na oczach. To był moment. Zdrowy rozsądek podpowiedział mi: przecież widzisz Najświętszy Sakrament. A potem jakiś szept: ślepy idę do ludzi, nie wybieram lepszych, gorszych, świętych, nie świętych - Miłość idzie do wszystkich... Poczułam wielki ból. Jakże bezbronny jest Jezus w swoim wołaniu o zbliżenie się do Niego, o przyjęcie Jego Miłości.
Trudny wybór
Padał deszcz, chmury zakryły słońce
A ja, na rozstajnych drogach stałam
Bez mapy
Drogi podobne
Ani kuszące, ani odstraszające
Żaden krzew, drzewo, nie przyzywało
Mogę pójść przed siebie
W prawo, lewo
Ale wola milczy
Głos anioła ucichł
Szatan przyglądał się ciekawie
Samotna obojętność
Cisza bez szmeru drzew
Oko cyklonu moich wyborów
Iść, czekać?
Oczy niewidome na znaki
Uszy głuche na święte pieśni
Którędy poszedłeś Jezu?
Gdzie upadłeś pierwszy raz?
Aby na mnie poczekać
Na ilu rozstajach zostawisz mnie ślepą, głuchą?
Abym nie oczami, uszami, pieśniami przyzywana
Trafiła na szlak Twoich upadków
Wola milczy, rozum milczy, zmysły milczą...
Idź za Miłością, słyszę
Na rozstajach dróg
W ciszy
Mówi... Miłość
W pół drogi
Dlaczego miłość człowieka
Zatrzymuje się u stóp ołtarza
Boi się ofiary?
Pragnie, a nie sięga
W pół drogi staje w maratonie do Boga
Mówi, że kocha
Ale klęka za wcześnie
Nie u stóp Jezusa
Tylko własnego pragnienia, lęku
Dlaczego bardziej wierzy w grzech
A nie przebaczenie?
Wyciągniętych rąk Jezusa nie chwyta
Ufności brakuje?
O duszo człowieka
Przyobleczona w niepokorne ciało
Daj skrzydła łaski
Nie skąp cudu zbliżenia
Stwórcy i stworzenia
Miałam przedziwny sen. Znalazłam się w obcym miejscu, a nawet kraju. Nikogo nie znałam. Podszedł do mnie mężczyzna i powiedział, że mam teraz wykład, ostrzegł, że moi słuchacze są... nieco dziwni. Wchodzę do klasy. W ławkach siedzą 15, 16-letni chłopcy, czarne skóry, irokezy, długie czarne buty. Jak w piekle, pomyślałam. Co ja tu robię? O, to ta od Pana Boga, usłyszałam groźny pomruk. Rozpoczął się trudny dialog. My nie potrzebujemy Boga, zawołał jeden z chłopców. Mamy wolność, robimy co chcemy, mamy komputery, samochody, wszystko jest na nasze usługi. Daje to nam specjalny sponsor. Czego zażądamy jest nasze. Chciałam uciec. Jednocześnie ktoś nakazał mi zostać. Odetchnęłam głęboko (pamiętam ten oddech), jakbym wchłaniała jakąś siłę... Jesteście niewolnikami swojego sponsora, powiedziałam. Daje wam co chcecie, abyście nie mieli wolności, abyście ciągle byli „zajęci" i nie myśleli. Wasza wolność jest w jego ręku. On decyduje jak macie żyć, daje wam swoje „zabawki", a wy się nimi bawicie. Jesteście ograniczani w swojej wolności, wyglądacie jednakowo i jednakowo myślicie. Jak umundurowane wojsko swojego sponsora. Tylko Bóg daje prawdziwą wolność. On słucha waszych dusz nieśmiertelnych. Każdy z was jest inny, ma inne potrzeby serca. Komputery, samochody waszego sponsora są konstruowane dla grup, mas i nikt nie myśli o was jak o konkretnym człowieku. Jesteście masą, którą zarządzają sponsorzy. Ile kupicie tyle jesteście warci... I nic poza tym. Nastąpiła dziwna cisza, a ja wyszłam z sali.
Golgota XXI wieku
Dwa tysiące lat temu, z krzyżem na plecach
Szedł Człowiek - Bóg
Kamieniami mu rany zadawali
Aby w bólu konał
Dwa tysiące lat później
Idzie Człowiek - Bóg, krzyż na plecach niesie
Rany krwawią
Ludzie przechodzą obok, nawet mili
Za kamienie nie chwytają
Krzyże, jak ozdoby na piersiach noszą
Czasem chleb podadzą
Adres do lekarza wskażą
Szymona Cyrenejczyka nie znają
Śpieszą się
Obojętni...
Czasem pocieszają: poczekaj na Boże Narodzenie, Wielkanoc
Uczcimy Cię, gdy będzie Twój czas
Idze Jezus w Drodze Krzyżowej XXI wieku
Nikt Go nie bije, korony cierniowej nie wkłada
Stoi samotny, przeszkadza
Gdy tłum biegnie
Ludzie o krzyż zawadzają
Czasem ktoś krzyknie: na co czekasz?
A On cichutko pyta:
Gdzie moja Golgota?
Gdzie moi oprawcy?
Kobieta w moherowym berecie
Wsparta na lasce, ciężko stąpa
Skończyła się msza
Jej codzienna uczta radości
Często jedyna
Wyśmiano ją za moherowy beret
Symbol nietolerancji prostaczków
A ona
Nie ma już czasu na modne rozważania
Nawet własne nogi zawadzają
Szepcze litanie
Przesuwa perełki różańca
Drepcze wokół domowego ogniska
Własnych dzieci i wnuków
Gdera gdy się rozwodzą
Moherowym beretem przykrywa bolącą głowę
Chroni ją przed nowym światem
Aby nie uleciała wiara jej przodków
Cenna dla niej i niezmienna
Na codziennej mszy pochylone rzędy
Moherowych beretów modlą się
Za szyderców...
Kładzie kwiaty pod świętą figurką
Zapala świeczki pod krzyżem
Jedno ją tylko niepokoi
Kto ją zastąpi gdy przyjdzie czas
Kiedy moherowe berety...
Wnuki wyrzucą na śmietnik!
Dzień ofiarowania Matki Bożej
Otrzymuję podczas mszy (a później przed Najświętszym Sakramentem-adoracją) przedziwny, duchowy „wykład". Ludzkie ciało wraz z jego emocjami, potrzebami, namiętnościami, nawykami - kieruje się swoistym egoizmem. Chce zaspokojenia swoich potrzeb. To fizyczna strona natury człowieka. Człowiek posiada także duszę - boski dar. To ona dąży do wyższej doskonałości. Zwykły gniew, zazdrość - to fizyczne emocje. Kiedy dusza „ciągnie nas w górę" do doskonałości, nasze ciało odpowiada na jej wezwanie (przez modlitwy, eucharystię). Stajemy się niejako „jedno" z zamiarami duszy. Będąc na etapie wyższego rozwoju duchowego, patrzymy na gniew, zazdrość i inne emocje z oddali. Mamy dystans. Dusza (jej piękno jako boski dar) oddala nas od fizyczności. Wiemy, że nasze ciało reaguje złymi emocjami, ale dusza nie pozwala na ich agresywne działanie. Po prostu - nie chcemy być gniewni, źli. Sami przed sobą wstydzimy się tych uczuć. Dusza nas ochrania.
Na czym polega cud gwałtownych nawróceń? Jednego dnia człowiek działa „według ciała", drugiego dnia nie poznaje już tego, którym był wcześniej... Inaczej myśli, działa. Kieruje się nakazem duszy, bożym nakazem. Jest w człowieku pokój. Pieśń o miłości św. Pawła doskonale ten stan ilustruje: miłość... cierpliwa jest... Dla wielu z nas to długi proces. O łaskę działania według nakazów duszy (bożych nakazów) módlmy się.
Dziwna jesteś duszo
Dziwna jesteś duszo moja
Płaczesz, gdy inni się śmieją
Czekać każesz cierpliwie, gdy inni uciekli
Milczenie nakazujesz, kiedy ludzie mówią
Zamykasz mi oczy, abym nie widziała
Tego, na co inni z ciekawością patrzą
Słyszysz słowa, których ludzie nie słyszą
Każesz piękno widzieć, którego nie widać
Skazy ukazujesz na pięknie przez ludzi uznanym
Modlić mi się każesz, gdy inni się bawią
Odpowiedzi nie dajesz, choć inni je znają
Zatrzymujesz w pół drogi, choć z innymi biegnę
Wskazujesz ścieżki trudne, a prostsze są obok
Nie pozwalasz stąpać po ubitej ziemi
Łzy mi pokazujesz, gdzie zabawa kwitnie
Radość tam, gdzie inni tylko nudę widzą
Trudno mi z tobą, moja duszo dziwna
Iść przez życie zwykłe...
A kiedy w ciemności skarżę się na ciebie
Że mi brak odwagi, że siły nie starczy
Wtedy ty z uśmiechem, jak przyjaciel wierny
Szepczesz mi do ucha:
Z miłości to czynię!
Dotąd wydawało mi się, że wszyscy rodzimy się jak dusze, podobne do siebie, mające te same szanse rozwoju. Podczas mszy ukazał mi się obraz drzewek. Jedne miały rozrośnięte korzenie, rosły bujnie, inne miały marne korzenie ale wyrastały wysoko, inne, mimo silnych korzeni były karłowate. Pomyślałam, że tylko Bóg zna „korzenie" duszy człowieka i jakie ona może wydać plony wzrostu duchowego. Dlatego nie wolno nam oceniać bliźnich. To co dla jednego łatwe (mocne korzenie), inny osiąga z trudem. Może słaby wzrost duchowy człowieka o mocnych korzeniach oceniany jest przez Boga surowiej. Bóg dał człowiekowi w świecie ogromną różnorodność wzrostu duchowego. Jedni marnują łaski (bogate ukorzenienie), inni mimo słabych korzeni wzrastają ponad swe siły. I jest to piękny plan Boga dla naszych dusz, wolny wybór we wzrastaniu, w doskonaleniu się ponad swoją miarę. Modlitwa, msza, daje łaski słabemu, a ci mocni (mocno ukorzenieni) mogą przez swoja pychę i uczucie siły tkwić na ziemi, bez wzrastania ku Bogu.
O dłonie proszę
O dłonie świętych proszę
Na mej krętej drodze
Niech popchną na zakręcie, we właściwą stronę
Niech oczy zasłonią, gdy zbyt zachwycone
Kierują się ku blaskom i spalają serce
O dłonie świętych proszę
Gdy siadam znużona
Kiedy mgła zakrywa drogowskaz nadziei
Podnieście mnie wtedy dłonie święte
Choćby siłą z ziemi
Prowadźcie mnie dłonie
Jak kalekie dziecko
Które ślepnie czasem
Od dnia codziennego
Pokażcie, co w nim święte
W zakamarkach
Życia powszedniego
Zapalcie choćby ogarek niewielki
Świetlikiem się stanie
W mej pielgrzymiej drodze
I proszę was, dłonie
Wszystkich pięknych świętych
Bądźcie ze mną wiernie
Nawet wówczas
Gdy własnej nie podam Wam dłoni
Rozmowa z kamiennym aniołem
Stał na jakimś placu w Rzymie
Wyrzeźbiony ręką wielkiego artysty
Jego skrzydła sczerniały od smogu
Deszcze wyrzeźbiły na nim własne ślady
Oczy anioła przyglądały się podskakującym gołębiom
Spójrz na mnie, zażądałam
Spojrzał...
Jego kamienne oczy przemówiły:
Aniołowie nie mają świetlistych skrzydeł
Białych sukien
Zbyt często wstępujemy do piekła waszych dusz, serc
Suknie nasze podarte
Od waszych pożądań i namiętności
Skrzydła opuszczone w smutku
Ręce aniołów twarde i silne
Od mocowania się z wami
Nad źródłem dobra i zła
Nogi skamieniałe z bólu od biegania
Po waszych ciernistych ścieżkach
Z ludzkim światem zjednoczeni
Mamy często twarze waszych bliźnich
Mówimy ich ustami o miłości
Opatrujemy ich rękami wasze rany
Nasze skrzydła, pod zwykłym płaszczem
Ukrył Bóg
Podczas mszy świętej ujrzałam obraz samotnego domku wśród zielonej trawy. Jego okna wychodziły na wschód. Wokół był las. Poprzez okna widziałam światło zachodzącego słońca. Okna „świeciły" jasno-pomarańczowym światłem. Wokół była cudowna cisza. Zbliżałam się do okien, zaciekawiona pięknym obrazem. I tu zdziwienie ogromne. Okno było otwarte, a wewnątrz domu ujrzałam stół przykryty białym obrusem i postać człowieka w białych szatach z długimi do ramion włosami. Tak jak kapłan odprawiał On misterium mszy. Stół jednak był pusty. Obraz ten „pomaga mi" w skupieniu podczas mszy. Kilka dni później zdałam sobie sprawę, że tamto „okno" to monstrancja ze świętą hostią. Adorując Najświętszy Sakrament adorujemy rzeczywiście i realnie Jezusa, który spogląda na nas, na każdego klęczącego przed Nim. Miałam tę wiedzę, ale obraz „domku" pomaga mi mocniej zajrzeć do swojej duszy, skierować ją silniej ku Najświętszemu Sakramentowi. Świadomość, że Jezus patrzy na nas, dodaje głębi adoracji. Przed Najświętszym Sakramentem spotyka się nasza fizyczność, ludzki wymiar i boski. Dwa światy komunikują się poprzez miłość. Mój ludzki wymiar, twarz, oczy, myśli są rozpoznawalne przez oblicze Jezusa ukryte w świętej hostii. Patrzymy na siebie: ja i On. Skierowuję swoją duszę, ale i siebie, fizycznego człowieka, ku konkretnemu Obliczu, Osobie. Mówimy do siebie. Adoracja to nie rytuał, to rzeczywiste... Spotkanie, w którym rozpoznajemy się jak na pięknej uczcie, gdzie jest przyjaźń, miłość. Nagle słyszę w sercu: przychodź do Mnie, tak często jestem samotny. Patrzę na kościelne filary, obrazy. Moje oczy szukają twoich oczu, mów do Mnie, słyszę cię.
Rzeźba
Rzeźbię Ciebie, Jezu, jak posąg żyjący
W szarej glinie życia
Z biblią na kolanach...
Z radosnych dni kształt lepię
Twojego pięknego ciała
Nieudolny rzeźbiarz...
W akcie tworzenia lata mijają
A linie rzeźby wciąż krzywe
Tyle pracy jeszcze...
Smutkiem dni łzy maluję
Żłobią ciepłem szarą glinę
Ślady znaczą...
Zmieniam Twoje Oblicze każdego dnia
Tajemnicę piękna chcę poznać
A dłuto rzeźbiarza marne...
Czasem Oczy Twoje widzę otwarte
W tajemnicy spotkania
Ale dłuto wypada...
Zapominam Twoje spojrzenie z miłością
Uśmiech cierpliwy, gest błogosławiony
I modlę się...
Na krzyżu rozkładam moją rzeźbę
Jak kaci przybijam ręce i nogi
Rany znaczę czerwoną farbą...
Stawiam krzyż z moją rzeźbą i szukam
Twarzy, którą chcę zobaczyć
A usta Twoje mówią:
Rzeźbimy się wzajemnie, w każdej godzinie
Ja, dłutem Miłości
Ty, dłutem w szarej glinie
Podczas mszy pytałam się w sercu (w związku ze śmiercią bliskiej osoby) jak Boże Miłosierdzie „dotyka" człowieka. Ujrzałam obraz wagi. Na jednej szali była złota moneta, na drugiej, w stos ułożone ludzkie grzechy. Szala z grzechami nie przechylała się w dół... Jedna mała moneta równoważyła szalę z grzechami. Domyśliłam się jak interpretować ten obraz, gdy w tej samej chwili ujrzałam tę samą wagę, ale zamiast monety leżała biała hostia (lekka i krucha). Jak wielkie jest Boże Miłosierdzie, pomyślałam, jeśli Bóg gotowy jest przebaczyć nasze grzechy, za które, (to ważne) żałujemy, odbywamy pokutę. Bożego Miłosierdzia nie da się ocenić, zważyć, żadną ludzką miarą, żadną materialną wagą. To wielka Tajemnica Miłości.
Śmierć
Słońce wschodzi, zachodzi
Pada deszcz, śnieg
Uliczny gwar nie cichnie
Zegar wybija minuty, godziny
A Życie odchodzi...
Jak wschód, jak zachód przemija
Zegar tyka bez pośpiechu, jakby zapomniał uczcić
Tę jedyną świętą minutę
Śmierć...
Puste łóżko, szafa nie domknięta
Kwiaty nie podlane
Porzucone jak sieroty okulary, pilot od telewizora
Człowiek wyszedł ze Śmiercią pod ramię
Na przechadzkę, na spacer bez powrotu
Pani Śmierć nie zmienia porządku dnia
Zabiera cicho, nie każe pakować walizek
Może wezmę ciepły płaszcz? - pyta Życie
Po co, tam gdzie idziemy jest ciepło
Może wyłączę telewizor?
Po co?
Wyłączą ci, dla których zegar bije...
Wędruje Życie ze Śmiercią drogą nie znaną
Widzi dużo więcej i dziwi się...
Pogrzeb, łzy, kwiaty, ksiądz
I ja...
Taki mały człowiek w czarnym ubraniu
Czy już umarłem? - pyta Życie
Śmierć uśmiecha się:
Przecież rozmawiasz ze mną...
Mam tylko jedną prośbę - prosi Życie
Jaką?
Obetrę łzy płaczącym, tacy smutni.
Podczas Adoracji rozważam: świat duchowy jest nieuchwytny, a my ludzie tak bardzo fizyczni w swojej egzystencji. Dotykiem rozpoznajemy świat. Chcemy dotknąć obiektu naszej miłości. Modlę się do Jezusa mówiąc: tak bardzo chciałabym Cię dotknąć... Słyszę głęboko w sercu: przecież dotykam ciebie w Komunii Świętej, jestem w niej, czyżbyś o tym zapomniała? Zostałem na ziemi w postaci świętej hostii. Przyjmując Mnie, to wy ludzie zapominacie o świętości tego „dotyku".
Przemijanie
Czy życie nasze, to spichlerz rozległy
W którym gromadzimy ludzi i zdarzenia
Czy może kącik zaledwie maleńki
W którym duszę naszą pielęgnować trzeba
Dokąd odszedłeś świecie mej młodości?
Pieśni z lat przeszłych całkiem nie zamilkły
I jeszcze słyszę drżenie tamtych głosów
Choć przy moim stole puste miejsca widzę
W spichlerzu życia próbowałam zamknąć
Zapasy miłości na czas głodu uczuć
Ktoś rygle otworzył, może zardzewiały?
Czas sam bochny rozdał, zapach po nich został
Gdy zamykam oczy, widzę świat młodości
I tamtych ludzi, jak z życiem tańcują
Gdy otwieram, znikają, jak pielgrzym zmęczony
Zimny kamień dotykam z ich własnym imieniem
Coraz więcej perełek w mym różańcu życia
Które ku pamięci zmarłych modlitwą uświęcam
Coraz więcej krzeseł, w których nie zasiądą
Ci, co kiedyś dniem powszednim byli mego życia
Już nie zbieram zapasów, nie szukam spichlerzy
Aby w nich umieścić to co dłoń dotyka
Taką mnie nauką obdarzyłeś, Jezu:
Czas gromadzić skarby w świecie, który nie przemija
Wolna wola
Wolna wola to nie bieg za potęgą rozumu
To odwaga pochylenia się przed własną niemocą
Wolna wola to nie przestrzeń dla naszych lotów
To kamień, przy którym potykamy się o drugiego człowieka
Wolna wola to nie wolny wybór
Ale mur, na którym Bóg wypisał dekalog
Wolna wola to dar cudowny
Który trzeba ofiarować, inaczej starci blask daru
Wolna wola nie ma skrzydeł, choć tak mówią
Ma nogi, które się męczą
Ma oczy, które płaczą
Serce, które kocha
Wolna wola jest ołtarzem...
Na nim Miłość Boga błogosławi miłość człowieka
Zasypiam, modlę się do Ojca Pio, aby strzegł mnie w nocy i w dzień. Tej nocy mam sen. Widzę Jana Pawła II w srebrnej zbroi (zbroja jest ułożona jak duże łuski), na głowie ma złote nakrycie (jak biskupi podczas uroczystości). Na szyi ma czerwoną stułę. Pytam się zdziwiona: dlaczego jesteś ubrany jak rycerz, jak Michał Archanioł? Uśmiecha się, jego twarz jest młoda, a on silny i taki królewski w swojej postawie. Siedzi na tronie. Jestem tak ubrany, odpowiada, bo będę bronił polskiego kościoła!
Modlitwa o pomoc
Idę drogą ku Tobie, Boże
Droga nie jest łaskawa, prosta
Blask dnia i codzienne troski
Jak mgła, zakrywają Twoje światło
Czasem spotkam na tej drodze ludzi
Którzy biorą mnie z miłością pod rękę
Wędrujemy, wspierając się wspólnie
Podnosimy, gdy ktoś z nas upadnie
Są też chwile, gdy Noc zapada
I przystanąć muszę, zmęczona, samotna
Ci, co mnie tak mocno wspierali
Idą dalej, w poszukiwaniu światła
Na tej drodze pokus nie brakuje
Z bocznych dróg wychodzą jak duchy
Kuszą: zostań z nami, odpocznij
Nogi twoje nie przejdą tej drogi
Głucha staram się być na ich wołanie
Wspomnienia przywołuję spotkań z Tobą, Jezu
Palę z wiarą mały świecy ogarek
I modlę się:
Wyjdź na moją drogę, Jezu
Postaw krzyż, o który się oprę
I kapliczkę skromną, z Maryją Świętą
Abym miała pewność, że idę ku Tobie
Drogą, którą szedłeś kiedyś, przede mną
Przed mszą świętą powiedziałam Jezusowi, że przyszłam dzisiaj w dniu świętego Walentego, aby ofiarować Mu moje serce. Doznałam uczucia „zbliżenia" z Jezusem, jakby ktoś w sercu mówił mi: wasze oczy są jak lusterka, w których widzę wasze sprawy i ludzi. Polecacie mi najbliższych przyjaciół. Odbieram je jak zdjęcia, przechowuję w swojej pamięci. Pamiętam, choć nie zawsze otrzymujecie to, o co prosicie. W tym miejscu przypomniałam sobie świętą Monikę, która kilkadziesiąt lat prosiła Boga o nawrócenie syna Augustyna. Jak bardzo cenna jest modlitwa wstawiennicza za różnych ludzi! Sama świadomość, że modlitwa nie ulatuje w przestrzeń (jak sądzą niektórzy), ale bezpośrednio „dotyka" Jezusa i jest w Jego Pamięci - to cudowne przeżycie religijne. Oczy wasze są jak lusterka, w których widzę wasze potrzeby - słyszę nadal w sercu. Wiele lat modlę się do Ciebie, Jezu, w pewnej sprawie... Wtedy otrzymuję dziwny obraz: pudełko, a nim zdjęcia tej osoby wypełnione po brzeg. Widzę uśmiech Jezusa, słyszę w sercu: pamiętam... Czasem są to trudne prośby dotyczące osób oddalonych od Kościoła. Wówczas prosimy Matkę Bożą o wstawiennictwo. Matce Bożej Jezus nie odmawia, to Ona przyjmuje nasze „zdjęcia" i zanosi Synowi, „odsuwa" sprawiedliwość. Jezus przyjmuje Jej prośby. Zadziwia mnie prostota otrzymanego obrazu. Nasze oczy nie mogą być puste jak pusta klisza. Idziemy do Jezusa polecając Mu osoby, sprawy. Wprost z serca, czasem z woli albo rozumu. „Pokazujemy" Mu „zdjęcia" naszych pragnień. Tylko wtedy następuje dialog.
Dziękczynienie
Dziękuje Ci, Boże
Za piękno gór, oceanów i strumieni
I za małą polanę w słonecznych promieniach
Za mędrców księgi święte i obrazy piękne
I za proste słowa w dniu powszednim
Dziękuję
Za katedry bogato zdobione
I za przydrożną kapliczkę, kwiatem umajoną
Za męczenników i wszystkich świętych
I za grzesznika, który z pokorą klęka
Dziękuję
Za tych, którzy pobożnie modlą się w kościołach
I za jedno „Zdrowaś Maryjo" mej matki i ojca
Za lasy zielone, puszcze przeogromne
I za to drzewko małe pod moim oknem
Dziękuję
Za psalmy i pieśni jak dzwon brzmiące
I za ciche kołysanki wieczorem nucone
Za Cud wielki Ofiary Mszy Świętej
I za okruch tego Cudu w hostii przyjęty
Dziękuję
Za Miłość Nieba, światło i aniołów
I za Syna, który zstąpił na niewdzięczną ziemię
Za ludzi, którzy krzyż cierpliwie niosą
I za mój... bez Twej pomocy bym go nie uniosła
Wielkości Twojej nie ogarnę, Boże
Jedną z tajemnic wszak nam ukazałeś
Choć Mocą jesteś i Potęgą
Miłością darzysz nasze życie małe
Zastanawiałam się jaki sens ma ludzkie cierpienie. Często wydaje nam się, że cierpimy niepotrzebnie. Ale myślę, że każde cierpienie służy czemuś. Może pogłębia naszą wrażliwość... Nie znamy planów Boga, nie wiemy jakie ciężary równoważy nasze cierpienie... Nie wiemy jakie i czyje grzechy będą odpuszczone przez nasze cierpienie, jeśli ofiarujemy je w określonej intencji.
Człowiek
Kim jest...
Waży go i mierzy naukowe „oko" od wieków
A on ciągle... nieobliczalny
Tajemnicę dźwiga jak brzemię
Duszy nieśmiertelnej
I pytanie: uwierzyć w nią, zaprzeczyć?
Idzie człowiek, zmienia rytm, przystaje
Jakby nogi mu zawadzały
Przyglądam się mu, znam
Uśmiecha się
Przeżył już wiele uśmiechów, mroków życia
Może poznał tajemnicę nadziei człowieka?
Zamknął ją na zamek modlitw
Opasał różańcem, jak łańcuchem mocnym
Przykrył staromodnym płaszczem
Taszczy ze sobą od dziesiątków lat
A może od niedawna?
Widzę jego wiarę, prowadzi go pod ramię
Wierną jak dzień, noc, jak codzienność
Nadzieja podtrzymuje, gdy serce tyka
Jak popsuty zegarek
Nadzieja i wiara wiodą go
Ku Miłości
Aby to Ona... zważyła jego duszę
I odpowiedziała na pytanie:
Kim jesteś człowieku? ...
Godzina 15, odmawiam Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Tego dnia mąż wrócił od swoich znajomych (nie znam ich imion, ani nazwisk), którzy od wielu lat chorują. Ostatnią część koronki postanawiam więc im poświęcić. Za kilkadziesiąt minut mamy wyjechać za Warszawę do rodziny. Podczas tej „dziesiątki" słyszę w sercu: należy zamówić dla tych chorych ludzi mszę o Miłosierdzie Boże - za mało ludzi modli się za nich...
Kończę Koronkę... i z wielkim trudem docieram do łóżka. Mam wrażenie, że „ktoś" kręci mną jak wiatrakiem. Łóżko krąży wokół pokoju... jak na karuzeli. Jestem przerażona, w pozycji siedzącej czuję się jeszcze gorzej. Nie mogę poruszać się, gdy próbuję wstać, sufit i podłoga wirują. Początkowo myślę, że mam „uszkodzony" błędnik... Trwa to około 30 min. Mąż postanawia (widząc mnie w takim stanie) zadzwonić do osoby, która się nimi opiekuje. Mówi jej o potrzebie mszy świętej za nich, o modlitwie za nich, o mszy świętej w ich intencji, do Bożego Miłosierdzia. Ledwie wypowiedział te słowa (przez słuchawkę), a we mnie wszystko uspokoiło się, jakby „ktoś" zdjął ze mnie „kaptur" powodujący te niesamowite zawirowanie.
Wstałam z łóżka bez żadnych dolegliwości... Nadal był we mnie wielki lęk przed modlitwą w ich intencji, ale przemogłam się. Przypuszczam, że szatan chciał przestraszyć mnie, abym się za tych ludzi nie modliła.
Odpowiedź
Modliłam się:
Odsuń ode mnie cierpienie, Boże
A ono przyszło
Jakby modlitwa utknęła we mgle
A niebieski posłaniec szedł piechotą
Modliłam się:
Bądź w moim cierpieniu, Boże
I byłeś
Jakby prośbę moją anielskie chóry poniosły
Na rydwanach ognistych i szybkich
Modliłam się
Cicho pytając: dlaczego ja?
Schylona w pokorze i wyprostowana w buncie
A Ty czekałeś
Z odpowiedzią zbyt trudną
Na mój bunt, moją pokorę
Czekałeś, aż ulecą wysoko
Jak ofiarne ptaki
Czekałeś na ciszę serca
Modliłam się
A Ty odpowiedziałeś w pieśni, psalmach
Cierpienie uczy miłości
Jak ofiara dociera do Serca Syna
Przy stole Pańskim
Modliłam się:
Ile jeszcze buntów, ile pokory zaliczę, Boże
Aby przyjąć Twoją trudną odpowiedź?
Promień słońca oświetlił nagle ołtarz, jak znak
A za oknami łzy deszczu spadały na ziemię
Podczas mszy świętej, księża unieśli do góry hostię świętą (dwie połówki). Ta hostia, pomyślałam, wygląda jak żagiel. Aby „popłynąć", potrzebny jest powiew... Ducha Świętego. Pan Jezus w hostii jest mocą, siłą, darem. Jeśli nie przywołamy Ducha Świętego, nie popłyniemy w kierunku Prawdy, w kierunku Boga
Po kilku dniach odczułam wewnętrzny przymus modlitwy do Trójcy Przenajświętszej. Do każdej z Osób przesyłam różne słowa modlitwy, dzieje się to spontanicznie. Wewnętrznie słyszę: wychwalaj Trójcę Świętą słowami głęboko ukrytymi w duszy, słowami płynącymi z serca, tak aby każde słowo oddawało stan twojego ducha, aby modlitwa „nie płynęła" gładko, ale mocno odciskała się w duszy. Rozważaj dokładnie, medytuj słowo, które przekazujesz Osobom Trójcy Przenajświętszej.
Po trzech dniach takich rozważań, próbuję ponownie nawiązać do „zalecanej" mi medytacji. Pytam czego Bóg, Jezus, Duch Święty oczekuje od ludzi. Kiedy wspominam Boga Ojca, ukazuje się wielki napis: pokora, kiedy wspominam Syna Bożego, napis błyszczy słowem: dziękczynienie. Przy osobie Ducha Świętego pojawia się słowo: modlitwa. Modlitwa jako dialog serdeczny z Bogiem. Modlitwa odmawiana z miłością, bez roztargnienia i zamętu.
Niebieska zasłona
Powiewa na wietrze w oknie
Z jednej strony mój świat
Z drugiej, ten za niebieską zasłoną
Czekam przy moim oknie
Na lekki powiew
Proszę Anioła:
Przytrzymaj zasłonę skrzydłem
Odsłoń przestrzeń dla duszy głodnej
Mocy i Miłości...
Wystawiam dłonie z okruchami modlitwy
Niech pofruną dziękczynieniem, błaganiem
W tej maleńkiej chwili odsłony
Mój świat dotyka świata
Za niebieską zasłoną
I jestem w miłosiernej ciszy...
Ciszę prośba przerywa, łagodna
Ledwo słyszalna
Jak promień przenika, aż do bólu:
Podaj na dłoni modlitwę żarliwą
Za tych co zaryglowali okna duszy
Okiennicami obojętności
Niech otworzą je dla pieśni o Bożej Miłości
Tej, za niebieską zasłoną.
Wcześnie rano, po modlitwie do Ducha Świętego, poczułam mocną więź mojej duszy z Bogiem. Uczucie to było nawet bolesne. Przyszła mi w tym samym czasie myśl, że każda dusza połączona jest z Bogiem jak pępowina dziecka w łonie matki. Przez tę „duchową" pępowinę, Bóg karmi nas wieloma łaskami, jeśli chcemy z nich korzystać i sami nie blokujemy jej przepływu. Wielu ludzi zaciska tę pępowinę przy swoim sercu (duszy) i nie korzysta z tych łask. Może to się dziać pod wpływem woli człowieka, przyczyn społecznych, licznych grzechów, ale człowiek nadal jest w pamięci Boga. I każde otworzenie się na Niego przynosi nowe łaski. Czasami odnosimy wrażenie, że Bóg zbyt hojnie obdarza nawróconych grzeszników, a On po prostu „zatrzymał" przeznaczone łaski i czekał na nawrócenie człowieka, na „rozluźnienie pięści", która blokowała więź z Bogiem.
Biały płaszcz
Jak biały płaszcz rozpościeram się na ziemi
Ziemskie gwoździe przybijają mnie do trawy
Czasem wiatr powieje delikatny
Poruszy białym płaszczem
Życie powoli odrywa ziemskie gwoździe
I rzeczy ważne stają się nieważne
Pozwalam mocą łaski niezasłużonej
Aby biały płaszcz szybował
Ku niebu
Szukam Ciebie, Jezu...
Jeszcze ślady zardzewiałych gwoździ
Znaczą mój płaszcz
Jeszcze ich szukam
Czasami...
Ale dusza moja już poznała piękny lot
Ku Tobie, Boże
Karmię ją okruchami Twego chleba
Uczę słów modlitwy
Aby nie zbłądziła...
Niech jak ptak szybuje w przestrzeni
W poszukiwaniu pocałunku Maryi
Święto Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny
Podczas mszy świętej modlę się o łaski dla swej duszy, serca. Po komunii, gdzieś głęboko w sercu słyszę: jesteś jak mały wróbelek, którego mogę karmić tylko okruszkami, zbyt duży bochen może zaszkodzić wróbelkowi, ale z tych maleńkich okruszków (komunii świętych?) można „upiec" wielki bochen...
Czyżby na tę wielką łaskę, dar, o który zabiegamy, składały się codzienne małe, drobne dary, łaski, które utworzą kiedyś „wielki bochen"?
Pomyślałam, że ważne jest też dostrzegać drobne sprawy w życiu, które są łaskami, a często mijamy je obojętnie, szukając wielkich darów i wzruszeń.
Światło i ciemność
Tak pięknie kroczy się drogą wiary
W procesji świateł, przy dźwiękach wzniosłych
Każdy krok... jak zwycięstwo
Skrzydła Aniołów niosą jak rydwany
Współtowarzysze jak rycerze z tarczami Archaniołów
Wicher niesie hymny święte
A dusza unosi się ku Najwyższemu
Kiedy gasną światłą, milkną hymny
Aniołowie na spoczynek odchodzą
Przyjaciele zasypiają na szlaku zmęczeni
Drogę wiary ciemność skrywa
Po omacku szukamy siły i nadziei
Zamiast szerokiej drogi, wąska ścieżka
Obok ciemne wody o głębokości nieznanej
I szept szatański świata zewnętrznego: zawróć!
Gdzie twoi przyjaciele, gdzie ręce pomocne?
Po wąskiej kładce kroczy dusza mozolnie
Jak Hiob przyjmuje boże warunki wędrówki
Stawia kroki w ciszy, szeptu Boga nasłuchuje
I wówczas myśl święta zakwita bolesną odwagą
Pośród wód głębokich
Na wąskiej kładce
Postawiłeś mnie, Boże...
Czyżbyś mi zaufał, na tej trudnej drodze?
Święto Bożego Ciała. Podczas mszy świętej, ze zdziwieniem poczułam, że przy mojej piersi jest wielki kielich z winem. To wino było gęste jak krew. W tym momencie poczułam wielkie gorąco, a szczególnie na sercu (jakby ktoś dotknął mnie gorącym żelazkiem) i zaczęłam się mocno pocić. Bałam się tego dotknąć, przytulić, myśląc, że to będzie świętokradztwo. Pomyślałam, że to jest przecież kielich z ołtarza, dla księży i nie może być przy mnie. Wtedy usłyszałam: dla was wszystkich Jestem.
Jest taka miłość...
Zatrzymana w dłoni jak kwiat
Więdnie bez wody, ziemi
Traci płatki, urodę
Jest taka miłość...
Do serca mocno przytulona
Bije jego rytmem
Traci wolność, jak więzień
Zachłanna jest ludzka miłość...
Jest taka Miłość...
Nie więdnie od ludzkich dłoni
Szuka serca aby w nim gościć
Nawet jako więzień
Rozpięta na krzyżu
Zamknięta w tabernakulum
Cicho szepcze
Czasem krzyczy:
Jestem!
Kiedyś myślałam jak to się dzieje, że niektórzy ludzie osiągają doskonałość, są wartościowi, a inni żyją, nie przejmując się niczym. Zastanawiałam się według jakiego kryterium Bóg ocenia ludzi. Wówczas usłyszałam dowcipną odpowiedź na moje wątpliwości: ptak nie będzie ryczał jak lew, a lew nie będzie ćwierkał jak ptak!
Św. M B Nieustającej Pomocy
Do Matki Pocieszenia
Nie jestem aniołem pełnym słodyczy
Nie mam szat czystych, grzechem nie splamionych
Nie mam ust pełnych modlitwy
Ani oczu ciągle w Ciebie wpatrzonych
Moje serce często przepełnia gorycz
Moje szaty w codzienności prane
Moje usta mówią słowa przykre
Oczy widzą zło wokół rozlane
Jestem tylko człowiekiem bezbronnym
Wobec świata, który kręci się wokół
I choć belkę chcę wyjąć z mych oczu
Ona tkwi tam jak jastrząb do skoku
Kiedy nie mam siły już walczyć
Klękam przed Tobą, Maryjo
I wpatrując się w usta Twe i oczy
W szacie Twojej, cała chcę skryć się
W tych momentach błagam Cię, Matko
Podaj rękę i pociesz mą duszę
A gdy z klęczek wstanę, w świat pójdę
Podąż za mną drogą, którą ja iść muszę
I nie proszę Cię abyś na niej róże słała
Beztroski i ludzkiej pociechy
Proszę jedynie, Matko ma kochana
Podaj rękę, byśmy razem tę drogę przeszły
Podczas mszy byłam wpatrzona w obraz Matki Bożej, w moim sercu był pokój, czułam się uwolniona od wszelkich myśli. I nagle przed oczami ujrzałam twarz Jezusa z pięknymi, jasnymi lokami. Jego oczy były przesłonięte dużą, czarną opaską. Pamiętam dokładnie zarys Jego pięknych włosów. Odbijało się w nich światło. Dlaczego Jezus ma zasłonięte oczy? - myślałam. Gdzieś w sercu przyszła do mnie myśl, że Jezus chce mi wskazać, iż wzrok człowieka może mu „przeszkadzać" w rozumieniu Boga. Możemy „oceniać" innych według estetyki ludzkiej. Z drugiej strony, Jezus z „opaską", niewidzący, wydawał mi się Tym, który pójdzie do każdego, gdy tylko zechcemy Go przyjąć. On wyraża „gotowość" pójścia w każde miejsce i do każdego człowieka bez wyjątku, jeśli tylko nasze serca odczują potrzebę Jego obecności. On nie wybiera „ładniejszych", „lepszych", „mądrzejszych".
Grzech
Wpada do serca człowieka
Jak ptak z połamanymi skrzydłami
Próbuje rozgościć się
I żąda pokarmu
Karmimy go usprawiedliwieniem
Słabej woli, pożądliwością, pychą
A ptak nabiera mocy
Skrzydła zrastają się krzywo
Dusza człowieka żebrze: wyrzuć go
Zostaw w klatce konfesjonału
Oczyść serce z grzechu
Pozwól oddychać czystym rytmem
Jakaś melodia piękna nas dotknie
Wspomnienie modlitwy dziecięcej
Życzliwy uśmiech, słowo dobroci ogarnie
I ptak grzechu trzepocze się niecierpliwie
Kaleczy serce bólem, lekarstwa szukamy
Zbieramy skarby bożych słów Ewangelii
Karmimy grzech nasionami miłości
Boi się ich jak trucizny
Obolała dusza szuka rozpaczliwie
Daru Miłosierdzia
Na Jego pięknych promieniach, jak na skrzydłach
Przyklęka przed konfesjonałem
Jezu, prosi
Daj nadzieję wolności od grzechu
Daj duszy skrzydła
Pięknego wzlotu ku Miłości
Spoglądając podczas mszy na modlących się ludzi, pomyślałam, że każdy z nas jest jak książka. Jedna gruba, zapisana wydarzeniami życia, inna cienka - z kilkoma zaledwie zapisami. Każda ma wartość dla Boga. Może On zna jej tytuł? Może dla każdego zapisał indywidualny scenariusz? Czy go realizujemy? Czy zapisujemy w tej książce jedynie błahe sprawy, tworząc gruby tom? Czy nie warto „czytać" cudze zapisy życia, doświadczenia? Może wówczas byśmy nie błądzili? Gdy staniemy przed Bogiem z „naszą książką" , Bóg pokaże nam „zapis" o wierności, uczciwości. A myśmy go nie zauważyli. Może Bóg nadał naszej książce (życiu) piękny tytuł, np: powołanie, odwaga, bohaterstwo?. Powołania nie dopełniliśmy, odwagę zamieniliśmy w tchórzostwo. Może należy staranniej czytać własną książkę, szukać w niej słów Boga? Szczególnie, że drugiej „książki" nie otrzymamy. Każdemu przeznaczono tylko jeden tom...
Moje wiersze
Z serca gorącego i duszy stęsknionej
Płyną moje słowa, w wiersze układane
I jak ptaki w pierwszym locie, często nieudolne
Prawdy poszukują, jak wyżej ulecieć
Wypuszczam moje słowa, składam je w ofierze
Dla miłości Trójcy i Matki Najświętszej
Jeśli jakiś człowiek zechce je przytulić
Gościem będą w sercu, w samotności chwilach
Dopóki słów mi nie brak w klatce serca mego
Będę chwalić Pana i o łaski prosić
Dla tych, którym słowa usnęły snem twardym
I trudno im powiedzieć: kocham Ciebie, Boże
Może na cud liczę, ot taki maleńki?
Pękną komuś kraty, co miłość więziły
I uśpione słowa wypłyną modlitwą
Melodią piękniejszą niż słowa mych wierszy
Piątek. Poranny różaniec w Radio Józef. Do dziesiątki różańca zgłasza się kobieta z intencją. Bardzo płacze, trudno z tego szlochu wyłuskać wyraźne słowa. W sercu słyszę głos: w życiu tego człowieka zabrakło „odrobinę" Boga w otaczających ją ludziach. Zaczynam się zastanawiać, wyraźne myśli przychodzą do mnie, jakby ktoś chciał wytłumaczyć mi tę sytuację. Zabiegani, zaaferowani swoimi problemami, nie mamy czasu „przyjąć" do swego serca innych ludzi, wysłuchać ich, zaakceptować takimi jakimi są, poszukać w ich życiu przyczyn ich cierpienia. Czasem wystarczy niewiele chwil aby zrozpaczony człowiek otworzył się, wypowiedział. Módl się - mówimy. Czy nasze pochylenie się nad człowiekiem nie jest również wartościową modlitwą? Może mniej byłoby płaczu podczas modlitwy różańcowej?
Pokuta
Siada przy ciemnej drodze
Naszego życia
Ma twarz grzechu
O którym chcemy zapomnieć
Jest niema od urodzenia
Próbujemy ją minąć
Odwracając oczy
Wstaje i wyprzedza nas
W sercu budzi smutną muzykę
W oczach łzy
Sumienie krzyczy jak zbudzone
Złym snem dziecko
Nie pozwala się minąć
Choćbyśmy przyspieszyli kroku
Pokuta jest jak kolec uwierający
Musisz do niej podejść
Podać rękę
Przyznać się do niej
Wstań, powiesz, pójdziemy razem
Z modlitwą, czynem
Zadośćuczynienie zaniesiemy
Do tych, których skrzywdziliśmy grzechem
Uliczny krzyż
Najmocniej kocham Cię w deszczu
Gdy samotny, bezbronny, na krzyżu wisisz
W ulicznym zgiełku
Deszcz zmywa kurz z Twego ciała
I ze sztucznych kwiatów
Pod Twoimi stopami
Ludzie pod parasolami nie podnoszą głów
Ręce mają zajęte zakupami
Głowę, myślami
Nie pozdrawiają Cię...
Jesteś jak część miejskiego pejzażu
Jak pobliski dom...
Bezbronny na skrzyżowaniu ulic
Często bardzo samotny
Jak wielu z nas, przechodniów
Zagubionych w obojętności miasta
Pielgrzymka do Banneux, Belgia
Msza święta w kaplicy Matki Bożej Medytującej. Maleńka kapliczka, nad ołtarzem jest duży krzyż, na krzyżu – złota sylwetka Jezusa. Zauważyłam, że ręce Jezusa nie przylegają do poprzecznej belki, unoszą się lekko ponad nią. Mam wrażenie, że artysta tworząc „złotego” Jezusa nie „przystosował” Jego dłoni do krzyża...
Zapytałam swojego serca: dlaczego, Jezu, jesteś taki błyszczący, złoty, wprost unosisz się z krzyża? Niepokoił mnie ten krzyż z Jezusem...
Podczas mszy świętej, w medytacji przyszła do mnie myśl – odpowiedź: współcześni ludzie „pozłacają Mnie”, nie chcą widzieć Moich ran, Mojego bólu... Chcą Mnie widzieć jako piękny symbol, tradycję... a nie cierpiącego każdego dnia...
Miłosierdzie człowieka
Idzie człowiek, głowę wysoko unosi
Chciałby nieba dosięgnąć, kosmosu
Pod nogami krzyże jak kwiaty kwitną
Depcze je wpatrzony, w dal swoich marzeń
Łzy innych niecierpliwie ociera
To tylko deszcz, myśli, przeminą
Nie pomaga tym, którzy na drodze
Ręce do niego wyciągają, po pomoc
Idzie człowiek, grzechy innych wylicza
O swoich już dawno zapomniał
Jakże Jezu, Ty, który wybaczałeś
Nauczysz go, Miłosierdzia Świętego
Kiedy worek z pychą mu przebijesz
Aby oczy jego ku ludziom spojrzały
Jaki krzyż wielki ustawisz naprzeciw
Aby nie mógł go minąć bezkarnie?
Czemu milczysz Jezu, gdy widzisz
Zamiast serca, broń w ręku człowieka?
Czemu płaczesz, do krzyża przybity
I wybaczasz katom na tej ziemi?
Gdy pod krzyżem tak klęczę i pytam
Głos z niego płynie, jak smutna skarga:
Tak mało modlitw słyszę za grzeszników
Jakże ubogie jest ... miłosierdzie człowieka
Kaplica z obrazem Matki Bożej Ubogich w Banneux.
W tej kolejnej pielgrzymce do Matki Bożej Ubogich, poświęciłam dużo czasu na modlitwę. Pielgrzymkę poświęciłam w intencjach Matki Bożej, odsunęłam na bok wszystkie swoje prośby. Podczas modlitwy odczuwałam wielką wdzięczność, że mogę być kolejny raz w tym pięknym miejscu. W tym sanktuarium odczuwa się niezwykły spokój, indywidualną, mocną więź z Maryją. Może sprawia to skromność kapliczek usytuowanych w parku, pobliski szpital z ciężko chorymi. Mam wrażenie, że Matka Boża Ubogich czeka na każdego w skromnej izbie, wysłuchuje...
Podczas modlitwy, z sercem pełnym wdzięczności „oddawałam się” Maryi. Jakby z poszumem wiatru dobiegł mnie głos: będę się tobą opiekowała... Byłam szczęśliwa i niezwykle wdzięczna, bo podczas tej pielgrzymki nie przyszłam do Maryi z osobistymi problemami. Chciałam poświęcić trud tej pielgrzymki w Jej intencjach... Szczególnie, że wokół nas, po alejkach „wędrują na wózkach” ciężko chorzy ludzie, ich ból jest tak widoczny. Opiekunowie w białych fartuchach są jak aniołowie, przyprowadzający chorych do „źródełka” Maryi. Zrozumiałam przesłanie, które do mnie dotarło. Maryja - Pielęgniarka opiekuje się ludźmi, ale trzeba „oddać się” Jej w opiekę. Tak jak oddajemy się w opiekę w szpitalu. I nie może to być tylko chwila, lekkie ugięcie kolan w krótkiej modlitwie. Musimy każdego dnia, z ufnością i wiarą, modlić się do Maryi o „lekarstwo” dla swej duszy i ciała.
Gdy niebo zstępuje
Jest takie wzgórze w Belgii, Chevremont
Pan Jezus je uświęcił... Orędziem
Spisała je Małgorzata
Małą duszą ją nazwał Jezus, stokrotką
W sierpniu, od lat
Pod wielkim namiotem
Ludzie modlą się tu o pokój
Na świecie i w ludzkich sercach
Jak życzył sobie tego Jezus
I w ten dzień, niebo
Zstępuje na ziemię
A piękny Jezus z Chevremont
Błogosławi światu rękami biskupa
Matka Boża Ubogich z pobliskiego Banneux
Zasiada w loży kapłanów
Usta wiernych szepczą modlitwy
W kilku językach świata
Wysłużony namiot jest jak kaplica
Wybudowana rękami aniołów
To czas, gdy niebo dotyka ziemi
I odwiedza uświęcone
Zielone wzgórze Chevremont
Katedra Matki Bożej w Luksemburgu
Piękna, bogata, pełna turystów z aparatami. Niewielu ludzi modli się dłużej, więcej ogląda wystrój. Ciągle ktoś z aparatem, głośną rozmową „wytrąca” mnie z medytacji. Matka Boża ... w muzeum – mam takie wrażenie. Matka Boża jako piękna figura (kojarzę to ze „złotym Jezusem”). Zamożni ludzie Zachodu „fotografują się” z Matką Bożą... Są w tym miejscu, bo setki lat dodały bogactwa tej świątyni. Modlę się, abyś Matko Najświętsza nie pozostała tylko na ich fotografiach...
Dzieci Bolesnej Matki
W oczach Twoich, Bolesna Matko
Kamienie grzechów naszych
Ty je łzami rozpuszczasz
Do Syna zanosisz, prosząc o miłosierdzie
Ręce Twoje, Bolesna Matko
Oczekują próśb i obietnic grzeszników
Z wiarą i miłością po nie sięgasz
Pamięcią świętą i darami obdarzasz
Serce Twoje, Bolesna Matko
Ciernie niewdzięcznych dzieci oplatają
Mimo bólu, przytulasz je
Cierpliwie czekasz na chwile wzajemnej miłości
Stajesz, Bolesna Matko, jak posąg żywy
Na drodze każdego człowieka
A my stąpamy po śladach Twoich bolesnych łez
Zaślepieni własnymi łzami...
Opactwo cystersów w Clervaux, Luksemburg
Piękne, proste, monumentalne, surowe. Miejsce do głębokiej modlitwy. Warunki „pielgrzymującego” nie pozwalają na dłuższe przebywanie, musimy jechać dalej.
Skromne miejsce do adoracji Najświętszego Sakramentu, kilka ławek. Podchodząc odczuwam ogarniające mnie, zniewalające ciepło. Klękam, brak mi słów modlitwy, chcę tylko być w tym miejscu i poddać się „oddechowi Jezusa”, adorować Go bez słów. Trwa to kilkanaście minut, mam wrażenie, że mogłabym tak trwać wiele godzin bez słów, uczuć, emocji. To bardzo głębokie odczucie. Myślę, że gdybym się poddała całkowicie, naraziłabym innych pielgrzymów na opóźniony wyjazd. „Wyrywam się” z tego stanu tylko dzięki woli rozumu. Tęsknota pozostaje...
Święty czas
Życie to dreptanie w codzienności
W rytm zegara i kartek kalendarza
Jak ziemia, codzienność się obraca
Dając światło radości i mrok smutku
Nieodparcie popycha naprzód
Jakby bała się umrzeć...
Znam miejsce bez kalendarzy i nerwowych zegarów
Miejsce mocy
Chroniące przed czasem rozedrganym
Bez wrzawy bazaru świata
Miejsce
Zmieniające codzienność w święto
Tam nadzieja splata się z miłością
A wiara widzi niewidoczne
Dusza dotyk czuje, w tęsknocie niezaspokojonej
Słowa sens tracą, nawet najpiękniejsze
W Adoracji Świętej
Na kolanach
Milczenie staje się rozmową z wiecznością
Pielgrzymka do Włoch.
Moim wielkim pragnieniem było pomodlić się przed cudownym Obliczem Jezusa z Manoppello. Będąc na miejscu, nie mogłam oderwać oczu od tej relikwii. Pomimo tłumu pielgrzymów, zapadłam w przedziwną ciszę, oddałam się uwielbieniu Jezusa. Do mojego serca „przychodziły” słowa, jakby Jezus „uczył mnie”: szukacie Mojego Oblicza, a przecież Jestem w waszej duszy. To wy odgradzacie się ode Mnie swoimi sprawami ze świata... Szukacie Mnie w Manoppello widzialnym, jakby bojąc się sięgnąć w głąb duszy i tam Mnie zobaczyć... Odbijam Swoje Oblicze jak zdjęcie na kliszy waszej duszy, szukajcie Mnie tam... Moje Oblicze to nie dzieło sztuki, choć niektórzy tak je traktują... Ono daje szansę przemiany życia..., jest jak zagubione zdjęcie w albumie wiary... Znajdź czystą przestrzeń w sobie..., tam będzie Moje Oblicze...
Jezus z Manoppello
W Twe Oblicze wpatrzona
Duszę ukazuję, zapisaną życiem
I za łaskę tak widoczną, Panie, Ci dziękuję
Jeszcze mogę poprawić rysunek mej duszy
Jeszcze mogę wyprostować krzywe linie życia
Jeszcze mogę wpisać słowa Twoje, Jezu
W serce, aby biło rytmem Twoich życzeń
Jeszcze mogę klęknąć w modlitwie błagalnej
Spojrzeć w Twoje oczy patrzące uważnie
Ja, pielgrzym zagubiony, nierzadko w swym świecie
Mogę duszę złożyć przed Twoim Obliczem
Zdejmij Panie zasłonę, która miłość dzieli
Między światem śmiertelnych, a pałacem świętych
Daj wiarę, z nadziei płynącej z Twych oczu
Iż spotkanie nasze będzie trwało wiecznie
Wyryj Swe Oblicze, Jezu z Manoppello
Fleszem światła z Ducha płynącego
Aby dusza moja niosła Je przez życie
Jak relikwię świętą, jak prezent od Boga
Podczas mszy świętej ujrzałam sylwetkę człowieka, na piersi zaś, Oblicze Jezusa, jak ikona przylegało do serca. W medytacji zaczęły do mnie przychodzić myśli. Każdy z nas przychodzi na świat z Obliczem Jezusa w sercu. Co zrobimy z tym Obliczem, to już nasza wola. Niektórzy pielęgnują to Oblicze, aby nie zniszczyć Jego wartości, ozdabiają Je swoim uczciwym życiem i modlitwą, inni odkładają Je na „półkę zapomnienia”, zajęci bieżącymi sprawami. Tragiczne wydarzenia w życiu powodują, że zaczynają szukać Oblicza, które odłożyli w zapomnienie. Jedni znajdują (to wielka łaska), inni popadają w zwątpienie. Staniemy kiedyś przed Bogiem z ofiarowanym nam Obliczem Jezusa. W jakim Ono będzie stanie? Czy będzie tylko zniszczoną kartką, czy piękną ikoną?
Powrót dziecka
Oczy zamykam, by w pokornym przyzwoleniu
Czas życia przeszły, z obecnym przemieszać
Obrazów poszukać, których nielitościwy zegar
Nie zdążył jeszcze utopić w jeziorze niepamięci
Widzę małą dziewczynkę w krakowskim stroju
U stóp ołtarza, z dziećmi, na mszy siedzi
Ksiądz kazanie głosi, dziecko go nie rozumie
Zapach słodkich lilii chłonie i nastrój kościoła
Jeszcze szata anioła ochrania niewinność dziecka
Jeszcze dziecko trwa w uścisku Nieba
Z ufnością spoglądając na otaczający świat
Z dziecięcą ufnością, podarowaną obficie, przez chrzest
Czas przepłynął rwącą rzeką, nie ma już tamtego dziecka
Ostre łokcie życia, rozpychają codzienność, by przetrwać
Spojrzenie dorosłego nieufne, ran życia nie zapomina
Najczęściej słyszy: ratuj się sam, jesteś dorosły …
Cofam film życia, sięgam do spichlerza wspomnień
Przed ołtarzem klękam, przywołując w sercu tamto dziecko
I proszę: prowadź mnie drogą swej dziecięcej ufności, ku Bogu
Zmartwychwstań we mnie, darem dziecięctwa bożego
Bym powróciła tam, gdzie ufność
Otwiera oczy i uszy na radość Nieba
Gdzie aniołowie wymiatają skrzydłami lęk
Gdzie moc ufności we mnie … karmi bliźnich tą radością.
Ukryty skarb
Myślałam, że miłość do Ciebie, Jezu
Spływa jak ogień i woda
Kaskadą iskier i wodospadów
Jest gwałtowna jak burza
Wywraca stare drzewa – grzechy
Przywraca jasność po ciemności
Jak łaska niezasłużona...
Moja miłość do Ciebie przyszła w ciszy
Przystanęła blisko mnie, jak anielska ochrona
Zatrzymała myśli, czas, otoczyła ciepłem
Jakaś dłoń wrzuciła w serce małą perłę
Noszę ją jak skarb ukryty
Ona zapala się ogniem, gdy o Tobie myślę
A czasem ziębnie, gdy ulegam światu
Pulsuje wówczas bólem zranienia
Ukryta, niewidoczna, jak miłość bez gestów
Wysyła myśli, modlitwy, zgina kolana
Ciągle Ciebie szuka, Jezu...
Podczas Adoracji pomyślałam, że człowiek chce widzieć pewne wartości aby były ozdobione, „ozłocone”. Chciałby Miłość Jezusa do ludzi przemienić w „złotą miłość”. A przecież Miłość Jezusa do ludzi okupiona była wielką męką. Prawdziwa miłość (jak choćby przykład życia Matki Teresy, jej pomoc chorym w Kalkucie) była trudna, kryła się w ranach tych chorych, w mozolnym pielęgnowaniu. Miłość, do której nawołuje Jezus, nie ma „złoconych ram”, często jej nie widać. Możemy ozdobić krzyż kwiatami, ale nie usuniemy ran z wizerunku Chrystusa. One ciągle krwawią, aby człowiek nie zapomniał, że prawdziwa Miłość to całkowite oddanie, mimo bólu, choroby, przeciwności.
Takiej miłości nie zamkniemy w złoconych ramach, ona wyłamuje się z każdych ram i tylko serce człowieka dotkniętego tą miłością, zdolne jest ją realizować (przykład świętych).
Dotknij mnie
Zmęczona trudną drogą
Pod krzyżem usiądę
Jak pod wielkim dębem
Jego cień mnie ochroni
Od promieni słońca
Wokół tyle złudnych
Miraży pokrętnych
Trudno drogę wybrać
Gdy człowiek strudzony
Pod krzyżem sobie usiądę
Jak pod wielkim dębem
Przeczekam z Tobą, Jezu
Noc, gwiazdami płonącą
Po łzy Twoje, do krzyża sięgnę
Będą mi napojem ...
Rankiem, gdy świt się zbudzi
Jak dziecko niewinne
A Ty z krzyża zejdziesz
Do świątyń i ludzi
Prośbę mam do Ciebie
Jedyną, maleńką:
Dotknij mnie leciutko
Abym nie zaspała ...
I poszła za Tobą
Rozważając naszą aktywność religijną, jak choćby częste uczestnictwo w codziennych mszach, przyszła do mnie myśl (może podsunął ją mój Anioł Stróż?), iż okazując Bogu swoje przywiązanie, mamy wobec Niego szczególne zobowiązanie. Bóg „liczy” na naszą miłość i więcej od nas oczekuje niż od tzw. obojętnych osób. Dzieje się tak, bo jak to w życiu bywa, bardziej cierpimy, gdy najbliżsi nas zawodzą. Reagujemy żalem na niewierność najbliższych bardziej niż wtedy gdy doznajemy urazów od osób obcych. Myślę, że okazując Bogu naszą wierną miłość, musimy być Mu bardziej oddani, według słów Ewangelii: więcej otrzymaliście (miłość do Boga), więcej dawajcie ...
Mocna wiara jest darem, którego nie wolno zmarnować. Bóg walczy też o tych obojętnych, ale czy nie dał nam daru wiary, abyśmy Mu w tym mocno pomagali?
Wizyta anioła
Mądrość ludzka mówi
Anioł, jak duch się unosi
I ręką go dotknąć nie można
Dzieci sercem go czują
A oczy ich, widzą więcej
Choć serce moje dorosłe
Zranione mądrością świata
Ma jeszcze puste miejsca
Na tęsknotę piękną
Za dotykiem ... anioła
Przybył nad ranem w białej sukni
Strapiony zasmuceniem moim
Na myślach złych położył rękę
Skrzydłem, jak kołdrą osłonił
Zamknął ciepłem oczy moje
Uszy otworzył na muzykę nieznaną
Splotły się nasze ręce
W przestrzeni serca niewidzialnej
I tak trwaliśmy, jak pieta nieruchoma
Ja, córka tej ziemi
I On, książę niebieski
Obudziłam się wczesnym rankiem. Chciałam zasnąć, ale w sercu i uszach słyszałam „wykład”, jakby ktoś chciał mnie nauczać ...
Życie ludzkie to droga krzyża, cierpienia, dotrzeć do Prawdy można tylko tą drogą, akceptując bożą wolę. A cóż z radością życia ? – zapytałam. Radość (tą prawdziwą) osiąga się nie schodząc z drogi przeznaczenia bożego. Każde cierpienie – krzyż, „nałożone” przez Boga, zmierza na końcu, ku radości poznania Bożej Miłości, przytulenia się do Niej, znalezienia ochrony w Niej. Ludzie buntują się przeciwko cierpieniu, szukają ziemskich radości. Nie znajdują w nich pełnej satysfakcji. To radość chwil. Taką radość „chwil” podsuwa nam szatan, znający dobrze niespokojną naturę człowieka.
Bóg daje radość dojrzałą, piękną, spełniającą się w pokoju serca. Radość „chwil” nie daje tego pokoju, ciągle chce więcej, jest wymagająca.
Mój Jezus
Mój Jezus nosi szaty skromne
I krzyż pełen raniących sęków
Mój Jezus moknie w deszczu
I marznie przed drzwiami
Na klucz zamkniętymi
Mój Jezus karmi się łzami
Ludzi, przez świat odrzuconymi
Mój Jezus żebrze o miłość, jak biedak
Gdy my przechodzimy obok
Mój Jezus nie ma choinki z lampkami
Ani przy stole nie siada sutym
Każdego dnia szuka człowieka – lekarza
Który bandażem opatrzy Mu rany
Mój Jezus nie jest tak kolorowy
Jak na obrazach malarzy
I pieśń za Nim nie idzie
Głośna, jak chóry z katedr wspaniałych
Mój Jezus cichutko nuci
A czasem szepcze znużony
Do ludzi, którzy mijają kościoły
Puste, bogato zdobione
Mój Jezus, powiedział mi Anioł
Nie jest świąteczny, pozłacany
On jest zwyczajnie, jak my strapiony
I taki bardzo bliski ...
Codzienny
W czasie Adoracji Najświętszego Sakramentu, kiedy kościół był prawie pusty, skupiłam się na wewnętrznej ciszy. Przyszła do mnie myśl: jak dobrze byłoby zobaczyć realnie Jezusa. Nadal pozostawałam w ciszy, bez słów modlitwy. Gdzieś w sercu usłyszałam: Ja, niewidzialny, porozumiewam się z niewidzialnym - twoją duszą. Niewidzialne „widzi” niewidzialne. Twoja dusza rozpoznaje Mnie, gdy Mnie adoruje, rozmawiamy ze sobą. Ludzkie oczy widzą to co zewnętrzne. A to co zewnętrzne, też jest przez każdego inaczej widziane. Byłem na ziemi widziany ludzkimi oczami ... a nie rozpoznano Mnie - usłyszałam cichą skargę.
Przy kościele moim
Przystanęłaś Święta Matko
Przy kościele moim
W kamienny posąg obleczona
Na czuwaniu długim zostałaś
W deszczu mokniesz
Zimą, biały śnieg futrem Cię otula
Rękami, orła przytrzymujesz
Jakbyś sprawiedliwość zniewalała
Kazała jej czekać cierpliwie
Orzeł, ptak przestrzeni
Do nieba chce ulecieć, skargę ponieść
Na niewdzięcznych ...
Oczy masz Maryjo, zamknięte
Jakbyś im nie dowierzała
I sercem jedynie chciała słyszeć
Modlitwy przechodniów
Na Twojej twarzy ślady ciemne
Jak blizny po łzach
Deszcz je wyżłobił, czy rzeźbiarz?
Ciepłem palących lampek się ogrzewasz
Kroki idących do kościoła rozpoznajesz
Matko Święta, czuwająca przy kościele moim
Na deszcz z nieba i łez naszych wystawiona
Na mróz zimy i serc naszych narażona
Trwaj przy nas, w kamieniu zastygła
Byśmy mogli Ci szeptać:
„Pod Twoją Obronę” ...
Moim marzeniem, które zrealizowałam trzy lata temu, była pielgrzymka do Izraela. Jednak Ziemia Święta była ciągle w moim sercu. Pragnęłam tam znowu być, iść po śladach Chrystusa. Z drugiej strony, to kosztowna podróż. Może to tylko pycha - pytałam swego serca podczas mszy świętej. Jakby w odpowiedzi, ujrzałam wielki, piękny dywan, kolorowy, pełen mocnych barw. Sam środek tej tkaniny miał wielkie czerwone koło, centrum tego dywanu. Izrael, słyszałam w sercu, to źródło mocy bożego ducha, to sedno chrześcijaństwa. Krew Chrystusa głęboko wsiąkła w tę ziemię, jest bożą siłą, mocą i karmi pielgrzymów. To nie siła państwa, które jest nękane konfliktami - to siła Boga, który przemierzał te tereny, siła Matki Bożej, proroków i apostołów.
Siła miłości
Zraniło mnie życie cierpieniem
Jak Ciebie włócznia Longinusa
Z boku Twojego krew trysnęła i woda
Z mojego serca, miłość do Ciebie
Miłością daną mi tak nieoczekiwanie
Zalepiam ranę, jak pszczoły, plastrami miodu
Słodyczą napełnia się dusza moja
Gdy dzielę Twoje cierpienie, z moim
I choć po ludzku ból noszę w sobie
Jak żołnierz zraniony w walce
Mam dziwną siłę, klęcząc przed Tobą
I ufność nieodpartą
O jedno proszę Cię Jezu, mój Panie
Gdy znowu świat zrani me serce
Bądź Weroniką, twarz osłoń chustą
Jak Szymon, pomóż, ponieść krzyż dalej
Przed mszą świętą zastanawiałam się jak to się dzieje, że ludzie tak łatwo usprawiedliwiają swoje zachowania. Często mówią, że czynią to w imię miłości do drugiego człowieka, a raczej, myślę, w imię miłości do samego siebie. Chodzi tu o łatwość rozwodów, usprawiedliwianie pewnych zachowań seksualnych, wróżby itp. Tolerancja, to słowo staje się hasłem, ale czy dobrze pojętym. Tolerujemy wokół siebie tyle zachowań, które powinny być moralnie oceniane. Zachowujemy się jakby nie istniało pojęcie grzechu. Obserwuję to w telewizji, prasie, podczas dyskusji o życiu. Padają słowa: mam prawo do szczęścia (trzy, cztery małżeństwa), mam prawo do wolności (aborcja), mam prawo być homoseksualistą, bo tak czuję ... Padają argumenty o miłości, w imię miłości itd. Współczesny świat, myślę, ma duży problem z relatywizmem moralnym. To tak jakby szatan oblekł się w szaty anioła i przemawiał do ludzi, usprawiedliwiając wszelkie złe moralnie czyny. Tylko, że prawdziwy anioł, tak myślę, nosi „markowe” szaty, a diabeł przyobleka się w „podróbki”.
Naszym zadaniem (trudnym w obecnych czasach) jest rozróżnienie prawdziwej, bożej „marki” szat anioła od „podróbek” w które ubiera się szatan.
Smutek
Położyłam smutek na piasku
Wiatr go zasypał, na chwilę
Morskie fale odkryły
Odłamkami bursztynu błyszczał w słońcu
Ranił serce bólem ...
Położyłam smutek przed człowiekiem
Przestraszył się człowiek
Oczu mojego smutku
Recepty w popłochu szukał
Lekarstwa nie znalazł
Położyłam smutek na różańcu
Przemówiłam Tajemnicą Radosną
Smutek wił się jak dym z kadzidła
Próbował walczyć
Krzyż przy różańcu go pochwycił, pochłonął
Smutku, który nawiedzasz serca
I cień kładziesz na dusze
Nie jesteś niepokonany
Są Tajemnice Wielkie
Przed którymi i ty klękasz
Choć nie uciekasz ...
Twarze
Idę ulicą, a wokół twarze
Nie dostrzegam ich wieku
Tylko nadzieje i myśli
Głęboko ukryte na dnie oczu
Twarzom wydaje się, że są różne
Piękniejsze, brzydsze
Dla przechodnia idącego ulicą
Są mijaniem, zapomnieniem
O ich indywidualności ...
Twarze przechodzą samotnie, bądź parami
Samotne lubią przyglądać się innym
Twarze w parach mają swoje sprawy
Kiedy mijam twarze na ulicy
Gnębi mnie myśl
Jak długo muszę uczyć się miłości
Do ich oczu, myśli, duszy
Abym mogła, z ręką na sercu
Powiedzieć Ci, Jezu, kocham Ciebie
Obudziłam się rano, spojrzałam na obraz Jezusa Miłosiernego i przyszła mi do głowy myśl: człowiek został tak stworzony, że posługuje się zmysłami, widzi fizyczną stronę świata. Dostrzega oczami, słyszy ...
Ta „zmysłowość” naszego postrzegania może prowadzić do pewnej rutyny, a nawet rozproszenia (dotyczy to mszy świętej). Jeśli nie dotknie nas mocna łaska wiary (widzenie duszą, sercem), nie przełamiemy naszej „fizyczności”. Będziemy widzieli jedynie zewnętrzność obrządku (wystrój ołtarza, wygląd księdza etc). Uczestnicząc w mszy świętej, nabożeństwie, powinniśmy modlić się o duchowy kontakt z Bogiem i przełamać postrzeganie fizyczne i patrzeć „okiem duszy”. Oddajemy Bogu cześć, klękając, patrząc, słuchając słów Pisma Świętego. Do tego służy nasza zmysłowa strona człowieczeństwa, tak zostaliśmy stworzeni. Aby jednak słuchanie i patrzenie nie było tylko na poziomie „fizyczności”, potrzebne jest z naszej strony zaangażowanie serca. Wiadomo, że „zmusić” człowieka do miłości, Bóg nie chce - dał nam przecież wolną wolę. Myślę jednak, że gdy Bóg raz dotknie człowieka łaską doświadczenia Jego Miłości w mszy świętej, to wtedy „odrzucimy” naszą zmysłowość postrzegania, rozproszenie, rutynę czynności i otworzymy się mocno na doznania duchowe. Każda msza będzie wówczas spotkaniem osobistym, pełnym miłości, a nasze oczy, uszy „otworzą się” na Słowo, które nas silnie przeniknie i nie „zniknie” po wyjściu z kościoła i zanurzeniu się w codzienności.
Cisza, która słucha
Są chwile, utkane w mistycznym świecie
Rodzą się na granicy snu, spadają do serc perełką
I dotykają nas … bez dotyku
Samym spojrzeniem, lekkim poruszeniem wiatru
Są one w modlitwie, snującej się gdzieś między niebem a ziemią
Chwile te, podobne są do jaskółek ze źdźbłem trawy w dziobie
Źdźbłem, ze świata, gdzie czas nie istnieje
Ze świata wieczności …
Dotknęłam takiej chwili nieoczekiwanie
Może jaskółka upuściła swoje źdźbło trawy obok mnie?
Może anioł na moment uchylił drzwi własnego świata?
Jak ktoś bardzo spragniony, schowałam tę chwilę w sercu
Tajemniczy dar
Darem tej chwili była … cudowna Cisza
Nie próżnia, lecz cisza żyjąca
Drgająca światłem, ruchem perełek wody, drobinami pustynnego piasku
Ta Cisza … słuchała, choć była milcząca
Pływała w niej moja szczęśliwa dusza
Bez dotyku, bez słów, poznawała twórczą moc tej ciszy
Moc miłości, pokoju i radości prześwietlonej światłem ciszy
Przeminęła chwila, ten moment tajemniczego spotkania
Może jaskółka podniosła upuszczone źdźbło trawy, odfrunęła?
Może wystraszył ją hałas budzącego się dnia?
Nie straciłam jednak pamięci tego daru ciszy
Jest ze mną, w milczącej bieli świętej hostii.
Jak drzewo
Potykam się o życie moje
Jak drzewo wyrwane podczas burzy
Wiatr historii je niesie
Mojej i mojego narodu
Podczas ciszy bezwietrznej, deszczu łagodnego
Próbuję się na nowo zakorzenić
Często na ugór trafiam, piasek pustynny
Opadłe gałęzie ku słońcu wznoszę
Błagając o życie
Ja człowiek, jak to drzewo, szukam ...
Szukam Tego, który kazał mi istnieć
Na pustynnym polu, krzyż wbity w ziemię
Drzewa wyrwane wichurą
Oplotły go jak korona
Przywarły, jak przy murze obronnym
I trwają, sycąc korzenie, aby zakwitnąć
Otoczyć krzyż nowym lasem
Mają źródło wody sycącej
Cień przed palącym słońcem
A nocą sen spokojny
Układam swoje życie
Obok życia zakwitającego pod krzyżem
Słucham rozmów pięknych
Między Niewiastą a Panem Krzyża
A korzenie mojego życia żywią się
Mocniej wrastają
Gdy wrogi wicher zawiewa
Pochylam się tylko
Przylegam do ziemi i trwam
W bezpiecznych ramionach Pana Krzyża
Poprzez eliminowanie wiary w Boga jako źródła człowieczeństwa, świat skupia się na fizyczności człowieka (wartość urody, młodości, towarów). Obserwując współczesną literaturę, sztukę, widzę w niej zawarte kompleksy współczesnych ludzi, brak idei wyższych. Odrywanie człowieka od Boga sprawia, że zapominamy o tym, co w człowieku jest najważniejsze - o pięknie jego duszy. A przecież najpiękniejsze dzieła powstały w wyniku tego niepokoju we wnętrzu człowieka, przekonanego, że nie jesteśmy tylko ciałem. Świadomość posiadania duszy (którą się tak wyśmiewa) sprawia, że człowiek zwraca się ku Bogu - Najwyższej Miłości.
Jak tłumaczyć czyny miłosierdzia, patriotyzmu, poświęcenia życia - jeśli nie istnieniem wartości ponad cielesnej. Gdybyśmy nie mieli tej świadomości, wynikającej z wiary w Boga i w duszę daną nam przez Niego, nikt nie dokonałby czynów wykraczających poza zwykłą ochronę własnego życia. Życie jest wartością nadzwyczajną, nie tylko ze względu na ciało, ale także ze względu na duszę, klejnot otrzymany przy urodzeniu.
Tęsknota
Tęsknota jest jak człowiek
U bramy Nadziei stojący
Bez klucza ...
Jak pejzaż piękny we śnie
Farbami go nie odtworzymy
Tęsknota jest jak pieśń słyszana w sercu
Nutami jej zapisać nie można
Jak wędrówka przez las gęsty
Za światłem ponad drzewami
Tęsknota jest łaską
Pielgrzymuje z człowiekiem przez życie
Prowadzi pod Krzyż
Tam spotykają się
Ludzka tęsknota i Miłość
Niebo i ziemia
Pod krzyżem człowiek znajduje
Klucz do bramy Nadziei
Farby do namalowania pięknego obrazu
Nuty wspaniałej pieśni
Słowa do modlitwy
Światło w lesie zagubienia
Pod krzyżem
Ludzką tęsknotę, Bóg wypełnia
Ojcowską miłością
Przed Świętem Miłosierdzia
Na początku mszy skarżę się Jezusowi, że nie doświadczam zwykłej ludzkiej radości ze Świąt Wielkanocnych. Myślę, że jestem niegodna tego przeżycia. Wówczas w sercu ujrzałam obraz krzyża z konającym Jezusem oraz trzęsienie ziemi. Poruszone kamienie rozpryskują się na kawałki. Te kamienie, słyszę w sercu, to symbol Mojej Męki. Przeznaczyłem ich okruchy dla dusz współczujących. Noszą one w sobie te odłamki, które przypominają im o Mojej Męce. Odłamki kamieni raniąc życie tych dusz, nie pozwalają im zapomnieć o Mnie, szczególnie wówczas, gdy wątpliwości, zło próbuje ich dotknąć, gdy tracą siły ...
Radość ze Zmartwychwstania nie jest tylko formą radości przeżywania świąt zwyczajowo: procesje, święcenie pokarmów, spotkania rodzinne. Prawdziwa radość duchowa jest też pamięcią dla kogo Jezus zmartwychwstał. Taka radość budzi głęboką refleksję, nierzadko bolesną, o odpowiedzialności za własne życie - stąd często ma poważny wymiar. Dziwny zbieg okoliczności, tego dnia, już po moich rozważaniach, ksiądz czytał fragment Ewangelii o odrzuconym kamieniu, który stał się kamieniem węgielnym. Później w nocy „przyszedł” do mnie wiersz o Bożym Miłosierdziu.
Ramiona Miłosierdzia
Miłosierdzie Boże ma oczy Jezusa
Konającego z Miłości
Miłosierdzie Boże czeka jak pielgrzym na pustyni
W poszukiwaniu oazy ludzkiej duszy
Miłosierdzie Boże jest cierpliwe, wyczekujące
Nie przyspiesza kroków wątpiących
Miłosierdzie Boże ma dłonie Jezusa błogosławiącego
Nawet tych, którzy Go nie widzą
Miłosierdzie Boże czeka na progu świątyni
Pełne łask, jak kosze Wielkanocne
Miłosierdzie Boże przebacza, zapomina
Jest jak ptak, który zniża lot
I nie wybiera pól pełnych ziaren
Miłosierdzie Boże ma oczy Jezusa
Nie lęka się bólu, głodu, cierpień, krzyża
Wypija nawet kielich goryczy
Miłosierdzie Boże czeka w deszczu, burzy, potopie
Za dnia i w nocy
Jak Ojciec Miłosierny otwiera ramiona
Dla dusz synów marnotrawnych
Jest noc, nie mogę usnąć, mam wrażenie, że jest to dla mnie dziwny czas czuwania. W piątkowej części nowenny, Jezus polecił modlić się za dusze czyśćcowe.
Słyszę dziwny głos, który wyjaśnia, że śmierć jest przejściem z jednego świata do drugiego. To jakby „prześlizgiwanie się” przez wąski otwór ... ku światłu. Określiłabym to jako swoiste „drugie” narodziny. Zostaje ciało, a my, nasza dusza, zdążamy dalej, jakby w koniecznej dla nas, dalszej pielgrzymce ku następnemu światu. To przejście nie jest bolesne (jakby wąż zrzucał skórę), gdy jest w nas miłość, gotowość zmiany „świata”. We współczesnym świecie unikamy mówienia o śmierci, jakby ona nie istniała, nie dotyczyła nas. Śmierć kojarzy się nam z tragedią, a przecież dotyczy nas wszystkich.
To doświadczenie, którego doznałam w nocy, było bardzo ciekawe - śmierć jako faza dalszej pielgrzymki ...
Często mamy tego świadomość, ale wolimy nie zastanawiać się nad tym, jakbyśmy byli tylko związani sprawami ziemskimi.
Gdy Bóg dotyka
Jest taka rozpacz i myśli płaczące
Nie gasi ich żadne ludzkie słowo
Bezbronni stajemy twarzą w twarz, tragedii
Pytamy: dlaczego?
A wokół twarze i oczy zamknięte
A usta - milczące ...
Wygrażamy dłońmi w pięści zaciśnięte
Czasem opuszczamy jak zwiędłe kwiaty
Jest taka rozpacz i myśli płaczące
Dla których nie ma leku, ani zioła
Ale jest Ktoś, kto rozpozna dno ludzkiej rozpaczy
Kto zanurzy w sercu miłosierne dłonie
A gdy Go wezwiesz modlitwą, zginając kolana
Dotknie twej rozpaczy, przytuli, ogrzeje
I choć ona nie zniknie, jak spalona świeca
Kiedy Bóg ją dotknie
Stanie się ... błogosławiona
Znaki Miłości
Jak ptak wijący gniazdo
Dla nowego życia
Szukam słów, miejsc świętych
Ożywiających mą miłość do Ciebie, Jezu
Ognia Twego pragnę
Topiącego, zamarzające w powszedniości, sople uczuć
Rozbudzenia pragnę, głodu miłości
Który trwa i nie przemija
O dar modlę się, ustawicznej pamięci
Przeżyć pięknych, w spotkaniach z Tobą
Na Synaju, w Ziemi Świętej
W sanktuariach, ręką Maryi, pobłogosławionych
Proszę o głos Twój, przez ciemność myśli, przenikający
O światło, w rozumieniu Twego życia na ziemi
O znaki maleńkie, Twej obecności
Które, dzięki Twej łasce, rozpoznaję
Z tych małych, świętych znaków
Jak ptak ze źdźbła trawy
Gniazdo budować będę, dla nowego życia
Dla poznania Ciebie w Eucharystii
Ucz mnie rozmowy z Tobą w adoracji
Sercem czystym, wypełnionym Twoim pokojem
Daj oczy, które widzą Cię za dnia
I uszy, które słyszą Cię w nocy
Prowadź mnie od stacji do stacji, swej Kalwarii
Aż swoim życiem, wypełnię je
I niech Twoja cierpliwa Miłość, zaczeka
By miłość nasza, mogła się spotkać, pod krzyżem.
Przed mszą świętą zastanawiałam się czym jest moja wolna wola. Chciałabym, aby moja wolna wola była zgodna z wolą Boga. W wyobraźni zobaczyłam okno, przez które patrzyłam na postać Pana Jezusa. Pomyślałam: chcę otworzyć to okno, żeby mnie nie oddzielało od Jezusa. I wówczas usłyszałam cichą odpowiedź, nieco żartobliwą, ale dającą do myślenia: przecież okno otwiera się od wewnątrz i tylko ty możesz go otworzyć. I wtedy zrozumiałam, że to była odpowiedź na moje pytanie dotyczące wolnej woli. Rozumiem przez to, że otwarcie okna, czyli oddanie mojej wolnej woli Bogu, jest z mojej strony wielkim zaufaniem do Boga i oddaniem bez lęku siebie - Bogu. Nie chroni mnie wtedy żadna „szyba” moich wątpliwości i lęku i świadomie poddaję się całkowicie działaniu woli Boga.
Boża wola
Czasem życie czyni nam niespodzianki
Los, który wydał się nam
Zgodny z wolą naszą
Jak mur domu, bezpiecznie stawiany
Burzy plany dotychczasowej budowy
I przedziwnym zrządzeniem, rzuca nas
W miejsce nieznane …
Ubranie zdjąć musimy, wygodnych przyzwyczajeń
I z lękiem szukać, w szafie duszy naszej
Stroju duchowego, do nowych zadań
Jak z misy pełnej ludzkich ziaren
Brzmiącej melodią pozytywki
Ciągle tymi samymi nutami
Bóg jedno wybiera ziarno
By uczyć je nowych, o Sobie pieśni
By mówić do niego, twarzą w twarz
O swoich boskich, wobec niego, planach
I choć naturę naszą niepokój ogarnia
A bunt i wątpliwości, szarą suknią oblekają serce
Wierzyć musimy, iż Bóg w swej świętej woli
Ma dla ziarenka … duchowe przestrzenie oceanu
Słoność wód jego, natura ziarna, odrzuca
Krztusi się, przywykła do słodyczy źródła
Bóg, darem je jednak obdarza
By słabość jego, w słonym oceanie trudów
Zamienić w mocne ramiona i rozwinąć skrzydła.
List do aniołów
Osłońcie mnie aniołowie
Skrzydłami swymi jak tarczą
I sił dodajcie, niebiańscy stróże
Bym strzegła wiary mych przodków
Tak dziwna dziś toczy się bitwa
O prawdę - wiary i miłości
Tak wielu fałszywych proroków
Maluje ikony nadziei
Ikony te wabią barwą
Często tak piękną jak tęcza
Wielu ludziom wzrok słabnie
Niewolę z wolnością ... mylą
W ikonach nowych proroków
Nie ma krzyża z Chrystusem
Na szyjach błyszczy jak medal
Ozdobą jest kolorową
Fałszywi prorocy piszą
Nową biblię dla ludzi
Miłość w niej twarz ma młodą
Prawda wstydliwie się skrywa
Nadzieja ma kształt pieniądza
A wiara to martwy relikt
Osłońcie mnie aniołowie
Przed światem ikon współczesnych
Zapiszcie rylcem rzeźbiarza
Pokorę i mądrość świętych
I jeszcze o jedno proszę
W postscriptum mojego listu
Wesprzyjcie mnie w ludzkiej nadziei
Iż prawda zwycięży fałszywych proroków
Na dzisiejszej mszy świętej była młodzież przystępująca do bierzmowania i dzieci oczekujące na chrzest. Ofiarowałam tę mszę w ich intencji. Zrobiłam to z pewnymi wątpliwościami, będąc bardziej skłonna poświęcić tę mszę własnej rodzinie.
Usłyszałam wtedy w sercu: ofiarowanie mszy za osoby, które ci się nigdy nie odwdzięczą, bo nie wiedzą o twojej intencji ofiary, jest cenniejsze niż ofiara za osoby bliskie.
Komunia
Kiedy przychodzisz do mnie w komunii, Jezu
Powinnam słyszeć śpiew chórów anielskich
I trąby głośno brzmiące
Ale nie słyszę ...
Cicha pieśń unosi się w kościele
Pośpieszne kroki wiernych słychać
Latem ptaki za oknem trele wznoszą
I głos kapłana: Oto Ciało Chrystusa
Smak chleba w ustach taki powszedni
Jak ten, który spożywam codziennie
A przecież cud stał się nieziemski
Jezus zawitał we mnie
Milczę i szukam wielkiej ciszy
Abyś Ty mówił do mnie, Panie
W kontemplacji zanurzam siebie
Sięgnęłam po Twoją Miłość, Jezu
Szukam Twych oczu, spojrzenia pełnego miłości
W nim pragnę Prawdę jedyną wyczytać
Jak piękny, niebiański to moment
Gdy Bóg ... dotyka człowieka
I myślę, że w tej radosnej chwili
Gdy Jezus uświęca mą duszę
Milkną nawet anielscy śpiewacy, na trąbach nie grają muzycy
To błogosławiony czas - wielkiej, świętej ciszy
Dziesięć dni temu wyruszyłam wraz z mężem na pielgrzymkę do Medjugorje i odczułam wielkie błogosławieństwo tej pielgrzymki. Modlitwa, różaniec spływały obficie z ust pielgrzymów, także uśmiech i pogoda ducha. Ludzie mówili o wielu łaskach jakich doświadczyli. Moją pielgrzymkę oddałam w intencjach Świętej Maryi. Niczego nie żądałam, o nic nie prosiłam, a te dziesięć dni spędziłam, jakby unosząc się ku niebu. Byłam świadkiem (02.05) objawienia się Maryi jednej z widzących.
Chciałabym podzielić się kilkoma wrażeniami. Podczas mszy świętej w kościele św. Jakuba, doświadczyłam „widzenia” Matki Bożej, miała czoło przesłonięte białym materiałem, na głowę narzucony niebieski, długi welon. Widok ten przypominał trochę strój zakonny. Pomyślałam, że może to gra mojej wyobraźni. Kiedy oczekiwaliśmy w wielkim tłoku (02.05) na Miriam, która tego dnia miała spotkanie z Maryją (dzieje się to każdego 2-go dnia miesiąca), wszyscy czekaliśmy na godz. 10. Było gorąco i trudno nawet było ustać. Pomyślałam - jeszcze całą godzinę trzeba być w tym tłumie. I nagle nad budynkiem ujrzałam, jakby na ekranie, postać Matki Bożej, podobną do tej, którą widziałam w kościele. Płynęła jakby na obłoku i pomyślałam - znowu gra wyobraźni. Ale w tej samej chwili twarz Miriam przybrała nieziemski wygląd i rozpoczęło się spotkanie z Maryją. Miriam powiedziała, że Matka Boża nie była ani smutna, ani wesoła. Spisane orędzie podano do wiadomości.
Medjugorie
Wspinam się na Górę Objawień
Kamienistą drogą
Przy stacjach Drogi Krzyżowej na Kriżewac
Rękami dotykam głazów
Bronię się przed upadkiem
W tej pielgrzymiej podróży
Tajemnice odkrywam tego miejsca
Nie moje wątłe siły podnoszą mnie w górę
Nie moja ludzka wiara
Każdy kamień to paciorek różańca
Stawiam na nim stopy
Maryja unosi wyżej
Ku Bogu
Kamienie omodlone modlitwami
W różnych językach
Wyślizgane od ludzkich nóg
Prowadzą ku nadziei
Na tej trudnej drodze
Pielgrzymi nie mają wieku ani chorób
Każdy dostaje bagaż
Miłość Maryi
Różaniec w ręku, stopy na kamieniach
Głowa w niebie
Jak łatwa może być droga, nawet po głazach
Z bożą miłością na ramionach
Dzięki Ci Maryjo Święta za Medjugorje
Dzięki za miłość do Jezusa
Która dotknęła moje serce
Tak daleko, a tak blisko
Gdy świąteczny rozgardiasz ogarnia domy
Gdy szeleszczą kolorowe papiery
A choinki rozjaśniają błyszczące światełka
Świat nasz zamienia się w świąteczny korowód
Barw i smaków wigilijnych potraw
Myślę wówczas o skromnych, biedą
I bogatych Duchem, Narodzinach Jezusa
Myślę też o tych, którzy odeszli …
Dla nich zapalam znicz na zimnym kamieniu
Niech płonie nadzieją, naszych dawnych wigilii
I dziwny obraz przychodzi mi na myśl
Korytarz wąski, po obu stronach, drzwi
My, żyjący, z kluczem do naszego życia
Niezdolni naszym kluczem, ich drzwi otworzyć
A oni – są tak blisko … i zarazem daleko …
Ich modlitwa zasiada z nami, dzieli się opłatkiem
I choć puste są ich talerze, puste krzesła
Ozdabiają miłością nasz wigilijny stół
Przypominają, że wspólnym kluczem do ich świata … i naszego
Jest miłość, rodząca się w betlejemskim żłóbku.
Zastanawiałam się przed mszą, jak trudna jest ewangelizacja. Często osoby religijne źle oceniają tzw. niedowiarków. Ujrzałam w wyobraźni konny wóz i samolot. Co to znaczy? Ktoś (może Anioł Stróż) wyjaśniał mi tą zależność. Są ludzie, którzy wędrują przez życie konnym wozem, muszą doświadczać wiele, widzieć, przekonywać się, po prostu uczyć się swojej drogi pielgrzymowania przez życie. Spotykają wiele miejsc, ludzi, ulegają im. Droga do Boga jest dla nich długa, powolna, tak jak podróż konnym pojazdem. To nie znaczy, że jest gorsza. To też nauka. Może taki sposób „podróżowania” wybrał dla nich Bóg? Dla innych Bóg wybrał samolot. Moment olśnienia, przeznaczenie dla jakiegoś wyższego celu, wtedy ludzie ci dochodzą do wiary szybką drogą (samolotem). Myślę, że obie drogi są dla Boga cenne. Dlatego nawracanie na wiarę w Boga to niezwykle trudne i delikatne zadanie. To kapłański trud, rozpoznanie ludzkiej duszy i jej przeznaczenia w drodze do Boga.
Nie jestem posągiem
Nie jestem pięknym posągiem z alabastru
Ani podziwianą postacią z marmuru
Nie wzbudzam zachwytu w oczach
Rzeźbiarzy tego świata, wspaniałych
Ani słów moich nie powtórzą potomni
Człowiekiem jestem tak niezwykle kruchym
W choroby i bóle, ciało moje obleczone
Ale to do mnie, do ciebie, człowieku
Maryja wyciąga ręce swe spragnione
To na naszą miłość czeka lata całe
To nasze dusze pragnie błogosławić
Cóż mogę Ci dać w zamian, Maryjo
Za Twoją miłość do ludzi na ziemi
Złożone ręce, różaniec z modlitwą
Trochę łez maleńkich, niech grzeją Twe ręce
Westchnienia, pielgrzymki do miejsc uświęconych
Trud dnia codziennego, obietnice poprawy
Myśli nabożne i msze święte
I codzienne, przepraszam, za serce niepokorne
Nie jestem posągiem pięknym z alabastru
Ani postacią z marmuru trwałego
Ale mogę się schylić u stóp Twoich, Matko
I w Twoich intencjach oddać życie moje
Kiedy czołem dotknę Twoich stóp, Mateńko
A usta moje ciepło Twe poczują
Ja, człowiek, z ciała tak bardzo kruchego
Może pieśń usłyszę, wyśpiewa ją anioł
O wielkiej miłości Boga, do człowieka na ziemi
Odpowiedź starca
Wędruję w tłumie drogą
Czasem ktoś upadnie
Kurz spod stóp idących
Twarz jego zakrywa
Tłum jest gniewny, śpieszący
Jakby cel znał, wiedział dokąd zmierza
Próbuję wydobyć się z tłumu
Szarpią mnie i krzyczą obelżywe słowa
Nie czyń bałaganu, nie zatrzymuj - wrzeszczą
Idziemy do celu, czas nasz drogocenny
Jaki cel? - pytałam
Nikt ... nie odpowiedział
Serce moje było niespokojne
Przestało bić rytmem goniącego tłumu
I dziwny refren melodii łagodnej
Brzmiał w uszach jak błagalny pean:
Zaczekaj ... pozostań ... z tymi
Co z tłumu odpadli
Ledwie oczy przetarłam na poboczu drogi
Uśmiechem obdarowując moich towarzyszy
Ponownie ujrzałam tłum gniewny, biegnący
Czyżby zawrócili z ustalonej drogi?
Nie - wyjaśnił starzec, obok mnie siedzący
Czasem ... cel obrany, jest tylko ucieczką
Dziś poświęciłam mszę swemu synowi - to dzień jego urodzin. Przede mną stała grupka dzieci niewidomych. Jedno z dzieci, chłopiec, przystępował do pierwszej komunii. Dziwne, ale bardzo się tym faktem wzruszyłam i również poleciłam te dzieci we mszy, następnie poleciłam dzieci, które czekały na chrzest.
Jezu, powiedziałam (myśląc tak bardzo po ludzku), czy nie za dużo polecam Ci ludzi i spraw?
Usłyszałam w sercu: Podczas każdej mszy świętej przelewam całą Swą krew, a wielu ludzi nie poleca nikogo - ani żadnych osób ani intencji ... Ileż Mojej krwi spada do kielicha nadaremno, a krew ta mogłaby błogosławić. Niczego ani nikogo za dużo ... do polecania we mszy świętej!
Moim jesteś ...
Jest takie uczucie
Jak skryty zabójca dopada człowieka
Łamie kręgosłup wiary
Rozkwitającą miłość
Tlącą się nadzieję
Przygniata człowieka do ziemi
Zasypuje piachem beznadziei
Ręce przyjaciół topi we mgle
Słowa miłości w głaz milczenia zamienia
Rani tonami pieśni oskarżającej
Unosi się nad skulonym w bólu człowiekiem
Jak sęp triumfujący
Lęk ...
Dał ci ten lęk, człowieku, sęp piekielny
W ucho szepnął oszustwo wielkie
Abyś uwierzył, że ...
Jezus nie zmartwychwstał
I nie ma Go przy tobie ...
Abyś nie miał wiary, nadziei i miłości
W wielkim poniżeniu, bólu, lęku
Staje przy tobie Jezus
Podnosi się z własnego upadku
I szuka ciebie
Kładzie twój lęk na swój krzyż
A Jego oczy mówią:
Moim jesteś, nie sępa, człowieku
Obraz
Pośród krzywych wież wartości świata
Zła, strojnie przyozdobionego
Dobra, łachmanami okrytego
Szukam cierpliwie prawd dla swej duszy
Ciszą otaczam się jak nadzieją
Strojne szaty zrywam z fałszywych idei
Serce i rozum wysyłam na wolność
Niech krzywe wieże wartości prostują
Wzrok swój na obraz Jezusa kieruję
Na rękę Jego, z której promienie płyną
Szata Jezusa jak prosty strój zakonny
Bose nogi, niczym nie okryte
Do stóp Twoich pochylam się, Panie
Stóp gotowych za człowiekiem kroczyć
Nawet po cierniach i wyboistych kamieniach
Z przesłaniem o Miłosierdziu Bożym
Nie stoisz Jezu Miłosierny, jak ikona piękna
W postawie gotowej na cześć, uwielbienie
Twoje stopy malarz w ruchu namalował
Jakbyś z ram obrazu, do ludzi wybiegał
Czuję Twój pośpiech święty
Aby czas ludzki błogosławić łaską
Jak siewca, na ugorze smutnym
Dać ludziom z nasion, mannę Miłosierdzia
Do stóp Twoich pochylam się, Panie
Na promieniach Miłości, do serca mnie wznosisz
Dłonią błogosławisz, jak kapłan na mszy świętej
Miłosierdziem ozdabiasz, Twoją pieczęcią świętą
Uwielbienie
Chcę wielbić Imię Twoje, Boże
I w Twoje ręce składać życie moje
Wiarę chcę mieć, że dni moje są darem
Te trudne i te łaski pełne
Chcę wielbić Imię Twoje, Boże
Mieć przed oczami - Oczy Twoje
Pamiętać o Miłości, którą karmisz ludzi
I każdy jej okruszek, jak chleb, podnosić z ziemi
Chcę słyszeć oddech Twój, obok tchnienia mego
Ręce codziennie wyciągać do Ciebie
Jak dziecko krzyczeć ku obłokom w niebie
Niech Twoja, nie moja wola, mnie uleczy
Chcę mocno zaufać Miłosierdziu Twemu
Gdy rozpacz, tak ludzka, przygniata niemocą
Krzyża chcę dotknąć Twego Syna, Boże
I jak On się podnieść, z upadku każdego
Chcę wielbić Imię Twoje, Boże
O cierpliwość błagać, dla tych, co nie wierzą
Iż jedno westchnienie: ufam Tobie, Boże
Łaską jasności, wrogą ciemność przemieni
Hołd Tobie oddaję, Ojcze wszystkich ludzi
W złożone dłonie list - modlitwę wkładam
A kiedy krzyż mi wręczysz, zamiast róży świata
Daj moc, bym się tych słów miłości nie zaparła
Zadałam sobie pytanie: kim jest człowiek? - i ujrzałam pięknego, dużego motyla. Jedno skrzydło było przepiękne, kolorowe (jak pióra pawia), a drugie - szare, ciemne. Usłyszałam, że tak właśnie wygląda człowiek. Pan Bóg daje piękną duszę człowiekowi, a jednocześnie rodzimy się z grzechem pierworodnym, okaleczeni przez ten grzech i dlatego to skrzydło jest takie ciemne. I dlatego musimy pracować nad sobą, aby wyczyścić to szare skrzydło, aby móc unieść się jak motyl - w naszym życiu duchowym.
Gdy małe staje się wielkie
Jak owoc dojrzały, sokami wypełniony
Gotowy, by dopełnić lotu
Z opiekuńczych skrzydeł drzewa
Myśl przyszła do mnie, dojrzałości szukając w sercu
Z pytaniem: jaka jest moja miłość do Boga?
Listkiem jest, w gąszczu ogromnego drzewa
Szeptów wysłuchuje innych liści
Źdźbłem trawy na dywanie kolorowej łąki
Kłaniającym się powiewom wiatru, drżącym przed wichurą
Kropelką, zatopioną w rwącej rzece
Znikającą, jakby muszką była, porwaną falami
Promykiem światła, nieśmiałym pośród cieni
Wyglądającym nadziei pełnego blasku
Kwiatkiem o małych płatkach niezapominajki
Wpatrzonym w piękno dostojne lilii polnych
Taka jest miłość moja do Ciebie, Boże
Mała, człowiecza, bezbronna
Często zagubiona, w wielkich przestrzeniach
Ale to Ty, Boże, jesteś jej Ojcem
Swoją Miłością, czynisz moją miłość wielką, gdy …
Liść zwiędły, jak serce zbolałe człowieka, przytulasz
Źdźbło usychające z tęsknoty, ratujesz
Kroplę, z rzeki wyławiasz, w perłę ją zamieniasz
Skromnym kwiatkiem suknie Maryi ozdabiasz
Promyk, zaledwie świecący, rozdmuchujesz, by płonął
A w dłoniach Twoich, Boże, w Twej Miłości skąpany
Liść, staje się drzewem, źdźbło, łąką pachnącą
Kropla, moc ma oceanu, cicha modlitwa hymnem się unosi
Bo Miłość Twoja, Boże, widzi to, co maleńkie
Ból słyszy, nawet w ludzkim milczeniu
A spadająca łza jest dla Boga jak odgłos wulkanu
Choćby tylko cichutko płynęła po twarzy.
Gdy anioł spada z nieba
Jestem jak człowiek spowity żalem
Wypłynął on z ciemności, bez zaproszenia
Założył mi ciemne okulary
Widzę przez nie śmieci pod murami
Niebo pełne burzowych chmur
Popękane chodniki
Kłótnię na rogu ulicy
Szurając nogami dźwigam lekki bagaż
Jak ciężką walizę
Chwila nieuwagi
Potykam się o wózek inwalidzki
Uśmiechnięta, młoda kobieta
Z wysiłkiem porusza kołami
Przepraszam, mówi ...
Najechałam na panią
I ten uśmiech, jasny, słoneczny, wesoły
Kalekiego, dobrego anioła ...
Spadły ciemne okulary
Znikły burzowe chmury
Pośród śmieci pod murem
Widzę maleńkie kwiatki
Żal, który jak hinduskie sari
Otaczał mnie szczelnie
Znikł ...
Dziękuję ci, dobry aniele, wyszeptałam
Spadłeś mi z nieba ...
Czas rozmowy
Rozmawiam z Tobą, Boże, bo tylko Ty
Słów moich nie gubisz
Uczucia moje znasz i najtajniejsze intencje
Rozmawiam z Tobą, Boże, bo tylko Ty
Zadumą świętą je otaczasz
Jak Ojciec Najmądrzejszy
Czasem w milczeniu, oczy ku Tobie wznoszę
Radosna, bo wiem, że Jesteś
I bez słów, poznajesz moją ludzką miłość
Rozmawiam z tobą, Boże, szczęśliwa i smutna
Pełna pokory i zagubiona
A Ty zawsze, cierpliwie czekasz na mnie …
Przy stole zastawionym darami siadasz
Jakbym była oczekiwanym gościem
Łaskawie patrzysz, który dar wybiorę
W rozmowach naszych, Ojcem Jesteś Miłosiernym
A gdy zawstydzona grzechem, klękam skruszona
Okno konfesjonału otwierasz
Jesteś Boże, jak Dom bezpieczny, hojny w miłość
Wchodzę do niego i karmię się jego mocą
Dającą siłę w życiowej podróży
A kiedy sprawiedliwość Twoja musi mnie dotknąć
Maryję Świętą stawiasz jak gołąbka czystego
Niech łzy pokuty zbierze i suknią nadziei otoczy
Rozmawiam z Tobą, Boże, na mszy świętej, na Drodze Krzyżowej
Słów Twego Syna umęczonego, słucham
Duszę i ciało karmię, krwią Jego i Jego ciałem
Rozmawiam z Tobą, Boże, modlitwami mego serca
Mojej duszy, zbawionej przez Twego Syna
Rozmawiam z Tobą, Boże, bo chcę słuchać Twego głosu
I Twoich Odpowiedzi …
Podczas Adoracji - kiedy klęczałam i kraty zasłaniały mi Przenajświętszy Sakrament, byłam smutna i wtedy usłyszałam: nie ma na ziemi takich krat, które stanęłyby między Mną a człowiekiem - a jeśli człowiek myśli, że istnieją, to znaczy, że sam je zbudował.
Bolesna rozmowa
Spotykam cię w dzień i w nocy
W blasku słońca i snach niezwykłych
I choć ty, do mnie nic nie mówisz
Jesteś, na wyciągnięcie mej ręki
Kiedy drzewo dotykam, w jego liściach się chowasz
Ptakiem się stajesz, który śpiewem budzi
Jak anioł skrzydłem osłaniasz w kłopotach
A potem, w chmurach kryjesz się, wysokich
Gdy zginam kolana w modlitwie pokutnej
I pytam Boga, dlaczego cię nie ma?
Czuję, jakby ktoś płaszczem otaczał mnie miękkim
I łzy ocierał niewidoczną chustą
A potem razem wracamy do domu
Ta sama kanapa i zdjęcia te same
Twarz twoja tak młoda, dojrzałość jej nie tknie
A matka, synku, coraz starsza ...
Płynące lata bólu nie ujmują
Kształty on zmienia, choć rani tak samo
A ja, jak wędrowiec z workiem i laską tułacza
Ciągle ciebie szukam, w obcych twarzach, obok
Kiedy noc przyzywa do snu głębokiego
W niebo się wpatruję i pytam: gdzie jesteś?
Odszedłem, szept cichutki słyszę
Wiem synku, odpowiem ... lecz pamięć i miłość została
Miałam dziwny sen, ale jednocześnie niezwykle piękny. Ktoś spotkany w kościele podsunął mi różaniec. Odmawiaj go - powiedział - i pomyśl ...
Wzięłam różaniec do domu i zaczęłam go odmawiać. A tu ... zamiast perełki - Ojcze Nasz - plastikowa piłka! Zatrwożyłam się. Pomyśl - usłyszałam - przecież to mistrzostwa Europy w piłce nożnej - stadiony pełne kibiców, emocje ...
A w kościele? Czy w kościele jest tyle ludzi co na stadionach?
A przecież na ołtarzu jest nasz największy skarb - Jezus.
Co mam czynić? - spytałam się. I wtedy ta sama osoba, która podarowała mi różaniec, położyła mi na moją rękę kilka przepięknych miniatur namalowanych na porcelanie. To były cudowne arcydzieła. Kolory tak piękne, jakich nie spotykam na obrazach. Miniatury przedstawiały Matkę Bożą, Serce Jezusa i maleńkiego Jezusa.
Módl się - usłyszałam - i ofiaruj za ludzi.
Miłość świąteczna i codzienna
Miłość świąteczna ubiera się uroczyście
Garnitur zakłada od ślubu
Jeśli jeszcze pasuje
Sukienkę z dobrego sklepu
Wysiada z błyszczącego samochodu przed kościołem
Na szyi złoty medalik, obrączka na palcu
Miłość świąteczna śpiewa pieśni
Wita się z sąsiadami po mszy
Co ma w sercu, tylko ona wie
Miłość świąteczna ma swoje tajemnice
Zna je Jezus, może jeszcze ksiądz w konfesjonale
Miłość codzienna jest ciągle spragniona
Biegnie w deszczu, śnieżycy, a nawet w chorobie
Czasem ma buty stare i płaszcz niemodny
Ale kiedy klęka przed ołtarzem
Czuje się jak w pałacu
Miłość codzienna nie błyszczy
Często ubrana jest w starość i laskę
Tylko oczy i serce ma ciągle ciekawe
Słów Jezusa, widoku hostii świętej
Miłość codzienna jest nienasycona
Rozpala się każdego poranka
Miłości świąteczna, piękna, ubrana w tradycję
W obowiązek niedzielnej mszy
Kiedy przechodzisz obok Jezusa
Pamiętaj, że Jego Dom, czeka na ciebie
Przystrojony miłością świąteczną ... i codzienną
Iskra Miłości
Iskrą Miłości zostało dotknięte serce moje
Na pewnej mszy świętej
Tak nieoczekiwanie jak łaska niezasłużona
Radości doznałam
Unoszącej ciało ponad jego fizyczność
Jakby dusza wyrwała się ku nieznanemu pięknu
A Miłość przemawiała: pamiętam o tobie
Wpół drogi spotkały się nasze miłości
Moja, ciągle niedoskonała
I Ta, która jest doskonała
Ręce chciałam wyciągnąć i wołać: unieś mnie Panie, ku sobie.
Zabierz ze świata trudu i grzechu
Choćbym tylko szaty Twojej mogła się dotknąć.
Tak błogosławiona jest Miłość Twoja.
Jak dar, który wątłe serce objąć nie może
Jak źródło wiecznie płynącej wody
Dane nam dla radości nieprzemijającej
Dotknąłeś mnie, Panie, tylko iskrą Twej Miłości
Od żaru Twej miłości, być może spłonęłabym
Zalękniona tajemnicą Miłosierdzia
Daj, Panie, tej iskrze płonąć we mnie
Niech spala wszelkie złe myśli i grzechy
Niech jej nie gasi żaden ból i cierpienie
Daj mi, Panie
Odwagę niesienia tej radości, której doznałam
Do tych, którzy iskier Miłości, w popiołach swego życia szukają.
Siła … i Moc
Gdy serce twoje lęk odczuwa
Gdy siły widzi tego świata
Władzy, pychy, egoizmu, prawa niegodnego
Gdy siłaczy widzi wielkich
Poniżających słabszych
Czy nie kurczy się z bólu?
Aż odrobinką staje się piasku
Bezbronnym sercem
Strachem ogarniętym, szukającym ucieczki
Przed przemocą
Przed siłą pięści tego świata
Napinającą mięśnie do walki o prymat zła
Do kogo woła wtedy twoje serce?
Czy sił wzywa niosących zemstę?
Wojnę, wojną chce wygrywać?
Siły tego świata bronią grożą
Twarzą przebiegłą, złą, nienawistną
Ale jest ponad nimi MOC silniejsza
MOC niewidzialna, bez broni i pięści
MOC Miłości i Sprawiedliwości, niepokonana
MOC zawsze zwycięska, MOC Boga nad światem
Poznajesz Ją, gdy łzy krzywdzonym ocierasz
Gdy chlebem i miłością się dzielisz
Gdy w rozpaczy, przed tabernakulum klękasz
Gdy odwaga rodzi się w twym sercu
By bronić słabych, niewinnych
Jest MOC ponad siłami tego świata, niepokonana
MOC Boga
MOC Chrystusowego Krzyża
Moc Krwi męczenników
I MOC modlitwy wszystkich świętych.
Rekolekcje w Olszy (Ognisko Miłości Marty Robin)
Podczas adoracji w kaplicy Ogniska Miłości (Olsza pod Łodzią), doznaję głębokiego bólu płynącego z krzyża Chrystusa i słyszę to pytanie: Jak Mnie kochasz, córko Moja?
Przeżycie to próbuję przekazać w wierszu.
Trzykroć cię pytam ...
Pod krzyżem klękam w pokorze
A myśli moje milczą
Nawet czas zatrzymał się zmęczony
Jak zegar zniewolony ciszą
Usta powtarzają słowa miłości
Jakby serce kierowało dźwiękiem
Kocham Panie Ciebie ponad życie
Wielbię Ciebie ...
Jak Mnie kochasz, córko? - słyszę
Głos bolesny drąży mą duszę
Niepokorny obraz przed oczami stanął
Piotra, który trzy razy zaparł się Ciebie
Jakaś trwoga ogarnęła mnie mocno
Gdy ponownie z miłością spytałeś
Jak Mnie kochasz, córko Moja?
Żal „Piotrowy” dotknął mnie jak strzała
A Ty ciągle patrzący z krzyża
Trzeci raz postawiłeś pytanie ...
Ból z krzyża, jak wulkanu lawa
Ogarnął ogniem me serce
Dotknął mnie ... i zastygłam w Twym bólu
Rozumiejąc pytanie Twych oczu
Czy gotowa jestem, jak Szymon, mimo lęku
Którym świat doświadcza każdego
Ponieść krzyż, wraz z Tobą, przez życie
I poświadczyć swą wiarę, wiernością do bólu
W Prawdę, dla której - umarłeś na krzyżu
Dom ze światła
Jak architekt olśniony wizją piękna
Które na jedną, przedziwną chwilę
Dotknęło duszy
Próbuję budować dom
W mgnieniu światła ujrzany
Dom z modlitw, psalmów i błagań
Uświęcony Eucharystią, cudem Męki Pańskiej
Dom, z wielkim oknem ku niebu
Przez które wlewa się czysty błękit
Dom ze ścian, barwami tęczy malowany
Muzyka w nim gra, delikatna jak śpiew skrzypiec
Kapliczki go zdobią z żywych drzew
Pokrytych liśćmi i kwiatami
W środku, twarze – Jezusa, Maryi i świętych
W tym domu nie ma nocy, ani płaczu nie słychać
Jedynie łzy szczęścia zdobią ściany
Łzy, zamienione w odbijające światło, kryształy
Ściany, jakby z mgły, pokrywają obrazy bez ram
Na których poruszają się żywe postacie
W tym domu jest błogosławiony spokój
O jakim marzy dusza
Zniewolona ziemskim przywiązaniem
Przynoszę do tego domu, boże dary miłości
Na ofiarę, z wdzięczności za piękno tego olśnienia
A gdy noc, zasłonę na dzień zawiesza
Gdy oczom brakuje światła
Przywołuję ten dom, dla mej duszy
A ona szepcze: buduj dalej ten dom
Z modlitw, błagań i psalmów
Z czynów miłosiernych …
Dom, nie z cegieł, lecz z miłości budowany.
Korzeń ziemi
W pewien wieczór, patrzyłam na ciemne chmury
Rozlewające się atramentowymi cieniami
Cienie zagarniały resztki dziennego światła
Ale światło broniło się dzielnie
Chowając się w gałęziach drzew, kryjąc w trawach
Ta walka ciemności z jasnością
Była dziecinną igraszką
Muzyką, przypływu i odpływu morskich fal
Modliłam się, oczarowana tym pięknem
I wówczas …
W sercu ujrzałam przedziwny obraz
Puste pole, raczej ugór, dawno porzucony przez rolników
Ciągnął się aż po horyzont
Raptem na to puste pole
Spada … ogromny krzyż
Długą belką wbija się w ziemię
Jakby chciała się stać korzeniem mocarnym
Poprzeczne belki opierały się o ziemię
I w błagalnym, żywym geście, jak ludzkie ręce
Unosiły się ku niebu
Drzewo krzyża i światło tworzyły wokół …
Czerwony, krwawy odblask
Zapragnęłam słów wytłumaczenia
Ale milczenie, te zamknięte usta ciszy
Nakazały mi trwać … w uwielbieniu.
W kościele, tuż przed mszą świętą, poczułam ogromne wzruszenie. Postanowiłam oddać tę mszę w intencji grzeszników w mojej rodzinie i bliskich przyjaciół - o nawrócenie i łaski dla nich. I wtedy zobaczyłam jakąś postać, która rozrzucała okruchy chleba, mniejsze i większe. Przede mną upadł duży kawałek bułki i usłyszałam w sercu, że każdy człowiek otrzymuje łaski, dary (okruchy). Są one na każdej drodze naszego życia. Ale często mijamy je, nie zauważamy. Taką łaską może być spotkany człowiek, modlitwa. Ale my nie dostrzegamy ich wartości, nie cenimy tego, będąc w pogoni za własnymi celami.
Olśnienie
Tęskniłam za pięknem
Łączącym oczy, serce, duszę
W jedno tajemnicze olśnienie
Szukałam go w pejzażach przyrody
Obrazach i muzyce mistrzów
Radowały oczy, serce biło mocniej
Dusza dziwnie milczała ...
Szukałam piękna w mądrości filozofów
Pięknych strofach poezji
Serce drgało, oczy płakały
A dusza nadal, z powagą milczała ...
Szukałam piękna w ludziach
Znajdowałam je w ich sercach
Gestach pomocnych, przyjaźni, miłości
Widzisz duszo, mówiłam
Jak piękny jest człowiek!
Ale ona stała obok ...
Zamknęłam tęsknotę olśnienia
W skarbcu marzeń
Jak powieść o życiu niedokończonym ...
Przyszło do mnie nieoczekiwanie
W skromnym kościele, bez obrazów mistrzów
Złotych kandelabrów, organów wspaniałych
Starszy ksiądz unosił delikatnie świętą hostię
Jak piękno całego świata
Hostia rozbłysła blaskiem słońca
A promienie Jej, jak dotyk Miłości
Osiadały na głowach klęczących
Cisza tej chwili ... śpiewała hymny anielskie
A moja, niema dotąd, oczekująca dusza
Przemówiła ...
Oto twoja tęsknota
Uwielbienie po komunii
Zamykam oczy
Na światło świata zewnętrznego
W białym opłatku eucharystii
Który zagościł w moich ustach
Smakuję kroplę krwi Jezusa
Zbawiającą
Czasem czuję słoną łzę
Czasem słodycz miłości
Tajemnicą rozlewają się w mojej duszy
Moja ludzka miłość, ludzkie łzy
Mieszają się
Z Jego cierpieniem, Jego obecnością
Karmią duszę zagłodzoną
Bólem ludzkich rozterek
W tej pięknej chwili komunii
Boga z człowiekiem
Słowa zasypiają, jak ptaki odpoczywające
Na świętych obrazach
Słodkie milczenie wije gniazdo
Dla kropli miłości
Słychać szum skrzydeł aniołów pracowitych
Rozgarniających zasłony ku światu
Z którego Bóg wyciąga rękę do człowieka
O Jezu, uwięziony w moich ustach
Wypełnij Sobą serce i duszę moją
Obdarz darem Swojej Miłości
Bliżej nieba
Aby wielkość Boga poczuć
W tym świecie codziennych drobiazgów
Wobec gór majestatu stanąć trzeba
I jak ptak, wznieść się samotnie
Na szczyt, by bliżej być nieba
Samotność swoją oblec w medytację ciszy
I słuchać w milczeniu, co nam serce mówi …
I choć lęk nas ogarnia, a samotność boli
Z ufnością uwierzyć w Oczy Boga
Patrzące na nas, w trudzie duchowej wspinaczki
Aby wielkość Boga poczuć
W świecie przyziemnych drobiazgów
Stanąć trzeba samotnie, nad brzegiem morza
I na wschód słońca patrzeć
Jak na zwiastuna duchowej nadziei
I nie bój się chwil tych samotnych
One zamilkną, przed pięknem tego widoku
A serce twoje, na wielkość otworzy się, Boga
Modlitwę poznasz, dotąd samotną w twym sercu
Ona czekała, byś mógł ją Stwórcy powiedzieć
Wtedy zejdziesz z góry wysokiej
Z duchowej wspinaczki do Boga
Opuścisz brzeg morza, ze wschodem słońca
Jezusa poszukasz, w monstrancji skrytego
Modlitwę Mu poślesz, którą serce odkryło
W tajemniczej bliskości … z niebem.
Gietrzwałd. Podczas Adoracji Najświętszego Sakramentu, oddaję cześć Matce Bożej.
Jesteś dla mnie Matką - mówię - i widzę obraz sprzed kilkudziesięciu lat. Jestem przed oknem domu, w którym urodziłam się, mam dopiero kilka lat. Moja mama miała w zwyczaju podawać mi kubek ciepłego mleka przez okno. Kochałam ten zwyczaj, piłam mleko powoli jak cudowny nektar. Pewnego dnia mleko nie było dobre ... jakieś gorzkie. Od tej pory odczuwałam do niego niechęć.
Nagle słyszę w sercu: to mleko (ciepłe i dobre) - to pokarm, jaki daję ludziom. Moje łaski, które są przez nich docenione, żywią ludzkie serca bezpieczeństwem i miłością. Kiedy dorastacie i wchodzicie w życie, to wtedy mleko, które było dla was pożywieniem, jest „zatruwane” przez świat goryczą ... To są grzechy tolerowane przez was i brak ufności dziecięcej. Zatruwa się cudowny smak pokarmu Moich łask ...
Ja, jak twoja matka, nadal karmię mlekiem - pokarmem słodkim jak miód. Przychodźcie do Mnie, a odzyskacie jego smak, smak Moich łask, które poczujecie jak ufne dzieci, tak jak ty, gdy go smakowałaś z radością. Przy Mnie odzyskacie tą radość.
Ludzka pokora
Przed obrazem Twoim świętym
Z pokorą klękam, Matko Święta
I głos słyszę, jakby obraz pytał
Czymże jest twoja pokora?
Jakie ma ramiona?
Ile bólu gotowa przytulić?
Ile zranień pomieścić?
Jaka jest ludzka pokora?
Kolana zgięte w modlitwie
Tak szybko bolą
Słowa modlitwy ulatują
Czas pokory człowieka taki krótki
Przemija, nagrody oczekuje
A potem
Nogi wyprostowane, głowa uniesiona
Słowa niepokorne
Ramiona zamknięte na ból bliźniego
Czymże jest twoja pokora
Dzwon na Anioł Pański rozbrzmiewa
Głośnym pytaniem
Przypomina
O Twoim fiat, Maryjo
Twojej zgodzie na zaufanie Bogu
Twoich oczekujących ramionach
Szeroko otwartych dla każdego
Nawet dla tych
Którym trudno uklęknąć
Przed Twoim świętym obrazem
Twoją świętą pokorą
Gdy miłość dojrzewa
Człowiecza miłość do Ciebie, Jezu
Dojrzała pragnie być, piękna
A jest …
Często jak ptak niezdarny
Który wypadł z gniazda, na wysokim drzewie
Jego skrzydła słabe, nie uniosą wysoko
Ponad przyziemne smaki, zapachy, uczucia
Ponad zeschłe liście …
Obok niezdarnego ptaka
Idzie życie, niesie miłość, obojętność, nienawiść
Ktoś podniesie małą niezdarę
Potrzyma w dłoni, współczuje … ale spieszy się
Nie poczeka na samodzielny lot ptaka …
Ktoś spojrzy z nienawiścią
I ledwie rodzące się życie, próbuje zabić
Złym słowem, gestem
A słaba, niezdarna miłość
Czeka na Samarytanina, o dobrych dłoniach i oczach
Czeka na człowieka z krzyżem
Na Ciebie, Jezu
Abyś podniósł słabą, niezdarną miłość
I poczekał …
Poczekał, aż nabierze sił w skrzydła
Aby ulecieć, piękna i dojrzała
Szybując wysoko, ku niebu
Do rodzinnego gniazda
Na wysokim drzewie, bożej Miłości.
Powrót do mojego Anioła
Sen dał mi, dar obrazu
Widziałam dziecko, idące po zielonej trawie
Trawa, zadziwiała soczystością
Wypełniona była zieloną, płynną rosą
Dziecko szło same, ale nie samotne …
Podążała za nim postać anioła
Rozmawiali, zespoleni bliźniaczym węzłem
Sięgnęłam głęboko w pamięć, przerzucając kartki lat
Odgarnęłam kamyki raniących wspomnień
Zeschłe liście zmartwień
Ciągle tlące się iskierki nadziei i radości
Szukałam … wspomnienia serca
Wspomnienia o dzieciństwie z aniołem …
Miał skrzydła jak ramiona łabędzia z białego puchu
Słyszałam jego ostrzeżenia, pocieszenia …
Był realny jak człowiek, tylko piękniej ubrany
Myślałam, że mogę go zostawić, opuścić
Pójść przed siebie, a on będzie czekał …
I poszłam, przez drzwi dzieciństwa … w dorosłość
Dorosłość, najgrubsza struna instrumentu życia
Napięta, oporna na delikatność
Wymagająca siły, odporności
Zasłuchana w jej dźwięki
Nie słyszałam głosu „bliźniaka” z dzieciństwa
Ale on, mnie widział, słyszał
Obejmował swymi ramionami z łabędziego puchu
Trwał, w miejscu gdzie go porzuciłam
W sercu …
I czekał cierpliwie, aż do niego wrócę
Aż przypomnę sobie o jego miłości.
W czasie Adoracji przed Najświętszym Sakramentem modlę się własnymi słowami: Jesteś Jezu cudem, przed którym klękam - ja, proch marny ...
Słyszę dowcipną ripostę, jakby odpowiedź na moją nieco egzaltowaną modlitwę ...
A po co cud ... cudowi? Cud jest właśnie dla takiego jak ty ... prochu marnego.
Słowo boże
Są msze i rekolekcje w życiu chrześcijanina
Przyswajane jak chleb powszedni
Słowa, od lat te same, płyną z Biblii Świętej
Karmiąc nas ze źródła Objawienia
Nierzadko umykają pamięci
Za zasłonę spraw codziennych
I to, co powinno poić winem świątecznym
Odpływa gdzieś w zapomnienie …
Lecz są też chwile święte
Błyskami są daru bożego ducha
Duszę porywają w miłosnym uścisku
Unoszą ją ponad powszedniość
A słowa, które słyszymy
Światłem natchnionym przeniknięte
Smaku nabierają eucharystycznego chleba
Jakbyśmy je pierwszy raz usłyszeli …
I żyją w nas, młodym, ożywczym winem
Wyryte w duszy trwałym znakiem
Wrażenie mamy, iż rzeźba kamienna postaci
Którą dotąd mijaliśmy w spacerze rytualnym
Żywą się stała, oczy jej patrzą na nas
Ręce się do nas wyciągają
W zadziwieniu stajemy, dotknięci tym przeżyciem
W tajemnicę wkroczyliśmy niezwykłą
Tajemnicę spotkania, z żywym słowem bożym.
Ludzkie anioły
Anioły z mojego dzieciństwa
Unosiły się w świetlistych kręgach
Jak piękne, nieziemskie istoty
A ich bose stopy nie dotykały ziemi
Wyrosłam z dzieciństwa, jak z sukienki w kwiatki
I moje anioły sprowadziłam na ziemię
Chodzą teraz przebrane w bluzki, palta, sutanny
Przebiegają obok mnie na ulicy
W kościele słyszę ich kroki
Szurają nogami, stukają laskami
Zajmują ławki na porannej mszy
Uśmiechają się do znajomych twarzy
Moje anioły sprowadzone na ziemię
Robią zakupy, są zmęczone, liczą niewielkie pieniądze
Ratują chorych słowem dobrym i herbatą
Śmieją się i płaczą wzruszone
W moich aniołach bije wielkie serce
Zawsze gotowe przelewać miłość
Na tych, którzy w nią zwątpili
Choćby dobrym gestem, spojrzeniem współczującym
Chodzą w butach, często niewygodnych
I nie mogą unosić się nad ziemią
Potykają się o krzywe chodniki i trudne życie
Spieszą się, gdy wzywamy je na pomoc
Dziękuję Ci, Boże, za oczy, które widzą
Aniołów przebranych za ludzi
Dla mnie są jak bose, piękne anioły
Z mojego dzieciństwa
Otwórz oczy moje, Panie
Jeśli serce wypełnia pyszna miłość własna
Ślepym się ono staje na cuda codzienne
Jak koń w zaprzęgu, lub rycerz błędny
Szukamy wymyślnych, nieznanych diamentów
Gdy wokół nas, Bóg sieje swe dary, świętą ręką
I czasem trzeba czasu, wielu lat błądzenia
Za skarbem wymyślonym, który nie istnieje
By dnia pewnego, z siwizną na głowie
Odkryć znaki miłości bożej
Obok których, z lekceważeniem, przebiegliśmy
Były dni, gdy w zmartwieniu wielkim
Ktoś nam uśmiech posłał, nieśmiały gest ręki
Zachmurzeni jak niebo podczas ciemnej burzy
Grzmotem gniewu, odprawiliśmy dar anioła stróża
W deszczu się zanurzając, własnej udręki
Po latach wspominamy dni dzieciństwa słodkie
Ciepłe mleko rodziców, dar bożej opieki
Słońce tamto wydawało się gorętsze
Msza niedzielna miała zapach kadzidła i kwiatów
Modlitewniki rodziców, kusiły tajemnicą świętą
Zapach dnia codziennego był tak bezpieczny
Trwa w nas jeszcze, zasuszony gdzieś w pamięci
Czy nie był to dar, miłości bożej, dla naszego serca?
Mały cud, wyczarowany, dla małego dziecka
Z uśmiechu Stwórcy, szczodrego w dawaniu
Dorośli, pyszni, o miłość walczymy, szablą, a nie sercem
Jakbyśmy siłą chcieli wydrzeć niebu, wielkie dary
Depcząc małe kwiatki cudów, smaku ich nie znamy
Ślepniemy na łaski przez Boga zesłane
Małe cuda codzienne, lecz wielkie, bo przez Niego, dane
I tylko klęknąć trzeba przed ołtarzem Pana
W modlitwie się zanurzyć dziękczynno – błagalnej
Boga prosić, otwórz oczy moje, Panie
Niech widzę Twoje dary – cuda, szczodre
Każdego dnia, każdej nocy, płynące z miłości Twojej.
Przed mszą świętą.
Ofiaruję ją w intencjach Świętej Maryi Niepokalanej. Zastanawiam się, tak po ludzku, jak zrozumieć cel takich intencji. Przed oczami, jak kadr z filmu, ujrzałam sylwetkę Matki Bożej. Dźwigała z ziemi wielkie pakunki (nasze prośby). Wokół byli aniołowie, którzy Jej pomagali. Usłyszałam w sercu: ofiarowując msze i różańce w intencjach Maryi ... pomagasz Jej dźwigać te ciężkie pakunki (ludzkie pragnienia) i unosić do nieba.
Msza z aniołem
Przez ulicę idę zalaną deszczem
Jakby niebo płaczu utulić nie mogło
Ku Tobie zmierzam, Jezu
Skryty w mieszkaniu złotym
Na mszę idę świętą
Witam Ciebie z aniołem moim
W ławce siadamy, jak para nierozłączna
Tobie powierzam się, Jezu
W tej chwili łaski pełnej
Na mszy świętej
Mój anioł wśród wiernych stłoczony
Skrzydła pod płaszczem chowa
Czuję, że chciałby być z Tobą, Jezu
Na ołtarzu, wśród innych aniołów
Na mszy świętej
Idź, szepczę do niego, mój stróżu
Płaszcz zostaw, skrzydła rozprostuj anielskie
Adoruj tam Jezusa, Maryję
W tej chwili wielkiej
Na mszy świętej
Mam prośbę, mój stróżu, może zbyt śmiałą
Ucałuj ode mnie Jezusa stopy
Dotknij i odwiedź swój świat na ołtarzu
Wypełnij światłem swe anielskie skrzydła
Na tej mszy świętej
Kiedy staniesz obok kapłana
Który dar daje hostii świętej
Uśmiechnij się do mnie, stróżu mój, aniele
Podaruj choć jeden oddech, cudu ołtarza
Na dzień mój ... codzienny
Kołysanka
Jest czas, gdy dusza nasza i ciało
Biegiem życia wyczerpane
Cichych szuka przystani, kapliczek na poboczu
Z dala od tłumów hałaśliwych i pieśni głośnych
Tam ciepły wiatr owiewa zmęczoną twarz
Nie słychać głosów zachęty ani krytyki
Tam Maryja z Dzieciątkiem w żłóbku
Na rozmowę czeka, na ludzką opowieść
W ciszy zatopieni jak w przyjaznych wodach
Oczom, dajemy odpocząć od migających obrazów
Uszom, od dźwięków przenikających myśli
Prawdy szukamy o sobie, w rozmowie z Matką
I choć twarzy naszej dotknął
Bolesny znak czasu przemijania
I ciało ciągle ból doświadcza
Klękamy przed Świętą Matką, z pokorą dziecka
I przestaje istnieć czas niecierpliwy
Jak dziecko, pragniemy Jej Macierzyństwa
Gdzieś samotnie ukrytego w dojrzałym ciele
Potrzebę matczynej czułości i słów … dziecko moje
Jest czas, gdy człowiek traci apetyt
Na blaski świata i jego dary
Schodzi z trasy biegu, ludzkiego maratonu
By usłyszeć cichą, piękną kołysankę Maryi
O Miłości Jej Syna do ludzkich dzieci.
Pieśń o Matce Świętej
Stworzyła Ją Wieczna Miłość
Z piękna Nieba ulepiła
Strumienie łask na Nią wylała
I cud powstał z ręki i myśli Boga
Maryja, bez grzechu poczęta
Matka ziemska, bożego Syna
Na świat przyszła Niepokalana
W ludzkie życie, pokalane grzechem
W królewskiej kołysce, się nie narodziła
Ubogą była ta Panna Święta
Bogactwem serca, miłości i pokory
Obdarzył Bóg, matkę swego Syna
Widzę Ją na ścieżce, w Nazarecie, rozmodloną
Gdy Archanioł Gabriel zachodzi Jej drogę
W dzień jak każdy, codziennością spraw nasycony
I cud się staje, niewidoczny dla ludzkich oczu
Całe niebo, oddech na chwilę, wstrzymuje
Czy Maryja, fiat pośle, ku niebieskim przestrzeniom?
W mało znanej wiosce, Nazaret
Fiat, Maryja posłała ku niebu
I choć świat uśpiony był własnym życiem
Bóg, szeroko otworzył bramy nieba
Miłość wylał, w ciało Jezusa, obleczoną
A niebo z aniołami śpiewało już pieśń, o zbawieniu
Dziękuję Ci, Boże, za Maryję Świętą, za Jej fiat pokorne
Za Jej boleścią, przeniknięte młode serce
Za życie Jej dziękuję, Współodkupicielki ludzi
Za oczy przepraszam tych, którym obcy jest krzyż święty
Niech krew Jezusa i łzy Maryi nad cierpiącym Synem
Przemyją im oczy i cud nagle się stanie …
Kaci, przemienią się w świętych!
Przed mszą świętą mówię do Pana Jezusa: Wymagasz od nas świętości, a my przez grzech pierworodny, jesteśmy takimi kalekami na tym świecie. I nagle w sercu usłyszałam: Dlatego dostajecie ode Mnie wózki inwalidzkie i to Ja was popycham, oczywiście jeśli sobie tego życzycie.
Bolesna tęsknota
W zwykły dzień
Zachmurzony jak twarz dziecka
Dotknęła mnie ... Tęsknota
Tak ogromna
Iż musiałam zatrzymać się
Tęsknota była niema
Łzom nie pozwalała płynąć
W bezszelestnej ciszy
Zagościła w sercu
Uwiła gniazdo na koronie cierniowej
Bolała ...
Nie mogłam Jej rękami przytulić
Była bez ciała ...
Krew w moim sercu płynęła
Dziwnym rytmem
Przepływała między cierniami
Z raniącym jękiem
A Tęsknota, jak ptak osiadły w gnieździe
Nie wyfruwała ...
Choć raniły Ją ciernie korony
Moja cicha, bolesna Tęsknoto
Daję Ci moje serce, trwaj w nim
Przypominaj o swoim istnieniu
To nic, że Jesteś rozpięta na krzyżu
Krwawiąca, oparta o skałę w Getsemani
Przyszłaś do mnie jak niemy, święty gość
To ja przemówię za Ciebie ...
Zapłaczę za Ciebie ...
Modlitwo moja …
Czasem nasza modlitwa słowami płynie
Nurt rzeki przypomina, łagodny, usypiający
Istota słów gdzieś w rutynie się gubi
Modlitwa, duszy nie porusza
Kiedy cierpienie dotknie naszego życia
Modlitwa staje się wołaniem bolesnego serca
Każde słowo jest jak kamień wrzucony w bieg rzeki
Krzykiem tonącego, unosi się ku Stwórcy
Modlitwo moja, nie bądź rzeką słów
Stań się skałą, przy której spotykam Pana
Stań się rozmową z Nim, cierpiącym w Getsemani
I oczekującym na moją miłość, na moje „pragnę”
Modlitwo moja, lepiej ci być milczeniem
Adoracją wsłuchującą się w głos Pana
Niż licznym słowem, unoszącym się obok serca
Zajętego własnymi troskami
Panie, naucz mnie trudnej modlitwy
Rozmowy z żywym Zbawicielem
Niech słowa modlitwy będą mostem zaufania do Ciebie
Przerzuconym, ponad moimi lękami, fałszywymi podszeptami
Modlitwo moja, stań się pragnieniem rozmowy z Panem
Ze Słuchaczem Świętym, który czeka na miłość
Nie bądź litanią głuchego i ślepego serca
Które nie słyszy Jego odpowiedzi, na modlitwę.
Ufność
W łagodną wodę strumienia patrzę
Bezpieczną, ciepłą, radosną
Zachęcającą do zanurzenia bez obawy
Nawet morze, gdy spokojną jest tonią
Zwabia spragnionych ochłodzenia
Ofiarowując ciału odpoczynek
Groźny, w masie swych wód, ocean
Wylewający wody, daleko na piaszczysty brzeg
Budzi lęk, nawet u świetnych pływaków
Wpatrzona w wody rzek, mórz i oceanów
Myślę o … ufności, o ludzkiej ufności w Bożą Prawdę
O ufności w Boże Miłosierdzie
Czy granicę mojej ufności
Wyznacza tylko bezpieczna, radosna rzeka?
Czy gotowa jestem cała wkroczyć w ten ocean Miłosierdzia?
Z całkowitym zaufaniem Bogu?
Iż pomimo groźnych fal życia, czuwa On nad słabym pływakiem?
Czas mi dajesz Panie, na poznanie siebie
I światło krzyża, migające na łódce
Którą Jezus wpłynął na ocean Miłości
Drogę wskazujesz świętych i błogosławionych
Im ciepłe wody małych strumieni, nie wystarczały
Po Prawdę Twoją, rzucili się na ocean przeżyć
Głębokich, mistycznych, z miłosną ufnością w Twą wolę
Stopy stawiam w Twoim oceanie, Panie
Z modlitwą ufności, pomóż mi dopłynąć, do łódki z Jezusem.
Gietrzwałd. Msza sobotnia.
Modlę się w intencji kogoś z rodziny, starszej osoby niepraktykującej, obecnie chorej. Skupiona jestem na obrazie Matki Bożej.
Nagle przed moimi oczami pokazuje się, jak na wielkim przezroczu - Matka Boża. Przypomina figurkę MB z Banneux, Belgia. Bardzo duża postać. Ręce i nogi ma skute łańcuchami, na dole wielkie kule (jak u galerników). W sercu słyszę: spowiedź ... komunia ...
Zrozumiałam, że osoba ta otrzyma pomoc, ale musi spełnić te warunki. Bez pokuty, Matka Boża ma związane ręce ... Nagle wstaję i idę do spowiedzi - jakbym chciała aby serce tego człowieka „odtajało” i przemówiło do duszy ...
Odchodząc od konfesjonału, zamyślona, potykam się o wózek, zwykły, dziecinny. Zainteresowana, patrzę, oczekując w nim twarzy dziecka. Z wózka spojrzała na mnie twarz ... dorosłego mężczyzny. Broda, wąsy i ciemne, przenikliwe oczy. To był młody, chory mężczyzna wielkości małego dziecka.
Widzisz - usłyszałam - jak jestem „przykuty” do was, wprost „niesprawny” z miłości ... A wy?
Minęło dwa dni, a ja rozważałam te słowa, nie mogłam do końca zrozumieć.
Nagle podczas rozmowy wieczornej przyszło olśnienie ...
Jezus jest zawsze oczekujący (jak ten chory mężczyzna na wózku). Wyciąga ręce pełne Miłości, gotowy przebaczać, a my mamy wolną wolę, możemy wybierać - albo przyjąć Miłość, albo Ją odrzucić. On, Jezus jest „bezwolny” wobec nas. Może tylko dawać Miłość. My „zatrzymujemy się” w życiu przed Miłością, odchodzimy od Boga ku własnym sprawom, On zawsze czeka ...
Wysoko na krzyżu
Na Golgocie zawisłeś Jezu, na krzyżu
Wysoko
Miłosierne ręce Cię nie dotknęły
Tylko raniąca włócznia ...
Na krzyżu, oderwany od ziemi
Uniesiony ku niebu
Widzisz więcej?
Cały świat u Twoich poranionych stóp
O dobry Jezu
Widzisz też nas, setki lat po Golgocie
Widzisz katów naszego wieku
Ale i świętych, męczenników
Spoglądasz na Faustynę głoszącą Miłosierdzie
Pielgrzymów oddających cześć Twojej Matce
Na tych, którzy chcą dosięgnąć Cię włócznią
I na tych, którzy wielbią Twój krzyż
Na krzyżu widzisz więcej
Także ludzkie krzyże
Deptane przez tłum, nie zauważane
Wbite stopami agresywnymi w ziemię
Przysypane piachem pychy
Jak groby zapomniane
Unieś je, dobry Jezu, na Golgotę
Zapal na nich światełko nadziei
Twojego bolesnego Miłosierdzia
Wszak wysoko, na krzyżu
Widzisz więcej ...
Wędrówka przez las nieznany
Życie człowieka to wędrówka
Przez las nieznany, pełen różnych ścieżek
Ciemność w nim nocy i światło poranka
Zewsząd głosy słyszymy, nawoływania
Tych co o pomoc wołają, zagubionych
Porzuconych pomiędzy drzewami
Oszukani przez własny słuch i oczy
Drogi szukali, bez kompasu, bez zasad
Tajemnicy życia lasu, nie docenili
Tajemnicy, która za nic ma, próżność człowieka
Przez las życia, grupy wędrują hałaśliwe
Ich wzrok i słuch w przewodnika utkwiony
Po ścieżkach idą za nim, bezmyślnie
Z pieśnią tak głośną i odgłosem bębnów
Iż ciszę lasu zagłuszają, jego subtelną tajemnicę
Są jak drzewa, z kolorowej kory, odarte
Wszyscy jednakowi, w szare mundury ubrani
Ślepi i głusi na piękno wokoło
Aż … nad przepaścią, przerażeni stają
Ich pieśń milknie, przewodnik, we mgle się rozmywa
O, ludzka wędrówko, przez nieznany las życia
Tyle w nim znaków świętych, krzyży z Jezusem Czuwającym
Nad drogą niebezpieczną dla ludzi
Tyle głosów dawnych i obecnych świętych
Wskazujących ścieżki do jasnego światła
Dlaczego głowy nie uniesiesz ku oczom Jezusa?
On ci wskaże drogę przez nieznany las życia
On ci hymn wyśpiewa o pięknej Miłości
A echo Jego głosu będzie cię prowadzić
I lęku nie doznasz, nad przepaścią, nie staniesz.
Modlitwa dziecka
Modlić się chcę do Ciebie, Boże
Modlitwą dziecka
Bardziej rytmem czułego serca
Niż słowami
Modlitwą oczu i ciała
Podziwiającą obraz Ojca kochanego
Modlitwą dziecka, które czytać jeszcze nie potrafi
Dzieł cudzych i liter
Lecz własnym, dziecinnym przemawia językiem
Językiem miłości, czułego zachwytu
Chcę modlić się do Ciebie, Boże
Jak naiwne dziecko, które jeszcze nie poznało
Logiki myśli i ozdobnych frazesów
Chcę zdjąć z siebie narzucone szaty języka świata
Nawet te najbardziej błyszczące, piękne
I te, które świat poszarpał wątpliwościami
Chcę stanąć przed Tobą, Ojcze Wszechmocny
Naga jak nowonarodzone dziecko
I otulić się darem Twej Miłości
By czuć Twój dotyk, Twój uśmiech
Bliskości doznawać, z poznawania Ciebie
I słowami się modlić
Które sam, do mnie mówisz.
W październiku byłam z pielgrzymką w Ziemi Świętej. Poświęciłam ją w intencji Bożego Miłosierdzia dla dusz wątpiących, poszukujących, aby znaleźli ukojenie w Jezusie. Odczuwałam ogromną radość i duchowe bogactwo, które wypełniało moje serce. Wiele odczuć nie potrafiłam wyrazić słowami i nawet nie starałam się. Niech będą w sercu, jak bogactwo, którego nie da się wyrazić liczbami ... Chciałabym aby te wiersze oddały moje uczucia, a jeśli kogoś zachęcę do takiej pielgrzymki, niech Bóg błogosławi obficie.
Betlejem
Jest takie miasto piękne
Pokryte ranami historii
Miasto narodzenia Miłości
Miasto z którego wypędzono Miłość
Podzielone, krwawiące
Wypełnione dźwiękami dzwonów
I arabskimi modłami
Głosami pielgrzymów od setek lat
Straganami z figurkami Jezusa z drzewa oliwnego
Miejsce zesłania Boga na ziemię
Betlejem ...
W kamiennej Grocie Narodzenia
Tkwią pocałunki pielgrzymów
Czułe gesty proszących o łaski
Ciepło bije z lamp, z ludzkich oddechów
Betlejemska gwiazda zdobi święte miejsce
Miliony pielgrzymów na kolanach
Dotykają dłońmi świętej tajemnicy Narodzenia
Tu, w betlejemskiej grocie
Matka Boża podaje każdemu Żywe Dzieciątko
Szuka w sercach ludzkich, kołyski
Kładzie w niej maleńkiego Jezusa
Ufna, że ofiarowany Syn
Będzie karmiony ludzką miłością
Ufna, że nie przemienimy Go w pamiątkę
Z Betlejem
Figurkę z oliwnego drzewa
Ziemio Święta
Byłaś dla mnie, Ziemio Święta
Napojem ożywczym, hostią karmiącą
Łaską spływającą
Pragnieniem dla duszy
Obrazem genialnego mistrza
Byłaś Ziemio Święta, czułym dotykiem
Wód Jeziora Galilejskiego, Jordanu
Słonego Morza Martwego
Oddechem jerozolimskiego gwaru
Ciepłem piasku pustyni, wiatrem łagodnym
Betlejemską tajemnicą Narodzin
Ofiarowałaś mi łzy oczyszczające na Kalwarii
Przy Grobie Pańskim
Jesteś w mym sercu bolesnym wspomnieniem
Jak tylko bolesna może być miłość tęskniąca
Chodziłam po Ziemi Świętej, ziemi Jezusa
Maryi, Apostołów, Anny, Elżbiety i Jana
Dotykałam kamieni, które nie straciły pamięci o Jezusie
W Kafarnaum, na Górze Tabor, Galilei, Judei
Jesteś Ziemio Święta w mojej duszy
Wypełniasz ją światłem dobroczynnym
Miłością piękną, jaka może zrodzić się w człowieku
Sięgam po nią dłońmi, wybieram z serca
W dniach radości i goryczy
Nauczyłaś mnie, Ziemio Święta
Modlitwy serca
W każdym kroku, oddechu, chwalić Boga
Na kamieniach, skałach, szukałam śladów świętych
Stóp Jezusa, Jego dłoni na skale
Łez wylanych w Getsemani
Są tam, w Ziemi Świętej
Jak relikwie
Jak znaki miłosnego przymierza, Boga z człowiekiem
Czas nadziei
Nie znam myśli Twoich, Maryjo Święta
Gdy na Syna Bożego oczekiwałaś
O radości wiem, której doznałaś
Czując, poruszenie Dzieciątka, w swym łonie
Sercu Twemu ból był nie obcy
Gdy niepewność i zatroskanie Józefa widziałaś
I choć wybranką byłaś, nieba
Stopy Twoje, jak innych niewiast, dotykały smutku ziemi
Zamyślenie Twoje widzę, wzrok, w niebo utkwiony
Gdy krzątałaś się w domostwie Elżbiety
Do chleba, który piekłaś, zaczyn wkładałaś modlitwy
By życiodajnym był, dla rodziców Jana
Kiedy fiat wyrzekłaś, Aniołowi Zwiastowania
Niebo jak pąk róży, rozwarło się śpiewem aniołów
Na ziemi, cisza trwała, zaplątana w życie codzienne
Oczy ludzkie, światła wokół Ciebie, nie widziały …
Piękna, w Ojcostwo Ducha Świętego obleczona
Po ziemi stąpałaś, podobna innym niewiastom
Józef Oblubieniec, dany Ci przez Boga
Wraz z Tobą, samotnie, dźwigał tajemnicę Narodzenia
Nie znam Twych myśli, Maryjo Panno
Gdy na Syna Bożego oczekiwałaś
Znam miłość Twoją, która trwa już wieki
I twarz z obrazów, zamyśloną, w ludziach zakochaną
Dziś my, setki lat później, na mszę roratnią idziemy
Aby z Tobą, na ponowny cud czekać, Dzieciątka Narodzin
W miłości Twojej, ogrzać swe życie zmęczone
W ciemności, zapalić płomyk swojej duszy
Byś mogła ją, Święta Matko, ozdobić swoją nadzieją.
Pomyślałam o ludzkich talentach, o tym wielkim podarunku, który powinien być wykorzystany do ukazywania szlachetnych celów, dobra.
Niestety, wielu utalentowanych ludzi wykorzystuje swój talent dla apoteozy zła. Mówi się też, że zło jest bardzo atrakcyjne i stąd tyle filmów, powieści o złej ludzkiej naturze, o przestępstwach. Co wynosimy z przeczytania takiej książki, obejrzenia filmu? Depresyjny nastrój i niechęć do otoczenia, nieufność. Twórcy mówią o ... ukazywaniu prawdy. Jakiej prawdy? Tylko „czarnej”?
Zło wplecione w twórczość powinno być ukazane jako fragment ludzkiego życia, z którym podejmuje się walkę. Znika gdzieś elegancja stylu pisarskiego, uczucia wyrażają wulgaryzmy. Podobnie z ludzkim zachowaniem. Mówi się: zdzieramy maski, ukazujemy istotę ... Poprzez zło? Często powstają dzieła, których twórcy używają alkohol, narkotyki (muzyka). Wmawia się młodzieży, że to „krzyk prawdy” o współczesnym świecie. Ludzkie serce chce prawdy, rozpoznaje ją w działaniach pięknych, bohaterskich, często cichych. Czyżby twórcy chcieli „zakrzyczeć” prawdę, którą o świecie i ludziach chce ludzkie serce? Nawet jeśli zło istnieje, nie jest warte takiej apoteozy. Samo opisywanie złej rzeczywistości, nawet z wielkim talentem - to krzywda dla innych, szczególnie młodych umysłów.
Ludzka wiara
Czasem jawi się jak biała róża
Zagubiona pod stopami biegnącego tłumu
Kiedyś czysta jak sukienka komunijna
I pełna dziecięcego, nad Bogiem, zachwytu
Teraz zapomnienie ją depcze
Więdnie od słów pełnych nieufności
Gdzieś na dnie serca trzepoczą wspomnienia
Rodzinnych modlitw i mszy świątecznych
A róża, podeptana, więdnie ...
Bywa także wiara wichrem gwałtownym
Który z mocą drzwi otwiera zaryglowane
Szawła przemienia w Pawła
Ślepe oczy przemywa i uszy
I gwałtownie poszukujesz Boga
Łzami, grzechy zmywasz zatwardziałe
Konfesjonał jest ci deską ratunku
Usta stale świętego pokarmu pragną
Łaska wiary dotknęła cię nagle ...
Czasem życie nie daje róży, ani łaski wichru wielkiego
Pęd jedynie, z kolcami, raniący
W ręku trzymasz go jednak cierpliwie
Liczysz ciernie, jak perełki różańca
I uparcie krzyż swój dźwigasz
Święty Duch drogę wiary oświetla
Tajemnicą Miłości się karmisz
Promieniami Jezusa Miłosiernego
A wiara ... nie gaśnie
Możesz być wiaro, różą zadeptaną
Możesz być łaską wichru gwałtownego
Możesz być krzyżem cierpliwie dźwiganym
Pan dał ci wybór
Z Miłości ... do ciebie.
Święte aleje
Odkąd nogi nasze ziemi dotkną
Wiele dróg, ścieżek i alei przed nami
Trud pielgrzymowania czeka
Czasem wśród pól żyznych
Gryką i ziołami pachnących
Czasem po drogach wyboistych
Pustej przestrzeni, gdzie znaki zatarte
Kiedy zły los rękę do nas wyciągnie
Ścieżką idziemy wąską, strach czujemy
Czekają na nas też aleje proste
Ku źródełkom Maryi prowadzą
Kiedy raz przejdziesz tę aleję
U stóp Maryi, ręce w źródełku obmyjesz
Doznasz tęsknoty niezwykłej ...
Za aleją w Gietrzwałdzie
Za aleją w Banneux
Za aleją w Lourdes
Za alejami innych sanktuariów
Ocieniona drzewami, jak skrzydłem anielskim
Pokój wlewa w serce
Ręka Maryi prowadzi
Matko Boża pięknych alei
Daj wszystkim ludzkim ścieżkom, aleje święte
Daj świętą tęsknotę za nimi
Daj świętą pamięć o nich
Gdy życie zepchnie nas
Na trudne drogi ...
W poszukiwaniu Syna
Wiele dróg musi przejść człowiek
Czasem na oślep, bez dekalogu
Aż drogę odnajdzie Nadziei …
Jest taka droga, stopami Maryi, uświęcona
Droga z Nazaretu, do jerozolimskiej świątyni
I ta powrotna, po zagubionego Syna
Tajemnica tej drogi, w perełki jest wpleciona różańca
I choć bolesne były przeżycia Maryi
W tajemnicach radosnych je rozważamy
Jak Maryja Święta, gubimy Oblicze Jezusa
Lęk życia bez nadziei, pośród wątpliwości
W powrotną nas kieruje drogę …
Do świątyni wracamy, po modlitwę wiernych
Po dziecięcą, radosną ufność, w Miłosierdzie Boże
Po Jezusa, Pana Miłości i Nadziei
I takie przeznaczenie widzę, drogi powrotnej Maryi
Iż jest to czas, gdy Matka Nieustającej Pomocy
Idąc w bólu wielkim, zbiera ludzkie zagubienia
Podnosi, porzucone przez nas nadzieje i miłości
Które w drodze życia, człowiek zdradził
Do świątyni je dźwiga jak kamienie, do zagubionego Syna …
I choć nie rozumie Maryja dlaczego Jezus
W świątyni został z nauczycielami
W ramionach, do Niego niesie, także nasze bóle i lęki
Nasze, Jezusa, poszukiwanie.
Podczas medytacji, w moim sercu pojawiło się pytanie: jak nas będzie Jezus osądzał po śmierci? W jaki sposób ujrzymy siebie w swoich grzechach, błędach, upadkach, ale także w dobru, które czyniliśmy? Jest to wielka tajemnica, ale ... mimo wszystko człowiek powinien ją rozważać.
Przyszła do mnie wizja wielkiego okręgu, w środku - Pan Jezus. Okrąg podzielony był ... na stacje Drogi Krzyżowej. Osądzani według stacji Drogi Krzyżowej? - pytałam samą siebie.
Tak, może i tak wyglądać nasz osąd przez Jezusa. Wszak powiedziane jest, że za każdego z nas poniósł Jezus krzyż na Kalwarię.
Staniemy więc przed sądem z własnym krzyżem na plecach ... Co z nim zrobiliśmy? Jak go nieśliśmy przez życie? Czy tak jak Jezus, czy jak buntownik odrzucający krzyż dla własnych przekonań?
Stacja pierwsza - niesprawiedliwy wyrok. Ile wyroków niesprawiedliwych wydaliśmy? Jak powstawaliśmy z upadków? Czy ceniliśmy sobie pomoc ludzi? Jacy byliśmy wobec nich? (Weronika, Szymon). Jakie znaczenie miała w naszym życiu Matka Boża Wspomożycielka? Czy zwracaliśmy się do Niej o pomoc? Co mówiliśmy o naukach Jezusa? - może krytycznie (stacja obnażenia z szat). Czy próbowaliśmy Go bronić? Ile gwoździ wbiliśmy w Jego dłonie? Czy odrzuciliśmy Jego pomoc, gdy chciał nas podnieść z upadku?
Można długo się nad tym zastanawiać, póki jeszcze mamy czas. Póki nie dojdziemy do stacji ... śmierci. To tylko moja osobista refleksja. Ocena życia drogi człowieka poprzez Drogę Krzyżową Jezusa. Na sądzie będzie On i ja. Nie będzie krzyków tłumu, tłumaczenia, że inni też tak postępowali. Nasze oczy i Jego, a pomiędzy - bolesna Prawda. Sprawiedliwa, ostateczna.
Na Dzień Święta Zmarłych
Cmentarz
Wydaje się ogrodem wielkim
Usianym kolorowymi kwiatami
Miasteczkiem tajemniczo uśpionych ludzi
Z małymi domkami, bez kuchni i salonów
Na każdym, nazwisko właściciela
Dziwne domki bez drzwi i okien
Raz zatrzaśnięte, zabetonowane drzwi
Nie otwierają się
Ich niemi mieszkańcy, trwają w ciszy
Tylko drzewa grają im te same
Szumiące liśćmi i konarami melodie
Odwiedzają ich mieszkańcy
Innych betonowych domów
Ci, którzy mogą otworzyć swoje drzwi i okna
Zapalają im znicze, kładą kwiaty
Mówią do nich, ale nie śpiewają
Bo jakże śpiewać gdy oczy pełne łez
Spływa woda z czyszczonych pomników
Miesza się z ludzkimi uczuciami, modlitwą
Gest dłoni na marmurowej płycie, westchnienie
Cisza
Mieszkańcy cmentarnego miasteczka
Chronią swą tajemnicę, nawet przed bliskimi
Wieczne odpoczywanie, ostatnie spojrzenie
Opuszczamy kolorowe miasteczko uśpionych
Miasteczko naszej przyszłości …
W Dzień Zaduszny
Przekraczam bramę cmentarza
Jak próg dwa światy dzielący
Na tych, co tajemnicę śmierci poznali
I tych, którzy jej nie dotknęli
Bolesna jesteś ty tajemnico
A może nadzieją się karmisz?
Pod płytą przykryta, kwiatem ozdobiona
Dla nas żyjących ... milczysz
Wokół nazwiska, daty i krzyże
Obce, nieznane, lecz dziwnie bliskie
To w waszym świecie są moi kochani
To z wami, nie ze mną, świętują tajemnicę
Ja, zniczem płonącym pamięcią
Pragnę tę tajemnicę uświęcić
Liście jesienne na płycie grobu
Zbyt cicho próbują o niej powiedzieć
Znicze zapalamy modlitwą miłości
O łaski dla zmarłych, przebaczenie grzechów
Łzy wam posyłamy, bo miłość jeszcze krwawi
O Jezu, błagamy, bądź im Miłosierny
W zadumie zadusznej, przenikamy światy
Próbujemy zgłębić tajemnicę śmierci
I choć zbliżenia szukamy, wskrzeszając wspomnienia
Strwożone serce lęka się ją poznać
Gdy wieczór zapada na cmentarnym placu
A ciemność błąka się wśród płonących zniczy
Pieśni można posłuchać, naszych wiernych zmarłych
„Przyjdzie czas, poznacie naszą tajemnicę”.
Tam, gdzie płaczą aniołowie
W upalny, bezwietrzny dzień
Gdy nawet westchnienie jest trudne
Idę, rozsiewając wokół siebie
Myśli smutne, pokaleczone
Jak ciemne, wykrzywione buzie
Zamalowujące przestrzeń brunatnymi farbami
Tworząc obraz, porzucony gdzieś w galerii smutku
Którego nikt nie chciał kupić
Delikatny powiew poczułam na twarzy
Przyjazny jak dotyk skrzydła anioła
Jesteś, wyszeptałam, aniele mój, gdzie byłeś?
Byłem tam, gdzie aniołowie płaczą
Gdzie cierpienie, obojętność, zbrodnia
Byłem w pustym kościele, przed samotnym Jezusem
Byłem tam, gdzie gromadzą się aniołowie
By zapłakać … zamiast ludzi.
Podczas dziękczynienia po komunii przyszła do mnie myśl, iż życie na ziemi jest wielkim trudem. Ci, co odeszli mają lżej ...
W tej samej chwili usłyszałam w sercu: tu na ziemi Jestem przy was, przy chorych, cierpiących, samotnych - choć Mnie nie widzicie. Tam ... będziecie Mnie widzieć, ale ... nie będę przy was tak jak na ziemi.
Zrozumiałam, że ziemia, nasze życie na niej są niezwykle ważne i tylko poprzez nasze życie możemy mieć kontakt z Jezusem. On jest ciągle przy nas, jest opiekunem naszego życia. Dopóki żyjemy, jesteśmy z Jezusem, wypełniamy bożą wolę, Jego plan wobec naszego życia. Popełniamy błędy, grzechy, ale tylko na ziemi, w swym życiu możemy coś zmienić na lepsze, odwołać się do Bożego Miłosierdzia
Podwyższenie krzyża
Kiedy kaci unoszą Cię Jezu, na krzyżu
Obleczonego w ofiarną szatę Twej krwi
Miłość widzę doskonałą
Nie taką, która zapala się i gaśnie
Ale miłość wieczną …
Widzę Prawdę o Miłości Ofiarnej
I widzę tych, którzy unoszą się wysoko
Wraz z Tobą, Jezu, na krzyżu
Męczenników, kapłanów, zakonników
Gotowych ofiarować siebie, dla Miłości wiecznej
Tam, wysoko na krzyżu
Szukają Prawdy o miłości, tej ludzkiej i bożej
Czerpią z ranionego Serca Twego
Pokarm mocy, by dawać świadectwo wiary
O miłości, która jest ofiarą
O miłości, która rozdaje jak bogacz
Z pałacu swych niewyczerpanych skarbów
Skarbów nieznanych światu
Bo nie umierających …
I trzeba odwagi Ducha Miłości
By wznieść się wraz z krzyżem Jezusa
Ukrzyżować ciało i wolę
Zanurzyć się w istocie Jego cierpienia
I głosić ludziom, iż miłość
To nie jest przyjemność doznawania uczuć
Lecz cenna ofiara, ozdoba krzyża Jezusa
To ludzki dar, człowieka dla człowieka
Wynagradzający Miłość Zbawiciela.
Poemat życia
Każdy z nas, autorem jest poematu
Piórem go nie piszemy, tylko życiem własnym
I choć karty jego są niewidzialne
Czas utrwala znaki, jak drukarz staranny
A Anioł Przemijania, ku wieczności je niesie
Czytelnikiem uważnym jest – Jezus
Czasem chcielibyśmy czas cofnąć
Poprawki nanieść w swoim poemacie
Łzami wymazać strofy, pychą i złością pisane
Czasu nie dogonimy, szybszy jest niż człowiek
Nadziei się chwytamy, nowe układając strofy
Czas, jak cenną perłę, pieścimy w dłoni
O talent błagamy Stwórcę, Poetę Wieczności
Daj Boże, dobrem opisywać nasze życie
Daj odczytać w sercu, piękno człowieczego losu
Daj myśl i wolę, o czynach szlachetnych
Niech jak tęcza barwna, szare zdobi karty
I obdarz nas Stwórco, Poeto Miłości
Świadomością Prawdy, dla Kogo piszemy ten poemat
Dla życia wiecznego, czy mijającego czasu?
A kiedy chwile przyjdą, zwątpienia i żalu
Mrokiem pokryją spisywane karty
Wypisz na nich, Dobry Boże, strofy o Twoim Miłosierdziu
Niech światłem rozjaśnią, wszelkie ciemności
Niech dusza nasza, w nadziei Miłości, skąpana
Pieśń sobie przypomni, gdy nas na świat zsyłałeś
O Miłości Ojcowskiej, o Matce Nieustającej Pomocy
O Świętym Krzyżu, na którym, za nas, Syn Twój skonał
I nie zostawiaj nas, Dobry Boże, samotnym w naszym pisaniu
Autorem bądź strof wielu, byśmy w nich Twą wolę, rozpoznali.
Rozmowa z nieznajomym
Mówisz, że świat cię odepchnął
Samotność jak bagaż, wrzuciłeś na plecy
Usta zacisnąłeś, by nie szeptały modlitwy
I w drogę życia wyruszyłeś, przed siebie
Mijasz ludzi, nie patrząc im w oczy
Serca pilnujesz, by za drugim nie biegło
Obok ciebie inni, jak ty w samotność ubrani
W bezkres przyszłości jutra, zapatrzeni
Światło widzisz jedynie pod nogami
Aby się nie potknąć o życiowe krzyże
Niebo i gwiazdy zachwytu nie budzą
O Bogu nie myślisz, zbyt daleki dla ciebie
W tej ciemności zwątpień, lęków, nieufności
Kiedy mróz twej pychy w sople łzy zamienia
Jest przy tobie nadzieja, dłoń Matki Najświętszej
Macierzyńska opieka Jej Pięknej Miłości
Idzie Ona za tobą z różańcem łez twoich
Składa je w dziesiątki, jak prawdy o tobie
Świętą ręką przemienia twoje sople lodu
Na nowo, w łzy ludzkie, gorące i słone
Zrzuć swój bagaż dumy, on tak ciebie krzywdzi
Kolana ugnij, światła w niebie szukaj
Daj się poprowadzić dłoniom Matki Świętej
Ona cię zasłoni ... przed Sprawiedliwością.
Obserwując ludzi, szczególnie starszych, przyszło mi na myśl, iż wielu z nich zwraca wzrok ku przeszłości, rozważa przeszłe problemy, wraca do tragedii życiowych, rozpamiętuje je.
Życie, pomyślałam, to istnienie w wielkim, oświetlonym pokoju, a my starzejąc się, powoli powinniśmy „wygaszać” światła w tym pokoju. Nie możemy udawać młodych i żyć ich „światłem” (problemami, z którymi borykają się młodzi).
Przed każdym człowiekiem istnieje, w zależności od wieku, doświadczeń, „światło” dla niego. To co przeszło, istnieje w ciemności, a patrząc w ciemność doznajemy uczucia nierzadko przegranego życia (trudne doświadczenia Polaków). Zdarza się, że chcemy wrócić do czasów młodości (miłych chwil) i zachowujemy się śmiesznie udając młodych. Droga życiowa człowieka oświetlona jest „przed nami”, musimy się godzić z doświadczeniem choroby, wieku, a nawet poczuciem „odrzucenia” przez młodszych. Starsi, młodzi, dzieci mają swoje indywidualne drogi. Dobrze jest mieć świadomość „zgaszonych żarówek” przeszłości, aby iść ku światłu, które jeszcze dla nas świeci, wskazuje drogę. Inaczej możemy się pogubić w życiu.
Starość
Chodzi zawsze poboczem
Aby ją nikt nie potrącił
Nie nadąża za rytmem zdrowych nóg
Urodziła się za wcześnie
Nie rozróżnia rapu od popu
Nie wie, co to twardy dysk
Dużo wie o wojnie, ale nikt o nią nie pyta
Siada na ławce w parku i karmi głodne ptaki
Garną się do niej bardziej niż wnuki
Ukrywa miłość pod wiekowym futrem
Aby jej nikt nie ośmieszył
Czasem nakarmi tę miłość wspomnieniami
Różańcem, Gorzkimi Żalami
Nad Drogą Krzyżową Jezusa
Płacze jak nad własną
Martwią ją raczej stare buty niż polityka
Jej trofeum to recepta i odcinek renty
Czasem telefon od dzieci
Zajęci, chwali się innej starości
Powoli powraca do domu
Patrzy w okno, telewizor
Czasem w lustro
Własnym oczom zadaje pytanie
Kim jesteś?
Ty, w moim lustrze
Ale ono milczy
Lustro nie ma głosu
Ani uczuć...
W moim raju
W moim raju więdną nawet piękne kwiaty
Opadają z drzew liście
Starzeją się Adamowie i Ewy
W moim raju zachodzi słońce
I panuje ciemność nocy
W moim raju ludzie pracują ciężko
I choć noszą ubrania
Nadzy stają w obliczu cierpienia
W moim raju jabłka kupuję na straganie
I nie wiem, czy z drzewa są dobra czy zła
W moim raju są betonowe chodniki
Hałas maszyn zagłusza śpiew ptaków
A Ewy i Adamowie zamykają domy na klucz
Czasem płaczą, a czasem śmieją się
W moim raju, Boże
Choć tak nie podobnym do Twojego
Rośnie drzewo zasadzone Twoją ręką
Ma kształt krzyża potężnego
Zapach pod nim kwiatów lilii
Liście na nim wiecznie zielone
Burze i wiatry go nie złamały
Staję pod tym drzewem codziennie
Czerpię siły z jego wiecznej mocy, obejmuję
Słucham szeptu jego liści, mądrych słów
Aby nie tracić nadziei i uczyć się miłości
W wędrówce, po moim raju.
Tam, gdzie jest miłość
Na pustynnej górze kuszenia, modliłeś się, Jezu
Gdzie kwiaty pocieszenia nie kwitną
Zimny wiatr w nocy
Rozwiać chciał słowa Twej modlitwy
W dzień, upał pustyni, odbierał Ci siły
A szatan, głód Twój, chlebem z kamienia, kusił
Królestwo chciał Ci ofiarować …
Na pustyni się skryłeś, Panie
Jak w sercach, które Tobą gardzą
Sercach chłodnych, podobnych zimnym wiatrom pustyni
Płonących grzechem pustynnego upału
A Ty, Bóg-Człowiek, Miłość przywoływałeś
By tarczą była dla serc zimnych
Chlebem zbawienia dla ludzkości
Moc chciałeś ukazać, cierpienia Miłości
Której szatańskie kuszenie, zmóc nie może
Bo tylko tam, gdzie pycha z egoizmem rządzi
Gdzie się miłością pogardza
Zło rodzi się jak chwast na bezpłodnym polu
I zabija wojnami ludzkie życie
Zło wolne jest, gdy nie ma tarczy miłości
Chciałeś nam ludziom, miłosierny Panie
Ukazać wartość miłości na świecie
Miłości, dla której warto oddać życie
Bo jest jedyna, która daje życie …
I jeśli człowiek, nawet w swej naturze, słaby
Na miłości się oprze, na Twym krzyżu świętym
Razem z Tobą, zwycięży, kuszenie zła, na własnej pustyni.
Spotykamy ludzi, którzy twierdzą, że są niepraktykującymi katolikami, choć wierzą w Boga. Modlić się, twierdzą, można gdziekolwiek, niekoniecznie w kościele ...
Myśląc o takiej postawie, przyszedł mi obraz pola ciemnego, zarośniętego różną roślinnością, obok pięknych kwiatów były chwasty. Chwasty pokrywały piękne kwiaty.
To pole - to nasz świat wokół nas. Pełno w nim przeróżnych idei, myśli, wartości, pleniącego się zła, dobra próbującego zwalczać zło. Literatura, film, środki masowego przekazu mają w tym ciemnym polu swoje niebagatelne miejsce. Uczą, ale też demoralizują. Małe dzieci poznają świat dorosłych poprzez ekran i Internet. Nie jest to często poznanie dobra ale zła tkwiącego w naturze ludzkiej. Wiele spraw, które by nas nie dotknęły w naszym życiu, poznajemy poprzez ekran. Rodzice mają dziś trudne zadanie wychowawcze bo wokół jest ciągłe nawoływanie do tolerancji, do relatywizowania wartości.
Każdemu, kto próbuje walczyć o moralne zasady życia, przypisuje się „łatkę” ciemnogrodu i nietolerancji. Chwasty obrastają piękne kwiaty i słyszy się głosy, że one też mają prawo do istnienia. Walczy się o prawo do aborcji, eutanazji, sztucznego zapłodnienia, ubierając to prawo w piękne hasła o prawie do szczęścia dla każdego. A że jest to kosztem innych - to nieważne. Ludzie, którzy polegają wyłącznie na prawdach lansowanych przez świat, gubią się. Hałas prawd świata otumania.
Jak iskra
W dzień zwykły, codziennością rzeźbiony
Myśl przyszła do mnie jak świąteczny zapach
Czym jest modlitwa, którą ku Bogu wznosisz?
Słowami rzuconymi w niebo jak okruchy życzeń
Dziękczynieniem w perełki różańca wplecionym
Łaską sercu daną, nie dla uczynków
A może iskrą z rozpalonej miłością duszy
Może wielką ciszą na spotkanie z Bogiem?
Jeśli jesteś modlitwo słowem, to stań się moje słowo żywe
I nie zamieraj w moich ustach
Jeśli dziękczynieniem, skarg nie dopuszczaj
Jeśli iskrą, rozpalaj ognisko mej duszy
Jeśli ciszą oczekiwania, trwaj z ufnością
Jeśli jesteś jedną łzą pokutną
Daj kosztować tych łez codziennie
Tajemnicy twej, modlitwo, nie przeniknę
Piękna jesteś, gdy dotykam ciebie sercem
A serce moje, na głos i wolę Boga się otwiera
Cisza staje się spotkaniem
Słowo, miłością
Łza, pokarmem
Dziękczynienie, radością
A duszę moją
Duch Święty unosi do Boga
Kwiat
Po łące kolorowej chodziłam, bosymi stopami
Obrazem była, z dziecięcych snów
Snów czystych, pachnących kwiatami
Snów, jakich nie miewają już dorośli
Rośliny karmiły się deszczem, ziemią, powietrzem
Zielona trawa prowadziła mnie ku polu
Było opustoszałe …
Pełne zwiędłych kwiatów, wyschniętej ziemi
Czułam płacz tej ziemi, błaganie o wodę
Zabrakło jej pożywienia …
Jest taki kwiat, usłyszałam, który nie więdnie
Szukaj go …
Szukałam pochylona jak staruszka, ku ziemi
Zmęczona, uniosłam twarz ku niebu
Promienie słońca bawiły się na mojej twarzy
Jak niesforne, radosne dzieci
Ogarnął mnie przypływ gorącego wiatru
Przeniknął tajemnicą nieznanej miłości
Wprawił ciało w stan uniesionej kontemplacji
I głos ciepły, który był bardziej muzyką niż słowami
Tłumaczył …
Jest taki kwiat, kwiat duszy, pięknie pachnący
Karmiony tylko … miłością
Szukaj go, na łące, swego serca.
Ostatnia kromka chleba
Jak zwój Tory, otwiera się nowe życie
Ręką Boga powoli rozwijany
W każdym zwoju tajemnica
Jeszcze nie rozpoznana, w słowach – znakach
Tajemnica ludzkiego losu …
Boży dar życia, u stóp ziemskiego czasu się kładzie
A czas, czasem płynie rwącym potokiem
Przyspiesza dramatyzm życia, uczy
A czasem płynie leniwie
Jakby czekał, aż życie nauczy się bożych znaków
Miłosierny Bóg i Jego czas …
Jakże litościwy jest dla analfabetów życia
Czy odczytają piękno pisma praw Boga?
Czy oślepieni wolną wolą
Wybiorą ziemskie, ludzkie kodeksy praw?
A zwój życia nieubłaganie się rozwija
Nieprzeczytane znaki, ostrzeżenia
Miłosną ręką wypisane, choć nie znikają
Stają się wyblakłe w sercach wielu ludzi
Śpiew bożych słów cichnie …
A kiedy zwój się powoli zamyka
Łącząc czas narodzin i czas śmierci
Ci, co radość czerpali z samowoli, wolnej woli
Z goryczą patrzą, na swe ciemne karty
Nie ma na nich miłości znaków
A wówczas jakby w ostatnim olśnieniu
Bożego Miłosierdzia i Jego Czasu
Zwój zamykający się, chwytają starymi rękami
Resztki słów czytają, choćby znikające sylaby
Miłości Boga szukają jak ostatniej kromki chleba.
A cóż ty Mi możesz ofiarować, czego przedtem ode Mnie nie otrzymałaś?
Takie zdanie usłyszałam w sercu podczas Adoracji. Zdanie to zmusiło mnie do głębszej refleksji.
Jezus ofiarował się za nas na Golgocie, odkupił nas, czyli mówiąc językiem potocznym, zapłacił za nas. Odkupił nas, bo dla Boga jesteśmy wartością, jako ludzie posiadający duszę nieśmiertelną, obsypaną łaskami poprzez chrzest. Bóg, Stwórca wszystkiego, zsyła nas na ziemię w pełni swych łask, darów. Jesteśmy dla Boga wartością, dla nas zesłał Syna na mękę. Nie ofiarowujemy Bogu darów, łask, bo nie jesteśmy ich twórcami, pochodzą od Boga. To tak jakbyśmy oddali darczyńcy ponownie prezent, który on nam ofiarował. Ofiarował nam dary i łaski, byśmy czynili nimi dobro. To nasz boży depozyt. Możemy ofiarować Bogu wdzięczność i radość za ten depozyt, mieć tego świadomość. Jak go spożytkujemy będąc obdarowani, zależy od nas samych, od naszej wolnej woli.
Dostaliśmy bogactwo w postaci naszych talentów. Co z nim uczynimy? Jak własnymi rękami (własną wolą) przekształcimy to bogactwo dla dobra innych?
Msza święta to Ofiarowanie Jezusa Bogu, nasza wdzięczność i radość za odkupienie od śmierci, za dar duszy nieśmiertelnej. Wielu z nas korzysta z bożych darów, jakby sami byli ich twórcami, posiadaczami, którzy używają ich dla własnej pychy. Ludzka pycha często „zabija” boże dary. Dar talentu, bogactwa może stać się przekleństwem dla egoisty.
Góra wiary
Wiara człowieka w Boga
Jest jak ludzka pielgrzymka przez życie
Na pastwiskach zielonych się karmi
Głodem przymiera na nieurodzajnych polach
Wspinaczką jest nieustającą w górę
Spadaniem z ostrych skał krawędzi
Często rąk potrzebuje pomocnych
Haków wbitych w skałę
Przez przewodników prowadzących
By w górę się unieść mozolnie
A czasem, samotnie przysiąść
Pośród nieprzychylnych wichrów
I słuchać serca, w którym Bóg przemawia
Opatrzności zaufać, a nie siłom własnym
Wiara człowieka w Boga, jest jak wspinaczka z krzyżem
Danym nam do walki, ze słabością ciała
Na bezpłodnych skałach, kiedy głód doskwiera
Głowę unosimy, po eucharystyczną mannę
Są chwile radości, z osiągnięcia szczytu
I chwile zawieszenia nad przepaścią
Chwile, gdy krzyż przytulamy, deską jest ratunku
I chwile, gdy nam z rąk wypada …
Nie ma ścieżek łatwych, na tę górę wiary
Są jednak tacy, którzy na ten szczyt się wznieśli
Słowami do nas mówią i świadectwem życia:
Ból tej wspinaczki, człowieku, sensem jest istnienia
Nagrodą, ręce Boga, wyciągnięte do tych
Którzy trud podjęli .. i w nim wytrwali.
Cud ludzkiego życia
Choć grzeszna jestem, niepokorna
I tak po ludzku ... ludzka
Choć dni me płyną smętnym nurtem
I żaden cud z nich nie wypływa
Są dni, być może, chwile tylko
Przemieniające zwykły bieg życia
Obrazy mocno wplecione w codzienność
Tak niebywale piękne ...
Ot, obcy człowiek przechodzi obok
Z radosnym uśmiechem na twarzy
Jakiś ptak przysiadł na głowie
Na posągu Maryi, przy kościelnym murze
Głośno śpiewa, jakby chciał z Nią gwarzyć
Staruszki z pasją omawiają sprawy
Tajemnych, rodzinnych swarów
Zakonnica obok ołtarza przemyka cicho, jak anioł
I gesty zwykłe, jak codzienny obiad
W pewnych chwilach bywają tak wzniosłe
Rozmowa, jak inne, o niczym specjalnym
Nagle staje się spowiedzią wzajemną, bez konfesjonału
Są dni, w których są takie chwile życia
Jakby artysta je wielki malował
Spływają łaską widzenia piękna
Na zwykłą, ludzką codzienność
Jest Miłość, Wielka, gdzieś tam pod chmurami
Jak Ojciec czuwa nad dziećmi swoimi
Trzeba tylko ku Niemu unieść wyżej głowę
I posłuchać, co szepcze, do mnie, do ciebie, każdemu
Dostrzeżemy, słuchając słów Jego
Piękno, w chwilach codzienności zamknięte
Jakiś uśmiech, zwykłą rozmowę, miły gest
Nawet ptaka na posągu kamiennym
Ot, po prostu, cud życia ludzkiego
Ile?
Ile przyjemności dać życiu
By nie przemieniło się w nudę, a nie w twórczą radość?
A człowiek nie stał się motylem
Który jak Ikar zachłanny słońca, spala się …
Ile zranień i cierpień trzeba doświadczyć
By się nie udusić od łez?
Przetrwać huragan smutków
I szukać dzielnie, zielonej granicy nadziei
Ile miłości trzeba przytulić, a ile stracić
By rozpoznać tę, która ożywia, hojna jest, bezinteresowna?
Jak piekarz ofiarujący głodnym
Ciepły, świeży chleb
Ile mieczy trzeba wystrugać z drzewa męstwa
By starczyły, na zabicie w sobie, cierni nienawiści?
Wyrastających na widok krzywd, nieszczęść
Egoizmu, wojen, zła
Jakie poznać słowa, ilu nauczyć się języków
By umieć serdecznie rozmawiać z ludźmi?
A nie rozkazami, rzucanymi wrogo
Budzić złość lub groźne milczenie
Z jakiego skarbca wybierać kryształki mądrości
Ze skarbca serca, rozmnażając je jak owoce na drzewie?
Czy szukać skarbca mądrości i wiedzy?
W nim często mądrość w pieniądz się zamienia
Gdzie szukać czystego źródła wody
W którego falach znajdę odpowiedź dla serca?
A może stanąć nad wielkim oceanem wiedzy?
W jego głębinach, pokolenia utopiły pytania o istotę życia
Staję przy źródle, czystym źródle Eucharystii
Rozpoznaję delikatny powiew Ducha Świętego
Jego cichy głos dotyka przedziwną mocą:
Jeśli umiesz kochać, jeśli ciebie kochają …
Znasz odpowiedź.
Wystawienie Najświętszego Sakramentu na Adorację w bocznym ołtarzu.
Ludzie klękają z czcią, są jednak tacy, którzy przechodzą obok, albo niedbałym gestem czynią znak krzyża i nawet na chwilę nie przyklękają. Boli mnie to bardzo, przepraszam Jezusa w sercu i słyszę: nie Jestem fotografią, którą jak pamiątkę religijnych praktyk, w album się chowa. Jestem ciągle żywy, a wielu o tym zapomina, cześć Mi oddają, jak fotografii - relikwii ... a rany Moje na ołtarzu żywą krwią spływają. Wasze oczy nie widzą, co Serce Moje czuje.
Przyjdę do ciebie
Proszę Cię, Jezu, pomóż
A Ty, ręce do krzyża przybite wskazujesz
Proszę Cię, Jezu, chodź ze mną
A Ty nogi do krzyża przybite wskazujesz
Proszę Cię, Jezu, daj mi swą Miłość
A Ty serce przebite włócznią wskazujesz
Proszę Cię, Jezu, módl się za mnie
A Ty, koronę cierniową w głowę wbitą wskazujesz
I mówisz: Zdejmij gwoździe grzechami przybite
A przyjdę do ciebie
Oczyść serce nieufnością, jak włócznią zranione
A poznasz Moją Miłość
Czas zatrzymaj pod krzyżem na Golgocie
I ucz się codziennie ran Moich
Aż twój ból z Moim się połączy
Wówczas rosa Mojej Miłości, da ci wytchnienie
Adoracja obrazu Jezusa Miłosiernego w katedrze w Płocku, w 78 rocznicę objawień tego obrazu świętej Faustynie.
Podczas tej pięknej uroczystości, zatapiam się w wewnętrznej ciszy ...
Cisza Adoracji
Cisza to kropelki z bożej tęczy
Składane wewnątrz duszy w obraz
Ciągle niewykończony, niedoskonały
Jak poruszenia pędzlem malarza
Tworzącego dzieło, które ciągle nie zadawala
W ciszy malujemy obraz Boga
W duszy niespokojnej, niedojrzałej
Tęskniącej za absolutem
Do końca dni naszych
Składamy kropelki barw tęczy
Malujemy Bogu oczy, by na nas patrzył
Uszy, by nas słuchał
W ciszy Adoracji, Bóg niewidzialny
Staje się Osobą Ojcem
Malujemy Go barwami miłości, rozpaczy, cierpienia
Zacieramy kontury już stworzone
Szukamy od nowa barw właściwych
Nowych, pięknych uczuć
Cisza Adoracji wydobywa duszę
Przed ciało
Dusza jest jak płótno, czeka
Na artystę
Ciszo adorująca Boga
Zagłuszana często słowem niepotrzebnym
Czynem nieszlachetnym
Broń duszę przed hałasem zła
Aby sam mistrz Bóg, pomagał
Tworzyć swój portret
Na płótnie duszy
Przesłanie z obrazu
Wiele lat wpatrywałam się w Ciebie
Matko Święta, z Jezusem na rękach
I choć rozum mój znał prawdę
O Twoim posłannictwie
Zasłona przezroczysta nas oddzielała
Zasłona serca, które nie dość było zakochane
Aż dzień przyszedł niezwykły, na mszy pewnej
W Dzień Święta Matki Różańcowej
Zasłona opadła, ręką anioła szarpnięta
A serce me dotknął tajemniczy płomień
Darem był i łaską …
Matka Boża z obrazu, żywą się stała
Znikła granica między niebem a ziemią
Maryja w rękach niosła Boga – Zbawiciela
I nie był On Bogiem z przestrzeni nieznanych
Bliski był, jakby codzienność była Jego życiem
I myśl we mnie zabłysła jak świetlista iskra
Maryja niesie w ramionach Jezusa
Byśmy my, z Jej rąk, w swoje ręce Go brali
I czeka Matka Cierpliwa, na obrazach świętych
By ręce, ktoś odważnie wyciągnął do Boga
By mogła Syna, oddać w ludzkie dłonie i serca
Spragnione … Jego Miłości.
Pewnego dnia, gdy odmawiałam Koronkę do Miłosierdzia Bożego, przyszła do mnie myśl, że jest to najpiękniejsza modlitwa ofiarowana nam przez Boga. Nie wolno odmawiać Koronki szybko, wypowiadając jedynie słowa. W tej modlitwie Bóg czeka na naszą piękną, ludzką wdzięczność za mękę Syna. Bóg ofiarował już ludziom wszystko dla ich nawrócenia. Ofiarował dar ostateczny - Syna. Nie ma już dla nas innego daru. Tym darem ostatecznym przemawia do każdego z nas - dałem wam Moją Miłość - Mego Syna na straszną mękę ... Jak wielka jest Miłość Boga do ludzi!
Mówiąc: ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego, Jezusa Chrystusa, przemawiamy do Boga, prosząc o Miłosierdzie dla nas, za nasze grzechy. Jak trudno nam ludziom być miłosiernym dla naszych krzywdzicieli. Bóg daje nam wielki dar - słowa Koronki do Bożego Miłosierdzia. Myślę, że to wielka modlitwa błagalna. Znają jej moc księża, gdy ofiarowuje się ją przy umierających. Należy się więc głęboko zastanowić, kiedy ją odmawiamy. Każde słowo, to dar Boga o wielkim znaczeniu. Odmawiając tę Koronkę, wolno, z miłością, winniśmy myśleć o Męce Jezusa, o cudzie Bożego Miłosierdzia, które nam przebacza, gdy ofiarujemy Mu Mękę Syna.
Mój Eden
Kiedy przychodzisz do mnie, Jezu
W Eucharystii
Kościół mój zmienia się w mały Eden
Ogrodem się staje, na pięknym wzgórzu
Światło ten ogród zdobi i barwy piękne
Myślę, że to dusza, ze wspomnień sekretnych
Maluje w sercu Eden ten niezwykły ...
Na wzgórzu stoję, kwiaty wokół żywe
Poranek, rosą wita, budzące się ptaki
Powietrze pachnie radosnym dzieciństwem
A ja na progu stoję samotnej chaty
Jak dusza gotowa na wizytę
Podchodzisz do mnie w białych szatach
Pas złoty zdobi Twoją suknię
I choć bezkresu morza nie widzę, tylko mały strumień
Ty, Jezu, szepczesz: nie bój się chodzić po morzu
Są dni, gdy próbuję duszę swą z mozołem
Wynieść na wzgórze mojego Edenu
A ona w ziemskim, szarym, skąpana poranku
Boleśnie, z trudem, wspina się do góry
Szukam Cię, Panie, tam w moim Edenie
W szacie ozdobnej, w złotym pasie
A Ty zmęczony kroczysz z krzyżem w ręce
Śpieszysz się, jeszcze wiele stacji przed Tobą
Klękam na progu mojej chaty - duszy
A Ty mimo swego udręczenia
Wiarą mnie karmisz, nadzieją miłości
Silniejsza wracam z mojego Edenu
Na ziemię, do życia mojego
I szept Twój słyszę, jak testament cenny
Odwagi, ufności, Ja jestem na brzegu
Śmiało możesz kroczyć ku Mnie po swym morzu.
Wielki cud
Cudów nowych żądamy od Ciebie, Boże
Jakby krzyż Zbawiciela
Nie był wielkim cudem
Więźniowie śmierci, o cud uzdrowienia ciała błagamy
A dusza grzechami przebita, rozpacza
Umiera powoli, bez miłości
Znaków oczekujemy, darów na żądanie
Pychą umundurowani, z podaniami w ręku
Dlaczego tak trudno uklęknąć?
Jezus święte słowa zostawił w Ewangelii
Kurz pokrył księgę, litery wyblakły
A my, własne piszemy księgi
O, ludzie, głusi i ślepi, cudów tak spragnieni
Codziennie, obok nas cud wielki się dzieje
W ofierze mszy świętej, w Eucharystii
Kim byłabym?
Kim byłabym
Gdyby nie Twoja Miłość, Jezu?
Stworzeniem szukającym pożywienia, snu, uciechy?
Czym byłby krzyż?
Jedynie drzewem z sosny, jesionu, akacji
Czym byłaby moja modlitwa?
Słowami, które ulatują z wiatrem
Czym byłby świat?
Świergotem ptaków, burzą, mrozem, lękiem
Kim byłby dla mnie człowiek?
Obojętnym towarzyszem w drodze
Twarzą jedynie, z uśmiechem, bądź łzami
Kim byłabym
Gdyby nie Twoja Miłość, Jezu?
Twoja Śmierć Odkupieńcza z Miłości
Otworzyła Drogę, na niej płomienie Twego Serca
Zapalam od nich serce, oświetlam duszę
Idę ku światłu ...
Ono oświetla ludzki ból, cierpienie człowieka
Widzę życie i świat jako Dar
Klękam pod żywym krzyżem, nie drzewem akacji
Moje oczy widzą mój grzech
Moje uszy słyszą Twój płacz
Mojego serca dotyka Twoja Miłość
Moje życie pragnie Twego Słowa, Twego pokarmu
Kim byłabym
Gdyby nie Twoja Śmierć, Zmartwychwstanie?
Kim byłabym, Jezu, bez Twej Miłości, Eucharystii?
Kim byłabym?
Podczas czwartkowej mszy egzorcystycznej, prowadzonej przez ks.Szymborskiego, o uzdrowienie, odczułam dziecięcą, pogodną radość, jakbym była na uczcie weselnej.
Ujrzałam w sercu obraz ludzi w kościele, ubranych w białe, długie szaty. Było jasno i uroczyście. Znikły szare stroje ...
Jakie to dziwne, pomyślałam. Dlaczego, usłyszałam w sercu, jesteście przecież gośćmi na Mojej Uczcie, przy Stole Pańskim. Waszą nędzę przyoblekam w weselny strój.
Zrozumiałam, że przychodząc na mszę, stajemy się jak weselni goście. Panem Młodym jest Jezus. Nasze szaty (myślę o duchowej szacie) powinny być uroczyste, jasne, a my gotowi, pełni miłości, obdarowywać Jezusa świąteczną radością uczestniczenia w niezwykłym spotkaniu, jakim jest msza święta.
Przeżycie, którego doznałam, było jakby kontynuacją poprzedniego dnia, kiedy po mszy świętej, w czasie Adoracji, „przyszedł do mnie” wiersz: Jak druhna.
Jak druhna
Chciałabym podążyć za Tobą, Jezu
Jak druhna za Panem, Oblubieńcem Młodym
Kraniec sukni Twej widzieć blisko przed oczami
Znak Twej świętej drogi
Ludzkie oczy i nogi tak słabe, od grzechów
Muszą odpoczywać i noc je ogarnia
W nocy droga trudna, sen świętość usypia
Zagubić się łatwo
Głosy ludzkie mnie budzą, stanowcze i śmiałe
Drogę wskazują przez świat oznaczoną
Pokazują rachunki i dochodem kuszą
Święta droga za mgłą znika
Serce jednak czuwa wraz z duszą złączone
Tęsknotę budzi, rani przypomnieniem
Czuwać nakazuje, modlitwę przysyła
Drogę Oblubieńca ponownie wskazuje
A Ty czekasz, Panie, na uśpionych nocą świata
Już nie w ślubnej sukni, światłem jaśniejącej
Lecz z krzyżem na plecach, grzechami skrwawiony
Na naszych ludzkich drogach
Ile razy, Panie, zasnę, nocą słabości złożona
Ile razy zagubię skraj Twej sukni ślubnej
Ile razy zaczekasz, bym się nie zgubiła
Z krzyżem, na mej drodze
Chciałabym podążyć za Tobą, Jezu
Jak druhna, za Oblubieńcem, Panem Młodym
Daj łaskę czuwania w modlitwie, na klęczkach
Abym nie straciła z oczu, Twojej świętej drogi
Ziarno miłości
Krzyż ucałowałam w pewien Wielki Piątek
Rękami objęłam stopy Zbawiciela
Tak żywe i ciepłe było drzewo krzyża
Jak w głodnych dłoniach, chleb świeży
Szelest stóp wiernych, do krzyża idących
Brzmiał w uszach jak pieśń wzniosła
Oczu oderwać od krzyża nie mogłam
A w sercu słyszałam ... pragnę twej miłości
W zadumie stałam, jak drzewo po burzy, spokojne
Miłość nieznana zalała mą duszę
Łzy po twarzy płynęły, rozpaczy nie czułam
Bóg chciał tym darem, me serce poruszyć
Dar Twój przyjęłam, Boże Wszechmogący
Modlitwą otuliłam, by nie zamarzł w drodze
Codziennie go przynoszę, w ofierze mszy świętej
Abyś widział, Panie, że go nie zgubiłam
Zasiałeś we mnie, ziarno miłości do Ciebie
Daj mi łaskę wzrostu, w kwiat pięknie pachnący
A gdy zmagać się będę, z Goliatem rozpaczy i smutku
Bądź ze mną, nie pozwól odłączyć mnie, od Twej miłości
Między światem a krzyżem
Nie przyrzekam Ci Jezu, że nie pobłądzę
Bo niemocy swej nie ufam
Nie przyrzekam Ci, Jezu
Iż wśród wątpliwości nie upadnę
Patrząc na świat niemoralnych wydarzeń
Oczy moje w tym świecie
Drażnią fałszywe światła
I słowa o miłości złudne, choć piękne
Oszukujące serca wrażliwe
Przyrzekam Ci jednak, Jezu
W każdym mym upadku
Nie leżeć twarzą do brudnych kamieni
Lecz, nawet sił ostatkiem
Twarz obrócić ku niebu
I choćby stąpano po mnie
Z szyderczym uśmiechem triumfu
Oblicze Twoje, na kalwaryjskim szlaku
Świecić mi będzie nadzieją
A krzyż przez Ciebie, z miłością dźwigany
Drzewem będzie żywym
Pełnym życiodajnych soków
Ono, konarami swymi mnie uniesie
Z każdego ludzkiego upadku.
Medjugorie
Jest to moja kolejna pielgrzymka do tego miejsca modlitwy na świecie, tam Matka Boża pojawia się widzącym i przekazuje orędzia.
Trwają dyskusje na temat autentyczności objawień, a miliony pielgrzymów nadal podążają do Medjugorje poszukując bezpośredniego kontaktu nieba z ziemią.
Adoracja Najświętszego Sakramentu - to jeden z najbardziej uroczystych momentów w Medjugorje. W kościele ścisk, człowiek obok człowieka, różne języki, kultura zachowań, kolor skóry, różne życiowe doświadczenia - po prostu kawałek świata zamknięty ciasno w kościele św. Jakuba, trudno nawet obrócić się, panuje nastrój wyciszenia, modlitwy, tyle spraw mamy do przekazania Jezusowi ...
Człowiek jednak jest tylko człowiekiem, doskwierają mu różne bóle, niedogodności ...
Jezu, mówię, jak piękna, ale zarazem trudna jest Adoracja w takich warunkach ... Serce jednak podpowiada mi odpowiedź. Słyszę: adorujecie Mnie swoją miłością, ale jednocześnie uczycie się „adorować” człowieka obok was jako piękną osobę. Bez tej miłości do sąsiada obok, szacunku, tolerancji dla jego „trudnej” obecności w tym ścisku, cóż warta byłaby miłość do Mnie?
Maryja z Medjugorie
Jest takie miejsce na ziemi
Wybrane przez niebo, stopami Maryi uświęcone
Słowami orędzi ubogacone
Miejsce łask, nawróceń, tęsknoty - Medjugorje
Tam, gdzie niegdyś kozice wędrowały
Dziś ludzie pielgrzymują uparcie
Ku krzyżom znaczącym miejsca Objawień
Ku nadziei dotknięcia świętości
Na tych wzgórzach zostawiają listy, zdjęcia
Własne ślady, wiadomość dla Matki
O swoim życiu, pragnieniach, smutkach
Matko, proszą, przyjdź, przeczytaj ...
Nadzieja stąpająca obok, podnosi chorych
Wyżej i wyżej, po kamieniach, skrawkach ziemi
Ciało spragnione cudu uzdrowienia
Wierzy w moc miejsca, gdzie stała Matka
Spłynęłaś Maryjo na chmurce, na Podbrdo
Z Góry Kriżewac spoglądasz zatroskana
Błogosławisz, zbierasz „Zdrowaś Maryjo” w dłonie
Jak okup za grzechy nasze
Synowi zanosisz, aby Jego miłosierna dłoń
Nie spadła sprawiedliwością na świat
Patrz Synu, prosisz, na tych pielgrzymów
Poczekaj, przecież tyle miłości w Tobie ...
Medjugorje, wydeptane milionami stóp
Wypełnione codziennością, pieśniami, modlitwą
Bądź, dzięki łaskawości Maryi, polem nadziei dla wątpiących
Bądź błogosławionym pokojem dla tych, którzy uwierzyli.
Ty, któraś w pokorze
Tak łatwo mówi się, kocham Cię, Maryjo Święta
A tak trudno składać w modlitwie życia
Perełki jego wszystkich tajemnic, darowanych przez Boga
Tak łatwo godzić się z wolą bożą
Gdy ciepło łask ogrzewa serce
Tak trudno utrzymać różaniec w dłoniach
W tajemnicach bolesnych
Rwie się nasz różaniec zaufania, wierności
Powtarzamy Zdrowaś Maryjo, gubimy słowa
Niecierpliwymi rękami przesuwamy perełki wydarzeń
W których króluje rozpacz, zdrada, choroba
Błogosławionaś Ty, między niewiastami
Ty, któraś w pokorze rozważała tajemnice swego życia
Ty, któraś szukała Syna w Jerozolimskiej świątyni
Ty, która stałaś pod krzyżem
Ty, któraś nie odrzuciła tajemnic różańca swego życia
Pomóż nam z godnością, cierpliwie
Odmówić cały różaniec naszego życia
Wszystkie jego tajemnice
A gdy zerwie się w naszych dłoniach
Bólem szarpany, wypadnie z ręki
Podaj nam, połącz perełki, osłoń płaszczem swych łask
I bądź przy nas, aż do końca
Powtarzaj nam, Pan z tobą.
Pielgrzymki z aniołem
Biegasz za mną, mój stróżu aniele
Lat już wiele
A gentlemanem będąc z niebieskiego świata
Wieku mi nie wymawiasz
Myślałeś może, usiądzie wreszcie, częściej pośpi
I ja się przy niej trochę zdrzemnę
Skrzydła oczyszczę staranniej i odpocznę
A ja, kilka razy w roku
W podróże pielgrzymie cię zabieram
Wczesnym świtem każę ci wstawać
Późną nocą pozwalam zasypiać
Zwiedziliśmy razem wiele sanktuariów
W tłoku, upale, zmęczeni, czasem głodni
Na klęczkach wielbiliśmy Pana i Matkę Jego Świętą
Na skrzydłach nieść mnie musiałeś
Bo nogi niezbyt ochocze
Na górę Podbrdo i Kriżewac wysokie
Na pustyni, w Betlejem i Jerozolimie
Czciliśmy ślady i słowa Jezusa
Z cudownych źródeł piliśmy wodę
Wierząc, że wzmocnią ciało i ducha
Na ustach i rękach moich, pamięć relikwii świętych
W Kafarnaum, tak blisko czułam Jezusa
Jakby czas o latach zapomniał
W San Giovanni Rotondo, Ojciec Pio
Ciągle listy dostaje, modlitwy i prośby
Odpisuje na nie
Cudami nawróceń i uzdrowień
Byłeś ze mną, aniele, w Grocie Michała Archanioła
Czas miałeś z nim rozmawiać
Gdy ja się gorliwie modliłam
Pewnie dał ci rady, jak duszę mą prowadzić
Po świętych ścieżkach, do Boga
Czuję to, gdy skręcam w niewłaściwą stronę
A ty mnie do krzyża prowadzisz
Tyle miejsc świętych razem przemierzyliśmy
Towarzyszu wierny, stróżu mój, aniele
Uczyłeś się mnie słuchać, a ja słuchać ciebie
Teraz też głos twój słyszę, gdy serdecznie prosisz:
W Adoracji klęknijmy, w ciszy się zatopmy
W pielgrzymce człowieczej do Zbawcy swojego
Niech tę świętą chwilę chwali twoja dusza.
Rekolekcje w Olszy (Ognisko Miłości Marty Robin)
Wiele pięknych, trudnych tematów omawiamy w grupie - wartość modlitwy, własnej nicości, ufność w kochające ramiona Jezusa, szeroko otwarte dla każdego.
Kończymy rekolekcje, głowa pełna myśli, rozważań. Słyszę w sercu: tak mam szeroko otwarte ramiona dla was ... ale oczekuję też, że gdy podejdę do was, przyjdę z krzyżem, pełen bólu ... to wy także przytulicie Mnie do serca, pocieszycie ...
Kropla
Twoja Miłość, Boże
Jest jak bezkresny ocean
Moja, jak kropla łzy, bądź deszczu
Twoja Miłość, Boże
Istnieje w wieczności
Moją, lata życia znaczą, skończone
Miłością Jesteś Boże, cały
Ja, kroplę do kropli składam
By skałę mego życia drążyć
Drogę ku Tobie wytrwale znaczyć
Są lata, dni, godziny
Gdy krople mej miłości wiatr zmywa
Słońce wypala
Upał oschłością zabija
Lecz Prawda przedziwnie wpisana
Chrztem Świętym, w człowieczy los
Krzyczy, cierpieniem wzbudzona:
Twe krople miłości człowieczej
Do oceanu Bożej Miłości należą
Zbieram cierpliwie te krople
W naczynie głodnej mej duszy
I jak biedak, niosący skarb cenny
W oceanie Twej Bożej Miłości, zatapiam
Gdy widzę
Kiedy mróz widzę w oczach kogoś
Nie myślę, zły jesteś człowieku
Ktoś, kiedyś łzy twoje w sople zamienił
Świat widzisz w krzywym zwierciadle
Kiedy obojętność w oczach kogoś widzę
Nie myślę, zły jesteś człowieku
Ktoś, kiedyś serce twe boleśnie zranił
A rana ta jeszcze mocno krwawi
Kiedy gniew widzę w oczach kogoś
Myślę, kto gniewu tego cię nauczył?
Czy nikogo nie było przy tobie, człowieku
Kto by cię z miłością przytulił?
Na oślep pędzimy, rany zadajemy
A zło jak kąkol zaśmieca nam życie
Rodziny rozbite, dzieci agresywne
Nikt o modlitwie, nie myśli
A przecież jest Lekarz, Miłosierny wielce
On mróz w oczach w łzy gorące zmienia
Obojętność leczy plastrami z miłości
Gniew, nawet wielki, uśmierza
Przypomnij sobie, człowieku zraniony
Jak kiedyś, w dzień piękny, majowy
Do serca przyjąłeś Go w ubranku z bieli
On nadal czuwa przy tobie
To zło ci każe o Nim nie pamiętać
To ono rodzi przyjaźń człowieka z grzechem
To zło ci szepcze, codziennie, uparcie
Samotny jesteś, człowieku
Wyjdź z tłumu, tych co ranią innych
Zatrzymaj się, niech pędzą dalej
Poszukaj, zagubionego gdzieś różańca babci
I uwierz, w modlitwie, nikt nie jest samotny.
Przed Świętem Zesłania Ducha Świętego.
Światło Miłości
Kim Jesteś, Duchu Święty?
Pojawiasz się jak błysk światła w moim życiu
Z wieczności nieznanej, jak rosa poranna, wskrzeszasz
Tęsknotę zapalasz tajemniczą w codzienności zwykłej
Dusza ku Twemu światłu się unosi
Pieczęć bożej Miłości rozpoznaje
Z ziemskiego świata wyrywa się jak więzień
Światełkiem ku niebu
Tam, w przestrzeni niebieskiej Boga
W świecie Jego świętych praw
Odpoczynku doznaje
Bezkresna miłość ją dotyka, zatapia w sobie
A Duch Święty kołysze jak niewinne dziecko
W czystej, pięknej muzyce trwa
Skrzydła anielskie ją unoszą
Ręce wyciągam, spragnione tego piękna
Matka Boża chwyta je jak ptaki łaknące
Pokarmu ostatecznego, który głód gasi
Balsamem Swych rąk leczy rany
Tęsknotę za Bogiem wpisuje w serce ...
Na ziemię powracam z tej chwili niezwykłej
Lekki wietrzyk mnie chroni
W skrzydłach anielskich jeszcze śpiew słyszę
Chóru, którego pieśni żaden muzyk nie odtworzy
Rękami, duszę powstrzymuję aby nie uleciała
Spragnioną trwania w tym miłosnym uścisku
Jak w marzeniu spełnionym
Nasz czas jeszcze na ziemi, duszo, tłumaczę
Pocieszenia doznałaś, w Duchu Świętym
Śpiewaj o Nim ludzki hymn wdzięczności.
Dzień skupienia w Derdach.
Jestem na Adoracji, niezbyt skupiona, w pamięci mam jeszcze piękny park w Derdach i posąg Jezusa Miłosiernego. Kiedy do niego podchodziłam ... ujrzałam piękny uśmiech Jezusa z posągu, pełen przyjaźni i miłości. Miałam wrażenie, że chce On każdemu ofiarować jakąś łaskę. I tak się stało, doznałam tej łaski podczas Adoracji ... łaski przedziwnej spowiedzi bez słów.
Spowiedź bez słów
W małej kaplicy w Derdach
Gdzie duch Faustyny wciąż żywy
W Adoracji Świętej
Doznałam przedziwnej, bez słów, spowiedzi
Jakby dusza na ołtarz wpłynęła
Rozpoznając miejsce błogosławione
Ciało w ławce zostało, zgarbione
Jak posąg, nagością zawstydzony
Ogień gorący przenikał mnie całą
Dziwnym powiewem wzniecony
Na ołtarz wracał, mocy poszukując
Krzyż i Jezus na nim, w ciało moje wnikał
Ból przedziwny zapalał się w sercu
Dusza krzyczała jak zraniony człowiek
Żal wielki za grzechy, spalał się w tym ogniu
Byłam tylko niemym posągiem ...
Serce popiołem napełniało się szarym
Pokutą najszczerszą wypełniało pamięć
Łzy, jak deszcz w burzy, płynęły rzęsiste
Dusza i ja, Jezusa przepraszały ...
Utonęłam cała w tej mistycznej chwili
Duszę wypuściłam z objęć mego ciała
Idź, szepnęłam, odpocznij w ramionach Jezusa
Niech cię Jego Miłość ... błogosławi.
Pustynia
Wyprowadziłeś mnie, Jezu, na pustynię
Na wolność rozważań serca i duszy
Stanęłam wobec tej wolności zatrwożona
Upał dnia pustyni mnie dręczył, zimne noce ziębiły
Modlitwa gorąca z dreszczem zimna się splatały
Zapalało się wczesnym rankiem moje serce
Nocą gasło, w samotność ozdobione
Wiatr duchowy, jak burza pustyni
Wymiatał emocje i myśli, bez korzeni silnych
Lekki powiew układał nowe warstwy myśli
Krajobraz wydm pięknych widziałam
Groty szukałam, oazy spokoju
Cisza jedynie śpiewała, dziwną pieśń, hymn pustyni
Pielgrzymowałam z mozołem wielkim
Ręce wyciągając do ciepłego wiatru
Dusza i serce stąpały w wielkiej ciszy
Nie obce były im prawa tej pustyni
Głosów ludzkich nie słyszałam, pocieszeń żadnych
Tylko szum sunącego jak fale piasku
Dziwna walka trwała we mnie
Dusza i serce, przewodnikiem były w tej walce
Myśli, sprawy dawne, wydawały się bezużyteczne
Jak balast, przeszkoda, w tej trudnej pielgrzymce
A potem, sen przyszedł, jak łaska w udręce
Dla duszy i serca tą drogą zmęczonego
Tylko chwilę byłam na pustyni serca
Skarb mi ukazałeś... łączność z Twoim Sercem
I choć siły moje słabe jeszcze były
Aby przebyć tę duchową pielgrzymkę bez ochronnej groty
To serce ją pamięta, dnia każdego pyta:
Skąd czerpać źródło mocy?
Z jakich źródeł życia nie pić wody?
I ponownie, czystym i silnym powrócić na szlak pielgrzymi
Na pustynię własnego serca.
Litania o życiu
Modlę się do Ciebie, Boże
Moim smutkiem, radością, rozpaczą i nadzieją
Dniem powszednim i świątecznym
Modlę się do Ciebie, Boże
Moimi myślami, miłością i moimi wierszami
Moim krzyżem, nadzieją i wiarą
Modlę się do Ciebie, Boże
Spadającymi kroplami deszczu i promieniami słońca
Znają one dźwięki, harmonię i światło piękniejsze od słów
Modlę się do Ciebie, Boże
Szumem łagodnego wiatru w liściach drzew
Chórem się wydaje anielskim, szeptem: chwała Panu
Modlę się do Ciebie, Boże
Porami roku, przeżytymi latami, upadkami i wzlotami
Nauczyły mnie umierania, przemijania i ponownych narodzin
Modlę się do Ciebie, Boże
Litanią mojego życia, do którego mnie zaprosiłeś
Układającego się w tajemnice zwiastowania: wiary, nadziei, miłości
Ty, Boże jesteś autorem tej litanii
Kompozytorem muzyki do niej
Daj mi słuch, wzrok, wrażliwość serca
Odczytywania i rozumienia słów tej modlitwy
Według Twojej, nie mojej woli.
Święto Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Przed mszą wyrywa mi się z ust modlitwa: jestem tu jak żebraczka błagająca Cię Matko o pomoc. Na tę moją modlitwę słyszę odpowiedź w sercu: jesteś Moim dzieckiem, a nie żebraczką. Ja ofiarowuję dary z miłości, a nie żebraczą jałmużnę. Mój Syn ofiarował Swoje życie za was. Żebrak prosi kogoś o datek, otrzymuje grosz, a czasem obojętność lub złość. Takimi darczyńcami są ludzie. Ja i Mój Syn nie ofiarowujemy upokarzającej jałmużny, ale łaskę miłości.
Do Matki Bożej Nieustającej Pomocy
Z obrazów świętych znana i matczynej troski
Czuwasz nieustannie, nie znasz snu, spoczynku
Wysłuchujesz próśb naszych i wołań o pomoc
Łzy ocierasz płaczącym, pocieszasz samotnych
Pojazdem Miłości krążysz, szlakiem niebo - ziemia
Bagaż trosk modlących składasz u stóp Syna
Smutki małych dzieci jak białe chusteczki
Aniołom przekazujesz, niech na nich malują
Farbami nieba, radosne uśmiechy
Sfruwają one potem białymi róż płatkami
Wprost na twarze dzieci, smutne, zatroskane
Latarnią Jesteś, w dzień i noc świecącą
Dla tych, co błąkają się po morzu cierpień
Radością dla świętych, nadzieją dla grzesznych
Ogniskiem niegasnącym dla Twych ziemskich dzieci
Matką dla sierot, troskliwą i czułą
Zbierającą na posag, w bożym ogrodzie miłości
Opuszczonym pociechę niesiesz, różańcem ich chronisz
Aby nie popadli w rozpacz i zwątpienie
Potrzebującym, perły Swoje dajesz
Z łez Twoich, sznur długi zebrali je święci
Każda perła, to boleść Matki, Jej pomoc
Wystarczy powiedzieć: Pod Twoją obronę ...
Jak niegdyś Jezusowi szyłaś ziemskie szaty
Tak dziś kapłanom, synom powierzonym Tobie
Ofiarowujesz kapłańskie stuły i ornaty
O świętość ich się modlisz, o ręce błogosławione
Matko Boża Nieustającej Pomocy
Czuwająca w noce naszych cierpień
I w dni naszych radości
Bogu dziękujemy, Synowi i Duchowi Świętemu
Za Świętą Matkę, Jej Miłość i Nieustającą Pomoc.
Modlitwa po komunii
Przyjęłam Cię w komunii, Jezu
Czuję fizyczny smak hostii w ustach
Przyjęłam Cię Jezu, sercem
Stało się spokojne, łagodne, miłosierne
Przyjęłam Cię Jezu, w komunii, duszą
Uspokojona w Twych ramionach
Zapłonęła miłością
Zapaliłeś Panie moje ciało, serce, duszę
Od świecy Twojego wiecznego życia
Płoną we mnie małe płomyki
Proszę swe ciało, serce, duszę
Zapalcie się w jeden wysoki płomień
Niech nie gaśnie i płonie
Wspomnieniem Eucharystii w ustach
Miłosiernym spokojem
Miłością
Niech Dar ten wypełnia moją codzienność
I pali się płomieniem pamięci o Tobie
Niech zaboli, gdy zgrzeszę
Niech ogrzewa nadzieją, gdy czynię dobrze
Daj, Panie, ciału memu, sercu, duszy
Pamięć wieczną ...
O Twojej obecności we mnie!
Głód miłości
Są w życiu takie chwile
Kiedy oddech Ducha Świętego
Ukazuje świat Miłości, uchylając skrzydła okna nieba
Pozwala na zachwyt, olśnienie, zamyślenie
Na narodzenie się, ożywiającej, radosnej nadziei
Adoruję Jezusa, czuję jeszcze smak hostii
Smak cudownej świeżości chleba
W ciszę kościoła, wpisuję modlitwę, zatrzymuję myśli rozbiegane
Serce oddaję Jezusowi, zdolniejsze jest pojąć miłość, niż rozum
Wraca do mnie, ze słowami: głodu nie zaznasz, karmiona Moim Ciałem
Zatapiam się w tych słowach jak w wodach Jordanu
Rozliczam z pragnień, które jeszcze we mnie tkwią
Zbieram odłamki „głodu” tego świata, które jeszcze mnie wabią
Czuję, że mogę je porzucić, choć błyszczą, obiecują …
Głód do Ciebie, Jezu … już czuwa we mnie, w dzień i w nocy
Łąkę widzę, oceanem jest, falującymi kwiatami
A może to symbol naszego rozbieganego świata?
Trwa przedziwna cisza, ona uczy, mówi …
Popękane są wasze serca, przelewa się przez nie, boże miłosierdzie
Ile muszę wylać Miłosierdzia, by człowiek chciał odrzucić grzech?
Głodna jestem tej ciszy, mówiącej językiem miłości
Ciszy wyśpiewującej piękny hymn świętego Pawła:
Czysta miłość zysków nie oczekuje … ofiarna jest
I myślę, że jest w człowieku wielki głód do Ciebie, Boże
A w Tobie, Panie, również głód miłości do ludzi
Niech głód mój i Twój, Jezu, połączy Twoje Miłosierdzie.
Ostatni dzień pielgrzymki do Banneux, Belgia. W tym szczególnym miejscu jestem już ósmy raz. Każdego roku przyglądam się figurce Matki Bożej przy źródełku z uzdrawiającą wodą.
Tego roku zaskoczyły mnie ciemne dłonie Matki Bożej. Modlę się przy figurce, korzystam z wody ze źródełka, próbuję „rozmawiać sercem” z Matką Bożą. Pytam dlaczego ma takie ciemne, jakby zmarznięte ręce.
Słyszę w sercu odpowiedź: wkładam ręce w wasze zimne serca - zimne, jak ta woda w źródełku ... Pomyślałam o ludzkiej obojętności wobec Pana Jezusa, o grzechach swoich, o tylu naszych grzechach wobec Maryi Niepokalanie Poczętej, o braku miłości. To Maryja wkłada ręce w nasze serca, próbuje je „ocieplić” własną miłością do Jezusa. Może tu, właśnie przy źródełku w Banneux zdarzają się cuda przemiany serc?
Pielgrzymka z duszą
Na dziwną pielgrzymkę wyruszyłam
Za podszeptem duszy niecierpliwej
Na szlak samotny, dróżką krętą pod górę
Po jednej stronie, las przyjaźnie szumi
Po drugiej, doliny usłane zbożem i kwieciem
Ciszę przerywa śpiew ptaków
Wokół przejrzyste, skrzące się światłem kolory
Dusza, jak mały chłopiec, podąża żwawo w górę
Z każdym krokiem, opuszcza mnie ból, smutek
Widzę, jak opadają ze mnie zielonymi kamykami
Toczą się do pobliskiego strumienia
Doznaję uczucia wielkiej miłości i wolności
Od goryczy, myśli natrętnych
Uczucia kruszą się, spadają drobnymi odłamkami
Staczają w dół ...
Doganiam moją duszę, słyszę śpiew piękny
Krople deszczu oczyszczają moje ciało
Nabieram je w dłonie, piję łapczywie na zapas
Piękno tej drogi błyszczy kolorami tęczy
Ciepło powietrza przenika dobrem, miłością
Jak tu pięknie - mówię do duszy ...
Wracamy - słyszę jej głos ...
Dusza znów tkwi w moim ciele
Schodzimy w dół, ku ludzkim domostwom
Słychać głosy zabieganych o jutro
Zabieram ze sobą tęsknotę, która jeszcze ogląda się wstecz
Pamięć piękna, wolności i miłości tkwi we mnie
Jakby ktoś stary obraz oprawił w nową ramę
Wróciłam z dziwnej pielgrzymki z duszą ...
Jeszcze słyszę tamten śpiew ...
Jeszcze widzę tamto piękno ...
Jeszcze czuję tamtą miłość ...
Są takie pielgrzymki, z których całkiem nie wracamy ...
Modlitwa radosnej tęsknoty
Pragnienie mam
Modlić się do Ciebie, Boże
Słowami, które w sercu
Gorącą, odciskają się pieczęcią
A nie są, jak ptaki, uwolnione z klatki
Wylatujące ku przestrzeni wolności
By już nie wracać do klatki serca
Rozpłynąć się w zapomnienie …
Słów modlitwy pragnę, owocujących
Choćby ogrodnik cierpienia je sadził
O modlitwę błagam, pełną tęsknoty
Gdy, same dźwięki słów, grają w sercu muzykę
Anielskich skrzypków, natchnionych miłością
Muzykę bożonarodzeniowej radości dziecka
Ale także nuty smutku requiem, jak krzyk do nieba
I umierający, cichy szloch Jezusa, na kalwaryjskiej drodze
Serce moje otwieram dla takiej modlitwy
Nie dla słów, jak lilie pachnące przez chwilę
A potem, martwymi się stają, bez życia
Ale dla modlitwy, gdy serce klęka, obudzone
Z marazmu powszedniości i chce … śpiewać
Śpiewać i płakać, milczeć i czekać … na głos Pana
Na głos … Ojca, Boga Żywego
Którego tak pragnie serce, dziecka zakochanego.
Trudne powołanie
Istnieje ból tak niepokojący
Przeszywający strzałami duchowych zmagań
Niewidzialny dla oczu świata
Ból, który nie wykrzywia twarzy cierpieniem
Lecz jak ptak zasiada w gnieździe serca
Przypominając o swoim istnieniu
Ból, który nie krzyczy … ale trwa i czeka
Pozwala twarzy się uśmiechać
Pozwala żyć, choć boleśniejszy jest od cielesnych udręczeń
Ból duchowych zmagań, ptak wyczekujący
Na spełnienie … powołania
Rozpoznania drogi, wyznaczonej przez Boga
Ból, jak pusty krzyż, niemy
Czekający na wolę człowieka, wolną wolę
Aby przyjąć … lub odrzucić, boże plany
Ku światu twarz zwracamy, by ból ten ukoić
Ale pusty, niemy krzyż czeka, cierpliwy, ofiarny
Na czas, gdy Chrystusowi, podamy rękę.
Jestem na mszy świętej uzdrowieniowej, w której uczestniczy także egzorcysta, ks. Jan Szymborski. Przed mszą, wierni odmawiają różaniec. Spoglądam na piękny krzyż z Panem Jezusem, rozpiętym wysoko na nim. Na tej mszy jest zawsze wiele intencji związanych z ludzkim cierpieniem.
Patrzę na Jezusa, wyciszam się ... Słyszę w sercu: ludzkie cierpienie, krzyż nałożony na ramiona - jeśli znoszony jest z cierpliwością, poddaniem się bożej woli - wtedy unosi człowieka wysoko, ku krzyżowi Chrystusa.
To tam spotykają się oczy cierpiącego Jezusa i cierpiącego człowieka. Jezus daje siłę ludzkiemu cierpieniu, uszlachetnia je. Będąc blisko Jezusa, człowiek cierpiący widzi życie toczące się wokół, jako szczególną wartość, a nie tylko przeżywanie kolejnego dnia i trwanie z dnia na dzień. I choć cierpi ból, chorobę, opuszczenie - to wtedy właśnie ma szczególną miłość Jezusa. Ta miłość daje mu moc łagodnego i cierpliwego spoglądania na świat, ludzi. Taki człowiek jest blisko oczu Jezusa przykutego do krzyża. Oczy cierpiącego i oczy Jezusa wpatrują się w siebie, są blisko siebie.
Dar radości życia
Kiedy budzisz się rankiem z modlitwą na ustach
Kiedy cieszy cię światło za oknem, drzewa i słońce
Kiedy serce twoje wypełnia dziwna radość
To dar wielki, choć czasem zapominasz ... od Kogo
Kiedy w ludziach widzisz piękno w oczach
Kiedy słuch twój wypełniają dobre słowa
Pieśni słyszysz piękne, bukiet kwiatów cię cieszy
To dar wielki, choć czasem zapominasz ... od Kogo
Daj nam takich darów wiele, Boże
Niech serca nasze dotknie Twoja wola
Niech dar życia będzie naszym dziękczynieniem
A modlitwa - radosnym Ciebie uwielbieniem.
Autostrada
Świat ułudą nas wabi, wielkich przestrzeni działania
Autostradą szeroką, pełną cennych kamieni
Chwyć, krzyczy, kamień sukcesu w nauce
A odkrywcą będziesz sławnym
Schyl się po kamień talentu, błyszczący
Świat cię uwielbieniem obdarzy
Głaz podnieś, choć może ciężki
On, da ci przywilej władzy
I tak wabieni okrzykami świata
Z autostrady pychy, zbieramy kamienie
Z kamieniem talentu, biegniemy dumni
Tłum hałaśliwy, nie chce nas słuchać
A nowe pokolenie, własną tworzy naukę
Gdy głaz władzy dźwigamy mozolnie
Podstępem, silniejszy, z ręki nam go wytrąca
Aż zniechęceni, rozczarowani i smutni
W walce o siebie, o swe talenty
Koniec widzimy, swych zmagań
Jeszcze do piersi tulimy swój kamień
Lecz blask jego niknie, cieniem przesłonięty
Jest taki obraz, ludziom naszego wieku, dany
Gdy pod nim klękniesz, pod stopami Pana
Autostradę ujrzysz … do Serca Jezusa Miłosiernego
Dwa okalają ją promienie, czerwony i blady
Krwią znaczone Pana i strumieniem Sakramentów
Drogę wyznaczają ku Jego Sercu, światłem Miłości
Z psalmem uwielbienia, wejdź w tę „autostradę”
Oddaj Sercu Jezusa swoje życie i wolę
Niech Jego błogosławieństwo, talenty twe mnoży
Dla chwały Boga, dla radości i nadziei bliźnich.
Nauka o Miłości
Dziękuję ci, Synu Marnotrawny
I tobie Synu, Dobrym zwany
Za naukę o Miłości, z Ewangelii płynącą
Za ufność twoją, Synu Marnotrawny
W pokutę i przebaczenie Ojca
Nawet za złość twoją, dziękuję ci, Synu Dobry
Iż dary otrzymał ten, kto nie zasługuje
Jesteście lustrem dla serca mojego
Z jednej strony światło, z drugiej ciemność lustra
W świetle chcemy widzieć piękny wizerunek
Ciemna strona pochłania to, co ukryć chcemy
Ile w naszym sercu światła, a ile ciemności?
Ile widzenia oczami, a ile miłosierną miłością?
Samotny Ojciec na drodze, zna prawdę …
Ty, Synu, Dobrym zwany, udział miałeś w bogactwie Ojca
Lecz gorycz niewolnika, zabrzmiała w twych ustach
Posługą rzetelną, ale … bez miłości
Było twoje, Ojcu, posłuszeństwo
Przebaczenie Jego, za niewdzięczność uznałeś …
Ile w naszym sercu, Boże, posługi niewolnika w wierze?
A ile miłości, dla samej Miłości?
Przywilejów pragniemy za Twą Miłość, Boże
Zapłaty, jak żołnierze, żołdu
A Ty, chcesz dzielić się bogactwem Twej Miłości
Dla samej radości, bycia w Twych ramionach
Jak często w lustrze swego serca, Dobrego Syna widzimy
Jak często ciemność egoizmu … zatrzymuje nas
By, wraz z Ojcem Samotnym, wychodzić na drogę
Czekając na Synów Marnotrawnych
I dzielić z Nim, radość z ich powrotów.
Podczas Adoracji zastanawiałam się, dlaczego tak długo odczuwam smutek i wewnętrzny ból, po pięknej pielgrzymce do Włoch. Poświęciłam ją w intencji kapłanów.
Tak zwyczajnie, po ludzku, myślałam, że moje intencje są „mało dostrzegane”, a moja grzeszność „odbiera” tym intencjom wagę. Może nie przyjąłeś moich intencji, Boże? - pytałam klęcząc przed Najświętszym Sakramentem. W sercu usłyszałam ... wasze intencje, pozbawione egoistycznych odczuć, są niezwykle ważne, wasza zgoda na ból i smutek z tym związany - to cena walki o świętość intencji. Nawet nie wiecie, ile zyskujecie dla osób, o które się modlicie ...
Boże, pomyślałam, daj mi odwagę modlitwy. Duchu Święty, daj mi myśl światłą o intencjach, które Bóg z miłością przyjmuje, patrząc z wielkim Miłosierdziem na nasze starania.
Słowa miłości
Szukam w moim sercu
Własnych słów miłości, do Ciebie, Boże
Jak owoców dojrzałych
Na drzewie mojej wiary
Wzrok ku ptakom wolnym wznoszę
Może w przestrzeni podniebnej
Znajdą słowa miłości od lat zagubione
Na obrazy święte patrzę, twarze zamyślone
Na piety milczące, dłutem rzeźbiarza wykute
Muzyki słucham mistrzów
Choć pomarli, żyją w swych nutach
Dzieła miłości nie umierają ...
Piękne jest milczenie piety bolesnej
Twarze świętych na obrazach
Bezszelestny lot ptaków
Milczący blask słońca, cisza nocy
Słowa jednak chcą opisać piękno
Tego milczenia miłości
Obdarzyłeś nas Boże, językiem miłości
Odpowiadasz nam w nim, wysłuchujesz
Cierpliwie czekasz, łaskawy, miłosierny
Aż pojmiemy gramatykę tego języka
Aż wreszcie jego słowami uwielbimy Ciebie
Czekasz cierpliwie, Boże
Na dzieła miłości każdego z nas
Na piety życia, koncerty duszy i serca
Niepowtarzalne, indywidualne, piękne
Na psalmy
Językiem miłości pisane, Twoim językiem
Opisujące dzień po dniu, nasze własne życie.
Horyzont
W horyzont się wpatrywałam
Tajemniczą linię, gdzie tęsknota doznaje spełnienia
Każdy krok ku niemu, linię oddalał
Ale horyzont trwał … zachęcał do drogi
Oddalał się, gdy biegłam
Gdy przystawałam, trwał w wyczekiwaniu
Był dla mnie jak Oczy Boga
Spoglądające na wysiłek pielgrzyma
Szłam ku niemu, po zielonych łąkach
Pełnych duchowego pokarmu
Soczystych owoców wiary
Na puste, kamienne pola, pełne cierni, wkraczałam
Spragniona, szukałam Mojżesza z laską
I skały, z której wytryśnie ożywcza woda
Cierpiałam głód wiary i zimno uczuć
Horyzont, ku ogrodom mnie prowadził
Które karmiły mnie, osłaniały swym cieniem
Nad oceanem stawałam groźnym
Po ludzku, nieprzystępnym, do przepłynięcia
Zachodzące słońce bożej łaski prowadziło mnie
Oddalało lęk, fale ustępowały
Byłam w miastach, gdzie domy wysokie
Zasłaniały horyzont, a ich hałas
Zagłuszał wołanie Oczu Boga
Otwierałam torbę pielgrzyma z modlitwami
Szukałam Domów Pana z wysokimi wieżami
Klęcząc przed Nim, prosiłam o Jego moc
Ku przestrzeniom mnie prowadził
Kontemplacji Jego Miłości
Uzbrojona w Nią, w Jego Miłość
Idę ku Oczom Boga, ku horyzontowi
Gdzie tęsknota, dozna swego spełnienia.
Kontemplacja
Do Boga wysyłamy prośby i modlitwy
Litanie, koronki i psalmy
Są dni, w których serce nasze
Tak bardzo pragnie Jego Miłości
Iż wszelkie słowa toną w tęsknocie przedziwnej
I milczenie staje się naszą modlitwą …
Usta zamknięte są dla wszelkich myśli
Serce doznaje harmonii oddechu
Uszy głuchną na szmery wokoło
Ciało, w kontemplacji zastyga …
Zmysły wolne od obrazów, dźwięków
Ciszę chłoną, adorując Boga
I tak trwać możemy, jakby czas nie istniał
Łaską obdarowani, niezwykłego spotkania
W którym, nawet aniołowie cichną
Cześć oddając tej świętej chwili
Chwili miłosnego spotkania człowieka i Boga
O, błogosławiony czasie, kontemplacji pięknej
Kiedy duszę swoją oddajemy Panu
Niech ręka Twoja, Miłosierny Boże
Wyleje z kielicha, Męki Syna Twego
Krople woli Twojej, dla życia naszego
I niech ta modlitwa serca, łaską Twoją wlana
W tym adoracyjnym zachwycie, kontemplacji Boga
Chwałą się stanie, dla Ducha Świętego.
Po każdej komunii świętej, proszę Jezusa swoją osobistą modlitwą: Ciało Chrystusa bądź pokarmem dla mej duszy, Krwi Chrystusa bądź napojem dla mej duszy. Wiele lat modlę się tymi słowami. Dziś, po komunii świętej, niezwykle jasno i wyraźnie usłyszałam w sercu: Krew Moja krąży w twojej krwi, w twoim sercu.
Słowa te mocno odbiły się we mnie. Wiemy, jako katolicy, o znaczeniu duchowym komunii świętej, jednak w ten październikowy dzień, gdy pierwszy śnieg pokrył ulice miasta, słowa, które usłyszałam, szczególnie mnie dotknęły. Odczułam moc i znaczenie komunii świętej niemal fizycznie. Ujrzałam obrazowo krople Krwi Chrystusa we mnie. Odczułam wyraźnie, że to zobowiązuje chrześcijanina do godnego zachowania. Kiedykolwiek doznamy pokusy do czynienia czegoś niegodnego, musimy wiedzieć, że jesteśmy nosicielami Krwi Chrystusa - cennego daru. To przesłanie było tak mocne i dotkliwe, że łzy wielkiej skruchy popłynęły z mych oczu.
Anioł Modlitwy
Spotkałam Anioła Modlitwy
Między jawą a snem
Skrzydła miał z cementu odlane
Pomyślałam, rzeźbiarz dzieła nie ukończył ...
Modlitwy wasze do nieba niosę, szepnął
Trudne, pełne żalu, obojętne
Mechaniczne, jak stukot klawiszy komputera
Słowa płyną ... a serce uśpione
Bóg słów pragnie z miłości stworzonych
Prostych jak prośba oczu dziecka
Dni waszych pragnie, ku Sobie zwróconych
Niech modlitwą będą nieustanną
Smutek Anioła odczułam boleśnie
Na własne modlitwy wspomniałam
Posiane jedynie licznym słowem
Boże, wyszeptałam, przebacz każdą modlitwę moją
Z ust jedynie płynącą, poza sercem
Naukę Anioła przyjęłam z wdzięcznością
Mając przed oczami ciągle Jego obraz
Skrzydła cementowe chciał ku niebu podnieść
Modlitwy obojętne, bez serca, skupienia
Nie pozwalały Mu, nad ziemię się unieść.
Dwie miłości
Kiedy miłość jest tylko pięknym słowem
Staje się własnością poetów, strof ulotnych
Taka miłość pożąda piękna, łask, hojnych darów
Oczy cierpiących szpecą ją, łzy plamią
Umiera ze strachu, gdy sukni jej dotykają
Pokaleczone serca i ręce
Po co ci taka miłość, człowieku!
Poznaj Miłość, która nosi cierniową koronę
Dźwiga krzyż, także twój, umiera, zbawia
Oczy tej Miłości nie lękają się twego serca
Rozdartego grzechem splamionych rąk
Miłość dźwigająca krzyż świata, jego ból
I twój
Daje Nadzieję na ... twoje piękno
Obdarza cię tęsknotą
Która gości w sercu, jak gospodarz hojny
I obdarowuje szczodrze, na każdy twój szept modlitwy
Nigdy nie zmęczony twoim lękiem, łzami
Wierny twój towarzysz codziennych zmagań ze złem
O, Miłości Ofiarna, która wychodzisz do nas
Z Obietnicą Zbawienia
Która wlewasz w nas tęsknotę za czystą miłością
I wędrujesz po świecie z krzyżem naszego człowieczeństwa
Zatrzymaj się przede mną, przed każdym człowiekiem
I czekaj cierpliwie, aż się przed Tobą pokłonimy
Czasem ze wstydem grzechu
A czasem z łaską wlanej w nas ... Twojej Miłości.
Lot
Moimi oczami nie ujrzę Cię, Panie
Przestrzeni Królestwa Twego
Nie rozpoznam wzrokiem
I choćbym orłem wiary była
Szybującym wysoko pod niebo
Chwilowej jedynie, zaznam wolności
Ale ta chwila jest motylem pięknym
Który przysiadł na moment czasu niezwykłego
Ku światłu mnie zbliża, przedziwnej czystości
To światło jak diament, kolorami błyszczy
Pamięć mą w nim zatapiam, oddaję bez lęku
By życiem wiecznym się stała
Pulsującym radością, obecności Boga
I choć skrzydła mego lotu, ludzkie, słabe
Z ziemskiej utkane materii
Na ziemię wracam, z modlitwy darem
Miłością malowaną, rękami aniołów świętych
Oczy moje, nie widziały Cię, Boże
Tam, w wysokiej, niedostępnej przestrzeni
Dusza jednak, zachwytu doznała
Muśnięta diamentem, światła Twego, Boże
I ciągle, podrywa mnie z ziemi, ku niebu
Pokarmu pragnie, Twej Miłości Świętej.
Komentując słowa Ewangelii z tego dnia, spytał ksiądz wiernych, czy jak Symeon... spotkali Jezusa w te święta? Spotkałam Go ... ale nie wśród krzątaniny świątecznej, nie w rozrzewnieniu nad żłobkiem. Przemówił do mnie w obrazie niewidomego dziecka na świątecznej mszy świętej. Kiedy przekazywaliśmy sobie znak pokoju, obróciłam się do tyłu. Na niedzielnych mszach, na pierwszych ławkach z przodu siedzą niewidome dzieci z pobliskiego ośrodka. Mój wzrok zatrzymał się na jednym dziecku, dziewczynce. Na jej bardzo bladej twarzy dostrzegłam lekki uśmiech, wyciągnęła nieśmiało dłoń w oczekiwaniu na podanie przez kogoś ręki. Czas na moment zatrzymał się ... zatarł się obraz ludzi wokół. Miałam wrażenie, że to sam Jezus, blady, tak niezwykle pokorny, prosi o gest pokoju ... jak żebrak błagający o odrobinę miłości. W sercu słyszałam słowa: wśród kolorowych lampek, świątecznej bieganiny Jestem ... tak skromny i pokorny, oczekujący ... nie oświetla Mnie blask waszych świątecznych świateł. Nie szukajcie Mnie w pięknych szopkach, bogatych w towary sklepach, choinkowych prezentach. Jestem obok was, jakże często niedostrzegany, bo oczy wasze zwrócone są ku blaskom tego świata, oślepione tym blaskiem ... Zapatrzyłam się na to dziecko, słabe, bez pomocy innych nie przetrwałoby życia z godnością. Ręka tego dziecka była tak nieśmiało wyciągnięta ... nikt z pobliskich ludzi nie dotknął jej ... ja też ... bo byłam za daleko. Po mszy świętej wszyscy biegli do szopki. Nie mogłam patrzeć bez bólu na gipsowe figurki. Pomodliłam się pod obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, „dźwigając” w sercu obraz pokornego Jezusa - dziecka, który objawił mi się na tym przedziwnym spotkaniu.
Podróżnik
Przyjęłam Cię, Jezu, do życia mojego
Jak Podróżnika z Dobrą Nowiną
Rozgościłeś się w moim życiu
Choć dom mej duszy ubogi
I szat królewskich dla Ciebie nie mam
Jednak Twa Miłość Miłosierna
Więźniem się stała
Dla mej spragnionej Prawdy duszy
Przyjęłam Cię, Jezu, do życia mojego
A Ty spytałeś:
Czy wiesz KOGO przyjmujesz?
Chciałam krzyczeć - wiem!
Spojrzałeś ze smutkiem, zmęczony
Usiadłeś przy stole, w domu mej duszy
Z bagażem …
Wyjąłeś koronę cierniową, gwoździe, kamienie
A nawet krzyż z czarnego drzewa
Powiedziałeś o ludziach, którzy Cię obrażają
O ich słowach nieczułych, wrogich
A łzy krwawe spadały
Na stół, w domu mej duszy
Patrzyłeś na mnie i jeszcze raz spytałeś:
Czy wiesz KOGO gościsz?
Przytulam Cię, Jezu, w Ofierze Eucharystii
Pokój czuję w sercu, czasem ból przenikliwy
Jakby serce moje, cudze cierpienie dotykało
Koronę cierniową próbuję zdjąć z Twej głowy
Byś choć na chwilę odpoczął
W domu mej duszy
Matkę Twoją przywołuję do pomocy
Dla pociechy Twojej
Świętych zapraszam by łzy Twoje zbierali
Jak relikwie święte, na uleczenie dusz chorych
Słowa, Ciebie obrażające, zakrywam
Słowami modlitwy błagalnej za grzeszących
Miłości się od Ciebie uczę
Gościu, w domu duszy mojej
I odpowiedzi szukam ciągle, każdego dnia
Na pytanie Twoje: czy wiesz KOGO gościsz?
Dwa światy
Nasz świat, pomalowany jest bogactwem kolorów
Zielenią traw, żółcią pustyni, błękitem mórz i nieba
Światło słońca i księżyca miesza barwy
Wydobywa odcienie, ważne dla genialnych malarzy
Pory roku, mocą natury, ingerują w świat barw
Nadają im soczystość, bądź pokorną szarość
To świat naszych oczu …
Nad tym widzialnym światem kolorów
Unosi się świat tajemniczy, świat ludzkich myśli i uczuć
Świat nierozpoznawalny dla oczu …
Zalega jak mgła nad światem barw
Mgła stworzona ze słów, uśmiechów, łez, marzeń
Czasem przybiera kształt poezji, prozy, muzyki, obrazu
Jest jak fotografia, uchwycona migawką aparatu talentu
I choć umiera twórca słów i obrazów, mgła trwa …
Zaistniała w niewidzialnej przestrzeni uczuć i myśli
Są też miliony tajemnic serca, nieopisanych słowami, dźwiękiem, obrazem
Tajemnice, które stworzyły piękne, codzienne czyny
Zebrały łzy, zamieniając je w deszcz uśmiechu
Tajemnice milionów serc, cichych, nieopisanych ludzkimi słowami
Są jak barwy, z palety samego Boga, kolorują światłem
Świat niewidzialnych myśli i uczuć.
Radość pielgrzyma
Szuka światła dla umocnienia wiary
Przebłaganie niesie w sercu, wdzięczność za łaski
Drogi szuka, która unosi myśli, zapala serce
Drogi, na której stopy odrywają się od ziemi
Przedziwnym pragnieniem biegu ku świętości
Aż ciało zapomina o bolesnych trudach
I chce biec jak łania do źródła
Są dni wędrówki, gdy nogi poranione bolą
A zdyszane serce nie nadąża w trasie
Za poczuciem wolności, od codziennych trosk
I choć karmi pielgrzym swe ciało
Pątnikiem jest ciągle głodnym, ale nie ziemskiej strawy
Na drodze pielgrzyma wędruje szczęśliwy anioł
Odgarnia zwiędłe liście dawnych i ostatnich grzechów
Anioł towarzyszy mu, śpiewa pieśni, daje moc ciału
Aniołowie wszystkich pielgrzymów
Tworzą święty taniec wspólnej radości
Pielgrzymka, to akt adoracji Jezusa, w drodze
Każdego dnia, każdej chwili, w nieprzespanej nocy
Drogowskazem, Najświętszy Sakrament, prowadzący wędrowców
Ku Świątyni, gdzie Maryja, przygotowuje stół obfitych łask
Dla znużonych, lecz szczęśliwych pielgrzymów.
W oktawie Świąt Bożego Narodzenia, kiedy wszystko błyszczy, a same święta stają się bardziej „zabieganiem” aby je „urządzić”, niż duchowym przeżyciem. Modląc się w kościele przed żłobkiem, odczuwałam dziwny niepokój. Miałam wrażenie, że właśnie w tych dniach maleńki Jezus chce mi przekazać coś istotnego, podzielić się bólem, który Go dotyka na tym świecie.
Sięgnęłam do „Orędzia Miłosiernej Miłości do Małych Dusz”. Orędzie to jest współczesnym przekazem - rozmową z Małgorzatą, niedawno zmarłą kobietą z Belgii.
Po modlitwie do Ducha Świętego, natrafiłam na fragment, który mną wstrząsnął. Cytuję:
Jezus: Zaprawdę mówię ci: za jedno niewinne życie, zniszczone już przy poczęciu, co jest najpotworniejszym z karygodnych czynów, będzie pokutować za tę zbrodnię całą wieczność - sto dusz ludzkich obarczonych tą winą. W imię sprawiedliwości i prawa, na które się powołują - mordują bezkarnie dzieło Stwórcy w Jego stworzeniu, to dzieciątko - tę nikłą odrobinę - w łonie jego matki, która osobiście jest winna, na skutek jej zgody na tę przerażającą zbrodnię. Módl się, moje dziecko za te ofiary piekła (18.VII 1973).
Wiele dni przeżywałam te słowa Jezusa - Dzieciątka, walczącego o prawo przeżycia dla ludzkich dzieciątek. Jakże lekko niektórzy z nas podchodzą do spraw aborcji, jak łatwo usprawiedliwiają się ... Jak ważne jest każde poczęte życie dla Boga. Jak łatwo jest począć życie w czasach seksualnego rozpasania ... i jak łatwo jest ... zabić dziecko poczęte, bo sam akt poczęcia nie był aktem miłości, jedynie chwilą zapomnienia.
Kropla Miłości
Nie poznam Cię, Jezu
Jeśli promień z Twego serca
Nie przebije serca mojego
Nie poznam Miłości Miłosiernej
Jeśli świat będę trzymać w ramionach
A nie Ciebie, Boże Dzieciątko
Nie poznam przeznaczenia mej duszy
Jeśli będę ją więzić w ciele
I nie zezwolę na lot ku Stwórcy
Nie poznam Cię, Jezu
Jeśli bólu Twojego nie przyjmę
A między mną i krzyżem zasłonę zawieszę
Wypełnij me serce, Jezu, kroplą Twej Miłości
Niech obfitym deszczem się stanie
I wypłucze egoizm istnienia
Domownikiem bądź, Panie, w sercu moim
Nie gościem weselnym
Abym żyła Twą Miłością
Wlej moc, Panie, łaskę i odwagę
W strwożone ludzkie serce moje
Aby poznało piękno Miłości Miłosiernej
Doświadczyć Twej Miłości, Jezu i wypełnić Nią nasze serca
To poznać tajemnicę Bożego planu
Dla życia ludzkiego.
Ogród
W kontemplacji zatopiona, w poszukiwaniu piękna
Którym duszę moją chciałam ozdobić
Ogród ujrzałam, jakby Eden, w wiosennym rozkwicie
Szczegółami zachwycał, budzącej się przyrody
Drzewa iglaste, dumne i wyniosłe
Zielenią się chlubiły, strącając resztki bieli śniegu
Do promieni słońca wyciągały gałęzie, grusze i jabłonie
W błagalnym geście, o ciepło promieni słońca
Dla rodzących się pączków życia nowego
Gałąź jabłoni ujęłam w ręce, by zapach poczuć, nadziei życia
Pączkami lśniła zielonymi, śpieszącymi się wydać owoce
Z ziemi wyrastała nowa zieleń trawy
Zagłuszając stare, zeschłe pędy
Jak wspomnienia, o których należy zapomnieć
By nowe odkryć w sobie pragnienia i chęci
W kałużach, po stopionym śniegu, wiosenne przeglądało się słońce
Blaskiem swym rozrywało, uparte chmury na niebie
Goniąc je w dziecięcej zabawie
Jakiś ptak nieśmiało zaczął ćwiczyć trele
Nieco zdziwiony zbyt wczesną pobudką
Wiatr leciutko przelatywał przez ogród
Jak dyrygent, szukający muzyków, dla swego koncertu
Tyle piękna było w tym ogrodzie, malowanym wyobraźnią Boga
Tyle szczęścia przenikało serce moje, jak wdzięczna modlitwa
Po co, Boże, pomyślałam, szukać cudów w kosmosie
Rakietami rozbijać przestrzenie, by wiedzą się nasycić?
Człowiekowi, do szczęścia potrzebny jest cud znaków Twojej Miłości
W pięknych ogrodach Edenu, ludzkiego serca.
Oblicza miłości
Miłości pragnie człowiek jak kwiat wody
Bez niej opadają płatki nadziei
Usycha pączek nowego życia
Ludzka miłość jest ciągle spragniona
Kocha … być kochaną
Blaskiem się rodzi … i blednie
Na pustynię obojętności wygnana, cierpi
Nieodporna na zranienia
Ludzką miłością kołyszą zmienne uczucia
Jak wiatr gałęziami drzew
Ludzką miłość, nawet tą najpiękniejszą
Pokonuje śmierć, otulając ją czarnym kirem
Istnieje Miłość, która nie umiera, nie odrzuca
Królewska jest, szlachetna, wieczna
W żebraczym ukazuje się stroju, z krzyżem
Z tęsknotą w oczach błaga:
Zaufaj Mi, a głodu miłości nie zaznasz
Ofiaruję ci miłość, która rodzi miłość
Cierpliwym się staniesz dawcą miłości
A nie tułaczem, poszukującym uczuć
Tęsknotę zasieję w twym sercu, obsypię darami
Mocą Mojej Miłości twoje dni uświęcę
Razem przez życie przejdziemy w smutku i radości
Oblubieńcem Jestem, który wierny jest na wieczność.
Śnieżny, wietrzny dzień, jestem w nienajlepszym nastroju. Gdzieś po głowie kręci się myśl „opuszczenia” mnie przez Jezusa. Mam wrażenie, że nasza bliskość się rozluźniła. Wiem, że to złe myśli, ale ... jestem tylko słabym człowiekiem.
Podczas kilkuminutowej medytacji po przyjęciu komunii, kiedy zdolna jestem powiedzieć tylko: kocham Cię, Jezu - gorące łzy spływają po mojej twarzy ... i wtedy słyszę ukochany głos: tak, mów Mi o swojej miłości, twoje słowa „zalepiają” Moje uszy słodyczą i nie słyszę bluźnierstw, którymi Mnie ludzie raczą ...
W mroźny, zimowy poranek
Chciałabym Cię, Jezu, przyjąć w Eucharystii
W białej sukni, błyszczącej szlachetnymi kamieniami
Przepasanej złotym pasem
Z wiankiem kwiatów na głowie
Jak czyny szlachetne
Z trenem utkanym z cnót moich
Które mogłabym Ci ofiarować
Chciałabym Cię, Jezu, przyjąć
Z koszem pełnym radości
I modlitw jak najczystsze perły
Chciałabym ...
W zimowy, wietrzny poranek
Podążam do Ciebie, Jezu
Zatapiając się w brudnym śniegu
Trochę niewyspana
Otulona mroźnym powietrzem
Wypełniona nudnym smutkiem codzienności
I gdyby nie serce spragnione Twojej miłości
Ciało moje ugrzęzłoby
W lenistwie dnia powszednich czynów
Ominąłby mnie cud codziennej Eucharystii
W zapomnienie poszłyby pragnienia
O czystości duszy w pięknej sukni
O wianku pełnym cnót
O nadziei, iż moje modlitwy staną się perłami
Które Ty dostrzeżesz
W zimowy, mroźny poranek podążam do Ciebie
W ciepłej czapce, a nie z wiankiem z kwiatów
W płaszczu, a nie w białej sukni
Trochę niewyspana, trochę smutna
Bagaż trosk wlokę ze sobą
Jak stary wózek na zakupy
Siadam przed Twoim ołtarzem
I mówię: jestem, Jezu, bo głód czuję Twojej miłości.
Nadzieja w krzyżu
Jak łatwo mówić: krzyża się nie lękam …
Pieśni śpiewając z wiernymi, przy dźwięku organów
Jak trudno jest przyjąć krzyż w rozpaczy
Gdy muzyką są łzy bolesne samotności
Jak trudno pokonać słabość ludzkiego serca
Wzajemności spragnionego, za każdy gest miłości
Aby krzyż życia przyjęło z ufnością
Nadzieją się karmiąc, krzyża Chrystusowego
Te chwile głębokiej rozpaczy
Sprawdzianem są naszej wiary
Spotkaniem, z Jezusem na krzyżu
To czas święty, bycia sam na sam, z Panem
W Jego wyczekującej, obecności …
Upadkiem ten czas będzie, czy wzlotem wiary?
Krzyż Jego, ku nam się pochyla z miłością
Gdzieś w duszy, łagodne brzmi pytanie …
Oddasz swą rozpacz, swój krzyż, ranom Moim?
Czy z głośnym krzykiem, ode Mnie uciekniesz?
I dokąd pójdziesz, ludzka rozpaczy?
W tłumie znikniesz, wołającym: na krzyż z Nim?
Czy jak Dobry Łotr, z sercem czarnym od grzechów
Zaufasz Mojej Miłosiernej Miłości?
Daj nam Jezu, Twoją krew zbawczą z krzyża
By mocą była i łaską, dla naszej wiary
A słowa Twoje: dziś jeszcze będziesz ze Mną w raju
W nadzieję, krzyż nasz przemienią.
Anielska wesołość
Kiedy budzę się rano, anioła proszę, uśmiechnij się do mnie
Jesteś, Stróżu mój, ze świata jasności
Kolory znasz, których nie ma na ziemi
Podziel się ze mną swoim światem
Bym dnia nie ubierała w szarość
Wymaluj na twarzach ludzi obojętnych
Radość dziecięcej wiary
Daj moim kapłanom święte słowa
Przemieniające ludzkie serca
Umyj twarze smutnych ludzi
Eliksirem ożywiającej nadziei
Z aniołami przyjaciół moich, rozmawiaj
O miłości, która przebacza i leczy
Pomagaj mi widzieć pragnących pomocy
Choćby jak kamień milczeli
Zamień drewniane laski starych ludzi
W anielskie skrzydła
Niech lekko biegną na swą mszę codzienną
Stań obok strudzonych dźwiganiem krzyża
Codziennych zmartwień
I szepcz im o nadziei
Cisza zaległa po moich życzeniach
Anioł gorliwie pisał je na kartce
Suknie poprawił zwykłym ludzkim gestem
A kartkę życzeń, w moje ręce włożył
W jego anielskim uśmiechu
Iskierkę dostrzegłam żartu
Życzenia twoje, łagodnie powiedział
Dla ludzi są … nie dla aniołów
I pieśń wesołą śpiewając, odleciał.
Dzień mojej mszy porannej. Ukochany czas rozmowy z Bogiem. Po mszy świętej adoruję Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Co mi dziś chcesz powiedzieć, Jezu? - pytam. Słyszę w sercu dziwne słowa ... nie ubieraj swej duszy w łachmany ...
Rozważam te słowa. Według mnie „łachmany” to wszystkie niepotrzebne sprawy, którymi się otaczamy. Sprawy tego świata, które oddalają nas od Boga, zajmują czas, wciągają w grzech, w pokusy. Jezus oczekuje od swoich dzieci „królewskich szat” na mszy świętej (jak w przypowieści o uczcie weselnej, na którą nie przyszli zaproszeni, tylko przypadkowi goście).
Stając przed Jezusem, stajemy w prawdzie o sobie, łaska spowiedzi, pokuty nas oczyszcza, ubiera w szaty godowe. Zdejmijmy wówczas łachmany swych przywiązań i grzechów. Jezus pragnie nas widzieć na mszy świętej w szatach godowych, a nie w łachmanach.
Jakże wielkiego wysiłku woli musimy dokonywać aby nie zbierać owych łachmanów, które nam świat ukazuje ... nierzadko jako „modne ubrania”, konieczne aby przeżyć. Te łachmany to nazywanie rozwiązłości - miłością, chciwości - zaradnością, obojętności na cudzy ból - brakiem czasu itp.
Współczesne Emaus
Jak mówić o Tobie, Jezu Zmartwychwstały
Tym, co z Jerozolimy, ze strachu, do Emaus uciekli?
Jak ich z drogi zawrócić, aby uwierzyli?
I jak tamci uczniowie, po łamaniu chleba
Mogli Cię rozpoznać?
Jak mówić o Tobie, Jezu Zmartwychwstały
Tym, dla których Bóg umarł na zawsze na krzyżu?
I nie chcą uwierzyć, że On żyje nadal?
Jak ich pustkę niewiary, Twą Miłością zapełnić
Aby w Eucharystii Cię rozpoznawali?
Jak mówić o Tobie, Jezu Zmartwychwstały
Tym, co krzyże ze ścian zdejmują?
Plakatami idoli ozdabiają ściany
Jak uciszyć ich śmiech drwiący
Aby Twój głos usłyszeli?
Jak mówić o Tobie, Jezu Zmartwychwstały
Tym, którzy w cierpieniu krzyk wznoszą do Ciebie?
I nad grobem dziecka, na cmentarnym placu
Nadzieję zawijają w czarny kir żałobny
I modlić się już nie chcą
Jak tamci uczniowie, w swej drodze do Emaus
Stawiam Ci pytania, bezbronna w swej niewiedzy
Jak zawrócić tych, którzy w ścieżkę uciekli niewiary
I tych, którym cierpienie oślepiło oczy
Współczesnych moich, uciekinierów z Jerozolimy?
Ilu ludzi na świecie, tyle dróg do Emaus
Każdy z nas ma ze sobą plan ucieczki od krzyża
Nawet ci, którzy przy Tobie trwali, Jezu
Zaparli się Ciebie przed wrzeszczącym tłumem
Tak grzeszność odbiera odwagę i wiarę?
Nadzieję bolesną w ranach Syna Twego składam
Z Miłości stworzyłeś, Boże, człowieka na ziemi
Z Miłości też każdemu wskażesz Górę Przemiany, Tabor
I choćby ta góra dla wielu była jak ziemska Golgota
Jezus, tam na górze chwyci ich za rękę.
Jesteś dla mnie, Boże …
Jesteś dla mnie, Boże …
Ręką, która mnie przed otchłanią ratuje
Modlitwą, ona mnie z upadku podnosi
Krzyżem Jesteś, po którym się wspinam ku Tobie
Łąką miłości, pełnej białych stokrotek
Zapachem nadziei, gdy wokół mnie rozczarowanie
Winem młodym, rozpalającym wiarę
Jesteś dla mnie, Boże …
Psalmem, rodzącym słowa miłości
Muzyką harmonii, uspakajającą niepokój
Ojcem Jesteś, nie szczędzącym darów
Ręką, opatrującą pieszczotliwie moje rany
Myślą Jesteś, nadającą sens codzienności
Tajemnicą nieba, którą chcesz bym poznała
Jesteś dla mnie, Boże …
Miłością miłosierną, bezinteresowną
Która dar najpiękniejszy daje
Eucharystię, krew i ciało Syna Twojego
Cud płynący prosto z nieba
Cudem tym chcesz mnie unieść ku Sobie
Przez Jego Ofiarę, dzieckiem uczynić Swoim
Jesteś dla mnie, Boże …
Światłem prowadzącym ku Twojej Miłości.
Łaska przebaczenia
Kiedy łódź Twoja, Panie, przybiła
Do brzegu mojego życia
To Ty, Panie, z niej wyszedłeś, do mnie
A światło w tajemniczym lustrze skupione
Dotknęło mnie świetlistym promieniem
Przeniknęło przez ciało, do serca zakamarków, dotarło
Krople łez oświetliło, jeszcze nie przelane
Myśli niedokończone, piękno nie poznane
Słowa Twoje, na wpół zapomniane, na wpół odrzucone
Na brzegu swego życia stałam
Prześwietlona tym światłem, ale lęku nie czułam
Jak dziecko, które przebaczenia doznało
Jakby miłość ukryta w głębi słabości
Zapaliła się i chciała płonąć
Oczyszczać to, co zapomniane, nie poznane
Stałam bez ruchu
Popychana przez inne życie na brzegu
Zadziwiona, wpatrywałam się w łagodne fale
Zanurzyłam stopy w ciepłej wodzie
Chciałam płynąć z Tobą, tam gdzie dobro i miłość
Ręką, uniesioną wysoko, jak do błogosławieństwa
Nakazałeś mi zostać
Na brzegu twojego życia, mówiły Twoje oczy
Są jeszcze burze, które musisz przetrwać
Są Moje słowa, które musisz poznać
Są czyny, których musisz dokonać
Jest piękno, o którym musisz opowiedzieć
Nie lękaj się opuszczenia, Ogrójca i Kalwarii
W komunii świętej, przypłynę łodzią do ciebie …
Na porannej mszy odczuwam potrzebę ofiarowania jej za moją parafię i kapłanów w niej posługujących. Posyłam swojego anioła stróża na ołtarz z moją intencją. W tej samej chwili pojawia się przed moimi oczami duża, złota misa. Jak dziecko, pytam - po co Ci taka duża misa na moją intencję. W sercu słyszę odpowiedź: ta duża misa na ołtarzu napełni się za twoją intencję, wieloma bożymi łaskami. Więcej łask otrzymujesz za swoje intencje za innych, niż gdybyś prosiła tylko w swojej sprawie.
Nauka anioła
Gdy wiara cichnie w sercu twoim
Kurz zakrywa słowa modlitw świętych
W sen zapadasz smutnej obojętności
A Pan wydaje ci się oddalony
Próby doznajesz, nocy ciemności
Własnego Getsemani …
Pamiętaj, tam Jezus również czuwa
Dzieląc się z tobą cierpieniem i trwogą
Samotny, wśród śpiących przyjaciół
Jak ptak, który z klucza żurawi wypadł
By tu, na ziemi, w ciemnościach nocy
Światło zapalać
Na szlaku lotu, ku wieczności
Kiedy wiara cichnie w sercu twoim
Tradycją przodków dana ci w depozyt
Pod krzyżem trwaj Chrystusowym
Niech Miłość Jego spłynie w serce twoje
Kiedy cię dotknie, serce twe zapłonie
Bo wiara z miłości się rodzi
I choćbyś w ciemność wstąpił nocy
Ta Miłość cię obroni …
To próba była tylko, mocy twojej wiary
Łaska czuwania, z Jezusem w Getsemani.
Do pielgrzyma
Nie dotykaj miejsc świętych tylko wzrokiem
Na wolność serce wypuść
Niech gołębiem wyfrunie ze źdźbłem twojej modlitwy
Na świętym obrazie, figurze, ją zostawi
Na wszystkie dni twojego życia
Pamięć o tobie zachowa, gdy tam byłeś
A dziś nie jesteś
Niech moc ci daje trwania na modlitwie
Gdy w twoim życiu cud się nie wydarza
Choć go pragniesz
Błogosławioną nicią złącz się z miejscem świętym
A gdy oczy przymkniesz
Obrazy miejsc świętych jak żywe będą w tobie
Daj dłoniom zapamiętać chropawe ściany świątyń
Ciepło rozgrzanych słońcem kamieni
Łagodność wód Jordanu, Morza Galilejskiego
Piasku pustyni, relikwii świętych
Zapamiętaj łzy przedziwnej radości
Na mszach świętych
I westchnienie wdzięczności, Boże, dziękuję, że tu jestem
Nie dotykaj miejsc świętych tylko wzrokiem
Gwarem i zamieszaniem pielgrzymiego zamętu
Miliony stóp wygładziły kamienne stopnie świątyń
Miliony ust wyszeptały tam modlitwy
Nie jesteś liczbą w tym tłumie
Jesteś darem, jesteś wotum dla świętego miejsca
Spraw, by to był dar miłości.
Łaska Boża
Łaska boża tajemniczą iskrą przenika
Podsyca gasnący płomień nadziei
Dotyka nieoczekiwanie
Umysł nie jest zdolny wytłumaczyć Jej dzieła
Ani najmądrzejszy teologiczny traktat
Tchnieniem jest bożej Miłości …
Na drodze zwątpienia i raniących wydarzeń
Kiedy sił nie ma, aby podnieść się z upadku
Twarz Chrystusa widzimy …
Jego oczy obok naszych, na zakurzonej drodze Kalwarii
Milknie hałas stóp obojętnie przebiegających
Patrzymy na siebie …
Zadziwienie ogarnia nas, jaką moc ma Jego Miłość
Znika ciemność samotności, wstępuje odwaga
Bóg podaje rękę …
Łaska boża nie spływa słowami pocieszenia
W milczeniu niezwykłym czyni dzieło Miłosierdzia
Synom ludzkim ukochanym
Doznajemy zachwytu nad przemianą naszego serca
Otrzepujemy kurz zwątpienia i rozpaczy z naszych ubrań
Spływa na nas pokój …
Ogarnięci łaską bożą, stajemy się świadkami Jego Miłosierdzia
Idziemy za Jezusem ku krzyżowi, na którym Dobry Łotr wisi
I jak On, czujemy się zbawieni …
Łaska boża nie jest ludzką sprawiedliwością
Jest świętym darem dla grzesznika, od Ojca, który przebacza
I cierpliwie czeka na odwzajemnienie Miłości.
Adoracja po mszy. Pytam w sercu z wielką troską, dlaczego jest tak wielu obojętnych na wiarę ludzi? Jak za nich błagać Ciebie, Jezu? W twoim świecie ... słyszę odpowiedź w sercu ... żyjecie jak w stawie. Karmicie się tym, co wam staw daje, a daje mało... Rozważam te słowa. Rzeczywiście, karmimy się wartościami zewnętrznymi, opiniami zawartymi w otoczeniu, w środkach masowego przekazu, tym, co nam świat ukazuje jako wartości, które można skonsumować, tym, co opinia potoczna akceptuje. Karmimy się nierzadko ... małością, ubogim pokarmem ze „stawu”. Jak mówić o tym mieszkańcom stawu, że istnieją morza, oceany, świat boży, bogaty w wielką Miłość, która może ofiarować człowiekowi wyższe wartości duchowe niż zwykła materialna konsumpcja. Trudniejsze jest dziś zadanie dla kapłanów nauczać ludzi aby „wyszli ze stawu” swoich wartości, ku tym wyższym, duchowym i rozejrzeli się w bezkresie oceanu łask, aby spojrzeli wyżej, dalej i odczuli, że są kimś więcej niż stłoczoną w stawie rybą. Potrzebujemy charyzmatycznych kapłanów dla dzisiejszego społeczeństwa, kapłanów „chodzących po morzu”. Módlmy się, aby Bóg dał nam łaskę wydobywania ludzi z ciasnych stawów materializmu, przeciętności, uleganiu marności, którą świat nas karmi ... zamykając nas w stawach przeciętności, abyśmy nie widzieli dalej i wyżej. Módlmy się o charyzmatycznych kapłanów (jak choćby nasz papież), którzy wydobywaliby ludzi ze stawów, ku horyzontom wyższych wartości duchowych, ku Bogu.
Dom dla duszy
Domy budujemy dla ciał kruchych, śmiertelnych
Pałace bogate lub kilka ścian z betonu lub cegły
Do mieszkań tych wnosimy nadzieję człowieka
Iż wewnątrz, gościnnie, miłość zamieszka
Są takie domy, z łaski Boga i modlitw rodziny
Miłość w nich mieszka, od pokoleń, jak gość honorowy
Nawet krzyż nieszczęść jej nie zabija
Mieszkańcy z czcią krzyż podnoszą, ich miłość Go uświęca
Są domy, z których miłość zraniona gniewem, odeszła
Meble są wewnątrz, lodówka pełna, czasem ogród piękny
Tylko serca mieszkańców bez miłości, bezdomne
O ściany i sprzęty, obijają się boleśnie
Co trwałego możemy zbudować rękami słabymi?
Kilka ścian nietrwałych, które żywioł zmiecie
Czy rękami zmusimy miłość by została?
Kiedy serca puste, a dusza bez Pana?
Zanim dom zbudujemy z kredytów i cegły
Szukać należy Domu dla duszy, miłości spragnionej
Miejsca świętego, w którym oddamy ją Opatrzności Bożej
Aby nie zaznała lęku bezdomności i braku nadziei
Kiedy miejsce takie znajdziemy, Dom Rodzinny dla duszy
Opieką nas otoczy Święta Matka i Syn Jej Miłosierny
Z Ich błogosławieństwem dom zbudujemy na skale, nie piasku
Jego trwałość nie w murach, lecz w sercach, bożą miłością wzmocnionych.
Świat ekranów
Wpatrzeni w świat ekranów, laptopów, komórek
Świat widzimy zza szyb zamglonych
Mgłą cudzych myśli i uczuć pokryty
Słowa płyną z ekranów
Jak cukierki z rozdartej torebki
Wszystkie do siebie podobne
Prawdziwe życie przebiega obok
Dla uczuć, komputer nie ma pamięci
Gdzieś ktoś umiera, matka nad dzieckiem płacze
Staruszek, za oknem otwartym szuka nadziei
My ... nadajemy krótki SMS
Na długie, cierpliwe rozmowy
Czasu dziś nikt nie ma
Gasną powoli spragnione uczuć serca
Głowy w ekranie chowane
Smutek i rozpacz to sprawy niemodne
Wierzymy, że lekarz je szybko uleczy
Dzieciom kupimy nowego laptopa
Niech wiedzą, że ich kochamy
I tak umyka dzień za dniem
Szybciej niż biegną wskazówki zegara
Ktoś SMS nam przysłał:
Wiesz, chyba Marta umarła
No cóż, myślimy, takie jest życie ...
Lecz życie zza szyb naszych ekranów
To nie jest prawdziwe życie
Prawdziwe życie ma oczy dziecka, które na ojca czeka
I nieme usta matki, by słowem swym
Czasu ci nie zabierać
Prawdziwe życie nie ma pilota, którym zgasić je można
Trwa ciągle w oczekiwaniu
I w wielkim pragnieniu miłości
Tyka jak niegdyś stary zegar, bijący głośne kuranty
I przypomina o kruchym życiu człowieka
O jego życiu prawdziwym, nie tym na ekranie
Aż wreszcie o prawdzie, dla jednych wiadomej
Dla innych bardzo bolesnej
Każdy z nas kiedyś otrzyma ... nie z ziemi
Lecz z nieba, ostatni dla siebie SMS.
Współczesny, ukrzyżowany
Idzie człowiek ulicą pełną ludzi
W twarzach przechodniów szuka przyjaźni
Samotność z czterech ścian go wypędziła
Rankiem, z własnego mieszkania
Nie chciała już z nim rozmawiać, zaniemówiła …
I tak już od wielu lat milczy
Człowiek wyszedł na poszukiwanie głosów, uśmiechów
Wyszedł nakarmić swą samotność, człowiekiem
Stary jest, zmęczony własną wolnością
Od odpowiedzialności za czas, za mijające sekundy
W ręku torba na zakupy
Jak plecak wędrowca na trudną pielgrzymkę
Pielgrzymkę poprzez ulice pełne nieznanych ludzi
Niepokój widzi w twarzach, zniecierpliwienie
Gdy próbuje rozmawiać
Nie rozumie, że czas dla twarzy jest zbyt cenny
Przemykają obok niego, milcząco, jak jego samotność
Idzie człowiek, krzyż swój niesie niewidoczny
Ale ciężar jego czuje
Współczesny, ukrzyżowany …
Ukrzyżowany obojętnością, samotnością
Poślę mu modlitwę, krótką lecz serdeczną
Stań Jezu, obok niego, z własnym krzyżem
Może zobaczy Ciebie …
Razem wrócicie tam, gdzie samotność tego człowieka
Od lat milcząca, zacznie uśmiechać się, przemówi.
Miałam dziwny sen. Na wzgórzu widziałam trzy drzewa oliwkowe. Ponad drzewami, na wstędze był napis: Jaka jest twoja wiara? Miałam wrażenie, że te trzy drzewa są jak trzy krzyże na Golgocie. Na wzgórzu poruszały się ludzkie postacie. Jedni na kolanach zbliżali się do środkowego drzewa, modląc się, inni sadzili kolorowe kwiaty. Wokół środkowego drzewa była pusta przestrzeń. Obserwowałam tych, którzy sadzili kwiaty i tych, którzy z trudem podchodzili pod drzewo. Wędrując, wyrywali nawet maleńkie rośliny. Pusta przestrzeń pod krzyżem kojarzyła mi się z pustelnią, z wyzbywaniem się wszelkich przywiązań. Nie było tam niczego co rozprasza. Wędrujący na kolanach nie oglądali się wstecz. Była w nich jakaś zadziwiająca determinacja. Podziwiałam ich. Napis u góry: Jaka jest twoja wiara? - migotał złotymi literami. Do kogo należę? - zadałam sobie takie pytanie. Czy do tych, którzy zatrzymują się aby sadzić kolorowe rośliny, czy do tych, którzy wędrują pod drzewo - krzyż. Jesteśmy już na wzgórzu wiary, ale zamiast iść dalej, zatrzymujemy się aby „uprawiać” roślinki własnych przywiązań i pragnień. Mogą to być nawet piękne przywiązania religijne. Kierując oczy ku ziemi, tam gdzie są nasze przywiązania, nie dostrzegamy napisu: Jaka jest twoja wiara? Czy ci, którzy bez lęku dotarli do drzewa - krzyża, na tą pustą przestrzeń, wiedzą więcej o sobie i o swoim zaufaniu do Boga. Widziałam jak oni wracają spod drzewa - krzyża i również sadzą rośliny, ale ich rośliny nie więdły, w przeciwieństwie do tych, którzy nie podchodzili do tego drzewa. Pod drzewem - krzyżem, pusta przestrzeń ciągle czeka na odważnych.
Wielkanocna medytacja
Ile we mnie Twojej Miłości, Jezu
A ile własnej?
Ile krzyża Twego zbawczego we mnie
A ile krzyży z moich grzechów własnych?
Umierając i zmartwychwstając w tą kolejną Wielkanoc
Medytację taką zadałeś mi, Panie
Jako trudne, ludzkie zadanie
Ile niepewności w człowieku, ile lęku, niewiary
Aby całkiem otworzyć dla Ciebie serce
I zaufać Twojemu boskiemu przesłaniu
Ile miejsca musi nasza dusza oczyścić
W swej nieśmiertelnej przestrzeni
Aby wstawić tam krzyż Twój zbawczy
I zaufać Mu w pełni, tu na ziemi
Daj mi, Panie, oczy i serce Twoich świętych
Daj mi ich wiarę, dziecięcą i czystą
Jeśli uznasz, że dość we mnie siły krzyża Twego
Nie pozbawiaj mnie także nocy ciemnych
Daj mi, Panie, radość, gdy czuję Cię obok
Daj mi dotknąć krzyża Twojego, gdy cierpię
Bym rozpoznać mogła w tej medytacji o życiu ...
Ile we mnie Twojej Miłości, Jezu
Ile, Twego zbawczego krzyża we mnie.
Nasza Góra Tabor
Jak głazy, układane w stos
Są nasze ludzkie grzechy
Często górę tworzą, tak wielką
Iż niebo zasłaniają
A my tacy mali pod tą górą
Zdolni swoją naturą zło czynić
Bezsilni by się na nią wspiąć
Wznieść się ponad grzech…
Są wśród nas odważni śmiałkowie
Którzy górę tą chcą pokonać
Duch Święty, podarowany im w wierze
Pomaga wspinać się, prowadzi
Każdy krok wzwyż pot wyciska i łzy
Z każdym krokiem siły słabną…
Jak trudno jest pokonać tę górę
Jak łatwo było ją usypać głazami grzechu!
Ręce pokrwawione, ciało umartwione
Upałem, brakiem wody
Głosami, które nawołują, po co ten trud?
Nogi usuwają się, spadamy w dół
Święty wysiłek trwa, niekiedy całe życie
Najważniejsze wspiąć się ponownie
Ręce przyłożyć do głazów
Modlitwą wypełnić wyschnięte usta
I patrzeć w górę, może już widać światło?
Może już migają gwiazdy?
Może święci dodadzą nam sił?
Tam na szczycie krzyż stoi, Zbawiciel
Tam na szczycie, dokona On, Przemienienia serca
Uświęci trud naszej woli
Tam na szczycie, cień góry naszych grzechów
Nie zasłoni nam nieba.
Modlitwa za grzeszników
Tyle dziś krzyży świat przewraca
Świątyń tyle pustych, burzonych łomami
Krzyż Twój, Jezu, wśród wielu, oburzenie budzi
Sytość bogiem się staje, a wygoda cnotą
Świat chce się bawić, modlitwa mu obca
Obejmuję Cię Jezu, całym moim sercem
I dzięki Ci składam za krzyże przy drogach
One jeszcze stoją, mocno wbite w ziemię
Dziękuję za krzyż każdy, w Twych kościołach pięknych
Za Twą Świętą Obecność, za Twą Miłość zdradzaną
Modlę się za tymi, których świat przekonał
Iż bez krzyża łatwiej wieść życie spokojne
I za tymi się modlę, którzy z uśmiechem, pobłażliwie
Omijają krzyże jak symbole dawne
Pomniki historyczne, stojące od wieków
W swej modlitwie proszę Cię Jezu Żywy
Byś Miłosierdziem Swym oczyścił im twarze
By maski zdjęli, które świat im sprzedał
Dając złudzenie, że wszystko można kupić
By poznali oszustwo świata, który nie chce Boga
Tak bliski Jesteś mi Jezu, w swej Męce na krzyżu
Widzę jak krwawi dziś Twe Miłosierdzie
W modlitwie swej błagam Ciebie, Dobry Jezu
By krzyże, które jeszcze mocno tkwią w mym świecie
Łaską Twoją, poruszyły serca obojętne
Daj Panie pielgrzymom, którzy Cię kochają
Słowa modlitwy błagalnej za grzeszników zaciętych
Niech łaskę im wypraszają Godziną Twego Miłosierdzia
By ich nie dotknęła ręka Twej Sprawiedliwości
Kiedy chcąc wreszcie uklęknąć, krzyża Twego nie znajdą.
10.04.2010 Tragedia pod Smoleńskiem.
Ludzki ból
Widziałam człowieczy ból tak krzyczący
Iż miałam uczucie, że powietrze wokół
Zamienia się w lodowe bryły
Gotowe zranić każdego brakiem nadziei
Widziałam człowieczy ból oddany słowami
Były piękne, przemieniały ból w poetycki spektakl
Sam ból ginął gdzieś przykryty poezją
Rozmywał się w sercu, odlatywał w przestrzeń
Widziałam człowieczy ból w oczach cierpiącego
Wypływał tajemnicą jego serca
Cierpiący chronił go milczeniem
Jakby ból był tylko jego doświadczeniem
Widziałam człowieczy ból krążący po miejscach
W których niegdyś radości kosztował
Przebywania z miłością z ukochaną osobą
Ulice to były, miejsca, kraje, domy
Widziałam człowieczy ból oddawany we władanie
Alkoholu, narkotyków, zabawy
Aby, ci królowie zagłady duszy
Ulotnili się z nim w zapomnienie
Widziałam człowieczy ból na cmentarzu
Łkający nad grobem bliskich
Nieprzygotowany na rozstanie
Jeszcze niedojrzały do oczyszczenia łzami
Widziałam oczami i sercem różne bóle człowieka
Nie widziałam Twego, Jezu, na Kalwarii
Nie krzyczałeś, nie błagałeś, niosłeś krzyż cierpienia
Milcząco, a oczy Twoje widziały, serce czuło, nasze cierpienia.
Kwiat Nadziei
Słów nie ma by cierpienie wyrazić
Ulotne są i nietrwałe
Cierpienie w kryształowym mieści się
Wazonie duszy
Ostre kamienie, wnętrze jego wypełniają
Przemieszczają się w dziwnym milczeniu
Ból ciągle zadając nowy
Jakby ból ust nie miał
By go krzykiem ku niebu ponieść
Jedynie ludzkie oczy, te zwierciadła duszy
Łzami go wyrażają ...
A gdy łez jest więcej niż słów na świecie
W kryształowy wazon duszy spadają
Ból koją, zapomnienia nie dają ...
Jedynie modlitwą można uświęcić
Cierpienie ludzkie, ogromne, dławiące
We własne dłonie
Wziąć delikatnie kryształowy wazon duszy
I oddać go
Dłoniom Miłosiernego Boga
Pomiędzy kamienie ludzkiego cierpienia
Włoży On pączek kwiatu Miłości
I choć z bólu, słów Jego może ...
Nie usłyszymy
To kwiat ten, pokarm zaczerpnie
Z łez naszych i słów modlitwy
I rozkwitnie, rozsiewając zapach Nadziei.
Czy można?
Był sad, a w nim jabłoń rozłożysta
Z owocami czerwonymi jak bombki na choince
Sadu już nie ma, jabłoń dawno ścięto
A ja ... ciągle widzę to drzewo
Był dom niewielki, ot, dwa okna i drzwi
A w nim ludzie kochani i kot szary
Dom zburzono, ludzie dawno umarli
A ja ... nadal go widzę i głosy ich słyszę
Czy można widzieć to, czego już nie ma?
Czy można słyszeć głosy, które zamilkły?
O, jakże piękna jesteś pamięci serca
Zdolna widzieć i słyszeć, to, czego obok nas już nie ma
O, cenny darze, widzenia i słyszenia ... miłością
Dajesz zdolność słuchania nawet w milczeniu
I widzenie piękna, tam, gdzie wzrok go nie widzi
Pozwalasz dotknąć tajemnicy o wartości życia człowieka.
Późną nocą nie mogę zasnąć. Modlę się, serce podpowiada mi, że modlitwa ta jest komuś potrzebna. Ofiarowuję więc te nieprzespane godziny w intencji kogoś potrzebującego pomocy. Odczuwam dziwne przekonanie, iż to moje częściowo nocne czuwanie ma wielki sens. „Oddaję” swoją wygodę, swój wypoczynek ...
W sercu słyszę słowa: modlitwa wasza może być jak jałmużna, albo ... jak piękny dar.
Zastanawia mnie to zdanie. Jaka jest nasza modlitwa? Czy są to słowa wypowiadane tylko ustami, jakbyśmy dawali komuś datek jałmużny z tego co nam zbywa, nierzadko z obowiązku dokonania dobrego czynu? Czy nie powinna to być modlitwa, którą „obdarowujemy” Boga jako dar ubogiego, ofiarującego Bogu swoje najpiękniejsze myśli, uczucia, intencje? Darem ubogiego, który szuka w sobie cennej perły i chce ją Bogu darować? Ofiarowuje to, co ma najlepsze, a nie to czego ma obfitość.
Jezioro
Szukam jeziora o powierzchni gładkiej, przejrzystej
Bym mogła zatopić w nim
Spojrzenie mych oczu
Bez lęku, że obraz w nim odbity
Będzie fałszywy
Mamiący wyobraźnię pięknem, a nie Prawdą
Szukam jeziora łagodnego
Wtopionego w dolinę zieleni i kwiatów
Jeziora, nad którym ptaki śpiewają
Anielskie psalmy
Jeziora, w którym przegląda się Wszechmocna Miłość
Nad tymi wodami nie panuje czas
Jest tylko tu i teraz
A dusza uwolniona od słabości ciała
Unosi się ... ku wolności
Ludzie mówią, nie ma takiego jeziora ...
Ale w mojej duszy tkwi pamięć o nim
Niespokojne serce szuka zagubionego obrazu
Szuka artysty, który go namalował
Niebiańskiego Geniusza, który czyni człowieka wolnym
Kiedy ludzkie oczy zatopią się z pełnym oddaniem
W bezkresie oczu Jego Miłości
Nad łagodnym jeziorem, w dolinie zieleni i kwiatów
Gdzie ptaki śpiewają anielskie psalmy.
Wędrowcy
W zadumę wpadła dusza moja
Bogactwo widząc dróg do Boga
Tych krętych, pełnych wątpliwości i załamań
I tych, po których Miłość, światłem prowadzi
Łąki widziałam pełne pielgrzymów radosnych
Wśród kwiatów szli, z modlitw zrodzonych
Obok, ścieżki biegły, twarde, kamieniste
Głazy raniły wędrowców, upadali …
Autostradę widziałam, ludzi pędzących autami
Czas wydawał się im tak cenny
Iż trudno im było dostrzec
Jezusa idącego piechotą
Mędrców widziałam pochylonych nad księgami
Okulary, z wiekiem, zakładali nowe
Umysł ich pełen był wiedzy, teorii
Ale serca … bez miłości
Byli tacy, którzy w wątłej łódce ciała
Głębi poznania Boga
W oceanie pychy szukali
Z wędką zbyt krótką, by prawdę wyłowić
Widziałam uwięzionych w bagnie
Grzechy pętały im nogi
Ręce unosili w ostatniej nadziei
Pomocy szukali, ratunku dla siebie
Na wszystkich tych ludzkich drogach
Ty, Boże, znak święty stawiasz
Krzyż Syna Twojego …
On Sprawiedliwość Twoją osłania
Chustą Weroniki i męczenników odwagą
O czas błaga dla pogubionych w drodze
O Światło Miłości, dla nich.
Idź przede mną ...
Idź przede mną, Aniele Stróżu mój
Bym po Twoich śladach podążała
W ciemnościach nocy, pochodnię zapalaj
Niech w świetle tym, drogi nie gubię
Za dnia, ucz mnie słów miłości do Boga
Kiedy z sił, po ludzku, opadnę
A uszy moje, światowy harmider zagłuszy
Pociągnij mnie za rękę, dłonią człowieka świętego
Zaprowadź do świątyni
Abym napełniła się radością pamięci o Zbawicielu
Nakaż moim powiekom, aby zakryły oczy
I pozwoliły duszy kontemplować obrazy
Które oczy nie są zdolne zobaczyć
Na mojej drodze, mury widzę wysokie
Ty znasz bramy w nich ukryte
Prowadź mnie przez nie, abym murów tych nie omijała
Drogą wygodniejszą, bezpieczną
Na której się nie zranię
Śpiewaj mi codziennie pieśni piękne
Muzyką zdobione ze świata, z którego pochodzisz
Prowadź do kapliczek i miejsc świętych
Niech z Tobą wielbię Imię Pańskie
Tam, w miejscach świętych odpocznienia zaznasz
Od naszej trudnej pielgrzymki
Szepnij, proszę, na ołtarzu swego Pana
Przyprowadziłem Ci, Jezu, człowieka słabego
I choć słaby, krzyża nie porzuca
Szuka ciągle Ciebie, wyciągnij do niego rękę
Pobłogosław, na obecne i przyszłe dni jego drogi.
Pielgrzymka do Banneux, Belgia.
Jestem w kaplicy Obrazu Matki Bożej. Dziękuję za możliwość przybycia do tego pięknego, cichego miejsca już 9-ty raz. To moja nowenna dziewięcioroczna.
To miejsce wycisza każdego pielgrzyma. Piękne alejki, cała przyroda skierowuje uwagę na Świętą Maryję. Wielu chorych prosi o łaskę uzdrowienia, zarówno ciała jak i duszy. Modlitwy nad źródełkiem wypełniają ciszę. Z pobliskiego szpitala przyjeżdżają na modlitwy ludzie na wózkach z opiekunami. W tym sanktuarium odczuwa się specyficzną opiekę macierzyńską Matki Bożej. Modlę się przed Jej Obrazem, tę pielgrzymkę powierzyłam w intencjach Maryi i powierzonych mi intencjach. To wielka łaska mieć możliwość pielgrzymowania tu już 9-ty raz. Marzyłam o tym już za pierwszym pobytem. Za każdym razem czuję jakbym wracała do ... domu rodzinnego, z ukochaną Matką oczekującą na moje przybycie. Modlę się, ogarnia mnie dziwna radość tego pięknego Spotkania. Słyszę w sercu ... zaprosiłam cię na ... obiad (???). Korzystaj z łask. Ile tych łask przyjmiesz, tyloma podzielisz się z innymi ...
Obiad - to uczta najbardziej sycąca - rozważam w sercu to zdanie. To także długi czas „ucztowania”. To wielka łaska gościnności. Odczuwam wielką radość i spokój wewnętrzny, jak dar niezasłużony, jaki tylko Matka może ofiarować swemu dziecku, nie patrząc na jego niedoskonałość. Chcę tę radość zatrzymać w swojej duszy, sięgać po nią w swej codzienności.
Pielgrzymki do miejsc świętych to możliwość „odpocznienia” serca od zewnętrznego świata, to „uniesienie się” w modlitwie ku Bogu, rozpoznawanie Jego woli. To czas „milczenia ciała”, aby pozwolić „krzyczeć” duszy. To wreszcie piękna rozmowa Stwórcy ze stworzeniem, za pośrednictwem Maryi.
Podczas tej pielgrzymki, w innej kaplicy, gdzie skupiliśmy się na adoracji ... słyszę w sercu ... chcę was widzieć radosnymi, nie smutnymi. To piękne zdanie - chrześcijanin powinien być radosny w modlitwie-rozmowie z Jezusem. Powinien pamiętać, że jest kochany najpiękniejszą miłością. Miłością, jaką świat nigdy nas nie obdarzy. To Miłość Miłosierna, zawsze przebaczająca, oczekująca. Jakże nie ufać tej Miłości?
Radość
Przyszła do mnie radość
Dziwna, Piękna Pani
Nie spotykałam jej w codzienności
Rozgościła się w sercu
Napełniła wonią kwiatów
Otuliłam ją delikatnie białym płótnem
Cichutko wyśpiewywała tajemnice różańca
Rozlewała się we mnie leczącym nektarem
Uspakajała ciało, emocje
Czasem milczała
Usypiana szumem drzew, spadającym deszczem
Kroplami wody ze świętego źródełka
Dotykałam ją modlitwą
Ukazywałam twarze ludzi, wspominałam imiona
Tych, za których się modlę
Ożywała delikatnym poruszeniem serca
Dając znak ... jestem
Nie bój się, nie odejdę ...
Nie jestem świecą, która się wypala
Jestem jak dziecko poczęte w łonie matki
I czekam na piękne narodziny
Kiedy dojrzejesz na czas Wielkiego Okrzyku
Rodząc w swej duszy ...
Miłość do Boga.
Przesłanie wiary
Gdybyś był sławnym teologiem
Wyjaśniającym tajemnice stworzenia
A słowa twoje nie otwierają serc dla bożej miłości
Teorią będą, zamkniętą w bibliotecznej sali
Gdybyś głosił wzniosłe nauki o Bogu
W salach wypełnionych po brzegi
A czasu byś nie miał na rozmowę z wątpiącym
Nauczycielem będziesz niedoskonałym
Jeśli modlisz się gorliwie
I dzień twój wypełniają tajemnice różańca
Ale przechodzisz obojętnie obok proszącego
Modlitwa twoja, to tylko martwe słowa
Gdybyś był słynnym lekarzem, odkrywcą leku
A dłonie twoje nie dotykają chorego
I z serca nie płyną miłosierne słowa nadziei
Będziesz tylko znanym naukowcem
Jeśli chcesz z życia uczynić czysty śpiew anielski
A człowiek obok ciebie, wydaje się fałszywym tonem
Wspomnij przypowieść o pasterzu
Który w trudzie szukał zagubionej owcy
Szlachetny jesteś, gdy dajesz swą miłość rodzinie
Gdy cześć oddajesz ukochanym zmarłym
Dlaczego leniwe jest twoje serce, gdy ktoś prosi o pomoc?
Krótkowzroczne oczy, dla cierpienia na obcych twarzach?
Gdy dzieła piękne tworzysz, talentem obdarzony
Modlitwą wdzięczności dziękuj, pychy nie ukazuj
Bóg obdarzył cię łaską, własnym zaufaniem
Iż o Jego Miłości będziesz mówił bliźnim
Trudne przesłanie wiary dał nam Pan
Świętość jej, nie w miłości do piękna, sławy i doskonałości
Ale w mozolnym trudzie pokochania drugiego człowieka
Nauka dla serca, codzienna, nie odświętna.
Obraz duszy
Zesłałeś Panie, duszę moją na ziemię
Namalowaną Twoimi barwami, kolorami nadziei
Piękno jej, pięknem Stwórcy jaśniało
Na Jego podobieństwo
Na ziemi, pośród trosk, zmagań i cierpień
Wątpliwości, bólu i walki ze złem
Szara się stała, wyblakła od łez
Na podobieństwo obrazu za mgłą
Szukam Panie, dla niej, barw pierwotnych
Czystych, jasnych, iskrzących się światłem
Mgłę szarą, próbuje zetrzeć suknią Maryi
Szkaplerzem, dodać jej odwagi
Duszę moją widzę jak stary obraz
Farba wyschnięta odpada, rysunek zanika
Lecz ciągle jest dziełem artysty
Artysty o wiecznej chwale
Stawiam swoją duszę Boże, przed Tobą
W Adoracji Twego Miłosiernego Piękna
Na sztalugach mego ciała
I błagam: przywróć swą ręką jej barwy
Oświeć Duchem Świętym blednący rysunek
Wolę swoją oddaję Twoim twórczym zamysłom
Nie dla podziwu obrazu duszy własnej
Ale dla chwały i nadziei Stwórcy dusz.
Podczas jednej z mszy odczuwam w sercu przedziwną odwagę do czynienia szlachetnych czynów, jakby ktoś wlał we mnie tę odwagę i dał mi siłę do odróżniania tego co dobre a co złe. Słyszę w sercu: każdy, kto ma odwagę przeciwstawić się złu, nawet z narażeniem się na cierpienie, jest dzieckiem królewskim, które sadzam na „tronie”. Zrozumiałam jak istotna jest walka z własnym egoizmem i wygodą, zamykaniem oczu na zło wokół nas. Każdy, nawet drobny akt odwagi głoszenia słów Jezusa czynem - jest unoszeniem się wyżej ku Bogu i dalszym doskonaleniem. Wraz z tym przychodzi do nas moc Jezusa i umocnienie się w wierze. Odstąpienie od łaski zasiadania na tym „tronie” - to upadek w „pospólstwo grzechu”. Dostaliśmy wybór ... albo walczyć, często sami ze sobą, o ten „tron” (wiadomo, że jest to trudna walka), albo pozostać w „pospólstwie grzechu”, pozornie wygodnym, dającym chwilowe przyjemności.
Ofiara serca
Powiększ serce moje, Panie
Pamięcią Męki Twojej
Niech nie będzie tylko rytmicznie bijącym organem
Niech miejscem będzie dla Krzyża Twojego
Żyjącym Twą Drogą Krzyżową
Milcz, serce moje, gdy cię piłaci oskarżają
Zniż oczy twoje, ku oczom Jezusa w upadku
Szukaj w nich drogi zbawienia
Nie bój się krzyża, danego ci wolą bożą
Dźwigaj go mężnie, obok Pana Twojego
A Matka Jego i Szymon pomoc ci ześlą
Daj, serce moje, Weronice, chustę pragnienia świętości
Niech Oblicze Pana cię strzeże
Nie lituj się, serce moje, nad swym losem
Lamentuj nad grzechami, które upadek przyniosły
Nagość twoja niech oczyszczeniem będzie
Od ziemskich przywiązań, które kuszą
Gwoździe bólu życia, przeszywające ciało
Jezusowi ofiaruj za grzeszników
A ofiara bólu nie pójdzie na zatracenie
Niech krzyż dany ci sprawiedliwą ręką Boga
Wypełni cię, serce moje, wzdłuż i wszerz
Czyniąc przestrzeń dla bożego słowa
Dla Miłości Jego, do świata i ludzi
Łazarzem bądź, serce moje, ukrzyżowanym
Które w łasce miłosierdzia ufność pokłada
Nie dla uczynków, lecz dla wiary w Boga
Umieraj, serce moje, nie dla śmierci
Lecz dla zbawienia wiecznego
W ramionach Świętej Matki.
Bieg za aniołem
Czasem biegniesz przede mną, Aniele, Stróżu mój
O kilka kroków wyprzedzasz
Zniecierpliwiony moją słabością
Patrzysz niezadowolony
Jak nauczyciel zawiedziony uczniem
Tyle planów masz dla mnie, tyle dróg świętych
A ja … zwalniam bieg
Czasem widzę cię na drodze pełnej światła
Oglądasz się za mną
A ja, nocą niemocy okryta, śpię
Ale wracasz i czekasz na mnie
Sny wyjmujesz ze swego podróżnego plecaka
Piękne, o krainach górzystych, źródłach czystych
A czasem mroczne, jakbyś chciał mnie
Ze snu wyrwać …
Radosnym cię widzę, gdy na mszę idziemy
Podskakujesz wesoły, z dziecięcą ufnością
Na spotkanie ze swoim światem
Gdy słów twych nie słyszę, sobą zajęta
Do konfesjonału prowadzisz, bym duszę
Fałszywymi tonami grzechu, rozstrojoną
Na czyste tony przestroić
Podczas adoracji, ptakiem jesteś rozśpiewanym
Ariami z nieba zapamiętanymi
Sił mi dodajesz natchnieniami świętymi
Bym nadążała w biegu za tobą
Z wiarą, że znasz drogi, na których nie pobłądzę.
Podczas medytacji, po komunii, ujrzałam w sercu piękny, przedziwny obraz. Wysoko na tronie siedziała postać znacznych rozmiarów. Z postaci tej spływała jasna tkanina, przezroczysta, mieniąca się odmianami bieli, nieporównywalnej do tej, którą można dostrzec na ziemi. Czułam delikatność tej tkaniny, chciałam zatopić się w niej, otulić. Była materią a jednocześnie jakby ciepłą wodą. Nie miałam śmiałości podnieść głowę ku uniesionej wysoko postaci. Tkanina spływała wokół tej postaci, a blask jej nie raził oczu, świeciła jasno - niebieskim światłem. Wzbudzała we mnie uczucie wielkiej miłości i bezpieczeństwa. Z lewej strony tego obrazu dostrzegłam krzyż z Chrystusem, unoszący się wysoko w przestrzeni. Z krzyża spływała na tkaninę krew, rozmywała się wokoło różowym kolorem. Usłyszałam w sercu: dopóki krew Chrystusa spływa w każdej mszy świętej na ziemię, dopóty Boża Sprawiedliwość jest powstrzymywana. Boże, pomyślałam, jak ważna jest msza święta dla świata, dla każdego grzesznika, nawet dla tych niewierzących. Uczestnicząc we mszy świętej pobożnie, świadomie, uczestniczymy w akcie zbawiania ludzi. Jezus, przelewając krew, oręduje przed Bogiem za grzesznym światem.
Chwile
Są w mym życiu chwile przedziwnej jasności
Rozdziera się zasłona przed moimi oczami
Czuję w sercu miłość, tak mocną, gorącą
Unosi mnie ku niebu, nadludzką tęsknotą
Rozlewa w ciele, mocą nieznaną na ziemi
Kolana zgina w radosnej pokorze
Moje ciało drętwieje, zamienia się w posąg
Mogę tylko wołać do anioła stróża
Weź mą duszę
I zatop w tym ogniu miłości
I choć trwa to chwilę
Jak błysk światła, fragment przepięknej melodii
Dusza moja czystym źródłem się staje
W którym ...
Grzech widzę jak zdradę tej Wielkiej Miłości.
Modlitwa błagalna
Duchu Święty, Boże, Duchu Miłości, błagam Cię
Niech ślepotę mych oczu, na piękno niewidzialne
Dotknie Miłość Miłosierna, rozerwie zasłonę cielesności
Niech siła Miłości Miłosiernej zawładnie mym sercem
A kawałki lodu rozpadną się z trzaskiem
Lodu, który ziębi, rani, złością i grzechem
Daj mi Duchu Święty, Duchu Miłości
Jedną kroplę łzy Jezusa z Getsemani, słoną i gorzką
Jedną kroplę krwawego potu Jego
Niech mocą ich świętości, przetrę oczy niewidzące
Niech egoizm serca i ciała utonie w nich
Jak tonie czarny ptak zła, czyhający na duszę
Daj mi Duchu Święty, Duchu Miłości
Taki bunt, który zabija złe myśli i czyny
Taką modlitwę, która ocala grzeszników
Taką wiarę, pod krzyżem Jezusa
Która nie odwraca się od Jego ran
Nie szuka ukojenia w świecie
Przelej na mnie Duchu Miłości, swego Ducha
Bym przyjmując Jezusa w Eucharystii
Wolę swoją, Jego woli poddawała
Bym milczeniem, na Jego ból, nie odpowiadała
Bym nie stała się obrazem wiary, zakurzonym, pozbawionym światła
Obok którego, Jezus przechodzi ze smutkiem
Daj mi Duchu Święty dar, trudnej miłości miłosiernej
Abym nie oceniała bliźnich według tego, co widzą oczy
Daj chęć walki o uzdrowienie dusz, modlitwą i czynem
Weź obraz mej wiary, przybity krzywo, moją niedoskonałością
A łaską swoją, daj mu czyste barwy Twego światła
I bądź przy mnie, gdy kruchą łodzią mojej woli
Na ocean Twojej woli, wypłynę.
Kim Jesteś dla mnie, Hostio Święta?
Mocą niezwykłą Jesteś
W życiu moim, uwiązanym do ludzi, miejsc i wydarzeń
Podtrzymującą wątłe siły uwikłane w historię życia
Mocą napełniającą odwagą do walki
Ona nie pozwala ugiąć kolan ze strachu przed złem
Światłem Jesteś
Dla mej duszy popadającej w ciemność smutku
Światłem przypominającym o radości Zmartwychwstania
Życiodajnym lekarstwem na oschłość serca
Gorejącym płomieniem wypalającym zranienia
Miłością Jesteś
Ponad wszelkimi słowami, pieśniami pięknymi
Jakie człowiek potrafi stworzyć, nawet najczulszym sercem
Balsamem, po którym znikają blizny ran
A człowiek z ufnością podnosi się z upadku
Ręką Jesteś pomocną
Kiedy własny krzyż wydaje się zbyt ciężki
A oczy szukają miejsca, gdzie go porzucić
Chlebem stajesz się w ustach moich
Który święte chwile nadziei ofiarowuje
Modlitwą Jesteś
Wypełniającą, bez słów, serce moje przebaczeniem
Gdy na klęczkach żałuję za me grzechy
A oddech Pana mojego, z czystej hostii
Tchnieniem swym, wypełnia mą duszę
Radością Jesteś
Ścielącą się u stóp kapłana, zadziwioną cudem
Spotkania z żywym Bogiem, błogosławiącym
Radością, którą wypełniam ciało, serce, duszę
Boże, myślę, jest Miłość, która kocha mnie.
Kim Jesteś dla mnie, Hostio Święta?
Mocą, Światłem, Miłością, Modlitwą, Radością
Jesteś Zbawicielem moim.
Moja ostatnia procesja w Fatimie, ostatni wspólny różaniec. Towarzyszę Matce Bożej, trzymając się ponownie blisko posągu, uskarżam się Jej, że muszę opuścić to piękne miejsce modlitwy. Słyszę w sercu przedziwne słowa: surowo nakazuję ci modlić się za grzeszników ... Zatrwożyły mnie te słowa, ich powaga przejęła mnie głęboko. Napełniła moje serce odpowiedzialnością za innych ludzi. Słowo „surowo” tak wniknęło we mnie jak rana. Mam o niej pamiętać w swoich modlitwach błagalnych za tych, którzy są daleko od Boga.
Fatima
Nie ma już ciszy na wzgórzu Cova da Iria
Nie ma owiec pasących się w słońcu
Nie ma Franciszka, Hiacynty biegających po wzgórzach
Jest plac duży, kamienny, pulsujący krokami ludzi
Powietrzem wypełnionym słowami modlitwy
Sercami i oczami, z miłością wpatrzonymi w Madonnę
Dziesiątki lat temu Anioł ukazał się dzieciom
Nowiny obwieścił i słowa dla świata święte
A potem Matka Boża przemówiła do nich
Głosem pełnym słodyczy głosiła orędzia
Wzywając do błagań i pokuty za lud grzeszny
A oczy Jej były zatroskane o dusz zbawienie
Dziś, Jezus złoty na wysokiej kolumnie
Jak latarnia morska, wita pielgrzymów, rozkładając ręce
Kiedyś szum wiatru niósł się po tych wzgórzach
Dziś, słowa modlitw, we wszystkich językach
Kiedyś słońce i księżyc chlubiły się światłem
Dziś, świec tysiące rozświetlają ciemności
Dawne dróżki, zielem górskim wysłane i drzewami
Granit pokrył, błyszczący od kolan pielgrzymów
Tylko ptaki, choć nieco zdziwione tą zmianą
Nie przestają swych porannych treli
Na chwilę milkną, gdy dzwon wielki katedry
Ave Maryja wygrywa pielgrzymom
Modlitwa nieustająca nad Cova da Iria płynie
Dymem kadzielnym ku niebu się wznosi
Ze świec wosk spływa, każda kropla to wołanie o pomoc
Spalają się grzechy, Boże Miłosierdzie proch ich rozwiewa
Drżą nadzieją przebaczenia, w ciepłych dłoniach, różaniec
Kolejny paciorek, tajemnicę ludzkiej tęsknoty odkrywa
Ludzkie głosy falują dźwiękami języków świata
I choć słowa pielgrzymów obok nieznane
Różaniec łączy jak lina rzucona górskim wspinaczom
Aby wyżej i wyżej podążać ku niebu
Gdzie czekają święte ręce Bożej Matki
Błogosławiącej podróżującym ku Bogu
O Fatimo Święta, darze dla dusz zbawienia
Niech nigdy cisza nie zalegnie nad Cova da Iria
I nie zamilkną modlitwy kolejnych pokoleń
O cuda przemiany serc, grzechem skażonych
Niech pielgrzym, miłością Maryi dotknięty
Błaga tu o swoje zbawienie.
Niespokojna tęsknota
Tęsknię za dotykiem, który rękę moją trzyma w dłoni
Za spojrzeniem miłosiernym, za słowami tęsknię
Które, jak deszcz letni, nadzieją napełnią oczyszczającą
Za Ojcem tęsknię, wychodzącym mi naprzeciw
On ucztę przygotował, dla mojej tęsknoty
Tej tęsknoty nie sycą ludzkie słowa, dotyk i spojrzenie
Działa niewidzialnie, darem jest od Stwórcy
W serce wpisana, śpiewa o miłości czystej
Niespokojnej, dopóki nie spocznie u stóp Boga
W wieczności, gdzie spełni się jej pragnienie miłości
I szuka w swoim świecie, tęsknota wędrująca
Myśli i braci, z Miłości Boga stworzonych
Drogi omija, tam, gdzie zdradliwe wody
Wabią urodą, oszukując nieostrożnego wędrowca
Mylącego ludzką tęsknotę, z tęsknotą za Bogiem
Błaga tęsknota pod krzyżem, o dar miłosiernych czynów
O modlitwę za braci, którzy światu dali się uwieść
O przebaczenie też błaga słowami skruszonymi:
Całego ich płaczu nie utuliłam, ran nie opatrzyłam wielu
Miłosierdziu Boga, sąd powierzam, nad tęsknotą moją.
Święte chwile
Są chwile śmiertelne, umierające w czasie
Śmierć ich, wraz z pamięcią odchodzi
Jak codzienne czynności, rutyną dnia wyznaczane
Siła przeżyć, nawet tych tragicznych, słabnie
Plamą jest w sercu, zalegającą szarym bólem
Są też chwile święte, ponad śmiertelnością istniejące
Chwile, gdy pomiędzy ręką kapłana
A ustami wiernych, hostia biała się unosi
Znak istnienia tajemnicy nieśmiertelności
Moment mistycznego uświęcenia życia
Dwie śmiertelności, kapłana i nasza
A pomiędzy, w przestrzeni modlitwy uniesiony
Jezus, Pan Wiecznej Miłości, Jego Ciało i Krew
Cud tak wielki, że aż niepojęty
Przez kruchą miłość człowieka
Przez ten jeden, święty moment, dotyku Boga
Stajesz sam, przed obliczem Pana
Niebo patrzy na ciebie, wypełniając łaską
Dusza karmi się Eucharystią, krew Pana z twoją się miesza
Śmiertelność twoją zabarwia kolor wieczności
Skruszony, z pokorą oddajesz się woli Pana
I choć zrozumienie tego cudu jest ponad twoje siły
Słyszysz jedynie dźwięki wypełniające świątynię, widzisz twarze
Cud spotkania z Bogiem zaistniał…
Zalewając twoje serce nieznanym pokojem
Są chwile śmiertelne, zamierające w codzienności życia
Są też chwile nieśmiertelne, święte, dar Boga
Gdy Ofiara Męki Jego Syna, woła białą hostią, w duszy:
Jestem twoim pokarmem, zbawieniem dla wieczności
Podaj mi swoje usta, a dotknę cię pocałunkiem pięknej Miłości
To dla tych chwil, Bóg stworzył ciebie…
Dzień wspomnienia św. Franciszka. Któż nie kocha tego świętego! Oddał się cały Bogu, może być wzorem dla wątpiących.
Jestem na mszy świętej. Po komunii „widzę” w duszy obraz szeroko otwartej bramy na zielonej łące pełnej kolorowych kwiatów. Obok, taka sama brama, ale tylko uchylona, jedynie wąski otwór. Zastanawia mnie ten obraz i co on oznacza? Odnoszę go do nauk św. Franciszka. On, cały poświęcił się miłości do Boga, zaufał we wszystkim. Pozwolił swemu sercu otworzyć się całkowicie (tak jak ta pierwsza brama). Czy my ludzie, słabi, nierzadko wątpiący, nie ufający do końca, nie otwieramy swego serca dla Miłości Boga tylko trochę? Boimy się całkowicie zaufać i przyjąć bożą wolę wobec nas. „Kontrolujemy” swoją miłość, ufając bardziej swoim myślom, swojej woli. Daj nam Panie łaskę otwarcia się na Twoją wolę.
Dziecko
Moje serce jest takie małe
Aby Miłość Twą, Boże, ogarnęło całą
Jest jak człowiek niesprawny biegnący do mety
Obok zdrowych biegaczy
Mogę, Boże mój, jedynie przemienić się w dziecko
Które ufność całą, Ojcu oddaje
I podążać za Tobą, każdą ścieżką
Głos Twój mając przed sobą
Chcę by pokarm Świętej Eucharystii
Był mi mlekiem ożywczym, karmiącym
By dziecięcy zachwyt nad Dobrym Ojcem
Nigdy z mojego serca nie znikał
Niech modlitwa moja będzie płaczem dziecka
Spragnionego rąk Ojcowskiej opieki
A On widząc jego bezradność i ufność
Kołysankę mu zaśpiewa o Miłości
Moje serce jest zbyt małe
Aby zmierzyć wielkość Twej Miłości, Boże
Dzieckiem będąc, wierzę, że Ty - Dobry Ojciec
Zanurzysz mnie, w przejrzystym źródle swej Miłości.
Wodospad
Jak z wodospadu, bogactwem dźwięków
Spływa po skałach i kamieniach na świat
Czysta, źródlana woda, bożych łask
Tworząc wodną toń u jego stóp
Toń Miłości, Dobra i Piękna
Nikt nie zna głębokości tych wód
U wielu ludzi budzi lęk
Kamieni skalnych wodospadu wolą się trzymać
Stopy jedynie obmywać bezpiecznie
Każdy kamień to grzech człowieka
W stosy usypane, grzechy znane od pokoleń
Grzechy skamieniałe, w ostrych kształtach głazów
Agresywne, kaleczące, te same od wieków
I te wygładzone, z pozoru łaskawe w dotyku
Oszukańcze, ukrywające zło głęboko schowane
Spływa po nich czysta woda łask
Ciągle cierpliwie, miłosiernie
Czasem burzy się, białą pianą, bożego gniewu
Dla spragnionych jest ciepła od Miłości i Nadziei
Nad przeczystą tonią unoszą się aniołowie
Szepczą, rozbitkom na skałach świata:
Zanurzcie się w niej, oderwijcie dłonie i stopy od kamieni
Uwolnijcie swą wolę od lęków, nieufności, nienawiści
W tej wodzie bożych łask
Nikt nie utonie…
Przyjmijcie w niej, oczyszczający Chrzest Bożej Miłości.
Różaniec nadziei
Sensu życia szukamy, czasem aż do śmierci
Ciemności dni naszych rozważamy
Jakbyśmy bez światła żyli
Z tragicznych wydarzeń wyplatamy
Papierowe wieńce klęski
Kiedy radość ogarnia nagle, serca nasze
Lękamy się jej, myśląc, zaraz odleci
A przecież jest jak nasienie kwiatu
Wzejdzie, napełniając wonnością zapachu
Jak pielęgnować tę radość, która nieśmiało zakwita
Różaniec weź w swoje dłonie
On źródłem tajemnic jest życia
I z każdym słowem: Zdrowaś Maryjo
Oddawaj Jej swoje życie
Z różańcem, myśli twoje odpoczną
Od zła, które cię nęka
Upleciesz wieniec nadziei radosnej
W popiół zamieni się, twój wieniec klęski
Jest święta moc w perełkach tajemnic
Miłość z nich spływa w naczynie duszy
I jasny promień przebija serce
Już sam nie jesteś, z własną tajemnicą
Matka Święta ją wplotła, w życie Jezusa
I kwiat zakwita w tobie, jak owoc
Z którego czerpiesz nektar radości
Miłość, pokojem cię wypełnia
I w miłości, szukasz sensu życia.
Moja codzienna msza święta. Poranek jest deszczowy i smutny. Udziela mi się nastrój tego poranka. W drodze do kościoła odmawiam cząstkę różańca i myślę jak wielką łaską jest msza święta, a ja czuję się ... zwyczajnie, ot, zwykła „codzienność”. Przepraszam w sercu Pana Jezusa za swą ludzką „małość”, czuję się niegodna Jego Miłości.
Piękny śpiew księdza podczas mszy sprawia, że chcę przepraszać Pana Jezusa za wszystko co czyniłam źle, za swą obojętność, grzeszność.
Podczas Przeistoczenia mam wrażenie, że otacza mnie dziwna mgła i wypełnia też ołtarz i unosi ołtarz nieco wyżej, jakby zmieniła się ostrość mojego widzenia przesłonięta białą, przezroczystą materią. To był moment, chwila. Widzę krzyż z Jezusem nad ołtarzem. Jezus odrywa od krzyża rękę i podobnie jak kapłan, unosi ją ku niebu, trzymając dużą hostię. Ręka uniesiona jest pod pewnym kątem. Gdy kapłan unosi kielich, Jezus w tym samym czasie też unosi kielich wysoko, prosto ku niebu, na wyciągniętej ręce. Mam wrażenie, że kielich dotyka samego nieba. Znika gdzieś dach kościoła ...
Świadectwo
W tłumie wiernych stałem, przed ołtarzem Pana
Bardziej zwyczajem przodków, niż potrzebą ducha
Ukryty pośród modlących się ludzi
Nie czułem obecności Twojej, Jezu
Msza była dla mnie, obowiązkiem niedzielnym
Słowa kapłana, ginęły w rozproszeniu myśli
Lecz, gdzieś głęboko skryta, pod obojętności osłoną
Drgała we mnie struna nieznanej tęsknoty
Spotkania z Tobą, Jezu, w samotnej przestrzeni
Do kościoła wszedłem, w pewien dzień powszedni
Pusty kościół, obrazy milczące, cisza jak jedwabny welon
Otulała ławki, ściany, ozdobny żyrandol
Obraz dostrzegłem, na nim monstrancję z Jezusem
Samotny stał, jakby długo czekał na mnie…
Z nadzieją, że pocieszę, tę Jego samotność
Na kolana upadłem, oczu bojąc się podnieść
Miłością nieznaną zadrgało me serce
Przytulić chciałem, tę monstrancję z Panem
Tyle lat, zapłakałem, niosłeś krzyż obojętności mojej, Jezu
Tyle lat, stawałeś obok mnie, z nadzieją na spotkanie
Pragnąc miłością obdarzyć i słowem świętym
Samotny byłeś, opuszczony, przez puste serce moje
A teraz cudu wiary doznaję, Miłosierny Boże!
Górą Tabor, stał się dla mnie, ten ołtarz z monstrancją
Cisza kościoła zadrgała krzykiem duszy przemienionej
Jak Szymon, chciałem chwycić krzyż mój, rzucony na barki Twoje
I w oczy Twe patrząc, Jezu, ponieść go, aż na Golgotę.
Największa jest miłość…
Gdybym głos miała śpiewaka operowego
Wyśpiewałabym Ci, Boże, arię najpiękniejszą
Gdybym talent miała sławnych malarzy
Obraz Twój wymalowałabym barwami cudownymi
Gdybym słowa znała najcenniejsze
Poemat bym napisała, wielbiący Ciebie
Gdybym miłość Twoją poznała głęboką
Życie moje poświęciłabym na wielbieniu Ciebie
Lecz człowiekiem jestem tylko maleńkim
Słów mi często brakuje pięknych, obrazy widzę szare
I choć dusza chciałaby unieść się wysoko
W dłoniach dźwigam codzienności balast
Gdy tak rozważałam pragnienia swoje
Anioł mój na skrzydłach przyniósł hymn miłości
Hymn kiedyś przez świętego Pawła w Ewangelii spisany
Hymn o istocie prawdziwej miłości
Miłość cierpliwa jest, łaskawa, nie szuka poklasku
Gniewem się nie unosi, nie szuka swego
Miłość nigdy nie ustaje…
I zrozumiałam, mój aniele stróżu
Iż Bóg nie żąda od nas arii wspaniałych, obrazów
Talentów, które często są cymbałem brzmiącym
Bóg pragnie miłości, która w Nim pokłada nadzieję
Miłości, bez której, nie ma naszego zbawienia.
Ufaj duszo, Panu
Moje oczy nie widzą Cię, Jezu
Moje ręce nie dotkną Twoich szat
I choćbym oczom nakazała widzieć Twój obraz
A ręce wyciągała wysoko
Nie dosięgnę Cię ...
Zamykam więc oczy, ręce składam na sercu i duszy
Darze Boga żywego
Powierzam spotkanie z Tobą
Na mszy świętej
Pielgrzymuj duszo moja z Panem
Do Getsemani, Drogą Krzyżową
Stań nieśmiało w Wieczerniku
Ucałuj miejsca święte
Krwią Jego zroszone i potem
Wybiegnij obok Weroniki przed tłum wrogi
Krzyża dotknij jak Szymon
A jeśli ból poczujesz od ran Jego
Nie odrzucaj Go
Szukaj na Jego ciele rany, którą Mu zadałaś
I płacz z żalu ...
Uklęknij w kurzu Jerozolimskiej drogi
Obok Pana swego
Nie bój się spojrzeć w Jego oczy
Pomimo szyderstw świata
Wielbiącego tylko to co widzi
Pożądającego tego, co może dotknąć
Duszo moja, mądrością Ducha Świętego obdarowana
A nie ludzką
Ufaj, że Pan jest na ołtarzu
I tylko On wypełni twój głód, twoją tęsknotę
Pokarmem świętym w komunii
Boga z człowiekiem.
Sobota. Odbyłam piękną pielgrzymkę do Łodzi i okolic (Świnice Warckie, Głogowiec) - śladami Świętej Faustyny. W łódzkim parku Wenecja leży kamień upamiętniający spotkanie siostry Faustyny z Jezusem. W czasie kiedy Faustyna się tam bawiła (miała 19 lat), były to obrzeża Łodzi, a samo miasto nie przypominało dzisiejszego, ot mała mieścina w nieznanym na świecie miejscu… A jednak Bóg wybrał tę siostrę, ubogą, niewykształconą na sekretarkę Bożego Miłosierdzia! Jakże cudowny jest to fakt - często nieuświadomiony przez nas, iż Bóg ma dla każdego z nas określony plan. W każdym zakątku świata, na każdego z nas … patrzy Bóg - nie patrzy na nas jak na „poruszający się tłum”, ale jak na pojedynczego człowieka, obdarzonego z góry określonym planem bożym. Każdy z nas „ujęty” jest w pięknym, bożym planie zbawienia. Zależy to tylko od naszej woli.
Pieśń o Faustynie
W habit obleczona, welon czystości i pokory
Z Obliczem Pana, znakiem Prawdy, Drogi i Życia
Posłannictwo święte, podjęłaś Faustyno, dla świata
Głoszenie dzieła o Miłosierdziu Bożym
W złotym kielichu twej duszy
Odkrył Bóg, dziecięctwo serca czystego
Łaską świętych natchnień wypełnił
Miłość ukazał ci wierną
Serce twe drżało, niepewnością ranione
Czy godna jesteś w maleńkości swojej
Tej misji, zesłanej ci z nieba
To Jezus z Drogi Krzyżowej, był ci podporą
Wolę swoją u stóp Jego złożyłaś
Życie oddając za zbawienie grzesznych
Światło nadziei, zajaśniało z mocą
Dla pogrążonych w lęku, przed sprawiedliwością bożą
Płomieniem jesteś, z ogniska wiecznej Miłości
Zapalonym w świecie, dla dusz ratowania
Dla tych, którzy zapomnieli o przymiocie Boga
O Miłosierdziu, które Syna, aż na krzyż przywiodło
Z cierpliwością godną odwiecznej Miłości
Budował Bóg, w świecie nieufnym
Z kamieni cierpień twoich i kapłanów
Świątynię Ducha Miłosierdzia, na ziemi
Jak promień słońca przez kryształ przenika
Tak Miłosierdzie przeszło przez Serce Jezusa
Z obietnicą, dla dusz w ciemności zanurzonych
Które ufność swoją zawierzają w Miłosierdziu Bożym
I rozlała się na świat, jak woda żywa
Ożywcza moc nadziei dla grzeszników
Dla tych, którzy z wiarą chcą zaufać Panu
Oczyścić z grzechów, dla zbawienia wiecznego
Jezus, bosy wędrowiec, przyszedł do ciebie, Faustyno
Z ręką błogosławiącą, śladami ran nie zagojonych
Z sercem niegdyś przebitym włócznią
A z niego promienie łask na ziemię spływają
Jeszcze czas, człowieku, mówią Jego oczy
Jeszcze żyje Miłosierdzie Moje
Dopóki przesuwają się perełki Koronki
A ku niebu słowa płyną: dla Jego bolesnej Męki.
Pieśń do Ducha Świętego
Szukam Ciebie, Duchu Święty
W doświadczaniu przedziwnej Miłości
W tych chwilach modlitwy, adoracji
Kiedy milkną słowa
A do uszu dobiega dźwięk
Jakby poruszenie strun harfy
Serce przenika radosna tęsknota
Poznania tajemniczej granicy
Śmiertelności z wiecznością
Szukam Ciebie, Duchu Święty
W otwartej ranie Serca Jezusa
Rytm swego serca poddaję pulsowaniu Jego rany
I choć grzeszność śmiertelnika zawstydza
Pokorna dusza błaga o Miłosierdzie
Uśpiona jestem wówczas dla świata
I tak niechętna aby wrócić do rzeczywistości zmysłów
Spowiedzią wydaje się ta chwila
Konfesjonałem - Jezus Cierpiący
Szukam Ciebie, Duchu Święty
W natchnieniach, medytacjach
Sam rozum nie jest do nich zdolny
Bez Twego miłosnego tchnienia
Przenikasz mgłę mej śmiertelnej natury
Wlewasz oliwę wiary do lampy dogasającej
Jesteś przy mnie promieniem w ciemności
Prowadzącym niewidomego
Ku przystani Wieczności
Przewodnikiem Jesteś po świecie
Oślepiającym prawdami, które nie zbawiają
Jesteś szeptem cichym, powiewem ciepłym, miłosną pieśnią
O moim przeznaczeniu, o duszy nieśmiertelnej
I choćby cierpieniem, ręka zła mnie dotknęła
Nic nie zagłuszy Twojego głosu
Wspomnień o naszych spotkaniach świętych
Kiedy zanurzona w modlitwie bez słów
Tęsknoty doznałam … za Miłością.
Talent
Pięknym światem obdarzył nas Stwórca
Górami wzniosłymi, głębią oceanów
Lasami pełnymi życia i zapachów
Światłem słońca, gwiazd i księżyca
Dał nam go Stwórca, by w ocean wpatrzeni
O głębi myśleli, własnego człowieczeństwa
W szczyt gór wpatrzeni, ku niebu wznosili serce
Talenty wlał w nas Stwórca, by piękno to opisać
Jedni słowami hołd składają Bogu
Miłością ogarnięci, strofy piszą poezji czułej
Inni, oczy mają jak lustra odbijające piękno
A ręka ich sprawnie przemienia je w barwne obrazy
Są tacy, którzy harmonię słyszą dźwięków
Muzykę komponują, wonne kadzidło dla duszy
Niestety są i tacy, którym szept szatana
Pychę wlał w umysł, ślepymi czyniąc zmysły
Malują dziwnie ciemne i groźne obrazy
Słowa ich zarażają brzydotą i buntem
Zło opisują, jakby panem było świata
A życie, błądzeniem w świecie bez zbawienia
Miłość zaś, marnym towarem, za małe pieniądze
O Stwórco Piękna, Poeto Słów Wiecznych
Malarzu dusz ludzkich, okupionych Krzyżem
Ześlij nam na ziemię poetów, muzyków, malarzy
Którzy piękno Twe widzą, wiarą i nadzieją
Sercem wyczuwają święty zamysł Boga
Iż świat piękny stworzył dla dusz nieśmiertelnych
Dla piękna wiecznego, które nie przemija.
Są w życiu chrześcijanina prawdy, które przyjmuje się jako oczywiste … do momentu kiedy sami nie musimy je przyjąć „praktycznie” do swojego serca i bronić je przykładem własnego życia. Z litością i współczuciem odnosimy się do tych, którzy cierpią w chorobie, są zabijani za wiarę, których dotykają życiowe nieszczęścia (stacja Drogi Krzyżowej - płacz kobiet nad umęczonym Jezusem). Kiedy jednak nas osobiście dotknie nieszczęście, zaczynamy czuć w sercu bunt, złość, nie potrafimy przyjąć tego krzyża jak łaski zesłanej choć trudnej często do udźwignięcia. Nie znaczy to, że ten krzyż ma nas tylko powalić na ziemię, nie znamy tajemnicy jego posłania do nas. Są jednak ludzie, którzy prawdy ewangeliczne tak wcielają w swe życie, że każdy krzyż niosą z godnością. Odczuwają w nim pewien znak dla swojego życia. Niosąc swój krzyż z modlitwą, „współuczestniczą” oni w męce Jezusa, w Jego zbawczym zadaniu. To ludzie, którzy głęboko odczuwają sens nauk Chrystusa. Nie tylko przyjmują słowo, ale żyją nim. Matka Boża stanęła pod krzyżem Syna nie po to, by okazać swoje łzy i współczucie, ale aby razem z Nim stać się „współodkupicielką” za grzechy ludzkości. Sercem bolesnym niosła ten krzyż.
Przed żłóbkiem
Miłością Ciebie obdarzam, Dzieciątko
Klęcząc przed żłóbkiem Twoim
Z matczyną czułością biorę Cię w ramiona
Litanię Ci śpiewam, kołysankę wielbiącą
I choć dziecięciem Jesteś maleńkim
To moc Twych ramion, od moich silniejsza
W oczy Twe patrzę, piękne i ufne
Oddech Twój koi me lęki
A serce szepcze, pełne przedziwnej nadziei:
W ramionach mocno trzymaj Boże Dziecię
Do życia Je zabierz swojego
On, Zbawicielem twoim
W żłóbku, wśród figur Go nie zostawiaj
On żywym jest znakiem Zbawienia
Gdy ciemność grzechu będzie cię kusić
Przytulaj Dzieciątko do serca
Kołyską niech będzie życie twoje
A nie krzyżem, dla ramion Jego
Bolesną miał wiedzę Bóg - Ojciec Niebieski
Zsyłając Syna na ziemię
Lecz Miłość Jego do ludzi jest wieczna
Nadzieja zaś Jego, cierpliwa …
Już setki lat Dzieciątko w żłóbku
Z ufnością błaga o Miłość
Nie lękaj się, prosi, wziąć Mnie w ramiona
Ja, życie twe trudne, znam dobrze
Za pokarm, wystarczą Mi łzy twoje i uśmiech
I czyny człowieka godne
Miłością, pokojem wypełnię twe serce
I krzyża twego też się nie ulęknę …
Mów do mnie
Przychodzę do ciebie, Jezu, z modlitwą i prośbami
Dziecko, ciągle spragnione czułej opieki
Ufna, że mnie wysłuchasz w każdej minucie
Miłości Twojej się powierzam
Ty, słuchasz nawet mojego milczenia
Karmisz myślami z anielskich skrzydeł
Spływają na mnie, czyniąc serce bardziej miłosiernym
Dla ludzi i życia wokół mnie
Wlewasz wiarę w istnienie wiecznej Miłości
Cierpiącej i zmartwychwstającej
Są dni, gdy milkną moje dziecięce prośby
Przedziwna dojrzałość wypełnia duszę
Wówczas proszę: teraz Ty, mów do mnie, Panie
Unieś mnie ku swoim oczom, ukaż swoje prośby
Czym Ciebie ranię? O czym nie chcę pamiętać?
Bolesna jest ta rozmowa z Ukochanym
I choć sędzią Jesteś łagodnym
Widzę Twoje łzy i Miłość grzechem zranioną
W ludzkim pragnieniu wynagrodzenia, schylam się po krzyż
Pożyczam chustę Weroniki, błagając: mów do mnie, Jezu!
Zbyt wiele czasu …
Tak wiele czasu poświęcamy rzeczom
Temu, co w świecie zewnętrzne, ulotne
Z pieniądza czynimy wielkiego idola
O pieniądz zabiegamy bardziej niż o ludzi
Modzie światowych prawd ulegamy
Dajemy się uwieść reklamom, neonom
W tym pędzie po sukces, gdzieś zapominamy
O końcu życia - Stacji Starość …
Boga i modlitwy składamy na dno kufra
Szczelnie zamykamy, by nie psuły nastroju
Ufamy, że pieniądz zapewni nam szczęście
Za złoto kupimy szacunek i miłość
Czasu nie zatrzyma zegar nieprzekupny
Lustra naszego, makijaż nie zmyli
Przyjdzie taki ranek, kiedy w lustro spojrzysz
Chichot usłyszysz, czasu, co przeminął
Pociąg, do którego wsiedliśmy z nadzieją zwycięstwa
Z napisem: sukces, władza i pieniądze
Tak szybko pędzi ku końcowej stacji
Iż czasu nie ma, by z własnym życiem się spotkać …
Przyjdzie czas, gdy młodzi każą nam ustąpić miejsca
Dla świata sukcesu jesteśmy zbyt starzy, niepiękni
I myśl bolesna nas uderzy: fałszywą kartą grał świat z nami
A my, wierzyliśmy w jego oszukańcze prawdy
Módlmy się wtedy o łaskę Pana, o pomoc Jego miłosiernych dłoni
Otwórzmy kufer, gdzie na dnie, głęboko skryte
Są: pożółkła biblia i krzyż od rodziców, drewniany
I słów poszukajmy, które nie kłamią
Jeśli obojętne ci były stacje Drogi Krzyżowej cierpiącego Pana
A twarzy Jego, już nie pamiętasz
Przyjdź pod krzyż, na którym tkwi Ukrzyżowana Prawda
Prawda, o której ty zapomniałeś, lecz Ona nie zapomniała o tobie.
Przed mszą świętą, podczas modlitwy ujrzałam dziwne, zaorane pole, czułam zapach ziemi. Wokół była mgła, z każdej strony. Chciałam znaleźć drogę odwrotu z tego pola, ale wszędzie był ten sam obraz mgły. Zaczęłam się modlić. Nagle ujrzałam przed sobą rów głęboki, trudny do przejścia. Na przeciwnym brzegu tego rowu ujrzałam sylwetkę Jezusa ubranego w białe szaty. Towarzyszyli Mu jacyś ludzie. Chciałam być tam razem z nimi. Ale jak tam przejść? Wtedy usłyszałam w sercu: Zbuduj most ze swojej modlitwy, jeśli jest ona szczera, wiarygodna - przekroczysz ten rów bez lęku … Zrozumiałam jak cenna jest nasza modlitwa zaufania. Modlitwa-most budowana na słabych przęsłach, nie daje nam odwagi przekroczenia tego „rowu”. Musimy dążyć do takiej modlitwy, z którą gotowi jesteśmy przekroczyć ową „przepaść” dzielącą nas od Jezusa. To trudna modlitwa, modlitwa całkowitego zaufania Jemu, a nie uleganie własnym lękom i niepewności. Jezus powiedział: „pragnę” … Jedno słowo. Oby „pragnę” naszej modlitwy dawało nam Jego moc …
Następnego dnia, będąc na mszy w kościele, poczułam gwałtownie dziwną skruchę w sercu. Jestem na „uczcie", Jezus przychodzi do nas w komunii ... jak niewolnik miłości. Przystępujemy do Niego „prosto z własnego życia", często nawet niedostatecznie przygotowani na przyjęcie tego pięknego daru, z własnymi problemami wypełniającymi umysł. A On do każdego przychodzi, bo my podchodzimy po ten dar ... a On się ... oddaje każdemu, kto tylko wyraża wolę. To my decydujemy, a On przychodzi do nas, chociaż nie zawsze jesteśmy tego godni. On - niewolnik własnej miłości do każdego z nas.
Światło
W ciszy kontemplacji
Oddalam słowa z pamięci
Anioła błagam o święte milczenie
O spoczynek w grocie
Chronionej jego skrzydłami
Na bezkresnej pustyni pełnej światła
Gdzie wiatr niesie modlitwy pustelnika
Spragnionego spotkania ze Stwórcą
W ciszy kontemplacji
Pragnę wypełnić tęsknotę mej duszy
Przygarbioną codziennymi troskami
Do pielgrzymki ku temu światłu
Które nie oślepia, a oświeca i leczy
Obdarza świętymi darami wiary
Zatopiona w milczeniu uspakajającym
Czekam …
Oddalam pragnienie własnej woli
Przemierzam drogi swego życia
Widzę góry uświęcające, których nie zdobyłam
Ochrony szukam pod dachami lasów
Na przeczekanie, na pokutę za grzechy
Wolę moją naginam do dalszej pielgrzymki
I choć ciało słabnie
Tęsknota ujrzenia światła, przynagla
Ręce wyciągam wysoko, gdy w ciemności błądzę
Niech modlitwa w moich uniesionych dłoniach
Prowadzi mnie jak laska niewidomego
Ufność mam, że Bóg słabnie w swej sprawiedliwości
Na głos modlitwy
A miłosierny uśmiech Jego, prowadzi dalej
Ku przestrzeniom, gdzie niebo pochyla się ku ziemi
W oczekiwaniu na błąkające się dziecko.
Sen o górze
Sen miałam o świecie przedziwnym
Góra piękna tkwiła pośród skał i piasku
Na jej szczycie zamek lśnił światłem tak czystym
Iż mury jego szkłem wydawały się przeźroczystym
Ludzie w szatach białych wspinali się lekko
Krok ich był tańcem bardziej niż trudem wznoszenia
Radość wypełniała tych dziwnych pielgrzymów
Na twarzach mieli uśmiech miłosnej ekstazy
O, świecie radosny z mego snu cichego
W którym żaden dźwięk fałszywy nie mącił harmonii
Czyżby duszy mojej byłeś ukrytym marzeniem?
Czy istniejesz gdzieś w niebieskiej przestrzeni?
Kiedy świt obudził mnie z tych sennych wspomnień
A codzienność oczy otworzyła na życie, szeroko
Górę własną ujrzałam z trudem zdobywaną
Smutek upadków bolesnych, radość powstawania
Pustynię zobaczyłam za dnia upalną, pełną lęków, nocą
Bez napoju modlitwy, świętej wody, pochłania wędrowców
Na stoku góry - skały dziesięciu przykazań, trudnych do zdobycia
Gdy pod nimi przystaniesz, łaską się stają dla pielgrzyma
Na ludzkiej górze przeznaczenia, nie ma zamków świetlistych
Lecz zbawczy Krzyż Chrystusa wbity jest na samym szczycie
Bez trudu woli, łez, potu i krwawiących zranień
Człowiek - boży wędrowiec, nie podejdzie do Niego.
Płock. 80-ta rocznica objawienia św. Faustynie, obrazu Jezusa Miłosiernego.
Rocznica
Był taki moment mistycznego uniesienia
Kiedy niebo pochyliło się ku ziemi
I wizję obrazu Jezusa Miłosiernego, Faustynie zesłało
Namaluj ten obraz, usłyszała, dla zbawienia dusz
Jeszcze kontemplujesz, święta siostro, piękno Mistrza
Ze świata, godnego malarzy anielskich
A już martwisz się, jak ludzkim pędzlem
Namalować powierzone Ci przesłanie
Nie w farbach, słyszysz, istota obrazu, lecz w znakach
W sercu swym obraz Jezusa niesiesz jak ikonę najdroższą
Z miłością rozważasz święte znaki wpisane w obraz
Modlitwą kierujesz rękę malarza
I obraz powstaje wypełniony łaską niewyczerpaną
Naczynie świetliste, pełne bożego Miłosierdzia
Niosące nadzieję i przebaczenie, nie dla uczynków naszych
A dla ufności w Miłosierdzie Boże
Z ciemnego tła ludzkich lęków, pychy i niewiary
Jezus Zmartwychwstały się wyłania, błogosławiący
W oczach Jego ból ukrzyżowania
Rany na stopach i rękach, niezagojone
Do wieczernika życia naszego wkracza
Światłem promieni z przebitego serca ciemność przenika
Przed każdym przystaje, świętym i nie świętym
Z pytaniem, co wiesz o Miłosierdziu Moim?
A oczy Jego widzą, co serce chce ukryć głęboko
Po imieniu pyta każdego człowieka: dlaczego ode Mnie uciekasz?
Czy ból twój i cierpienie nagłe ode Mnie cię oddala?
A może grzech sumienie twe zmroził, w ciemność niewiary popadłeś?
Spójrz na ten obraz, dla ciebie stworzony
Na rękę z raną, w geście błogosławieństwa wzniesioną
Na ranę serca, z której dary spływają bożych sakramentów
Zaufaj Mi tylko, Ja cię nie zawiodę
Klęknij przede Mną, Moim Miłosierdziem
Nie jak sługa zmuszony hołd oddawać Panu
Lecz dzieckiem stań się maleńkim, oczekującym na dary
Nie dla zasług swoich, lecz z ufności wielkiej
I choć ci się wyda obraz ten milczący
To wiedz, że na moment, Jezus wstrzymał oddech
Aby nic nie zagłuszyło słów modlitwy twojej
Szczególnie, gdy z miłością powiesz: Jezu, ufam Tobie.
Drugi dzień rekolekcji Wielkopostnych.
Tematem jest moje zbliżanie do Jezusa. Ujrzałam obraz Jezusa stojącego pod krzyżem. Podtrzymywał go plecami. Miałam wrażenie, że nie może od niego odejść. Musi podtrzymywać krzyż … Pomyślałam, że to ja muszę swym życiem „podchodzić” do Niego. To była dość duża, pusta przestrzeń. Proszę, podejdź - szeptałam … Jezus wyciągnął ręce - zmniejszyła się przestrzeń pomiędzy nami. Ja też wyciągnęłam ręce … Co znaczy ten obraz? - myślałam. Wyciągnięte ręce Jezusa i moje … A potem czas komunii … Ciało i krew Chrystusa - pustą przestrzeń wypełnił Najświętszy Sakrament - łączność Jezusa pod krzyżem i moja z Nim. Nasze ręce połączyły się.
Tabernakulum serca
W tabernakulum, na złoty kluczyk zamknięty
Gościsz, Jezu, Więźniu Miłosiernej Miłości
I taki delikatny Jesteś w tej białej hostii
Jak płatek niewinnej, pięknej róży
Spragniona Twego widoku, w zwykłej, ludzkiej postaci
Ujrzeć Cię nie mogę moimi oczami
Jedynie dusza zakochana w Tobie
Splatając moją miłość z Twoją, w osobę Cię przemienia
Podczas tej uczty świętej, gdy kapłan hostię podaje
Serce na moment rytm traci, oddech ustaje
A biały płatek hostii ust Twoich
W bliskim spotkaniu komunii, do mnie się zbliża
I tak bym chciała Cię, Jezu, zatrzymać
Uwięzić w sercu, na życie całe
Tabernakulum w duszy mej stworzyć
I kluczem bezgrzeszności go zamknąć
Lecz słabym jestem, śmiertelnym człowiekiem
Światło poznałam, ale i noc ciemną grzechu
Gdy więźniem Jesteś w sercu i ustach moich
Prócz pięknych pieśni słyszę też Twój jęk bolesny
I nie jest to jęk ludzkiego zawodu
Bogiem wszak Jesteś i znasz ludzką słabość
To raczej karetka sumienia na głośnym sygnale
Sumienia, raniącego Miłosierdzie Twoje
I znaków wówczas szukam w komunii, dowodów Twej miłości
Krzyża się nawet chwytam, stojącego na mej drodze
Obecności Twej szukam, by znów być blisko Ciebie
W konfesjonale Ją znajduję, każąc sumieniu w spowiedzi uklęknąć.
Rozmowa przed krzyżem
Pytał mnie kiedyś człowiek niewierzący
O Boga mojego i siłę mej wiary
Przed krzyżem uklękłam, w Pana zapatrzona
W modlitwie prosiłam, o boże natchnienie
Rozum mój, Boże - i słowa ubogie
Aby wszechmoc Twoją ukazać wątpiącym
Powiedz, co czynić ma ten człowiek
I co ja mam czynić, by on spotkał Ciebie
Daj rękom swoim, usłyszałam, dobro czynić ludziom
I nogi swe prowadź tam, gdzie dobro czeka
I nie idź z pychą w sercu, tym sztandarem bojowym
Aby wojnę wygrać i nagrody zbierać
Twoją bitwę ze złem, na kolanach prowadź
Jakbyś przedłużeniem była, krzyża Syna Mego
Pielęgniarką ran Jego bądź, modlitwą i czynem
Łaskami, których doznałaś, obdarzaj bliźniego
Bóg nie ma względu na siły mocarza
Modlitwie maluczkich, pomaga zwyciężać
Łaską obdarza i Dawida procą
Niewielkim kamieniem Goliata pokonał
Miłości Boga nie pojmie, kto po rozum sięga
Bóg twój, Miłością jest - powiedz człowiekowi temu
I cuda czyni z głębi Miłosierdzia Swego
Tylu niegdyś niewierzących … świętymi uczynił.
Wielkanocna nadzieja
Nie dał świat człowieczemu sercu
Rytmu bijącego wyłącznie oddechem radości
Wiatr znad pustyni powiew zła przynosi
Siejąc śmierć, krew i wojny
Człowiecze serce z trwogą próbuje się chronić
Szuka miejsc bezpiecznych, odwagę traci
Rytm jego powoli zanika, brakiem nadziei
Słone łzy odbierają sens życia
I serce, zagrożone niemocą, powoli umiera
Umiera, zamykając się w trumnie rozpaczy …
Zło, garść ziemi, na tę trumnę zrzuca
Jakby chciało ostatni oddech pogrzebać, nadziei
I pokonać serce człowiecze
Ale jest dla serca lekarstwo
Ono leczy i podnosi z grobu rozpaczy
To krzyż Chrystusa wbity na Golgocie, w skałę
On wiatr zła w skrzydła swe chwyta jak w sieci
Karmi umierające serce kroplami krwi swej Męki
Dając mu nową nadzieję
I podnosi się z rozpaczy człowiek
Wpatrzony z ufnością w Tego, który śmierć pokonał
Strząsa z siebie garść ziemi, które zło rzuciło
Krzyża się chwyta, wbitego w grób beznadziei
A święty oddech łaski, napełnia ciało odwagą
I z nową mocą, wyrusza człowiek w podróż życia
Już nie sam, bezbronny, ale z Chrystusem Zmartwychwstałym.
Po porannej modlitwie wpatrywałam się w obraz Trójcy Świętej. Obraz jest wizją malarza. Bóg Ojciec jako Starzec Święty, Gołębica obok - Duch Święty i Chrystus. Chrystus - zakrwawiony, umęczony, z wbitą włócznią, podtrzymywany przez Boga Ojca, przy sercu Boga. Trzy postacie w Jedności. Przyszła do mnie myśl o tej Świętej Jedności. Bóg „urodził” Syna ze Swojego Serca. Dając ludzki kształt, wysłał na ziemię. Jezus - to Serce Boga, które stało się w swym kształcie człowiekiem, aby człowiek rozpoznał Boga w Chrystusie … poprzez Jego święte czyny na ziemi.
Dzięki Ci, Jezu
Dziękuję, Jezu, że Cię spotkałam
W pielgrzymce mojej po świecie
Dziękuję, Jezu, że Cię rozpoznałam
A mogłam Cię minąć w mej drodze
Za oczy moje i uszy, dzięki Ci składam serdeczne
Iż rozpoznały słowa Twe, Panie
W szumie obrazów i głosów
Dziękuję Ci, Jezu, za miejsce spotkania pod krzyżem
Za moment gdy świat mi tak przysłoniłeś
Iż biec dalej nie widziałam sensu
Od tamtej chwili wokół Twego krzyża krążę
Czerpiąc z niego miłość i nadzieję
Dziękuję, Jezu, za Twe łzy, które słyszę
Jak uderzenia kropli deszczu o szybę
Niech dźwięk ten porusza me serce
Każdego dnia, gdy zgrzeszę
Dziękuję, Jezu, że mnie chwyciłeś za ręce
Bym mogła święty zatańczyć taniec
Wielbiący życie Twe i Mękę
Dziękuję, Jezu, za czas mego życia
Bym mogła go modlitwie poświęcić
Dziękuję za krzyż, który niosę
Za kościół, w którym mogę go o ołtarz oprzeć
I za Miłość Twą, Jezu, składam dzięki
Gdy rękami kapłana, dajesz mi Ciało i Krew Swoją.
Dusza i Anioł
Gdy sercu mojemu słów miłości zabraknie
Gdy utknę na mieliźnie codziennej rutyny
Słuchaj wówczas, Jezu, milczenia mej duszy
Ona swą ciszą, Ciebie przyzywa
Ona z westchnień przedziwnej tęsknoty utkana
Słowami jej nakarmić nie mogę
Płacze, przywołując łzami skruchy swego Pana
Cieszy się, gdy dotyk poczuje, swego Stworzyciela
Ona słyszy Twoje kroki, Jezu
Choć do mych uszu, odgłos ich nie dochodzi
Ona widzi Ciebie w najciemniejszym mroku
Gdy ja Ciebie, czasem w jasnym świetle, nie widzę
Moja dusza, Panie, nigdy nie zasypia
Jakby na Kogoś czekała
Gdy próbuję ją modlitwą uśpić
Mój Anioł Stróż przychodzi i z nią rozmawia
Czasem słyszę w ciemności ich szepty
To przyjaciół serdeczne spotkania
Podsłuchuję, czasem zdanie zapamiętam
Wraz ze świtem, zapomnienie często przychodzi
I choć sen przerywa czuwanie umysłu i ciała
Ślad tych spotkań we mnie głęboko zapada
Przyjmuję go, jak dar miłości Ojca dla dziecka
Dar duszy wiecznie czuwającej, z bezsennym Aniołem.
Jest czas …
Uparty jesteś ludzki czasie
Kiedy cierpienie i ból dotyka
Rozciągasz się, czyniąc z minut godziny
I nie pozwalasz zapomnieć cierpień
Nawet wtedy, gdy czas twój już minął
Lekkim powiewem jesteś
Zaledwie odczuwalnym tchnieniem
Gdy radość w człowieku dojrzewa
Szybko mijasz
Czyniąc z godzin, minuty
I choćbyśmy chcieli czas ludzki ujarzmić
Logice mechanicznego mijania poddać
Uczucie cierpienia i bólu
Gościem jest w czasie nadchodzącym
Jak roślina wiecznie zielona
O, ludzki czasie, ty zegarze niesprawiedliwy
Który mocniej wybijasz godziny cierpień
Niż ozdabiasz go dźwiękami radosnymi
Zatrzymaj się na chwilę …
Byśmy nadali sens naszym uczuciom
O, ludzki czasie, ty zegarze życia
Pozwól przemienić pamięć cierpień w ofiarę
Ofiarę kadzidła miłości, a nie jęk nieszczęśliwego
Jest czas cierpienia, czas krzyża
I jest czas zmartwychwstawania do życia.
Pewnej czerwcowej nocy obudziłam się po przedziwnym śnie. Sen ten wydał mi się tak realny, iż sama nie wiedziałam czy moja dusza nie otrzymała pewnego „przekazu”.
W czerwcu byłam na niezwykle bogatej duchowo pielgrzymce na Litwie, śladami św. Faustyny. Byliśmy też w kościele w Wilnie, w którym jest obraz Jezusa Miłosiernego. Ten przedziwny przekaz otrzymałam kilkanaście dni po pielgrzymce. W tym śnie klęczałam przed obrazem Jezusa Miłosiernego w pustym kościele. Miałam wrażenie, że „zagubiłam się” w modlitwie, a moi współtowarzysze wyszli już z kościoła. Obraz Jezusa Miłosiernego powiększał się, miałam wrażenie, że wypełniał całą przestrzeń kościoła. Rozpoznawałam fakturę malarską obrazu, był tak blisko. Obraz przybliżał się, a ja coraz niżej schylałam głowę. Widziałam tylko stopy Jezusa. Odczułam radość na widok tych nagich stóp. Były takie żywe, po ludzku bliskie. Miałam świadomość kształtów, barw w tym kościele, czułam nawet zapach. Sen mieszał się z rzeczywistością. I nagle usłyszałam piękny głos, trochę surowy: Nie przyszedłem na świat aby stawiać nowe krzyże, przyszedłem wypełnić Miłością i Miłosierdziem te krzyże, które wy ciągle stawiacie.
Święty ból
Jest w naszym życiu taki ból
Przychodzi bez przyczyny
Rani duchowo, bezkrwawo
Wstrząsa naszą duszą, zarośniętą powszedniością
Chcąc odnaleźć zagubioną prawdę
Ból ten jest jak tęsknota nieustająca za doskonałością
Biegniemy ku światłu, a ono oddala się …
Leczymy ten ból smakołykami z supermarketu świata
Śpiewamy mu modne kołysanki
A on trwa … jak rana nieuleczalna
I choćbyśmy zagłuszali go hałasem dyskotek świata
Okadzali kadzidłem przyjemności
Oszukiwali narkotykami wygody i doraźnych radości
Oddawali prawom usypiającym moralność
Ból milcząco … trwa i czeka
To „święty ból” naszej duszy dla poszukiwania Prawdy
Rana, przypominająca o istocie naszego człowieczeństwa
Dzięki Ci, Boże, za ten „święty ból”, tęsknotę nieustającą
On prowadzi pod krzyż, pod nim umiera ludzka pycha
To ból raniący … dla zbawienia człowieka.
Góra Krzyży
Byłam w takim miejscu na litewskiej ziemi
Jakiego nigdzie nie ma na świecie
To wzgórze tysięcy krzyży
Na pustej pól przestrzeni, góra się wznosi niewielka
Usiana nie kwieciem, trawą, lecz krzyżami z drewna i metalu
Spływają ze wzgórza jak strumień rwący
Krzyżami rozlewa się jej podnóże
Na górę, krzyż prowadzi papieski
Papież nasz pod nią klęczał
Na wzgórzu posąg Maryi góruje
Otacza krzyże swoim modlitewnym westchnieniem
Z daleka krzyże wydają się tłumem ludzi
Unoszącym ręce do Boga w błagalnym geście
W każdym krzyżu pamięć zaklęta
O ludzkiej krzywdzie, niesprawiedliwości
Tych, którzy o godność życia walczyli
I tych, którzy dziś swój krzyż składają w ofierze
Pod posągiem Maryi ktoś obraz zostawił
Jezusa wznoszącego wysoko ręce
Jakby Pan chciał niebo przywołać na tę ziemię
A niebo uniosło wzgórze krzyży, w ofierze świętej
Pielgrzymi pośród krzyży krążą wydeptanymi ścieżkami
Tyle w tym miejscu historii ludzkiego życia
Tyle łez daremnie często wylanych
Wiatr krąży pośród krzyży, zna każdy wbity w ziemię
A krzyże połączone ramionami
Są jak ludzie złączeni w solidarnym geście
Przeciw przemocy na świecie
I nie jest to góra, która grzmi jak wulkan
Odwetu żądając, krwi i wojny
To góra nadziei, iż Bóg słucha ludzi
Góra ofiary, na której Abraham chciał syna poświęcić
To Góra Wiary w Boże Miłosierdzie
Przed którym możemy krzyż swój postawić
To wiara człowieka w gest miłosny rąk Boga
Który Syna na ziemię zesłał
By ludzkie krzyże miłością i miłosierdziem wypełnić.
Serce Jezusa
Pośród dróg swego życia
Idziesz człowieku wiatrem historii pchany
I światowej mody
Ziarnem się czujesz porzuconym
Przez obojętnego siewcę
Krzyczeć chcesz, a świat cię nie słyszy
Jakbyś był dla niego niemową
Numerem milczącym, w komputerze
Tłum cię potrąca, biegnący do nikąd
Po drogach sukcesu, na których już byłeś
Owoce zebrałeś, kwaśny smak ich czujesz
A serce twoje ciągle niespokojne …
Jest miejsce takie, gdzie spokoju zaznasz
Dom bez drzwi i okien, otwarty szeroko
To Serce Jezusa, które szuka ciebie
Imieniem twoim, dzień i noc cię przywołuje
To Serce pragnie z tobą porozmawiać
Ciszą utulić twoje ziemskie troski
Łaskę ci zesłać wewnętrznego pokoju
Nauczyć miłości do siebie i ludzi
A kiedy klękniesz utrudzony biegiem
Poczujesz miłość wlaną w serce twoje
I już nie będziesz obojętnym dla świata numerem
Będziesz - ukochanym dzieckiem bożym.
W lipcu byłam w pewnej miejscowości uzdrowiskowej. Był tam piękny, nowoczesny kościół z przestronnym ołtarzem. Mszę odprawiało często nawet kilkunastu kapłanów. Odczuwałam to jako wielką łaskę. Tylu kapłanów … Podczas jednej z takich mszy, kiedy kapłan unosił kielich, zobaczyłam w sercu wielką kroplę krwi nad kielichem. Był to prosty, niewielki kielich bez ozdób. Kropla spływała na ołtarz. Jezu, pomyślałam, zbyt mały to kielich … W sercu usłyszałam: Nie ma takiego kielicha na świecie, na żadnym ołtarzu, który pomieściłby ogrom łask, które spływają podczas mszy … Zadrżałam na te słowa. Zrozumiałam sens pocałunków ołtarza przez kapłanów. Usta ich „zbierają” rozlane na ołtarzu łaski … To nie jest symboliczny gest … to realne dotknięcie cudu ołtarza, cudu Przemiany.
Stacja Drogi Krzyżowej
W pewien dzień zapłakany deszczem
Na mszę podążałam do Ciebie, Jezu
Szarość codzienności odczuwałam boleśnie
Piękna nie dostrzegałam
Świat wydawał mi się smutkiem przywiędły
Słów mi brakowało żarliwej modlitwy
Ciszę mogłam Ci, Jezu, tylko ofiarować
Anioła prosząc, by światłem swoim
Otoczył mnie jak ochronnym płaszczem
W tej ciszy, nagle stację Twej Męki ujrzałam
Katów na klęczkach przygiętych
Gwoździe, w Twe święte ręce wbijali
A Ty, na krzyżu byłeś rozciągnięty
Oczy Twe blisko ich oczu były
Smutek w nich był, żadnej nienawiści
Dziwny to obraz … kaci na klęczkach
Dla nich skazańcem tylko byłeś
I raptem myśl bolesna dotknęła me serce
Czy my, choć jesteś dla nas Ukochanym Panem
Klęcząc … z modlitwą na ustach
Bólu podobnego Ci nie zadajemy?
Ile razy ranimy Twe dłonie grzechami
Unikając oczu Twych, Panie
Tamte gwoździe, czas gdzieś zagubił
Grzechy, Twoich obecnych wyznawców
Nadal rozdrapują tamte rany.
Wspólnota
Wpatrzona w serce Twoje, Jezu
W Eucharystii wysoko uniesionej
Powinnam głośno wołać: kocham Ciebie
A usta moje tylko cicho szepczą
Jakbym nie chciała zakłócić
Przestrzeni Miłości wypełnionej Twą Osobą
Pragnę, by chwila ta trwała
Wyznaczana świętym czasem wieczności
Błogosławionym czasem Cudu Przemiany
W którym aniołowie śpiewają Alleluja
A święci pochylają się z uwielbieniem
W tych świętych, ziemskich sekundach
Radość mnie ogarnia na widok wiernych obok mnie
I to im, chcę dać pierwszy głos
W chórze wyśpiewującym: kocham Ciebie, Panie
O Jezu, jak wielka jest łaska pielgrzymowania
I doświadczania wspólnoty wiernych
Modlitwę dziękczynną wznoszę do Ciebie, Jezu
Za dar kochania ludzi obok mnie
Za twarze, których uczuć i życia nie znam
A tak bardzo mi bliskich duchowo
Za ręce podane w geście pokoju
I choć nie są rękami ziemskiego pokrewieństwa
Łączy nas wspólnota, którą Ty, Jezu, błogosławisz
Własnym Ciałem i Krwią w Ofierze Świętej
Czyniąc nas rodziną w Duchu Twoim.
Ufna radość
Kiedy człowiek dar otrzymuje
Przedziwnej, ufnej radości
Zadziwiony staje przed ołtarzem
Jak dziecko obdarowane
Nieoczekiwanym spełnieniem marzenia
Radość ufna wypełnia całe serce, ciało
Rozlewa się jasnym światłem
Niczym nie ograniczonym
Jak ogień, który nie spala
A ogrzewa, rozlewa się wokół
Chcąc obdarować innych cudem tego przeżycia
Wymiata z serca przeszłe i przyszłe troski
Zostawia znak przedziwnej mocy
Pamięć, która nie zapomina
Kiedy człowiek dar taki otrzymuje
Czuje rękę bożą prowadzącą w świat
Gdzie drogi są oświetlone światłem nieznanym
Czuje piękno, choć oczy go nie widzą
To uczucie Miłości nadzwyczajnej
Unoszącej człowieka wysoko
Ponad ubogie przeżycia ciała cierpiącego
I tylko zwykły człowieczy lęk
Tkwi jeszcze w ludzkiej cielesności
Czy dar ten zachowam?
Dusza, znak daje słowom, błogosławiącym tę radość
I modlitwa płynie z serca jasnym promieniem
Daj Boże, taką radość wszystkim ludziom...
W Święto Wniebowzięcia Maryi Panny, podczas adorowania Pana Jezusa po komunii, przyszła do mnie przedziwna myśl. Bóg narodził się ze świętej niewiasty, wybranej przez Niego. Matka Boża była też żywą istotą ludzką, czuła jak my, „doświadczała” życiowych trudności. Bóg w swej tajemniczej decyzji narodzenia Syna z niewiasty, miał w swych planach … macierzyńską opiekę i czułość nad dzieckiem. Jezus - choć jest Bogiem, rodząc się z niewiasty, potrzebował ludzkiej czułości i opieki. Potrzebował dotyku miłości. Jego dziecięctwo i dojrzałość kształtowała macierzyńska miłość Matki i ojcowska, Józefa. Pan Bóg „oddał” swego Syna w kochające ramiona Świętej Rodziny. Choć Jezus jest Bogiem, Jego „ludzka” natura znajdowała moc w czułej miłości ziemskich rodziców.
Jezus w ramionach Matki
W kołysce ramion, Matko Święta
Dzieciątko kiedyś tuliłaś, Skarb Boga
Maleństwo objąć mogłaś i przy sercu schować
Inaczej było, na Wzgórzu Golgoty
Tam, w swoich ramionach
Martwe już, trzymałaś ciało Syna
Milczenie Boga i cisza zaległa nad światem
Gdy pietę ból rzeźbił
Z łez Matki i krwi Syna…
Dorosłego już tuliłaś Jezusa
Jak niegdyś maleńkie dziecko
Nowa Ewa, Maryja przez Boga wybrana
Święta Matka płacząca nad światem grzesznym
Nad człowiekiem, który Boga zabija w sobie
Choć już martwe Twoje ciało, Jezu
Matka nadal ciepło Twego bólu czuje
Bo nieśmiertelny jest ból Jezusa
Dopóki grzech nad światem panuje
W czułości swego Miłosierdzia
Bóg złożył Jezusa na łono Matki
Pieszczot Jej rąk, ciało martwe doznaje
W ostatnich chwilach na ziemi
Oczy Jej wpatrzone w Syna z oddaniem
Łzy Jej do ran Jego spływają
I miesza się krew Jezusa, zbawcza
Ze łzami Matki Świętej
I mimo, że smutek jest w tej piecie
Jak w każdym ostatnim pożegnaniu
Ta pieta nie jest kamieniem martwym
Nadzieją ożywa, zbawczej śmierci Pana
Miłością Maryi, gotowej przytulić, każdego człowieka.
Modlitwa do Matki Bożej
Z obrazów i posągów patrzysz na nas Matko Święta
Przeróżne Ci oblicza, wyobraźnia artystów maluje
I tylko serce, spragnione miłości, zdolne jest wyczytać
Ile łask spływa, w modlitwie, przed Tobą
Miecze boleści zraniły Twe serce, Symeon to przepowiedział
Znasz ból matek, którym zagubiły się dzieci
Niewiastą jesteś, także dziś, bolejącą pod krzyżami synów
To Ty w ramiona bierzesz, nasze martwe ciała
Kiedy dziś klęczę przed Twym świętym obrazem
Gdy rękami dotykam dłoni Twych, w posągu
Oczy zamykam i widzę Cię Matko, żywą
Zwyczajną Matkę, z Dzieciątkiem na ręku
Joachima widzę i Annę, jak Cię przytulają
Dziewicę widzę piękną, niosącą dzban wody
Niewiastę na osiołku, gdy do Elżbiety zmierza
Smutek Twój widzę i radosny uśmiech
Jesteś tak żywa, obecna w naszym życiu
Kiedy na milczenie Boga, skargi słyszysz ludzi
Pod Twoją Obronę oddajemy gasnącą nadzieję
Wiarę ożywiasz, pojawiając się z nieba, na ziemi
Dla sierot jesteś macierzyńskim dotykiem
Dla samotnych - wsparciem, pielęgniarką chorych
Jak niegdyś dla Syna byłaś czułą Matką
Dziś dla nas … Jesteś Nieustającą Pomocą
Kiedy grzechem zranieni upadamy w proch ziemi
Stajesz przy nas, Weroniko czasów współczesnych
Chustą, jak ona, ocierasz nasze twarze
Byśmy obraz Jezusa cierpiącego, mieli przed oczami
Modlitwę tę składam przed Tobą, Maryjo
Prosząc Boga, by w Swym Miłosierdziu
Dał mi dar widzenia Ciebie, dalej niż ramy obrazu
Dał dar widzenia sercem, Twej miłości do ludzi.
Święta Matko Gidelska
Maleńka Jesteś
Tak, iż ludzka dłoń może Cię ogarnąć
I choć kamienna, kamieniem nie ciążysz
Pocałunkiem, bardziej Jesteś, delikatnym, zwiewnym
Jakim, ziemska matka, dłoń dziecka, całuje
Rzeźbiono Cię, Mateńko, w wielkich kamieniach
Na płótnach malowano Twoje wizerunki
W Gidelskim posążku, monumentem nie Jesteś
Jesteś, jak klucz w dłoni człowieka
Rozdany ludziom, by modlitwą, serce otwierać Jezusa
Pięćset lat temu, podczas orki ziemi
Posążek Maryi cudem „wypłynął” do rąk rolnika
Światło zajaśniało, nawet woły uklękły
Opłukany posążek, począł czynić cuda
Do dziś łaskami słynie, dusze nawracając, ciała uzdrawiając
W Kanie Galilejskiej prosiłaś kiedyś Syna, Maryjo
By wodę w wino przemienił, na nowożeńców weselu
Dziś, synowie Twoi, Dominikanie
Święty Twój posążek w winie zatapiają
A krople tego wina, spragnionym nadziei rozdają
By nowożeńcami współczesnej Kany się stali
Kany miłości, nadziei i wiary.
Podczas adoracji, czasem po modlitwach w ciągu dnia lub wieczorem, „zapraszałam" Boga do rozmowy ze mną. Ze zdziwieniem stwierdzałam, że dochodzą do mnie strofy wierszy, gdzie Bóg „mówi w swoim imieniu", uczy mnie, pociesza, bądź wyznacza kierunek rozmyślań. Istnieje kilka takich wierszy w mojej twórczości:
Wymiana darów
Kiedy upadasz
Laskę podaję ci
Kiedy utrudzona, głowę pochylasz na ławce
Chustę Weroniki podkładam
Kiedy samotna stajesz w smutku
Bukietem kwiatów cię otaczam
Kiedy do modlitwy klękasz strapiona
Klęcznik podsuwam wygodny
Kiedy krzyż cierpienia bierzesz na ramiona
Pomagam ci go nieść
Kiedy ból życia czujesz
Rany twe opatruję
Kiedy niedołężność jak korona cierniowa uciska
Ból cierni łagodzę
Kiedy już nic nie rozumiesz
Anioła posyłam mądrego
A ty, co czynisz
Kiedy upadam?
Gdy ranią Mnie?
Gdy krzyż dźwigam? ...
Głód
Nie przychodzę do duszy
W akompaniamencie fanfar
Bębnów dudnienia, a nawet śpiewu skrzypiec
Nie przychodzę do duszy rozgadanej
Zagłuszającej słowem ciszę spotkania
Ona jest zbyt zajęta...
Przychodzę do duszy głodnej
Nie syci ją już świat dźwięków, barw, słów
A nawet ludzka obecność
Dusza spragniona czeka w milczeniu
Stoi w miejscu
Czeka na pokarm Eucharystii
I wtedy przychodzę w lekkim powiewie dotyku
Ledwo muskam duszę, a ona poznaje mnie
I otwiera swą bramę
Rozpoznaje niebiański klucz
Przychodzę...
Czasem, gdy jesteś w głębokiej rozpaczy
Czasem otwieram zaciśnięte pięści
Czasem wypełniam samotność
Czasem dotykam znienacka na rozgrzanej słońcem łące
Czasem rękami kapłana, a nawet człowieka, który jak Anioł
Otwiera duszę na mój głos
A wówczas...
Niech śpiewają skrzypce, niech dudnią bębny
Niech mówią ludzie jak Miłosierny jest Bóg
Miłosierdzie czeka
Idę ku tobie pośród burz twych życiowych
Nie Jestem piorunem grzmiącym, kaleczącym
Tylko powiewem lekkim, który zbiera burze
Nie Jestem sędzią, człowieku, Jestem Miłosierdziem
Idę ku tobie z krzyżem własnym i twoim
Złóż na nim, proszę, swoje klęski wszystkie
Rękę Mi podaj, pięść rozprostuj
Pozwól, niech cię prowadzi Miłosierdzie Moje
Choć z dala omijasz Dom Mój, kościół święty
O próg jego boisz się potknąć
To Ja upadłem przed tobą, na krzyżowej drodze
W kurzu i krzyku, kopano Miłosierdzie Moje
Dom Mój nocą ma bramy zamknięte
Jak zwykły dom człowieczy, kluczem dla ochrony
Ja na noc nie układam głowy na poduszce
Moje Miłosierdzie na bezsenność cierpi
Cóż mogę ci ofiarować, człowieku niewierny
Który ponad wszystko, cenisz własną wolę
Życie już oddałem, kaci go dosięgli
Nie zabili jednak Miłosierdzia we Mnie
Przyjdzie dzień, gdy zapłaczesz nad wolności wolą
Ona ci kazała nie podać Mi ręki
Pamiętaj, w tej rozpaczy - Ja będę przy tobie
Przyjdź i daj się objąć Miłosierdziem Moim
Dyrygent
Dałem ci serce z Ducha Świętego
A nie mechanizm obojętnie tykający
Dałem ci serce wypełnione bożą muzyką
Z Nadziei zbudowane, że zagra piękny koncert
I jak wirtuoz poprowadzi swe życie
Wyśpiewując hymny o miłości
Boga do człowieka
Człowieka do Boga
I człowieka do człowieka
Usłysz w sercu ten święty koncert
Napisany tylko dla ciebie
Nie daj się zagłuszyć rytmom bębnów świata
Twoje serce, to nie zegar wyznaczający czas
Nieubłaganie mijający
Twoje serce z Ducha Świętego, z Nadziei ulepione
Na istnienie w czasie wieczności
Która nie ma sekund, minut, lat
Zagraj swym życiem boży koncert, napisany dla ciebie
Odczytaj nuty cichego uwielbienia
Rzewną skargę cierpienia swego serca
Głośne bicie nadziei
Czekaj na ciszę
Gdy Bóg, jak dyrygent twego koncertu
Nakaże muzykom serca, milczenie
Aby do ciebie przemówić ...
I wtedy zagrasz pięknie swój koncert serca.
Kiedy patrzysz na Mnie
Kiedy patrzysz na Mnie
Poniżonego, z krzyżem na plecach
Lamentów od ciebie nie pragnę
Po litość na świat, nie przyszedłem
Matką litości jest … zapomnienie
Gdy poraniony przechodzę obok
Łez od ciebie nie żądam
Grzechy swoje rozpoznaj w milczeniu
Gwoździami pokuty i pokory je ukrzyżuj
A ból Mój, miłosierdziem cię otoczy
Męka Moja, nie dla rozpaczy widzów była
Ale dla zbawienia twego
Nie ze słabości swego ciała upadałem
A z poniżenia grzechami twojej nieśmiertelnej duszy
Skargi dusz były Moimi bolesnymi upadkami
Kiedy patrzysz na Mnie ukrzyżowanego
Jak na wyrzeźbiony symbol, martwy
Rany Moje na nowo się otwierają
A krew z nich wypływająca, błaga:
Nie oddawaj duszy swojej na zatracenie
Biczowany i krzyżowany przez katów
W milczeniu, bez łez, czekam cierpliwie
Na twój rachunek sumienia
Na powagę modlitwy szczerej, pokutnej
Spowiedź twoja ulgę Mojej Męce przynosi
Krzyż poniosłem i ból człowieczego ciała
Słabość waszej natury widziałem
Krótkie chwile ziemskiej radości poznałem i jak wy, płakałem
Na świat przyszedłem, dać radość wieczną
I za tą wieczną radość, dla was cierpiałem
Kiedy Bóg krzyż ci poda w życiu twoim
Z miłością spójrz na Mękę Moją
W ranach Moich ujrzysz światło twego krzyża
Zaufaj, Oczy Boga widzą to światło
Nie jak błysk chwilowy, ale dar dla duszy, na wieczność.
Gdy krzyż przytulasz
Gdy sercu twemu życie ból zadaje
Miłości szukasz pod krzyżem
Krzyż Mój przytulasz jak deskę ratunku
Na oceanie własnych zranień i rozczarowań
W tych chwilach wiedz, że nie dotykasz
Jedynie drewnianej, martwej figurki
Talizmanem nie Jestem, chroniącym w zwątpieniach
Wiary we Mnie pragnę i całkowitej ufności
Gdy krzyż Mój przytulasz, żywym się staję
Ból ci ofiarowuję, głowy przebitej cierniami
W sercu Mym nadal tkwi oścień włóczni
Gwoździe krwią zroszone, nie zardzewiały
Gdy raz przytulisz krzyż, tę relikwię świętą
Wiedz, że miłość Moja wiernością ci służy
Czy masz odwagę przyjąć taką miłość
Ofiarę z Mego życia, za zbawienie twoje?
Jeśli TAK odpowiesz, choć drży twoje serce
Nie obiecuję ci uwolnień od płaczu i cierpień
Drogą Moją pójdziesz dla zbawienia ludzi
I Miłość poznasz, jakiej nie zaznasz na ziemi
Nie Jestem tylko lekiem na wszelkie zranienia
Miłością Jestem, która do ufności wzywa
Oddaj Mi twe życie, wolę swoją, myśli
Stań się apostołem Mego Miłosierdzia
Wtedy niebo się otworzy na twą ufność do Mnie
Krzyż z drzewa twardego, ciałem Mym się stanie
Płomień przedziwny poczujesz duchowej radości
Cierpienie twoje i łzy, na Mym krzyżu się spalą.
Dojrzewanie do Miłości
Nasza Miłość nie dojrzewa
W pieśniach i pięknych słowach
Nasza Miłość jest walką trudną
I żadne piękno świata jej nie przywoła
Naszą Miłość krzyż łączy bolesny
Ty, pod nim, ze swym ciałem grzesznym
I Ja, na nim, z krwią z ran, spływającą
By, obmyć cię z grzechów
Naszą Miłość gwoździe katów przebiły
I ciało Moje, z szat obnażyli
Byś dostrzec w nim mogła, rany ciągle żywe
I to Serce Moje, otwarte dla ciebie
Żadną suknią, nie osłonięte
Nasza miłość dojrzewa w bólu
Bez hymnów i fanfar głośnych
Ona krzyczy, a ty ledwo szept słyszysz …
Nasza Miłość dojrzewa w bólu
Kiedy walczysz z własną słabością
Kiedy ręce swoje chcesz o świat oprzeć
A świat miecz w nie wkłada, pychy i złości
Na drodze naszej Miłości, drodze Krzyżowej Męki
Nawet ptak cichnie w swych trelach, milkną głosy
I drzewa przestają szumieć
Na drodze naszej Miłości, milczenie zalega wokół …
Milczenie, jak pustka bez dźwięków
By bicie Serca Mojego, słyszało serce twoje
By oczy twoje, ku Moim, patrzącym z krzyża Golgoty
Przeniknął promień Świętego Ducha
I utkwił w duszy twojej
A gdy pragnienie Miłości, oddasz Sercu Mojemu
Miłość nasza jak owoc, pięknie dojrzewać będzie
Ja wezmę zieleń tego owocu, w ręce swe zakrwawione
I zieleń twej Miłości, przemienię w czerwień jak owoc dojrzały.
Oaza
Kiedy pojazd życia, losem zwany
Na pustyni cię zostawi świata
Gdzie rządy sprawuje prawo przyjemności
A cnoty są wyszydzane
Kiedy piach tej pustyni oczy ci zasypie
Uszy ogłuszy do utraty słuchu
A nogom twoim nakaże taniec szalony
Serca słuchaj, ono język zna święty
Inny niż ludzka mowa
Otrzep piach tej pustyni
I nie bierz do rąk jej ksiąg
Rozrzuconych hojnie dla zabłąkanych
Kuszących złotymi tytułami
Serca słuchaj i Mojej świętej mowy
Ona moc ci da, do samotnej podróży
Ku oazie, gdzie Żywa Woda, przywołuje
Spragnionych Prawdy
Tylko idź, nie przystawaj
Nie lękaj się zmęczenia
I głosów nawołujących na tej pustyni
Piach je pochłonie
A Moja święta mowa, przetrwa wieki
Zanurzona w oazie Żywej Wody
I w twoim sercu.
Modlitwa miłości
Kiedy oczy twoje będą niewidome, a usta nieme
Na krytykę bliźnich
Kiedy sercu oddasz rozumienie świata
Modlitwę zyskasz miłości
Ona, niewidome na Mnie, oczy bliźnich otworzy
A ich usta nieme, napełni słowami błagania
Kiedy miłością napełnisz serce
Orężem tej miłości będziesz walczyć
O bliźnich i swoje zbawienie
Ja, Panem jestem wszystkich ludzkich słabości
Przemieniam je jak kryształ lodu
W rwący, ciepły strumień łask
Twojej modlitwy miłosnej oczekuję
Twojej pokuty i postów
By rozpuszczać zamarznięte grzechem serca
Oddaj Mi swoje niewidome oczy i usta nieme
Na krytykę bliźnich
A modlitwie twojej miłosiernej, pobłogosławię
I dam ci nowe oczy, widzące światło
I nowe uszy, słyszące głosy świętych.
Czas wspólnej drogi
Jak trwać w wierze
Gdy świat inne podsuwa wartości?
Jak uwierzyć w wieczność
Gdy doświadczenie śmiertelności przenika?
Jak ofiarować miłość ludziom
Gdy odpowiadają obojętnością?
Tyle pytań, pod Twój krzyż, Jezu, zanosimy
Ciężkim się staje, aż upadasz
Ale powstajesz, by Męką swą dać odpowiedź
Stań, mówisz, obok Mnie, ze swoim krzyżem
Przejdź ze Mną tę Drogę Krzyżową
To będzie czas naszej duchowej rozmowy
Może na początku nie zauważysz Mego krzyża
Może twój wyda ci się zbyt ciężki?
Głośno krzyczysz idąc obok Mnie
Pytasz o sens cierpienia, sens życia
Mija czas, milkną nawet ptaki
Zasłuchane, zdziwione twoim krzykiem
Idziemy obok siebie w kolejne stacje
Cichnie twój głos, a nawet milkniesz
To milczenie, to czas Mego daru
Daru odpowiedzi na twoje pytania
Twój ból też się ucisza
Nawet chcesz Mi jak Szymon pomagać
W Moich oczach szukasz mocy dla siebie
Idziemy razem, zaprosiłem cię do tej drogi
Aż do Stacji Ukrzyżowania
Widzę cię, chcesz Mnie bronić przed katami
Budzi się w tobie miłość miłosierna
Miłość, która nie żąda odpowiedzi
Nie zadaje pytań
Jeszcze kilka stacji
Patrzysz na Moją śmierć na krzyżu
Klęczysz i płaczesz jak niewiasty jerozolimskie
Widzę cię, towarzyszu naszej wspólnej drogi
Ja muszę umrzeć, pokonać śmierć
Dla twojego zbawienia
Dla naszego spotkania w wieczności
A teraz idź do swojego życia…
Banneux - Sanktuarium Matki Bożej Ubogich w Belgii. Już 10-ty raz pielgrzymuję do tego pięknego miejsca. Pielgrzymkę tę poświęciłam w intencjach Matki Bożej. Podczas tej pielgrzymki dotknęło mnie świadectwo wiary księdza, który nam towarzyszył, szczególnie jego wspaniała pokora i gorące modlitwy. Kiedy otrzymałam od niego komunię, usłyszałam w sercu: ręce jego są pieszczotą dla Moich ran.
Podczas mszy w Chevremont, kiedy adorowałam Jezusa po komunii, przyszły do mnie cudowne słowa: ustępuj miejsca wszystkim, którzy chcą biec przed tobą, niech biegną w swej ambicji do przodu, na końcu tej pielgrzymki biegnących ku niebu, stoi Maryja i to Ona zamyka każdy „pochód” do Boga. Przy Niej jest radość i pokój.
Pamięć duszy
Pięknym obrazem - wspomnieniem, obdarzył mnie anioł
Pamięcią duszy, która jeszcze nie dotknęła ciała
Gdzieś w nieznanej przestrzeni, w objęciach jeszcze będąc Boga
W pięknie miłości i kolorów, czekała na wcielenie się w człowieka
W szklanym domu, błyszczącym tęczowymi barwami
Przesyconym mieniącym się światłem
Każdą ścianę zdobiły krajobrazy przyrody
Każda ściana, witrażem była kolejnych pór roku
Przez jedną ścianę, zaglądały, rozchylające się pęki kwiatów
Trawa wyrastała w żywym, wiosennym tańcu
Do życia budziły się uśpione listki drzew i krzewów
Ich różowe i białe kwiatki, rosą się karmiły
Druga ściana była witrażem pory letniej
Ciepło jak tłocznia, wyciskało nektar z soczystych owoców
Sok ich kapał na życiodajną ziemię
Promienie słońca przeciskały się przez bujne gałęzie
Trzecią ścianę ozdabiały czerwone i żółte liście
Jesień rodziła bogactwo kolorów swą malarską pasją
Czwarta ściana iskrzyła się bielą, puch okrywał drzewa
Zasypiające leniwie, wsłuchane w cichą kołysankę
W szklanym domu panowała oczekująca cisza
Na anioła czekała dusza, na jego głos tkliwy
Czas na ciebie, duszo, opuścić niebieskie salony
Zejść na ziemię, do łona matki nieznanej
Cóż spotka duszę, ręce kochane, czy spojrzenie zimne
Chwytając łyk powietrza, krzykiem dziecko obwieściło: jestem!
Jeszcze dotyk czuło, pieszczoty niebiańskich aniołów
Jeszcze tamten dom był w jego oczach…
A już nowe życie, nowe pory roku, uczyły narodzone dziecko
Praw ziemskich, o miłości, nieznanym dotąd bólu i lęku
Historię swego życia, każdy zna najlepiej, wertując karty wspomnień
Pamiętaj, iż w każdej historii życia jest wpisana ręką Boga
Także twoja karta, rodowód twej duszy.
Łzy
Cóż mogę Ci ofiarować, Matko Święta
Co darem byłoby świętym, czystym i godnym?
Człowiekiem jestem, pomazańcem ziemskiego prochu
Skażonym grzechem i ciągłą pokutą
Lecz są w mym życiu przedziwne chwile
Stworzone z pragnień spotkania z Bogiem
Anielska je zdobi cisza, radością przenika serce
I darem łez, po twarzy mej spływa
Chcę Ci Maryjo, Matko Święta Jezusa
Łzy te ofiarować, bo nie ma w nich żadnej goryczy
Są kwiatem, darem dla mej nieśmiertelnej duszy
Który rozkwita, zroszony Miłością Krzyża
I nie pogardzisz Pani, tym darem człowieczym
W rękach Twych, w czyste perły się zamienią
Do serc je włóż grzeszników smutnych
Niech „Pod Twą Obronę” na wieczność się skryją.
Cud nawrócenia
Jak dobra i piękna, dziecko jest spragnione
Tak ja szukałem Cię, Boże
Rękami ojca byłeś i uśmiechem matki
Choć nie wiedziałem, że to Ty …
Miłość moja rozkwitała ich miłością
Zanurzony w ciepłym dzieciństwie i młodości
Byłeś Boże dla mnie, niedzielną mszą
Śpiewem chóru i grą organów
Nawet komunia, jedynie uroczystym znakiem
Przyszedł taki dzień, fałszywa nuta w psalmie życia
Straciłem ręce ojca i uśmiech matki
Pochowałem ich na pobliskim cmentarzu
Pochowałem tam też Ciebie, Boże …
Ubrałem się w samotność … i złość
Zamilkłem, odwrócony tyłem do krzyża
Nawet, gdy łaska do mnie przyszła
W oczach ukochanej kobiety, też wątpiłem
I tylko serce dziwnie drżało, gdy śpiew pieśni
Słyszałem przechodząc, obok świątyni
Nie szukałem Cię, Boże, ale to Ty mnie znalazłeś
W oczach córki, radosnej podczas pierwszej komunii
Tato, powiedziała, Pan Jezus chce z tobą rozmawiać
Znikł, przed moimi oczami tłum wiernych
Krzyż ujrzałem z Panem, krwią ociekający
I smutek wielki na Jego twarzy
I słowa w sercu, męskie i mocne:
Czekam synu na ciebie …
Klęknąłem samotny przed Jego samotnością
Uśmiech mej matki ujrzałem i ręce ojca
Dzieckiem się stałem, spragnionym dobra i miłości.
Cieszymy się świętami, mówimy o rodzinnych spotkaniach. Zapominamy, że obok nas są też ludzie samotni, którzy święta te spędzą sami. I choćby wiele instytucji zabiegało o godne dla nich święta, samotność nie zniknie… Przykryje je tylko dobroczynność…
Są takie święta…
Malutki prezent, pod małą choinką
Opakowany własnoręcznie, w zeszłoroczny papier
Jeszcze paczka z kawą i ciastkami
Siostry, dla samotnych ją przygotowały
Gwar głosów dziecinnych już dawno ucichł
W tym domu cisza objęła królowanie
Ze zdziwieniem patrząc, na świąteczne zmiany
Na człowieka, który zasiadł przy wigilijnym stole
Jakby czekał, że ona przemówi…
Świeczka biała, dopala się, iskrząc
Na pustym talerzu, dla pielgrzyma znikąd
Opłatek z Jezusem, na sianku leży
Wpatruje się człowiek w kolorowe Dzieciątko
Jak niegdyś w kołyskę, własnych dzieci
Kolędy słychać, gdzieś zza ściany
Świat na pierwszą gwiazdkę czeka
Myślami się karmi, samotny człowiek
Sycąc się nimi bardziej, niż czerwonym barszczem
I słowa płyną do Dzieciątka z opłatka
Jaśniejącego w żłóbku, na białym talerzu
W ramiona Cię wezmę, Matka Twa pozwoli
Do mej starości przytulę, nikomu nie potrzebnej
Dzieci dorosłe, gdzieś w zamorskich krajach
O życie walczą, bogatsze dla wnuków
Dość zdrowia mam jeszcze, by nie być ciężarem
Miłości też mam dosyć, dla Ciebie, Dzieciątko
By łez nie wylewać nad swą samotnością
Bogu Ojcu podziękuj, za Twe Narodzenie
Za dar podziękuj, wigilijnej Nadziei.
Skarga
Uwielbienia doznajesz, Boże
W pieśniach pięknych i hymnach wzniosłych
Dymem kadzielnym wznoszą się ku Tobie
Na Twą chwałę, pieśnią wdzięczności
Święto czyniąc na ziemi, wiary w Stworzyciela-Boga
Kiedy pieśni milkną, dym kadzidła gaśnie
A hymn uniesiony wysoko, ginie gdzieś w obłokach
Kiedy pustoszeje kościół, ostatni słychać stuk kroków
Jezus myśli zadumany, w złotym tabernakulum
Czy serca nasze, w codzienność, poniosą tę pamięć wdzięczności
Są miejsca na świecie, gdzie hymny milczące
Ból ludzki wyśpiewuje, w ciszy swego serca
Tam Jezus, z tabernakulum złotego, podąża cierpiący
Łzy zbiera rozpaczy, jak nuty porzucone przez muzyka
I Sam im pieśni śpiewa, o Bożej Miłości
Piękne są hymny, harmonią brzmiące, zapachem kadzidła zdobione
Lecz są też hymny, krzykiem wzniesione ku niebu
Bieda, cierpienie i głód śpiewają je, za drzwiami kościoła
A Ty, prosisz Panie, byśmy je słyszeli
Skargą są w Twej pieśni, śpiewaną na ziemi.
Podczas mszy świętej, w sercu swoim ujrzałam Jezusa na krzyżu. Otaczało Go światło. Raptem światło przygasło, zaznaczając jedynie fragmenty ciała Jezusa metalicznym odblaskiem. Sylwetka Jezusa stała się ciemna, stopiła się z czernią krzyża. Potem, w obrazie zajaśniały złotym blaskiem promienie wychodzące z Jego ran na głowie, rękach, stopach i sercu. Na ciemnym krzyżu były jak złote, jaśniejące strzały … Tak bardzo chciałabym ujrzeć gdzieś w świątyni taki obraz ...
Drzewo i kamień
W naszym życiu są dni
Owinięte w szary smutek
W niebo spoglądamy zachmurzone
Obojętne na nasz nastrój
Pod nogami zieleń
Zamieniona w umierające liście
I myśli przychodzą, o samotności istnienia
Wtedy na drzewa spoglądam ogromne
Silne i pełne nadziei trwania
Na krzyż zbity z drzewa dla Jezusa
Jego samotność na krzyżu…
Ostatni dotyk żywego Boga-człowieka
To dotyk drzewa…
Przemienionego w krzyż, przez człowieka
Jezus wyniesiony wysoko, umierający
Z drzewem zespolony krwią, potem i łzami
Daleki jest od ludzkiego dotyku
Martwego już, chroni kamienna grota
Kamień i drzewo, moc trwania tego świata…
Przetrwała kamienna grota, ciepłem wiernych ogrzewana
Przetrwał krzyż, jego drzewo, zieleni się dla nadziei pokoleń.
Święto Chrystusa Króla Wszechświata
Mój Król
Mój Król nie zasiada na złotym tronie
Tronem Jego jest krzyż wbity w skałę
Berłem, gwoździe tkwiące w Jego członkach
Koroną, ciernie splecione, raniące głowę
Mój Król nie ma szat z królewskiej purpury
Nagi jest, z ziemskich ozdób odarty
On, swym cierpieniem, pokorą sługi
Zdobywa władzę, spojrzeniem Miłości
Mój Król nie panuje z zastępami wojska
Zniewalając narody orężem, rozkazem
On, wolny wybór daje ludzkiej woli
Czy z Nim chce zamieszkać w Jego Królestwie
Mój Król jest władcą nieśmiertelnym
Na mszy się odradza, karmiąc Swoim Ciałem
Tych, którzy w cud wierzą zmartwychwstania
W Jego zwycięstwo nad śmiercią i złem świata
Tylko jeden Król dotknął stopami ziemi
Ubrany w szaty i postać człowieka
On mocą Miłości, odrzucił nienawiść odwetu
Miłosierdzie wylał z przebitego włócznią boku
Mój Król w swym Getsemani, kielich wypił goryczy
Woli się poddał Ojca, by zbawić ludzi dla Prawdy
Która jest Słowem Królestwa Wiecznego
I Miłością przyzywa ludzi, zagubionych w świecie
Mój Król zna moje myśli, cierpienia i dni moje codzienne
W komnatach królewskich nie odpoczywa
Staje przed każdym zrozpaczonym dzieckiem
I łzy ociera, gdy błagalną słyszy modlitwę
Przed Królem moim klękam codziennie
Nie jak niewolnik przed możnym panem
To miłość moja zgina kolana, tęsknota duszy wielka
Za Królem, który Męką swoją, drogę mi wskazał zbawienia.
Adwent
Czekam na Ciebie, Jezu
W ten czas adwentowy
Byś tęsknotę moją, radością Narodzin wypełnił
Na światło czekam pośród ciemnych nocy
By w świętej spowiedzi
W mroku zostawić, zagubienia moje
Czekanie moje drogą się staje
Czas na niej zanika
To czas adoracji życia Twojej Matki
Czas unoszenia się ku Betlejem
Serce me, wiara przepełnia święta
W Twe Przyjście, Jezu, powtórne
A wtedy ręką swoją zgarniesz wszelką ciemność
I światło napełni ziemię
Czekam na Ciebie, Jezu
Drzwi duszy otwieram szeroko
I choć lęk ludzki w pamięć się zamienia
O sprawiedliwości, która czyny sądzi
Na cud czekam światła miłości
Na głos Twojego Miłosierdzia
To dusza moja wybiega poza mnie
Jakby chciała czas oczekiwania skrócić
I to, co we mnie słabe i takie przyziemne
Na skrzydłach unieść tajemniczej mocy
Już nie ma czasu, godzin mozolnie bijących
Oczekiwanie na Ciebie, Panie, tęsknota przejęła
Z nią, Dobry Jezu, tym darem od Ciebie
Adwentem się staje, całe życie moje.
Przed mszą świętą rozważam myśl jak człowiek w swoich możliwościach może zbliżyć się do Jezusa. Wzrok mój skierował się na nagiego Jezusa na krzyżu.
My, ludzie, przychodzimy na spotkanie z Nim „ubrani” w swoje przyzwyczajenia, drobne grzechy, od których nawet nie staramy się uwolnić. To nasze „ubranie” nie pozwala naszej duszy unieść się ku Panu. Stąd rozproszenia, niestaranne modlitwy, niepokój. Jezus na krzyżu jest nagi. Nie ukrywa się. Oddał życie za nasze zbawienie. My ciągle staramy się coś zatrzymać dla siebie, usprawiedliwić. Trudno więc naszej duszy wyzwolić się z tych „ubrań” i stanąć przed Panem nagimi, uwolnionymi od życiowych niedoskonałości. Oddać Mu to nasze „ubranie”, by móc być bliżej Niego, czuć Jego obecność.
Przewodnik
Kiedy na oślep drogami życia biegniemy
Nie dostrzegamy granic, wzrok tam nie sięga
Kiedy ścieżkami podążamy za tłumem
Plecy ludzi widzimy, nie cel podróży
Świat nasz jest trudnym miejscem wędrówki
Dróg w nim tak wiele, rozstajnych ścieżek
Na jednych słońce oślepia oczy
Na innych ciemność może zaskoczyć
Polując na zdobycz łatwą i wygodę
Krążymy w życiu jak myśliwy w lesie
Bez przewodnika, który zna właściwe drogi
Gubimy się, marnując cenne chwile życia
Gdy zawiedzeni, na kolejnym stajemy rozstaju
Naszą zdobycz oglądamy ze smutkiem
Myśl przychodzi, po co biegliśmy tam gdzie tłumy
Za plecami tych, którzy celu drogi nie znali
Nasza zdobycz, z tego biegu na oślep
To marne skorupy, po cudzych marzeniach
Nasze własne gdzieś się rozpłynęły
Tylko serce, ciągle domaga się czegoś cennego
Własnej drogi zaczynamy szukać i Przewodnika Mądrego
On, na krzyżu rozpięty, jak orzeł do lotu
Drogę wskazuje, w bezkres szczęśliwej wieczności
Miłością oświetlając miejsca, gdzie skarby prawdziwe są ukryte.
Stary krzyż
Klęczałam kiedyś przed starym krzyżem
Chrystus na nim, kilka pokoleń już widział
Krzyż, zawieszony w przedsionku kościoła
Wielu pielgrzymów, tajemnicą swą, zatrzymywał
Rany ciała, artysta z pietyzmem wymalował
Otwarte oczy Jezusa wpatrywały się w modlących
Potężne gwoździe przebijały ręce i nogi
Drewniany krzyż z Chrystusem przemawiał …
Głowę uniosłam ku zranionym stopom
Rękami pielgrzymów były wygładzone
Wzrok zatrzymałam na ranach Jezusa
Sercem pełnym bólu, całowałam je
I myśl przyszła nagle, jak natchnienie anioła
W przestrzeni bólu, promieniującego z krzyża
W jakim miejscu, Twój, Jezu i mój wzrok się spotka?
Na stopach, rękach, czy w oczy Twe spojrzę?
Czy stopy Twe dotknę delikatnie, z lękiem?
Fragment krzyża ucałuję nieśmiało?
Przechodniem będę w pokorze, pielgrzymem setnym?
Czy miłość moja ma odwagę spojrzeć w Twe oczy?
Minuty mijały rozważań, pielgrzymi odeszli
Słowa ich modlitw, krzyż przygarnął ku sobie
Czułam oczy Jezusa patrzące na mnie
Wyczekujące, żywe, w ciemnym przedsionku kościoła
Modlitwy nie wypowiadałam, słucham duszy mojej
To ona mówiła: ciało zabili Twe, Panie
Serce od włóczni zamilkło, członki od gwoździ obumarły
Lecz oczu Twych, Jezu, na wieki, nie zabito
Lęk odrzuciłam, który grzech narzuca
Ufność zwyciężyła, spragniona miłości
Oczy moje w Twoich oczach utkwiłam
Miłosierdzie poznałam … Bożej Miłości.
Czas wyboru
Bogactwo wydarzeń życie człowieka przenika
Jak nić kręta, obraz tkająca nieznany
Często myślimy, że artystami jesteśmy tej tkaniny
Dopóki nagle, los zły lub dobry, zrywa nić
Dotąd, pewną ręką, wzór życia tkany
I wielki znak zapytania przed oczami świeci
Dziwna pustka, niepewność, ogarnia człowieka
Moralnych dylematów pustka nie rozwiąże
Ona trwa jedynie i cierpliwie czeka
Co, wolność człowieka wybierze …
Ta pozorna pustka jest darem dla życia
Dobry los wykorzysta, dzieląc go z innymi?
Czy jak egoista, sam się nim zachłyśnie?
Czy los trudny dźwigając, ręce opuści bez walki?
Łzami rozpaczy zalewając, wzór swojego życia
O pustko, która białą plamą świecisz na obrazie życia
Refleksji jesteś czasem, jak siewca na polu
Ziarno, Pan twój posieje, życiodajnej rośliny?
Czy rozpaczą zwiedziony, z pola kąkol zbierze?
To czas refleksji, czas wolności wyboru …
Jeśli w tę pustkę, modlitwę zasiejesz
Rosą pieśń ozdobisz, do Maryi Świętej
Przyjdzie ci z pomocą, Artysta Wszechrzeczy
On nici zerwane, w święte supły zwiąże
Gdy ty, obraz swego życia, Jemu poświęcisz.
Przed końcem mszy świętej ujrzałam obraz ogromnego sadu, pełnego kwitnących drzew, a także uschłych. W sadzie było pełno ścieżek, jak w labiryncie. Krążyli po nich ludzie, czasem wracali na ścieżki już przebyte. Miałam wrażenie, że szukają wyjścia i są zagubieni. W swojej wizji tego sadu, uniosłam się jak ptak ponad nim. Wtedy zobaczyłam drogi wyjścia. To takie proste, usłyszałam w sercu. Aby ujrzeć sens swojej wędrówki w życiu, należy się unieść wyżej, spojrzeć z perspektywy duszy nieśmiertelnej, która dąży do Boga, do celu swego przeznaczenia. Na skrzydłach wiary, ufności w Jego Miłość, unosimy się wyżej i wyraźniej widzimy właściwe drogi wyjścia z labiryntu tego sadu.
Wieża
Jest na mej duszy wieża wysoka
Jak antena ku niebu zwrócona
Ze świętych sakramentów zbudowana
Chrztu, bierzmowania, Eucharystii
Obrazy z niej płyną do duszy, muzyka, piękne słowa
I choć dusza nie zawsze je rozumie
To ciepło miłości Świętego Nadawcy ją przenika
Stwarzając radosny pokój
Z mojej wieży nadaję ku Bogu
Modlitwy i obrazy z mojego życia
Biegną szybką strzałą, gdy są czyste i szczere
Zakłóca je grzech, jak burza na łączach
Obraz zniekształca się, traci kontakt
Nastaje noc, dusza traci jaskrawość ekranu
Niebo cierpliwie czeka, a Święty Nadawca
Miłosierną ręką, naprawia stracone porozumienie
I słyszę aniołów sfruwających z wieży
Ostrzegają: wieża twoja chwieje się…
Grzech - to zdrada Ukochanego
Kaleczy cierniami serce, przenika bólem
Dzięki Ci Boże, za ten ból
Pamięcią jest on Twoją, o mej duszy
Spowiedzią oczyszczam nasze święte porozumienie
I dłoń Twoją chwytam - skrzydłem jest Ducha Świętego
I błagam: daj Panie mej duszy
Swoje obrazy, słowa, swoją muzykę.
Dopóki
Dziwny dzień przeżyłam
Był jak wiele innych, pełen miejskiego harmidru
Hałasu, władczo zalewającego ulice
Pochłaniającego wszelkie próby
Przebicia się śpiewu ptaków, szumu wiatru
Stukot kół pędzących aut, zgrzyt hamulców
Przeraźliwy odgłos sygnałów karetek
Tworzyły kakofonię dźwięków
A raczej „krzyk” ulicy obolałej od ruchu
Nieczułej już dla ludzi, dla ich potrzeb
W tej muzyce ulicznej wyczuwałam … lęk
Raptem, jakby na wewnętrznym ekranie świadomości
Ujrzałam wypisane słowa modlitwy: Zdrowaś Maryjo, łaski pełna
Modlitwa przygarnęła mnie, objęła, łagodziła lęk
Przeniosła do Nazaretu sprzed ponad dwu tysięcy lat
Do osady, olśnionej upalnym słońcem
Pokrzykiwanie ludzi było jak świergot ptaków
Stukały kopyta osiołków, objuczonych towarami
Czas wydawał się tam łagodny dla człowieka
Nie śpieszył się … inna muzyka głosów, inny zapach
Choć i tamto życie miało swój własny … lęk
Odczuwam prawdziwą, mistyczną więź tych obu światów
Więzią tą jest cud bożego daru, cud modlitwy
Tak długo trwa świat, trwa nadzieja …
Dopóki trwa modlitwa, na ustach i w sercach ludzi.
Wielkopostna zaduma
Są takie dni w życiu człowieka wiary
Gdy staje przed nami pytanie
Kim jestem? I Kim Bóg jest dla mnie?
Pytanie to krąży jak ptak o ziarno proszący
I czujesz, jakbyś w ciemności uderzył o skałę
To Prawda chce dotrzeć do ciebie
Pamięć unosi się ponad życiem przeszłym
Usprawiedliwień szukasz w swej ludzkiej naturze
Na myśl przychodzą żywoty świętych
Ich życie pokorne, ofiarne cierpienie
Tych chwil nie odtrącaj, to łaska zadumy
Nad istotą wiary, swego człowieczeństwa
Oskarżeń nie szukaj, które chcą cię sądzić
W Bożym Miłosierdziu zanurz się z nadzieją
To czas Góry Tabor, spotkania z Jezusem
Czas przemiany serca, wzniesienie się wyżej
Piękne są dłonie w modlitewnym geście
Ileż piękna mają, gdy braci prowadzą do Boga
Krzyż Pana uwielbiasz w pokornym pokłonie
Twój też jest cenny, gdy z miłością go niesiesz
Prawdy szukaj w biblii, może zakurzonej?
Tak jak wiara, nierzadko w zwyczaju zamknięta
A kiedy słowa słyszymy: nawracajcie się …
Czyż nie o miłość w swej wierze walczymy?
O ręce, nogi miłosierne, o język miłości do bliźnich?
Wiara nie jest schronieniem przed bólem wszelakim
Bez miłości, słabnie w trudnych chwilach walki
Błagajmy o taką Miłość, która z krzyża spływa
Moc Jej, w zawołaniu Zbawiciela … Pragnę
W tej świętej chwili, naszego wiecznego zbawienia.
Każda msza święta jest cudem, zakrytym przed naszymi oczami, ale nie przed naszą wiarą i miłością, która prowadzi nas na ucztę z Jezusem. Zdarza się, że nasze osobiste zaangażowanie podczas mszy świętej, świadomość, iż na ołtarzu jest realny Jezus, zamyka nasze fizyczne widzenie i zaczynamy widzieć sercem. To pragnienie spotkania, tęsknota za Zbawicielem sprawia, że może nas dotknąć łaska niezwykłego zbliżenia, jak to opisałam w wierszu: „Oczy serca”. Z głęboką pokorą i wdzięcznością odebrałam ten obraz. Jest on dla mnie wskazówką do głębszego przeżywania Słowa Bożego, rozważania z radością żywego cudu mszy świętej. I tak naprawdę nie jest ważne widzieć coś oczami, aby uwierzyć, ważne jest aby zatrzymać Jezusa w sercu i mówić do Niego w każdej chwili. Nie ma dla człowieka na ziemi większej miłości nad Miłość Boga.
Oczy serca
Był taki dzień, na mojej mszy codziennej
Gdy serce moje, malarzem się stało
Na moment zamarło, z czasu wyzwolone
I barwy cudowne nad ołtarzem ujrzałam
Czerwień pulsowała żyjącym płomieniem
Na jej tle biel anielska, plamą się barwiła
Obok szata niebieska, może Matki Świętej?
Lśniła, jakby z krystalicznej wody, uszyta
Nad białym obrusem, podczas Konsekracji
Setki drobnych rączek, wielki chleb unosiło
Postaci nie widziałam, w kolor były wplecione
Barwnymi plamami wibrowały, gasnąc i ożywając
Wielki bochen chleba przyciągnął me oczy
Światłem błyszczał i pulsował życiem
Kielich uniesiony rękami kapłana
Pochylił się lekko, a na chleb się wylały
Krople krwi czerwonej …
Zamarłam w bezruchu, wizją zadziwiona
Jak malarz pokorny, niezdolny odtworzyć
Piękna tej wizji, na płótnie obrazu
A potem cisza zaległa i czas zaczął płynąć
Kapłana ujrzałam w błagalnym pokłonie
Nad zwykłym obrusem, haftem ozdobionym
Cud wielki się dzieje … Przeistoczenia
Jezu, pomyślałam, łaska to, czy złudzenie?
Oczy przecież miałam szeroko otwarte
Szept cichy usłyszałam, gdzieś w głębi duszy:
Gdy oczy serca, z miłością ufną patrzą
Ich wzrok widzi więcej … sięga dalej.
Krzyż Zbawienia
Boże, prosiłam, daj mi widzieć sercem
To piękno, ten cud Eucharystii Świętej
Oczy nasze, zasłonę mają z materialnych nici
Spragnione serce, wybiega przed oczy …
Gdy sercu zaufasz, usłyszałam słowa
Piękno dostrzeżesz, lecz i bólu doznasz
Serce Mego Syna, zranione przez ludzi
Bólem swym, z tobą zechce się podzielić …
Na moment się zawahałam
Jak grzesznik, niezdolny do ofiary
Czy drogą iść udeptaną, znaną?
Czy Pana poznać sercem, na Jego Drodze Krzyżowej?
Matkę Bożą wezwałam, Wspomożycielkę wątpiących
Na Opiekunkę mych duchowych przeżyć
Zasłoń, Matko, swą suknią, ból, którego nie pojmę
Daj poznać ból Pana, który mnie olśni i umocni
Krzyż ujrzałam ciemny, wysoki, nad ołtarzem stojący
Z drewna był mocnego, pełen szczelin głębokich
Jak pole, usiane korytami rzeki
Krew w nich płynęła, prosto do kielicha
Obfitość jej, zadziwiła serce moje
Krętymi zakolami, żywym płynęła strumieniem
W sercu usłyszałam: dopóki krew Moja płynie
W tym Krzyżu Zbawienia …
Chronieni jesteście, Moim Miłosierdziem
Cud Mszy Świętej
Kiedy cudów pragniesz, oczami widzianych
Wrót do pałacu cudów, anioł nie otwiera
Strażnikiem jest tajemnic nieba
Przed oczami tych, którzy dowodów swej wiary szukają
Jeśli cudów łaski nie widzisz wokoło
Jeśli serce twoje miłością nie płonie
Jak oczami możesz, cud rozpoznać boży?
Jak go nie pomylić ze zwykłym omamem?
Bóg nie skąpi cudów ze skarbca Swej Łaski
Czas na nie wybiera według własnej woli
Podczas Mszy Świętej, są takie momenty
Gdy modlitwa serca, z bożym, łączy się oddechem
W tej świętej chwili, zmysł wzroku zanika
Dusza ludzka, z cielesnej uwolniona, powłoki
Do ołtarza biegnie, do pałacu cudów
Anioł w ramiona ją bierze
I widzi dusza cud, gdy Duch Święty
Ze skrzydłami białymi, przeczystego blasku
Kapłana obejmuje w miłosnym uścisku
Podczas, gdy on hostię i kielich unosi
Widzi dusza sznur złoty, pleciony jak warkocz
I dźwięk słyszy dzwonów donośnych
A anioł jej tłumaczy: każda Msza Święta na ziemi
Echem tego dzwonu, zwycięstwo Miłości, w niebie ogłasza
A kiedy dusza klęka w miłosnym zachwycie
Jezus ją obdarza, krwią z krzyża płynącą
Z grzechów obmywa, ranami leczy, Męką Swą zbawia
Cudem Mszy Świętej, uświęca
I widzi dusza nad głową kapłana
Wieniec z krwią płynący, bez żadnej osłony
Pulsujący, żyjący, jak Miłość bez ochrony
Gotowa poić, każdego spragnionego …
Gdy kapłan błogosławi, dusza do ciała wraca
I uświęca serce tym cudem, którego sama doznała
A serce choć drży, niegodne tej łaski
Przytula te cuda jak relikwie, jak perłę, ze skarbca Pana.
Piękne są święta Wielkanocne. W tym czasie czuję szczególną obecność Jezusa. Z ludzkiego punktu widzenia „przeszkadza mi” tłok i biegające dzieci. Staram się jednak skoncentrować na uroczystości. W wyobraźni „wychodzę”, a raczej wyprowadzam swoją duszę nad wody Jeziora Galilejskiego. Jest noc, słyszę plusk fal, delikatny, miarowy. Nad wodą widzę daleko wielką, czerwoną kulę. To nie jest czas na zachód słońca. Czerwona kula zbliża się do brzegu, staje się ogromna, jak hostia przepełniona krwią Chrystusa. Ogarnia sobą przestrzeń, pochłania ją. Czuję jakby chłonęła cały świat, błogosławiła go.
W niedzielny, świąteczny poranek, uwielbiam Jezusa w swoim ciele, właśnie otrzymałam komunię świętą. Raptem słyszę stuk, jakby ktoś upuścił twardy przedmiot. Otwieram oczy … to hostia upadła na podłogę podczas udzielania komunii. Jakże taki maleńki, delikatny opłatek mógł wywołać taki odgłos? Czyżbym tylko ja to słyszała? Ciągle słyszę ten odgłos w swoich uszach, jakby skierowany do mnie, do każdego, kto zechce przyjąć Twoją czystą, miłosierną Miłość.
Spotkanie w modlitwie
Zjawiasz się Jezu, w życiu naszym
Tak żywy, iż serce nawet bić przestaje
Niewiarygodny staje się ten moment dla umysłu
Gdy światło tajemnicy przenika ciało
Jeszcze modlitwa w ustach nie przebrzmiała
Jeszcze myśl o codzienności nie zgasła
A miłość przedziwna napływa gorącą falą
I masz uczucie opieki doskonałej…
Radość cię unosi niezwykła, ponad troski życia
Ptakiem jesteś w nieznanej przestrzeni
Łzy radości, słonym płyną strumieniem
I to, co w sercu było dotąd świętym rytuałem
W miłosny z Jezusem, przemienia się związek
Źródło widzisz krystaliczne, kilka kropel krwi Pana
Biały płatek Eucharystii po nim płynie
Serce i duszę, pragniesz w tym źródle zatopić
Trwać tak chcesz, w tym świętym zachwycie
Wrażenie masz, iż z oczu twych spadł całun
Dzielący ołtarz i duszę twą, dotąd uśpioną
Pieśń piękną słyszysz, choć cisza zalega świątynię
Słowa dziękczynienia prosto z ust płyną
Echem anielskich modlitw
Trzymaj mnie Panie, chcesz krzyczeć, w objęciach Twoich
Twoim chcę być, na wieki…
Zjawiasz się Jezu, przy nas, w modlitwie nieoczekiwanie
Tak żywy, iż bliskość Twą, zmysły wszystkie czują
W tej pięknej chwili, puste się wydają obrazy
Z ram ich, do ludzi, wychodzi żywy Jezus
Pielgrzym, w nieustającej, do dusz ludzkich, podróży
Z tym samym krzyżem, który dźwigał na Golgotę
Z tym samym spojrzeniem oczu miłosiernych
Z tą samą, zmartwychwstającą Miłością, dla której za nas umarł.
Świt na Górze Synaj
Patrzę na świt rozpraszający ciemność
Śpiącą jeszcze leniwie, na posłaniu gór
Jeszcze ciemność kończy swe sny, marzy
Gdy świt swą dziecięcą radością
Wymiata ją ostrym blaskiem
Czekam po nocnej wspinaczce na Górę Synaj
Na wschód słońca…
Oparta o skałę, wpatrzona w moc gór
Świadkiem jestem przedziwnego cudu
Ogromna, czerwona, płonąca kula wyłania się nagle
Zza skalistych szczytów, wbijających się dumnie w niebo
Jakby posiadły wiedzę o wschodach i zachodach słońca
Mam wrażenie, że jestem w wielkiej sali koncertowej
Na koncercie mistycznego wirtuoza
Ciało moje poddane jest dźwiękom dotąd nieznanym
Uczuciom głęboko skrytym
Ale to cisza tak drga, śpiewa własną pieśń
Doznaję piękna milczenia…
W takiej chwili, Mojżesz padł na kolana
Przed potęgą Boga
Czerwień płonącej kuli słońca jest jak Eucharystia dla świata
Wypełniona krwią Bożego Syna
Otoczona świtem, zapowiadającym zbawienie
Mocą objawiającą się na Synaju…
Napełniam się radością zebraną z wielu pokoleń
Patrz, duszo moja, szepczę
Daję ci skarb spotkania Boga z człowiekiem
Nie zagub go, przytul kamienne tablice Mojżesza
Niech ich ciężar cię nie przytłoczy…
Synaju, twoja góra odcisnęła we mnie obraz
Jeszcze go rozważam, schodząc w dół
Między ostrymi skałami
Pragnienie mam niesienia w sobie tej radości
Jest tak wielka, że serce nie może jej pomieścić
W ciepłym słońcu poranka zostawiam za sobą
Płatki tej radości, jak tajemnicę, na mijanych skałach
Dla tych, którzy schodzą za mną
To miłość, która mistyczną falą, przelała się przeze mnie
Dając obfitość radości i łaskę dzielenia się z innymi
To dar otrzymany, z mocy Góry Synaj.
Spowiedź sumienia
Przepraszam Cię Jezu, za moją miłość
Czasami nieudolną, lękliwą i płochą
Niecierpliwie wciąż o dary proszącą
Miłość zapominającą o łaskach darmo otrzymanych
Za miłość przepraszam naiwnie spragnioną
Pociech szukającą bardziej niż ofiary
Gdy Ty chcesz bym odwagę miała Weroniki
I stała przy Tobie, niosącym krzyż zbawczy
Przepraszam za dni w egoizm strojne
Spragnione własnych, codziennych radości
Za słowa przepraszam … daj mi to, Panie
Jakbym nie widziała Twych dłoni przebitych gwoździami
Przepraszam Cię Jezu, za lata puste duchowo
Smutkiem obsiewany ogród mego życia
Za oczu ślepotę, gdy bukiet ukazujesz róż świętych
Różaniec Twej Matki, modlitwę za zbawienie bliźnich
Za modlitwy przepraszam, czasem jak ptaki rozproszone
Słowa się unosiły, bez skupienia duszy
A Ty, ciszy szukałeś, adoracji serca
Mówić chciałeś do mnie, o Twojej Miłości
Dziś chcę Ci podziękować za Twą Miłość cierpliwą
Ona łaską spłynęła, płomieniem gwałtownym
I choć słabości we mnie więcej niż olbrzym ma siły
Ufam Miłości Twojej, ona jak orzeł, unosi wysoko.
Na pielgrzymkę do Ziemi Świętej udałam się już trzeci raz. Czas tej pielgrzymki obejmował okres od Święta Zesłania Ducha Świętego do Święta Trójcy Świętej. I nie był to tylko przypadek. Pielgrzymkę poświęciłam w intencji przemiany duchowej, wzrostu mojej wiary. Nie koncentrowałam się na zewnętrznych widokach, murach, kamieniach, pragnęłam aby duch bożego słowa dotknął mnie mocno, aby zewnętrzny gwar pielgrzymów (a było ich bardzo wielu) nie odebrał mi wewnętrznej ciszy. Chciałam by te krótkie chwile spotkania z miejscami świętymi wydały duchowy owoc. Pragnęłam wewnętrznego olśnienia wynikającego z danej mi łaski bycia w miejscach świętych. Przyjmowałam upał, ludzki tłok jak dar potrzebny, by uczyć się dzielić przeżyciami z innymi. By uczyć się po prostu kochać współtowarzyszy z pielgrzymiego szlaku.
Poemat pielgrzyma
Trzykrotnie dotykałam cię, Ziemio Święta
W oczach moich zostało twoje piękno, w sercu, miłość
Przepełniona tęsknotą poszukiwania czystego praźródła
W Dzień Zesłania Ducha Świętego poczułam cię kolejny raz
Znałam już twoje świątynie, hałas twoich ulic, gwar pielgrzymów
Tym razem, duszę moją wysłałam na pielgrzymi szlak
Niech krążąc ponad świętymi znakami, zbiera duchowe skarby
Skarby wiary, umacniane bożym słowem
Dałam duszy wolność, biegnąc za nią myślami
Moje ciało tkwiło w otaczającej współczesności
Myśli unosiły się ku Bogu
Oblicza Jezusa śpiącego, szukałam w szumie fal Genezaret
Tamtej burzy, łodzi Piotra, miotanej falami
Pragnęłam usłyszeć oddech Jezusa w Kafarnaum
Odpoczywającego po trudach wędrówki
W głąb kamiennych płyt przenikałam wyobraźnią
Drogą, pośród jerozolimskich straganów szedł Pan z krzyżem
Dusza moja zamarła w smutku, potykając się o ból
Ból tkwiący tam nadal, ozdobiony Jego krwią
Ból przenikający przez powietrze jak nie gojąca się rana
Rozmodleni i rozbiegani ludzie w bazylikach
Współczesność wbijająca się w historię Zbawienia
Każdy, jak talizmanu, pragnie dotknąć świętych śladów
Długi korowód ludzi otacza Grób Pański, Betlejemski Żłóbek
Chwilę mam tylko, Jezu, by poczuć ciepło tych miejsc
Zatrzymać w dłoni, oddać sercu na przechowanie
Pielgrzymujemy dalej z moją duszą na Górę Synaj
Ku słońcu wyłaniającemu się rankiem zza gór
Mojżesz i Bóg, kamienne tablice przykazań
Głos Boga brzmiał z tego miejsca
Cud spotkania z potęgą Miłości i Sprawiedliwości
Człowiek na tej górze jak ziarenko piasku
Ziarenko pragnące bliskości Boga, by stać się drzewem wiary
Zatapiam się w pięknej radości, czystej jak górskie powietrze
Poznaję przestrzeń unoszącą mnie ku odwadze
Odwadze wiary pomimo burz i wrogich fal
Odwadze Weroniki w jej miłosnym geście, Szymona odkrywającego Boga
Modlitwy pragnę, która Oblicze Jezusa przywoła …
Słów jej szukam głęboko w sercu, nawet tych nie znanych
Sylwetki modlących się Żydów przy Ścianie Płaczu
Są dla mnie jak wieczne znaki, które przetrwały wieki
Bo ludzka tęsknota za Bogiem, za modlitwą, nie przemija
Stroję się w tę tęsknotę jak w piękne kwiaty Izraela w słońcu
I wracam na własną Górę Tabor, górę łaski przemiany serca.
Nazaret
Nazarecie, mieście FIAT, Maryi
Błogosławione znakiem Boga
Mieście mistycznym…
Dziś, pełne gwaru mieszkańców i pielgrzymów
Dziś żyjesz dniem codziennym
Jesteś też miastem zadumy
Nad naszą wiarą, naszym fiat
Błogosławiona Dziewica Maryja
Odcisnęła na tobie, ciągle żyjące, płonące
Światło wiary
Rozmodleni w Grocie Zwiastowania
Rozważamy własne życie w świetle FIAT Maryi
Bierzemy w dłonie nasze pielgrzymie fiat
I ważymy jego siłę
Jego ciężar, wypełniający serce
Przerzucamy w modlitwie kartki swego życia
Odczytujemy w historii naszych dni
Własne fiat…
Czasem oddalone przez grzech nieufności
Czasem zwycięstwa nad złem
O, Maryjo z Nazaretu
Bądź z nami w Nazarecie naszego życia
Stań, przy ślepcach bez nadziei
Głuchych, na zwiastowanie dobrej nowiny
I nie pozwól powstać z kolan
W błaganiu o świętą wiarę
Odszukaj nasze fiat, odrzucone daleko
Na bezdroża nieufności, próżności
Weź go w swoje dłonie, pobłogosław
I włóż w serce, niech zabłyśnie Twoją wiarą
W Nazarecie, naszego życia.
Świątynia
Jeśli życie cenisz, darem jest dla ciebie świętym
W centrum swego życia, świątynię wybuduj
Głaz nieporuszony, jak ołtarz ofiarny
Krzyżem Chrystusa umocniony, krwią Jego poświęcony
Po kamiennej podłodze, ogrzanej stopami pielgrzymów
Zbliżam się do Grobu Pańskiego w Jerozolimie
Chłód kamiennych ścian otacza mnie
Jak grota wypełniona życiodajnym powietrzem
Wejście do świątyni przejmuje ciało drżeniem
Przed dotknięciem niezwykłej tajemnicy
W gwarze ludzkich głosów można się zatracić
Poddać fali codzienności, zagubić tajemnicę
Panie, wołam, byłeś tu i Jesteś
Prowadź mnie modlitwą serca
Oddal szum, napełnij ciszą …
Jak ślepiec uwolniony od pokusy oczu
Dłońmi dotykam nierówności kamieni
Czas oczekiwania na wejście do Grobu
Wypełniam modlitwą, szukam miejsca w sercu
By, jak ogrodnik czuły, zasadzić w nim białe lilie
Na spotkanie z Tobą, w tym świętym miejscu
Na te chwile, gdy dotknę Twego Grobu
Chłodna, kamienna płyta, kilka świec
I łaska bycia z Tobą, umarłym i zmartwychwstałym
Zostawiłam tam kilka łez, dziwnie słodkich
Zapomniałam o pięknych słowach …
Jakby ciało, serce i dusza nagle umilkły …
O, tajemnico Świętego Grobu Pańskiego
Skało Męki Chrystusa
Ilekroć szukam w sobie zagubionej tajemnicy
Oczami duszy przekraczam próg tamtej Świątyni
Jerozolimska Świątynio, ołtarzu ofiarny dla świata
Tajemnico Miłości, czuwająca na progu każdej świątyni
Tajemnico, która pragniesz być poznana przez każdego człowieka.
Rozważałam zdanie, które usłyszałam w sercu: szukacie życia duchowego, „ryjąc jak krety” w ziemi, a nie szukacie go wysoko … Rzeczywiście, współczesny człowiek jest bardzo związany z tym, co „ziemskie”. Cała współczesna kultura „opisuje” fizyczne emocje i „nawołuje” do ich kultu, do filozofii używania życia, które ma dać szczęście. Emocjonalne, krzykliwe piosenki, sztuka, literatura, pełna erotycznych scen. A to wszystko jako wzór dla … rozwoju duchowego? Raczej dla kultu popędów. Człowiek zagoniony do pracy, nie ma czasu na refleksje. A jeśli jakiś „niepokój” wkrada się w jego życie, sięga po używki, by go zabić. Ośmiesza się tradycje rodzinne, dając „wolny wybór” życia seksualnego. A to wszystko w imię nowoczesności, w imię uwolnienia człowieka od … myślenia o własnym przeznaczeniu. Szukamy, „ryjemy w ziemi”, za tym, co łatwe, co usprawiedliwia naszą cielesną naturę. Zatapiamy się w tymczasowości. A tymczasowość jest jak SMS, krótki, informujący. I tak mijają dni i noce. Mija życie … Człowiek nie jest „kretem” ryjącym w ciemnościach. Otrzymał światło w Ewangelii. Otrzymał Zbawiciela. Człowiek musi podnieść głowę wyżej, ponad kopce usypane przez kulturę użycia i musi zacząć myśleć o sobie jak o kimś nadzwyczajnym, kogo stać na piękne myśli i przeżycia. Musi po prostu patrzeć w niebo … aby nie być samotnym w oszukańczej kulturze hałasu i krzyku, tych, co ją tworzą dla nas, grzebiąc nas w duchowej ciemności.
Modlitwa za zmarłych
Przyjęłam cię, Jezu, w czas wspomnienia zmarłych
Ofiarując mszę i komunię dla mej matki
Smak eucharystii, czułą wzbudził we mnie modlitwę
Modlitwę, być może, jej wdzięcznego anioła?
W modlitwie tej nie było patosu
Słów wielkich i podniosłych
Słowa jej układały się w sznur łez słodkich
Jak obrazy wspomnień z dzieciństwa
Modlitwa ta miała smak truskawek i jabłek
Zbieranych przez mą matkę
Zapach chleba i kwitnących kwiatów
Była jak pokarm przez nią przyrządzany
Rękami, które nie znały spoczynku
Modlitwa pachniała pomidorami
Dojrzewającymi na parapecie okna
I porannym słońcem, ogrzewającym jej ogród
Suknią, którą zakładała, gdy szła do kościoła
Zniszczonym od jej palców, modlitewnikiem
Modlitwa ta pachniała, jej ubogim, ludzkim życiem …
Lecz komunia, którą przyjęłam w jej intencji
Bogactwem rozlała się w mej duszy
Bogactwem Twojej, Jezu i jej macierzyńskiej miłości.
Między bólem a radością
Między człowieczym bólem a radością życia
Jest miejsce na … czyściec
Na zrozumienie uczuć, które ból odcisnął
Na karmienie się nadzieją, jaką radość dała
Ludzki czyściec na ziemi, to pole nam dane
Do uprawy … życia
I choć ból, piekłem się wydaje
Czas, kurzem go pokrywa, choć blizny pozostają
Pamięć o nich, na polu czyśćca składamy
Doświadczeniem są … dojrzewania
Gdy chwastami lęku i złości, pole to obsadzimy
Jałowym się staje, czyśćcem męki nieustającej
Człowieczy czyściec może być uprawą roślin szlachetnych
Uprawą dobra, miłości i przebaczenia
Kiedy postawimy na nim krzyż Zbawiciela
Obsiejemy modlitwami jak życiodajną rosą
Choć człowieczy ból pulsuje pod bliznami ran
To mimo trudów, z potem na twarzy, siejemy dalej
Na polu naszego ludzkiego czyśćca
Zjawia się, przywołany przez nas, Pan Życia
Stawia na nim swoje poranione stopy
Łączy swój ból z naszym
Zrywa zasadzone przez nas, kwiaty nadziei, dobra i miłości
I przemienia nasz ludzki czyściec w nadzieję radości nieba.
Świece nadziei
Myślałam, że umierają tylko ludzie
A domy po nich i miejsca
Żyją dalej …
I pewnie tak jest w świecie realnym
Ale jest też niewidoczny świat serca
Świat uczuć rozpryskujących się
Na świat realny
To ślady ludzkich stóp, rozmów
Odgłos śmiechu i płaczu
W miejscach, gdzie byliśmy, żyliśmy
Z tymi, co odeszli …
Kiedy przechodzę obok takich miejsc
Wydają się mi obce, martwe, opuszczone
Jakby zastygłe w przeszłym czasie
Unikam ich, bo nie ma w nich życia
Tych, których kochałam
Są mury ich domów, tętni w nich nowe życie
Lecz jest obce, mojemu sercu, nieznane
I tylko kościół jest dla mnie
Czułym miejscem spotkania życia i śmierci
Tam palą się iskierki modlitw moich ukochanych
Jak świece nadziei, na spotkanie w wieczności.
W swoim wspinaniu się na szczyt wiary, otrzymaliśmy cenne drogowskazy. Takim drogowskazem jest siedem Świętych Sakramentów: Chrzest, Bierzmowanie, Najświętszy Sakrament, Pokuta, Namaszczenie Chorych, Kapłaństwo, Małżeństwo. Siedem cudów dających moc trwania w wierze.
Góra Siedmiu Sakramentów
Dwie góry ujrzałam, pełne ludzkich istnień
I choć w ciemności tonęły
Jarzyły się na nich światła
Drogowskazy, szczyt ukazujące
Na jednej, siedem lamp jasnych świeciło
Na drugiej, setki małych światełek drgało
Niesionych przez wspinających się ludzi
Kusiła mnie góra z migającymi światłami
Wyglądała jak świąteczna, kolorowa choinka
Jednak ciepły blask siedmiu świateł przyciągał wzrok
Miał moc obietnicy, nieznanej nadziei
Kim jesteś światło tej góry? - pytałam
Na moment napis ujrzałam: chrzest… bierzmowanie
Na górę siedmiu sakramentów wkroczyłam
I choć ciemność czarną wstęgą
Odgradzała światła kolejnych lamp
Widziałam wędrowców wspinających się śmiało
Jakby ktoś odwagi im dodawał
Pod żywym światłem KAPŁAŃSTWA, sylwetki kapłanów widziałam
Błogosławili, namaszczali chorych, spowiadali
W blasku lampy sakramentu małżeństwa
Ogrzewały się, przy życiodajnym ognisku
Pary młodych i starszych ludzi
Twarze wszystkich zdobił tajemniczy uśmiech
Jakby serca ich dotknęła świętość daru
Już niedługo szczyt góry, świt się budzi
Nadzieją pielgrzymów tej góry, wymodlony
Na szczycie góry, światło Eucharystii czeka
Sycą się nim spragnieni pielgrzymi
Tam sam Bóg bierze nas w objęcia
Łaską świętych sakramentów, szczyt możemy osiągnąć
Jeszcze miłosierne oczy, ku drugiej górze kierujemy
Jarzącej się nikłymi światełkami lampek
Do tych, którzy mocy własnego światła uwierzyli
Pustkę zastając na szczycie, w ciemność schodzą
Wskaż im Boże, błagamy, Górę Siedmiu Sakramentów
Świętą Górę Bożej Łaski.
Wiem, że każda msza jest spotkaniem z żywym Jezusem. Dlaczego jednak, zastanawiałam się, podczas niektórych mszy prowadzonych przez kapłanów, jestem rozproszona, a przez innych, skupiona, uwolniona od niepotrzebnych myśli? Czyżby głos kapłana miał znaczenie? Głos jest przecież jedynie fizycznym brzmieniem człowieka i niekoniecznie musi być piękny. To dusza kapłana, usłyszałam w sercu, nadaje słowom moc. Nasze serce, nasza dusza „słyszy” prawdę słów wypowiadanych, poddaje się im. Wiara kapłana, silna, przenika misterium mszy. Wierni czują ją, ulegają sile wiary kapłana. I nie muszą to być słowa wypowiadane „pięknie aktorsko”. To Duch Święty „łączy” ołtarz i wiernych poprzez wyczuwalną miłość do Boga, przez prowadzącego mszę kapłana. Módlmy się, aby Bóg obdarował kapłanów charyzmatycznymi darami i „miłosnym” uczestnictwem wiernych we mszy.
Cicha radość
Radość odkryłam w sobie, cichą i tajemniczą
Nie wybuchała gejzerem śmiechu
Nie unosiła ciała w radosnych podskokach
Nie brzmiała odgłosem spiżowego dzwonu
Czekała cierpliwie we mnie, aż ją rozpoznam
Podczas zwykłych, szarych dni
Gdyby nie łaska boża, podczas pewnej mszy
Może bym jej nie odkryła
Tak cicho i skromnie zasiadała
Na ławce mej duszy
Wyczekując, aż ją dojrzę
Może, przez wiele lat …
Oczy miała łagodne, uśmiech nieśmiały
Jej szare ubranie mniszki, nie błyszczało
Ale była w niej moc przedziwnego daru miłości
Miłości, która daje bezpieczeństwo i nadzieję
Nie była radością emocji i uczuć chwilowych
Była jak przyjaciel … na wieczność
Wąską bramą poprowadziła mnie do ogrodu
Zapach jego był muzyką, barwy, śpiewem
Ogród, przypomnieniem o pięknie Stwórcy
O cudach mszy świętej, tak cichych, że nierozpoznawalnych
Jak radość, którą odkryłam, cichą i łagodną
Radość … komunii z Panem.
Okno ołtarza
Splotło się serce moje z Twoim, Panie
W komunii miłości
Niewidocznym węzłem, zawiązanym bożą łaską
Dwa serca na uwięzi
Sznurem miłości połączone
Twoje, nieśmiertelne, z samej Miłości stworzone
I moje, słabością zalęknione
Patrzymy na siebie poprzez okno ołtarza
Szeroko otwarte, miłosierną ręką Boga
Są dni, gdy czuję Cię w pełnej światłości
I nic nie przesłania mego serca
Są dni tak ciemne, iż serce moje
Zalane łzami, mgła przesłania gęsta
I obraz Twój, Panie, zanika
Serce moje, poddane własnym myślom
W klatce egoizmu jest uwięzione
Szukam wówczas uporczywie …
Nowych oczu, nowego serca
Nowego światła, Twojego światła
Światła, które oczyści ziemskie oczy
Z kropel deszczu niepokoju i oziębłości
Wiarę mam, że sznur miłości, który nas połączył
Ty, Jezu, w oknie ołtarza
Trzymasz mocną ręką
Z Twojej dłoni popłynie moc
Przemieni moją ciemność, w światło Twego Ducha
A słabość moją złożę u stóp Twoich
By spalił ją płomień Twojego Serca.
Zbliżenie
Zbliżam się do Miłości
Z własną miłością, daną mi w Ofierze Pana
Jakby Duch Święty stanął pomiędzy nami
I zamknął mnie w świetlistym korytarzu
Nie ma już drzwi awaryjnych dla lęków i niepewności
Miłosna czułość bijąca od Boga
Wciąga jak strumień, jak powiew wiatru gorącego
Staję przed nią kilka kroków
Wyciągam ręce z sercem na dłoniach
Ciało jeszcze ziemskich dotyka przestrzeni
Serce i dusza toną w źródle bożej czułości
Jakiej nigdy dotąd nie zaznałam
Odpływam w mistycznej zadumie
Nad cudem Miłości dotąd nie poznanej
Jakby ciepły ocean nie wzburzonej wody
Pozwalał mi łagodnie płynąć
Choć marnym jestem pływakiem
Miłosierdzie Boże czuwa nad mym oddechem
Nad zmęczeniem nóg i rąk
Tak bardzo spragnionych dotyku ramion Boga
Zbliżam się do Miłości …
Z własną miłością, daną mi w Ofierze Pana …
Rozważając słowa Jezusa zapisane w Ewangelii św. Mateusza: biada nie pokutującym miastom, biada tobie, Korozain, biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno w worze i popiele by się nawróciły …
Pomyślałam jak wiele cudów dokonuje się współcześnie, których nie zauważamy. Cudem przecież dla nas są kapłani, którzy kontynuują misję Jesusa na ziemi, nie wspominając już o cudzie Eucharystii. Cudem są wszystkie zakony, w tym zakony kontemplacyjne. Pomimo setek lat jakie upłynęły od pojawienia się Syna Bożego, trwa cud przekazywania Jego słów. Trwa cud uzdrawiania dusz przez ludzi powołanych, oddanych służbie Bogu. Współcześni Jezusowi widzieli cuda przez Niego czynione. I jak to jest w naturze ludzi, szybko o nich zapomnieli. Może warto zastanowić się i odnowić naszą codzienność, poszukując cudów dziejących się obok nas. A wówczas odkryjemy, iż to, co wydaje się nam zwyczajnością dnia, jest cudem, który dzieje się na naszych oczach. Niech nasze błogosławieństwo i modlitwa za kapłanów będzie znakiem wdzięczności Bogu za cuda, które nadal czyni.
Prośba kapłana
Trzymaj mnie, Jezu, w Swych dłoniach
Jak gołąbka, który skrzydła swe złożył
I do lotu się nie wyrywa
Choć natura krzyczy: fruń, masz skrzydła
Trzymaj mnie, Jezu, w Swych dłoniach
Bym oddychał rytmem Twego serca
Pokojem wypełniał moje ciało
I nie pragnął lotu w nieznane
Trzymaj mnie, Jezu, w Swych dłoniach
Niech ciepłem Twego głosu żyję
I nie pragnął pokarmu ze świata
Bezpieczny w Twych rękach
Trzymaj mnie, Jezu, w Swych dłoniach
Daj mi tylko pieśń piękną wyśpiewać
Dla Twej chwały, Twej Prawdy
I dla zbawienia ludzi
Trzymaj mnie, Jezu, tak długo
Aby skrzydła moje stały się Twymi rękami
I abym swym kapłaństwem błogosławił
A cudem Twego istnienia, obdarowywał ludzi.
Sokółka
Są cuda tak niewidzialne
Jakby chciały ukryć się przed oczami
Przeznaczone dla serc wypełnionych miłością
Które blask światła cudu rozpoznają
Ale są też cuda czynione dla oczu
Z Bożego Miłosierdzia wypływające
Jak znaki wiecznej obecności Boga
Widziałam cud zakrwawionej hostii w Sokółce
Maleńki, krwawy punkt
Umieszczony na bieli, w monstrancji
W samym jej środku
Wydał mi się tarczą zegara bez wskazówek
Oczekującą na zegarmistrza
Który do czerwonego znaku
Dołączy piękne wskazówki
A wówczas zegar zacznie działać
Istota krwawej plamy da mu życie
Poruszy zegar ludzkiego bytu
Znak krwi Chrystusa nada sens
Wybijającym minutom życia
W tym cudzie Eucharystycznym mówi Bóg
Do wszystkich tych, którzy Mu zaufali
I tych ciągle wątpiących:
Ja Jestem …
Wolą waszą jest stworzyć takie wskazówki
Które krew Mojego Syna poprowadzi
I staną się skrzydłami ku wieczności
Cud uczyniłem
Byście swym życiem, także cud czynili.
Święto Kapłaństwa i ustanowienia Eucharystii
Radość Wielkiego Czwartku
Miłości doznałam niezasłużonej
Radosnego daru, dla serca
Nie rozbrzmiewał on krzykiem szczęścia
Nie znajdował słów pięknych
Miał smak świeżego chleba …
W Wielki Czwartek, ściśnięta w tłumie wiernych
Zamknięta jeszcze w wieczornym zmęczeniu
Ujrzałam nagle postać Pana, w lśniących szatach
Przechodzącego obok nas
Jakby powiewem był, postaci jasnej, krystalicznej
Dającej znak: Jestem, dotykam was
Jeszcze nie dowierzałam temu uczuciu
Lecz mądre serce wybiegło Mu na przeciw
Pozostawiając ciało w zadziwieniu
A potem serce wróciło z dziecięcą radością
Zawstydzając moją dojrzałość …
Gorące łzy rozlały się po mojej twarzy
Przeniknęła mnie łagodność, cierpliwość, czułość
Dotyk Miłości, cichej, hojnej
Miłości łączącej tłum wiernych, perełkami łaski
W wielki różaniec serc pragnących Zbawienia
Składany u stóp ołtarza
Miłości doznałam niezasłużonej
Smak miała świeżego chleba …
Eucharystii ciągle żywej.
Słuchałam wypowiedzi pewnego znanego pisarza na temat wiary w Boga. Pomimo swojego dojrzałego wieku stwierdził, że nadal ma pewne wątpliwości i ciągle „wadzi się” z Panem Bogiem, rozumem próbuje „dojść” do wiary. Jego droga do Boga też jest cenną drogą, dotyczy to też wykształconych teologów, ale … przyszła do mnie myśl, że w naszej drodze do Boga konieczna jest łaska… zakochania się w Bogu, w Jego słowach. Bez tego „zakochania”, do głosu dochodzą nasze ciągłe wątpliwości. A to „zakochanie się” dostarcza nam, poprzez łaskę, wielu argumentów, które obce są tym, którzy wszystko chcą ogarnąć tylko i wyłącznie rozumem.
Odzyskana nadzieja
Na schodach świątyni usiadłeś, by odpocząć
Poranione stopy oglądasz
W sens dalszej podróży wątpisz
Kamienne schodki chłodzą twoje rany i złamane serce
Wiele dróg przemierzyłeś, celu nie osiągnąłeś
Pozostał żal, którym się karmisz
Żebrakiem się czujesz, bez wiary, bez majątku
Za twoimi plecami w Tabernakulum
Czeka KTOŚ z chlebem, wiarą, nadzieją i miłością
Lecz oczy twoje zwrócone są nadal ku światu
A wystarczy otworzyć drzwi świątyni, odwrócić się…
Ale ty oddajesz się cierpieniu
Mijają minuty, godziny, nadchodzi noc
Ta zwykła, po dniu i ta w twej duszy
Bezdomne cierpienie i bezdomna noc…
A ty nadal tkwisz plecami do nadziei
Kiedy noc zamalowała wszystko ciemną farbą
A oczy twoje niczego ze świata już nie dojrzały
Maleńkie światełko lampki, kierunek ci wskazało
Na krzyż, przed kościołem…
Jakże cenne wydało ci się, w tą mroczną noc
Z porannym świtem wchodzisz do świątyni
Cztery ściany… jak dom
Bezdomny, a jednak w domu
Śpiew wiernych, organy, wspomnienie
Kiedy matka prowadziła cię pod obraz
Słyszysz jej głos: pamiętaj
Ta Matka nigdy nie umiera
Jest ksiądz w konfesjonale, ktoś cię do niego prowadzi
Klękasz i mówisz…
A potem podaje ci białą hostię, zalewasz ją łzami
Klęczysz, twarzą do Pana, do swojej Nadziei
Tym razem, plecami do świata.
Przedziwne doświadczenie
Kiedy przyjęłam Cię, Jezu, w komunii świętej
Smak przedziwnej tajemnicy
Rozlał się w sercu moim
Jakbym wraz z ciałem i krwią Twoją
Przyjęła także w hostii
Oblicze Matki Twej, Świętej
W tej tajemnicy przedziwnej
Trwającej zaledwie sekundy
Słoność Jej łez żalu, poczułam
A także, cudowną ich słodycz
Poczułam w tym jednym momencie
Bliskość Twą, tak ściśle z Maryją złączoną
Jak haust powietrza miłości
Oczyszczający duszę z cielesnych oparów
Te łzy gorzkie Maryi, nad naszą grzesznością
I słodycz przebaczenia, ziemskiemu dziecku
Darem mi były, choć zbyt tajemniczym
Serce moje, dotąd je rozważa …
Jej Oblicze, Matki, doświadczonej boleśnie
Przy Twoim Obliczu, Jezu, w białej hostii
Wydały mi się jak płatki kwiatu pięknego
Kwiatu łaski z bożego ogrodu
W tej hostii maleńkiej się złączyły
W komunii mojej, Boga z człowiekiem
I komunii, Współodkupicielki Matki
Z Jej Synem, Odkupicielem.
Miłością Jesteś, Boże ..
Miłością Jesteś, Boże
Gdy dotykasz ludzi, oślepionych światłem
Odbitym, od rozkoszy świata
Ludzie, zatopieni w tym sztucznym świetle
Łudzą się, że kąpieli zażywają w oceanie wolności
I oślepieni, na środek oceanu wypływają, bez ochrony
A gdy oszustwo wartości sztucznego światła, odkrywają
W bólu, z przerażeniem wołają o ratunek
I nagle widzą łódź z aniołem … dar Twej ojcowskiej miłości
Miłością Jesteś, Boże
Gdy delikatnym stajesz się ognikiem
Prowadzącym przez las ludzkich lęków
Jak promień przyświecasz wiecznym światłem
I na twarzy zalanej łzami, ślad zostawiasz
Światełko czerwone, kropli krwi Syna
Cierpliwie czekasz, aż za światłem tym pójdziemy
Rozgarniając odważnie ciemności nocy
By odkryć … tęsknotę za prawdą Twojej Miłości
Miłością Jesteś, Boże
Gdy tłum obojętny boleśnie nas potrąca
Naszej dłoni wyciągniętej o pomoc, nie widzi
W szalonym biegnąc, rytualnym tańcu
Krzyże, posągi świętych strąca jak zawalidrogi
Spiesząc się ku wabiącej mamonie
A my, w tym zgiełku toniemy w rozpaczy …
Gdy oczy, ponad rozpacz, unosimy wysoko
Dłoń Boga ujrzymy, gdy Syna w hostii, z miłością, podaje
Miłością Jesteś, Boże
Gdy nadzieję siejesz, tam gdzie rozpacz chwastami kwitła
Tęsknotę wlewasz, by serce, ku światłu wiary prowadziła
Stare krzyże, powalone historią podnosisz, by ciągle ludzkie uświęcać krzyże
Dłoń wyciągasz, choć wiesz, że ślepe oczy Jej nie dostrzegą
Stajesz jak brama, broniąca do zła, dostępu
A miłość Twa nie unika ciemności ludzkich słabości
Huraganem jest, przemieniającym duszę …
Dla tych, którzy ją rozpoznali.
Wiele osób, nawet katolicy praktykujący, zastanawiają się, a często buntują przeciw „krzyżowi”, jaki dotyka ich życie.
Myśląc o tym, „ujrzałam w sercu” różaniec ... i jego poszczególne tajemnice. Przecież to życie Jezusa! Jeśli Jezus nas nie opuścił, tylko żyje nadal wśród nas, to jak gdyby „powtarza” swoje życie i w naszym XXI wieku; cierpi, rodzi się, przemienia na Górze Tabor itd. Dotyka swoim życiem nasze życie, życie każdego z nas osobno.
Mamy więc okres radości narodzin Jezusa, zagubienie Go ... tak jak to dzieje się w tajemnicach różańca. Przychodzi też czas w naszym życiu gdy pojawia się Jezus w tajemnicach bolesnych ...
„Odwiedza” nas w naszym życiu, czasem dzieje się to bez naszego przygotowania, zdarza się tragedia, ból, tak jak u Jezusa idącego w Drodze Krzyżowej. Jeśli „przyjmujemy” odwiedziny Jezusa w tajemnicach radosnych, tajemnicach nadziei, to dlaczego mamy buntować się gdy Jezus pragnie naszego „towarzyszenia” także w Jego cierpieniu?
Obdarowuje nas swoim zaufaniem, że będziemy wówczas razem z Nim.
Z ludzkiego punktu widzenia jest to trudne bo przychodzą myśli pełne wątpliwości, ale być wyznawcą Jezusa to żyć Jego życiem, także w Drodze Krzyżowej.
Nie odrzucajmy w naszym życiu Jezusa o smutnym obliczu, cierpiącego, który przekracza próg naszego domu z krzyżem.
Pragnienie
Dałeś mi Boże, krzyż, na moją miarę
Wpierw go zważyłeś, by nie był za ciężki
Dałeś też mi Boże, Miłość Twego Syna
By posagiem była, w mej pielgrzymiej drodze
Krzyż mi dany, stworzyłeś własnymi rękami
Łagodnie złożyłeś na me ludzkie plecy
I choć przygięta idę pod jego ciężarem
Pamiętam, że to Ty Boże, jesteś jego twórcą
A kiedy sił mi braknie, krzyż mocno przytłacza
Jak żebrak błagam przed Twoim Obliczem
Daj mi Boże, Weroniki chustę
Bym pot swój otarła
Szymona przyślij, niech ze mną krzyż dźwiga
I daj mi Panie, pamięć, iż to ręce Twoje
Krzyż mi ten dały na mą ludzką miarę
Bym w trudach drogi go nie porzuciła
Bym skarg własnych, na nim nie wieszała
Pragnienie mam w sercu, źródełkiem bije żywym
Aby kiedyś, w pół drogi, między niebem a ziemią
Spotkały się ręce nasze
Bym dar ten mogła Ci oddać
Jak skarb nie zmarnowany.
Cisza Golgoty
Jest cisza święta
Wchłaniająca ból ludzkich słów
I cisza martwa, obojętna
Której nawet głos bębnów nie porusza
Jest cisza lecząca
Wybiegająca ku człowiekowi
Ogarniająca i łagodząca wszelkie cierpienie
Jest też cisza niepłodna, jałowa
Jak ziemia bezowocna
Poznałam ciszę Golgoty, zbawiającą
Uświęconą Męką Pana naszego
Ciszę otwierającą się na wieczność
Ciszę pochłaniającą wszelki ból i cierpienie
A nawet grzech
Ciszę, która trwa minuty, a uzdrawia
Poznałam też ciszę świata
Kiedy mnie dotknęła
Myślałam, że mnie usłyszy, uzdrowi
Ale głucha była na me wołanie
Obojętna, z uśmiechem pysznego sfinksa
O, święta ciszo, wybiegająca ku człowiekowi
Niech rozpoznają cię cierpiący
Niech rozpoznają cię grzesznicy
Byś mogła, do nich, przemówić.
Ogród modlitwy
W modlitwie zatopiona, falami uczuć ogarnięta
Świat ujrzałam w sercu, kolorowy, żyjący ogród
Pełen zapachów, delikatnych roślin, mocy drzew
Ale to nie był raj … wicher zła czasem się w nim panoszył
Pustosząc ogród, niszcząc harmonię piękna Stwórcy
Świat ten czarował muzyką, dźwiękami, pieśniami
Orkiestry grały na przeróżnych instrumentach
W instrumentach ukryta była tajemnica czystego tonu
Muzycy szukali go, darem był dla duszy, pokojem dla serca
Niecierpliwi, fałszowali, głusi na tajemnicę piękna harmonii
Kocham ten świat, z modlitwy zrodzony, chowam się przed wichrem niszczącym
Nasłuchuję czystych dźwięków, szukam kwiatu własnego
Kwiaty „jednego dnia” kuszą, ale szybko więdną, bo pycha ich matką
Niepozornych stokrotek szukam, tonących w bujnej zieleni
Nie boją się pokory istnienia, pokory maleńkości
Zrywam maleńką stokrotkę, pod stopy Pana kładę
Instrumentu szukam, by zagrać Panu pieśń moją
Skrzypce widzę, o jednej strunie, gniewny muzyk je porzucił
Wezmę, przytulę, przypominają człowieka okaleczonego cierpieniem
Może z tej jednej struny „wyzwolę” czysty ton pieśni dla Pana?
Są w ogrodzie modlitwy, słowa skromne jak małe stokrotki
Są pieśni aniołów, które można zagrać na jednej strunie
Jest Pan ogrodu, który słyszy każde ludzkie serce.
Adwent. Jestem w nastroju bardziej nostalgicznym niż radosnym. Jestem w kościele na mszy (25.XII). Spoglądam na świętą rodzinę w szopce. Ogarnia mnie smutek, łzy same napływają do oczu, serce ściska ból. Jezu, dlaczego! Przecie to ma być radosny dzień! Widzę w sercu wagę, z dużymi szalkami, taką sprzed wielu lat. Wokół jednej szali jest pełno maleńkich postaci dzieci …, na drugiej szali jest napis: Miłosierdzie. Słyszę w sercu: nie nadążam zbierać dzieci, które zabijacie, w aborcji i na wojnie! Nagle widzę te dzieciątka w maleńkich kołyskach, ułożonych na jednej szali, spływa z niej krew … Potem słyszę: szala waszych grzechów opada, szala Miłosierdzia jej nie równoważy … A przecież, mówię, rodzisz się, Jezu, ciągle na nowo … mimo naszych grzechów, jesteś przy nas … Widzę w sercu kołyskę z maleńkim Jezusem pośrodku wagi. Ta kołyska równoważy obie szale. Maleńki Jezus błaga swoim narodzeniem Ojca: jeszcze daj czas, Ojcze … na Sprawiedliwość. Mam wrażenie, że swoją bezbronnością dziecka, oddala dni kary. W tym nowonarodzonym Dzieciątku jest „ból ofiary”. W tym Dzieciątku, pośrodku obu szal wagi upatruję właśnie tą radość dla ludzi z narodzenia Pana, bolesną radość nadziei … iż mimo grzechów świata, ciągle jeszcze rodzi się Bóg, który odwleka kary, przebacza grzesznikom pokutującym.
Zmartwychwstanie
W oktawie wielkanocnej, w czasie radości
Doznałam przeżycia bolesnego
Ból ogarnął mnie podczas adoracji
Ból bardziej duchowy niż fizyczny
Ranił mocno, odbierał oddech, wyciskał łzy
Wciskał się we mnie, pragnął bym go przyjęła
I zrozumiała tak, by nie uleciał w zapomnienie
Ten ból „rodził” obrazy, był reżyserem niemego filmu
Niemy ból i nieme obrazy …
Bolesne w czasie radości?
Jezusa widziałam idącego pośród ruin miasta
Spalone kikuty murów tworzyły tragiczną scenerię
Jezus pochylał się i podnosił … martwe dzieci
Całował i przytulał każde
Jego szaty barwiła ich krew, kurz i brud spalonego miasta
Widziałam też Jezusa w bogatym mieście
Szedł po pełnej światła ulicy
Pukał do drzwi klubów wypełnionych muzyką
Patrzono na Niego z pogardą, na Jego brudne ubranie
I Jezus odchodził …
Na moment nasze oczy spotkały się
Zobacz, usłyszałam, do czego Ja zmartwychwstałem …
Przytuliłam do siebie ten duchowy ból i słowa Jezusa
On nie oskarżał, pokazywał mojemu sercu
Jak ja, ty, my ludzie … mamy jeszcze długą drogę
Długą drogę do zmartwychwstania serca, umysłu, uszu, oczu, ciała
Zmartwychwstania … do miłości bliźniego
Zmartwychwstania … do pokoju
Zobacz, do czego Ja zmartwychwstałem, mówi Jezus
Myślę, Jezu, że Twoje Zmartwychwstanie, mimo naszych upadków
Jest ciągle miłosierną dla ludzkości Nadzieją.
Przytul krzyż
Kiedy szaruga w sercu i za oknem
Przytul krzyż
Na Kalwarię poślij duszę swoją
Tam, na Golgocie, w milczeniu
Krzyż jak skała trwa
Krzyki morderców śmierć uciszyła
I choć echo ich po świecie się rozeszło
Raniąc do dziś bluźnierstwami
Pod krzyżem, błogosławiona cisza trwa
Oczekująca na tych, którzy mocy szukają
W ranach Zbawiciela
Ręce wysoko unieś
Jakbyś chciał owoce z drzewa zebrać
Oczu Zbawiciela szukaj
I powiedz Mu, o swoim cierpieniu
Cisza głos twój uniesie
Na skrzydłach aniołów czuwających
Do uszu twoich dotrze melodia słów Chrystusa
Nie lękaj się ... Jestem
Zabierz te słowa w szarugę swego serca i świata
Jezu, ufam Tobie, odpowiedz
A pokój, który świat ci zamącił
Siejąc trujący kąkol w sercu, wróci do ciebie
Tam, w ciszy Golgoty
Krew i łzy Zbawiciela
Dadzą ci moc i odwagę do walki ze złem.
Kielich goryczy
Wypiłeś za mnie, Jezu, w Getsemani
Kielich goryczy, do dna
Wola Ojca była dla Ciebie, świętą
Ja, swój kielich goryczy piję łykami
Odstawiam często z lękiem
Jakbym prawdy o sobie
Bała się zobaczyć na jego dnie
Prawdy o grzechach, dźwięczących jak kamyki
Za każdym uniesieniem kielicha
Bolesną wydają melodię
O słabości mojej ludzkiej natury
Kielich Twój widzę, Panie
Na każdej mszy świętej, rękami kapłana wzniesiony
Pijesz z niego gorycz naszych grzechów
Miłość Twoja rozpuszcza
Nawet twarde głazy ludzkich serc
Przebaczasz w spowiedzi szczerej
Łaską komunii uzdrawiasz naszą słabość
Znam, mówisz, dno twojego kielicha goryczy
Jestem przy tobie, gdy z niego pijesz
Każdy łyk, ku woli Ojca cię zbliża
W Getsemani twojego życia, jest darem wiecznego zbawienia.
Podczas rozmyślań po komunii, przyszła do mnie myśl, że wiara jest wielką łaską i nie wolno jej zmarnować. Wiara nie może pozostać jedynie w sferze uczuć, sentymentów - bo nasze uczucia są zmienne. Różne wydarzenia życiowe mogą nasze uczucia przekształcać, od wielkiego uniesienia, do wielkiej rozpaczy. Wiary nie możemy też „nauczyć się” rozumem. Po prostu usiąść i przestudiować mądre, święte księgi, uznać argumenty i stać się ... wierzącym w Boga. Wiara to łaska i należy się modlić za ludzi, o ... łaskę wiary. Gdy ktoś taką łaskę otrzyma (a obserwuję to u osób nawracających się), staje się wierny Jezusowi, choć jeszcze wiele wydarzeń przed nim, które mogą go od wiary odepchnąć, właśnie w okresie nawracania ...
W takich sytuacjach moc daje Eucharystia, spowiedź. To moc ponad wszelkimi racjonalnymi i uczuciowymi argumentami. Ludziom, którzy twierdzą, że są niewierzący, nie możemy okazywać zniecierpliwienia, złości i krytykować ich. Nasze życie ma być dla nich przykładem. Bóg ma wobec nich też swój plan. Modlitwa za nich to nasze posłannictwo. Nie znamy ich duszy. Opieranie swej wiary jedynie na uczuciach, sentymentach może być nietrwałą bazą. Należy ciągle czytać, uczyć się o Bogu, świętych, poznawać nauki papieża, Pismo Święte. Musimy jako katolicy być wykształceni, mieć argumenty w dyskusji z niewierzącymi, a najważniejsze, mieć odwagę w głoszeniu swej wiary. Jezus leczył ciało dla uleczenia duszy. Dopiero uleczona dusza widzi Boga. Uleczona łaską wiary.
Podróż z tęsknotą
Wpatrzona w toń błękitnej wody
Szukałam przystani dla mojej tęsknoty
Chciałam ją oprzeć na ciepłym piasku
Niech dozna ulgi spełnienia
Wpatrzona w lazur nieba
Unosiłam moją tęsknotę wysoko
Poza przestrzeń, nawet orłom niedostępną
Lecz ona wracała, nienasycona …
Szukałam miejsc dla mojej tęsknoty
Dla jej odpocznienia, choćby na chwilę, na dzień
Byłam w takich miejscach, w Ziemi Świętej
Tam moja tęsknota … odpoczywała radosna
Jak zmęczony lotem ptak, przywierała
Do znaków obecności Jezusa
Siadała na skałach, na pustyni, na Synaju
Czułam jej szczęście, jakby dom rodzinny odkryła
Zabierałam tęsknotę w podróż powrotną do domu
A ona płakała, jeszcze chwilę – prosiła
Jej łzami otarłam krzyż, kupiony w Jerozolimie
I obiecałam, że tam wrócimy …
Codziennie, wysyłam moja tęsknotę na ołtarz
Nie wiem, co myśli, co czuje
Ale wraca do mnie, po mszy, szczęśliwa, radosna
Słyszę jej szept wdzięczności: żywego Jezusa widziałam …
Spotkanie na pustyni
W adoracji szukając pocieszenia
Ciszę kościoła przytuliłam – moją dobrą siostrę
Obraz pustyni ujrzałam nasyconej słońcem
W gorących jego promieniach
Ogrzewała się jak owoc dojrzewający
Samotny wędrowiec szedł po tej pustyni
Szepcząc nieznane mi słowa
Może była to modlitwa?
Ciekawa tych słów, na powiew wiatru czekałam
Słowa wędrowca spadały drobnymi kamykami
Na gorący piasek …
Zbierałam je w koszyk mojego serca
Próbowałam łączyć w zdania
Dzieckiem byłam uczącym się nieznanego języka
I choć trudno mi było je zrozumieć
Doświadczałam bólu tak głębokiego
Iż niezdolny był wydać szlochu i łez
Radości też doznawałam nieoczekiwanej
Iż nawet o uśmiechu zapominałam …
Za wędrowcem podążałam, a wolę moją
Piach pustyni zasypywał przeróżnymi kształtami
Wędrowiec szedł tak pewnie
Jakby cel swej drogi znał od wieków
Nie czułam zmęczenia
Pragnienie zbliżenia dodawało mi sił
Cisza poiła mnie słodyczą
Przedziwna miłość ogarniała nieznanym uczuciem
Na jeden moment wędrowiec obrócił się ku mnie
Zobaczyłam jego piękne oczy … i uśmiech
Radość w nich była … i ból
Jakby znał mnie, całe moje życie
Ziarno nieśmiertelności
Grudka złota błyszcząca w piasku
Diament w kolii, idol uwielbiony
Ileż w ludziach budzą namiętności!
A przecież ludzką pychą są wymalowane
Materią jedynie, która przemija
Pychą śmiertelną, po niej łzy i rozpacz
Gdy los je zabierze i uczucia miną …
Nad pokorą rozważałam, Piękną Panią
Tak rzadko widzianą w świecie moim
Cicha jest, pośród biedy i chorób przechodzi
Tam gdzie nie ma kamer, ludzkiej ciekawości
Gdzie nie błyszczy złoto, nie świecą diamenty
Pani Pokora serc szuka do poświęceń
Dla miłości samej, bez zapłaty brzęczącą monetą
Śladami jej wędrując, krętymi, trudnymi drogami
Pod ołtarz trafiłam, tam, Pani Pokora uklękła
Przed hostią białą, małą jak opłatek chleba
Modliła się do Boga za tych, którzy wiary nie mają
Iż Bóg może pokornie, zniżyć się do człowieka
Ukryć się w hostii, bezbronnym okruchu chleba
Ofiarowując swą Miłość, za cenę życia własnego
I tylko ci, co z Panią Pokorą wędrują
Miłości spragnieni i miłość dający
Sercem rozpoznają, tajemnicę mocy hostii świętej
Ona, jak ziarno posiane, rodzi nieśmiertelne Drzewo
Z ziarna ono wyrasta, żywej krwi i ciała, Pana naszego
Eucharystio święta, owocu Jezusa, zbawczej Męki
W Tobie, oddech Boga zamknięty, daje życie na wieki.
Wysłuchałam niedawno „duchowej nauki” pewnego kapłana. Słowa jego przeniknęły do mnie tak mocno, że zmusiły do przemyśleń. Mówił o sensie istnienia każdego człowieka na świecie, o szukaniu Boga w sobie, we własnym sanktuarium duszy. Bóg zostawił w nas własną pieczęć, musimy ją odkryć w sobie, odkryć indywidualny cel naszego istnienia. Przywołało to do mnie własne przemyślenia. Każdy z nas ma swoją drogę do zbawienia, według planów Boga. Każde narodzone dziecko, nawet to upośledzone (o które tak „martwią się” zwolennicy aborcji) jest umieszczone w planie Boga. Możemy ten plan boży odrzucić swoją ludzką wolą. Zaakceptowanie bożej woli, prowadzi nas drogą Jego planów, ku naszemu zbawieniu. Matka wychowująca chore dziecko, zostaje obdarowana szczególną bożą łaską. Kształtuje w sobie heroiczne uczucie miłości, dojrzewa duchowo jako człowiek. To niezwykle trudne zadanie, to walka o godność ludzkiego życia, godność człowieka w tym świecie. Gdyby nie została „obdarowana” takimi zadaniami, kim byłaby? Powinniśmy cenić takie postawy, one nadają sens wartości moralnej człowieka.
Sanktuarium duszy
Zrań Panie serce moje
Promieniem Twojej Miłości
Niech dotrze on do sanktuarium mej duszy
Którym Bóg mnie obdarował
Niech wypala grzech
Czyniąc nasz związek świętym
Niech krew Twoja, Panie, spada jak gorące łzy
A pamięć o Twej Męce zaporą będzie
Dla kuszących myśli
Pozwól mnie, Panie, wraz z Tobą
Budować we mnie sanktuarium bożego ducha
Krzyczącego głośno w sumieniu
Przeciw pysze, egoizmowi, grzeszności
Pragnę Dom budować w sobie
Dla hostii Twego ciała
Byś nie czuł się w nim opuszczony, zraniony
Pragnę być w tym Domu z Tobą
I z ust Twych szeptu o bożej woli słuchać
Pocieszenia pragnę z dziecięcą ufnością
Modlitwy szczerej chcę się uczyć
Która złożona, na białym obrusie ołtarza
Oczyszczona zostanie Twoim Miłosierdziem
Pukaj Panie z miłością, dzień i noc
Do sanktuarium mej duszy
Niech rozpoznam Twój głos, głos Świętego Kapłana
Składającego Ofiarę, dla mego zbawienia.
Wejdź do izdebki swojej
Jest takie miejsce w nas, przedziwna izdebka
Okien w niej nie ma, a światło świeci
Pieca tam nie ma, a ciepło ogrzewa
Schronienia w niej szukamy, zawiedzeni światem
By głosu posłuchać Boga
To tam ożywają uczucia głęboko skrywane
O miłości czystej jak anielskie skrzydła
I płynie modlitwa pełna żaru
Słowa słyszymy, których tak pragniemy:
Dziecko, Jestem, nie wątp w Miłość Moją
Mocą się napełniamy, odwagi do życia
I choć tacy słabi w swej ludzkiej naturze
Świętości pragniemy i oddania się woli bożej
Izdebkę tę, sam Bóg wyrzeźbił dla nas
W grocie ciała, które łatwo słabnie
Miłosierdzie tam czuwa, a nie sprawiedliwość
I święte dary Ducha Jego
Kiedy raz odkryjemy piękno tej izdebki
Czujemy się jak bogacz z diamentami w ręku
Blaskiem ich pragniemy dzielić się z innymi
Miłość nas wypełnia do świata i ludzi
Klucz do tej izdebki Jezus trzyma w dłoni
W zamek go wkłada naszej wolnej woli
To ona otwiera drzwi do tej samotni
Gdzie Bóg czeka na spotkanie z tobą.
Matka Pięknej Miłości
Dzieckiem będąc, patrzyłam na obraz Twój, Matko Święta
Jak na kryształ, cudownym światłem błyszczący
W jego łagodnych załamaniach
Rozkwitały ciepłe, kolorowe promienie
Barwami kwiatów się mieniły
Z łąk mego niewinnego dzieciństwa
Z czystej, radosnej miłości, nieskażonej światem
Tęskniącej za bezpieczeństwem i ufnej w piękno dobra
Bez lęku, przytulałam się do Twych rąk
Bez obawy, że zagasną iskrzące się ogniki kryształu
Przedziwnego cudu doznawałam, w obcowaniu z Tobą
Cudu dobra, które nie poznało jeszcze bólu Twej twarzy
Świat, kazał mi dorastać, z dziecinnej sukienki
Zasiewał chwasty na łące mojego dzieciństwa
Zagłuszały one jasne kolory, łąki mej niewinności
Los stawiał na niej krzyże, pamiątki śmierci bliskich
Niewinne, ufne dziecko, bólu się uczyło
Znalazłam ten ból w Twojej twarzy, Mateńko
W poranionych rysach policzka Matki Częstochowskiej
W pietach, smutkiem cierpienia wyrzeźbionych
W zwiędłych kwiatach, zapomnianych kaplicach
I miłość przedziwna dotknęła mnie jak strzała
Pokorę Twoją poznałam, gotową na cierpienie
Pokorę Matki Pięknej Miłości, do swych dzieci.
Kiedy udajemy się na pielgrzymki w poszukiwaniu duchowego wsparcia bądź uzdrowienia ciała, oczekując, iż sama nasza obecność dokona w nas przemiany, to popełniamy błąd. Święte miejsca objawień Matki Bożej wymagają przede wszystkim „otworzenia szeroko serca”. Powinniśmy o to błagać w modlitwach i mszach przed pielgrzymką. Błagać o łaskę osobistego „przylgnięcia” do świętego miejsca. Wymaga to czasu i wewnętrznego pokoju. Gwar, pośpiech świata zewnętrznego przeszkadza nam w tym. Patrzymy oczami, słuchamy co się dzieje wokoło, a serce pozostaje „nieme”, choć usta szepczą modlitwy. Święta grota, figury - będą tylko „niemymi” znakami. Stajemy się turystami pogrążonymi w tłumie, spieszącymi się by wszystko zobaczyć. Czasem jedno szczere, z serca płynące westchnienie do Maryi, przepełnione bólem naszego życia, całkowitym oddaniem się bożej woli, obdarza cudem naszą pielgrzymkę. Przemienia nas na całe życie. Kropelki świętej wody z Lourdes, które spadają na nasze „oddane Maryi serce” więcej znaczą niż litry tej wody wypite w pośpiechu, bez znaku krzyża. Święte miejsca wymagają od nas świętego przylgnięcia, oddania się Bogu, a wówczas „nieme znaki” zewnętrzne staną się żywą Maryją, przemówią obrazy świętych, a w szeroko otwarte drzwi naszego serca, wejdzie Jezus czyniący cuda, czasem wielkie, a czasem maleńkie … ale dusza nasza je rozpozna, bardziej niż uszy i oczy.
Niemy krzyk Miłości
W małej kaplicy w Lourdes
Bez obrazów i kwiatów
Gdzie tylko krzyż z Jezusem uświęcał ołtarz
I płonąca lampka przy tabernakulum
A niewidzialne wota modlitw pielgrzymów
Zdobiły białe ściany
Przedziwnego spotkania doznałam, z Panem
Do serca mojego, gwałtownie, gorącym płomieniem
Dotarł Jego krzyk Miłości, niemy, bez słów
Był jak mocne dźwięki muzycznej pasji
Wypełnił celę mego serca, uderzając z mocą
Omijającą widzenie oczu, słyszenie uszu
Niemy dla zmysłów, głośny dla serca …
Wołający o miłość człowieka
Znakiem mi się wydał, okruchu Eucharystii
Bezbronnego, niemego w swej delikatności
A ożywiającego, pięknym krzykiem Miłości
Gdy kapłan dotyka naszych ust białą hostią
Dziękuję Ci, Jezu, dziękuję Ci, Matko Święta z Lourdes
Za to piękne spotkanie serc
Matko chorych serc i ciał
Matko obmywająca nas w świętej wodzie
Pielgrzymowałam do Lourdes, w Twoich intencjach, Maryjo
Zrozumiałam łaskę, jaką mnie obdarzyłaś
Zrozumiałam intencję, jaką chciałaś bym przyjęła:
Otwórz szeroko serce swoje, na Syna Mojego
Nie krępuj myśli, oczu, uszu swoich, na krzyk Jego Miłości.
Prośba do Ducha Świętego
Ty mnie znasz, Boże
Znasz dzień narodzin moich i dzień kresu życia
Znasz ciemność i światło mych dni
Krzyż mi dajesz nieoczekiwanie
I łaską obdarzasz, choć nie zasłużyłam
Modlitwy mi dajesz piękne, że aż serce boli
Miłością swoja zadziwiasz, cierpliwą
Gdy sama siebie, nie kocham
Przede mną idziesz jak krzak gorejący
Do ognia jego prowadzisz, do żaru Prawdy Wiecznej
Sandały zdejmij, tak jak do Mojżesza, wołasz
Bo święta jest ziemia i czas święty
Gdy chcę z tobą rozmawiać …
A ja tak boję się kaleczyć stopy
O ostre kamienie i gorące piaski
Krzak gorejący Twej Miłości widzę
I słabość czuję, by do niego dotrzeć
Daj mi, mój Boże, dary Ducha Twego
Niech rękami będą Twymi, które mnie uniosą
Niech moc Ich i błogosławieństwo Twoje
Słabość moją zamienią, w odwagę miłości
A jeśli wolą Twoją jest, bym trud drogi do Ciebie
Przeszła, raniąc stopy o kamienie życia
Daj odwagę męstwa, daj wolę zwycięstwa
A zdejmę sandały, przed ranami chroniące
I stanę przed Tobą, ja, człowiek nie-święty
Ufając, iż święta Miłość Twego Syna, mnie zbawiła
Spalając mą słabość, w ogniu Męki Jego.
Przesłanie z krzyża
Wpatrywałam się w krzyż Twój, Jezu
Rany widziałam i ból Twego ciała
Aż dzień przyszedł niezwykły, na mszy świętej
Jakby Duch Święty rozjaśnił oczy moje
I krzyż ujrzałam, świecący blaskiem złotego ognia
Jak klucz, którym Bóg otwiera niebo
Na krzyżu Miłość Boża płonęła
Tak wielka, w rozłożonych ramionach Syna
Iż żadne gwoździe, żadne zranienia
Nie mogły łzami Jego, ugasić tego płomienia
A krew Jezusa i strumienie łaski
Z przebitego przez żołnierza, boku Pana
Wzmagały światło płynące z krzyża …
Ja, człowiek niezdolny do takiej miłości
Człowiek, który ramionami swymi
Każdą miłość chce zniewolić
Nagle ujrzałam Miłość Świętą, w blasku złotej jasności
A twarz Jezusa, Jego poranione ciało
Miłości mnie uczyły, która … nieba sięga
Krzyż do mnie przemawiał delikatnym głosem:
Ramiona swe rozłóż …
Na swym krzyżu życia …
Miłością obdarzaj, choćby cię raniono
Ja, rany twoje, światłem swej Miłości, zabliźnię
I nie będziesz tylko bólem, na krzyżu złożonym
Będziesz Mojej Miłości, dzieckiem ukochanym.
Każdy człowiek już od urodzenia obdarzony jest niepowtarzalnym darem, swoistym tchnieniem Boga; nazwałabym to, własnym „językiem ojczystym”, którym będzie wyrażał swoje myśli, uczucia o otaczającym go świecie. I zarazem zaznaczał w tym świecie swoją … niepowtarzalność. Jeśli mały człowiek wzrastając, ma możliwość realizacji tego swojego „języka ojczystego” uczuć, talentu – to ubogaca otoczenie. Dzieci tak „świeżo” reagują na wydarzenia, przyrodę, innych ludzi. Jeśli jednak (jak to się dzieje obecnie) młode dziecko, ledwie zacznie używać swego „ojczystego języka”, zostaje karmione językiem standardów danego społeczeństwa, uczy się go od najwcześniejszych lat, tego co pożąda społeczeństwo (wiedza, sport, języki), zanika w nim ów „ojczysty język” wrażliwości i staje się „maszyną” do zapisywania cudzych myśli, wartości. Jako młodzieniec, staje się encyklopedią, słownikiem, (w większym lub kieszonkowym wydaniu) wydarzeń naukowych, kulturalnych, ocen ekspertów. Zaczyna korzystać z języka wyuczonego, staje się spichlerzem wiedzy, cudzych ocen. Ujednolica się, staje się jednostką masowego społeczeństwa, w masowej produkcji myśli. Dajmy więc dzieciom nieco „odetchnąć” od tej standaryzacji i pozwolić im na dzieciństwo, na rozwinięcie się ich indywidualnego języka wrażliwości. Pęd we współczesności do wiedzy to znany fakt. Jeśli chcemy z naszych dzieci czynić „spichlerze wiedzy i umiejętności” to nie dziwmy się, że staną się swoistymi automatami „wypluwającymi” fakty na egzaminach. Dziwimy się, że dzieci i młodzież przyjęli Internet za swoje bóstwo i tam się ukrywają, nie chcąc społecznych kontaktów. Coś w nich zamiera. Może to „coś” to ów „język ojczysty”, którym się chcieli kiedyś z nami porozumiewać, a który zlekceważyliśmy jako niepotrzebny w świecie faktów? Jaś kiedyś tak pięknie mówił o przyrodzie, o gwiazdach. Dziś wykształcony Jan buduje w pięknym krajobrazie, dymiące fabryki … Kiedyś Jaś słuchał opowieści dziadka, kochał go, dziś Jan buduje szpitale i domy opieki dla dziadków, bo już „nie słyszy” ich głosów.
Puste serce
W pustym sercu
Hula wiatr, cudzych myśli i marzeń
Puste serce daje się miotać burzom
Modnych idei, topiąc się, w ich rwących nurtach
Puste serce jest jak łupina orzecha
Wyrzucona na piaszczysty brzeg przez fale
Stąpają po niej przygodni turyści
Zakopują stopami w miliardach drobin piasku
Jak w wielkim ludzkim tłumie
Który porywa donikąd
Puste serce jest niewolnikiem
Przypływów i odpływów, burz i wichrów
Cudzych idei, cudzych myśli
Puste serce, czasem zmęczone własną pustką
Odrzucone przez tych, którym służyło swym życiem
Zaczyna czuć głód, głód wypełnienia serca
Szuka rąk, które podniosą go
Z tysięcy podobnych okruchów piasku
Potrzymają na ciepłej dłoni
Aż zwykły okruch przemieni się w diament
Aż wypełni się puste serce, uczuciami
Dotąd nieznanymi, o swoim przeznaczeniu
I zaczyna drgać, puste serce, jak mały ptak
Przed pierwszym lotem, lotem ku własnym myślom
Ku własnym pragnieniom, o wielkiej miłości
A odwaga tego lotu, ku Stwórcy go zbliża.
Msza
Piękne są chwile uniesienia na mszy świętej
Widok ołtarza ukwieconego, pieśni płynące z chóru
Słowa ewangelii napełniające duszę słodyczą
Serce wypełnione ogarniającą miłością
Są takie msze w naszym życiu
Jakby niebiańskie światło zstąpiło na ziemię …
Są też msze przedziwne, boleśnie odczuwane
Msze z krzyżem tak mocno wbitym w ołtarz
Iż nagle, cierpienie Pana odczuwamy
Dotyka naszego ciała jak wbity cierń
Zamiast kwiatów, rany krwawiące widzimy
Twarz Jezusa bolejącą, łzy kapiące na ołtarz …
Krzyż Pana przemawia z żywą mocą
Pyta nasze zatrwożone serce
Znad złotych kielichów ołtarza, znad białego obrusu:
Chcesz uczestniczyć w moim krzyżu?
Chcesz być ze mną na Kalwarii?
Czy tylko w radości Góry Tabor?
Pytanie Pana drąży serce, niepokoi duszę
Łaską jest dla ciebie, na tej mszy świętej
Są takie msze święte, pięknie umajone wzruszeniami
I msze wymagające odpowiedzi Panu, na krzyżu
Msze dziecięcych wzruszeń, choć pięknych, lecz chwilowych
I msze, gdy krzyż z Jezusem, wychodzi nam naprzeciw
Pytając o dojrzałość naszej wiary
Nasienie świętości
Miliardami nasion jesteśmy, posianymi na ziemi
Zakwitamy i więdniemy, dając pole następnym pokoleniom
Nowym istnieniom wydaje się
Iż na dziewiczym rodzą się miejscu
Nie myślą ile łez, cierpienia i krwi, zamknęła ziemia
Ile ludzkiej pychy pochłonęła
Pychy, która łudziła, iż z „przechodnia”
Można uczynić władzę ziemi
I nie ma na naszym świecie
Kawałka ziemi, którym można zawładnąć
Na wieczne użytkowanie
Każdy centymetr ziemi, to ślad po cudzym życiu
Świadectwo przemijalności, łez, cierpienia i radości
Jeśli uwierzymy, że nasionami jesteśmy
Posianymi miłosną ręką Boga, a nie przypadku
Most prawdziwy odkryjemy, most ku wieczności
Każde istnienie jest jak ogród barwny, pełen zapachów
Jeśli święte, z tego ogrodu, wyrastają kwiaty
Kwiaty dobra dla bliźnich, białe lilie cnót
Ogród ten nie znika, w pamięci pokoleń
Kapliczką się staje, miejscem modlitwy do świętych
Tych, którzy most odkryli, ku wieczności
Oni ziemię zawładnęli miłością, nie aktem notarialnym
Majątek swój, krzyż Pana, zostawili nowym pokoleniom
By mostem był do wieczności.
Jak wielka jest miłość Boga do człowieka, jakimi kieruje się działaniami aby człowieka do tej miłości doprowadzić - tego nie wiemy. To boża tajemnica. My, ludzie znamy jedynie własne serca, często egoistycznie zabiegające o swoje korzyści. Są wśród nas ludzie dobrzy, mówimy o nich, że mają anielskie serca. Człowiek jednak upada, w swej grzeszności popełnia błędy i zaniechania. Jeśli jest człowiekiem umiejącym kochać, to zawsze jest to miłość wypływająca z natury ludzkiej. Natura Boga jest inna. Co łączy bożą miłość i ludzką, zastanawiałam się przed mszą świętą. Mój wzrok utkwił w obrazie Jezusa Miłosiernego. To On, Miłosierdzie jest tym łącznikiem. Miłosierdzie łączy Boga z człowiekiem jak perełki w różańcu. Miłosierna Miłość Boga jest darem, usprawiedliwia grzeszność człowieka. Jeśli on o to prosi, daruje mu winy i przebacza. Ludzka miłość, nawet ta najdoskonalsza, myśli i czuje kategoriami ludzkimi. Miłosierdzie Boże - to złoty łańcuch łączący Boga z człowiekiem. To Bożemu Miłosierdziu powierzamy siebie, by nas usprawiedliwiało z naszych grzechów, niedoskonałości. To dzięki Bożemu Miłosierdziu sięgamy po Miłość Boga. On jest zawsze gotowy odpowiedzieć na nasze wołanie do Niego. My, jak dzieci, musimy zaufać, że nas nie odrzuci. Miłosierdzie Boga pragnie jedynie naszego zaufania. Bez cudownego pośrednictwa łaski Bożego Miłosierdzia nie poznamy Bożej Miłości. Myślę, że Boże Miłosierdzie to taka piękna komnata pałacowa, do której nas zaprasza Sam Bóg swoją nieodgadnioną Miłością.
Dwa okna
Wpatrując się w obraz Twój, Matko Święta
Uciszam emocje dnia, pragnienia
Nawet usta zamykam na słowa modlitwy
Chowając je głęboko w sercu
Sercu zezwalam, by modliło się za mnie
Może uczyni to piękniej?
Pragnę tylko patrzeć na Ciebie, Maryjo
W ciszy opustoszałego kościoła
Jak dziecko spragnione widoku Matki
Oknem się stajesz dla duszy mojej
Oknem do świata, Syna Twego
Do świata, Waszej Miłości
Życie Twoje kontempluję, Maryjo
W obrazach danych mym oczom
A Ty mówisz: otwórz okno swego serca
Wleję w nie pokój mego Syna
Dwa okna, ogromne Maryi i moje maleńkie
A pośród nich, krople łask spływają …
W ciszy kościoła i w ciszy mego ciała
Są jak wiosenny, ożywczy deszcz
Chłonę je, a oczy wypełniają słone łzy
Nie zamykaj okna swego serca, słyszę
Aby krople łask moich, nie stały się tylko echem
Odbitym o szybę, twego okna serca.
Niebieskie zlecenie
Dałeś nam, Boże, przyrodę piękną
Na wzór rajskiego ogrodu zdobioną
Zapachy pól i lasów, słońce błyszczące na niebie
I ziemię dałeś, by pokarm rodziła dla ciała
Nadzy i śmiertelni, z raju wypędzeni
Nie jesteśmy przez Ciebie, Boże, opuszczeni
Zadanie nam dałeś, niebieskie zlecenie
Byśmy świat nam dany, własnym ubogacali istnieniem
Na drogę nam dałeś, Boże, mojżeszowe tablice
Każde z przykazań, to mocarne, życiodajne drzewo
Ono nas ma chronić, przed wrogiem człowieka
Który podąża za nami, by światło Twe, zgasić
Świat, który nam dałeś, Boże, ze swej łaski
Ludzka pycha nawiedza, z podszeptu szatana
Ona niszczy korzenie, drzewa przykazań nam danych
Wyrywa je i sadzi własne, nieurodzajne trzciny
I dziwi się człowiek, zagubiony na ugorze pustym
Iż zło się panoszy, wojny siejąc i rozpacz
W świecie pychy, głos modlitwy milknie
Śmierć triumfuje, nadzieja umiera
Ale Ty, Boże, Stwórco piękna wiecznego
Posyłasz armię świętych, z Twym błogosławieństwem
Oni z pychą walczą, szlachetną bronią miłości
Przesłanie głoszą światu, o Twym niebieskim zleceniu:
Dałem wam ziemię piękną i Miłość Trójcy Świętej
Krzyż z Synem udręczonym, na serc ugorze postawiłem
On drogą jest dla tych, co ziemię chcą dziełami miłości uświęcić
By świętość przywrócić, tam gdzie rządzi ciemność
Pośród istot ludzkich, posłanych na ziemię.
Radość i cierpienie
Zgasły świece, zamilkły organy
Cisza przenikała świątynię
Komponując z pieśni i modlitw wiernych
Własny koncert uwielbienia
W adoracji pochylona, słów szukałam
Do rozmowy z Jezusem, prostych, codziennych
W świat uczuć przeniosłam się w sercu
Odsuwając zasłonę rzeczywistości, przedmiotów, dźwięków
Tłum ujrzałam ludzi, tańczących w religijnej ekstazie
Ale radości ich nie odczuwałam
Cierń cierpienia ranił moje serce
Jakby cudzy ból chciał we mnie krzyczeć
Radość i cierpienie, cierpienie i radość …
Dwa ramiona ludzkiej duszy – pomyślałam
W moim obrazie doznań, dostrzegłam człowieka
W ciemnym kącie świątyni cichutko płakał
Samotny, z dala od radosnego tłumu
Obok niego, Jezusa dostrzegłam
Pochylony, wysłuchiwał, pocieszał
I choć nie był to obraz radosnego, hałaśliwego tłumu
Serce moje wypełniła ogromna radość
Ta radość śpiewała we mnie, obdarzając nadzieją
Strząsała wszelki ból i udręczenie
Była zachwytem nad Prawdą, której doświadczyłam
Jezu, Jesteś tam, gdzie tłumy Cię uwielbiają
Słuchasz głośnych śpiewów uwielbienia
Ale Jesteś też, w tym samym czasie
Tam, gdzie samotny człowiek płacze …
Podczas mszy świętej ujrzałam w sercu ciemnobrązowy krzyż, na nim był Jezus. Jego sylwetka w pewnym momencie zlewała się z kolorem krzyża. Stawała się jednością. Dlaczego, spytałam? Ja i krzyż, usłyszałam w sercu, jesteśmy jedno. Jeśli Mnie przyjmujesz, przyjmujesz też krzyż. Nie można przyjmować oddzielnie Jezusa, zapominając o Jego krzyżowej Męce. Podczas następnej mszy świętej, już po Eucharystii, przepraszałam Pana: mówię, że Cię kocham, ale niedoskonała jest ta moja ludzka miłość, ranię Cię moimi grzechami. W sercu usłyszałam: nie ma miłości, która nie boli … rozważ to uważnie.
Przedziwne myśli zaczęły krążyć po mojej głowie, jakby ktoś próbował mi przekazać sedno tego zdania. Ci, którzy rzeczywiście kochają, znają smak miłości, wiedzą ile goryczy trzeba przełknąć, ile własnej pychy i egoizmu pokonać … w bólu. Ci, którzy „uganiają” się za miłością, ciągle zmieniając obiekt uczuć, szukają raczej „uwielbienia” własnej pychy. Niezdolni są do poświęceń dla drugiej osoby. Niestety, współczesny świat rozumie miłość jako zaspokojenie własnych potrzeb uczuciowych. Miłość, o której mówi Jezus, jest miłością twórczą, zamieniającą egoizm człowieka w postawę dawcy, a nie biorcy miłości. Taka miłość „rani” naszą pychę, boli, ale zmienia człowieka, udoskonala jego naturę.
Dlaczego zabito Jezusa? Przecież głosił taką Miłość, miłość uświęconą. Miłość, którą On głosi, przeszkadzała pysznym tego świata, uczonym, którzy z siebie uczynili tron władzy. Na tym „tronie” czuli się panami. Ich miłość własna dawała im bezpieczne szczęście. Kochali siebie. Nie chcieli by Ktoś zburzył ich pychę, niepokoił sumienie, zdjął ich z „tronu władzy”. Nie dopuszczali do siebie myśli o miłości, która niesie ze sobą rany, która boli, bo potrafi kochać bezinteresownie i przebaczać. Taka Miłość „przeszkadza” w samouwielbieniu, wymaga od człowieka zdjęcia z siebie kolorowych szat ochronnych, wymaga słuchania serca. Wymaga przyjęcia Jezusowego przykazania miłości.
Pycha
O, pycho człowieka, złoty kamieniu
Trzymany w sercu jak amulet
Dający pozorną moc
Jak trudno rozbić cię w pył
Posłać w nicość
Nawet cierpienie, nawet miłość
Nie są zdolne wyrwać z serca kamienia pychy
Pycho, która idziesz z dumnie uniesioną głową
Która depczesz klęczących
Zamykasz oczy na krzyże, świątynie
Czy znasz kres swojej drogi?
Na końcu twej drogi czeka na ciebie
Pycha, silniejsza od twojej
Silniejsza mocą niszczenia człowieka
Złośliwy jej śpiew słychać, śpiew zdobywcy duszy
I staniesz samotny wobec tego śpiewu
Przerażony niemocą własnej pychy
Szukać będziesz ucieczki, dla duszy swojej
Zrozpaczonej niewolnicy twej pychy
I oczy zwrócisz ku tym, których pychą zdeptałeś
Modlitwę ich będziesz powtarzał
Aż kamień pychy, który moc ci dawał
Zrani twe serce boleścią nieprzemijającą
Iż zapragniesz odrzucić go
By nie słyszeć, zalewającej twe uszy
Pieśni pana pychy, zdobywcy duszy
Radującego się, iż drogą poprowadził cię, kłamstwa.
Dar dla duszy
Wyrzeźbiło cierpienie, w sercu moim
Przedziwny kształt
Jakby drzewo, pełne młodych pędów
Pulsujące własnym życiem
Niezależnym od fizycznego bicia serca
Przepływa przez nie krew
Wolnym, czułym, uspokajającym strumieniem
Nadaje sercu, pokój
Moje drzewo w sercu ma duchowy wymiar
Jego pędy, kwitną
Gdy karmię je Krwią i Ciałem Pana
Wypełniają serce pięknem i dobrem
Pragnieniem jednoczenia się z Bożą Miłością
I choć czasem kiedy ziemskie serce
Próbuje szeptać, że czuje zło świata
Wtedy drzewo ożywa, a nawet przemawia
W obronie bliźnich, którym cierpienie
Utwardziło serca, oślepiło oczy
I nakazuje modlitwę za nich, ofiarę mszy świętej
I widzę wówczas to drzewo, w moim sercu
Jako dar Jezusowego krzyża
Nie odrzucony przeze mnie, czule przygarnięty
I słyszę Jego głośny, bolesny głos: Pragnę …
Rozważam Jego „Pragnę” w moim sercu
W którym cierpienie wyrzeźbiło
To piękne, żyjące … duchowe drzewo.
Uśmiech Boga
Szukam miejsc, w których uśmiech Boga
Rozjaśnił twarze ludzi
Miejsc i ludzi pięknych urodą świętości
Szukam miejsc, w których uśmiech Boga
Starł łzy cierpiących, dał nadzieję
Miejsc i ludzi napełnionych ufnością
Szukam miejsc, w których uśmiech Boga
Zbudował w sercach ludzi dom
Z oknem zwróconym ku niebu
Gdy niebo rozjaśnia się błękitem
A gwiazdy ciekawie spoglądają na ziemię
Widzę w tym pięknie, uśmiech Boga
Uśmiech łagodzący spory
Otulający chorych, zsyłający sny udręczonym
Karmiący ich modlitwą samego Boga
I myślę wówczas, Boże, ile lat byłam ślepa
I ilu jeszcze ślepców jest na świecie
Którzy uśmiechu Twego, nie widzą
Uśmiechu tego nie rozpoznają w swych trudach
Gdy głowy nisko schylają ku ziemi
Zatopieni w przemijających zawsze, troskach
I szukam, ciągle szukam, wypatruję
Miejsc i ludzi, którzy rozpoznali uśmiech Boga
Ich twarze jaśnieją radosną miłością
Odbiciem są … uśmiechu Boga.
Po komunii, na jednej z mszy adwentowo - roratnich, odczuwałam głęboko, przedziwny ból. Płynął on z serca nieznanego człowieka, jakby symbolu wielu dusz, które nie mogą przyjąć Jezusa w komunii. Po twarzy spłynęły mi dwie wielkie, gorące krople łez, które aż parzyly twarz. I przyszła myśl, jak wielu łask doznają ci, którzy mogą przyjąć Pana i czy dostatecznie doceniamy tę łaskę, czy nie przemieniamy jej w zwykły rytuał? Łzy, których doświadczyłam, były jak łzy Matki Świętej, bolejącej nad tymi, którzy doświadczają bólu z powodu niemożności przyjęcia Pana, ale też nad tymi, którzy przyjmując Go, nie doznają cudu wielkiej radości i pocieszenia. Ich serca też wymagają, by się otworzyły szerzej, by „cierpienie bólu ciemności” stworzyło w nich tak święte pragnienie obecności Pana i świadomość jak wielkich łask doznają, mając możliwość przyjmowania Go w komunii.
Cierpienie i pocieszenie
Czasem duszę tak wielki ból ogarnia
Niczym nie spowodowany
Iż chciałbyś się snem otulić i oddech spowolnić
I zasnąć, bez myśli raniących
Lecz przedziwne cierpienie ołowiem ciąży
Łańcuch niewidzialny serce otacza
I myślisz, dlaczego ja go doświadczam?
Krzyczeć próbujesz, krzyk twój ginie echem głuchym
A milczenie jego zmusza do rozważań
Grzechów szukasz niewypowiedzianych
Skruchy przysypanej, egoizmu pychą
I pytanie się rodzi, ostrą strzałą serce przebijając
Zdradzić Pana w cierpieniu?
Czy drzwi swego serca, szeroko otworzyć?
Ciemność rozważasz, która kościół okrywa
Przed każdą mszą roratnią
Ciemność ta, twoje cierpienie na chwilę skrywa
By nagle, pocieszeniem światła zabłysnąć
A może to Jezus, idąc drogą krzyżową
Przez świat współczesny, w noc ciemną
Do serca twego puka krzyżem z Golgoty
Jak łaska ognia zapalona od roratniej świecy
O gościnę prosi, by się cierpieniem podzielić
Ufając, że jesteś Szymonem XXI wieku
I Weroniką, która pot Mu z twarzy otrze
I w Jego cierpieniu Go pocieszy.
Płomień modlitwy
Są dni, gdy modlitwa
Umyka słowom
Staje się niemym obrazem w sercu
I dziwisz się
Czemu najpierw serce płonie
Gdy słów modlitwy nie ma w tobie
Próbujesz ten płomień
Ubrać w piękne słowa
Lecz serce zagłusza każde słowo
Tak mocno bije, uczuciem do Boga
Iż niemową się stajesz
Jak Zachariasz wątpiący
Oczekujący na zgodę słów, od Boga
I tylko słuchasz swego serca
Gdy ono się modli płomieniem gorącym
To dusza, znak ci daje o Miłości Boga
Bez słów zbędnych, prosto strzałą w serce
Chwila ta może być tylko krótkim błyskiem
Zachwytem i zadziwieniem
I tylko łzy, które po twarzy spływają
Świadectwem są, daru modlitwy serca.
Święta noc
Przed żłóbkiem Twoim klęczę, Jezu
Kolorowy jest, czysty
Jak święta moich czasów
Święta bombek, świateł, prezentów
I tylko msza święta, słowa Ewangelii
Prawdę o Twoich narodzinach przekazują
Klęczę przed Tobą, Dziecino
I powoli odzieram z błyskotek te święta
Gaszę sztuczne światełka, ożywiam gipsowe figurki
By w moc Twoich, zagłębić się Narodzin
Noc świętą, ubogą, zadumaną
Noc Maryi, Józefa, Aniołów i Pasterzy
Widzę zimną, brudną stajenkę
Jak serce człowieka grzesznego
Zapach czuję, tak bardzo ziemi bliski
Śpiew słyszę aniołów, rozrywający ciszę
Przenikający święte milczenie, łączące ziemię z niebem
Światłem nieskażonej niewinności
Zbawienie przyszło na świat …
Zbawienie nie lękające się bólu krzyża
Rozkwitające w Dzieciątku, miłością i nadzieją
Jakiej świat nie zna, a jaką na świat przyniosło
Bóg rozpostarł ramiona nad ludźmi
Byśmy w tę cichą, świętą noc odnaleźli w sercu
Dar niezwykły, dar Jego Miłości.
Pewnego dnia podczas adoracji do serca mojego zaczęły przychodzić myśli o życiu Matki Teresy z Kalkuty. I choć od wielu miesięcy o niej nie myślam, myśli układały się w zdania, była mi tak bliska w tej chwili adoracji. Miałam wrażenie, że Jezus przemawia do niej, nie do mnie. Ona umarła już, Jezu, powiedziałam cicho. Nie umarła, usłyszałam, tylko prosi o „nowe” Matki Teresy dla biednych tego świata, prosi o święte, które gotowe są żyć jak Ona. Chcę, usłyszałam w sercu, byś zrozumiała istotę jej trudnego powołania. Istotę jej cennego krzyża. Krzyża, którym podzieliłem się z nią. Niosła go z bólem … do świętości.
Matko Tereso z Kalkuty
Pragnęłaś oczami swymi
Ujrzeć Jezusa
W Jego wtulić się ramiona
Ale w ciemnej trwałaś nocy
Pełnej cierpienia i bólu
Bez pocieszenia …
I choć wiedziałaś, że Pan przemawia do Ciebie
Oczami umierających i dzieci porzuconych
Po ludzku, trudne było Twoje powołanie
Pustki doświadczałaś Jego Miłości
Ale On – Miłość, Tobie zaufał …
Szedł przed Tobą kilka kroków
Z krzyżem wszystkich pokrzywdzonych
Modlitwę niósł na skrzydłach Twój anioł
Szybszy od Twych kroków
Zabieganych wokoło ludzkiego nieszczęścia
Służenicą Pana byłaś
Jego rękami obmywającymi rany
Jego uśmiechem pocieszenia
Co chciałeś powiedzieć, Jezu
Przez życie tej pięknej świętej?
Chciałeś powiedzieć, że czekasz na świętość człowieka
Na jego wolę wypełnienia Twej Męki
Na miłość czynu, podobną do Twojej Miłości
Miłość wzgardzoną przez tylu ludzi
Miłość bez pocieszenia …
Ale Miłość piękną, bo wieczną i zbawiającą.
Ojcze nasz
Chciałam miłość do Ciebie, Boże
Wyrazić pięknymi słowami
Ale milczenie zaległo we mnie
Jakby cisza ta, była zwiastunem tajemnego narodzenia
Byłam pustą jaskinią, czekającą na echo
Słów, a może tylko bicia serca?
Jakiś maleńki ptak za oknem
Wyśpiewywał trele o poranku
Maleńki, a tyle siły w jego pieśni … bez słów
O swojej miłości do Ciebie, chciałam Ci powiedzieć, Boże
A potykałam się o myśli zwyczajne
O troskach, radościach przeszłych i nadziei
Byłam jak ten mały ptak
Tylko śpiew mego serca był taki ubogi
Ale stało się coś pięknego w tej ciszy
Ciszy – zwiastunie tajemnego narodzenia
Modlitwa zabrzmiała we mnie nieoczekiwanie
Modlitwa od lat wypowiadana …
Ojcze nasz, który jesteś w niebie …
Zabrzmiała z mocą, jakiej dotąd nie zaznałam
Zabiła mocno, biciem serca, serca zakochanego
Słowa jej odbiły się echem w mojej jaskini
Święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje …
Były jak rozlewająca się, gwałtowna miłość
Jak piękny hymn dziecka do Ojca
Pragnęłam Ci powiedzieć, Boże, o miłości do Ciebie
A to Ty, Panie, obdarowałeś mnie mocą swojej Miłości.
Jaka jesteś, modlitwo?
Czasem brzmisz chórem głosów unoszona
Głośna, podniosła, uroczysta
Czasem cichutka, zaledwie słyszalna
Jak wietrzyk łagodny, kojący
Czasem jesteś modlitwo, pięknym śpiewem głosów
Podobna wzniosłości katedr gotyckich
A czasem śpiewem, choć szczerym, lecz nieudolnym
Jesteś modlitwo w kościele, domu, na ulicy
Szeptana w codziennym trudzie
Na ustach ludzi, o poranku się budzisz
Zasypiasz razem z wiernymi
Są dni, gdy budzisz śpiącego snem mocnym
By choćby „Pod Twoją Obronę” odmówił
Za nieznanych ci ludzi, którym grzech zagraża
Jesteś modlitwo samotnym głosem, gdzieś na górze
Jak nocny dialog Jezusa z Ojcem
Cierpieniem jesteś na Oliwnej Górze
Gdy Syn Boga, kielich goryczy wypija
Bolesna jesteś na Jezusa krzyżowej drodze
Radosna, w dzień Jego Zmartwychwstania
I nawet ci, którzy tobą kiedyś gardzili
Gdy ból ich dotknie, zawiedzie życie
Jak nadziei ostatniej, chwytają się ciebie
Szepcząc „Zdrowaś Maryjo”
Poginęły w pamięci wieków piękne słowa
A ty modlitwo jesteś ciągle żywa
Do Boga się wznosisz jasnym płomieniem
Nadzieją jesteś wpisaną w serce człowieka
Nadzieją, na ludzkiej drodze, spotkania z Bogiem.
Przed mszą świętą modlę się o przebaczenie grzechów, proszę o moc Ducha Świętego dla swej duszy, serca ... i wtedy słyszę w sercu: królewskim jesteś dzieckiem, dzieckiem Boga, okupionym krwią Jezusa, Brata twojego ...
Zadziwiają mnie te słowa, skłaniają do medytacji ...
Jak wielką godnością i miłością obdarzył nas Bóg. Zapominamy o tym często, ulegając własnej słabości i regułom świata w którym żyjemy. Pobłażamy sobie mówiąc: jesteśmy tylko grzesznikami. A przecież nie tylko grzesznikami - jesteśmy dziećmi Boga, Króla Wszechświata. Podejmując jakieś życiowe zadania winniśmy pamiętać o swojej godności dziecka bożego, o wymaganiach nam stawianych, o walce z własną grzesznością. Musimy pamiętać kto nas stworzył i czyimi jesteśmy dziećmi.
Świat ukazuje nam wartości dalekie od naszego powołania. Ulegamy takim wartością jak pieniądz, zmysły, podobanie się ludziom. Stajemy się sługami tych wartości, powoli gaśnie w nas świadomość bycia dzieckiem Boga.
Ile trzeba w sobie przezwyciężyć, jak usilnie walczyć ze złem, aby zachować godność ludzką. Zrozumiałam, iż nasze życie na ziemi to nie wygodne „przemykanie się” przez lata życia - to wznoszenie się moralnie, wyżej i wyżej ku swojemu Ojcu, to walka ze swoimi przywarami, grzechami, które świat często ubiera w kolorowe szaty, usprawiedliwiając ludzką naturę.
Pomóż nam Boże zawsze pamiętać Kto jest naszym Ojcem i Kto nas okupił swoją krwią!
Podróż zieloną doliną
Wiara jest podróżą
Przez soczystą, zieloną dolinę
Unoszą się nad nią święte słowa Boga
Które aniołowie, niebieskie ptaki wieczności
Ofiarowują sercom pielgrzymujących
Przewodniczy tej procesji Święta Eucharystia
Z przewodnikiem, kapłanem
On karmi nią słabnących w drodze
Podaje krzyż, by się o niego wsparli
A ręce towarzyszy podtrzymują upadających
Wiara jest podróżą przez zieloną dolinę
Za światłem, które nawet w mroku świeci
Podróżą, bez bagaży świata, ciążących na plecach
Podróżą ufności, że nie upadniemy z głodu
Bo spichlerz darów Boga jest niewyczerpany
Na podróżujących zieloną doliną
Czekają na wzniesieniach głosy świata
Głosy wątpliwości, ośmieszające i raniące
Spadają na nich jak kamienie ostre
Próbują zakłócić, podróż zieloną doliną
Głosy cytują mądre księgi, logiczne wywody
O bezsensie wiary, o nie istnieniu zielonej doliny
Wyciągają się ręce, pełne kuszących darów świata
Pielgrzymi zielonej doliny idą dalej, ku światłu
A głosy i ręce kuszących, mrok ciemności ogarnia
Tylko modlitwę za nich, nocny wiatr
Zostawia na wzniesieniach.
Dar bożej łaski
Łaska boża, to nie skarb ukryty
To dar przebaczenia
Łaska boża jest jak okruchy ziarna
Rzucone przed gniazdem ptaka
Zanurzonego we śnie
Jeszcze skrzydeł nie otrząsnął ze snu
Jeszcze nie nastroił się do śpiewu poranka
A pokarm czeka już na niego
Dar miłosiernego Boga dla słabych …
Łaska boża to Jezus idący obok nas
Z koszem chleba, czekający na głodnych
Pan z serdecznym uśmiechem
Dla tych, którzy ręce po Jego chleb wyciągają
Pan zasmucony, na widok przechodzących obojętnie
Ich oczy ku darom świata zwrócone
Pan cierpiący Mękę Krzyża, z miłości do ludzi
Pan – Niewolnik Miłości, ukryty w tabernakulum
Jezus – Łaska dla świata grzesznego
Daj mi Boże, proszę, ufność owego ptaka
Który wie, że pokarm czeka na niego
Z Twojej Boże, łaski, miłości bezinteresownej
Abym umysłem i oczami darów szukając
I rozważając ich wartość i smak w świecie
Nie minęła się z Twymi łaskami, Boże
Ofiarowanymi na gałęzi mego życia
Daj mi Boże, wdzięczność owego małego ptaka
Daj ufną pieśń jego, o Twojej Miłości.
Droga powrotna
Z ramion swoich, wypuściłeś mnie, Boże
Abym drogi powrotnej, do Ciebie szukała
Dom mi na ziemi dałeś bezpieczny
Krzyżem chroniony, obrazami Matki Świętej
Dzieciństwo słoneczne, wiankami stokrotek zdobione
Wiarą, że tu na ziemi, wszędzie świeci słońce
Ludzkie życie obserwowałam przez lata
Drogi moje, z innymi się krzyżowały
Pielgrzymów ziemi widziałam, dróg szukających szerokich
Krzyże trudów omijali, jak zawalidrogi
Radości jedynie szukali w pielgrzymowaniu
Aż w końcu zawiedzeni, upadali …
Patrzyłam na pielgrzymów, szlaków trudnych
Jak na grzbiety gór-cnót się wspinali
Burze i wichry życia ich nie zatrzymywały
W grotach się kryli, świątyniach modlitwy
Cud widziałam w ich świętych pragnieniach
By do krzyża dotrzeć, na wzgórze Golgoty
Jak bardzo, Boże, nasze życie maleńkie
Kroplą jest, wtopioną w żywioły świata
W wichry duchowych załamań i noce zbyt długie
W lęk przed burzliwym oceanem, by wiarę ochronić
W upał pustyni, piaskiem wiejącym w oczy
Samotność, której nie da się porzucić
Jak bardzo, Boże, nasze życie maleńkie
Łaską Twoją obdarowane, wolnej woli
Wyborów musi dokonywać, pośród żywiołów duchowych
By drogę do Ciebie, odnaleźć słoneczną
By na górę dotrzeć, Twojej Miłości
Dawidem być, pokonującym kamieniem wiary i ufności
Wielkiego Goliata świata.
Podczas peregrynacji posągu Matki Bożej Loretańskiej, w mojej parafii odbywało się wiele uroczystych mszy i nabożeństw. Uległam nieco tej zewnętrznej atmosferze, czasem nawet nie byłam dość skupiona. Kiedy trzeciego dnia rozpoczynała się msza, chciałam w swych modlitwach oddać Matce Bożej moją ogromną wdzięczność za Jej „wizytę” w parafii. W sercu ujrzałam Matkę Bożą na tronie. Tron był z przeźroczystego kryształu, mieniącego się barwą kolorów. Odbijały się w nim niebieskie refleksy Jej sukni. Kryształ tego tronu wydawał się żyć dziwnym życiem, był jakby w ruchu. Odbijały się w nim twarze ludzi. Miałam wrażenie, że tkwią w nim tysiące ludzi w uroczystej pielgrzymce … Jakby tron Matki Bożej wchłaniał ludzkie życie.
Matka Boża z Osuchowej
Są polany tak słońcem rozjaśnione
Iż ogniem przedziwnym przenikają ciało
Aż człowiek chce krzyczeć, płakać, śmiać się
Jakby w mistycznym znalazł się kręgu
Są takie polany pośrodku lasów
Gdzie drzewa chronią przybyszy
Karmią zapachem żywicy, promieniami słońca
Przenikającymi ciekawie przez konary drzew
Drzew pełnych godności i pamięci wydarzeń niezwykłych
Spotkania nieba i ziemi …
Są wąskie dróżki pośród lasu
Przeznaczone do samotnych wędrówek przez las, przez własne życie
Dróżki, nie znające hałasów betonowych szos
Dróżki kierujące przybysza do kapliczki, do krzyża
Do miejsc, gdzie objawiła się z przesłaniem, Matka Święta
Prowadzi cię dziwne światło, cisza lasu, zapach
I choćby byli obok ciebie inni ludzie
Stajesz się samotną modlitwą, szukającą kaplicy
Gdzie uklękniesz przed … Matką
Dotknięty Jej miłością
Miłością, której może, kiedyś doświadczyłeś
W cichym, wiejskim kościele
Trzymając za rękę mamę, babcię
Wpatrzony z dziecinnym zachwytem w obraz Maryi
Jest takie miejsce, gdzie cisza obejmuje cię
Tak mocno, iż musisz zatęsknić
Za niewinnością dziecka, za ciepłym dotykiem matki
Za bezgrzesznością, za uwielbieniem Boga
Miejsce, gdzie serce twoje otrzymuje … pieczęć dotyku Maryi
Dar niezapomniany, Matki dla ukochanego dziecka.
Dar pięknej modlitwy
Zatapiam się w uwielbieniu Pana
Przed cudem Najświętszego Sakramentu
Słowa słyszę w sercu, początek pieśni …
Z nieznanego mi śpiewnika
Czyja to pieśń? Jakby zagubiona przez anioła …
Piękne są jej słowa:
„Modlitwą chcę być, dla Ciebie, Boże …”
Ludzi widzę z kartkami w ręku
Na każdej, słowa tajemniczej modlitwy
Nie powtarzające się …
Wzięte z bogatego Słownika Miłości Boga
Które daje ludzkim dzieciom, przy poczęciu
Słowa łaski kochającego Ojca
Ojca, czekającego na odczytanie Jego słów
Widzę modlitwy schowane w sercu, z czułością pielęgnowane
Widzę inne, odłożone na lata, jak tekst nieczytelny
Są i takie, zmięte, poszarpane, odrzucone, zagubione
Nad porzuconymi modlitwami czuwa Matka Święta
Zatarte słowa, zrasza gorącymi łzami
Może zakwitną od Jej łez? Zaśpiewają pieśń?
A „dziecko modlitwy” uklęknie, w poszukiwaniu zguby?
„Modlitwą chcę być, dla Ciebie, Boże …”
Twoje słowa miłości do mnie, odczytać
Jak tajemniczy pergamin na sercu, chronić
Bo na nim zapisane jest … Nasze Spotkanie
Daj Ojcze światło, na słowa mej modlitwy, jeszcze nieodczytane
Gdy słów nie pojmuję, daj mi, Boże, Matkę Świętą, za nauczycielkę
Ponieważ: „Modlitwą chcę być, dla Ciebie, Boże”.
Dar królewskiego Edenu
Nie mogą Cię dojrzeć oczy moje, Boże
Ani słuch nie przeniknie niebieskiego sklepienia
Ale, nawet ziemski ślepiec
Ciepło czuje na twarzy
I do niego zwraca swe oblicze
Zachwycony, iż może biec ku niemu
A ten, który nie słyszy, chwalić Cię może oczami
I choć zmysły nasze nie sięgają nieba
Ty Boże, Miłosierdziem Swoim
Niebo otworzyłeś, krzyżem Swego Syna, Jego Zmartwychwstaniem
By ubodzy wzrokiem i słuchem
Poznać Cię mogli sercem i duszą zbawioną
Darami cenniejszymi niż zmysły
Do duszy swej śpiewam cierpliwie
Unieś mnie, tam gdzie Eden króluje
Gdzie miłość sadzi drzewa i kwiaty
Ogrodnikami są, uśmiechnięci święci
Gdzie nie ma nocy ciemnych, tylko światło miłości
Są takie dni, jakby olśnienie senne
Gdy ręce wyciągam do tego Edenu
Ze skargą, na swą ślepotę i głuchotę
A ktoś zza niebieskiej zasłony
Kładzie na mej dłoni kryształ błyszczący
Mieniący się krwią mego Pana
I spływa ten kryształ, dar królewskiego Edenu
W hostię białą przemieniony, która otwiera oczy i uszy
Tym, których zmysły nie sięgają nieba.
Rano, przed mszą zastanawiam się nad ludzką wiarą, czy nie staje się ona rutyną, bez poruszenia serca. Podczas mszy zapomniałam o tych myślach, skupiając się na liturgii.
Po komunii, ujrzałam twarz Jezusa podczas krzyżowej męki. Całe ciało wraz z krzyżem, przesłonięte było białą mgłą. Widziałam w sercu, tylko - twarz Pana. Była cała we krwi. Korona cierniowa przechyliła się z głowy, na bok i uciskała policzek i oko. Masz rację, usłyszałam w sercu, dla wielu jestem tylko obrazem z przeszłości, nawet ci, co do Mnie przychodzą, mają oschłe serca. Wówczas przypomniałam sobie poranne, nieoczekiwane myśli … Dziwne, ale w tej wizji serca, podbiegłam do Jezusa, wzięłam stojącą obok drabinę i chciałam poprawić opadającą koronę cierniową. Jednocześnie uniosłam ją nieco wyżej, by ciernie nie wbijały się tak mocno w Jego głowę. Stojący gdzieś obok żołnierz (nie widziałam postaci) zauważył to i wrzasnął bym tego nie robiła. Jednocześnie odczułam dziwny ból w sercu, jakby mnie ktoś uderzył … Zrozumiałam, że Jezus cierpi bardziej, gdy ci, którzy do Niego regularnie przychodzą, mają oschłe serca. Zapadają w rutynę … miłości. A miłość do Boga wymaga ciągłej postawy „zakochania”, nie może być przyzwyczajeniem, bo przyzwyczajenie prowadzi do oschłości uczuć.
Był taki poranek
Aby ciszę serca, po mszy świętej, ratować
Od zgiełku i dysharmonii dźwięków ulicy
Otulam się suknią modlitwy
Wizerunek Jezusa, z Drogi Krzyżowej, przywołuję
Myśli przenoszę na jerozolimskie ścieżki …
W jednym momencie jakby w chwili olśnienia
Świat mój, klaksonów i wycia karetek, zanika
W upalnym słońcu staję
Obcy język wokół słyszę
Ludzi widzę, w powłóczystych szatach
I nagle …
Jęk bólu, człowieka ranionego
Przeszywa dogłębnie moje serce
Jezusa widzę, w koronie cierniowej
Człowiek przyciska ją mocno do Jego skroni
I nie jest to tylko jęk bólu, fizyczny
Choć krew kapie na twarz Jego
Ten jęk dobywa się z bólu świata
Jest wszechogarniający moją i jerozolimską ulicę
Nie oskarża, cierpi …
Nie przeszywa jak miecz raniący ciało
Rozlewa się kaskadą bolesnego uczucia
Gra jak genialna orkiestra hymn o wielkim cierpieniu
Syna Bożego i ludzkości
Był taki poranek, gdy zbliżyłam się do bólu Jezusa
Zło grzechu odczułam, w jęku Jego cierpienia.
Dni weselne
Są dni weselne jak dotyk łagodnego wiatru
Gdy dusza radości doznaje
Wypełniona obecnością Oblubieńca, Jezusa
Tak nagle, aż serce bić przestaje
Zaskoczone darem, łaski wlanej
I nie ma słów, tylko westchnienie wdzięczności
Dla piękna tych chwil weselnych
Są dni smutku nieoczekiwanego
Ogarniającego serce przedziwnym lękiem straty
Jakbyśmy łyk wody wypili z zatrutego źródła świata
I im więcej modlitw z ust wypływa
Tym ból staje się dotkliwszy, raniący
Oblubieńca, Jezusa, szukamy z Kany Galilejskiej
A On, przed Piłatem staje
Dlaczego Jezu, dni weselne nie trwają dłużej?
Dlaczego radość ze smutkiem, w wierze naszej
Jak nić jasna i ciemna, tkaninę tka życia?
Odpowiedź słyszę: Ja, Oblubieniec, zawsze przy was stoję
To wy, w swym zapomnieniu o Mnie
Dom zamykacie Weselny, kluczem złudnych uczuć świata
Ja, Oblubieniec, daję tylko dni weselne życia …
W zamian, wiary pragnę, miłości, a nie smutku człowieka.
Ogień miłości
Tęsknię za ogniem Twego Ducha, Jezu
Kiedy na ołtarz patrzę, podczas Przeistoczenia
Chciałabym, by jak silny powiew wichru
Spalił we mnie słabość
I przed grzechem chronił
Tęsknotę tę zanoszę przed ołtarz Twój, Panie
Małą świeczkę niosąc, własnego ducha
Masz, słyszę, płomyk na chrzcie, ręką Mą zapalony
Niech dar ten, w ognisko go rozdmucha
Nic, dziecko Moje, bez twojej nie dzieje się woli
Ona zdolna jest rozpalić miłość twoją do Mnie
Niech nie będzie tylko naczyniem pustym
Jak modlitwa szeptana przy sercu uśpionym
Lecz orężem walki, przeciw złu, co czyha
By zagasić zbyt mały płomień wiary
Daj duszy swojej poznać Miłość Moją
Ona wierniejsza jest niż serce kapryśne
Kiedy duszę swą otworzysz, na ogień Mego Ducha
Zapłonie, jak wieczna na ołtarzu lampka
I żaden powiew zła, miłości twej do Mnie
Nie zgasi …
Podczas mszy ujrzałam człowieka otoczonego jakby przestrzenią. Słowa liturgii mówiły o miłości. Ta przestrzeń, tłumaczył mi „ktoś", to przestrzeń miłości. To twoja postawa wobec człowieka. Spotykasz kogoś złośliwego, niedobrego, patrzysz na niego i ... chroni cię przed nim „przestrzeń miłości". Próbujesz mu się przyjrzeć, poznać. Nie zwracasz uwagi na słowa, postawę, próbujesz go zrozumieć. „Przestrzeń miłości" to dar. Pozwala na dystans, ale nie na obojętność. Tak z ludźmi rozmawiał Jezus. Paradoksalnie owa przestrzeń „chroni cię" przed własną reakcją, często podobną do zachowania tamtego, złośliwego człowieka. Uśmiech, łagodne słowa wypływają z ciebie dzięki tej „przestrzeni miłości". Nie czujesz się „dotknięty", nie wyzwala się z ciebie egoizm, chęć odwetu. Wiesz że jesteś bogaty w dar „przestrzeni miłości". Czy ten dar jest na całe życie? Nie wiem, ale warto prosić o niego w modlitwie.
Uzdrowienie
Kropla krwi Twojej, Jezu
Spływająca do kielicha, na Mszy Świętej
Zdolna jest rozbić bryłę lodu serca
Korytarz w nim rzeźbiąc
Znakiem Świętego Krzyża
Aż do dna serca przenika
Ogniem Miłości, nieznanym w świecie
I jeśli pragniesz uzdrowienia
Człowieka, którego serce, bryła lodu rani
Błagalną go otocz modlitwą
Przed ołtarz zaprowadź, na Mszę Świętą
I w jego intencji, poświęć własną hostię białą
By cenne krople krwi Pana
Spłynęły także na niego …
I choć cudu nie ujrzysz, gwałtownej przemiany
Tego dnia, a może przez lat wiele
Oczy Pana, twarz twoją i jego, zapamiętały
Czas uzdrowienia, niebieski wyznaczy zegar
I przyjdzie taka chwila
Gdy Miłość, z ofiary krwi Pana
Gejzerem wybuchnie, w sercu lodem skutym
A człowiek zraniony niewiarą
Sam przed ołtarzem, klęknie
I błagać będzie Pana:
Wlej we mnie, Boże, krople swej krwi świętej.
Poranek, południe i wieczór
Miliardami jesteśmy rozrzuconych świateł
Po ziemi wędrujemy, zapalając się i gasnąc
W czasie nam nie znanym
Jeden nam dano młodości poranek, południe i mrok wieczoru
Jak wschód słońca, świt budzi nas do życia
Światłem z ręki Stwórcy, darem „modlitwy-błogosławieństwa”
Modlitwy cennej, bo tylko dla nas pisanej …
A gdy poranek dziecięctwa, w dojrzałość południa przechodzi
Mocnymi się czujemy, w rozkwicie sił i urody
Doczesnych, często tymczasowych, szukamy radości
I toczy się południe życia, albo z modlitwą Stwórcy w ręku
Jak lampą-łaską chroniącą w ciemności
Bądź wokół nas zapalamy zwykłe świeczki
Tak szybko, gasną …
Ma iskra życia, też swój półmrok wieczorny
Gdy zapalona, przygasa w chłodzie wieczoru
I czas ma na myśli, o świcie swym, który już minął
Schowaną w sercu, modlitwę Stwórcy, dokładniej czyta
Już wie, że błysku jej iskry życia, czas nie rozdmucha
I dziwi się, ile piękna, ma ta modlitwa, ile w niej miłości
Jak wyraźniej w niej słychać słowa Boga, niż gwar ludzkich głosów
I chce życie krzyczeć, do tych, którzy w „południu życia” trwają
By nie gubili modlitwy, dla nich napisanej
O powołanie, które przyjęte, weselnym stać się może świętem
O złu, które czarnym straszy cieniem, lecz światła się lęka
O iskrze życia, tak cennej, lecz szybko gasnącej na ziemi
O człowieku, który z wielką pasją czyni dobro, wokół siebie
Modlitwę czyniąc z życia swego …
Podczas mszy świętej ujrzałam obraz Matki Bożej, wokół niej złociste promienie. Obraz przypominał Matkę Bożą z Gwadelupy. Promienie wokół Matki Bożej świeciły jak słońce. Nagle Matka Boża odsunęła się w głąb obrazu. Otworzył się owalny otwór, jakby drzwi. Do tych drzwi podążali ludzie ubrani na czarno, pochyleni, wspinając się pod górę. W rękach nieśli krzyże, duże i małe. Niektórzy mieli w dłoniach małe, drewniane krzyże, nieśli je jak bukiety kwiatów podniesione do góry. Na końcu szła osoba z wielkim krzyżem na plecach, ciągnęła go z trudem. Co to oznacza? - zapytałam. Usłyszałam w sercu piękne wytłumaczenie.
To ludzie zmarli zdążający już do swego świata. Matka Boża wita ich. Ich krzyże to dar z życia, spalają się w ogniu miłości Maryi. Są zarazem ochroną przed karą za popełnione grzechy. Któż ich nie ma? W ogniu miłości Matki Bożej spalają się ich krzyże. Może dlatego będą mniej cierpieli? Nie odrzucili ziemskich krzyży.
Matka Boża Częstochowska
Byłaś dla mnie, Święta Matko Częstochowska
Ikoną tak wielką w swej świętości i ludzkim uwielbieniu
Iż maleńką przed Tobą się czułam, zbyt grzeszną
Skrytą gdzieś wśród ludzi, ze swą pokorną modlitwą
Aż dzień przyszedł, mej pielgrzymki do Ciebie
Gdy wtłoczona, w masy ludzkich ciał
Popychana ku Tobie jak ziarenko
Napływającymi falami ciągle nowych twarzy
Utknęłam przed Twym obrazem, w diamentowej sukni
I choć niewygoda ciała drażniła, ogarnął mnie dziwny pokój
Odczułam Twą żywą obecność …
Obecność Matki, zakochanej w swych dzieciach
Z obrazu wyszłaś ku ludziom, Królowo Polski
Jak pielgrzymujące matki, w szacie zwyczajnej
Szata ta wydała mi się dziecięcym kocykiem
Którym matki otulają swe dzieci
Chroniąc je swym ciepłem, przed światem
Niosłaś nas jak maleńkie dzieci
Widziałam Cię sercem, idącą przez drogi i miasta
Drogi naszej ojczyzny i rodzin pogubionych
Śmiało kroczyłaś jak cygańska matka pośród lasów
Nie omijałaś samotnych domostw
Odważna, pomimo ran Ci zadawanych
Naznaczona bolesnymi znakami na policzku
Nie ustajesz w pielgrzymowaniu do ludzkich serc
Zbierasz po drodze, chorych i umierających
Płaszcz Twój rozpostarty szeroko nad Polską
To płaszcz Miłości ofiarowanej przez Jezusa
Chroni wszystkich, biegnących do Ciebie
I tych, którzy tylko stoją, w oczekiwaniu na cud
Widziałam Cię, Matko Jasnogórska, tak żywą
I obecną, jak twarze pielgrzymów, obok …
I choć nawet uklęknąć nie mogłam
W napierającym na mnie tłumie
Serce moje, uklękło …
Ortiga
Są sanktuaria podobne oceanom
Głębokie od modlitw wiernych
Szumiące gwarem ludzkich głosów
Jakby falami były bijącymi o brzeg
Nadzieją pulsują, bólem
Prośbami, słowami wdzięczności
Modlitwy pielgrzymów są jak dym z kadzidła
Sięgający obłokiem, tęsknie, ku obrazom, figurom Maryi
Czasem pielgrzym snuje długie różańce
Czasem, tylko cichy krzyk jego dusza wydaje
W Fatimie, Lourdes, Gwadelupie
Ludzka modlitwa rozlewa się jak ocean
Płyną po nim łódki ludzkich serc
Samotne kołyski
Spragnione utulenia, ukołysania
Matczyną dłonią Maryi Świętej
Są też kościoły, miejsca o przedziwnej ciszy
Szemrzące muzyką małego wodospadu
Bądź echem, ostatniego wersu modlitwy mnicha
Powstałego z kolan, po serdecznej rozmowie z Maryją
To cisza twórcza, zachęcająca do spotkania, zwierzeń
Jakby ten kościół był … konfesjonałem
Biel ścian, promienie słońca, palące się świece
Figura Maryi w ołtarzu tak bliska
Oddech modlącego z oddechem kościoła się stapia
Kościół żyje w Eucharystii ukrytej w tabernakulum
Czujesz to mocno, czujesz ten dom pełen miłości
Dom – konfesjonał spalający grzech
Jest taki kościół, Ortiga koło Fatimy
Na tym miejscu też objawiła się Matka Święta
Prosiła niemą pasterkę o owieczkę i uzdrowiła ją
Żegnam Ortigę, czując błogosławieństwo tego miejsca
I nadal widzę w sercu Maryję z owieczką
Jakby chciała mi powiedzieć: daj Mi czystą duszę.
Śląskie Sanktuaria
Gdy serce nagle zakłada szaty pielgrzyma
I staje, gotowe do drogi
Czujesz, iż czas wyruszyć w duchową przygodę
Dać oczom poznać piękno, którym człowiek wielbi Boga
W gotyckich kościołach, barokowych wnętrzach
Sanktuariach Dolnego Śląska, Pragi Czeskiej, Wrocławia
W Kłodzku, Wambierzycach, Brdo, Czermnej
Duch dawnych twórców ciągle żyje, bo długowieczne jest piękno
I na nic rzeźb i obrazów piękno
Gdyby ich artysta, miłością nie wypełnił, do Boga
Na kolanach modląc się, do Ducha Bożego
By choć na moment, rąbek uchylono nieba, natchnieniem obdarzając, piękna
W Czermnej, obok kościoła Matki Dobrej Rady
Jest kaplica pełna ludzkich czaszek, kości
Jedna obok drugiej, bez twarzy, historii, podobne do siebie
Nie wiadomo kto wróg, a kto przyjaciel
Lękiem napawa to sanktuarium śmierci
Wiele myśli napływa do głowy … tego kto jeszcze żyje
Jak anonimowi i fizycznie równi jesteśmy wobec śmierci
Wiarę mam jednak, iż Bóg zna nasze twarze, imiona …
Jest duch tajemniczy w starych sanktuariach
Jakby rzeźby, obrazy, ołtarze miały oczy, żyły …
Kilkusetletni krzyż z Jezusem, drewniane figurki Maryi
Czuwają jak żołnierze wiary, jak wojsko nieśmiertelne
Może to siła modlitwy wiernych, milionów pielgrzymów
Których ślad odbił się na murach zabytków
Na pewno, to moc mszy świętych, Ewangelii, Liturgii
Wypełniających wnętrze, żywą obecnością Jezusa
Można oczami chłonąć piękno sanktuariów
I tak pozostawać w natchnionym zachwycie
Można też dać się objąć ich tajemniczą siłą
Doświadczyć osobiście, przedziwnego, miłosnego dotyku
I poczuć jakby się było w skarbcu pełnym klejnotów
Klejnotów od pokoleń składanych na ołtarzu
Klejnotów, z serc wyrzeźbionych, miłości, nadziei i wiary
Niewidzialnych okiem, hojnie rozrzuconych przy bocznych kapliczkach
Żegnam was sanktuaria z mojej pielgrzymki
Dałyście mi ciekawy dar – dar dziecięcej radości
Zanurzyłam się w wasze wnętrze duchowe jak w ożywczy ocean
Sanatorium byłyście dla mnie, duchowej odnowy.
Niedzielna Msza na ul. Nobla
Podczas Podniesienia, będąc skupiona, zobaczyłam postać Chrystusa, jak gdyby zamiast księdza. Miał jasnorude włosy, które błyszczały, ale ubrany był w strój przypominający żebraka ze średniowiecza. Można by to ubranie określić jako worek z jasnobrązowego, grubego lnu. Pytam: Jezu, czemu Jesteś ubrany jak żebrak? Usłyszałam: bo ciągle żebrzę o waszą miłość.
Spotkanie na ziemi
Był czas, gdy Cię szukałam, Jezu
Wysoko, ponad ziemią moich stóp
Dając oczom moc wyobraźni
Wzrokiem rozsuwałam chmury
Niebo było niebieską zasłoną
Pomalowaną kolorami za dnia, gwiazdami, nocą
Za tą zasłoną, chmurami, szukałam drzwi do nieba
Szukałam Twojej komnaty, Jezu …
Był czas młodości, szukania Boga „w chmurach”
Poza ziemią, gdzie białe z czarnymi zmagają się anioły
Jakbym pragnęła, byś był, Jezu, poza bólem, chroniony rajem
W otoczeniu świętych, zanurzony w istocie piękna
Pewnego dnia, nie uniosłam głowy ku niebu
Może straciłam dziecięcą naiwność?
Może dojrzałość przeżyć przybiła mnie do ziemi
Kazała powalczyć z aniołami ciemności?
Kiedy życie zatrzaskuje bramę złudnej wyobraźni
I zmusza, by dotknąć go, z odwagą i nadzieją
Zginają się pokornie kolana, a przed oczami naszymi
Miłosierne oczy Jezusa, łaska spotkania na ziemi
Jezus obleczony w ziemską szatę ludzkiego bólu, radości, łez
Jezus, o błagających oczach bliźnich …
Szukają Cię, Boże, ludzie, daleko w chmurach, ślepi, poza swym sercem
Czyżby lękiem napawało ich spojrzenie w Twoje oczy, Jezu
Tu, na ziemi?
Miłość, nadzieja, wiara
We śnie głębokim zanurzona
Pytanie usłyszałam mojego anioła:
Czy namalować umiesz miłość wiarę i nadzieję
W ludzkich twarzach?
Wspomniałam o kobiecie kiedyś spotkanej
Dźwigała na rękach upośledzone dziecko
Mam jeszcze w oczach jej kochające spojrzenie
Słowa ciepłe do dziecka i jego bełkotliwe gaworzenie
To była ta chwila … rodzenia się miłości
Chwila ulotna … mająca konkretne oblicze
Jak je namalować farbami, gdy …
Serce to widzi, a nie oczy?
A serce barwy ma tak różne od ziemskich …
Czy ludzie widzieli miłość w oszpeconej twarzy Jezusa?
Weronika tę miłość sercem ujrzała, nie oczami
Jak namalować twarz nadziei?
Kwiatem jest, czystą lilią, przejrzystym źródłem?
Anioł mój, senny nieco
Przyśpieszyć chciał moje rozważania
Nadzieja, powiedział, może mieć też, twarz twoją
Gdy szukasz i ofiarowujesz dobro z miłosierdziem
Gdy się nie poddajesz ciemności zła, które kusi
Gdy szybko powstajesz z kolejnego upadku
Gdy twarz Jezusa widzisz obok swojej
Gdy w modlitwę wierzysz, że cuda czyni
Choć świat szydzi i krzyczy: to tylko iluzja!
Już nie budziłam anioła
By o ludzkim obliczu wiary mu mówić
Widziałam to w twarzy żebraczki przy kościele
W zimie, deszczu, upale, z pudełkiem na drobne
Z pokorą powtarzała każdemu, z nadzieją:
Niech cię Bóg błogosławi, da zdrowie
Wiara, szepnęłam aniołowi, jest jak ona
Pokorna i odporna …
Odporna na zimno świata, które może miłość zabić
Na wiatr, który modlitwę z serca wymiata
Na mróz, który jak sztylet, obojętnością rani
Radością jest z łask drobnych, ale też cierpieniem
Lecz nigdy słabością …
Gdy o „chleb” walczy, o pokarm dla zgłodniałej duszy
Chleb karmiący Miłością i Nadzieją.
Diament
Odkryłam w sobie przestrzeń – pustynię
Zrodzoną z dojrzałych owoców lat życia
Pojawiła się we mnie, jak pojawiają się
Dary nieoczekiwane, chwile święte
Dla zrozumienia siebie, zrozumienia Bożej Miłości
Przestrzeń wyłoniła się, gdy „fale morskie”
Fale spraw tego świata – odpłynęły …
Pozostawiając mnie na pustynnej przestrzeni:
Myśli, modlitwy, cichej muzyki
Na mapie życia, jeszcze wilgotnej po odpływie fal
Podróż przez tę pustynię, gdzie tylko boży wiatr wieje
Pielgrzymką jest, walką o prawdę, o sumienie
I nie ma ucieczki, w przypływie fal świata
Widziałam góry, których nie chciałam zdobywać
A zdobyć trzeba było, by ujrzeć światło poranka nadziei
Połyskujące w kaplicach za górami
Widziałam krzyże usypane z pustynnego piasku
Na zwykłych, codziennych ścieżkach
Jak znaki zapytania, czekające na odpowiedź
Uklęknę przed nimi, czy ominę?
Były na mej pustyni małe groty
Na wypoczynek myśli, na przywołanie tęsknoty
Za miłością absolutną, miłosierną
Pieśni słuchałam, chyba aniołów, grających na harfach
Czasem tylko na kilku strunach smutku
Jak requiem dla sumienia, dotkniętego grzechem
Spieszę się poznawać moją pustynię
Znaki Boga na niej wyrzeźbione i … moje własne
Spieszę się poznawać ją, póki fale tego świata nie zatopią jej
I chowam jej obraz w sercu, jak diament …
Jak skarb darowany, w jednej, świętej chwili.
Podczas mszy świętej przyszła do mnie myśl o „iskierce” świętości zaszczepionej każdemu człowiekowi na chrzcie świętym. Może się stać płomieniem … lub powoli gasnąć. Iskierka „prosi” o sakramenty, o słowa Boga. Gdy ją nimi rozniecamy, otrzymujemy moc Bożego Ducha, siłę, odwagę. Iskierka człowieka obojętnego na Boga, na sakramenty, na Jego słowa, jest iskierką człowieka goniącego za ziemskimi przyjemnościami i ledwo się tli, karmiona nieżyciodajnym duchowo lekiem, często podtruwana złym słowem, obrazem i słabnie, owiana lodowatym chłodem własnego egoizmu.
Chleb miłości
Miłość swą, Bóg na ziemię posyła
W chlebie ogromnym, pachnącym ziołami
Aniołowie, skrzydłami kruszą boże chleby
By drobnymi spadały okruchami
Podobne do manny z nieba
Ci, co miłość wokół siebie widzą
W dłonie chwytają spadającą mannę
Z bliźnimi się dzielą tym świętym pokarmem
Hojnie rozdają, w perełkach modlitwy
Nieufni, którym świat poskąpił miłości
Pokarm boży, w spichlerzu serca składają
Jak zapas … na później
Ci, których świecidełka świata oślepiły
Ślepi, depczą po niebieskiej mannie
A Bóg Miłosierny niestrudzenie
Chleby Miłości na ziemię zsyła
Czasem okruchy jego, płatkami śniegu spadają zimą
Latem, kroplami deszczu brzęczą o szybę
Wiosną zachwycają pąkami kwiatów
Jesienią, w kobiercach liści się skrywają
Wielkie chleby Miłości, w niebie dojrzewają
Ręką Boga błogosławione, nad Ogniskiem Miłości
Błagalne tchnienie świętych podtrzymuje te płomienie
Jezus, krzyżem zbawienia je znaczy
Tak jak dawniej oznaczały chleb, wiejskie matki
I spływa na ziemię boży pokarm
By głodu miłości, nie zaznały ludzkie dzieci.
Gdy ziarno modlitwy dojrzewa
Modlitwy zbieram
I bukiet kłosów z nich tworzę, kolorowy
Jedne kłosy zielone są, zaledwie zalążki ziaren
Jak modlitwy niepewne, trochę niecierpliwe
Które słowa odtwarzają, wyuczone
Niedojrzałe jeszcze do miłości
Na ożywczy sok, ufnej wiary, czekają
Są modlitwy, jak kłosy dojrzewające
Zadziwione rodzeniem się i wzrostem
Uradowane rosą bożej łaski
Zapładniającą pięknem modlitwy
Ognia ciągle szukają, rozgrzewającego modlitwę
Czasem gubią ziarna
Myląc ogień świata z ogniem miłości
Mam w swym bukiecie, modlitwy spokojne
Płynące wartko jak nurt rzeki
Czasem tak spokojne, że usypiają … miłość
Kiedy kamień tragedii uderzy w spokój rzeki życia
Modlitwa rozpryskuje się jak kielich kryształowy
Człowiek staje się rozpaczą, zatapiającą łzami krzyż
Czy słowami go dźwigać, czy ufnym sercem?
Widziałam modlitwy porozrzucane
Jak paciorki z zerwanego różańca
Czasem tak długo odrzucone, że słów nie pamiętały
Tamtych ludzi widziałam, na kolanach pokutujących
Zagubionych modlitw szukali, do nowego różańca życia
Słowa czerpali z serca obolałego
Oszukanego „modlitwami” … do bóstw świata
Ile doznać musi, rodzące się ziarno modlitwy
Ile życiodajnych promieni słonecznych, miłości, kropli deszczu
Ile wichur, klęsk, rozczarowań
By wydać własną modlitwę serca, modlitwę miłości
Dojrzałą jak złociste ziarno pszenicy
Gotowe, by stać się chlebem …
Chlebem – modlitwą wstawienniczą za bliźnich … do Ciebie, Boże.
Nowy dzień
Każdego poranka, przebijam dłonią
Niewidzialną dla oczu, ścianę
Ścianę, dzielącą kolejne dni życia
Czasem z lękiem, niechęcią, a czasem z nadzieją
Dłonie składam w geście modlitwy
Niebo błagam, by święty patron dnia
Wspomógł mnie …
A ja, dziecko uczepione jego szaty
Wkroczę w dzień bezpieczna
Drogi ominę, wabiące pozorem uczuć i piękna
Nie dam się omamić słowami, obrazami
Które głód wzbudzają, grzechu
Czyniąc człowieka żebrakiem
Spragnionym dóbr tego świata
O ochronę też błagam, własnego Anioła
Gdy na granicy nocy i dnia, ciemność widzę
A myśli, jak ciemne kruki, skrzeczą nieznanym językiem
Błagam o światło Jezusa, oczy Jego, dłonie
Bym przerażeniu się nie poddała
I ociemniałym nie stała się człowiekiem
Uciekającym, przed Jego cierpieniem … i własnym
Modlę się przed ołtarzem: nie jest łatwo, Jezu
Otwierać o poranku oczy i nie być głuchym
Na pytania, które dzień niesie
Iść wpatrzonym w horyzont Bożej Miłości
Szukać miejsc w sobie gdzie niebo dotyka ziemi
Ofiarować bliźnim Genezaret, pełne daru ryb
Klęczeć na Taborze i nie bać się wzburzonego morza
Gdy przebijam niewidzialną ścianę
Do tajemnicy … dnia następnego
Pielgrzymuję przez życie, niosąc ze sobą Czas
Czas, dany mi przez Boga, tylko Jemu znany
Ani jednego poranka więcej, ani jednej nocy mniej
Ile w tym czasie usłyszę Jego słów?
Ile modlitw miłości, Bogu przekażę?
Na mszy było czytanie z księgi Izajasza … „lecz ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły, biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą”. Gdy przebrzmiały te słowa, ujrzałam człowieka (symbol świętych) z ogromnymi skrzydłami, rozłożonymi w locie. Ulatywał ku niebu. Ale … nie był sam. Do jego skrzydeł byli uczepieni ludzie, wielu ludzi. Człowiek święty – orzeł, unosił ich ku Bogu. Bogu dziękujmy za świętych – orłów, którzy modlitwą swą i świętością, prowadzą nas ku niebu.
Kilka dni później, kiedy kapłani wychodzą z komunią świętą do ludzi, chcę podejść do goszczącego w parafii biskupa. Chęć ta jest trochę niedojrzała, ot, taka ludzka potrzeba. I wówczas otrzymuję … pouczenie. Może od mojego anioła stróża, może od samego Jezusa? Pouczenie dźwięczy mi w głowie jak radiowe nagranie: Nie jest ważne od KOGO bierzesz komunię. Ważne jest Jakiego Jezusa ofiarujesz, gdy spotkasz Go twarzą w twarz. Czy twoje życie nie zraniło Go? A Jego Oblicze będzie Obliczem i Ciałem z Drogi Krzyżowej, poranione i pobite? Czy Jezus zobaczy Siebie w tobie, w czystych szatach, o radosnych oczach? Ważne jest – jaki Jezus rodzi się w tobie! Jaki Jezus żyje w tobie – radosny czy bolesny?
Głębia wiary
Podczas adoracji Najświętszego Sakramentu
Gdy duszę karmiłam milczeniem
Wolnym od myśli i słów brzęczących troskami
Obraz ujrzałam, jakby wypożyczony z Niebieskiej Galerii
Obraz ludzkich postaci wkraczających śmiało
W wody oceanu
Ubrani byli w długie szaty, unoszone przez fale
Utrzymujące ludzkie postacie przez chwilę na powierzchni
Mrok objął ocean swymi ramionami
I opanowałby całkowicie obraz … gdyby nie
Żywe, iskrzące się światło, towarzyszące postaciom
Światło, którego źródła nie widziałam …
Pomyślałam … święci?
Tak, święci, którzy nie boją się głębi oceanu
Święci, błogosławieni, którzy nie czują lęku
Poznali źródło Światła – Ducha Świętego
Które trwa przy nich, towarzyszy …
Przemieniając głębię oceanu … w głębię wiary
Będą tonęli? – pytałam z trwogą w sercu
Będą … ale się nie cofną, nie obejrzą się za bezpieczną plażą
Będą tonęli w ciemnościach nocy duszy, będą płakali …
Będą szukali krzyża – statku, w odmętach oceanu wiary
On ich wyniesie na powierzchnię ufności
Święci i błogosławieni, słudzy boży … tak zakochani w Bogu
Iż głębia oceanu wiary, nie przeraża ich.
Świętość
Chodzi w habicie, w cywilnym stroju
Czasem zakłada do pracy roboczy fartuch
Nierzadko leży przykuta chorobą do łóżka
Nie ma wieku, ma serce płonące miłością
Do Boga i ludzi
Świętość nie patrzy na świat ludzkimi oczami
Sięga na ołtarz po światło Eucharystii
Modlitwą dotyka szat Jezusa
Z ufnością, że moc Jego leczy chore myśli, słabość
I obojętność zabijającą miłość człowieka do człowieka
Świętość jest tęsknotą za dobrem, pięknem nieba
Za przytuleniem do Boga
Tęsknota ta, tak przenika świętość, do bólu
Iż nie boi się wejść na drogę odrzucenia przez świat
Drogę cierpienia, z raniącym krzyżem na plecach
Świętość, przesuwając paciorki różańca swego życia
Poznaje miłość Jezusa, doświadcza jej własnym ciałem, duszą
Doświadcza miłości Serca Jezusa, które płacze krwawymi łzami
Poznaje Miłość wędrującą pod rękę z Cierpieniem
Świętość otrzymuje dar, dar dotyku istoty Miłości
Dotykając, obdarowuje towarzyszy życia tą miłością
Własnymi rękami, sercem, słowami pielęgnuje ich
Niesie odrzuconych, cierpiących, jak samego Jezusa
Bóg widzi też ten czas, gdy świętość cierpi i płacze
I błaga na kolanach o odwagę
Wtedy Bóg posyła Syna – Szymonem jest dla świętości.
1-szy maj. Święto Józefa Rzemieślnika. Pragnę w to święto szczególnie uczcić św. Józefa, ale proszę też Go o otrzymanie łaski płynącej z Eucharystii. O takie „przylgnięcie" do Jezusa Eucharystycznego, aby przyjęcie Go do duszy stawało się wielkim świętem … Ujrzałam w sercu owalną figurę, podobną do promieni otaczających M.B. z Guadelupe. To twoja dusza, usłyszałam, do której przychodzi Jezus. Wewnątrz tej figury wypełnionej bielą, w jej środku wystawały czarne, ostre kolce, bardzo twarde. Były różnej długości i wielkości. To nasze grzechy, zaniedbania, stare i nowe, myśli nieprzychylne, nawet drobne złośliwości. Największy ostry kolec jest u ludzi, którzy uważają się za bezgrzesznych. Każda zła myśl, każdy grzech, wyrasta kolcem w duszy. Stając przed Jezusem Eucharystycznym, przyjmujemy komunię … Ja, ty i Jezus … Aby dotrzeć do naszego serca, Jezus kaleczy się o kolce duszy skażonej grzechem. Czasem dociera cały zakrwawiony, bolesny. Jezu, pomyślałam, jak bezcenna, jak istotna jest modlitwa przebłagalna przed każdym przyjęciem Ciebie w komunii. Jak ważna i cenna jest częsta spowiedź, byśmy nawet drobne kolce rozpoznawali, byśmy nie obrośli w przekonanie o własnej bezgrzeszności. By przyjmując Jezusa do serca mieli świadomość Jego bolesnego przenikania do nas. I abyśmy nie przyjmowali Jezusa w komunii bezmyślnie, ale zawsze błagali Go o przebaczenie za kolce przez które musi dotrzeć do naszego serca.
Skrucha
To nie hymn żałobny
Wyśpiewany nad grzechem
Hymn, który grzech zawija w całun
I grzebie w niepamięci …
Skrucha, to łaska dana sercu, z nieba
Poznania istoty grzechu, zabójcy duszy
Łaska skruchy, pozwala rozbić skałę grzechu
Na drobne kawałki, ale one też ranią …
Skrucha drzemie w człowieku, w kołysce pamięci
Nawet po świętej spowiedzi, łzami przypomina
Jak raniący duszę i Boga, jest grzech
Skrucha boli, każe myśleć, modlić się …
Gdy brzegiem rzeki życia idziemy, w pokoju serca
Skrucha odpoczywa, radością serca czystego
Budzi się jak rana, z której zdarto opatrunek
Gdy grzech napiera …
Człowiek obdarowany łaską szczerej skruchy
Ran Jezusa nie pragnie rozdrapywać, swymi grzechami
A jeśli własny grzech dostrzeże
Skrucha, da mu łzy pokuty i nawrócenia
Bogactwem skruchy jest ból i radość
Rozpacz i nadzieja, walka i pragnienie zwycięstwa
Skrucha nigdy nie opuszcza wzroku ku mętnym wodom
Oczy jej, ku Bogu zawsze zwrócone, ku swemu darczyńcy.
Sen na jeziorze
Klęczę przed Tobą Jezu, w adoracji
Z całym bagażem mych niepokojów
Wyliczam Ci moje lęki i grzechy
Z ciała płynące
Ofiarowuję małe poświęcenia
Kładę przed Tobą me słabości
I małe zwycięstwa
Byś wziął je Panie, w swoje ręce
Bo tylko Tobie ufam
Klęczę przed Tobą, Jezu
Pragnąc słów pociechy
Podczas burzy mej duszy
Na Jeziorze Galilejskim mego życia
A Ty, ciszą mi odpowiadasz swego snu
Jak w łodzi z apostołami
Zagłębiam się w ciszę Twego snu
I uspakajam mój niepokój
Z uwielbieniem patrzę na Boga-Człowieka
Na Jego Święte milczenie
Podczas wszystkich burz świata
Na milczenie, przygotowujące Go do Męki
Zbawczej Męki na krzyżu
Gdy Jego milczenie wypełni
Ofiara krwi, potu i bólu
Za wszystkie grzechy świata.
Przed codzienną mszą świętą mam 15 minut na adorację Jezusa i dziesiątek różańca. Kocham ten czas „spotkania” porannego. Raptem w moim sercu ktoś zadaje pytanie: czy wiesz dlaczego tak ważny jest różaniec, dlaczego Matka Boża, w każdym pojawieniu się na świecie – mówi … odmawiajcie różaniec … Zaczynam się zastanawiać … a pomoc przychodzi … Widzę obraz Matki Bożej podążającej za Jezusem w Jego Drodze Krzyżowej. Widzę jak się pochyla … i zbiera w białe płótno Jego krew, nie omija żadnej kropli … Płótno jest ciągle białe … choć wewnątrz jest krew Pana. To z tych kropli krwi, słyszę w sercu, powstały perełki różańca. Matka Boża nawlekała je na nić swej miłości i podarowała … ludziom. Bardzo przeżyłam ten obraz. I choć od lat odmawiam różaniec, bardziej lub mniej „serdecznie”, od tej chwili, dotykając perełki różańca, „czuję”, że różaniec jest żywy, żywy krwią Chrystusa, a każde „Zdrowaś Maryjo”, „karmi” odmawiającego wielką mocą. Stąd wezwanie Maryi … odmawiajcie różaniec!
Splecione różańce
Tajemnicą Radosną różańca
Otaczam się jak wieńcem róż
Zdrowaś Maryjo, rozmową się staje
Dziecka z Matką
Łagodne słowa Matki do zadumy wiodą
Prośby moje, na różańcu Jej życia składam
Dwa różańce życia: Matki i dziecka
Splatają się w miłosnej modlitwie
Na różańcu życia Maryi – Zwiastowanie
I Jej ufne, piękne, fiat
Na moim, dziesięć perełek kolorowych i szarych
To znaki czasu wahań, odejść, powrotów
Są też perełki bezbarwne, obojętnością tchnące
Ile lat minęło, ilu ludzi dotknęło mojego serca?
Bym wyczuła pod palcami … perełkę miłości
Gorącą od spojrzenia Matki, wołającą o moje fiat
Płynie różaniec życia Maryi w Tajemnicy Nawiedzenia
Ożywczy strumień Ducha Świętego prowadzi Ją
Do Elżbiety, Zachariasza
Splatają się różańce życia Maryi i Elżbiety
Jezus i Jan stają się wielkim darem Boga dla świata
Ile, na moim różańcu życia, znaków bożej obecności?
Ile, płonących miłością, paciorków do Boga?
Ile, spotkań z bliźnimi, w modlitwie wdzięczności?
Tajemnica Narodzin, uboga grota, brak ozdób
Tylko zapatrzenie Maryi, Józefa, aniołów i pasterzy
Zapatrzenie nad … cichym cudem
Cudem, który rozpoznaje tylko kochające serce
Nie oczy, lubiące blask, oślepienie
Nie uszy, oczekujące gwaru, fanfar
Tym cichym cudem, cichą kołysanką Maryi
Dotknęłam różaniec mojego życia, by stał się modlitwą serca
Tajemnica Ofiarowania, tajemnica oczu Anny i Symeona
Tylko oni widzą Jezusa – Boga na rękach ubogiej rodziny
Oczy innych w świątyni, nie rozeznają cudu
Cudu, który zaistniał w ich życiu
Symeon obwieszcza Maryi cierpienie
Trzymam mój różaniec życia, szukam na nim …
Perełek, które ofiarowałam w cierpieniu, bólu
Szukam perełek ofiarowania Bogu mego życia
Tajemnica Zagubienia, Odnalezienia Jezusa
Maryja, Józef szukają Syna, a On w świątyni naucza
Dotykam różańca mego życia i rozważam tę tajemnicę
Czy nie jestem zbyt pyszna w swojej wierze?
Czy nie jestem zbyt pewna w swej miłości do Ciebie, Jezu?
Czy nie „gubię się” w zbyt wielu modlitwach?
Słyszę wtedy szept Jezusa … wróć, dziecko do Mnie
I odszukaj Mnie w świątyni swego serca, tam czekam na ciebie.
Różaniec bolesny
Ogrójec. Gaj oliwny za dnia, tryska ożywczą zielenią
Nocą, gaj wypełnia cierpienie Jezusa
I Jego błagalne słowa: czuwajcie ze mną …
Sen apostołów jest tak głęboki, że topią się w nim słowa Pana
Za chwilę zjawi się Judasz … on nie śpi
Ile razy utopiłam Twoje słowa, Jezu, w mojej obojętności?
Jak często bałam się stanąć obok Ciebie, cierpiącego?
Biczowanie. Bicze wyżłobiły na Twym ciele, Jezu, krwawe rany
W Twoich ranach, jak osy w gniazdach
Są nasze grzechy dotykające Twoje ciało
Jesteś jak ul pochłaniający zło świata
Twoje ciało cierpiące zbawia ludzi
Ile ja, żądeł grzechu wbiłam w Twą ranę, Panie
Kiedy świadomie zamykałam oczy na Twe cierpienie?
Ukoronowanie cierniami. Oprawcy myślą, zraniliśmy ciało
A On nie błaga, On się modli …
Wbijemy Mu ciernie w głowę, może ustanie modlitwa …
Może moc modlitwy ustanie?
A On poprosi o litość?
Przepraszam, Jezu, za moje ciernie zwątpienia w Ciebie
Przepraszam za porzucone modlitwy
Krzyż na ramionach Jezusa. Twój świat, Jezu, karał Cię krzyżem, drzewem hańby
Karał fizycznie, poniżeniem, bólem
A Ty, Jezu, ubrałeś krzyż w szatę zwycięskiej Miłości
Ta niewidoczna dla oprawców szata Miłości
Była utkana z czynów posłuszeństwa woli Ojca, czynów jak białe lilie
Okryła krzyż hańby, pokonała okrucieństwo grzechu
Kto chce pójść za Mną, powiedziałeś … niech weźmie krzyż swój …
Śmierć Jezusa na krzyżu. Wbito krzyż z Jezusem w Golgotę
Zadrżała ziemia przeszyta drzewcem krzyża
Przeszyta bożą Miłością … zraniona bólem tej Miłości
Jeszcze żołnierz przebija bok Jezusa, Jego serce
Jakby chciał … zabić tę Miłość, odebrać Jej życie
Ale już, z tej rany, wypływa źródło łask
Napełnia konwie życia pokoleń, żywą wodą … dla zbawienia grzeszników.
Tajemnice chwalebne
Zmartwychwstanie. Poranek budzi dźwięki, światło, zapachy
Budzi czystość, promieniującą … nadzieją
Nadzieją na piękną pieśń, hymn zwycięstwa dobra
Kamień grobu odsunięty, Magdalena nie poznaje Pana
Jej oczy, jak nasze, nie od razu poznają cud Zmartwychwstania
Ten cudowny dar Boga, dar świętego poranka
Rodzący duszę dla wieczności
Wniebowstąpienie. Idę przygotować dla was mieszkanie, mówi Pan
Głowy apostołów uniesione ku niebu, niespokojne serca, lęk samotności
Ciągle trwa świat niewierzących w Zmartwychwstanie
Niewierzących w Zbawiciela
Szukają bóstw ziemskich, jakby bali się wieczności
Módlmy się za tych, którzy bóstwem czynią ciało
Którzy nie proszą Jezusa, o mieszkanie dla swej duszy
Zesłanie Ducha Świętego. Nie zostawię was sierotami, przyślę Ducha Pocieszyciela
Tak mówi Ten, którego ludzie przybili do krzyża
Tak mówi Miłość, która … nie unosi się gniewem
Nie pamięta złego, nie szuka swego …
Miłość, która nigdy nie opuszcza
Ale także Ona błaga, na ołtarzach całego świata
Nie opuszczajcie Mnie, niech nie stanę się … sierotą!
Wniebowzięcie. Aniołowie otworzyli okna nieba, św. Piotr ukląkł przy bramie
Maryja, z duszą i ciałem, uniesiona do Nieba
Nie wiemy, jaka to była radość
Czasem echo tej radości, pieśnią brzmi w naszych sercach
Gdy na kolanach wielbimy Matkę Pięknej Miłości
Gdy całujemy jej posągi, obrazy, przesyłamy modlitwy
Gdy błagamy, gdy prosimy … a Ona, Matka, czyni cuda w naszym życiu
Maryja, Królowa Nieba i Ziemi. uwielbiona przez aniołów, Niepokalana
Ale wzrok Twój, Maryjo, nadal ku ziemi zwrócony
Objawiasz się, prosisz, przestrzegasz
Nawet płaczesz, jak ziemska matka, zraniona bólem
Niewdzięcznością i grzesznością swych dzieci
Z łez Twoich i kropli krwi Jezusa, tworzysz święty dar – różaniec
Wiążesz nim niebo i ziemię, Swoje serce z sercami ziemskich dzieci
By serca nasze z Twoim, Maryjo
Spotkały się w radości Nieba.
Przez ostatnie lata mojego pielgrzymowania (w Polsce i zagranicą) oddaję każdą pielgrzymkę w … intencjach Matki Bożej. Poświęcam też Maryi msze święte w Jej intencjach wierząc, że potęga mądrości i miłosierdzie Maryi przenika życie każdego. Czasem podczas mszy „widzę” w sercu sylwetkę Matki Bożej z ozdobnym koszykiem, który zanosi na ołtarz. Koszyk jest ozdobiony kolorowymi kwiatami. Czasem ktoś (może jakiś święty) „pomaga” Jej nieść dziwne, srebrne paczki. Gdy byłam na pielgrzymce w Dukli (Sanktuarium św. Jana z Dukli), również prosiłam Maryję, by msza poświęcona była w Jej intencjach. Przecież Maryję Jezus zawsze wysłucha. Poprosiłam „w sercu” by św. Jan z Dukli pomógł Maryi przynieść kosze z Jej intencjami. Matka Święta jak zawsze ustawiła „kosz intencji”, a zza ołtarza wyłonił się człowiek w habicie franciszkańskim. Ciągnął za sobą duży, wiejski worek … Co on robi? Spytałam się w sercu. W tym worku są też intencje ludzi, grzeszników, którzy ciągle popełniają te same grzechy. Chcą od nich odejść, ale są zbyt słabi. Sama „scena”, która rozgrywała się gdzieś wewnątrz mego serca, trochę mnie rozśmieszyła. Przecież święci to też ludzie z poczuciem humoru.
Wędrowiec … czy pielgrzym?
Kiedy niezwykłe światło nas dotknie
Darem się stając nieoczekiwanym
A życie świąteczny przybierze blask
W samym środku szarej codzienności
Pragniemy poznać źródło tego światła
Pełni miłości szukamy Jezusa w Eucharystii
Czytamy słowa Pisma Świętego
Rozpoczynamy pielgrzymowanie do miejsc świętych …
Odwiedzamy katedry, sanktuaria
Podziwiamy ludzki geniusz, stwarzający piękno
W jeden dzień chłoniemy cuda ludzkiej pracy
Powstające przez wieki, w mozole mistycznej zadumy
Oglądaczami się stajemy, pełni wrażeń
A święci z tych miejsc, ukryci w relikwiarzach
Spoza krat popatrują, otoczeni hałasem ludzkich głosów
Modlitwa do nich szybka, motylem wyfruwa …
Mijają dni wędrówek po miejscach świętych
Aparat puchnie od zdjęć
Serce, dusza, głodne są dłuższej modlitwy
Mieliśmy do Ciebie, Święta Rito, tyle spraw i do Ciebie, Katarzyno
Chcieliśmy z Tobą porozmawiać, Franciszku, Klaro
Mateńko Najświętsza, czasu nie było, by Ci podziękować
Tyle piękna wokoło karmi oczy
Może gdy tu znowu wrócimy?
Anioła Stróża przywołuję i pytam:
Dlaczego nie słyszę pieśni w duszy mojej?
Anioł skrzydła, jak wachlarze rozłożył
Na jednym napis: wędrowiec, na drugim, pielgrzym
Bryłę białego marmuru przede mną postawił
Jakbym Michałem Aniołem była, rzeźbiarzem piękna
Wędrowiec, powiedział, podziwia kształt, krąży wokół kamienia
Pielgrzym, dłutem modlitwy swej duszy kruszy kamień
Szuka piękna, tworzy drogę do Boga
Być pielgrzymem … to trud duszy i serca
Być wędrowcem … to trud ciała i zmysłów
A ty kim jesteś? – spytał anioł.
Święte znaki
Jesteś Jezu, w komunii świętej
Światłem niezliczonych słońc
Ale dla tych, którzy Cię przyjmują
Małym, świetlistym promykiem
By nie oślepli od Twej chwały
Mocą Jesteś Panie, płynącą z wieczności
Mocą Stworzyciela świata, niewyobrażalną
Ale dla tych, którzy Cię w komunii przyjmują
Dzieciątkiem Jesteś maleńkim
By Cię mogli wziąć, w spragnione ramiona
Ogniem Jesteś, Jezu, spalającym, potężnym
Ogniem mogącym ogrzać cały wszechświat
Ale dla tych, którzy Cię w komunii przyjmują
Płomykiem świecy Jesteś, zapalonym w ciemności
Dla duszy, spragnionej światła prawdy
Mękę przyjąłeś na krzyżu, Jezu
Spalającą bólem całe Twe ciało
By ci, którzy przyjmują Cię w komunii świętej
Nadzieję zbawienia, z krzyża Twego czerpali
Chronieni, promieniami wody i krwi, z Twego serca
Miłością Jesteś, Jezu, wszechogarniającą
Jak wodospad wylewający niezmierzone wody
Ale człowieka, który staje przed Tobą, w komunii
Dłonią swą jedynie, delikatnie dotykasz
Karmiąc białą hostią
Jakże święta jest wszechmoc Twojej Miłości, Jezu
Gdy w maleńkich, pokornych znakach, zniża się ona
Do serc ludzkich, do ludzkiego życia
W delikatności dotyku hostii, w maleńkim Dziecięciu
W płomieniu, który nie oślepia
W krzyżu, który zbawia.
Wielka i mała świętość
Wielcy święci, są dla mnie, Jezu
Gotyckimi, pięknymi katedrami
Uwielbienie we mnie budzą męczennicy
Ale i niepokój … by patrząc im w oczy
Własnej nie dostrzec nędzy
Swoją duszę widzę, jak kapliczkę małą
Skrytą w lesie życia, gdzie zapach drzew jest kadzidłem
Śpiew ptaków, muzyką kościelną
A modlitwa, radosnym, a czasem bolesnym wołaniem
W kapliczce tej jest obraz ukochany, Maryi Świętej
I posąg Józefa z Dzieciątkiem, wyrzucony przez kogoś na drogę
Na twarzy Dzieciątka pęknięcia widać
Z szaty Józefa, farba ze starości się łuszczy
Moja kapliczka nie jest gotycką pięknością
Bogactwa w niej nie ma, ani obrazów i posągów cennych
Lecz kocham ten obraz Maryi Świętej i posąg Józefa, znaleziony
Rozmawiam z nimi, pytam: jak zostać świętym?
Gdy zatopiona w mojej kapliczce-duszy
Wołam do Ciebie, Jezu
Ze swej maleńkości samotnej
Głos słyszę, pełen miłości, taki bliski, ojcowski:
Świętość … gotycką może być pięknością
Męczeństwem krzyża, bolesną cnotą
A czasem, kwiatem maleńkim, ukrytym przed ludźmi
Tajemniczym pączkiem oczekującym na promienie Mojego Miłosierdzia
By rozkwitnąć kwiatem świętości.
Łzy, uśmiech i śpiew
Anioła Stróża prosiłam
Gdy smutek mnie ogarnął dziwny
By Mateńkę Bożą o łzę jedną poprosił
Niech ta łza … smutek rozpuści
A Anioł Stróż skrzydłami oblicze zakrył
I milczał
Prosiłam Anioła Stróża
By o uśmiech Maryi, dla mnie poprosił
Abym radością się napełniła
Iż modlitw moich słucha
Anioł Stróż jedno skrzydło uchylił, popatrzył
I milczał
Anioła Stróża prosiłam
Bym śpiew Maryi mogła usłyszeć
Gdy psalmy z Archaniołami Bogu śpiewa
Dźwiękami niebios chciałam serce napełnić
Anioł Stróż skrzydła wyprostował
Milczenie przerwał, mówiąc:
Wiele łez już od Mateńki otrzymałaś
Niejedna spłynęła po tobie niezauważona
Uśmiechów ci Maryja nie szczędziła
Szczególnie, gdy w pokorze różaniec mówiłaś
Pieśni Maryi cię często usypiały
Gdy troski jak osy, sen zabijały
Pocieszała cię Maryja, płakała nad tobą, śpiewała
Teraz ty:
Poślij łzę swoją Maryi, gdy cierpi przez liczne grzechy
Uśmiech Jej poślij, niech Ją ozdobi
Jak suknia najpiękniejsza
Pieśń zaśpiewaj …
O swojej miłości do Niej
By rany na Jej twarzy … nie krwawiły.
Zastanawiałam się, dlaczego Panie Jezu z taką nienawiścią potraktowali Ciebie ludzie? Skąd w nich było tyle okrucieństwa? Przecież znali Twoje cuda uzdrowienia, Twoje słowa miłości. Wiem, że taka była boża wola abyś umarł Jezu na krzyżu. Ale ja próbowałam poszukać „istoty” tej ludzkiej nienawiści do Ciebie. Miałam wrażenie, że ktoś mi podpowiada odpowiedź. Oczy Jezusa są jak wielkie lustra, w których odbija się – grzeszność, prawda o ludzkiej brutalności, ukrytej złości. Człowiek „widzi” się w oczach Jezusa w prawdzie. Tak widzieli się Jego rodacy, faryzeusze. Dlatego myśleli, iż zabijając Jezusa, rozbijają Jego oczy – lustra Prawdy o sobie. Nie widzieli w oczach Pana, Jego Miłości. Pycha ich grzechu, kazała … zabić Pana.
Rana i Miłość
Ukaż mi, Aniele Stróżu i Wy, Wszyscy Święci
Miłość, która nie lęka się Chrystusowych ran
Nie ucieka bojaźliwie przed cierpieniem
Nie jest emocją, słowem, uczuciem przemijającym
Miłość, która zanurzona w krwi Jezusa
Rodzi się … święta
Obraz widzę rany Serca Jezusa
Krew w ranie żywa, gorąca, pulsująca
Jak wulkan wybuchający
Jak krzak gorejący
Przed Sercem Jezusa, ludzie
Wpatrzeni, zachwyceni tym cudem
Karmią się samym widokiem i odchodzą
Nasycili wzrok, głodne zostawili swoje serce
Są i inni, Twoi Święci, Panie
Ślepi na niebezpieczeństwo spalenia
Wkraczają w ogień Miłości, ranę Serca Jezusa
Dotknięci tą Miłością, uśmiechają się …
Jakby tajemnicę odkryli
Tak wygląda Miłość – słyszę głos mego Anioła
Miłość ma ludzką twarz, ciało
Współczesnego Szymona, żyjącej obok Weroniki
Ma pomocne ręce, nogi pielgrzymujące do chorych
Uszy, które słyszą bolesne skargi bliźnich
Miłość ma ludzką twarz, ale Oblicze Jezusa
Ukazałeś mi, Aniele Boży i Wy, Wszyscy Święci – Miłość
Która zanurzona w Męce Chrystusa, w Jego Sercu
Rodzi się … święta.
Błogosławiona cisza
Klękam przed Tobą, Jezu, adoruję Cię
Ręce opuszczam, skrzydłami się wydają
Ptaka zmęczonego lotem
Kolana zginam
Aby stopy nie były ciekawe nowych dróg
Zamykam usta dla słów, oczy dla obrazów
Dla szumu świata
Szukam, błagając Ciebie, Jezu
W przestrzeni Twej Świętej Hostii
O święty dar ciszy
Ona jest jak pulsujące źródełko
Rozlewa się ciepłym strumieniem
Po sercu, umyśle, duszy
Leczy rany ciała, by nie zaraziły się …
Obojętnością, niemocą, nienawiścią
W tym strumieniu ciszy
Szukam białych pereł słów Boga
Słów Prawdy, Miłości
Szukam Oblicza Twego, Panie
Chustę widzę, Weroniki, Oblicze Twoje z Manoppello …
Są chwile za zasłoną ciszy, gdy widzę Cię w Ogrójcu
Odsuwam w myśli zasłonę
Siadam obok Ciebie, samotny jesteś w bólu
Opuszczony przez śpiących apostołów
Tamtych … ale często i obecnych
I słyszę Twój głos:
Nie boisz się Moich łez, krwawego potu?
Cisza … pochłania moją odpowiedź
Sama jej nie słyszę …
Tylko łzy gorące płyną po mojej twarzy.
Perły i chwasty
Bogaty jest człowiek
Który łzami goryczy swego życia
Chwastów ziemi nie podlewa
By niepokojem nie wzrastały bujnie
On w sercu gromadzi łzy goryczy
W perły zamienia różańcowej modlitwy
U stóp Maryi składa jak dar szlachetny
By różami zakwitły Jej łaski
Uśmiechem zwycięstwa miłości
Biedakiem jest ten, który choć żyje w dostatku
Serce ma z gliny, łatwo pękające
Przez szczeliny pęknięć, sączy się jego gorycz
Na serca, wokół niego żyjące
Chwasty niepokoju, karmione jego egoizmem
Wzrastają bujnie, zatruwając otoczenie
Aż pośród chwastów goryczy
Ginie jego radość
Umiera miłość
Dziwne jest serce człowieka
Gdy po dary tego świata sięga
Jeden, nawet gorycz łez, w perły zwycięstwa zamienia
Innego, dar bogactwa, kaleczy
Jedni, trudne dary pomnażają
Inni, jak niewolnicy, strzegą swych bogactw
Zatracając się na polu chwastów
O, Święta Matko, weź jedną perłę biedaka
I daruj ją bogatemu, niech różą zakwitnie …
Wśród chwastów i serce jego przemieni.
Podczas mszy świętej (Uroczystość Trójcy Świętej), oczom moim (a może raczej „oczom duszy”) ukazał się piękny obraz. Podczas Modlitwy Eucharystycznej, kiedy kapłan podnosi świętą hostię i kielich, ujrzałam białą gołębicę nad głową kapłana. Podczas uniesienia hostii i kielicha, gołębica zniżyła się i „objęła” sylwetkę kapłana tak, że jego ręce stały się Jej skrzydłami. Kapłan jak gdyby „utonął” w Jej objęciach. Został całkiem otulony przez Nią. Odczułam ogromne ciepło Miłości w tym akcie, trudne do opisania słowami. Przenikało, dawało radość. Przypominało o cudzie, który dzieje się na ołtarzu.
Uczta
Czy wiesz, że jest taka uczta
Bogata w nieznane smaki, obfita
Obsypująca darami
Uczta, jak dla królewskich dzieci
Na niej miłość wypełnia złote kielichy
I wylewa się ożywczym winem, chlebem pachnącym
Stoły ozdabia biel obrusów
Haftowanych wzorami
Jakby sami aniołowie hafty te wymyślili
Uczta, na której słyszysz śmiech swej duszy
Ale i jęk bólu
Radość i płacz
Ta uczta to … Msza Święta
Kiedy komunię z rąk kapłana przyjmujesz
Bramą jest, otwierającą twe zamknięte serce
I jak gołębica delikatna, mądra i czuła
Szuka w tobie ran niezagojonych
Przez życie i nas samych uczynionych
Komunia leczy te rany, rozjaśnia ciemności duszy
Kielichem z winem miłości, oblewa je obficie
Blizny dawne, często już zapomniane
Okrywa, by nie wracały bolesne wspomnienia
To nie jest uczta, na której jedna tylko brzmi pieśń
To Uczta Wielkiego Milczenia, takiej ciszy
Byś mógł usłyszeć pieśń, tylko dla ciebie wyśpiewaną
Pieśń, rodzącej się w tobie, miłości do Boga.
Ikona pisana życiem
Wpatrywałam się w Ciebie, Jezu
Na obrazach i rzeźbach
Szeptałam modlitwy, często milczałam
Ożywić pragnęłam, każdy Twój wizerunek
I jak naiwne dziecko, wierzyłam
Że się kiedyś poruszysz …
Był taki dzień, Święto Siostry Faustyny
W adorującej ciszy zatopiona
Głos usłyszałam przyjazny:
Życiem swoim maluj Pana
Dłutem rzeźb, twarz Jego
Zanurzonym w skarbnicy Jego słów
I pamiętaj, piękno obrazu Jezusa, nie w talencie artysty
Ale, w sile miłości i ufności twórcy
Tworzę więc ikonę, z pragnienia tęsknoty serca
Na tkaninie, z iskierek natchnień, utkanej
Bezsenną noc, karmię modlitwą różańcową
Mękę Pana rozważam, Jego ból w moją ikonę wtapiam
Weronikę proszę o świętą chustę, może ją użyczy?
Szaty Jezusa maluję kolorami piękna pór roku
A skruchą i pokutą, ocieram Jego twarz poniżoną
Dla mej ikony, poszukuję Prawdy i Miłości, w Eucharystii
W modlitwie, proszę Anioła Stróża o rady
Szepcze On krótko: maluj życie pędzlem Świętości
Tak bardzo pragnę napisać Twoją ikonę, Jezu
Dla serca mego spragnionego, ożywienia Ciebie
Tak, bym patrząc w Twoje usta, słyszała Ciebie
Patrząc w Twoje oczy, rozpoznała Twoją wolę
A poprzez Twój uśmiech, łzy i ból
Mogła poznać błogosławieństwa i prośby Twoje.
Spojrzenie
Adoracyjne uwielbienie
Ozdabia … cisza
I choć szum zewnętrznego świata
Wdziera się w nasze uszy
Serce jak panna młoda
Klęka na ołtarzu przed Jezusem
Poddaje się przedziwnej tajemnicy spotkania
Ulega, świętej chwili
Chwili spojrzenia Jezusa na nas
W adoracyjnym uwielbieniu zatopieni
Zadajemy Panu pytania, modlimy się o łaski
Czasem mówimy o bolesnych zranieniach
A czasem po prostu ulegamy ciszy
Ona kołysze naszą duszę
Anielskimi pieśniami, unosi ku złotej monstrancji
Spotkanie człowieka z Bogiem
W akcie adoracyjnego uwielbienia
Nie wymaga słów …
To delikatny powiew Ducha Świętego
Łączy nas z Panem, na fali miłości
I choćby wątpliwości przenikały twoje serce
Iż Jezusa nie widzisz, nie słyszysz …
On, Niewidzialny, mówi … do twojej niewidzialnej duszy
Niewidzialne rozmawia … z niewidzialnym
W świętej ciszy, stworzonej z iskierek bożej miłości
Iskierek, które rozpalają w naszej duszy gasnące płomienie nadziei
Spojrzenie Miłosiernego Jezusa czeka …
Na nasze słowa: Jezu, ufam Tobie.
W dniu imienin Św. Maryi (12.09) otrzymałam podczas medytacji po mszy św. - przesłanie dotyczące ludzkiego życia. Słyszałam jakby „ktoś” tłumaczył mi, co jest istotą i co powinniśmy doceniać w życiu, a o czym zapominamy: „Cieszyć się powinniście, gdy życie wasze płynie w łagodnej codzienności, jesteście zdrowi, nie głodni, macie spokojny sen … To łaska, wielka łaska. Trzeba za nią dziękować, a nie narzekać na nudę i snuć dziwne marzenia. Pragnąć „fajerwerków” i intensywnych przeżyć. Są ludzie, którym życie „gotuje” takie „fajerwerki” – aktorzy, ludzie sławni. I jak w końcu okazuje się trudne ich życie … narkotyki, alkohol, walka o młodość. W ich życiu nie było nudy … Nie było też pokory. Ludzie, których dotknął ból, cierpienie, choroba – błagają Boga … o życie w spokoju, o radość codziennego dnia. Zwykłe, proste dni … Może warto rozważać i docenić wartość codzienności, codzienności pobłogosławionej przez Boga spokojem, radością chwili. I niech pokora króluje w naszym życiu, a nie złudne marzenia.
Refleksje po pielgrzymce do Gietrzwałdu, Świętej Lipki i Stoczka Klasztornego.
Święte Macierzyństwo
Gdy klęczałam przed Tobą, Matko Święta
Spokój otrzymałam w darze
Jakby drzwi, do domu rodzinnego się otworzyły
Przedziwnego domu, bez murów, mebli
Domu utkanego z kolorów dobra i miłości
Z modlitwy i tęsknoty
Za Świętym Macierzyństwem Maryi …
W Jej Macierzyństwie zatopiłam
Smutek, którym zaraził mnie świat
Otworzyłam serce na Jej spojrzenie pełne słodyczy
Na dar uleczenia bólu i niepokoju
Obok mnie, staruszka gorliwie się modląca
I mężczyzna, który wstydliwie ociera łzy
Ludzie spragnieni … Świętego Macierzyństwa
W medytacji zatopiona, proszę ciszę
By tajemnicę Macierzyństwa, Maryja mi ukazała
I widzę Ją, bolesną, pod krzyżem Syna
Jak matkę płaczącą przy łóżku chorego dziecka
Widzę jak Jezusa trzyma na kolanach
Jak matka rozpaczająca nad zmarłym dzieckiem
Widzę Jej łzy, gdy prosi …
Otrzyjcie Moje łzy, nie rańcie Mego dziecka
Rodzicami jesteście, matkami jak Ja
Przyszliście po dary, pod Mój obraz
Nie szczędzę wam darów niebieskich
Dajcie Mi dary dobroci i miłości, z waszego życia
Nie jestem więźniem w złotych ramach obrazu
Matką jestem, żywą, obecną w waszym życiu
Tajemnicę Mojego Macierzyństwa
Odkrywam przed każdą matką, ojcem
Znam wasze bóle, dotykam je, leczę
Swoją miłością, modlitwą
I tak bardzo pragnę
Uświęcić wasze macierzyństwo, kochane dzieci
Swoim, Niepokalanym Macierzyństwem.
Święte ubóstwo Betlejem
Zagubiłabym się w świątecznej karuzeli
Ludzkich głosów i bieganiny
Pomiędzy bigosem, pierogami i choinką
Gdyby nie msze roratnie
Ciemne ranki, zapach świec, pieśni
I ta błogosławiona samotność ciszy
Która uświęca myśli
O Dobry Jezu, Dzieciątko najuboższe
Twój żłóbek, bez kolorowych światełek
Bez obfitych pokarmów, stół Świętej Rodziny
Miłość Maryi i Józefa oświetla blaskiem Twój żłóbek
Blaskiem mieniącym się kolorami tęczy
Próbujesz chwytać te kolory, są jak ulatujące motyle
Kołysanka Matki Cię usypia, pieśni pasterzy budzą Twą wesołość
O błogosławione Narodziny Jezusa, o święte ubóstwo Betlejem
Przez ten obraz, Bóg woła do nas: przyjdźcie ubodzy, głodni
Nie lękajcie się, Bóg nie przeraża bogactwem …
Maryja nakarmi chlebem miłości …
Nie bójcie się podejść, nie potkniecie się o obfitość stołu, bogactwo prezentów
Szukajcie Dzieciątka w swych sercach, często samotnych, cierpiących
Szukajcie … byście w przedświątecznej bieganinie …
Nie stali się tylko … kolejną, kolorową bombką na choince.
Idę do Ciebie, Matko Święta
Jeszcze mrok okrywa senne ulice
Tylko nieliczne ptaki próbują swych głosów
Ciemność odejść nie chce, grzechem lenistwa, kusi
Ale wierni już do kościołów wędrują
By z Maryją czuwać, na czas narodzin Jezusa
W ten zimowy, piękny okres Adwentu
Czeka Maryja w ciemnym kościele
Maryja Tęskniąca, bez Dzieciątka w ramionach
Maryja Rozważająca, kto Jej Dzieciątko pokocha
Maryja Bolesna, zapłakana
Bo w oczach Jej, ludzie, którzy zabiją Jej Syna
Przysiada obok wiernych, zapala światło wiary
W duszach spragnionych nadziei i miłości
Młodym matkom odwagi życiowej dodaje
Starszym, które już poznały brzemię macierzyństwa
Na ratunek posyła, błogosławieństwo modlitwy swojej
Współ-Odkupicielką, stałaś się Maryjo, dla ludzi
Światło zapaliłaś, gdy Archanioł Gabriel, fiat Twój oddał niebu
I choć tytułów nadano Ci wiele
Dla mnie zawsze Jesteś, Matką Nieustającej Miłości
Bo gdy Cię wzywam: Zdrowaś Maryjo – Jesteś przy mnie
Bronisz przed rozpaczą, gdy wołam: Pod Twoją Obronę …
Medytowałam pewnego dnia nad istotą modlitwy, szczególnie modlitwy za innych ludzi. Zamknęłam oczy, szukając wewnętrznego pokoju. W sercu ujrzałam nieco śmieszny, ale jakże, po dłuższym zastanowieniu, głęboki w swojej wymowie, obraz. Małe okienko, takie, przez które wydaje się w barach potrawy, a w tym okienku była wyciągnięta dłoń … Usłyszałam w sercu: modlitwa – to pokarm dawany tym, za których się modlisz … Pamiętaj, modlitwa karmi fizycznie i duchowo. Twoja modlitwa i każdego modlącego się w jakiejś intencji – to pokarm. Bądź więc jadłodajnią modlitwy, dla ubogich. Jadłodajnią, a nie restauracją. Jadłodajnią, bo w niej daje się pokarm … za darmo.
Krzyk życia
Krzyk narodzin nowego życia
Rozrywa zasłonę powietrza
Kołyszącą się leniwie
W rytmie czasu przemijania
Rozrywa, dźwiękami przywołującymi
Miłość …
O której, niewiele jeszcze wie
Jeszcze trwa krzyk, ta dziecięca mowa
A już czas życia porzuca swój leniwy rytm i przyspiesza
Mowy rodziców uczy się dziecko, słów porozumienia
Jakby krzyk był przedziwną tajemnicą …
Jakby emocje krzyku budziły utajony lęk
I nowe życie otrzymuje słowa, wiele słów
Ale krzyk, choć uśpiony, trwa …
Jest jak mistyczny ptak, nie odfruwa
Czar słów poezji nie zachwyca go
Pamięta ból narodzin, szuka prawdy
Prawdy, która nakarmi „mistycznego ptaka”
Przemieni krzyk, oswoi go … miłością
Na jego ból – da mu modlitwę świętą
Spływającą perełkami różańca jak krople leku
Na wszelki ból, strach, niezrozumienie
Na ten ludzki krzyk życia.
Biblioteka dusz
Może to była tylko senna chwila
A może przez moment znalazłam się
Pomiędzy ziemią a niebem
W przedpokoju domu, dusz czyśćcowych?
Chciałam zapomnieć o tej chwili
Ale mocno tkwiła w pamięci
Rodząc ciągle na nowo wspomnienie, tamtego obrazu
W bibliotece dusz jesteś, mówił mi ciepły głos
Wszystko wokół mnie żyło kolorami świateł
Światło pulsowało, przenikało, dotykało mnie
Półki ze świetlnymi książkami poruszały się …
Gdy sięgałam po takie „przedziwne dzieło”
Moja ręka wnikała w nie …
Słyszałam śmiech, płacz, czasem jęk bólu
To nie martwy papier, usłyszałam, to życie …
Życie, które jeszcze nie dopisało zakończenia swej „książki”
Życie, które brało tylko ze świata śmiech, miłość, radość
Aż nić tego życia urwała się …
Przeminął czas na poznanie mądrości krzyża
W tej bibliotece dusz, mówił miły głos, życie czeka …
Czeka na twoją modlitwę, na dopisanie zakończenia
Na łaskę ofiarowania własnego krzyża
Na twą miłość, która połączy zerwaną nić tamtego życia
Z Bożym Miłosierdziem.
Człowiek na krzyżu
Człowieka spotkałam brudnego, żebrzącego
Monetę mu dałam, bardziej z litości
Serce me jednak dziwnie zadrżało
A słowa same, z ust wypłynęły:
Niech krzyż Jezusa cię błogosławi …
Dzień był słoneczny, ja swymi zajęta sprawami
Gdy raptem żebrak głowę uniósł wysoko
I bardziej zawył niż przemówił słowami:
Nie chcę twego błogosławieństwa
I nie chcę krzyża Jego …
Nagle ujrzałam krzyż krzywy
Jakby z drzewa kalekiego zrobiony
A na nim żebrak, jak wąż wił się, zraniony
Sam sobie wbijał gwoździe, sam się kaleczył
I nie był to krzyż Chrystusowy
Głos jakiś w sercu mnie pouczał
Przedziwnie smutny, cierpiący:
Krzyż Mój odrzucił ten człowiek szalony
Sam sobie własny wystrugał
Kaleki, krzyż nienawiści
Jak wielu ludzi, Jezu z Drogi Krzyżowej
Buduje nowe krzyże na ziemi
Puste, bez Ciebie, bez krwi Twej i nadziei
I na tych pustych krzyżach, życie swe zawieszają
Wijąc się na nich w bólu, Ciebie oskarżając
Modlitwę posłałam za żebraka biednego
Do Maryi, za dziecko Jej, upadłe
Pomóż mu, Matko Święta, zejść z krzyża nienawiści
Przyprowadź do krzyża Miłości
Do Krzyża Syna Twego.
Jestem w kościele przed mszą świętą. Jest mi przykro, że media i ludzie fascynują się filmem: Kler. Mam wrażenie, że ludzie „cieszą się”, że świętość może być „zbrukana”, że ludzie kościoła są grzesznikami, że tajemnica zakrystii ujrzała światło dzienne. W tej fascynacji złem, zapomina się o świętych kapłanach … Rozważam to przed Panem Jezusem. Szukam u Niego wsparcia. Mówię, że wielu ludzi odejdzie od kościoła. W sercu słyszę nagle, kilka prostych, ale jakże głębokich (do rozważenia) zdań. Jeśli kamień zła wpadnie do oceanu (tam, gdzie wiara, nadzieja, miłość są mocne) to zatopi się, pochłonie go głębia … czyli wiara, nadzieja, miłość. Ale jeśli wiara, nadzieja, miłość są zwykłą kałużą, wówczas kamień zła wpadając, rozpryska wodę (wiarę, nadzieję, miłość) i zagości w kałuży, siejąc zło w myślach, sercu i duszy. Miej w sobie ocean … a nie kałużę!
Nie szukam …
Ile razy chcę mówić, Jezu
O mojej miłości do Ciebie
Cisza zagnieżdża się w moim ciele
Staje się łagodną falą, wietrzykiem lekkim
Pochłaniającym rodzące się słowa
Cisza ta, jest jak koliber
Spijający nektar z kielicha kwiatu
Jak genialny, boży artysta
Archanioł?
Daje sercu radosne uniesienie z przeżycia piękna
Serce kocha tę twórczą Ciszę
Rozumie ją
Pragnie jej bardziej, niż słów …
Nie szukam już pięknych słów
W archiwum ksiąg o ludzkiej miłości
Adoruję Pana, za światłem podążam
Po niebiesko-czerwonym szlaku, krwi i wody
Ku przebitemu Sercu Jezusa Miłosiernego
Modlitwy szukam ofiarowanej przez Ciszę
Modlitwy wyrzeźbionej w moim sercu
Modlitwy-miłości, której nie zmyje fala
Nie rozwieje wiatr
Modlitwy, której nigdy nie zapomni serce
Choćby usta ją zapomniały
Pięknej modlitwy-ciszy, w której Ty, Jezu przemawiasz
I uczysz … słów Miłości
Bym mogła z Tobą rozmawiać.
Nauczyciel Miłości
Nauczycielem Jesteś Jezu, Miłości
Profesorem w akademii bez sal, bez piór i podręczników
Katedrą Twoją jest krzyż drewniany
Piórem są gwoździe, którymi dłonie Twe przebito
Atramentem jest krew, z ran tryskająca i boku
Kaznodzieją Jesteś wędrownym, szukającym uczniów
Pielgrzymem, często w miejscach Ci wrogich
Słów gorzkich się nie boisz i dróg usianych grzechami
Z odwagą idziesz tam, skąd inni uciekli
Misjonarzem Jesteś … krzyżowej Drogi Miłości
Cicho przystajesz obok chorych, samotnych, odrzuconych
Czułość czują, choć nie widzą osoby
Serce ich dziwnej mocy doznaje, nadziei
A to Nauczyciel wlał w nich, krople swej Miłości
Czyniąc serca zalane łzami, błyszczącymi tęczą kryształami
Nie rozdajesz Jezu, dyplomów z Miłości
Łaską Twej Miłości dotknięty człowiek …
Sam pragnie stać się dla bliźnich, nauczycielem miłości
Wędrującym odważnie do miejsc i serc, skąd inni uciekli …
Pragnie być misjonarzem wiernym i ufnym pomocnikiem Pana
W nauce Prawdy, o Krzyżu Miłości.
Cud Drogi Krzyżowej
Są takie momenty na drodze życia
Gdy przerażona samotność
Jak poraniony, zmęczony ptak
Trafia w ciemną noc
Do Ogrodu Oliwnego, tam, gdzie …
Oparty o skałę, samotny, cierpi Jezus
Samotny, choć obok śpią Jego towarzysze
Ubrana jedynie w bezbronną, własną samotność
Stanęłam przed Tobą, Jezu
W wielkim Milczeniu, patrzyliśmy na siebie
Chciałam być blisko Ciebie
Szukałam momentu Twej samotności
Gdy byłeś sam, bez wiwatujących osób
Bez tłumów pragnących Twej śmierci
Samotność, ukryta w mej duszy
Pragnęła spotkania z Tobą, spojrzenia w Twe oczy
To ona, wyprowadziła mnie, na Drogę Krzyżową
A w ciemną noc, do Ogrodu Oliwnego
To Twoja Samotność, lęk, prosiły – nie uśnij jak apostołowie
I idę tak od lat, obok Ciebie … w Drodze Krzyżowej
A jedynym naszym słuchaczem jest noc ciemna i krzyż
Klękam obok Ciebie, gdy upadasz
Gdy okrucieństwo Twej Męki nadal mnie przeraża
Proszę Szymona o pomoc, Weronikę, o chustę
I idę dalej, bo tylko przy Tobie, Jezu
Moja samotność nie boli, a lęk przed światem
Który zabija dobro, nie gasi nadziei
Widzę dłoń Twoją, gdy odrywa się od krzyża
Błogosławi, rozwiewa ciemność nocy Ogrójca
Czyni cud zmartwychwstania Miłości.
Zasypiam, myśląc o książce o Najświętszej Maryi Pannie, którą właśnie czytam. Jestem na granicy jawy i snu. Przez jeden cudowny moment, który jest jak błysk fleszu, widzę twarz Jezusa – uśmiechniętą! Ten uśmiech nie jest zwykłym uśmiechem „twarzy” … jest słodkim dobrem i przejmuje radością. Chciałoby się ten uśmiech zatrzymać na zawsze. Następnego dnia, podczas mszy, dziękuję Jezusowi za to przeżycie i słyszę w sercu: Ja zawsze z tym uśmiechem podaję wam komunię, choć może tego nie widzicie. I choćby ksiądz miał ponurą lub smutną minę, Ja daję wam zawsze w komunii Mój uśmiech.
Czy ty Mnie kochasz?
W szary, zimny, deszczowy dzień
Taki, który rodzi smutek i ból
Usłyszałam w sercu pytanie Pana:
Czy ty Mnie kochasz?
Ten głos był jak genialny śpiewak
Który potrafi przemieniać śpiewem smutną duszę
Ożywiać radosną pieśnią nadziei …
Jakże Cię mogę nie kochać, Jezu?
Bez miłowania Ciebie, byłabym ptakiem bez skrzydeł
Domem bez drzwi i okien, więźniem ciała
Sierotą porzuconą na pustkowiu
Analfabetką Twoich słów miłości
Ślepe i głuche byłoby moje serce, obojętne
Na Twoją i ludzką miłość
Kocham Cię, Jezu, bo dałeś mi skrzydła wiary
Ptakiem jestem, przysiadającym na Twoich dłoniach
Sierotą nie jestem, mam Ciebie, Jezu
Nie jestem więźniem ciała
Moje oczy widzą dalej, uszy słyszą Twoje słowa
Radują się na Twój głos, na Twoje pytanie:
Czy ty Mnie kochasz?
Bo czuje moja dusza
Iż nawet ten okruszek mej miłości – do Ciebie
To Twój dar – Twoja obecność we mnie.
Dlaczego Mnie kochasz?
Kiedy mówiłam: Jezu, kocham Ciebie
Pytanie usłyszałam … dlaczego?
I nie cytuj Mi słów osób świętych
Własną modlitwę ułóż
O sercu zakochanym
Wiem, Panie, chcesz bym dna serca sięgnęła
I królestwo piękna tam odnalazła
Perłę, skrywającą tajemnicę miłości Boga
Dar, dla ludzkiego życia
I nie lękała się przyjąć go i poznać
Biorę perłę w dłonie, dzieciństwo w niej widzę
Rodzice wpatrzeni w krzyż, w obraz Niewiasty Pięknej
To Bóg, mówi ojciec, a to Matka Święta
To też twój Ojciec i Matka … a dziecko dziwi się
Żywi rodzice obok i Ci milczący, przybici do ściany
Kocham Cię Jezu, bo dar mi dałeś
Aby pokochać, ożywić tych „milczących rodziców”
Nie zostali Oni tylko znakami na ścianie
Przyjęłam Ich do serca
I spotykam na mszy świętej
Kocham Cię Jezu, bo gdy lęk i rozpacz
Próbowały mnie popchnąć do upadku
Czułam blisko krzyż, który wyrastał jak żywe drzewo
Jabłonią się stawał, karmił owocami nadziei
Podnosił mnie ten krzyż … Twój krzyż, Jezu
Kocham Cię Jezu, za to pytanie … dlaczego?
Zapisuję to wraz z moją modlitwą miłości
Wkładam głęboko do serca
Niech serce moje będzie jak jerozolimska Ściana Płaczu
Z której Ty, Panie, będziesz wyjmował codziennie, dopóki żyję
Moje modlitwy do Ciebie … od serca zakochanego.
Droga Prawdy
W sieć pajęczą życia zaplątani
Dróg, serce nasze, szuka do Prawdy
Czasem ku światłom sztucznym biegniemy
A światła te gasną, płomieniem są tylko świecy
Ranią dłonie, gorącym woskiem ułudy
Cieszą nas drogi, na których śmiech i zabawa
Fajerwerki marzeń rodzą nowe pokusy
Światło nas dotyka, zaledwie migoczące
A twarze ludzkie są jak maski karnawałowe
Papierowe, oszukańcze, szydzące
I choć w uszach brzmi jeszcze chichot
Z tamtych dróg, które serce zawiodły
Dusza śpiew słyszy, muzykę łagodną
Jakby szmer strumyka, który tajemnicę objawia
Słowami, które na Drogę Prawdy prowadzą:
„Szczęśliwy mąż, który nie wchodzi na drogę grzeszników
On jest jak drzewo zasadzone nad płynącą wodą
Które wydaje owoc w swoim czasie
A liście jego nie więdną (…)
Bo Pan uznaje drogę sprawiedliwych
A droga występnych zaginie” (Psalm 1)
I choć ciemność jeszcze wokół człowieka
Za słowami tymi podąża, czułą otaczany opieką
Na światło czeka poranka, w niebo wpatrzony
Idąc, potyka się, upada, powstaje, śmieje się i płacze
A obok niego, cichy pielgrzym z człowieczych dróg
Prowadzący na Drogę Prawdy, Jezus Miłosierny.
Po Mszy Świętej zostałam na Adoracji i w pewnej chwili ukazała mi się bardzo duża, biała perła. Nie wiedziałam jak to wyjaśnić i nagle usłyszałam głos: każdy człowiek, który odchodzi od swego grzechu, jest dla Mnie taką drogocenną perłą, piękniejszą niż inni, nawet bezgrzeszni ludzie.
Aleja złotej więzi
Szukam w sobie ścieżek
Dróg szczęścia, smutku, radości, miłości
Wspomnień, nadziei i zwątpień
Krążą we mnie, przecinają się, plączą …
Ot, ludzkie życie
Jest pewna aleja przedziwna, pełna ciepłego światła
Prosta, niepoplątana
Od nieba, do serca prowadzi
Kwiatami są na niej, słowa Jezusa
Wkraczam na nią po ciepło i bezpieczeństwo
Ta aleja, to dar święty, deszczem chrztu skąpana
Zdarza się, że człowiek jej nie rozpoznaje …
Szuka szczęścia w poplątanych ścieżkach życia
Oszustwo świata przyjmuje za dar prawdy
Aleja złotej więzi cienka się staje
Bezbronna, zapomniana …
A przecież miała być źródłem mocy!
Kamień niewiary pojawia się przy bramie alei
Ostry, raniący
A ścieżka „złotej więzi”, drogą się staje Kalwaryjską
Wkracza na nią … Jezus
Często pośród słów obraźliwych, nieufnych
Kaleczony gwoździami ludzkiej pychy
Bóg Miłosiernej Miłości staje wobec …
Wolnej woli człowieka
Walczy o złotą aleję więzi z ciągle ukochanym dzieckiem
I nie jest to bój o laur zwycięstwa, fanfary i zachwyty
To bój o zbawienie duszy, dla wieczności
Co wybierze człowiek: czy być ofiarą Miłości, czy świata?
Klucz miłości
Chcę się zbliżyć do Ciebie, Jezu
Ale …
Zasłonę widzę, przezroczystą, kryształową
Jakby z kropelek czystej wody utworzoną
A może łez?
Kropelki drgają kolorami, światłem, żyją
Kryształowa zasłona zachęca ciepłem, pięknem
Za kryształową zasłoną, świat Dobra, Doskonałości
Kładę dłonie na niej, ślę modlitwę Wiary
Zasłona drga, mieni się, nie znika
Ślę modlitwę Nadziei
Zasłona przyjaźnie szumi, delikatną melodią
Zrozpaczona „spokojem” zasłony, klękam …
Anioł wyjawia mi tajemnicę „otwarcia” zasłony
Jak ziemski kryształ ma słaby punkt
Rozpryskuje się na drobne odłamki
Tak, zasłona ta … ma własny, święty punkt
Otwierający się na człowieka
Trzema, tajemnymi zamkami Serca Jezusa
Otworzyłaś zasłonę, Wiarą, Nadzieją
Ale, gdzie … Miłość?
Pamiętasz … tak więc trwa Wiara, Nadzieja, Miłość
Te trzy, z nich największa jest Miłość
Miłość do Boga … tajemny punkt, kruszy zasłony
Te ziemskie i te niebieskie
Anioł odleciał … a ja szukam w swym sercu
Miłości, która nie zawiedzie Pana
Miłości, która nie odrzuca Jego bólu poniżenia
Miłości, która pójdzie obok Niego.
Od kilku dni modlę się na Mszach Roratnich i po komunii proszę Pana Jezusa o „naprawienie” mojego serca, abym mogła mego Pana bardziej kochać. I nagle słyszę: Ale…czy wiesz, że do naprawy serca będą potrzebne i gwoździe i młotek…?
Lek z bożej apteki
Nie przejdzie człowiek przez życie, bez zranień
Dopóki w ludzkim świecie
Nienawiść, jak złośliwy owad
Kąsa i zatruwa
A miłość … nauczyła się zakładać suknie zdrady
Świat rani fizycznie, ale i duchowo
Ranami widocznymi, które medycy leczą
Ale także niewidzialnymi, odpornymi na leki z apteki
Tak bolesnymi, że człowiek „krzyczy”
Agresją, smutkiem, płaczem, złym słowem
Właściciele ran niewidzialnych, często leczą je
Alkoholem, narkotykami, agresją, byle jaką „miłością”
A rany te, nie chcą zamilknąć
Człowiek trwa samotny w swym zranieniu
Zatruwa się … i niszczy własne człowieczeństwo
Jest na tym świecie Niebieski Lekarz
Niewidzialny, w swej fizycznej postaci, jak nasze rany
Stoi obok nas, odrzucamy go, przechodzimy obok
Omijamy zranionego Jezusa, z krzyżem pełnym naszych ran
A On, wyciąga do nas rękę z … lekiem
Lekiem, jakiego ziemski medyk nie stworzy
Lekiem … wykupionym ze świata, Krzyżową Męką
Miłością Czystą, Bezinteresowną i tak Pokorną
Iż nie odwraca się nawet od tych, którzy
Odtrącają Jego dłoń … z cudownym lekiem
I tak trwa, przy człowieczych ranach
Jak towarzysz w trudnej podróży przez świat
Czekając
Na te chwile, gdy zraniony bólem człowiek uwierzy
W leczniczą moc bożej Miłości.
Męczennicy
Są jak nieoszlifowane diamenty
Zrzucane z nieba
By życie, brylanty z nich uczyniło
Bożego słowa, świętej Ewangelii
Jeszcze nie znają krańca swej drogi
Zanurzeni w młodzieńczych wątpliwościach
Czy Pawłem być grzesznym … czy apostołem?
Niebo, ma czas własny, własne tajemnice
Ale, diamentów nie gubi
I nikt z nas, Jezusowi oddanych
Choćby ksiąg mądrych przeczytał setki
Nie pojmie tajemnicy serca
Tego świętego momentu
Gdy człowiek … męczennikiem się staje
I choć upokorzony, torturowany, bity
Miłości zaszczepionej przez Boga
Miłości, odbitej mocą, od Jezusowego krzyża
Nie zdradza …
Oprawcy, patrzą na umierającego za wiarę w Boga
Ze złością, czasem z bluźnierstwem na ustach
Ale serca ich, pełne buty, ogarnia dziwny lęk
I pytanie ,,, skąd oni czerpią moc?
Z drewnianego krzyżyka? habitu? misyjnej szaty?
I choćby złamali ten krzyżyk, rozdarli habit, zdeptali szaty
Miłość męczenników … żyje, ich krew wydaje plon miłości
Zrasza ziemię bożym słowem, dla pokoleń
Darem jest świętej miłości człowieka do Boga
Dla Świętej Miłości Boga do człowieka.
Widząc „paradę równości”, słysząc bluźnierstwa skierowane przeciwko kościołowi, parodię mszy świętej, obrazę Matki Bożej, odczułam … złość. Jednak złe emocje, pomyślałam, to tylko emocje. Gdzie jest źródło zła? Skąd tyle nienawiści, chęci obrażania właśnie kościoła i katolików? Przecież mają swoje środowisko „zabawowe”, wolne od 10 przykazań. Dlaczego tym się nie cieszą, tylko szukają kogo by tu „sponiewierać” bluźnierstwem. Jakby chcieli zabić nienawiścią wiarę innych ludzi, ich wartości, a nawet samych ludzi (wypowiedź jednego z demonstrujących). Dlaczego ci „od 10 przykazań” tak im przeszkadzają? Niepokoi ich sumienie? Gdzie ich tolerancja? Co ich tak boli, że muszą nienawidzieć? Mają przecież własne sumienie (róbcie, co chcecie), dlaczego nie są szczęśliwi i wolni od nienawiści? Dlaczego nie znajdują w sobie pokoju? Myślę, że gdzieś głęboko zakorzenione „prawo moralne”, które strzeże człowieka przed samozniszczeniem, „przemawia” do nich, drażni … Czyżby to ich sumienie „wolne od 10 przykazań” tak mało ich uszczęśliwiało, iż dopiero bluźnierstwo daje im satysfakcję? Zło, czynione innym, zaspakaja ich wolność?
Zamyśliłam się nad obrazem, który ujrzałam, zatopiona w adoracji Najświętszego Sakramentu.
Czuwanie
Siedzę na kamiennym głazie
Przy pustej drodze
Nieliczne drzewa oliwkowe
Usypiane ciemnością
Pochylają się ku drodze
Jakby chciały wysłuchać
Ostatnich nowin dnia
Nie jestem śpiąca, raczej czuwam, oczekuję
Na rozmowę, spotkanie?
Dotykam sercem czasu, który nie ma godzin
Płynie jak spokojna woda
To czas obrazów zatopionych w nurcie tej wody
Jak w świętym, czystym lustrze
Widzę Nazaret, małego Jezusa z Maryją
Śmieją się, idą do Józefa
Widzę tłum Żydów w Jerozolimie
Mężczyźni w długich szatach, dotykają swoje długie brody
Dyskutują, a może kłócą się
A potem …
Tłum popychający Jezusa z Krzyżem
Jezus patrzy na mnie
Czuwaj do końca … słyszę
Nie budź się, nie uciekaj ode Mnie
Gdy cierpię, gdy biją Mnie, krzyżują
Czuwaj …
Na kamiennym głazie, przy pustej drodze
Czasem samotna jak Ja …
Czasem radosna, przy pustym grobie
Czuwaj, czekaj na Mnie
Ja, będę obok ciebie przechodził …
Naczynie Bożego Słowa
Kiedy serce twoje, świat w pustynię chce zamienić
A kruki z wrzaskiem
Ostatnie nasiona nadziei wydziobują
Nie krzycz na Jezusa, nie porzucaj wiary
Jak tłum wrogi przed sądem Piłata
Przed Józefem Świętym klęknij
I daj Mu, w ciszy poranka lub wieczora
Wejść na pole serca twego, by zasiał …
Białe lilie niewinności, ufności i posłuszeństwa
Niech spojrzenie oczu Jego, głos twój znękany, uciszy
A ciało, lękiem zranione, gestem miłości, uleczy
Bez słów … w milczeniu … i ciszy
Niech Józef Święty, pokory cię nauczy
Takiej, która wąską drogą, do Boga prowadzi
On sam się jej uczył, gdy słów anioła posłuchał
I Maryję przyjął za małżonkę swoją
Wątpliwości rozważał jak człowiek zwyczajny
Słowami własnymi jednak, nie zagłuszał Boga
Naczyniem stał się dla słów Boga Stwórcy
Kielichem kryształowym, wypełnionym niebem
Tradycja mało o Nim mówi, jedynie, iż Świętym był Milczenia
Nikt z nas się nie dowie, ile łez twarz Jego skropiło
Ile uśmiechów posłał swej Pięknej Rodzinie
Jak bardzo zabiegał, by chronić ich przed wrogiem
Z jaką miłością patrzył na rosnące Dziecię
Z jaką czułością służył Matce Jego
Wykonawcą był, planów Bożych
I nie słowa, lecz czyny, były Jego misją
Tajemnicę swego serca, powierzył Najwyższemu
A będąc Opiekunem Rodziny Świętej
Opieką też, nas otacza, posługując jak najczulszy ojciec
Kiedy serce twoje, świat chce w pustynię zamienić
Nasionom nadziei i wiary nie pozwala wzrosnąć
Świętego wezwij, Józefa, który burzę twego życia uciszy
Samym spojrzeniem, gestem dłoni błogosławiącym
Dar ci ofiaruje … milczenia, twój krzyk niespokojny w ciszę zamieni
Byś Boga mógł … w modlitwie usłyszeć.
Jestem na adoracji. W moim kościele jest teraz duża, złota Monstrancja. Mówię do Pana Jezusa: Masz piękny dom i jesteś dobrze widoczny dla każdego. Raptem słyszę: „Powiem ci coś w tajemnicy…Wy, którzy Mnie adorujecie, jesteście dla Mnie też Monstrancją… Jestem w was. Moja i wasza Monstrancja przenikają się. Wpatrują się w siebie”. Pomyślałam, że widzę Cię, Jezu w tej pięknej Monstrancji. A jaką Monstrancję Ty we mnie widzisz?
Moje niebo
Nie znam Twojego Nieba, Jezu
Mieszkania Miłości i Piękna
Tajemnicą jest dla mnie
Ogrodem z mojej wyobraźni
Tworzącej obrazy z drobinek ziemskiego piękna
Które przechowuję w sercu
Jak w dziecinnym skarbcu dla tajemnic
Są tam perełki wspomnień
Z miejsc świętych, spotkań radosnych
Modlitw przedziwnie rozpalających
Darem są … z Twojego Nieba, Panie
I choć nie znam Twojego Nieba, Jezu
To znalazłam go … na ziemi
Codziennie otwieram do niego, zwykłe, drewniane drzwi
Do … Kościoła
Siadam na ławce, czekając aż zjawisz się, Jezu
Z Twojego Nieba, do mojego, ziemskiego
Nasze, ludzkie niebo, nie jest doskonałe
„Widzę” czasem jak wyciągasz rękę na powitanie
A człowiek przechodzi obok, zamyślony
Widzę ludzi-gości, obojętnych, jakby „przymuszonych”
Koniecznością … chrztu, bierzmowania, ślubu, pogrzebu
Nasze ziemskie niebo ozdabiamy pięknem …
Obrazów, rzeźb, bukietów
Są daniną za ludzkie niedoskonałości, grzechy
A Ty smucisz się, Jezu, że miłość w ziemskim niebie
Czasem szybciej więdnie niż bukiety zdobiące ołtarz
Ale, nie znam innego nieba, tylko to, do którego
Otwieram codziennie drewniane drzwi, czuję jego zapach
Widzę złote tabernakulum, jak błyszczące słońce
I wiem, że Twoja Miłość, Jezu, w niebie-Kościele, nigdy nie zwiędnie
Zawsze będziesz stał z wyciągniętą ręką i pokarmem Eucharystii
Dlatego kocham moje ziemskie niebo – Kościół Święty.
Święci
Gdy nam grzechy własne, bolesną sprawią ranę
Po wsparcie do świętych, dążymy
By mocą ich wiary się karmić
Poznać próbujemy tajemnicę ich życia i wiary
Tajemnicę, dla której, nawet życie tracili
I widzę ich wspinających się ku światłu nieba
Po schodach świata, kolcami pokus, najeżonych
Często po śliskich skałach zwątpienia i choroby
Jakby Bóg krzyżując ich wolę i ciało
Dusze ich, do Syna Swego, chciał upodobnić
Lecz wśród tych trudów i walk duchowych
Uśmiech dla ludzi nie znikał z ich twarzy
Łzy kryli pośród smutnych, ciemnych nocy
W słowa modlitwy błagalnej przemieniali
Gdzieś, w jakimś czasie swego życia
Jezusa ujrzeli na krzyżowej drodze
Oczy miał biednych, głodnych, spragnionych miłości
W Jego milczeniu, rozpoznali dla siebie, wolę Boga
I walkę podjęli z własną słabością
Za tych, którzy jeszcze miłości Pana, nie poznali
I choćbyśmy chcieli ich świętość rozumem pojąć
Studiując wiele ksiąg mądrych
Gdy serce nasze dla bliźniego zamknięte
Nie pojmie tajemnicy świętości
Nie pojmie daru rąk i serca złożonych w ofierze
Dla zbawienia dusz ludzi, tak cennych dla Boga
Nie pojmie bólu świętych, ich cierpienia
Krzyżowania ciała i woli i ufności wiernej
Bo dla nich, jak mówi Matka Teresa z Kalkuty
Cierpienie, to znak, że jesteś blisko Jezusa na krzyżu
Tak blisko, że może cię ucałować.
Przedziwny chleb miłości
Obraz widziałam nad ołtarzem
Jezus pośrodku, po bokach święci i błogosławieni
Aniołowie ich prowadzą
Brat Albert w ręku chleb trzyma
W pielgrzymce do nieba, z rąk go nie wypuszcza
Jakby chleb, którym karmił biednych na ziemi
Symbolem był Chleba Żywego
Znakiem, iż w Królestwie Niebieskim
Walczyć będzie o wieczne dusz zbawienie
I myśl przyszła do mnie, ze śpiewem ptaka za oknem
Tyle życie nasze jest warte
Ile kromek chleba miłości bliźnim podamy
Jezus karmi nas chlebem Eucharystii Świętej
Zaczyn świętego chleba w dusze wlewa
Z wiarą, iż z Miłości Jego
Własne bochenki będziemy wypiekać wytrwale
I jak niegdyś On, chleb na pustyni rozmnożył
Tak i my, miłością będziemy się dzielić
Perły nie podzielisz, wartość straci
Złotem głodu nie zaspokoisz
Pieniędzmi cierpienia nie uśmierzysz
Jedynie chleb miłości możesz rozkruszyć, smaku nie straci
Serce głodne miłości dał Bóg człowiekowi
Bogactwa świata go nie zaspokoją
I choćby człowiek miał twarz kamienną
A ręce pełne dóbr tego świata
To serce jego ciągle czeka … na okruch miłości bliźniego.
Szukam Twego Oblicza, Jezu
Wpatrzona w twarz Twoją, Jezu
Malarskimi wizjami artystów, na płótnach uwiecznioną
Poznaję myśli ich i uczucia
Zawarte w liniach ich rysunków
Jakże Cię namalować mogli, jak tylko wizją własną
Jeśli Oblicza Twego Żywego nie widzieli?
Miłością swą i talentem namalowali Ciebie
Modlitwą ikony tworzyli, często latami
Ponad ludzką niedoskonałość się unosili
Szukając piękna Twego Bożego Oblicza
Dziś ja, wpatrzona w twarz Twoją, Jezu
Szukam Twego Oblicza w ludzkich twarzach
Miłości w nich szukam, wiary i nadziei
Nauki o tajemnicy ludzkiego życia
I w rysach bliźnich, próbuję Cię odnaleźć
Mijam twarze smutne, zamyślone
I szanuję smutek ich oczu
Mijam ludzi kalekich, chorych
I szanuję ich ból powszedniego istnienia
Mijam samotną starość i pochylam się z szacunkiem
Poznaję Twoje bolesne Oblicze w ludziach
Twoją nadzieję w dziecięcych twarzach
Twój uśmiech w radosnych, mądrych kapłanach
Twoje zamyślenie w ludziach walczących o dobro
Laską Jesteś pomocną w dłoniach miłosiernych
Smutek Twój widzę, gdy Cię nie wzywamy
Oblicze Twoje widzę w tajemnicy serc ludzkich
Ty ją znasz, głęboko skrytą dla oczu
Spraw Panie, by serce moje, w miłosierdziu swoim
Doznawało zachwytu Twojej obecności, w każdym człowieku.
Znak nieśmiertelności
Śmiertelne jest moje ciało jak kwiaty więdnące
I świat przemijający, w którym żyję
Grzech pierworodny moim znamieniem
A Ty, Boże, Jesteś nieznaną mi wiecznością
Z ciemności ludzkiego łona się wyłoniłam
I duch mój w ubogą szatę ubrany
Radości moje, zaledwie błyskami są gasnącymi
A Ty, Boże, Światłem Jesteś Wiecznym
Mimo ciemności mnie dotykających
Ubogości ducha, przytłoczonego zmysłami
Mimo lęków mej ludzkiej natury
Królestwa jasności szukam, Twego Królestwa, Panie
Dziwną pamięć mam w sobie, nadzieją zdobioną
Tajemniczego, miłosnego pocałunku Ojca
Który żegnając dziecko, na trudną drogę
Nie porzuca go, na zapomnienie serca
Niezdolna przekroczyć granicy wieczności
W ziemskie sprawy uwikłana mocno
Modlitwę śmiertelnika wznoszę ku Tobie, Boże
Z wiarą, iż miłość nasza spotka się pod krzyżem
Śmiertelność moją i wieczność Twoją, Boże
Krzyżem połączyłeś, znakiem Twego Syna
Krzyż, świat mój z usychającego drzewa zbudował
Ty, obietnice wieczności na nim zawiesiłeś
Wylała się Miłość z wieczności, przebitej ludzkim krzyżem
Zalała ziemię pokarmem Eucharystii, manny odkupieńczej
Miłosierdziem odpowiedziała na okrutną przemoc
Wskazując drogę łączącą śmiertelność z wiecznością.
Bagaż pielgrzyma
Nadzy się rodzimy i nadzy umieramy
Słyszymy te słowa podczas dni pokuty
I choćby nas, na ostatnią drogę, ozdobiono pięknie
Nie w tym stroju, przed Bogiem staniemy
Staniemy przed Bogiem z przedziwnym bagażem
Workiem i kijem pielgrzyma z ludzkiej drogi
I nic w nim nie będzie, co ziemska waga zważy
Kruszców szlachetnych, medali, dyplomów
Na dnie tego bagażu może moneta zaświeci
Którą, choć ubodzy, daliśmy głodnemu
Może garść uśmiechów, słowa wdzięczności za pomoc
Trud codzienny, mozolny, aby godnie przeżyć
Wiara, którą nie daliśmy sobie, złu odebrać
Nadzieja zawieszona na krzyżu Jezusa
Miłość, której służyliśmy z pokorą, choć trudna była
I modlitwa, kij pielgrzyma, na nim się wspieraliśmy
Na chrzcie otrzymaliśmy ten przedziwny bagaż
Łaską wypełniony, świętego, bożego oddechu
Na drogę pielgrzyma, by świat bogacić miłością
A nie zbierać głazy egoizmu i pychy
Wspomóż nas, Panie, na pamięć Twego świętego oddechu
Byśmy skarby zbierali, które Ty zasiałeś
Skarby sercem poznane, w rękach nic nie ważą
Jedynie Twoja waga, kiedyś sprawiedliwie je zmierzy.
Bolesna pielgrzymka
Darem jest, Jezu, napełnić serce, Ziemią Świętą
Dać się przeniknąć słońcem Izraela
Dotknąć rękami tajemnicy tej ziemi
Miejsc, które przemierzały Twoje stopy
Oddychać powietrzem, które unosi jeszcze Twoje słowa
Poczuć się jak dziecko obdarowane …
Doznałam tych uczuć w poprzednich pielgrzymkach
Byłam radosna, radością Apostołów z Góry Tabor
W kolejnej pielgrzymce, zatrzymałeś mnie, Panie
Na jerozolimskiej Drodze Krzyżowej
Jakbyś chciał bym dzieliła z Tobą, bardziej ból, niż radość
Bez słońca, w porywistym wietrze, dotknięta chorobą
Niosłam w sobie dziwny smutek, skargę duszy
Modlitwa rwała się w moich ustach
Jakby chciała wyprowadzić mnie na pustynię
Z dala od hałaśliwych głosów pielgrzymów
Popychana, przez niespokojny tłum w Bazylice Grobu i Narodzenia
Pośród obcych twarzy i języków, docierałam zmęczona
Do miejsc świętych, skały Golgoty, groty Grobu i Narodzenia
Czułam się zagubionym pielgrzymem, poszukującym Przewodnika
Przewodnika, który wskaże mi źródło, istotę mojego pielgrzymowania
Szukałam Ciebie, Jezu, Twojej obecności …
Podczas mszy świętej, gdy wiatr zrywał obrus na ołtarzu
Gdy zimny wiatr na jeziorze Galilejskim przenikał me ciało
Obciążona własną niemocą
Szukałam odpowiedzi u Ciebie, Panie
Na jerozolimskiej ulicy, zobaczyłam obraz Jezusa Miłosiernego
Bez podpisu, Jezu, ufam Tobie
Przedziwny ból przeniknął moje serce
Jakby diament Twego Miłosierdzia rozprysł się na kawałki
A stopy pielgrzymów biegły dalej, zasypując go kurzem
Biegły ku śladom, zamkniętych w kamieniach, nie w sercu
Przeznaczyłeś dla mnie, Panie, bolesną pielgrzymkę
Nauczyłeś mnie pokory i cierpliwego miłosierdzia
Kontemplacji podziałów religijnych, podziału serc
A kiedy w Bazylice Narodzin, prawosławny duchowny
Poprosił mnie, bym przeszła … na stronę katolików
Ujrzałam Ciebie, Jezu, upadającego pod krzyżem
Krzyżem, niepodzielnym, jedynym krzyżem Miłości
Ile jeszcze wieków trzeba pielgrzymować do Ziemi Świętej
By Twój krzyż połączył ludzi?
Odwaga
Jak wejść na drogę, którą szedłeś, Jezu
By wpół tej drogi, odpoczynku nie szukać?
Kim stać się, by krzyż pomagać Ci nieść
I nie zostawić Cię samotnym?
Jak nie stać nad wodami Jordanu
Na chrzest Twój patrząc z bezpiecznego brzegu?
Jak nakarmionym będąc, chlebem i rybami
Syty nie wrócić, do kolejnego grzechu?
Jak Matką Twoją się zachwycić
By ręce nasze chciały piec z Nią, chleb dla ludzi?
Jak być przy Tobie, zalanym krwią i łzami
By z Getsemani, w przerażeniu nie uciec?
Jak grotę rozpoznać, przejście z ziemi do nieba?
Jak lęku nie doznać, gdy Herod Dziecko chce zabić?
Jak trwać przy Trzech Królach, w pielgrzymiej ich drodze
By na pustyni zwątpień, się nie oddalić?
Tyle mam pytań, do Ciebie, Panie
Klęcząc przed żłóbkiem, w Betlejem
A Ty milczenie mi nakazujesz, na ustach kładąc palec
Na serce bijące Dzieciątka, oczami wskazujesz
I milkną we mnie pytania, słabością natury skażone
Dzieciątko chcę chwycić w ramiona swoje
Niech uczy mnie odwagi miłości …
Niech uczy człowieka odwagi i wiary w Miłość
Miłość, która zawsze rękę podaje w upadku
Na drodze życia przystaje i czeka …
Aż kurz otrząśniemy, swej ludzkiej słabości.
Pielgrzymkowa modlitwa
Modlitwa ma czasem kolor soczystej zieleni
Kiedy w górach, na pielgrzymce się rodzi
Na szczyty gór się wznosi, uniesieniem serca
Zatapia w chmurach, na niebieskim niebie
Ze szczytów i pagórków, do rwących spada potoków
By żywym płynąć strumieniem, maryjnych pieśni
Modlitwa pielgrzyma odpoczywa zadumana
W starych cerkwiach, z oczami utkwionymi w obrazach
Świętym powierza swe łzy, radości i troski
Pięknieje, rozważając świętych obcowanie
W Litmanowej, modlitwa klęka z szacunkiem
Przed cudem objawień Maryi, kilka lat trwających
Nadzieją obdarzona, Jej nieustającej opieki
Ku Górze Maryi zmierza, tam posąg Maryi z różańcem
„Pod Twoją Obronę” szepcze, zachwycona pięknem świątyni
Perełki różańcowej modlitwy, szlachetne diamenty duszy
Jak kwiaty układa, u stóp Jej posągu
Na chwałę Jej Syna, za cud mszy świętych …
W Sanktuarium Miłosierdzia w Łagiewnikach
Modlitwa rozpoczęła swe pielgrzymowanie
Błogosławiona Jezusa rękami, delikatna się stała, wrażliwa
Na piękno świątyń, świadectwo wiary człowieka
Na piękno górskich pejzaży, jakby odbicie nieba
Modlitwa, ma czasem kolor soczystej zieleni
Wiosennej odnowy miłości do Boga.
Modlitwa wstawiennicza
Ty wiesz Boże, że droga do Oblicza Twego
Dla istot ludzkich, zaplątanych w świecie
Nie jest bramą szeroką, pięknie ukwieconą
Przy której chór aniołów przywołuje na tę świętą drogę
Droga do Oblicza Twego, Boże
Urywa się czasem, nad przepaścią grzechu
Przez trzęsawiska pychy wiedzie, gdzie zło czyha
Po śliskich schodach cierpienia się wznosi
Są lata ciemności, jak kir oblekający zmarłego
Gdy człowiek szuka dla siebie światła
I złudnym ognikom świata, ulega
Potyka się o kamień fałszu i oszukany, upada
Poraniony, ostatkiem sił woli przetrwania
O Prawdę błaga, o Oblicze Boga
A wówczas mały płomień, kiedyś w dziecięcym sercu zapalony
Prowadzi go … przed płomień tabernakulum
Olśniony światłem, które go nagle dotyka
Oddać się pragnie tej odkrytej Miłości
Przed krzyżem wylewa całe swoje życie
Spala się, w nowopoznanej Miłosiernej Miłości
I nie wie, że drogę jego przed Oblicze Boga
Ktoś, kiedyś wybłagał w długiej modlitwie na kolanach
W drodze krzyżowej Pana, przez ludzi poranionego
Błagał: zbaw Panie, duszę człowieka upadającego.
Liście wspomnień
Jakże piękny jest krajobraz jesienny
Kolorami liści wabiący oczy
Żółć, obok czerwieni się mieni
Czasem, między nimi, liść jeszcze zielony
Powiewem wiatru, na siłę zrzucony
Nad jeziorem stoję, pełnym tych kolorów
Okrytym barwami, dywanem przyrody
Ile na nim wspomnień liści porzuconych
Wspomnień wiosny, lata, gdy słońcem rozbudzone
Zakwitały na gałęziach, sokiem drzew ożywione
I myślę, że jezioro to, pełne zeschłych liści
Których krótką historię ono pochłonie
Jest jak życie nasze, pełne dawnych wspomnień
Zniewoleni nimi, głębi jeziora nie widzimy
Osłaniają ją, zeschłe liście wspomnień
Jak trudno ludzkiej naturze
Porzucić urok i boleść wspomnień życia
Porzucić jezioro, okryte dawną historią
I szukać w sobie, czystej toni wody
W której, nie liście, a twarz swoją ujrzymy
Wypatrującą nowej nadziei
W głębi krystalicznego jeziora.
Przeszłość i przyszłość
Spotkała się przeszłość z przyszłością
Na przypadkowej drodze
Przeszłość laskę miała w ręku i siwą brodę
Na plecach worek, pełen dawnych zasad
Przyszłość, twarz miała młodą, puste ręce
Na barkach, modny, kolorowy plecak
Przeszłość spojrzała na przyszłość ciekawie
Przyszłość, z niechęcią odwróciła oczy
Jakby się bała, że ona o jałmużnę poprosi
A zmarszczki na jej twarzy
Nadzieję jej odbiorą i urok młodości
Powędrowały, każda w swoją stronę
Jedna powoli, jakby czas nic nie znaczył
Druga, jak maratończyk, na czas biegła
Zbierając po drodze, owoce urody, młodości
W pusty, kolorowy, modny plecak
Przeszłość i przyszłość są jak pory roku
Przyszłość mocą nadziei się karmi, wiosny i lata
Przeszłość zaś, plonami jesieni i mroźną mądrością zimy
I nikt nie zatrzyma tych praw natury
Przyszłość kiedyś, przeszłością się stanie …
Pełna jeszcze wigoru i tęsknot niespełnionych
Biega przyszłość po ścieżkach „młodych przyszłości”
I jednego się boi, by na drogę nie trafić przeszłości
Lecz ci, którzy niegdyś jak ona, zadufani w siłę młodości
Wrzucają ją na karty przeszłej historii …
Spotkały się, przyszłość z przeszłością
Nadzieja młodości, z prawdą starej mądrości.
Ludzki czas
Jak piasek w klepsydrze, dawnym zegarze przodków
Przesypują się dni naszego życia
Zegarmistrz Czasu, cierpliwym gestem je odwraca
Spływają dalej, w rytmie powolnym
Drobiny piasku, chwile naszego życia
Czasem, ten rytm jednostajny
Niezwykłe spóźnienie zakłóca
Ruch, w klepsydrze ustaje, niepokój się budzi
W wąskim otworze … mały kamień widzimy
I czas się zatrzymuje …
Głodni monotonii dni już poznanych
Oswojeni ze smutkiem, z nadzieją na radość
Patrzymy na ten kamień, klepsydrą potrząsając
I pytamy: Cóż to znaczy, Zegarmistrzu Czasu?
Z drobin piasku, przez wieki całe
Skały powstały, monumenty piękne
Z naszych chwil, drobinek – kamyk mały
Na miarę niewielu lat ludzkiego życia
W nim też piękno jest zawarte
Jak w skałach, tak i w naszym kamyku
Czas się zatrzymał, by sens jego poznać
Darem jest świętym, który nie umiera
Dla chwały Pana poświęcony, dla życia szlachetnego
Diamentem się staje, modlitwą w krysztale zamkniętą
Dla nieśmiertelności.
Pytanie Śmierci
Pytała się Śmierć, Życia, co cennego w nim widzi?
Życie twarz rękami zasłoniło z lękiem
By oblicza Śmierci nie widzieć
Skryć się postanowiło w gromadzie
Ludzi, którzy pytań Śmierci nie słuchają
Oni sztandar niosą jak reklamę produktu
Z napisem: życie to radość, wygoda, zabawa i szczęście
I tak idąc z nimi przez czas pewien
Życie zapomniało o pytaniu Śmierci
Z gromadą głosiło hasła wesołe
Dopóki … nie upadło na ziemię
Przeszła po nim gromada, z hałaśliwym śmiechem
Nikt nie pochylił się nad Życiem
Nikt nie podał mu ręki …
Przeszkadzało w marszu, swym niefortunnym upadkiem
Wielki dąb, który rósł przy drodze
Cieniem swym okrył, przed upałem, Życie
Liście jego uparcie szeptały:
Co cennego jest w tobie, Życie?
I Śmierć się znowu zjawiła, w duecie z szelestem liści
Ja, kiedyś, ujmę cię w dłonie, Życie
I wyrwę twój korzeń z tej ziemi
Przed tronem cię postawię, Tego, który tchnął w ciebie ducha
Samotny przed Nim staniesz, gdy On ciebie spyta:
Co masz cennego dla Mnie?
Na puste dłonie spojrzało Życie, zasmucone
Kurz strzepnęło z ubrania i liście jesienne, suche
W drogę wyruszyło własną, światłem obdarzone
Pod dębem dziś stoi mocnym, jak ramiona krzyża
Z upadku podnosi ludzi, którym inni, nie podali ręki.
Czas, który nie mija
Czas mija, jakby ktoś z kalendarza
Kartki zrywał pospiesznie
Ledwie świt oczy przetrze, już wschodzące słońce
Blaskiem swym, do pracy wzywa
I biegniemy, biegniemy …
Ślad po naszej pracy, gdzieś zostaje
Kilka domów zbudowanych, maszyn wynalezionych
Ludzi wyleczonych …
A w lustrze, pan, pani siwa, zmęczona
I pytanie: gdzie zgubił się ten młody człowiek biegnący?
W twarzach dzieci dorosłych, odnajdujemy
Czas, który przebiegł niepostrzeżenie
I myśl przychodzi, czy istnieje czas
Który nie jest tylko spadającą kartką kalendarza?
Lecz czasem oczekującym, zatrzymanym?
Gdzieś w przestrzeni, między niebem a ziemią
Jest taki czas, czas trwania na modlitwie
Gdy chwila staje się godziną
Godzina, dniem …
Czas, który nie biegnie, ale trwa
W przedziwnym stanie spoczynku
Czas modlitwy, adoracji Pana
Wtapiający się w wieczność
Wieczność, bez kalendarzy, zegarów, pośpiechu.
Boża nadzieja
Boże, Jesteś światłem słońca za dnia
Księżycem, rozpraszającym mroki nocy
A my, ludzie, często ciemność widzimy
Tam, gdzie Twoje światło świeci …
Prawom słabej natury ulegamy
Ociemniali … w świetle
To, co duchem świętości przesycone
Martwym się wydaje naszym sercom
Barwą jedynie, w złotej ramie
Bólom ciała hołdujemy, nastrojom jesiennym
Zapominając o Stwórcy …
Są takie zimne chwile w naszej wierze
Dusza oddech radosny traci
Krzycząc z bólu …
Łagodny dotyk ojcowskiej miłości nagle spływa
Nieoczekiwanie, jak ratunek łaski
Z ciemności, krzyż się wyłania
Słabość naszą pod nim kładziemy
Ofiarę pokutną za ślepotę serca
Za jesienne chmury nastrojów zwątpienia
Za wiarę, która nocy ciemności ulega
Za serce zimne, bez modlitwy
I budzi się dusza, promieniem Ducha Świętego ogrzana
Głos Jego, jak dzwon, brzmi w nas
Ja, Bóg, łaską wiary was obdarzyłem
Ufając wam, moje dzieci, że zawodu nie doznam
Iż miłość Moją rozpoznacie, w znaku Hostii Świętej
Z tą nadzieją Ojcowską, was stworzyłem …
Cenny dar
Ty, Boże, Panem Jesteś wszechświata
My, ludzie, płomieniem na ziemi, gasnącym
Ty, Boże, tajemnicę znasz wieczności
My, nawet przyszłości swej nie znamy
Często wschód naszej nadziei, zachodem się staje
Jesteśmy jak skarbonka dziecka
W jednej miedziak, w innej, moneta złota
Głodny chleba pragnie, syty szuka diamentów
Są tacy, którzy po płatkach róż stąpają
Innym kolce kaleczą stopy
Dałeś nam jednak, Dobry Boże, sprawiedliwie
Wolną wolę, dar Twej królewskiej hojności
I choć szanse nierówne są na tej ziemi
To my wybieramy, czy złu służyć, czy miłości
I choćby w skarbonce życia, miedziak był zaledwie
Groszem tym możemy obdarować bliźnich
Bóg dał nam ręce, serce, by je zapełnić łaskami swoimi
Każdy z miliardów istnień, nosi łaskę Jego
A kiedy uwierzymy w Jego Miłość Wieczną
Życie nasze cennym stanie się darem
Zaiste, stworzył nas oddech Ojca Wiecznego
I do wieczności zostaliśmy powołani
I choć zło szepcze: nikim jesteś, człowieku
Duch Syna Bożego, z mocą krzyczy z krzyża:
Synami, jak Ja, jesteście, Boga Wszechmocnego
To On, bogactwo świata, z nadzieją wam oddał
To wam zawierzył życie, byście cud z niego czynili
To na ciebie czeka, który w Miłość Jego uwierzyłeś.
Nasze mieszkania
Życie widzę jak bieg nieustanny
W poszukiwaniu bezpiecznych mieszkań
Tych, które pokój duchowy dają
I tych, z drewna, cementu i cegieł
Był dom dzieciństwa, pełen głosów
Jeszcze brzmią w nas strofy bajek
Zapach tamtych marzeń całkiem się nie ulotnił
A już wiatr dojrzałości, zamknął drzwi za nim
Zaczynamy budować mieszkania własne
Są często jak budowle niedokończone
Nieudolni, błędy popełniamy w konstrukcji
Stołu w nich brakuje z pokarmem miłości
I miejsca, w którym modlitwa króluje
Z nieszczelnych okien ulatuje dobroć
Drzwi, próżność otwiera szeroko
Mieszkanie, więzieniem się staje dla duszy płaczącej
Dzień przychodzi, łaską z nieba dany
Gdy o domu słyszymy, budowanym na skale
Spojrzenie kierujemy na krzyż przybity do ściany
Wędrował on z nami w kolejnych mieszkaniach
Cierpliwy Pan, z głową opartą o ramię
I szept słyszymy: Serce Moje – to twoje mieszkanie
Klęcząc przed Nim, biegiem swym strudzeni
Z Jego obfitej Miłości, tworzymy nowe, ostatnie mieszkanie.
Niebo
Jedni w nie wierzą, inni wiary nie dają
Ci, co w nie wierzą, słowom Jezusa ufają
Dnia pewnego, myśl przyszła do mnie nieoczekiwanie
Jeśli niebo Bóg stworzył, także dla nas, ludzi
To w zamyśle Swoim, piękno Swego nieba
Pozwala nam rozpoznać, także tu, na ziemi
Bo czymże jest niebo, jeśli nie miłością
Którą obdarzamy mówiąc: kocham ciebie
Czy nie jest nadzieją w naszym zagubieniu?
Ręką pomocną, uśmiechem i słowem przyjaznym
Dziwnym biciem serca, miłosierną czułością
Nawet do wszelkich ludzkich słabości?
Jest tyle nieba na tej naszej ziemi
I tylko trzeba wstąpić do niego odważnie
Piękna w przyrodzie szukać, dobre słowa poznać
Pomoc dać cierpiącemu, choćby był nam obcy
Radości doświadczyć z bogactwa miłości dawania
Nędzę serca odrzucić, która chce miłością zawładnąć
Rozważając myśli o niebie na ziemi
Boże, pomyślałam, jeśli kiedyś będę godna Twego Nieba
Tęsknić tam będę, za dobrem na ziemi
Za mszą codzienną, świec zapachem i słowami kapłanów
Za ludźmi kochanymi i zwykłym dniem codziennym
I prosić tam będę Boga, o łaskę dla ludzi
Poznania Nieba na tej ziemi.
Otwarte okno nieba
Wierzę, że jest w człowieka wpisana
Idea dobra, miłości i piękna
Stwórca ją włożył w serce człowieka
I nie spocznie ono, aż po nią sięgnie
Wierzę, że gdzieś głęboko skrytą
Tęsknotę za nią dźwigamy
Jak perłę ukrytą w muszli
Tęsknotę za dobrem wolnym od grzechu
Za miłością, gotową do ofiary
Lecz tu na ziemi, w cielesność ubrani
Zbyt często muszli służymy … nie perle
To ona, w twardej skorupie schowana
Czystości pragnie, ducha naszego
Ale czasem, modlitwą szczerą oczyszczeni
Łaski doznajemy, przedziwnego stanu
W niebie, okno uchyla jakiś święty
I przez chwilę … perłę trzymamy w dłoni
Bez talentu do śpiewu, muzyki, malarstwa
Z ust naszych hymn piękny płynie
Ręce malują wymarzone obrazy
Muzykami stajemy się genialnymi
W tej cudownej chwili, serce ogarnia zadziwienie
Doznaliśmy cudu … zetknięcia z niebem
I choć bolesny jest powrót na ziemię
To myśl przychodzi, jak perłę tę w sercu zachować
Jak nie zatracić pamięci … dobra, miłości i piękna.
Pieśń pokutna duszy
Nie prosiłam Cię Boże, o łaski
Ze świata je brałam garściami
Nie prosiłam Cię Boże, o łaski
Choć Ty je dla mnie zsyłałeś
Z dumnie uniesioną głową
Kroczyłam, depcząc po nich
Owoce zbierałam z gałęzi wysokich
Z ziemi nie chciałam ich podnieść
Miłości nie brałam z rąk Twoich
Od ludzi jej żądałam
Aż dzień przyszedł jak czarny ptak pokuty
I duszę mą przebił ostrym dziobem
Przed kratą stanęłam żelazną
Za kratą jęki słyszałam i płacz
Ludzi podobnych do mnie
O łaski prosili podeptane, o modlitwę za nich
Uklęknąć mi nakazali, oczy ku ziemi pochylić
I szukać łask utraconych, pieśń pokutną zaśpiewać
Twarz ku Pokorze zwróciłam, obcej mi dotąd pani
W przeszłości szukałam znaków, łask Twoich, Panie
I odtąd klęcząc, na świat spoglądam
W postawie tej, bliżej łask Twoich, Boże
Maleńkie dary zbieram jak perły cenne
By dzielić się nimi hojnie.
Moc Miłości
Pragnę skryć się w Twoich ramionach, Jezu
Ramionach Miłości
Niech chronią mnie jak grota na pustyni
Przed upałem dnia, zimnem ciemnej nocy
Niech lęki moje pustynny wiatr rozwieje
A Górę Kuszenia mgła pokryje
Niech wiara moja trwałą skałą groty będzie
Opierającą się pustynnym wichrom
Szukam, Panie, takiego świętego miejsca w sobie
Które złączyłoby nas na wieczność
Szukam ducha, który Twego Świętego Ducha, rozpozna
Rozpoznaję Twoje kroki, Panie
Rozpoznaję też mój grzech, kiedy milknie echo Twoich kroków
Choć ciągle widzę ramiona Twoje, wyciągnięte ku mnie
Jakby czas przestał istnieć
Bo Miłości Twojej czas nie dotyka
Stoimy tak naprzeciw siebie
Ty ze swoją Mocą, ja ze swoją słabością
Pomiędzy nami, Twój boski krzyż zbawczy
I mój ludzki, maleńki
I głos słyszę: sięgnij po Mój krzyż
Grotą będzie dla ciebie upragnioną
Ramionami Mojej Miłości
Na nim odnajdziesz świętość swego ducha
Na nim spotkanie Mego i twego ducha się dokona
I żaden wicher, żaden upał, żadna zimna, ciemna noc
Mocy Mojej Miłości, do ciebie, nie pokona.
Zwątpienie
Kiedy nad brzegiem stoimy w zwątpieniu
W nurt rzeki życia wpatrując się z lękiem
Łodzi szukamy, która nas przeprawi
Na drugi brzeg, gdzie widać nadzieję
Brzegów takich w życiu nie unikniemy
Jedynie puste serce nie boi się tonąć
Naturę naszą ziemskie tkają wartości
Często łódź wybieramy niewłaściwą
I choć brzeg nadziei chcieliśmy osiągnąć
Z nurtem zwątpień spływamy dalej
Łódź, której tak zaufaliśmy
Statkiem okazała się, papierowym
Jedna łódź ku światłu nadziei płynie
Do brzegu, gdzie zwątpienia gasną
I nie jest to statek w pełnej gali
To łódź, z uśpionym Chrystusem
Gdy życie swoje jej powierzysz
Burz nie unikniesz i gwałtownej fali
I nie raz, z lękiem krzykniesz, jak uczniowie Pana
Jezu, obudź się, łódź tonie!
I choćbyś odwagę miał przez chwilę, Piotra
Biegnącego z ufnością po wodzie, do Jezusa
I ty, jak on, zachłyśniesz się lękiem
Ale dłoń Jezusa, wyciągnie cię z toni
Gościem ludzkiej natury jest lęk i zwątpienie
Łaską, wiara i zaufanie Bogu
Krzycz więc w zwątpieniu: Jezu, tonę!
I czekaj, On z miłością, do ciebie przybiegnie.
Ratunek
Jeśli ptaków nie słyszysz śpiewających za oknem
Wschód i zachód słońca cię nie zachwyca
Jeśli twarze przechodniów są dla ciebie obce
Kwiaty cię nie cieszą barwą i urokiem
Jeśli złość nosisz jak stary sweter, podarty
Miłość wydaje ci się uczuciem za drogim
A życie, skałą twardą, po której mocno trzeba kroczyć
To jakbyś zamarł w swej istocie, człowieku
I to co piękne w tobie, usnęło snem twardym
Wiedz, że ze skały, łzy nikt nie wyciśnie
Krwi życiodajnej też w niej nie ma
Uśmiech, pycha zakrywa, nie rozjaśnia twarzy
A złość odstrasza, nawet ostatniego życzliwego
Słońce nad twą głową, będzie tylko światła złudą
Kwiaty i ludzie, przeszkodą do celu
Kamieniem się staniesz, kaleczącym, głuchym
A serce twoje, dla ludzi i świata, zamilknie
Lecz jest dla ciebie ratunek, człowieku ze stali
Kogoś, kiedyś, na krzyżu, jak w twoją, wbito skałę
Na świat wylała się modlitwa miłosierna
Dla serc, które w grzechu skamieniały
To Jezus odarty do naga, ubrany w szatę miłosnego bólu
On, rzeźbiarz Miłości, krzyżem, nie bolesnym dłutem
Pragnął wyryć w tobie, znak bożej miłości
Znak, który serce otwiera, dla piękna życia, w niebie i na ziemi
Zerwany różaniec
Na pewnej sobotniej mszy porannej
Świat ujrzałam w sercu, opasany różańcem
Maryja pod krzyżem, sięgającym nieba
Stała ze łzami na twarzy
Różaniec, z kul był brązowych
A kule, jakby z chropowatej materii
Każda, inny miała rzeźbiony rysunek
Różaniec, jak wstęga obejmował ziemię
I zrywał się nad jej pewnymi fragmentami
Wojny tam widziałam, śmierć i łzy ludzkie
Zerwany różaniec i modlitwa przerwana …
Krzyże powalone i puste świątynie
Tylko pycha ludzka w szalonym wichru pędzie
Sterowała czołgami, strzelając złością w niebo
I inny naraz ujrzałam różaniec
Z białych hostii jak naszyjnik był upleciony
Z niektórych, krew obficie spływała na ziemię
Przypomnienie o Męce Pana naszego
O, przerwany różańcu Maryi, porzucony w świecie pychy
Jeśli ludzie odrzucą cię i zbawczą krew bożego Syna
Kto przyjdzie nam na ratunek?
Mów, serce moje
Przed Świętym Sakramentem klękam
Miłosiernym spowiednikiem duszy
Słów nie znajduję pięknych, ot, czasem kilka westchnień
W głos się wsłuchuję serca, niech ono mówi do Pana
Niech z westchnień głęboko skrytych
Pragnienia serca zmienią się w słowa
Cisza zalega we mnie, melodie świata milkną
Serce wpatrzone w Pana, przemawia słowami własnymi
Modlitwy pragnę, Ojcze, tak ufnej jakby była ostatnia
Niech kropką każdego zdania będzie łza błagalna
O miłość proszę taką, by nie przestała płynąć
Do ludzi, których nie mogę zrozumieć
I tam oskarżeń nie budowała
W oczy Twe, Panie, pragnę być tak wpatrzona
By uśmiech w nich dostrzec i smutek
Radością się cieszyć Twoją i żal Twój wynagradzać
Na obraz Twój zawieszony w kościele, czy domu moim
Spoglądać jak na żywą postać, a nie na malowany obraz
Rozmawiać chcę z Tobą, Panie, z dziecięcym zachwytem twarzy
I słyszeć chcę Twoje słowa, gdy Ty chcesz mnie o coś prosić
Ja wiem, że życie ludzkie to kalejdoskop ciemności i światła
Czas uśpienia duszy i czas, gdy się budzi
Gdy dotkniesz mnie, Panie, nocą ciemności
I krzyża Syna Twego, szukać będę ślepymi oczami
Aniołów ześlij Ojcze, proszę, swemu dziecku
By wzrokiem moim byli
I pieśń śpiewali o Twoim Miłosierdziu.
Dawca Miłości
Mówisz mi - nie mam łaski wiary
Drzewem jestem zasianym na polu
Oczekującym na wiatr, znak mocy Boga
On ugnie mnie, korzenie moje wyrwie z niewiary
Czy wiarą się napełnisz, gdy korzenie uschną?
Drzewo ku słońcu uniesione, kwitnie
Choć chmur i słońca nie sięga
Natura karmi go deszczem i ciepłem
Pycha człowieka chce dotknąć słońca
Mówisz mi - miłością darzę bliskich
Ja nie widzę twej miłości oczami, ale ci wierzę
Znakiem twej miłości jest poświęcenie
Czyż Ofiara Męki Jezusa nie jest poświęceniem?
Bezcennym Darem Miłosiernej Miłości Boga?
Są ludzie, którzy na szczyty gór się wspinają
Szukając doświadczenia tajemnicy
Co czuje ten, który w pokornej słabości
U stóp góry klęczy, zachwycając się jej pięknem?
Garść trawy w rękę bierze, barwą, zapachem się zachwyca
I choć szczytu góry nie osiągnął
Radość czuje i zachwyt nad dziełem Stwórcy
Znaki Jego widzi, serce czuje smak Miłości
Gdy głód czujesz, czy o bochenku całym marzysz?
Czy mała kromka go nie zaspokoi?
W pamięci masz rękę matki, gdy ci ją podaje
Smak, jeszcze po latach czujesz, tego miłosnego gestu
Bóg też chce cię karmić miłosnym dotykiem
Nie szukaj Boga na szczytach swego rozumu
W świecie, który hołduje leniwej sytości
Szukaj Go w pięknie Jego znaków otaczającej natury
W dziełach, które najzdolniejszy artysta
Nie jest zdolny oddać słowem, obrazem
Szukaj Go w ludzkiej ofiarności
W Ofierze Eucharystii, modlitwie, łaskę wiary zsyłającą
Jeśli serce twoje potrafi darzyć miłością
Jakże więc w Dawcę Miłości masz nie wierzyć?
Niedokończony obraz
Dziwny obraz ujrzałam przed oczami
Szaro-niebieski, niedokończony
Jakby malarz, na chwilę, odszedł od sztalug
Szukając twórczych natchnień
Na obrazie, ocean wzburzony, pusta plaża
I dwoje ludzi, sylwetki bez rysów twarzy
Jeden z nich, kotwicę miał przy nodze
Drugi wlókł kulę żelazną, jak galernik
Obaj, śmiało, bez wahania, w wody oceanu wkraczali
Co chciał tym obrazem malarz przekazać?
Czym był dla niego ocean wzburzony?
Wizją życia, w walce o przetrwanie?
Odmętem, pochłaniającym człowieka?
Samotna, z myślami, stałam przed obrazem
I dręczący niepokój wlał się w moje serce
Dlaczego, ten z kotwicą, odważnie zanurzał się w wodzie?
Dlaczego, ten z ciężką kulą, nie bał się utonąć?
I nagle anioł przyniósł mi natchnienie
Człowiek z kotwicą, w ocean wkraczał z wiarą
Iż Bóg zarzuci ją, przed zbyt groźną falą
Ta kotwica, to ufność w przykazania boże
One są ochroną, gdy odmęt zła wciąga
Człowiek z kulą żelazną, wiarą w siły własne
W ocean życia wpływa, pełen próżnej pychy
Dla obu … to walka o wieczne przetrwanie …
I nagle niepokój mój, wyparła nadzieja:
Kiedy malarz wróci z natchnieniem od Boga
Łódź domaluje gdzieś na horyzoncie
Na łodzi napis, światłem błyszczący
A treść jego: Miłosierdzie czeka.
Blaski świata
Mnóstwo świateł pobłyskuje ludziom przed oczami
Wabią jak ogniki obiecujące: pójdź za mną
Gdy wieczorem wpatrujemy się w płynącą wodę
W falach błąkają się jedynie światła odbite
Wrażenie masz, że są światłem - znakiem
Lecz gdy źródło ich zgaśnie lub drzewo przysłoni
Ułudą są jedynie, chwilowym odblaskiem
I ciemność pochłania cię znowu
Takim się wydają światła tego świata
Kariera w światłach fleszy, ułuda blasku bogactwa
Pycha zdobiona lampkami kolorowymi
To światła teatru tego świata, które kiedyś zgasną
Tak łatwo myli człowiek światełka odbite
Ze źródłem światła Prawdy, które nigdy nie gaśnie
Ułudę myli, oszustwo świateł odbitych
I Boga, Stwórcę Wiecznego Światła
Daj Boże doznać wszystkim ludziom
Blasku Twojej Miłości, nigdy nie gasnącej
Niech żaden błędny ognik tego świata
Nie zwabi ludzi, prowadząc ich w ciemności.
Fale łask
Chciałam Ci, Boże, tylko podziękować
W prostej modlitwie, szarego dnia
Za łaski od Ciebie otrzymane
A zachwytem serca mnie obdarzyłeś
Jakby KTOŚ tamę zerwał na niebiańskiej rzece
Bogactwo ukazując łask płynących
Zadziwiona stałam nad nurtem tej rzeki
Nad mocą fal bożego miłosierdzia …
Wstąp w tę rzekę, usłyszałam, daj się ponieść jej wodom
To Ofiara Jezusa, zerwała tę tamę!
Ne bez lęku zanurzam w niej stopy
Bagażu życia trzymam się, deską jest ratunku
Niepewnie płynę z nurtem tej rzeki
Miłosierne fale, topią mój bagaż życia
Tylko ja … i fale łask, życzliwie oczyszczające
Na środku rzeki, trud odczuwam pływania
Fale łask są piękne, ale wymagają trudu pływaka
Szepczą o bezinteresownej miłości, o zaufaniu Bogu
O wierze, przebaczeniu dla raniących serce, o cierpieniu
Rzeka, którą płynę … oceanem się staje bezkresnym
Lękam się słabości, lękam się wyrzucenia na brzeg
Bolesnym krzykiem przywołuję białą hostię
Znak mocy, płynący ponad falami
Bądź ze mną, krzyczę, Tobie, Boże, zaufałam!
Na ścieżkach wiary
Na drogę życia jesteśmy rzuceni
W bezradność niemowlęcą ubrani
Świat jest dla nas odczuciem ciepła, zimna, smaku
Potrzebą bezpieczeństwa dla maleńkiego ciała
Lata mijają, umysł niespokojny zadaje pytania
O drogę wiary, w sens swego istnienia
O spotkanie ze światłem, prowadzącym do Prawdy
Serce niespokojne szuka tego światła …
A kiedy ścieżkę taką znajdziemy
Na której miłość nasza z Miłością światła się spotka
Drogę wrażeń i zmysłów ciała, opuszczamy
Na ścieżkę wiary wkraczamy …
Ścieżka ta nie jest kwieciem usłana
Choć w pobliżu, pieśni słychać pięknych aniołów
W pielgrzymce wiary, wąskie czekają groty
Często, bolesna ciemność, usłana krzyżami
Światło przygasa, krzyże grzechów ranią ciało
Jak ostre gwoździe, wbite w gładką groty ścianę
Rąk unieść nie możemy, lęk krąży nad głową
I szept wrogi się niesie: zawróć z tej drogi …
I trzeba mocy modlitwy o cud wiary w Boga
By w ociemniałych oczach, nadal widzieć światło
Na klęczkach, z ufnością, w pokorze iść dalej
Niech krzyż Chrystusa w naszych dłoniach, ku światłu prowadzi
Nie ma, do Ciebie Boże, ścieżek wiary, wygodnych
Naszą wiarę sprawdzasz w świetle dnia i w nocy
Lecz Miłosierdzie Twoje, zna ludzkie słabości
A ręka Twoja, pielgrzyma wiary, podtrzymuje w drodze i chroni.
Daj mi Boże, słowa …
Jak dziwną władzę mają ludzkie słowa
Można je wymawiać, ale w nie, nie wierzyć
Można je z wiarą głosić ludziom
Lecz niewielu zechce w nie uwierzyć
Płyną piękne słowa, obłokiem po niebie
Wiatr je pogania, nie wiadomo dokąd
Pustka zostaje, nawet dźwięk gdzieś ginie …
Są słowa, które taką czynią w sercu władzę
Iż stają się skałą, kamieniem milowym
Mur w sercu stawiają i mocy dodają
I choć mogą ranić, ciężarem swej prawdy
Opoką są, na której, dom swój budujemy
Na fundamencie ufności i wiary
Bo słowa Prawdy, Oblicze mają Wszechmocnego
Daj mi Boże, słowa jak kamienie trwałe
Niech głuchnę na te, które wabią fałszem
Niech nawet w bólu będę je wymawiać
Jak niemowa, który cudem odzyskał mowę
Daj mi Boże, Twoje słowa, słowa Miłości
Z nich zbuduję w sercu przestronną kaplicę
W niej, modlitwą szczerą, wielbić będę Ciebie.
Ocean wiary
Czasem w sennych marzeniach widzimy obrazy
Jakby zmarły malarz nadal tworzył dzieła
Bez płótna, farby i sztalugi, siłą jedynie wyobraźni
I przesyłał je do galerii snów ludzkich
Widziałam taki obraz – ocean wzburzony
Z bieli fal spienionych, wyfruwały ptaki
Z oceanu wyłaniał się żywy Pan Jezus
I ręce wyciągał do ludzi stojących na brzegu
Symbolem wiary wydawał się tajemniczy ocean
Tam, gdzie zapraszał sam Jezus
Prawdziwa wiara nie trwa bezpiecznie na brzegu
Musi z zaufaniem zanurzyć się w Prawdzie
I dotknąć jej jak pływak poddawany falom
Napić się, a nawet zachłysnąć wodą żywej wiary
Walczyć do bólu ze złem, o dobre przetrwanie
Dziękować za łaskawość pomocnych rąk Boga
I choć lęk czasami wciąga nas w odmęty
Zalewają fale spojrzeń, obojętnych widzów na brzegu
Nasza moc, nie w sile naszych mięśni
Lecz w Bogu, Jego Obietnicy, wiecznego zbawienia.
Twarze i słowa
Twarze nam dałeś, Boże i słowa
To z nich czytamy jak z otwartej księgi
Emocje, uczucia skrywane w człowieku
Piękno lub brzydotę jego wnętrza
Są słowa i twarze tak piękne
I nie myślę tu o urodzie fizycznej
Kiedy na nie patrzymy, słów ich słuchamy
Czujemy moc Ducha Świętego, spływającą na nas
To artyści słów bożych i prawd wiecznych
Z twarzy ich czytamy o sile ich wiary
I nie muszą ich wygłaszać głośno i z patosem
Życiem swym poświadczają prawdziwość słów swoich
Nie z tej ziemi wydają się wysłannikami
Świętymi chcemy ich nazwać, lecz oni grzesznikami się czują
Nieobca im samotność pośród wrogich twarzy
I ciało ich cierpi, bólem dotknięte
Skąd moc czerpią, by nie polec w walce
Z ludźmi o twarzach pełnych pychy i słów wzgardy?
Czy serca i ciała ich ulepiono z lepszej gliny?
Czy może odkryli, otwarte w niebie, okno?
Tajemnicą bożej łaski niech zostanie ich życie
Oni głoszą nam, że czas zła ma śmiertelny wymiar
Na spotkanie z Dobrem wieczności prowadzą ich słowa
A ich życie, pełne miłości, świadectwem jest prawd objawionych.
Dar miłości
Jeśli łaskę otrzymałeś wypełnienia serca
Miłością, która ponad zmysłami góruje
I nie pragnie wzajemności, spłaty i oddania
Dar otrzymałeś od Ducha Świętego najdroższy
Wolność obdarowywania miłością …
Z więzów ciała uwolniony, doświadczasz
Unoszenia się ponad ludzkie przywary, grzechy
Nie osądzasz, Bogu zostawiając sąd
Twoja miłość pławiąc się w wolności
Nie czuje się dotknięta, spragniona
Jest jak życiodajne, czyste powietrze
Gotowe, dzielić się oddechem, rozdawać perły
Z niewyczerpalnego źródła tej Miłości
Jesteś ptakiem obdarowanym przestrzenią
Uwolnionym, z więzienia, klatki ciała
Krępującym cię, oczekiwaniem na wdzięczność
O, piękny darze Miłości Ducha Świętego
Dany duszy jak śpiewna modlitwa
Jeśli raz usłyszysz jej dźwięki
Trwać będzie w tobie, płomieniem niegasnącym
Co chciałeś mi Panie, powiedzieć?
Kiedy w milczącą adorację zapadła ma dusza
Obrazy ujrzałam jakby z dziecięcej bajki
Ku jasnej plamie, gorących promieni słonecznych
Owad mały, wspinał się ku górze
Deszcz spadł kroplami rzęsistymi
I mały owad zsunął się z pagórka
Po deszczu osuszył zmoknięte skrzydełka
I znów ponowił wspinaczkę ku promieniom słońca
Lecz jakby mało było tego trudu
Śnieg go przysypał białymi płatkami
Mimo to, owad przetrwał w śnieżnym puchu
I dążył uparcie ku promieniom słońca …
Cóż chciałeś mi Panie, powiedzieć, tą dziecięcą bajką
O naszej ludzkiej drodze ku Tobie, o walce w świecie, o wiarę
O walce, ze „śniegiem i deszczem” grzechów własnych i cudzych
W świecie pokrytym śmieciami zła, jak ów owad pod śniegiem
Ile wysiłku potrzeba, w samotnej nieraz walce ze sobą
By iść za Twoim światłem, a nie latarni blaskiem
By nogi swe zanurzać, nie tylko w trawach radości
Lecz szukać pomiędzy nimi, śladów krwi Pana naszego
Wiodących na Golgotę, gdzie czeka nasze zbawienie
Jak przetrwać pod kroplami, deszczu wątpliwości
Z nadziei słów Pana, moc czerpać i z Eucharystii
Gdy trud tej drogi poznasz, usłyszałam w sercu
Siła w tobie zakwitnie, zło jej nie pokona
I żaden deszcz, śnieg świata, nie wyrwie mojej miłości do ciebie.
Bez odpowiedzi
Gdy coś się kończy, a coś nowego zaczyna
Myśli przychodzą, co ziarnem było
Rzuconym na rolę życia, które nie wzrosło
A co pszenicą zakwitło, na chleb powszedni
Nad życiem ludzi zaczęłam rozważać
Tych, co już dawno, bądź ostatnio odeszli
Karty ich losu przeglądam uważnie
Tajemniczym są dla mnie, pisane pismem
Dlaczego jedni wpół drogi odeszli
Z kartą życia, które puste miało miejsca?
Dlaczego inni, z zapisaną trudami kartą
Dźwigają życie jak wielbłąd swe garby?
I choćbym dniem i nocą snuła swe domysły
Odpowiedzi nie znajdę, Bóg ją zna jedynie
Gdy karty życia studiuję, tych co już odeszli
Widzę ich gasnące marzenia, w płomyku znicza na grobie
I myśl przychodzi dziwna, może my jesteśmy
Kwiatami w ogrodzie Stwórcy swego, Pana?
Jedne kwiaty, choć pąkiem są zaledwie, rozsiewają zapach
Na zapach innych czekać trzeba, aż płatki rozłożą
I nikt z nas, tu na ziemi, szyfru życia nie zna
Tajemnicą go zakrył Bóg, Pan Życia i Śmierci
Lecz jedną przed nami odkrył tajemnicę
Iż wartość życia, skalą miłości się mierzy
I nie jest ważna długość życia w latach
Ilość stawianych domów, mostów, napisanych książek
Ważna jest miłość, którą Bogu i ludziom dajemy
Pamięć o tej miłości zdobi karty życia tych, co jeszcze nie odeszli.
Źródło pustyni
Jest czas pokuty, gdy o wiarę walczymy
Na pustynię, rzuceni jałową
Oczu Boga szukamy w udręce
Doświadczani ciemnością nocy
Słowa modlitwy, niegdyś życiodajne
W alfabet się zmieniają obcego języka
W tej martwej ciszy, na pustynnym wygnaniu
Walkę toczymy, o wiarę, o Boga
W upale pustynnym, szatan kusi ciało
Omamem oazy sycącej pragnienie
Jest na tej pustyni, także źródło czystej wody
Z tęsknoty za człowiekiem, wypływa spod skały
W lustrze tego źródła, Bóg utkwił spojrzenie
Cierpliwie czekając na człowieka „w ciemności”
Szum tego źródła, echo słów Miłości niesie
Nurt tej wody, do światła wiedzie, prosto w ramiona Boga.
W Kolejce Życia
W Kolejce Życia stanęłam …
Wiła się jak kolorowa lina
Z ludzkich istnień utworzona
Rzucona pośród dni i lat ludzkiego trwania
Szmer głosów wieścił o darach wspaniałych
Które, pierwsi z kolejki otrzymują
Przedziwna to była kolejka
Ludzi cierpliwych, z różańcem, biblią, modlitwą
I niespokojnych, wybiegających, szukających własnych dróg
Znudzonych oczekiwaniem
Mijały dni i lata, pełne poruszeń w Kolejce Życia
Z rąk oczekujących wypadał różaniec, biblia
Nadzieja słabła w Kolejce Życia
Odchodzili z niej, zmęczeni dźwiganiem krzyża
Który spadał nieoczekiwanie z obłoków
Zawiedzeni się czuli, takim obdarowaniem
Niektórzy chwytali ten krzyż i przytulali …
Unosiłam się i opadałam w swojej nadziei
Na przemian w światło idąc i w ciemność zapadając
Darów braknie dla ostatnich, krzyczała ciemność
Światło dodawało wiary …
Anioł stał przy mnie jak Stróż nieugięty
Stój, krzyczał, gdy nogi słabły
Stoję dalej e tej przedziwnej Kolejce Życia
Jak biblijni robotnicy, którzy przyszli ostatni po zapłatę
Wierząc, iż Bóg w swym Skarbcu Miłosierdzia
Dla tych ostatnich, ma też złotą monetę Miłości.
Sen
To był sen, ale dziwnie realny
Unosiłam się nad bogatym miastem
Pachniało sztucznym zapachem
Zadziwiało ciszą pustych ulic
Jakby ktoś zabronił ptakom śpiewu
A ludziom odebrał mowę
Znam to miasto, pomyślałam, sprzed lat
Czyżbym przekroczyła barierę czasu?
Szukałam znajomych kościołów i posągów
Jakaś siła prowadziła mnie
Do miejsca, gdzie stał magazyn wielki
Leżały w nim, ułożone w stosy, kamienne anioły
Martwe, z bezradnie rozłożonymi skrzydłami
Nie pasowały do tego miasta
Czyżby anioły ciszę zakłócały?
Chciałam unieść jeden posąg, ożywić go
Rozprostować martwe skrzydła, modlitwą
Twarz anioła patrzyła na mnie, niema
Z oczu płynęły krople, łzy czy resztki deszczu?
Pośród posągów, nagłe poruszenie
Maleńki aniołek cichym oddechem, dawał znak życia
Jak dziecko narodzone z umierającej matki
Chwyciłam w ramiona kamienny posążek
Uniosłam wysoko nad miastem
Na pustym cokole, zarośniętym trawą
Ustawiłam mojego aniołka
Nadzieję na życie, na głos modlitwy w cichym mieście
Obok cokołu leżał metalowy, zardzewiały krzyż
Dałam go aniołkowi do rąk
A on … rósł i stawał się wielkim aniołem.
Lustro
Człowieka ujrzałam niewidomego
Z twarzą, kalectwem wykrzywioną
Jakby rzeźbiarz ludzkich rysów
Ból w niej wykuł skamieniały
Ostrymi cięciami dłuta
Łaską jest, pomyślałam, Boże
Iż człowiek ten, nie widzi się w lustrze
I nagle, surowy głos usłyszałam wyraźnie:
Czymże jest, odbita w lustrze, brzydota twarzy
Wobec brzydoty grzechów, w nim niewidzialnych?
Dzięki Ci Boże, za naukę, daną oczom moim
One na człowieka patrzą, poprzez martwe lustro
Pycha się w nim odbija i ślepota serca
Prawdy ono nie zna, o duszy człowieka
O istocie jego przeznaczenia
I nagle twarz ujrzałam Jezusa
Oplutą, poranioną, całą zakrwawioną
W ludzkim lustrze, brzydotą by się odbiła
Na chuście Weroniki, na jej sercu czułym
Pięknem zajaśniała, ofiarą świętą
Brzydotę naszych grzechów, poniosłeś, Jezu
Aż na Golgotę, by Męką swoją nas zbawić
Ty, który grzechu nie znałeś, sam grzechem się stałeś
By człowiek, przeglądając się, w lustrze Twej Ofiary
Rozbił fałszywe lustra, które grzech ukrywają
I grzech swój rozpoznał, w ranach Ciała Twego
Błagając: daj mi Boże, łaskę przebaczenia
Książka
Mała paczka owinięta kolorowym papierem
Nadzieja na spokojny wieczór
Samotny, ale szczęśliwy
Ktoś wypisał w niej swoje myśli
A może tylko opisał życie
O jakim marzył?
Wertuję książki pełne słów, zdań
Czy odnajdę siebie w cudzych myślach, tęsknotach?
Poznaję świat innych ludzi, często daleki
Inny od mojego, ciekawszy, mimo to, dziwnie wspólny
Gdzieś między wierszami, na białym pasku, bez druku
Dopisuję własne życie, aby była całość
Już wiem, że nie liczą się słowa, opisy
Przeróżne, wymyślone akcje
Zapominam o nich często
Szukam w książkach potwierdzenia, że oni, autorzy
Także czekają, aż przyjdzie do nich Prawda
Ta Jedyna, Wielka, dla której warto tworzyć.
Dzieciątko na śniegu
W pewien mroźny, adwentowy poranek
Dar otrzymałam przedziwny
Na ławce pełnej śnieżnego puchu
Ktoś Dzieciątko maleńkie w kołysce zostawił
Samotnie leżało wśród bieli
Maleńkie jak palec dziecka
Czyżby anioł Cię zgubił z dziurawej kieszeni?
Czy przeszkadzałeś komuś, przy świątecznym stole?
Twoja samotność w tej biednej kołysce
Była tak bolesna, a zarazem święta
W sercu moim ożyła macierzyńskim ciepłem
Darem byłeś dla mnie niezwykłym
Choć przez kogoś porzuconym, jak gipsowa kukiełka
Byłeś darem, cichutko szepczącym
O sensie swych narodzin …
Szeptałeś mi, iż nic Cię nie trwoży
Ani hałas ulic, mróz, nawet odrzucenie
Porzucony w kołysce, bez Matki, aniołów
Cierpliwie, z bólem czekasz, na miłość naszą
A może także, na modlitwę moją?
Za tych, którzy z serc Cię wyrzucili
I w lodowej tkwią, jaskini życia
Czekasz cierpliwy, lat już setki
W kołysce drewnianej i na krzyżu świętym
Z przesłaniem, o Miłości bożej
Tak wielkiej, że aż niepojętej.
Powrót dziecka
Oczy zamykam, by w pokornym przyzwoleniu
Czas życia przeszły, z obecnym przemieszać
Obrazów poszukać, których nielitościwy zegar
Nie zdążył jeszcze utopić w jeziorze niepamięci
Widzę małą dziewczynkę w krakowskim stroju
U stóp ołtarza, z dziećmi, na mszy siedzi
Ksiądz kazanie głosi, dziecko go nie rozumie
Zapach słodkich lilii chłonie i nastrój kościoła
Jeszcze szata anioła ochrania niewinność dziecka
Jeszcze dziecko trwa w uścisku Nieba
Z ufnością spoglądając na otaczający świat
Z dziecięcą ufnością, podarowaną obficie, przez chrzest
Czas przepłynął rwącą rzeką, nie ma już tamtego dziecka
Ostre łokcie życia, rozpychają codzienność, by przetrwać
Spojrzenie dorosłego nieufne, ran życia nie zapomina
Najczęściej słyszy: ratuj się sam, jesteś dorosły …
Cofam film życia, sięgam do spichlerza wspomnień
Przed ołtarzem klękam, przywołując w sercu tamto dziecko
I proszę: prowadź mnie drogą swej dziecięcej ufności, ku Bogu
Zmartwychwstań we mnie, darem dziecięctwa bożego
Bym powróciła tam, gdzie ufność
Otwiera oczy i uszy na radość Nieba
Gdzie aniołowie wymiatają skrzydłami lęk
Gdzie moc ufności we mnie … karmi bliźnich tą radością.
Miałam sen
Jeszcze sen nie uleciał
Jeszcze modlitwa czekała na spełnienie
Gdy w przedziwnym zatopiłam się świecie
Ulice podobne do moich
Ludzie wtopieni w ich hałaśliwy rytm
Twarze nieznane, młode i dojrzałe
Idę w tym śnie z moimi pragnieniami
Uśmiechu, przyjaźni …
Rękę wyciągam do kolejnych przechodniów
„Nie znam cię, człowieku” – mówią
Jakby innych słów nie znali
Anioł mój przerywa tę smutną wędrówkę
Szepcząc: w czyściec wstąpiłaś w tym śnie swoim
Drogi szukaj wyjścia
Gdzieś w dali, skrzyżowanie widzę dziwne
Jakby wielki krzyż rozłożony na asfalcie
Jego szerokie ramiona puste są
Wolne od ludzkich stóp
Samotne skrzyżowanie ulic, samotny krzyż
Czekający na przechodniów z mojego snu
Czekający, aż czyściec go odkryje
Aż zamilkną słowa: nie znam cię, człowieku
Staję w samym jego środku
Samotna, choć obok kłębi się tłum
Ciśnie się na wąskich uliczkach
Przedziwny świat obojętnych ludzi
Nie bój się – słyszę głos swego anioła
Wołaj do tych, którzy się błąkają
Módl się, w swej bolesnej samotności
Ty jeszcze możesz dotknąć krzyża
Czyściec czeka na twe wołania i modlitwy
Czeka … na tych, którzy powiedzą:
Znam … i kocham cię, człowieku.
Piękno obrazu
Szczęście, rozpacz, miłość, nadzieja
Kolory mają, z palety życia wzięte
Są tęczą barw, pędzel artysty nimi maluje
Piękne są, gdy tajemnicę ludzkiej tęsknoty
Na płótnie uwieczniają, dla wielu pokoleń
Czasem lata mijają, niespokojne twórczo
A na płótnie … tylko ciemne smugi
Miesza artysta farby, zapatrzony w swój talent
A na obrazach farby nijakie
Postacie martwe, jak ptaki, niechętne do lotu
Sztalugi zasłania płótnem białym
Niepokój wkrada się w serce malarza
Gdzie jesteś, pyta, tajemnicza tęsknoto?
Gdzie źródło barw najszlachetniejszych?
Czasem Ten, który w ręku trzyma, pakiet barw pięknych
Głosem anioła, z obrazu mistrzów dawnych
Prowadzi artystę do miejsc świętych
Może tam, pozna tajemnicę swej tęsknoty?
We łzach rozpuści chłód serca i pychę talentu
Artystą życia się stanie, nie tylko malarstwa
Gdy na obrazach swych, odnalezioną tęsknotę umieści
I mistrzem się stanie, pięknem żyjących obrazów.
Kolory życia
Życie nasze tkamy jak kilim na krosnach
Z nici przez czas podrzuconych, wybieramy kolory
Wzór na nim, barwą cieszy oczy
Szarość w niego wpleciona zadumę budzi
Z motka czarnej wełny, który los zagubił
W kilim życia wplatamy czerń smutnej żałoby
I kiedy na deseń patrzymy, obraz przeszłych zdarzeń
Cieszy nas wspomnienie koloru, radosnej zabawy
Łzy ocieramy, dotykając delikatnie czerni
Jest w kilimie życia, pieczołowicie tkanym
Miejsce, o którym zapomnieć nie można
Miejsce utkane ze znaków, czyniących życie świętym
One błyszczą pięknem światła wiecznego
Znaki te, to krzyż i żłóbek Jezusa
Światła Nadziei zapalone ręką Boga
Bez nich, nasz kilim, to zwykła materia
Choćby z najdroższych był utkany nici
A gdy ciemność nocy przyjdzie, kolorów jego nie ujrzymy.
Nasze Getsemani
Głębokiej doznałam serca przemiany
Ból Twój rozważając, Jezu, w Getsemani
Apostołów prosiłeś by trwali przy Tobie
Lecz oni strudzeni, zasnęli
Towarzyszem Ci była martwa skała
Kielich goryczy jaśniejący w mroku
Siostrą, samotność, w tej chwili udręki
Krwawego potu, nikt nie otarł z ciała
Przeznaczeniem Twoim było, zbawienie człowieka
Cóż z Getsemani zrozumiał dziś człowiek
Pielgrzymujący po śladach męki Jezusa?
Kiedy sercem dotknie czasu Twego Ogrójca
Rozpozna w swym życiu … własne Getsemani
Te noce samotne, pełne wahań dręczących
Czy woli Boga się poddać, czy z lęku odrzucić?
Wypić gorycz życia, w pokutę zamienić?
Cierpienie własne Bogu ofiarować?
Czy iść przez życie, według własnej woli?
Są też takie święte chwile, dane człowiekowi
Kiedy staje twarzą w twarz, przed Bogiem
Bóg zadaje pytanie i milcząco czeka …
Ty, w swoim Getsemani, masz podjąć decyzję
Za miłością pójść Jego, czy za świata wygodą?
W tej walce sumienia, cóż może być dziś pociechą
W naszym ludzkim, współczesnym Getsemani?
Nie na już martwej skały i samotnej nocy
Zmartwychwstały Jezus stoi, by nas otoczyć odwagą Miłości.
Ślad, który nie znika
Idzie człowiek drogami
Przez mocodawców mamony i władzy zbudowanymi
Szczęścia szuka, porzuconego przez tych
Co dostatek ziemski mają
Ku ziemi się nisko schyla
Wydłubując dla siebie porzucone odłamki
Cudzego szczęścia, cudzych idei radości
Idzie drogami mu wskazanymi
Odurzony kolorowymi reklamami o życiu przyjemnym
Stworzonymi przez mocodawców mamony i władzy
I ufa im, iż receptę na życie mają
A gdy już wykupi w światowej aptece
Cudowny lek na szczęście - pieniądze
Wymienia je na rzeczy, głuchy na wołanie serca
Zapełnia rzeczami swoje życie
Jakby było magazynem radości
Ale dziwny smutek … nie znika
I nowych dróg szuka człowiek, nowych drzew
Pod którymi mógłby zakopać dręczący smutek
Miłość kupił, zdradziła, przyjaźń dawna, odeszła
Został kredyt, niespłacony …
Na ściany, swego dostatniego domu spogląda
Martwą ciszą mu odpowiadają …
Jeden punkt tylko na ścianie, ślad po czymś
Białą plamą się odcina, słońce i kurz go nie pokonały
To ślad po krzyżu, który dawno temu wyrzucił …
On jedyny … nie milczy
Przez lata trwał, w miłosnym, na człowieka, oczekiwaniu.
Nocna rozmowa z aniołem
Kiedy życie krąg zatoczy
I jak ptak, zmęczony długim lotem
Przysiądzie na odpoczynek
Prawdę o sobie kontempluj
Która już nie ma czasu na czekanie
Na świat patrz, darem mądrości
Mądrości swoich przeżyć i doświadczeń
Na młodych patrz, takich jak ty, kiedyś
Nieostrożnych w miłości
Walczących o mamonę, rozpychających się ostro
I już widzisz drogę ich rozczarowań
Bunt i łzy, lęk przed przyszłością
Bo sam tę drogę poznałeś
Sam na niej upadłeś ..
I dziwisz się, że człowiek ciągle te same błędy popełnia
Doświadczeń pokoleń, nie przyjmuje
Zmienia się tylko tło
Jakby ktoś nową tapetę, na starej, nakleił
Inna muzyka gra, gwałtowna, głośna
I moda bardziej rozebrana
Nagością próbuje bardziej odkryć ciało, niż myśli
Wtedy błagaj Boga o dar mądrości
Byś nie stał się jedynie pustym kręgiem
Zatoczonym przez życie
A kiedy młodsi powiedzą: świat teraz … inny
Ty wiesz, nie ma innych „światów”
Jest tylko podzielony
Wymyślony ludzką pychą
Świat bez Boga, bez miłości …
I świat odkupiony
Krzyżem Jezusa, Jego Miłością
Świat walczący ze złem
O godność człowieka
Świat Boga, błogosławiącego ludzki krzyż trudów
Dla nagrody wieczności …
Nowe serce
Pięknie, chwalić Cię, Boże
Gdy serce bije jak ptak radosny
Unoszący się w przestrzeni miłosnego zachwytu
Łaski doznał, wzbijania się wyżej i wyżej
A ciało przenika, wielka ufność i wiara
Są dni, gdy ptak radości
Skrzydła składa, niechętny do lotu
Okryty ciężką suknią smutku, troski i bólu
Zapatrzony we własną niemoc
Zapomina, jaką radość daje, unoszenie się w wierze
I myśl przychodzi, skrzydłem anioła muśnięta
Iż ptak radości, innego pokarmu pragnie
Pokarmu mocy łaski wiary, silniejszej niż uczucia
Które ulotne są, jak liść podmuchem wiatru unoszony
Przychodzą i odchodzą …
O serce nowe błagajmy Boga
Serce przebite Jego Miłością, w pokarmie Eucharystii
Źródło bijące wiecznie, nie zanikające
Źródło, słowami Ewangelii wypełnione
Tryskające spokojnym, cierpliwym rytmem
Serce czyste, stwórz we mnie, Boże
Walczące o wiarę, jak wojownik na polu pokus
Daj Panie, sercu memu, tarczę ze światła Twej łaski
A na niej krzyż Jezusa, krwią zdobiony
Niech walkę moją o silną wiarę, ze sobą samą i światem
Z Twoim, Panie, prowadzę błogosławieństwem.
Tron
Mojego Króla w ubogim żłóbku złożono
Gdy dzieci królów tego świata
W złoconych sypiały kołyskach
Mojego Króla do krzyża przybito
Tronem był Jego, z drzewa zwykłego
Gdy królowie świata na ozdobnych tronach siadali
Mojego Króla nagość i krew zdobiły
Trony i kołyski królów tego świata dawno już zmarniały
Tron mojego Króla tkwi w świecie już wieki
I choć byli i są tacy, którzy chcą go zniszczyć
Odradza się, ciągle nieśmiertelny
Bo nieba Miłością sięgnął, nie mieczem
Tron Jego, śmiertelne zbiły ręce, z drzewa
A On, krwią Swą zbawczą, dał im życie wieczne
Bose stopy Króla mojego, gwoździami do tronu przybito
By już nigdy nie dosięgły ziemi
Zmartwychwstałe, wędrowały pośród ludzi
Nadzieję dając tym, którzy w Niego uwierzyli
Z tronu krzyża zszedł, nieśmiertelność głosząc, miłości
Tym, którzy w trony ziemskie tylko wierzą i kołyski
I tym, którzy tronów – krzyży, szukają w wieczności.
Dary i prezenty
Życie nasze ozdabiamy ofiarowaniem wzajemnym
Darów nieoczekiwanych i rocznicowych prezentów
Z rąk do rąk przechodzą kwiaty, ozdobne pudełka
Czasem prezent się wydaje zbyt drogi, a czasem ubogi
Pokorny człowiek ceni każdy drobiazg pamięci
Pyszny, zawód czuje, gdy prezent go nie nęci
I tak się już dzieje z ludzką wdzięcznością
Małe serce żąda wiele, dużemu wystarczy ludzki gest przyjaźni
Są dary niewidoczne dla oczu człowieka
Zapakowane gdzieś w niebieskich przestworzach
Sam Bóg je zsyła swym niewdzięcznym dzieciom
Oczekując, że rozpoznają, od KOGO pochodzą
Czy zdrowie, dom szczęśliwy nie są darem Boga?
Wiara, której doświadczamy, łaska Eucharystii
Brak wojny i głodu w kraju, w którym żyjesz
Modlitwa za ciebie, kiedy krzyż swój dźwigasz?
Sercem się wczytaj w swoją księgę życia
Szukaj tych kartek, gdzie Bóg pieczęć swą jak dar odcisnął
I choć oczy twe nie zobaczyły tego, sumienie ci przypomina
Czy dłonie twoje dar ten przyjęły z wdzięcznością
A może wydał ci się jak prezent ubogi?
Rozważ w swym sercu dary zmarnowane i te pomnożone
I błagaj Boga abyś w swym życiu odróżnił
Święte dary Jego od zwykłych prezentów ziemskich.
Daty
Z dni składa się nasze życie
To prawda banalna
Banalne już nie są daty w naszym życiu
Jakiś dzień, w którym szczęście przyszło
Słodyczą napełniając ciało
I ten, który nieoczekiwanie zranił
Na zawsze znacząc nas, blizną niezagojoną
W pamięci mamy te daty
Jakby inne dni, czas pochłonął
Szczególnie, dla tych bolesnych
Lekarstwa nie mamy
I choć dni i lata ciągle nowym zakwitają kwiatem
Nad blizną doznanej rany
Zapachu jego nie czujemy …
Daj Boże ludziom, wiele dat szczęścia
A tym, którym blizny ran się nie goją
Z dat ich zranienia, uczyń takie święto
Które datą będzie, spotkania z Tobą
Niech łzy ich, Twoje zbiorą miłosierne dłonie
By nie wchłonęła ich, na darmo ziemia.
Przebacz im
Grzeszności swej bym nie podźwignęła
Spadając jak ptak, strzałą zła, w skrzydło raniony
Gdyby nie miłosierna ręka Boga
Która krzyż podała, zbawiający
I nie upadam, raniąc się śmiertelnie
Nie zakwitam chwastem, który plonu nie daje
Tylko chwytam się krzyża, tej nadziei ostatniej
I pośród krzyków katów i stukotu młotka
Głos słyszę Pana: przebacz im, bo nie wiedzą co czynią
Słów takich nie usłyszysz od człowieka
W świecie, który grzech umiłował i do grzechu namawia
Pełno wokół nas ptaków-ludzi, włócznią złego zranionych
Po nich, jak po polu minowym, zło triumfalnie kroczy
To ci, którzy Miłosierdziu, ręki swej nie podali
Ufając, że wolność ptaka przestrzeni będzie wiecznie trwała
I modlić się tylko należy, za tych, którzy Miłosierdziem wzgardzili
By kropla krwi z krzyża Chrystusa, sumienia ich poruszyła.
Pragnienie serca
Dałeś mi Boże, krzyż, na moją miarę
Wpierw go zważyłeś, by nie był za ciężki
Dałeś też mi Boże, Miłość Twego Syna
By posagiem była, w mej pielgrzymiej drodze
Krzyż mi dany, stworzyłeś własnymi rękami
Łagodnie złożyłeś na me ludzkie plecy
I choć przygięta idę pod jego ciężarem
Pamiętam, że to Ty Boże, jesteś jego twórcą
A kiedy sił mi braknie, krzyż mocno przytłacza
Jak żebrak błagam przed Twoim Obliczem
Daj mi Boże, Weroniki chustę
Bym pot swój otarła
Szymona przyślij, niech ze mną krzyż dźwiga
I daj mi Panie, pamięć, iż to ręce Twoje
Krzyż mi ten dały na mą ludzką miarę
Bym w trudach drogi go nie porzuciła
Bym skarg własnych, na nim nie wieszała
Pragnienie mam w sercu, źródełkiem bije żywym
Aby kiedyś, w pół drogi, między niebem a ziemią
Spotkały się ręce nasze
Bym dar ten mogła Ci oddać
Jak skarb nie zmarnowany.
Prośba o dary
Ty mnie znasz, Boże
Znasz dzień narodzin moich i dzień kresu życia
Znasz ciemność i światło mych dni
Krzyż mi dajesz nieoczekiwanie
I łaską obdarzasz, choć nie zasłużyłam
Modlitwy mi dajesz piękne, że aż serce boli
Miłością swoja zadziwiasz, cierpliwą
Gdy sama siebie, nie kocham
Przede mną idziesz jak krzak gorejący
Do ognia jego prowadzisz, do żaru Prawdy Wiecznej
Sandały zdejmij, tak jak do Mojżesza, wołasz
Bo święta jest ziemia i czas święty
Gdy chcę z tobą rozmawiać …
A ja tak boję się kaleczyć stopy
O ostre kamienie i gorące piaski
Krzak gorejący Twej Miłości widzę
I słabość czuję, by do niego dotrzeć
Daj mi, mój Boże, dary Ducha Twego
Niech rękami będą Twymi, które mnie uniosą
Niech moc Ich i błogosławieństwo Twoje
Słabość moją zamienią, w odwagę miłości
A jeśli wolą Twoją jest, bym trud drogi do Ciebie
Przeszła, raniąc stopy o kamienie życia
Daj odwagę męstwa, daj wolę zwycięstwa
A zdejmę sandały, przed ranami chroniące
I stanę przed Tobą, ja, człowiek nie-święty
Ufając, iż święta Miłość Twego Syna, mnie zbawiła
Spalając mą słabość, w ogniu Męki Jego.
Naszyjnik
Starość jest jak pęknięty naszyjnik
Z rozsypanymi wokół perełkami
Schyla się po nie, zbierając przeszły czas
Czas dawnych lat, zapachów, smaków
Dawnych grzechów i radości
Starość może być zbieraniem wspomnień
Ale też mądrością … oczyszczenia
Z namiętności ciała, pychy, próżności
Starość uczy przemijania
Tego, co nietrwałe, ulotne
Rozsypane perełki naszyjnika pokrywa kurz
Nowa młodość nawleka perełki
Na własny naszyjnik życia
Starość patrzy, z jaką radością go tworzą
Młode serca, spragnione nadziei
W naszyjnikach nowej młodości
Starość widzi nietrwały blask
Własnych, rozsypanych perełek nadziei
Rozsypanych w kurzu, jak bezwartościowe świecidełka
Chce im powiedzieć o perłach wiary, nadziei i miłości …
Młode serca słuchają nieuważnie
Przyciszonego głosu mądrej starości
I wtedy starość sięga do kieszeni palta
Pieści w dłoniach jedyny naszyjnik, który nie pęka
Różaniec … i modli się za młode serca.
Oczekiwanie
W ciemnościach grudniowych poranków
Ulic jeszcze uśpionych bezruchem
Do kościołów zdążają wierni, na roraty
Kościół ich wita wygaszonym światłem
Przedziwną tajemnicą zadumy
Nad cudem, jaki ma się wydarzyć
Dni te, są jak perły modlitwy różańcowej
Niespiesznie przesuwane, by radować się chwilą
Są jak koronka, powoli tkana, z nici nadziei
W oczekiwaniu, na arcydzieło Boga, Narodziny Syna
Przez dni tej świętej pielgrzymki, krok po kroku
Pielgrzymi rorat, do Betlejem zdążają
Wraz z nami, ku Betlejem zmierza
Maryja Matka, z Dzieciątkiem w łonie
Prosi, by lampy wiary trzymać w dłoniach
I dzielić się, oliwą miłości
Ten czas oczekiwania, to wielkie święto w niebie
Sam Bóg nam błogosławi, Zbawiciela zsyłając na ziemię.
Adwentowa modlitwa
Prowadź mnie Jezu
Gdy w ciepłych falach Twej łaski pływam
Bym nie zapomniała o Twym bólu
Prowadź mnie Jezu
Pośród fal burzliwych, gdzie nawet odważni giną
I ręki pomocnej nie oddalaj
Prowadź mnie Jezu
Po wysokich górach wiary, gdy niebo wydaje się blisko
I nie pozwól, bym w przepaść spadła
Prowadź mnie Jezu
Przez smutne równiny pól nieurodzajnych
Sił dodawaj w melancholii życia
Prowadź mnie Jezu
Przez dni ciemne, gdy światłość nie przenika
Niech dłoń Twoja, płomieniem będzie
Prowadź mnie Jezu
Gdy modlę się, a serce nie płonie
Tylko skargą jest samotności
Prowadź mnie Jezu
Przez święta uroczyste, by nie były tylko kartą świąteczną
Żłóbkiem drewnianym i lampką na choince
Prowadź mnie Jezu, drogą łaski Twojej
Na której żywą Twarz Twoją widzę
I mocno, nawet boleśnie, chcę czuć Ciebie
Dłoń moją trzymaj, w dłoni swojej.
Świat produkcji marzeń
Świat, który mnie otacza, pełen jest obrazów i dźwięków
One ciszę zakłócają nachalnym hałasem
Obcych myśli, tkwiących w filmowych obrazach
Nierzadko zło ukazując w atrakcyjnym kolorze
Muzyka zamiast pięknem brzmieć harmonii
Agresję wzbudza, burząc rytm serca
Moda, niewolniczym staje się nakazem
Określając wygląd i wartość człowieka
I zanim młody człowiek pozna to oszustwo
Już topi się w tyglu masowej produkcji
Klientem jest konsumpcyjnej reklamy
Papierowym rachunkiem za gadżet zakupiony
Łzy, miłość, cierpienie, intymne piękno człowieczeństwa
Atrakcją są dla masowego widza
Im więcej ich na ekranie, tym większy zysk producenta
Są tacy, którzy nie nadążają za rynkiem konsumpcji
Przystanku poszukują zwodniczego, zapełnienia pustki
W wizjach narkotycznych świata ułudnego
Ten świat produkcji marzeń, ma własne przesłanie
„Bogiem” stać się możesz, panem światowych okazji
Wystarczy rękę wyciągnąć i zebrać ekstra śmietankę
A już dotknie cię szczęście i cierpienie zniknie
I tylko ci, co w starym portfelu, mozolnie groszy szukają
Prawdę o świecie marzeń poznali, na dnie pustych kieszeni
Mam w sercu nadzieję, dziwnie ufną wiarę
Iż człowiek, zwabiony ideami fałszywych proroków
Rozpozna oszustwo ich błyszczących srebrników
Miłości poszuka tej, która nie kłamie
Miłości, która zraniona, do krzyża przybita
Woła do człowieka: uwierz w świętość swego życia.
Szukam szczęścia
Szukam szczęścia w moim życiu
Nie ulotnego, którego łzy nie utopią
Cierpienie go nie złamie
Przeciwności go nie zniszczą
Ono może unieść się ponad chwilowe doznania
Ze spełnionego marzenia lub łaski losu
Szukam szczęścia trudnego, odradzającego
Dającego nadzieję w tajemnicy życia
Drogą idę, pielgrzym w cielesność ubrany
To ona domaga się stanu szczęśliwości
Fałszywe idee i obrazy świata ją łudzą
Dając chwilową słodycz, zapomnienie
A potem pękają jak mydlane bańki
Pragnienie szczęścia płacze, oszukane
Oczy z żalu ku niebu unosi i błaga:
Naucz mnie, Boże, Szczęścia Twojego
Anioła słyszę, biegnącego do mnie
On o szczęściu wie więcej, niż ja
W ciszę się otulam, ona tłumi moje zmysły
W tajemnicze przestrzenie duszy prowadzi
Słowa słyszę: "za ciebie Syn Boży umarł
W Jego ramionach szukaj szczęścia wiecznego
A kiedy pojmiesz jak wielką darzy cię miłością
Dojrzysz w swym życiu szczęście, którego szukałeś".
Odwaga miłości
Jak wejść na drogę, którą szedłeś, Jezu
By wpół tej drogi, odpoczynku nie szukać?
Kim stać się, by krzyż pomagać Ci nieść
I nie zostawić Cię samotnym?
Jak nie stać nad wodami Jordanu
Na chrzest Twój patrząc z bezpiecznego brzegu?
Jak nakarmionym będąc, chlebem i rybami
Syty nie wrócić, do kolejnego grzechu?
Jak Matką Twoją się zachwycić
By ręce nasze chciały piec z Nią, chleb dla ludzi?
Jak być przy Tobie, zalanym krwią i łzami
By z Getsemani, w przerażeniu nie uciec?
Jak grotę rozpoznać, przejście z ziemi do nieba?
Jak lęku nie doznać, gdy Herod Dziecko chce zabić?
Jak trwać przy Trzech Królach, w pielgrzymiej ich drodze
By na pustyni zwątpień, się nie oddalić?
Tyle mam pytań, do Ciebie, Panie
Klęcząc przed żłóbkiem, w Betlejem
A Ty milczenie mi nakazujesz, na ustach kładąc palec
Na serce bijące Dzieciątka, oczami wskazujesz
I milkną we mnie pytania, słabością natury skażone
Dzieciątko chcę chwycić w ramiona swoje
Niech uczy mnie odwagi miłości…
Niech uczy człowieka odwagi i wiary w Miłość
Miłość, która zawsze rękę podaje w upadku
Na drodze życia przystaje i czeka…
Aż kurz otrząśniemy, swej ludzkiej słabości.
Westchnienie
Osłoń Panie Twoim Miłosierdziem
Świecę mego życia
Weź ją w swoje święte ręce
I nie pozwól wichrom tego świata ją zagasić
Zwątpieniem, smutkiem, grzechem
Postaw ją blisko siebie dla uwielbienia ołtarza
Niech blask zapalonych dla Ciebie świec
Ogarnie ją ciepłem Twoich płomieni miłości
A życiodajna oliwa Eucharystii
Umacnia we mnie pamięć świętą
O tym, że przyjęłam Twoją krew i ciało
O Ojcu, który zapalił moją świecę życia
O Nadziei, którą podzieliłeś się ze mną
Pozwalając by Twoja krew krążyła we mnie
Pomimo mej ludzkiej grzeszności
Trzymaj Panie w swoich miłosiernych rękach
Moją świecę życia
Rozniecaj jej płomień swoim oddechem
O pamięci święta, darze Ojczyzny Niebieskiej
Przypominaj ciągle skąd przyszłam i do Kogo powrócę.
Piękno
Widziałam góry potężne, spowite mgłą
Zimą otulone białym śniegiem
Morza groźnie wzburzone i falujące spokojem
Pełne kolorów wschody i zachody słońca
Tajemnicze groty, milczące pustynie
Niebo usłane chmurami i jaśniejące tysiącem gwiazd
Zachwycała mnie doskonałość przyrody
Stworzona hojną Miłością Boga
Maleńka się czułam wobec tej przestrzeni bogactwa
Dziękuję Stwórcy za łaskę daru oczu ...
Nie mogę objąć tych gór rękami
Nie dotknę słońca, gwiazd na niebie
Dłonie zanurzę tylko w przybrzeżnych wodach
Dotyk piasku poznam jedynie pod stopami
Bezbronna staję wobec ogromu tego piękna
Zamykam ten zachwyt w pamięci obrazów
Odtworzę, zamykając oczy, w smutne wieczory
Z czasem zbledną ...
Co chciałeś powiedzieć, Boże, mojej duszy
Ukazując piękno stworzone Twoją Miłością?
Klęczę przed Pięknem całego świata, Twoim Synem
Skromnie ukrytym w złotym naczyniu Tabernakulum
Przed Dzieciątkiem bezbronnym w żłobie
Przed krzyżem, na którym zawisł
Obok mnie milcząca pięknem przyroda
Nie przytulę morza, gór, pustyni
Mogę przytulić Twego Syna, Boże, w Eucharystii
Dla mnie, stał się maleńki, jak stokrotka na łące
Bezbronny jak ja, wobec potęgi przyrody
I tak bardzo spragniony miłości, mojej miłości
Czy to chciałeś mi powiedzieć, Boże
Iż prawdziwe piękno jest zawarte w miłości do Twego Syna?
Prośba do świętych
Są dni wielkiej pustki we mnie
Nie czuję Cię obok siebie, Boże
Stałeś się, jak gość najdroższy, który odjechał
Pozostawiając bolesną tęsknotę
W skrzynce pocztowej mojej duszy
Nie znajduję listów miłosnego pocieszenia
Usta z trudem wypowiadają modlitwy
Nogi z trudem prowadzą na mszę
Błagam o pomoc Ciebie, Matko Tereso
O siłę Twojego cierpienia
I Ciebie, siostro Faustyno
O zawierzenie Bożemu Miłosierdziu
Patrzcie, mówię, moje kochane
Jak słaba jestem bez pocieszenia
Jak nie potrafię uświęcić codzienności
Gdy dłoń Ojca wydaje się odległa
Rękami ściskam Wasze habity
Jak chora kobieta szaty Jezusa
Przeprowadźcie mnie bezpiecznie przez ciemność
Trudną drogą Waszej świętości
Wyproście łaskę światła Ducha Świętego
A nie płomyka świecy
Przemieńcie moje dziecięce pragnienie Boga
W dojrzałą wierność.
Moje ścieżki
Na pielgrzymkę wysłałeś mnie, Boże
W mozolną drogę przez życie
Ścieżek tyle musiałam przemierzyć
I żadne, przede mną, nie rozstąpiło się morze
Topiłam się w dniach codziennych
Czasem bez tchu, bez krzyku
Krawędzi chwytałam się bólu
Aby ponownie wypłynąć
Zawsze krzyż towarzyszył mi w drodze
Maleńki, na szyi był przy mnie
Żale i prośby słałam do Ciebie
Jak dziecko, gdy traci nadzieję
Wśród chwastów i zbóż pełnych ziaren
Ścieżka mnie wiodła do Ciebie
Poznałam noce zwątpienia
Poznałam moc Miłosierdzia
Aż przyszedł dzień, jak mgnienie światła
I morze się rozstąpiło ...
Ścieżkę wśród fal życia ujrzałam piękną
Wdzięcznością, jak bujne kwiaty, kwitła
Odeszły gdzieś moje żale i prośby, po ludzku dziecinne
Modlitwa dziękczynna serce me wypełniła
Za ręce i nogi Jezusa zranione
Za miłość płynącą z krzyża ...
Wstecz patrząc widziałam swe ścieżki pielgrzyma
Te próśb pełne i ludzkiej wdzięczności
Lecz duszy tych ścieżek było za mało
O coś walczyła, krzyczała ...
Czego chcesz duszo moja? - pytałam
Gdzieś głos usłyszałam, tak tkliwy i słodki
Broń mnie, ochraniaj, przed światem całym
Nie pozwól by ludzie mnie, czynem i słowem ranili.
Niedzielny poranek
Doznałam pięknej chwili
Uczucia tak wzniosłego, mgnienia zaledwie
Jakby dusza zapragnęła
Patrzenia oczami świętych
Doznałam radości dziękczynienia Bogu
Pękała skorupa serca
Wypływało uczucie ogromnej wdzięczności
Na twarzy łzy palące
Serce, dusza, ciało, topiły się jak wosk
Zalewała je lawa wszechogarniającej Miłości
Uczucie to spłynęło nagle porankiem
Przed modlitwą, powszedniością dnia
Jakby czekało na moje przebudzenie
Na oczyszczone snem serce
Na duszę oczekującą Pana w niedzielny poranek
Boże, modliłam się, dziękuję Ci
Za moją wiarę w Twoją miłość
Za nadzieję spotkania z Tobą
Za dotyk miłości, który przeżyłam
Za łaskę dziękczynienia, której doznałam.
To, co niewidoczne
Czy wiatr możesz zatrzymać w dłoni
Promienie słońca z dnia do nocy przenieść
Zapach żywych kwiatów zniewolić, aby aromat nie uleciał
Nakazać liściom by nie więdły
Radość uchwycić na zawsze jak ptaka w locie
Miłość zmusić do kochania ciebie
Przyjaźń wykuć w posągu kamiennym aby była trwała
Muzykę piękną i poezję tworzyć na żądanie
Nadzieję wzbudzić w sobie, gdy dotknie cierpienie?
Tyle rzeczy umiesz już zbudować, człowieku
Liczyć gwiazdy w kosmosie, naturę przemieniać
W dłoni jednak nie umiesz zatrzymać tego
Co nieuchwytne jest, lecz sens nadaje życiu
Tych chwil tęsknoty, które karmią duszę
Tajemnicą są głębi naszego istnienia
I żaden geniusz w rzecz je nie zamieni
By ci służyły, gdy tego zapragniesz
To dary boże i łaski dla serca twego
A kiedy już zrozumiesz, że dłoń nie zatrzyma
Tego co ulotne, niewidoczne dla oczu
Serce się otworzy jak piękna tkanina
Na której Bóg wypisze tajemnicze wzory
Poznasz wiarę, miłość, nadzieja rozbłyśnie
Chwycisz radość w locie, jak ptaka pięknego
Pieśń usłyszysz anielską o miłości Boga
Tajemnicę poznasz o tym, co ... choć niewidzialne
Sens nadaje i godność ludzkiemu stworzeniu.
Burza
Jak Genezaret, burzy się nasze życie
Serce mdleje od dziwnego lęku
Sen nie daje wytchnienia
Pomoc nie nadchodzi
Chmury nieufności zaciemniają
Boży horyzont Miłości
Jak dzieci wystraszone wołamy
Obudź się Jezu, ratuj
A On śpi spokojnie ...
Huk piorunów Go nie budzi
Twarz ma spokojną
Śpi jak umęczony podróżą człowiek
Jest obok nas, nie ucieka
Boże, jak wielka musi być nasza wiara
Jak nieustraszona nadzieja
Jak ufna miłość
Gdy podróżujemy z Jezusem
W naszej łódce życia, podczas burzy
Abyśmy mimo ludzkiego lęku
Pozwolili Mu odpocząć ... w drodze z nami
Ufając Jego świętej obecności
Daj nam Boże, taką miłość
Której pioruny strachu o własne życie
Nie odbiorą Jezusowi bezpiecznej obecności
W naszych sercach.
Księga Prawdy
Tyle słów kłębi się wokół nas
Tyle ksiąg zapisanych słowami
Setki słów oszukało nas
Wiele ksiąg mamiło złudzeniami
W człowieczym zapale, słów szukamy prawdy
Po nowe księgi sięgamy na półki
Prawda z nich wyczytana, ulotną się staje
Słowa niegdyś mądre, dziś puste się wydają
Czujemy, że gdzieś istnieje Prawda zapisana
Lecz życie jeszcze szuka prawdy tego świata
Jakby chciało instrukcję poznać tajemnicy życia
Osiągnięcia szczęścia, teraz, tu, na ziemi
Przyjdzie czas rozczarowań, a może łaski Pana
Gdy zranieni słowami z półek tego świata
Po księgę sięgniemy Prawdy, Pismo Święte Boga
I Prawda przemówi, słowami życia wiecznego
Serce jak brama, otworzy się na Jezusa życie
I prośbę do niebios poślemy błagalną
Daj nam Dobry Boże, taką długość życia
Byśmy nie odeszli, z księgą Prawdy, w połowie otwartą.
W biegu
Jak w maratonie, biegają dziś ludzie
W pośpiechu szukają laurów, dla swych marzeń
Czasu nie mają wstecz spojrzeć za siebie
Plecami się każdy od siebie odwraca
By szybciej i szybciej dobiec do mety
Biegną, jak gdyby wiedzieli gdzie na horyzoncie chwała
Gdzie nagroda czeka, za ich bieg szalony
W takim biegu trudno dojrzeć niebo
Uśmiechnąć się, lub rękę podać biegnącemu obok
Są jak charty szybkie, gonione nagłym okrzykiem
Krzyż, który wiatr powalił, przeskakują w pośpiechu
Zawalidrogą jest, na trasie ich biegu
Mijając kościół, Jezusa nie widzą
Czasu brakuje by Maryję modlitwą pozdrowić
Gdy w przydrożnej kapliczce czeka na „Pod Twoją Obronę”
A gdy już cel osiągną, raj swych oczekiwań
Zdziwieni widzą, że nikt ich nie wita
Rąk nie podaje w przyjacielskim geście
Tylko ... tłum młodych, biegnący, na bok ich odsuwa
I ... starość patrzy, smutnie uśmiechnięta
Trzymając w ręku szkiełko, nie brylant, o który walczyli
Oszukani, bocznymi wracają ścieżkami
Cel chcieli osiągnąć, którym świat ich mamił
A po drodze gdzieś, przyjaźń, rodzinę zgubili
A może zbawienie?
Cudu chcieli dokonać ci maratończycy
Karmić się owocami świata, sławą, pieniędzmi
Ale głód pozostał dziwny, nie ciała lecz duszy
Może czyjaś modlitwa, łaską ich serca oświeci
Powalony krzyż podniosą, uczczą i przytulą.
Obojętność
Czy obojętność to mur betonowy
Odbija uczucia, żadnej łzy nie roniąc?
A może to spacer w ciemnej mgle
Pochłania człowieka, zatapia
A rękę wyciągniętą o pomoc
Omija jak niewygodną przeszkodę?
Czyją siostrą przyrodnią jesteś?
Egoizmu, martwoty serca, ślepoty oczu?
Powieszono Cię, Jezu, na krzyżu
Zbudowanym starannie z nienawiści
A Ty nas na nim zbawiałeś
Odpuść im, Boże, bo nie wiedzą co czynią
Wyszeptała poraniona Miłość
Do końca silna … bo przebaczająca
Czy obojętność, której obce jest cierpienie
Łzy, miłość, dobre i złe uczucia
Wie, co to przebaczenie
Jeśli nie zna zranień?
Czy obojętność ma swój krzyż, swego zbawcę?
A może jest jak lodowy pałac
Wyczekujący gorących promieni czyjejś modlitwy?
Latarnia Miłości
Pytasz mnie
Jak doświadczam bożej Miłości, jak Ją czuję?
Wyobraź sobie ocean, fale burzliwe, groźne
Nasze życie pływa w nim
Poddane żywiołom wydarzeń i natury
Lęk budzą w nas niespokojne fale
Brak nam pokoju w sercu, bezpieczeństwa
Czujemy się jak rozbitek w swojej łodzi życia
Raptem pośród wielkiej burzy
Doświadczamy spotkania, ogarnia nas ciepło
Łagodne fale obmywają z wszelkich lęków
Odczuwamy pokój i radość
Jakby ster naszej łodzi przejął Przyjaciel
Jesteśmy w Oku Wielkiej Miłości
Mamy siłę i wiarę, że pokonamy groźne nawałnice
Ktoś czuwa nad naszą łodzią
Może to być chwila, moment olśnienia
Pamięć tego spotkania pozwala płynąć dalej
I szukać każdego dnia
Spotkania z Okiem Wielkiej Miłości
W bezpiecznym miejscu, karmiącym nadzieję
Iż nie jesteśmy ofiarami żywiołu oceanu
Bezładnie krążącymi po nim
Ale dziećmi, nad którymi czuwa Ojciec
Dający znaki, wytyczający szlak naszej łodzi
Abyśmy, pomimo fal i ciemnych nocy
Płynęli do Latarni Miłości
Celu naszej podróży.
Trudna modlitwa
Chciałabym się do Ciebie modlić, Boże
Słowami skruszonego, marnotrawnego syna
Poznał on swój grzech i nieprawość
Poznał też prawdę o Miłosiernej Miłości
Chciałabym się do Ciebie modlić, Boże
Słowami, które serce rodzi
Spontanicznie, niegramatycznie
Językiem jedynie czynu i miłości
Pragnęłabym, modląc się, być wierna słowom
Niech nie płyną miłym, łagodnym nurtem rzeki
Lecz niech rzeczny kamień je zatrzyma
Nakaże milczenie, gdy stają się zwykłym gaworzeniem
Nie chcę być jak brat syna marnotrawnego
I odwracać się od Ciebie, gdy łaską wspomagasz grzesznika
A dobry człowiek cierpi chorobę i nędzę
Nie rozumie tego ludzka sprawiedliwość
Nie chcę Ci stawiać pytań, gdzie Jesteś, Boże?
Gdy cierpią Twoi wierni, niewinni
A zło jak paw, rozkłada błyszczące skrzydła
Chcę być jak Jan, z głową opartą o pierś Twego Syna
Trudna jest, Boże, ludzka modlitwa
Ta prawdziwie głęboka, ufna w Twoją wolę
Tajemnicą jej, serce, które umie przebaczać
I oczy, nawet w ciemności, wpatrzone w krzyż na Golgocie.
Żywioł
Czując swą słabość i kruchość wobec mocy żywiołów
Szuka człowiek dla siebie, światów małych, bezpiecznych
Spraw, które mógłby unieść własnymi rękami
I dróg, które jego nogi, zdolne są przemierzyć
Buduje domy, z wiarą, że mogą być schronem obronnym
Przed wszelkim złem i żywiołem, który mógłby go dotknąć
Potrzebna jest taka wiara, bo życie trzeba ochraniać
Prawda jest jednak bolesna, nie ma na ziemi takich schronów
Dobrze jest stanąć nad morzem, w falach nogi ochłodzić
Rankiem wschód słońca oglądać, zachodem się zachwycić
Inne jest morze w ciemności, groźnie szumi falami
Grozę budzą tajfuny, pioruny, gorąca lawa wulkanów
Przemoc żywiołu natury przeraża, sieje bezsilność i niemoc
Jest jednak żywioł silniejszy, żywioł serc ludzkiej pomocy
I łaska, która w rozpaczy przynosi nadzieję
Każdemu, kto uklęknąć zechce, przed Tym, który Panem jest żywiołów.
Wąska droga
Mam w duszy obraz pięknej doliny
Usianej kwiatami, kolorem i światłem
Jest dla mnie odpoczynkiem, sanktuarium
Bezpieczeństwa i radości
Modlitwa w tej dolinie pokoju, uskrzydla
Pragnę trwać w tym Królestwie Pocieszenia
Gdy oczy wznoszę ku koronom drzew
Widzę inną drogę, kamienistą
Pełną odłamków raniących i zeschłej trawy
Wąska jest droga do życia - słyszę słowa
Porzucam bezpieczną dolinę
Z lękiem wkraczam na kamienistą ścieżkę
Każdy kamień to grzech mój i bliźniego
Kamienie zsuwają się, ranią boleśnie
Z trudem modlę się, słowa uciekają
Powtarzać je muszę, bo znikają w przestrzeni
Widzę ludzi na skraju ścieżki
Są jak duchy błagające o pomoc
Wielki ból przeszywa moje serce
Gdzie jesteś moja Kraino Pocieszenia? - krzyczę
Jesteś tu, Jezu? - pytam zgnębiona
Miłosierna dłoń zmywa z twarzy pot i lęk
Nie lękaj się trudnej drogi, słyszę
Modlitwie, w tej drodze, Ja sam błogosławię.
Laurka
Na dziecięcej laurce
Z wymalowanym kwiatem róży
Słowami wypisanymi niezdarnie
Chcę Ci, Boże, podziękować
Za dar doświadczania życia
Za Twą cierpliwość, Nauczycielu Miłości
Dla ucznia potykającego się w ciemności
W poszukiwaniu światła
Za upadki z bólu zwątpienia
Za radość z chwil spotkania z Twoją Miłością
Za kamienie tragicznych wydarzeń
Nie uniosłabym ich
Bez ufności w Twoje Miłosierdzie
Dziękuję za sny piękne i przespane noce
Za nadzieję nowych poranków
Za tajemnicze mgnienia światła
Dla mej duszy, serca, umysłu
Dające wejrzenie w świat Twojej Prawdy
Dziękuję za łaskę Eucharystii, modlitwy
Za dłoń Twego Syna, której szukam
W chwilach, po ludzku trudnych
A nawet za samotne dni w ciemności
Gdy wydaje mi się, że zgubiłam Jezusa
Dziękuję za naukę o miłości do człowieka
Jak piękna jest, bez oczekiwania na wdzięczność
Dziękuję Ci, Boże, za dar doświadczania życia
Uczysz mnie, kim jestem dla Ciebie
Nie dla siebie
I choć nauka ta jest czasem bolesna
Z rąk Twoich, Ojcze, przyjmuję ją
Jak dar najcenniejszy
Uświęcony Ciałem i Krwią Twojego Syna.
Klucz życia
Tajemniczym powiewem
Przeznaczenie nas na ziemię zrzuca
Od zarania narodzin szukamy
Klucza do Wrót Sensu Życia
Próby podejmujemy
Przykładając różne klucze
Który klucz zamek wrót sensu życia otworzy?
Szukamy go całe życie
Lepimy jego kształt drogą ludzkich błędów
Jedni słowami pięknymi
Próbują zamek otworzyć
Inni, z miłości do kogoś, tworzą jego kształty
Jeszcze inni, niecierpliwi
Wrota sensu życia łomem wyważają
Ale one milczą, zaklinane ludzkimi sposobami
Pięknych słów zbyt mało znamy
By były kluczem
Ludzka miłość ze zdradą lubi się prowadzać
Goryczą upada i zwątpieniem przed wrotami
Łom niecierpliwych się łamie
Odchodzą, rozczarowani własną niemocą
A klucz? Ten właściwy do wrót sensu życia
Krzyż, na szyi przy chrzcie zawieszony
Zapomniany, jak breloczek w szkatułce
Gdzieś w domu ukryty, trwa
I cierpliwie czeka.
Moje adwentowe roraty
Obudzona w zimowy poranek
Na roraty zmierzam
Ciemność jeszcze ogarnia ulice
I cudowna cisza uśpionego miasta
Prószy śnieg igrający w świetle lamp
Krzątają się w sklepach sprzedawcy
Ciemne postacie spragnionych porannego piwa
Strzegą drzwi, czekając na ich otwarcie
Skrzeczą wrony obsiadające drzewa
Przecinając jak brzytwą, surową ciszę poranka
Czy Ty, Matko Najświętsza, Jesteś w tym moim czasie?
Czy czuwasz?
Zdrowaś Maryjo, łaski pełna … powtarzam
Stawiając niepewnie kroki po śliskim chodniku
O czym myślałaś, tam w Nazarecie
Gdy Anioł Gabriel obwieścił Ci nowinę?
Czy radość czułaś, czy ból Cię przenikał?
Ciemność w kościele …
I ławki wypełnione czuwającymi wiernymi
Światełka świec płonące nadzieją
Po tę nadzieję idę ulicami mego miasta
Ja, człowiek zatopiony w mojej codzienności
Radosna, na spotkanie z Jezusem, Maryją
Zasmucona ludźmi, nadziei szukających poza Synem
Zdrowaś Maryjo, modlę się …
Pomóż tym, którzy żyją w ciemności
Którym życie niegodne wytrąciło z rąk
Światełko nadziei
Ty, która Dzieciątko porodzisz, Maryjo
Przejdź się moimi ciemnymi ulicami
I pozbieraj wszystkie opuszczone i obojętne serca
Rozpal ich wątłą iskierkę ciepła
Zanim staną się zimnym kamieniem
Który mrozem swym gasi każde światełko nadziei.
Król
Królewskim jesteś dzieckiem, Jezu
Szczodrze obdarowanym mocą z niebios płynącą
Na nic, litość nasza nad żłóbkiem Twoim ubogim
Wielki król nie lęka się ludzkiej biedy
Królem jesteś, Dzieciątko maleńkie
Tak wielkim, że ludzki tron i pałace są Ci zbędne
Ludzie tak chętnie wywyższają się władzą
Ty, Dzieciątko, jesteś władzą ponad wszelkie władze
Na nic Tobie szaty zdobne i berło
Wiesz, że mól i rdza je pokona
Twoja moc i bogactwo są wieczne
Ty, prawdziwie królewską dzierżysz koronę
To my, strojem i gestem władczym
Własną biedę chcemy zakryć przed światem
Ty na ziemię przybyłeś, z królestwa
W którym Ojciec Miłości na tronie zasiada
Nasi ludzcy królowie na ziemi
Oczy mamią bogactwem zebranym z poddanych
Ty, ubogi, siankiem tylko ogrzewany
Nic nie mając ziemskiego, darem jesteś z nieba bogatym
Daj nam, Dzieciątko z Betlejem
Serce, którego ziemski przepych nie omami
Serce, które rozpozna wartość darów Twoich
I nie zwiedzie go, byle jaka korona
Daj nam, Dzieciątko Jezus, sercem naszym rozpoznać
Istotę i moc Twojego Królestwa
Tam Miłość zasiada na tronie
Walcząca o dusz naszych wieczne zbawienie
I przemów, Dzieciątko do ludzi, cudem swoich Narodzin
Do tych, którym tak trudno uwierzyć
Iż Król, prawdziwie bogaty
To ten, który Miłością służy.
Pomóż mi
W smutek zaplątana, jak pająk w sieć własną
Proszę Cię Jezu, rozplącz mnie
A Ty, smutną twarz mi ukazujesz
Krzyż spraw codziennych dźwigam niechętnie
Choć na chwilę zasłoń go, błagam
A Ty, ból swego upadku ukazujesz
Miłości mi braknie, skarżę się
Serce dziwnie lodowacieje
A Ty, na koronę cierniową wskazujesz
Radości szukam jak trawa wyschnięta
A słońce życia pali niemiłosiernie
A Ty, gąbkę z octem mi ukazujesz
Co chcesz mi powiedzieć, Zbawco mój?
Smutkiem, bólem
Niewdzięcznością przez nas nakarmiony
Głos cichutki słyszę, organami zagłuszany
Pomóż Mi, jak siostra Mi bliska
Nie jak obcy gość na ucztę zaproszony
Kwiaty na bruku
Codziennie układam kostki
Własnej drogi życia
Jak brukarz amator
Na błędach się uczę
Szansę nam jedną dano
Na budowę drogi życia
Autorami jesteśmy ... tylko jednej książki
Czasem wstecz się oglądam
Na nierówną drogę
Zbudowaną z uczuć, które życie niosło
Widzę na niej kanty ostre
Jakby budowniczy nie miał cierpliwości
Widzę także mozaikę tak piękną
Zadziwia misterią ułożonych kostek ...
To część drogi układanej w ciszy
Z modlitwą na ustach, o pokój dla duszy
Najbardziej zachwyt budzą
Tajemnicze kwiaty, wyrosłe okazale
Pomiędzy brukiem nieszczelnym
Nie posiałam was, myślę, wodą nie zlewałam
Kim jest siewca tej pięknej ozdoby?
Z nasion, słyszę, bożej łaski spłynęły
Łzy twoje i miłość, ku słońcu je wzniosły
Darem są dla tych, którzy cierpliwie
Z ofiarowanych kostek, budują swe drogi
Ile jeszcze kostek dasz mi, Panie, a ile kwiatów?
Tajemnicą otoczyłeś, Boże, te ludzkie pytania
Nadzieję w zamian dając, budowniczym dróg życia
Brama Wiary
Przez Bramę Wiary kiedyś przeszłam
Oczami Miłości prowadzona
Wzrok w nich utkwiłam, nadzieją wiedziona
Jak pielgrzym nieświadom trudu, podążyłam
Za Bramą Wiary, ścieżek wiele, góry, pustynne połacie
W kamiennych czasem, gubiłam się grotach
A mgła gęsta, jak chytry nieprzyjaciel
Oczy Miłości mi przesłaniała
Wzrok wytężałam, w ciemność otulona
Pocieszeń szukałam, jak światła poranka
Wiatr znad pustyni pieśń błagalną śpiewał
Na Górze Kuszenia, Oczy Miłości znalazłam
Samotność tych Oczu, pełnych Miłosierdzia
Była w ciemności jak brylanty nieba
I choć lęk mnie ogarniał, prawdę poznawałam
Nasz Pan, na Górze Kuszenia, ludzi od zła wybawiał
Będę przy Tobie, szeptałam skruszona
Mój lęk człowieczy w pokutę zamienię
A oczy Jego, choć smutkiem zgaszone
Dziwną radość dawały, że Ich nie zgubiłam
A potem dusza moja z Panem rozmawiała
O Ogrójcu cierpień, drodze na Kalwarię
O tym, ile trudnych ścieżek jest za Bramą Wiary
Ile w życiu czeka gór kuszenia, niewiary
Wiatr pustyni sypał piaskiem w moje oczy
I głosy słyszałam: są łatwiejsze drogi
Nawet w wielkich ciemnościach i samotnych grotach
Oczu Twych, mój Jezu, nigdy nie zapomnę
Przez Bramę Wiary kiedyś przeszłam
I choć człowiekiem jestem słabym, świata głodnym
Czuję, że dłoń silniejsza, od kuszenia świata mnie prowadzi
I najwierniejsze Oczy Miłości, nade mną czuwają.
Cóż mogę Ci ofiarować
Cóż mogę Ci ofiarować, Jezu
Czego mi nie dałeś?
Mogę wejrzeć w duszę oczami mej wiary
Aby dostrzec sercem talenty tam wlane
Każdy dar Twój ująć, jak kamień bezcenny
Myślą go otoczyć tak piękną i wzniosłą
I rozpoznać mądrze
Co mam z nim uczynić
W świecie go zakopać, ze strachu przed stratą
Czy z miłością pomnożyć, innym ofiarować?
Wolną wolę nam dałeś, Boże Wszechmogący
Łaskami obsypując, rękami Miłości
A my, ludzie tak słabi, ślepi, nie słyszący
Często dar Twój dostrzegamy, gdy go zgubiliśmy
Kupujemy za niego miłość niepotrzebną
Pychą nakarmioną, błyskotkami świata
Kupujemy sprzęty i kolory, które niszczeją i bledną
A potem szukamy, głodni i bezdomni
Ratunku, nie u Ciebie, przy stole ofiarnym
Ale w ziemskim banku, bezwzględnie liczącym
Zmarzniętymi rękami od braku nadziei
Szukamy monet, które nas wyzwolą
Cóż za nie kupić może biedny człowiek?
Okruch świata, grobowiec - lecz nie swoje zbawienie.
Waga
Czy wiesz ile łza waży?
Ta w rozpaczy i ta z radości
Ile miłość, ofiara, poświęcenie?
Czy słowo da się zważyć?
Kocham, wierzę, mam nadzieję
Jak rozpoznać uśmiech szczery
A jak zwykły grymas twarzy?
Jak odróżnić rękę pomocną
Od tej, która nic nie daje?
Jest taka waga
Na której składamy
To, co najpiękniejsze
Może człowiek zważyć
I czego nie zważy żadna ziemska waga
To krzyż Zbawiciela
Na którym Bóg ocenia
Miłosierdzie ludzkie
Na wzór ... Bożego Miłosierdzia.
Powrót
O łaski Cię prosimy, Boże
A Ty, krzyżujesz nasze plany
Bunt czujemy, jak syn marnotrawny
I z woli własnej, wybieramy drogę
Kiedy sakwę napełnimy już srebrem
Dyplomami i ambicją ustroimy ściany
Dziwną samotność czujemy w sercu
Często do pustego wracamy domu
Na tej drodze, którą sami wybraliśmy
Nie ma krzyży z Chrystusem i obrazów świętych
Tylko ludzie ciągle zabiegani, obojętni
Jak liczydła liczą, przy ekranach przygięci
Na drodze, którą sami wybraliśmy
Łzy słabością są, bez wartości żadnej
Stacja, do której zdążamy
Na peronie wypisane ma: sukces
Gdzieś na poboczu, dostrzegamy ludzi
Pod krzyżem klęczą w pokorze
Myśl nas dotknie, jak zbłąkany anioł
Może przystanąć przy nich, pomyśleć?
Czemu twarze ich w błogim uśmiechu
I w uniżeniu zgięte kolana?
Czemu łez nie wstydzą się cudzych i własnych
Jaką moc daje im Chrystus z krzyża?
To ułuda, że są drogi bez krzyży, ostrych kamieni
Kwieciem tylko usłane
Tam, gdzie sam Bóg krzyż stawia w życiu
Miłosierdzie zsyła i leczy
Jeśli drogę, jak syn marnotrawny, wybraliśmy
Ludzkich katów spotkamy na niej
A ich krzyż, jaki nam zgotowali i gwoździe
Bez łaski zmartwychwstania, zabije
Jaki sens ma droga człowiecza
Którą syn marnotrawny podążył?
Na niej głód, samotność, karma zwierzęca
A w sercu ... za Ojcem tęsknota
Na każdym trakcie, nawet najciemniejszym
Jaśnieje światło przejrzyste
Sam Bóg wychodzi i lampę zapala
By drogę powrotu widziały, zagubione, marnotrawne dzieci.
Obiecuję
Osłoń mnie Panie, skrzydłami aniołów
I Archanioła Michała mieczem
Niech serce moje odpocznie od lęków
W kolebce anielskich skrzydeł
Niech chwycę się rękami mocno
Aniołów radosnych, pięknych
I choć na małą chwilę, niewielką
Oderwę się od smutków na ziemi
Niech mnie uniosą anieli niebiescy
Ku światu bez łez i cierpień
Niech miłość poznam, wszystkich Twoich świętych
A potem silniejsza, obiecuję Panie ... powrócę na ziemię.
Perła
Dobrymi słowami piszę moje wiersze
Są jak koraliki, blisko mego serca
Twarz Twoją, Jezu, maluję, zamykając oczy
Szaty widzę niedzisiejsze i piękne ręce
Jak opisać słowami pragnienie Twej bliskości?
Jakie oczy Ci namalować
By się w nich zatopić?
Jak zbliżyć się do bólu Twego?
Czy jest poeta na świecie
Który piękno Twe zatrzymałby w słowach?
Czy jest taki talent
Który twarz Twoją by namalował?
Ludzkie dzieła są nietrwałe, śmiertelne
Czasem w snach, dobry anioł nam ukaże
Świat niebiański na chwilę otworzy
Lekki powiew dotknie duszy, serce poruszy
Słowa wówczas przypływają piękne
Jak modlitwa człowieka w wielkim uniesieniu
Lecz chwila to tylko, jak błysk światła w burzy
Wracamy w codzienność, choć z darem, na ziemię
W sercu mamy perłę, świetlistą, błyszczącą
Ze słów najpiękniejszej modlitwy powstała
I obraz Boga, dłutem Miłości rzeźbiony
Z nadzieją nieba, że Go nie zapomnę
Chcę ciągle odczuwać te przepiękne chwile
Na nowo odkrywać dar perły dla duszy
I obraz Twój widzieć, Jezu, jasny i tak czysty
Bliskością się karmić, w darze Eucharystii.
Przystanek Milczenia
Tyle dźwięków, obrazów i słów krzykliwych
Krąży wokół każdego człowieka
Tyle idei i myśli nas zniewalających
Świat bawi, kaleczy, odrzuca, przyciąga
Jak nić przędzy w tkaninę swą wciąga
Ocenia nas, krytykuje, wabi, płacić każe
A my często bezbronni i chętni, grze tej ulegamy
Czasem by świat lepiej poznać
Kości fałszywe w tej grze odrzucić
Dobrze pójść na Przystanek Milczenia
I dać się poznać samemu lepiej
W milczeniu zastygli jak w muszli ochronnej
Odpychając cudze myśli i idee
Słuchamy serca bijącego mocniej
Na Przystanku Milczenia, we własnej ciszy zatopieni
Słyszymy swoje myśli i wzrok widzi więcej
Słowa innych już nie są tak dla nas wabiące
Sumienia nie zagłusza filozofia tłumu
Na Przystanku Milczenia samotność nie płacze
Uczy nas odwagi
Dla mądrej przyjaźni ze światem.
W ramionach krzyża
Kiedyś, zbliżałam się do Boga, jak dziecko
Szukałam pocieszeń, znaków
On słuchał, ja mówiłam ...
Nadszedł dzień, gdy cień Chrystusowego krzyża
Zbliżył się do mnie
Znacząc moje życie krzyżem
Słowa utonęły na dnie milczenia
Chrystusowy krzyż i mój objęły się
W miłosiernym uścisku
Teraz Bóg mówił, ja słuchałam ...
Nie krzyczałam z bólu
Objęta ramionami krzyża Zbawiciela
Słuchałam w kamiennym milczeniu
Nie chciałam zagłuszać Jego słów
Mój krzyk przewróciłby mój krzyż na ziemię
Wyrwałby go z miłosiernych ramion
Stałabym się grobem pełnym żalu
Oderwana od nadziei i miłości
Stoję w cieniu krzyża Chrystusa
Czasem unoszę głowę wysoko ku Niemu
I pytam jak zraniony człowiek: dlaczego?
On wskazuje na swoją krew, rany
I odpowiada pytaniem na moje pytanie:
Dlaczego?
Kiedyś ja mówiłam do Boga, On słuchał
Teraz, w cieniu Jego krzyża, stoję z własnym
Bóg mówi, ja słucham
Czasem prowadzimy dialog
Słyszę w sercu słowa, widzę piękne obrazy
Karmi mnie Eucharystią, Ewangelią
Abym wytrwała w cieniu Jego Krzyża
W Adoracji Jego bólu, cierpienia
W wierze, że jest Zbawicielem świata
Odpowiedzią na każde ludzkie pytanie
Lekarzem człowieczych ran
Miłosierdziem współcierpiącym z nami.
Urodziny
Chciałam ci posłać cały kosz róż
Pomyślałam, zwiędną, nic z nich nie zostanie
Dlatego dobre słowa posyłam, one tak szybko nie więdną
Dopóki żyjemy i kolejne urodziny przeżywamy
Życzę ci wielu lat radosnych
Takich, które ludzkie, zwykłe życie niesie
Dni, które cenić będziesz
Za proste gesty, przyjazne uśmiechy
Pomocny dotyk ręki, obiad podany na stole
Za słowa ludzi, życzliwe, smutek odganiające
Za to, że są obok bliscy przyjaciele
Do których przytulić się możesz
Wiedz, że róż w naszym życiu wiele
Lecz my, tak często w pośpiechu
Chwytamy kwiat za kolce
I bólem podrażnieni, nie dostrzegamy piękna
W codziennym, zwykłym poranku
Gwarze ulic nudnym, nawet w miauczeniu kota
W filiżance kawy, obtłuczonej nieco
Którą ręce kochane przed nami stawiają
Jak piękna może być podróż w nieznane
Pamięć o tych, którzy cię kochają
Spojrzenie w niebo, na słońce
Dotyk psotnego deszczu, który zaczął padać
Gdy nie masz parasola przy sobie
Daj ponieść się życiu z szacunkiem
Dla piękna, którym obdarowuje
Zaproś Boga do życia swojego
Za Miłosierdzie Jego, podziękuj
W modlitwie prostej, codziennej
Powtarzaj rano, wieczorem
Za każdym razem, gdy dostrzeżesz piękno ...
Bądź ze mną zawsze, Boże
Twoim dzieckiem jestem.
Do człowieka pysznego
Myślisz, że Bóg ci nie potrzebny
Silny jesteś i dobrze wykształcony
W życiu tylu pokonałeś ludzi
I barier przez los narzuconych
Otoczyłeś się zbytkiem i konto masz znaczne
Dary dajesz na fundacje wszelkie
Czasem nawet żebrakowi wrzucisz
Grosz ci niepotrzebny
Nikt o tobie nie mówi: zły człowiek
Dobry pan, słyszysz wokoło, szlachetny
Przyjaciele przy stole twoim weseli
I życie pogodne wokół ciebie
Kiedy miłość dotknie twego serca
Jakiś dobry człowiek nim zawładnie
Pycha dziwnie zawstydzona, odchodzi
Siła twoja mała się staje, bezbronna
I już wiesz, żaden grosz żebraczy jej nie przekupi
Żadne konto, nawet zbytek wielki
Ona piękna jest, ale wymagająca
Albo przyjmiesz ją taką, albo odrzucisz
Tak bardzo pragniesz ją zdobyć
Bukietami kwiatów i złotem wabisz
Dopóki sama miłość ci nie podpowie:
Wraz ze mną, krzyż też musisz ponieść.
Gdzie szukać miłości?
Myślałam, że miłość jest jak piękno
Samym swym wejrzeniem
Zasiewa dobro
Myślałam, że miłość widoczna jest
Jak słońce w pejzażu artysty
Ale tak nie jest ...
Słońce i piękno jaśnieją, a miłości brak
Moje serce zaczęło szukać miłości
Nie w blaskach odurzających, słowach złudnych
Stało się, jak czujny detektyw szukający prawdy
W człowieku
Odkryłam miłość w kazaniu wiejskiego proboszcza
Udręczonego przewlekłą chorobą
Klękał z trudem, jakby przytłoczony krzyżem
Widziałam pragnienie przelania miłości
W geście podania ręki na znak pokoju
W oczach niemal stuletniej kobiety
Widziałam jak dzielą się miłością biedni
Słyszałam miłość w modlitwie
Czułam miłość przenoszoną ze zdrowych rąk ku chorym
W szpitalach, hospicjach
Ta miłość nie lśniła urodą świata
Nie ubierała się w kolorowe szaty
Była łaską w sercu człowieka
Jak dar Boga, nie oszacowany żadną walutą
Często przybita do krzyża choroby, poświęcenia, pokory
Jeśli chcesz dotknąć, poznać prawdę o miłości
Musisz zbliżyć się do krzyża Jezusa
Bez Prawdy Jego krzyża
Jaśnieje piękno świata ... a miłości brak.
List o miłości
Kocham Cię, Jezu, podczas dni szarych i nudnych
Kiedy słońce świeci i radość życia czuję
W cierpieniu, także kocham Cię, Jezu
Lekarzem Jesteś najczulszym
Kocham Cię, Jezu, gdy duszę dziwna samotność dręczy
Tak wielka, iż we własnym Ogrójcu konam
Myśli złe, lęk, szatan podsyła przewrotny
Walkę z nim toczę, na śmierć, bądź życie wieczne
Kocham Cię, Jezu, gdy piękno przyrody widzę
Bezpieczna czuję się w Twoich ramionach
A także wtedy, gdy nic, tylko pustka we mnie
Niepewność, czy Ty ... Jesteś obok
Kocham Cię, Jezu, gdy na krzyż patrzę
Westchnieniem bolesnym chcę ulżyć Twym dłoniom
Sercem strwożonym, wesprzeć poranione nogi
Koronę cierniową zdjąć z Twej świętej głowy
Kocham Cię, Jezu, gdy bluźnierstwa słyszę ludzi
Chcę krzyczeć głośno: miej litość nad nami
Oni tak nędzni, nie chcą Twej Miłości
Nie płacz, Jezu, proszę, ja jestem przy Tobie
Kocham Cię, Jezu, gdy tonę w ciemności fałszu
Kiedy niemoralność i grzech widzę jasno
A wokół ludzie tłumaczą, że to przejaw czasów
Czuję Twój smutek, modlitwą pragnę Cię przebłagać
Kocham Cię, Jezu, gdy w monstrancji czekasz
Na Adorację wiernych, ich rozmowę szczerą
Tylu ludzi dziś, czasu nie ma dla Ciebie
A Ty, Więzień Tabernakulum, Jesteś codziennie
Kocham Cię, Jezu, gdy pięknych ludzi spotykam
Oddanych wiernych, księży, zakonników
Serce moje słodycz miłosna wypełnia
Dusza, w tych momentach, w raju wypoczywa
Kocham Cię, Jezu, gdy przed Tobą klękam
Otoczony zapachem bukietów wspaniałych
Czy głos Twój słyszę, czy tylko szum anielskich skrzydeł?
I słowa: miłości pragnę więcej ... a nie więdnących kwiatów.
W Dzień Trójcy Świętej
Prosiłam Cię, Boże, byś w Dniu Trójcy Świętej
Przemówił do mnie, wewnątrz mego serca
A Ty, w tym dniu, zaprosiłeś grupę dzieci
Boleśnie przez los doświadczonych
Niewidome, bezradne bez rąk opiekunów
Czytały Pismo Święte, psalm zaśpiewał chłopiec
Na koniec mszy, piosenkami pożegnali wiernych
Radosnymi, o miłości do Ciebie
I choć głosu Twego wewnątrz nie słyszałam
Serce moje, rozgadało się jak profesor
Piękna miłość, usłyszałam, to gotowość aby krzyż ponieść
Drogą, którą sam Bóg nam wybrał dla zbawienia
Miłość, jak ci niewidomi, nie widzi uśmiechu
Oszukać jej nie można gestami zbędnymi
Miłość czyny ocenia, nie słowa człowieka
Miłość, to pokora, pani cicha, łagodna, cierpliwa
Pomyślałam o łaskach, przez Boga nam danych
O naszej niepamięci, by za nie dziękować
Gdzieś obok, są niesprawni ludzie, dzieci
Może oni za nas, krzyż większy dźwigają?
Stały na ołtarzu, niewidome dzieci
Świadectwo pokory, w swej drodze krzyżowej
Były jak ikona, malowana ręką Boga
Ku naszej pamięci, by miłością oceniać, nie oczami.
Diamenty
Los szczęśliwy chcesz wygrać w życiu
Władzą się chlubić, bogactwem, siłą
I gdy wreszcie, taki diament, los ci ześle
Czuwasz codziennie, przed złodziejem go chronisz
Panem się twoim staje, a ty sługą jego
Ochronę zapewniasz, sejfy, zamki, kody
Złodziej, gdy zechce go ukraść
Sprytniejszy będzie, zamki i kody pokona
I nie masz już władzy, bogactwa, splendorów
Sejf twego życia pustką świeci
Nie lękaj się straty takiego diamentu
Kamieniem był tylko, twardym, nieczułym
Poszukaj skarbów cenniejszych
Diamentu na wieczność, nie na chwilę życia
On spokój w duszę wlewa, w sejfie serca mieszka
To Pan Miłosierny, Jezus w świętej Eucharystii
Bogaty będziesz w dobra, jak dziecko królewskie
Nie jak sługa ziemskich diamentów
On zadba o chleb twój powszedni, codzienny
Jest pokarmem, mocy, nie twardym kamieniem.
Podróż
W podróż jesteśmy wysłani nieznaną
Z pustym paszportem, bez wiz i stempli
Z okrzykiem bólu narodzin spadamy na ziemię
Wprost w dłonie tych, co nas poczęli
W samo południe życia w drogę wyruszamy
Jak podróżnicy z bagażem wiary w obiecaną ziemię
Szlaki poznajemy, rozstaje, zakręty
Mylimy kierunki podróżniczych planów
Cofamy się z lękiem, gdy na drogach, krzyże
Ktoś je kiedyś ustawił jak słupy graniczne
To szlak dla odważnych pielgrzymów przez życie
Nie wszyscy w swą podróż, z odwagą wkraczamy
Szukamy miejsc gwarnych, dróg dawno przetartych
Tam, gdzie pątnicy życia od lat zamieszkują
Dom budujemy na ruchomym piasku
Choć obok stoi skała piękna i wyniosła
Popołudnie życia cienie długie rzuca
Przesłaniając kolory, które nas cieszyły
To, co skarbem się wydawało w ogrodzie życia
Krasnalem jest tylko, ze złuszczoną farbą
I choć nogi słabe, serce niespokojne
Modlitwy zbiera, jak kapitał, na nową podróż życia
Gdzieś na wąskiej dróżce, samotny Pielgrzym przemknie
Uśmiechem pełnym miłości, do nowej nas ziemi zaprasza
Nie jest to podróż w nieznanym kierunku
Tak dziwnie radosna jest i bezpieczna
Ten Pielgrzym krzyż dźwiga, drzewcem drogę znaczy
Przystaje, pomaga, w drodze nas leczy i karmi.
Słyszałam modlitwę
Są dni bez znaków świętych, serce wzruszających
Zwyczajne, jak orka za pługiem na roli
Wypełnić je musimy pracą mozolną
Nawet modlitwa, to słowa puste jedynie
Czasem dzień zwykły cud nam zsyła
Znak, tak święty, że na kolana rzuca
Do nieba ręce wyciągamy, jak samotne drzewo
Modlitwa z serca płynie, usta nadążyć nie mogą
Przed świętym obrazem Maryi
Mężczyznę starszego dostrzegłam, na klęczkach
W pustym kościele głośno, żarliwie się modlił
Szlochał jak dziecko opuszczone, bezbronne
I nic dziwnego w tym by nie było
Gdyby to była kobieta w emocjach
Tak rzadko łzy widać u mężczyzn w modlitwie
Twardymi chcą być, nawet przed samym Bogiem
O Matko, szeptał, Jedyna moja, Święta
A głos jego niósł się po pustym kościele
Bądź ze mną, dla Ciebie tylko żyję
O Czysta Panno, Wielmożna ...
Jak wiele boleści los musiał mu zadać
Ile rozczarowań doznał za dni swoich
Ile dumy męskiej życie w nim złamało
Aż wreszcie ukląkł, zapłakał, przed obrazem Maryi
Na nic, pomyślałam, walka o przetrwanie
Na nic nasze intencje, nawet te szlachetne
Na nic praca twarda i kark męski twardy
Gdy błogosławieństwa Świętej Matki, w życiu nam zabraknie.
Kim dla mnie Jesteś, Jezu?
W dzieciństwie, mszą świętą w nieznanym języku
Pierwszą komunią, bierzmowaniem, procesją w Boże Ciało
Ścieżką wśród łąk ukwieconych, rosą zroszonych
Gdy wczesnym rankiem do wiejskiego kościoła zmierzałam
Byłeś kolorem, ciepłem, wydarzeniem świątecznym
W dorastaniu, Byłeś pytaniem o zło, pogardę i wojny
Modlitwą często niestaranną, prośbą ... o coś
W dojrzałości, świat przysłaniał mi Ciebie
Troskami, co dzień następny przyniesie
W kościele Cię zostawiałam, do życia wychodząc
Stąpając po ziemi, marzeń szukałam w chmurach
Czasem o kamień się potknęłam, ludzkiej niewdzięczności
A czasem krzyże zbierałam po drodze
Nie wierząc, czy zdołam bez lęku je ponieść
To serce kazało mi, z każdym krzyżem, do Ciebie przychodzić
Dzień przyszedł zwyczajny, pochmurny, jakich w kalendarzu wiele
Gdy oczy nasze wreszcie się spotkały
Ty na ołtarzu, do krzyża przybity, ja w życiu zagubiona
Łez w tym spotkaniu nie było, milczenie przedziwne
Dusza moja, mną samą zmęczona, do Ciebie uleciała
Obrazy wracały z życia, jak bumerang w przeszłość rzucony
Widziałam Ciebie w każdej chwili życia
Szedłeś ze mną, trzymając rękami rodziców, na każdą mszę świętą
Ze mną, obok, płakałeś nad grobami bliskich
Cierpliwie czekałeś, kiedy miłość do Ciebie odnajdę
Kim dla ciebie jest Jezus? - słyszałam pytanie
W pięknych słowach mówi o tym Pismo Święte
Dla mnie Jezu, Jesteś drogą, światłem, życiem
Pragnieniem miłości, szczerego, niewinnego dziecka
Ufnością Jesteś, że dłoń Twoja zawsze mnie prowadzi.
Dwie samotności
Jest taka samotność, która rozpacza tylko
Wypełniona łzami jak porzucone naczynie - deszczem
Jest też samotność, która wystawia się
Jak pusty kielich, na wypełnienie się bożą miłością
Samotność rozpaczająca może zabić duszę, serce
Wypełniona miłością ... zabija samotność
Stajemy przed Bogiem jak drzewo samotne, nie las
Ile na nim liści żywych, nasion ożywczego dobra
Ocenia Bóg, nie ludzie
O, samotności, wypełniająca się kielichem bożej miłości
Pamiętaj o tych, którym łzy goryczy zalewają serce
Otocz ich modlitwą, wylej z nich deszcz rozpaczy.
Dziwny taniec
Pięknej chwili doznałam
Moja dusza chciała tańczyć taniec radości
Z miłości do Boga
Za ciasno jej było w moim ciele
Ogarniało mnie gorące uczucie
Tylko głośny śpiew i taniec mogło je wyciszyć
Cicho, cichutko szeptałam
Wokół śpi tylu uśpionych pielgrzymów
Tańcz i śpiewaj w cichym rytmie mojego serca
Małe jest, radości twojej nie pomieści
Schowam tę radość głęboko
W pamięci
Jak szlachetny zapas na trudne chwile
Będę z niego czerpać rytmy i śpiew piękny
Kiedy sił braknie, a głos mojej modlitwy będzie milkł
Wezmę wówczas twoją radość, duszo
Jak ziarno, zaczyn, na nowo rozkwitający
Kwieciem pięknym miłości do Boga
Ożywiającym moją wiarę w szarej codzienności.
Na prostej drodze
Widziałam jak upadł człowiek
Na szosie gładkiej jak asfalt
O własne nogi się potknął
Choć żadnej przeszkody nie miał
Panie, mówił, ku Tobie z pieśnią wędruję
Wiem dobrze, czego ode mnie żądasz
Prawa Twoje głęboko są w mojej pamięci
I wolny jestem od wszelkich życiowych przywiązań
Słońce świeciło jaskrawym blaskiem
Ciemności nie było żadnej, nawet cień się nie błąkał
Człowiek szedł z dumą, ku niebu głowę unosił
I raptem upadek, jak lot ptaka zbyt niski
Dlaczego Panie upadłem, pomimo światła i pieśni?
Skaliste szlaki omijałem i ciemne ścieżki
Dlaczego Panie upadłem, gdy śpiew mój Ciebie wychwalał?
Dlaczego musiałem upaść, choć drogę do Ciebie znałem?
Nie wiem co Bóg odpowiedział, na pytań tyle zadanych
Widziałam tego człowieka, po latach, na drodze pełnej kamieni
Ostrożnie stopy stawiał, w dziwnej, milczącej pokorze
Na plecach, krzyż dźwigał ciężki i żadnych pytań ku niebu nie wznosił.
Obraz na płótnie
Wisiała kiedyś makata
Nad dziecięcym łóżkiem
Las był na niej, zwierzęta, słońce i trawa
Ot, kicz zwykły, żadnej wartości
Serce dziecka nadało jej życie
Ożywiło pejzaż, dodało głębi
Codziennie obraz przemawiał ...
Żywym widokiem ciepłego słońca, ruchem
Minęło wiele lat
Makata rzucona, jak zbędny przedmiot na strychu
Wydawała się tylko płaską tkaniną
Nic tajemniczego, nic zachwycającego
Pomyślałam o naszej wierze w Boga
O dorosłości odartej z dziecięcej ufności
O sercu, które w dorosłych zamraża codzienność
I wyobraźni na piękno, która gaśnie z wiekiem
Kim dla nas jest Bóg?
Czy tylko płaską tkaniną widzianą oczami dorosłego?
Gdzie zagubiliśmy zachwyt dziecka?
Jak wrócić w dawny świat ufności?
Daj nam Boże, w modlitwie, mszy świętej
Ożywiający, tajemniczy zachwyt dziecka
Dziecięcą ufność w piękno Eucharystii
Daj świętą radość dziecka w miłowaniu Ciebie.
Spowiedź
Błąkałam się kiedyś z aniołem
W dziwnie mglistej przestrzeni
Wokół wyschła trawa, w niej, niedbale rzucone kamienie
Chciałam je minąć i drogi poszukać łatwiejszej
Lecz anioł pochylić się kazał
I odczytać wykute w kamieniach litery
Sam zginął gdzieś w gęstym obłoku
A ja krążyłam, czytając napisy
Jak oracz zgarbiony, w szacie pokutnej, zgrzebnej
Na każdym kamieniu tkwił grzech mocno wryty
Obok, krzyż stał w trawę wbity
Łzami skrapiałam każdy kamień
Widząc w nim własne przewinienia
Te, o których już dawno zapomniałam
I te, o których nie chciałam pamiętać
Krzyż tkwiący przy kamieniach
Do piersi przytulałam jak skarb bezcenny
Bolesne oczy Jezusa widziałam, cierpiące
Pod każdym krzyżem, kiedy za mnie upadł
Święta to była chwila, tak jasna, przejrzysta
Oczyszczająca duszę w rachunku sumienia
Jak droga krzyżowa mojego życia
Gdzieś w dali wysoko, w słonecznej przestrzeni
Konfesjonał widniał samotny
Anioł ku niemu mnie uniósł, jak do źródła nadziei
Uklękłam przy nim i zapłakałam, jak Piotr zgnębiony
Który Pana trzykrotnie się zaparł
W konfesjonale Jezus siedział, choć twarz miał znajomego kapłana
Kamienie grzechów złożyłam tam z pokorą
Oczy przymknęłam w tej spowiedzi niezwykłej
Głos słyszałam cichy, raczej szept miłości:
Nie rozrzucaj niedbale, chwil swojego życia
Siostrą Mi jesteś, za którą na krzyżu umarłem
Dla miłości Mojej, Bóg cię począł, nie ... dla grzechu.
Anielska Grota
Jak dom porzucony, bez okien i drzwi
Jest nasza dusza bez modlitwy miłości
Nieposkromiony wicher, ulewa, kaleczą go
W puste okna wciskają się bezwartościowe śmiecie
I choć mury się jeszcze opierają, dom powoli niszczeje
Była taka pielgrzymka w moim życiu, anielską zwana
W Grocie Michała Archanioła w Gargano
Miecz Jego, uniesiony wysoko
Wyrzeźbił grotę dla mej własnej duszy
Zbędne kamienie mieczem przeciął, jak balast zniewalający
Okna groty swej duszy, powiedział, przesłoń Obliczem Jezusa z Manoppello
Aby Jego piękne, miłosierne oczy, chroniły cię przed złem
Cud Eucharystyczny z Lanciano miej w sercu
Znakiem niech będzie widocznym obecności Boga
Dotyk relikwii świętych, niech światłem będzie w twej grocie
Obdarzyłeś mnie Michale Archaniele, darem groty
I wypuściłeś na wolność, na życie w walce o dom dla mej duszy
Przez okna którego patrzą oczy Jezusa
Gdy walczę o drzwi tego domu, które otwiera tylko modlitwa miłości
Proszę, Święty Michale, przeciw zasadzkom złego ducha bądź mi obroną.
Pójdź za Mną
Patrzysz na mnie Jezu, każdego dnia
Zaglądasz w duszę moją
Przez okna domu, w którym żyję w swoim małym świecie
Za tymi oknami tyle się dzieje
Zła i dobra
Trudno zaryglować dom przed silnym złem
Przebranym oszukańczo w strojne szaty
Trudno oczom i sercu rozpoznać dobro
Nieatrakcyjnie ubrane w słabość
Jedno i drugie puka do drzwi domu mego małego świata
Wyglądam przez okna mego domu
Na smutną mgłę za oknem
Na smętnie padający deszcz, obojętny
Zaciemnia Twój wizerunek, Panie
Przemywam codziennie okna mego domu
Miłością, modlitwą, życzliwością
Abyś mógł do niego zaglądać, Jezu
Czasem czuję się jak samotny krzyż przy polnej drodze
Szargany wiatrem, deszczem, śniegiem
Ożywia mnie ktoś, kto mały kwiat łaski pod nim kładzie
Pochylam się by go podnieść, przytulić, podziękować
Słaba jest moja dusza bez Twych kwiatów, Panie
Przytłoczona światem niepogody
Mimo to, ciągle słyszę głos Twój, Jezu
Wśród szumu świata, burz zagłuszających boską melodię duszy
Pójdź za Mną ...
Mimo niepogody, lęku
Mimo samotności, obojętności, bólu
Pójdź za Mną
Ja Jestem Prawdą, Drogą i Życiem.
Korytarz
Korytarz pełen drzwi jest jak życie nasze
Którym wędrujemy często po omacku
Na drzwiach mijanych czytamy napisy
Kuszą te, z bogato złoconymi klamkami
Naciskamy klamkę, za drzwiami fachowcy
Od spełniania marzeń, ambicji i pragnień
Weszliśmy tam bogaci w nadzieję spełnienia
Nędzarzami wychodzimy, a na koncie życia - manko
Są tacy fachowcy od spełniania marzeń
Którzy płacić każą kartą ludzkiej godności
Za radości chwilę, sumienie wymażą
Pieniędzy nie chcą, tylko niewolniczej uległości
Ile takich złoconych klamek
Nacisnęliśmy w życiu, przez próżność, pychę i egoizm
Ile ciągle jeszcze złotych klamek nas mamiących
Przed nami, w korytarzu życia, którym wędrujemy?
Łasce, która jak cud czasem nas dotyka
Winniśmy dziękować, Bogu Najwyższemu
Gdy wędrując po omacku, często z pustym sercem, potkniemy się
O Żebraka Miłości, Jezusa, przy drzwiach z napisem Prawda.
Nasze szaty
Nasze szaty grzeszników są jak suknie zgrzebne
Łatamy je, by nagość grzechu nie raziła zbytnio
Łatamy modlitwą, często niestarannie
Kwiaty przypinamy własnych czynów, myśli
Ozdobą się wydają lecz tak szybko więdną
Wspominamy po latach nasze dobre matki
One cuda czyniły z naszych starych sukni
Łatami ozdabiały, jak artystki, biedę
Aby nędzy naszej inni nie wyśmiali
A śmiechem okrutnym nas nie poniżyli
Matek naszych zabrakło, dzieciństwo minęło
Może suknie, te ziemskie, już nie rażą biedą
Bóg nas ubrał w suknie, Duchem Świętym zdobione
Łaty na nich widzi, przetarcia i nędzę
Grzech to sprawił, raniąc bożą szatę
Matkę najczulszą posyła nam z nieba
Tą samą, która z troskliwością łatała Jezusowe suknie
Ona, nasze suknie, które grzech rozerwał
Pomoże anielską załatać je nicią
Podaj Jej, a Ona, w uroczystą przemieni ją szatę.
Modlitwa ufności
Czy można Cię, Boże, kochać tylko trochę?
Miłością obdarzać w chwilach modlitw wzniosłych
Gdy ręce nasze pełne łask Twych i darów
A wzruszenie serca wyciska łzy wdzięczności
Czy można Cię, Boże, kochać tylko trochę
Zapomnieć o Tobie, gdy nas życie głaszcze
Nie mieć odwagi głosić Twojej prawdy
Gdy inni atakują wrogo naszą wiarę
Jak krucha jest, Boże, nasza ludzka miłość
Ucieka od krzyża do pieśni, fanfar, łopotu sztandarów
Gdy cierpienie przenika i wypełnia życie
Niewdzięcznym się stajemy partnerem w miłości
Naucz nas, Boże, modlitwy odważnej ufności
Ona o cuda nie prosi, dowodów nie żąda
Naucz modlitwy o zbawienie duszy
Bo tylko dusza rozpozna dotyk Twych miłosiernych dłoni
Gdy z ufnością oddamy duszę i życie nasze Bogu
Zaufamy Miłości w Betlejemskim żłóbku
I pójdziemy za Nią aż pod krzyż cierpienia
Sam Bóg uświęci naszą miłość ludzką
I stanie się ona posągiem pięknym
A nie karłem słabym.
Dom na Świętej Górze
Rozkładam księgę życia swego
Jak biblię
Odkrytą na nowo, pośród ksiąg na półce
Na rozdział trafiam napisany
Latami wędrówek przez życie długie
Odczytuję słowa sercem, nie oczami ...
Żyłam, by szukać ciebie, ścieżko jedyna
Która do Domu prowadzisz
Na Górze Świętej On stoi
Krzyż, jak drogowskaz błyszczy obok w słońcu
Nogi pielgrzyma pod nim się uginają
Szukam okna, nieziemskimi kolorami zdobionego
Drzwi otwartych, jak serce niechronione
Stołu, przy którym wytchnienia doznam
Pokarmu, dla ciągłego głodu mojego
Dzięki Ci, Boże za obraz Domu tego
Dzięki za tę ścieżkę jedyną
Stacjami krzyżowymi znaczoną
Dzięki za okno, z którego radość wypływa
Za drzwi Twego Domu, szeroko otwarte
Za stół, zastawiony Miłością
Bolesna miłość
Mówię Ci, Jezu, że Cię kocham
Kiedy klęczę przed Tobą jak grzesznik skruszony
Zapach świec, pieśni, modlitwa unosi
I widok wiernych, modlących
Powietrze jest wtedy, jak balsam na rany
I bunt gdzieś znika na zasady świata
Ale są inne chwile, których też doświadczam
Gdy huragan wydarzeń
Do serca śmieci naniesie
Klęcząc i mówiąc: kocham Cię, Jezu
Na mur natrafiam, jak na ścianę płaczu
Wtedy po omacku, w ciszy, bez pieśni kojących
Szukam za tym murem, Twojego oddechu
Słowa gasną, jak niewierne myśli
A dusza przyzywa i płacze
Ten czas przyzywania, szukania Cię, Jezu
Trwały ślad, bolesny, w sercu moim rzeźbi
A kiedy go dotykam, jak figury świętej
Oczami widzę Drogę na Golgotę
I mówiąc do Jezusa: kocham Ciebie, Panie
Wiem, że ta prawdziwa miłość, święta
Tak bardzo zraniona, jest też bolesna
Dziwna procesja
Może to było na jawie
Ale bardziej we śnie przedziwnym
Widziałam procesję z monstrancją
I ludzi, jak kolorowe motyle
Ksiądz w szaty uroczyste ubrany
Aniołowie baldachim nieśli
Śpiew słyszałam, wysokie i czyste tony
A światło było takie przejrzyste
Gdy przeszli ludzie
W motyle przebrani, jak święci
Inną procesję dostrzegłam
Ludzi zbolałych, do ziemi przygiętych
O kulach wsparci, ranami pokryci
Chorych na plecach i noszach nieśli
Gotowa byłam im współczuć
Gdyby nie postać Jezusa
Szedł obok, pomagał chorym
Z uśmiechem tak słodkim, łaskawym ...
Wołałam do duszy: zbudź ze snu ciało
Jak budzik, dręczącym hałasem
Niech wstanie i niech się nie spóźnia
Na tę procesję z Jezusem.
Wieczność
Gdyby był na świecie dąb
Mocarny, z silnymi korzeniami
Skryłabym się pod nim
Gdyby był na świecie trwały dom
Na fundamentach ze skały
Zamieszkałabym w nim
Świat rodzi dęby, które orkan łamie
Domy, które niszczeją
Prawdy, które się starzeją
A ludzie, jak błędni rycerze
Wędrując w poszukiwaniu wiecznej Prawdy
Wiecznego domu, dębu
Mijają Krzyż, na którym wieczność ...
Wyciąga do człowieka ręce.
Bajka o miłości
Dawno, dawno temu, wędrując po ziemi
Zgubił anioł kamień, niezwykły, bezcenny
Gdy go człowiek znalazł, wyśpiewał pieśń piękną
Serce swe otworzył, miłość wypłynęła
A była to miłość bogata, obfita
Czerpali ją ludzie pełnymi sercami
I nikt nie był głodny miłości na ziemi
Nadmiarem karmiła spragnionych uczucia
Raj pełen miłości trwałby pewnie długo
Gdyby nie pojawił się człowiek zza morza
Ukradł kamień anioła, chciał go dobrze sprzedać
Wyczerpał się zapas ofiarnej miłości
Strapieni tym ludzie, wyruszyli w pogoń
Szukali złodzieja bezcennej miłości
Jubilerzy - oszuści mamili ich złotem
Wmawiając, iż blask jego, to okruch z kamienia anioła
Zamęt powstał pośród ludzi wielki
Każdy chciał coś kupić, posiadać na własność
Zbudowano grobowce - sejfy, dla zdobytych skarbów
Strzeżono pilnie, by ich nikt nie ukradł
Gdzieś jednak na świecie jest kamień bezcenny
Legendy o nim krążą, jak miłość rozdawał
A ludzie ciągle marzą, że znajdą na ziemi
Miłość, której żaden szyfr sejfu, nigdy nie uwięzi.
Zaduma
To czas, gdy myśli biegną ku przeszłości
Jak raki, wstecz wędrują
Do marzeń z dzieciństwa
Kolorowych motyli nadziei
Wyciągamy ręce poprzez zasłony wspomnień
Mijamy kolejne lustra lat
Aż dojdziemy do dziecka z lusterkiem
Tak małym
Iż nie ma w nim jeszcze odbicia świata
Tylko oczy ciekawe: kim jestem?
W zadumie, lata są jak minuty
Czas to nie monotonny stuk dzięcioła
Wspominamy chwile
Uśmiech, ciepłą dłoń, dobre słowo
Ciepło słońca, powiew wiatru, zapachy
Krzyż cierpienia spadający nagle
Bez uprzedzenia, tajemnego znaku
Jak krótkie wydaje się życie
Z chwil ważnych złożone ...
W zwiniętej wstędze codzienności
Lat wypisanych w metryce
Pośród rytuału gestów, czynności powszednich
Zaciekawienia, nudy, oczekiwania
Tkwią brylanty chwil wartych zadumy
I, jakim byś nie było, życie
Kolorowe motyle z dziecinnych marzeń
Nigdy nie umierają ...
Nadzieja je rodzi i modlitwa
A potem wypuszcza na wolność
Aby wróciły w świętej, ludzkiej zadumie.
Zwykła świętość
Kazał mi anioł szukać świętych ludzi
Nie na kartach ksiąg mądrych
Ale wśród żyjących
Jakże mam rozpoznać, spytałam anioła
W zwykłych ludziach, świętych?
Ale anioł odleciał, porady mi nie dał
Na ławce usiadłam obok starszej pani
Kilka słów wymieniłam o pięknej pogodzie
A potem historia popłynęła o świętej kobiecie
O ludziach, którzy żyją dzięki jej odwadze
Przypomniałam sobie życie dziadka, babci
Los ich trudny i mozół codzienny
Spracowane dłonie i śpiewy poranne
Gdy wiejskimi ścieżkami na mszę podążali
Pomyślałam o misjonarzach, ich ewangelizacji
O młodych powstańcach, gdy za kraj ginęli
O ludziach, którzy życie za wiarę oddali
O samotnej kobiecie i jej chorym dziecku
Ileż pięknych historii, zwykłych, szarych ludzi
Gubimy pośród współczesnych wartości
Ilu świętych mijamy, stwarzając własnych idoli
Zrozumiałam, aniele, czemu odleciałeś
I kazałeś mnie samej szukać świętych ludzi
Świętość codzienna jest cicha, pokorna
Iż życie jej nie zauważa
Dziękuję Ci, Boże, za tych zwykłych świętych
Za dobro, co zakwitło obok mnie na ziemi
Jest jak kromka chleba żywiąca spragnionych
Wiarą .. i nadzieją
W człowieka
On przecież na obraz Boga był stworzony.
Bezdomne serce
Troszczą się władze o bezdomnych
Rzuconych gdzieś po norach miasta
Są dla nich noclegownie, zupy
Społeczny i charytatywny zapał
Jest też bezdomność z własnym kluczem
Czysta, zadbana, pije kawę
Tylko jej serce smutne płacze
Bezdomne jest, bo nie kochane
Gdy wczesnym rankiem wstaje z łóżka
Snów chwyta się, przyjaciół nocy
Tych o człowieku, który odda
Choć na minuty, mały serca pokój
Pokój ten może być niewielki
Zmieści się w nim bezdomne serce
Ono nie zwykło żyć w pałacu
Drugiego pragnie tylko serca
O serce bezdomne, które czekasz
Na dom bez klucza obojętności
Wyjdź z domu i cierpliwie szukaj
Tak wiele serc wokół, bezdomnych
Bezdomność zaśnie w noclegowni
Ubrana w ciuchy i społeczną troskę
Serce bezdomne, nawet w pięknym domu
Nic do snu nie utuli, prócz miłości.
Intencje
Ofiarowuję na mszy świętej, intencje moje
Na ręce Maryi i patronów świętych
I niecierpliwie czekam, jak żebrak
Na dar Twego błogosławieństwa, Jezu
Wierzę, że każdą moją intencję
Na ołtarz składaną, w koszyku nadziei
W dłonie bierzesz, rozważasz, według bożej woli
I zwracasz memu życiu, jak różaniec pereł
Ten różaniec łask perłami lśniący
Czasem gubię, jak ślepiec bezradny
Własną wolą kieruję się w drogę
Na tej drodze, mgła, Twój różaniec zakrywa
Kiedy wracam zmęczona z tej drogi
Gdy kamienie własnej woli mnie zranią
Duszę, serce przywodzę przed ołtarz
Panie Jezu, pytam, próśb mych zapomniałeś?
Lata życia biegną w szalonym galopie
Zapomnienie gasi świece dawnych mych intencji
Aż chwila przychodzi niezwykłej bliskości
I serce poznaje, wysłuchałeś Panie próśb moich
Dziś wiem, musiały jak kwiat dojrzeć
Umocnione siłą Twej Świętej Ofiary
Przemieniłeś je w owoc Twej woli
I w dłonie moje składasz, na znak Twej obecności.
Płocha miłość
Jak płocha jest ludzka miłość ...
Jak ćma ku światłu chce dążyć
W cieniu pokory nie chce cierpliwie czekać
W blasku światła chce się pławić
Miłość Jezusa do ludzi, pod krzyż Go popchnęła
W ciemności poniżenia się zanurzył
Bezbronny z miłości wobec swoich katów
Szeptał: wybacz im Boże, nie wiedzą co czynią
Jak płocha jest ludzka miłość
Iskierkami świeci zaledwie, habit pokory odrzuca
Ustrojona chce być, zwycięska ...
Złożonych rąk do nieba, długo nie utrzyma
Słabe iskierki płochej miłości Bóg zbiera
Drzewcem krzyża Swego Syna łączy i zespala
Słabość płochej miłości podtrzymuje
Jak ogniki lampki wieczystej
O słabości płochej miłości człowieka
Ciężarem życia przygnieciona
Krzyż święty ciebie błogosławił
Twą słabość - na krzyżu Jezus zbawił.
Do mojego Proboszcza
Bóg dał Ci dwa serca
W jedno, nie wlałby tyle odwagi
Kapłańskim pobłogosławił powołaniem
I z ojcowskim pocałunkiem, na świat wyprawił
Obietnicy łatwego życia nie dopisał
Plany miał wobec Ciebie, własne
W kołyskę, Pismo Święte, anioł wrzucił
Matka Boża, zamiast Twej własnej, przejęła opiekę
Wiara Twoja ziarnkiem gorczycy zakwitła
Góry poruszyła, rzeźbiąc w nich mury kościołów
Powstawały z Twojej siły i uporu
Z Twojej miłości, tęsknoty ... i nadziei
Choć tajemnice duszy Twej nieznane
Na drodze swej, Jezusa ujrzałeś, bezdomnego
O dom Cię prosił - kościół, nawet skromny
By krzyż ciężki mógł o mur jego oprzeć
Człowiekiem jesteś i siły Twe wątłe
Jedno z serc Twoich, osłabło od pracy
Czasu dla niego nie miałeś za wiele
Samo więc ... poprosiło, o mały przystanek
To drugie jednak, nadal mocno bije
Sił Ci dodaje w kapłańskiej posłudze
Choć smutek czasem na twarzy Twej gości
I myśli bliskie o podróży dalekiej
Inżynierze bożych, budowniczych planów
Nie słabość Twoja, choroba, uniosą Cię z ziemi
Ale czas to będzie, gdy Bóg, rękami aniołów
Ukończy, budowę domu pięknego, dla Ciebie
Patron Twój, z Ars Proboszcz
Szepnął mi po mszy świętej, z uśmiechem i bardzo dowcipnie
Niech Proboszcz twój modli się dalej gorliwie
Aniołowie, tam w niebie, postawili Mu zaledwie ... kamień węgielny.
W cieniu krzyża
W smutku
Zalewającym duszę jak powódź
Niosąca wody pełne raniących korzeni
W cieniu krzyża staję
Ochłody szukam
Cierpiący
W prażącym upale naszych grzechów
Spalony niewdzięcznością, zapomnieniem
Jezus na krzyżu trwa
Ochłody nie szuka
Skryję się w cieniu Twego krzyża, Jezu
Gdy wokół mnie szum złych myśli
Jak woń trujących kwiatów dręczy
Droga trudna
A siły ... tylko ludzkie
Oczy i uszy zamknę
Cieniem Twego krzyża się uleczę
A zmęczony, ludzki smutek
Kołysanką modlitwy utulony
Pod krzyżem uśnie.
Ofiarowanie duszy
Po świecie krążę
Często wśród półprawdy i fałszu
Mamią światłem pozornego szczęścia
Więzią ludzi pętami
Jak niewolników materii
A Prawda, opuszczona na krzyżu
Krwawi ...
W mszy świętej, w Adoracji
Prawdy pod krzyżem poszukam
Miłość i nadzieję Jej ofiaruję
W tej świętej chwili
Dam mojej duszy wolność
Od półprawdy i fałszu świata
Moje łzy z Twoimi, Prawdo - zmieszam
Może tym ludzkim uwielbieniem
Na sekundę zatrzymam wieczność
I Prawda ... przestanie krwawić.
Wdzięczność
Chciałam słowa piękne posłać na ołtarz
Wdzięcznością ozdobić Ofiarę mszy świętej
Usta słów wypowiedzieć nie mogły
Jakby milczenie im ktoś nakazał
Tylko łzy gorące po twarzy płynęły
Komponując z nich melodię przedziwną
Tajemnicze nuty łzami zapisane
Dusza moja, jak muzyk, na fletni grała
Pewnie chwila to była zaledwie
Dzwonek na mszę przerwał ten koncert
Lecz melodia w pięciolinię serca wpisana
Została w pamięci, jak pieśń o ludzkiej wdzięczności.
Modlitwa o miłość
Jak rozpoznam miłość na ziemi
Jeśli dotyku Twej Miłości, Jezu, nie poznam?
Darem serca, mądrości, mnie nie obdarzysz
Umrze ziemska miłość wśród łez rozpaczy
Uwij w sercu moim, Panie, gniazdo z Twoją Miłością
A ręce ku ludziom wyciągnę szczere
Darem im będę, jak rybak z siecią pełną
Nie, jak żebrak głodny, wyczekujący na datek
O Serce Jezusa, źródło Miłosiernej Miłości
Przy kołysce, ucz matki tej ziemi, Twojej Miłości
Aby głosy dzieci były piękne i szlachetne
A świat nie wydawał się im mroczną tajemnicą
Dotknij nas Panie mocno swoją Miłością
Niech Jej obfitość objawi się wiernością w trudach życia
Dotknij nas Panie swoją Mądrością
Która rozróżnia nauczycieli pięknej i fałszywej miłości.
Czas
Łaskawy jest czas dla dzieci
Kalendarz i zegar wiszą wysoko
Dni zaś ozdabia uśmiech mamy
I smak słodyczy w ustach
Młodym, czas się wydaje
Zegarem bez wskazówek
Przyszłość zaś, mglistym mirażem
Przyjemność jest celem ich życia
Tylko lustro w mieszkaniu
Od lat to samo, po babci
Zmienia twarze dzieciństwa, młodości
W dorosłego pana lub panią
Lustro, to sędzia z wyrokiem w dłoni
Czyta listę naszych strat i zysków
Obok głosy słyszymy niecierpliwe:
Nie jesteś już dzieckiem …
Dziwny ten wiek dojrzały
Napada z siłą zbójcy, znienacka
Żąda bilansu życia
Wylicza, kogo zawiedliśmy
I trzeba znaleźć czas na rozwagę
Przed lustrem w naszym mieszkaniu
Makijaż złudzeń zetrzeć z twarzy
I przyjrzeć się sobie … w prawdzie
Zbudować dom, w którym drzwi będą otwarte
Dla Miłości Boga i Jego Prawdy Wiecznej
Aby słychać w nim było pukanie, proszących o pomoc
I śmiech radosny, kochających się ludzi
A potem, gdy już w ludzkim trudzie
Dom taki wybudujemy, z cegieł naszego serca
Nie straszna nam będzie starość
Dziwna pani, zasiadająca obok, na naszej ławce życia
Niezbyt się ona nam podoba
Jeszcze przecież czujemy się silni
Warto jednak pokonać odruch niechęci
I wysłuchać, co ma nam jeszcze do powiedzenia …
Podczas adoracji zwracam się do Pana Jezusa, mówię: Proszę Cię, pomóż mi … Wpatrzona w Najświętszy Sakrament, płonący światłem w kaplicy, otrzymuję „obraz”: czarny krzyż, drewniany, wypełniony kanalikami, przez które przepływa ciepła krew Jezusa i szemrze jak górski strumień. Krzyż wypełniony krwią, nie ma w sobie nic z twardego drzewa, jest jakby napuchnięty gorącem przepływającej krwi, ŻYJE … Przytulam się do niego, ogrzewa mnie swoim ciepłem … Obraz znika, a ja otrzymuję wewnętrzny przekaz dla mojego serca, rozumu … dla Drogi Krzyżowej: Jestem żywy, oddałem dla was swoje życie … Niosąc Mój Krzyż, nie spotkasz nigdy twardego drewna, przemieniłem je w ciepło, raczej „gorąc” Mojej Miłości. Pamiętaj o tym „obrazie”, gdy ogarną cię wątpliwości, niepewność, przytul się, by zaczerpnąć mocy Mojej Krwi.