Wstęp

 

Kochany czytelniku tej książki, choć nie widzę twoich oczu, nie znam twojego życia, pragnę obdarzyć cię modlitwą, która zbliży nas do siebie, połączy w Jezusie Chrystusie.
Jak wielu z was, tak i ja, dojrzewamy duchowo na drodze do Boga. Szukamy akceptacji wydarzeń w naszym życiu, szukamy miłości, której możemy zaufać. Nasze wnętrze, serce, dusza jest jak piękny dom, którego strzegą zamknięte drzwi. Jesteśmy nierzadko tajemnicą dla siebie … ale nie dla Boga. U tych drzwi stoi blisko nasz Pan, Jezus. Cierpliwie czeka byśmy Mu pozwolili być gościem w naszym domu. Pragnie spotkania z nami w intymnym zbliżeniu, pragnie dotknąć nas Swoją Miłością. Jeśli zapragniemy takiego spotkania, poddamy się ciszy kontemplacji, otworzymy Mu nasze drzwi, doznamy wielu uniesień, pięknych myśli, a nawet pouczeń. Możemy usłyszeć w sercu słowa, które nas zadziwią. Tak właśnie powstawały moje wiersze. Kiedy Jezus staje się stałym gościem w naszym domu, zmienia się nasze życie, łagodnieje i napełnia się pokojem nasza ludzka natura. Poczucie humoru, serdeczność wobec ludzi i wyrozumiałość dziwnie wzrasta. Mamy pragnienie codziennego obcowania z Panem na mszy świętej, oddawania Mu czci w Adoracji, pielgrzymowania do miejsc świętych. Jezus staje się żywym Przyjacielem, rozmawiamy z Nim i słyszymy Go lub zostajemy obdarzeni pięknymi obrazami. Odpowiadamy na Jego Miłość, własną miłością, może nie doskonałą, wahającą się, ale to On, Bóg ją uszlachetni, nauczy modlitwy, jakiej dotąd nie znaliśmy. W swoim „Dzienniczku”, siostra Faustyna napisała tak o swoim spotkaniu z Bogiem: szczęście i radość, jaka udzieliła się duszy mojej, jest nie do opisania, nie mogę tego napisać słowami, co jest bez słów …
Książka ta powstała z miłości i pragnę podzielić się tą miłością z tobą, czytelniku. I choćby jeden wiersz, jedna myśl sprawiła, że zapragniesz takiego spotkania w modlitwie, będę Bogu wdzięczna za ten dar.
Świat wypisuje nam metryki, zawarta w nich jest długość naszego życia i tak też jesteśmy oceniani: stary, młody, dziecko.
Kiedy jednak sięgamy wstecz naszego pielgrzymowania na tej ziemi, okazuje się, że pamiętamy tylko chwile – ten jasny błysk naszej duszy, kiedy zapala się światełko doznań ponadprzeciętnych. Mogą to być chwile iluminacji w modlitwie, tajemnicze obrazy ze snów, rozmowy z Aniołem Stróżem? Bogiem? Świętymi? Podczas Adoracji Najświętszego Sakramentu, mszy, zapatrzenia w obraz.
To właśnie te chwile, momenty, jak złota nić łączą nasze szare dni.
Szare dni, lata, to nasza metryka z tego świata. Czasem zabłyśnie w nich radość, a czasem cierpienie wbije mocny cierń. Wątpliwości, niepokój, ambicje, strach – wiele uczuć zabarwia codzienność.
Owa złota nić pięknych chwil, nazwanych przeze mnie „spotkaniem w modlitwie” nadaje sens naszemu życiu, pozwala je pokochać, żyć nadzieją, że kiedyś... za dzień, miesiąc, rok, będzie mi dane ponowne „spotkanie w modlitwie”, owa chwila iluminacji, w której otrzymujemy dar „opisania” słowem, obrazem, muzyką tego, co łączy nas z Bogiem.
To „spotkanie” ma bardzo intymny wymiar, tylko „ty i Bóg”; każdy z nas otrzymuje taką złotą nić, hojnie z nieba zsyłaną. Trzeba tylko wyjść temu „spotkaniu” naprzeciw i nie zmarnować łaski sięgnięcia po nią.


------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------                       Kaplica Małych Dusz w Chevremont - Belgia (Centrum Małych Dusz -   gdzie żyjąca jeszcze Małgorzata - lat 90 - napisała kilka tomów:  „Orędzie Miłosiernej Miłości do Małych Dusz")
Jestem w grupie pielgrzymującej na mszy w Chevremont z udziałem Małgorzaty. Jest to moje pierwsze spotkanie z Jezusem w tym niezwykłym miejscu. Proszę Go więc o zdjęcie ze mnie lub „wygładzenie" krzyża (związane jest to ze śmiercią bliskich mi osób), który niosę. Słyszę wówczas łagodny głos: „Jeśli wygładzę ci ten krzyż, to będzie ciągle spadał z twoich ramion. Krzyż chropowaty, z drzazgami, lepiej utrzyma się na ramionach i nie będziesz go musiała zarzucać ciągle od nowa". Zrozumiałam ten przekaz jako pogodzenie się z krzyżem, który noszę. Bo gdyby Jezus zrealizował moją prośbę, to znaczyłoby, że musiałabym ciągle pochylać się i podnosić go na nowo, żeby ten krzyż - cierpienie ponieść.

Spotkanie

Spotkałam Cię Jezu, w Chevremont
Wyrzeźbionego w drewnie
Z rękami spętanymi sznurem
Syn Boga - Dar dla Świata
Świat odarł Cię z szat
Cierniem ukoronował, ubiczował
I oddał ... Bogu
W cichej procesji w krypcie klasztoru
Podchodzimy do Ciebie Jezu
Całujemy Twe ręce, nogi
Wybielałe już od naszego dotyku
Czekasz
Cierpliwy
Miłosierny
Kto zdejmie pęta z Twych rąk?
Kto podejmie cierpienie, bez jęku?
Tak mało świętych wśród nas, Panie.


Lęk

Postawiłam stopy na lęku
W zwykły dzień, ani słoneczny, ani deszczowy
Zaskoczył mnie
Chwycił serce, spętał strachem
Krzyknęła głośno:
Samotność
Wina
Krzyknął grzech
Poczułam siłę zła
Moc nad słabością tych, co
Świat ziemski czynią Bogiem
Dają się mu uwieść
Odrzucili egzorcyzm modlitwy
Sznur złocisty zrzucił Archanioł z nieba
Złapałam go
Michale Archaniele strzeż nas w walce ...
Diabelski śmiech ustał
Nie na zawsze
Wiem, że wróci
Poznałam go w moim Ogrójcu
Nie mogę udawać, że go nie znam.

Medytacja. Istnieją trzy fazy modlitwy: słowna, uczuciowa i taka, podczas której odczuwasz moment iluminacji, odpływasz od rzeczywistości, jesteś jakby w innym świecie, jasnym (trwa to bardzo krótko, kilka sekund). Z tego maleńkiego olśnienia czerpie się ogromną moc, siłę, większą niż z innych modlitw.

 

Modlitwa

Patrzę na Ciebie Boże, przez kraty
Moich grzechów
A może krzyży?
Modlitwą próbuję je wyłamać
Aby dosięgnąć promienia
Twojego Miłosierdzia
Wiarę moją nastawiam
Jak budzik
Aby dała znać w godzinie ciemności
Układam w stos moje słabości
Przed konfesjonałem Twojego sługi
Wybacz Panie
Daj nadzieję, że Twoja miłość
Rozerwie moje kraty
Przemówi...
Przez KOGOŚ, ANIOŁA, ŚWIĘTEGO
I obym nie przegapiła tej chwili.

W czasie odmawiania różańca w domu nie odczuwam należytego skupienia i „wnoszę" skargę na siebie do Matki Bożej. Jak modlić się? W tym samym czasie pojawia się wizja: Matka Boża siedzi w ogrodzie pełnym kwiatów, ma niebieską suknię z welonem, różaniec w ręku. Siedzi w środku klombu na podwyższeniu, wokół niej, jakby w kształcie różańca przeróżne kwiaty, barwy ich są bardzo zdecydowane. Odtąd zawsze odwołuję się do tego obrazu.

Siostra

Miałaby Twoje oczy, Twój uśmiech
A może nawet szary habit Urszulanki
Byłaby mi drabiną do nieba
Dobrocią w chwilach zwątpienia
Ręką, która podaje zawsze upragnione okruchy
Jak wróblowi, który mało pragnie
Ale ciągle szuka pokarmu
Odwiedzałabym Cię w czystych korytarzach klasztoru
Gdzie promienie słońca przecinają okna
Aby w końcu położyć się na podłodze
Mówiłabyś mi co dobre, a co złe
Nigdy szare albo obojętne
Ciebie przecież Bóg szczególnie umiłował
Zdradzałabyś mi Jego tajemnice
Leczyłabyś ślepotę codziennego dnia
Zapakowałabyś moją dużą złość w maleńki pakunek
Nie musiałabyś mnie kochać
Jak człowiek człowieka
Siostra siostrę ...
Wiem przecież KTO dla Ciebie jest najważniejszy
Wystarczyłoby mi, że jesteś, żyjesz, pamiętasz o mnie
Siostro Urszulo Ledóchowska ...

Obory. Ceremonia o uzdrowienie ciała i duszy. Stoję przed kościołem, odbywa się błogosławieństwo krzyżem. Ks. P. Męczyński jest w kościele, niesie krzyż przez środek kościoła i błogosławi. Nagle czuję jak otacza mnie czerwone promieniowanie w kształcie owalu, czuję gorąco, niedowierzam temu, co się dzieje: Przecież nie widzę księdza z krzyżem, skąd to uczucie? I wtedy zobaczyłam krzyż (przy zamkniętych oczach) - na ciemnym krzyżu był Chrystus, na piersi Jego krew, przepasany był bardzo białą szatą, zdziwiłam się, że przy takiej męce, ta szata była nieskazitelnie biała. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że księdza z krzyżem jeszcze nie było na zewnątrz. Pomyślałam, „dlaczego ja to wszystko czuję i widzę blisko, a księdza z krzyżem jeszcze nie ma"? Usłyszałam trochę zabawny głos: „A jak myślisz, czy Ja idę za księdzem, czy ksiądz idzie za Mną?" (Odczułam to jako pewną ironię, ale życzliwą, jak do dziecka).

Znaki

Po drogach idę poplątanych
Znaków szukając świętych
Dla codzienności - zrozumiałych
Labirynt cierpień, radości przelotnych
Mapę mą znaczą, jak skały
Wzrok wznoszę ku wieżom strzelistym
Na mury kościoła wspiąć bym się chciała
Znajdę tam może Anioła Wielkiego
On wstęgę świetlistą rozwinie
Drogę mi wskaże, do Boga, jedyną
I nie pomylę się, nigdy
Ku ziemi jednak dusza ma wraca
Tam Bóg wyznaczył nam dróżki
Pochyl się nisko, Anioł powiedział
Poszukaj znaków ci bliskich
Popatrz, obok staruszka przechodzi
Posłuchaj, co szepcze cichutko
I słucham, bo Anioł tak mi nakazał
Kobiety kroczącej z trudem
Wiek swój wspierając na lasce drewnianej
Szeptała: Ufam Ci Jezu, ufam, wierzę Ci Panie.

Medjugorie, Adoracja. Słyszę głos: „Adoruj moją ludzką naturę, która pokazuje słabość człowieka i jego cierpienie i pomagaj ludzkiemu cierpieniu.
Widzę Chrystusa na ciemnym krzyżu, Chrystus jest pokryty brązową patyną, słyszę: „Schodzę do ciebie z krzyża, Jestem przy tobie, ale gdy grzeszysz, na nowo wracam na krzyż”.
Kilka dni później jesteśmy w Częstochowie.
Stoję przed obrazem tuż za kratami i patrzę na obraz i ze zdziwieniem stwierdzam, że widzę twarz Chrystusa i potem mówię do siebie: „Przyszłam do Ciebie Maryjo, a widzę twarz Chrystusa. Słyszę odpowiedź: „Bo nas jest teraz dwoje na Jasnej Górze".
W nocy w czasie snu dziwię się, że nie widzę ciała tylko samą głowę Jezusa z czarnymi cierniami w koronie. Jezus odpowiada, że są to stare grzechy, stale powtarzające się. Obok cierni starych, dostrzegam nowy, jakby żywy cierń. Pytam, co to za dziwny cierń, Chrystus odpowiada, że to są nowe, świeże grzechy, które każdy dodaje do korony cierniowej.

Przerwane milczenie

Krzyż drewniany z Jezusem i obraz Maryi
Tradycją przodków przybite do ściany
Modlitwy obok nich, jak ptaki ulatują
Pośpieszne, częściej zapomniane
A czas płynie
Krzyż milczy, jak w muzeum obraz
Bez miłości obserwowany...
I trzeba grzmotu bólem powalającego
Karmiącego cierpieniem jak chleb powszedni
Aby wreszcie uklęknąć
Przed krzyżem
Przybitym do własnej ściany
Głowę unieść do obrazu Maryi
Zakurzonego już zapomnieniem
I błagać Jezusa, tak dotąd niemego
Na cud czekać, czas święty
Gdy on zechce przemówić...
Do cierpienia twego.

Obory (Wieczernik). Podczas medytacji przed obrazem Matki Boskiej Bolesnej z Obór ujrzałam otwarte drzwi, były wysokie. Mógł przez nie przejść tylko jeden człowiek. W myślach zadawałam sobie pytanie. Co to oznacza? Usłyszałam odpowiedź, że są takie sanktuaria, w których ludzie otrzymują łaskę bezpośredniego obcowania z Jezusem, Maryją. Tam trwa jak gdyby 24-godzinne „czuwanie" Matki Bożej. Mam wrażenie, że są pewne ukochane przez Nią miejsca, w których nasza modlitwa jest „odbierana" natychmiast.

 

Rana

Przyglądam się jej
Czasem pudruję zapomnieniem
Maluję szminką małych radości
Aby nikt jej nie zobaczył
Nie pytał:
Skąd masz tę ranę?
Ale wieczorem, w nocy
Gdy kładę się spać
Już bez wymyślnego makijażu
Ja i moja rana, towarzyszka życia
Patrzymy sobie w oczy
I choć ona stała się już blizną
Ku pamięci ...
Jak krzyż odciśnięty
Mówię jej:
Przyjaciółko zesłana, nie wybrana
Sprawiasz, iż
Boleśniej, mocniej świat czuję
Rozpoznaję ludzi zakrywających swe blizny
Ale nie pytam:
Skąd masz tę ranę?
Wiem, że to Boża Tajemnica.

Kiedy jestem w Borzęcinie pod Warszawą, w czasie nabożeństwa przychodzi mi myśl, że niektóre kościoły mają piękną oprawę, a niektóre są bardzo prowincjonalne, ludzie mają pretensję, że msza nie jest uroczysta, podniosła, atrakcyjna i wtedy usłyszałam pytanie: „Czy list miłosny napisany na szarym papierze w kratkę jest gorszy od listu pisanego na papierze kredowym?" Zrozumiałam, że musimy zwracać uwagę na istotę mszy św. a nie na wystrój, oprawę. Może jesteśmy jak dzieci, które potrzebują atrakcji? „Kolorowego cukierka"?

Nauka o wierze

W pewnym skromnym kościółku
Ksiądz kazanie głosił
O istocie wiary i Bogu Najwyższym
Za plecami księdza, krzyż z Jezusem wisiał
Przed księdzem, wierni, bardzo zasłuchani

Kiedy Ciało Jezusa wysoko unosił
I kielich złoty z krwią Jego
Wierni w duchu wyznali, mocno, szczerze
A ja z nimi ...
Wierzę Ci Jezu, ufam, wierzę ...

Była tam starsza pani
Był pan o kulach, z chorymi nogami
Rozbiegane dziecko, para młodych ludzi
Zasmucona kobieta z pełnych łez oczami
I dziewczynka z blond warkoczykami

Gdy msza się zakończyła
Ksiądz błogosławieństwo przesłał, na drogę, na życie
I ludzie zaczęli wychodzić
Aby żyć tym życiem i tą wiarą
Co ksiądz im do serca przekazał

I raptem przy wyjściu, pan o kulach się potknął
O panią, co uklękła przy wyjściowych schodkach
Nie było tam poręczy, więc mocno się zachwiał
Wdrapując z trudem na kolejny schodek
Były przykre słowa ... i złość wielka, przy święconej wodzie

Gdy kościelny, po mszy drzwi wielkie zamykał
Cisza w kościółku zapadła, nawet zegar nie tykał
Pan Jezus pozostał, wielce zamyślony
Jak ksiądz ma nauczać? I jakimi słowy?
Aby nikt się nie potknął, jak ów człowiek chromy

Banneux, Belgia - Kaplica Świętego Krzyża. W czasie medytacji - adoracji po pół godzinie zapytałam Chrystusa: byliśmy w Chevremont na mszy i nic mi nie powiedziałeś, Chryste? – Usłyszałam: „Ja jestem w każdym miejscu i mówię do ciebie w każdym miejscu gdzie jesteś". Zapytałam: czemu Jesteś smutny na tym krzyżu, Jezu? Usłyszałam w odpowiedzi: nie jestem smutny, bo zmartwychwstałem i żyję wśród was. Błogosławię każdego po kolei. Nadal „idę" w drodze krzyżowej. Podchodzę do człowieka, a on opluwa mnie. Podchodzę do drugiego, a on krzyżuje mnie. Ale są też i tacy, jak Szymon i Weronika. Stoję przed każdym, w swoich czternastu stacjach. Czasami wielokrotnie wracam do tego samego człowieka, i mam nadzieję, że ten człowiek przyjmie mnie, nawet w chwili swojego konania. Do samego końca życia, człowiek ma szansę, aby być zbawionym. Chrystus skarży się: „Zimno mi tu i ciemno". Tyle ludzi Cię tu odwiedza, dziwię się! – „Więcej czasu spędzają na kupowaniu niż adorowaniu Mnie!" - słyszę odpowiedź.

Chrystus przychodzi

Chrystus przychodzi do mnie w ciszy
Patrząc na moje puste dłonie
Samotność moja ... i Jego
Co Ci dam Gościu - pytam
I odwracam wzrok ze wstydem
Potrzymaj mój krzyż, szepcze
Choćby przez chwilę ...

Chrystus przychodzi do mnie w radości
Gdy zapominam o świecie niebezpiecznym
Patrzy wtedy ciekawie
Jak człowiek, który ... czeka
Poprawia ciernie na koronie
Ociera krople potu i krwi
Podziel się, mówi cichutko, twoją radością

Chrystus przychodzi do mnie w ciemności
Gdy zaszyta w kącie diabelskich oskarżeń
Myślę, że warta jestem - nic
Szuka mnie w atramentowym mroku
Stawiając kroki po perełkach różańca
Trafia do mnie po zapachu bólu
Podaj rękę - Jestem, słyszę

Chrystus przychodzi do mnie, gdy już
Rąk nie wyciągam, ani po ciszę, ani radość, ani ciemność
Zostawiam Mu miejsce w sercu
Na wspólną modlitwę, na kapłana z Eucharystią
Na czyjeś oczy, obrazy święte
Gościem bądź, mówię, codziennym
Czuwaj, odpoczywaj - uśmiecha się


Matka

Kiedy żyła, była pokarmem i dobrym słowem
Rękami i bezpieczeństwem
Murem przeciw złości świata
Lękiem o los dzieci
Obroną przed grzechami
Modlitwą błagalną i różańcem
Ofiarowaniem Archaniołom własnych krzyży
Aby ponieśli je ... zamiast
Jako okup, pokutę, dar
Dla dziecka, za dziecko
O miłosierdzie ...
Idź już do Boga, Matko, powiedział św. Piotr
Ofiara Twojego Czasu, spełniona
Zbierz swoje odpusty, modlitwy, miłości
Zapakuj w żałobny tren i powędruj
Dalej, wyżej
Dusza twoja pragnie już odpocznienia
Tam błagaj o miłosierdzie
Przytulona już do Żywego Krzyża Chrystusa

Nie jestem pewna, czy to był sen, czy byłam w stanie czuwania, usłyszałam głos, który powiedział mi trzy wspaniałe wiersze. Myślałam, że je zapamiętam, bo były takie proste i piękne i powiedziałam, że te wiersze przypominają mi poezję księdza Twardowskiego. Usłyszałam w odpowiedzi: „To bądź takim Twardowskim w spódnicy". Niestety rano, mogłam tylko odtworzyć jeden wiersz, chociaż częściowo pamiętałam drugi, pod tytułem „Testament". Pierwszy był o przyrodzie - porównanie duszy z przyrodą - jak ptak, jak deszcz, który obmywa. Drugi to „Testament". I trzeci, który zapamiętałam to „Droga". Przekaz był w formie inscenizacji - słychać głos aktora, a na ekranie widać obraz - widziałam siebie idącą tunelem i dochodziły do mnie słowa:

Droga

Idę długim korytarzem
Gdzie mrok pokrywa nawet moje nogi
Rękami wilgotny mur dotykam
Jak długo?
Kto da sił moim rękom
Nawet echa tu nie ma za towarzysza
Może nadepnę na nadzieję?
Podniosę ją do ust
Upiję się nią
Muszę iść!
Podpisałam kontrakt na tę podróż
Pieczęcią Bóg go opatrzył
Więc idę
Może spotkam Ciebie?

Koniecznie chciałam sobie przypomnieć pierwszy wiersz, który dwa dni wcześniej w nocy ktoś mi powiedział i poprosiłam św. Urszulę Ledóchowską o pomoc, wówczas zaczęły pojawiać się słowa.

Testament

Stanął przede mną Anioł, we śnie
Nakazał: zrób testament
Nie mam majątku - targowałam się z nim
Klatka w szarym bloku
Jakiś pokój za miastem, stare meble...
Kto to zechce?
Pomyśl, szumem skrzydeł nakazał milczenie
Zebrałam więc uczucia w obrazy
Pokroiłam serce na kawałki, które dawałam innym
Czasem wzięli, czasem oddali...
Bez podziękowania
Za małe były?
Zebrałam słowa miłości o ludziach, których życie opisywałam
Trochę modlitwy, świętych obrazów, pielgrzymek
Rozmowy z przyjaciółmi, rodziną
Lęki, grzechy, pokuty
Msze ofiarowane ze żywych i zmarłych
Pytania do Boga, te bez odpowiedzi
I te, których odpowiedzi nie pamiętam
Ale wiem, że są Miłością
Anioł rozsiadł się, podparł głowę skrzydłami, uśmiechnął się
Pisz dalej, powiedział
A ja się zdrzemnę...


Testament II

Skrzydłem poruszył uśpiony Anioł,
Drzemkę zakończył i ... spojrzał na mnie
Wzbudził niepokój, a w duszy pytanie
Co mój testament przemilczał, Panie?
Miesiące modlitw i szepty Anioła
Ledwo słyszalne ... zapominane
Jak trudno, Boże, przebić się słowu
Stróża naszego, w codziennym bałaganie
A może głusi jesteśmy z wyboru?
Bo łatwiej usłyszeć hałas, niż ciszę?
Drzemką swą Anioł chciał coś powiedzieć
Co najważniejsze jest w moim życiu?
Jak mam spisywać ziemski testament?
A może tylko błagalną prośbę?
Do tych, co serce me pokochało:

Módlcie się za mnie, gdy czas mój przeminie
Choćby ciszą chwili maleńkiej, modlitwą prostą
A ja wam testament spiszę - obietnicę
Opiekę Anioła mojego, co trudził się wielce
On skrzydło wyciągnie do was niebieskie
Zasłoni zło, co tak niepokorne
Chciałoby zabić w was serce wielkie
Nauczy, jak mnie, spisywać testament - błaganie
On słów zawiera tak przecież niewiele:
Módlcie się za tych, co już nie są w stanie
Ustami błagać o ... wieczny pokój i zbawienie.


Piątek. Po mszy porannej zostałam na drodze krzyżowej. W połowie drogi krzyżowej usłyszałam w sercu: „Zwróć uwagę na upadki Chrystusa". Pierwszy upadek Chrystusa, gdy upada z bólu nad ludzkimi grzechami.
Drugi upadek - w wyniku zapomnienia człowieka - jest samotny. Zadałam pytanie: A co z trzecim upadkiem. Usłyszałam odpowiedź: „Chrystus upada, bo musi jednak nadejść sprawiedliwość"!!

Upadek

Poruszam się w atramentowej ciemności
Nie rozpoznaję kształtów
Dobra, ani zła
Tysiące drobnych iskierek
Ranią mnie rozpaczą
Gdzie jest Twoje światło
Duchu Święty?
Ojcze Nasz, który jesteś w niebie ...
Nie, nie nasz
Mój
Dotknąłeś mnie piekłem
Wola Twoja, nie moja, Panie
Poznaję ból, bez miłosierdzia, ofiarowania
Słabość człowieczego krzyża
Idź, słyszę błogosławiony głos Madonny
Bolesnej, Płaczącej
Pokonaj próżność rozpaczy


Dom

Za tym lasem stoi dom drewniany
Pusty, bo nie narodziły się w nim
Już żadne dzieci
Dobrzy ludzie zabili mu deskami oczy
Aby wiatr nie wywiał z niego
Resztek wspomnień
Wysokie, białe brzozy, smukłe sosny
Chronią go przed deszczem, burzą i słotami
Tylko furtka drewniana bardzo krzywa
Łopocze, pokrzykuje, zaprasza
Wejdź wędrowcze, wejdź
To ja Dom, zbudowali mnie dobrzy ludzie
Kiedyś gościłem radość, płacz, śmiech
Nie chcę umierać w samotności

W czasie drogi krzyżowej zastanawiałam się, jaka jest wartość cierpienia. Usłyszałam „wewnętrzną" odpowiedź: największą wartość ma cierpienie bez pocieszenia. I pomyślałam, iż chorzy uzdrowieni otrzymali pociesznie. Chorzy, którzy do końca życia niosą swój krzyż choroby, nie obrażając się na Pana Boga, nie bluźnią i z pokorą przyjmują i oddają swoje cierpienie Chrystusowi, ufają Mu. Jest to cierpienie bez pocieszenia. Myślę, iż takie cierpienie ma wielką wartość w oczach Chrystusa.

 

Aniele Boży

Stróżu moich pogubionych ścieżek
Biegający po górach moich uniesień
I stąpający w dół
Moich ciemnych nocy
Musisz być bardzo cierpliwy
Czuję opiekę Twoich skrzydeł
Czasem, Twoje zmęczenie
Próbuję Cię wtedy pocieszać
Modlitwą, gestem miłosierdzia

Są chwile, gdy Ci się wymykam
Gdy śpisz, zakryty białym skrzydłem
Ot, mam przecież własną wolę!
Może prześpisz moją zbuntowaną ucieczkę?
Dokąd?
Tam gdzie łatwiej, przyjemniej, gdzie...
Krzyż nie „psuje" krajobrazu
Ale wracam Aniele mój
Dotykam Cię ostrożnie moimi grzechami
I błagam ... wybacz ... ratuj.

Sen. Wchodzę do kościoła na Saskiej Kępie. Kościół jest pusty, tylko nieliczne osoby. Klękam i wówczas z krzyża, z naszego ołtarza „schodzi" Chrystus, w koronie cierniowej, ma krew na skroniach i ubrany jest w szaro - bordową szatę, poszarpane rękawy, gołe ramiona. Chrystus płynie jakby na chmurze, wolno. Wyobrażam sobie, że Chrystus chce „uciec" z kościoła. Jestem tym wystraszona, rzucam się na kolana, kładę na piersiach, na wznak, Chrystus - zwalnia, siada na lewej tylnej ławce z brzegu. Odwraca się tyłem do ołtarza i prawą ręką podpiera głowę. Czuję zadowolenie, że Chrystus usiadł i patrzy na mnie. I wtedy uświadomiłam sobie, że za chwilę wejdzie tłum ludzi, którzy nie będą Go widzieli i będę śmiesznie wyglądała leżąc na podłodze.

 

Oczy Boga

Poprzez witraż w kamiennym murze kaplicy
Ujrzałam ... Oczy Boga
Oczy Boga popatrzyły na ołtarz ukwiecony
W tabernakulum z Jezusem porozmawiały
Jak latarka, konfesjonał pusty oświetliły
Dywan przetarty od stóp wiernych
Stare klęczniki wymagające remontu
Święte obrazy pobłogosławiły

Potem na cennej piecie spoczęły
Delikatny podmuch, kurz z posągu strącił
Matce Najświętszej, Oczy Boga, twarz rozjaśniły
Bo posąg od starości, być może, posmutniał
Jezusowi, dłoń ściemniałą od pocałunków błagalnych
Oczy Boga wybieliły, Aniołom oczyściły skrzydła
Staruszce, co o dobrą śmierć prosiła
Dopisały w modlitewniku: raduj się życiem ...

Parze młodych, Oczy Boga namalowały aureolę
Może świętymi zostaną?
A może tylko mężem i żoną?
Potem Oczy Boga spoczęły na mnie
Spokojne, wszechwidzące ...
Anioł zakrył mnie przed Oczami Pana
Ona się jeszcze uczy modlić, daj czas
Pobłogosław, nie oceniaj, Panie ...

Czuwanie nocne w Częstochowie na Jasnej Górze około 1 w nocy. Po obejściu Obrazu na kolanach, kiedy klęczę w ławce, modlę się, mam wrażenie, że jestem tylko widzem, a nie uczestnikiem. I wtedy usłyszałam: „przed modlitwą trzeba prosić o przebaczenie". Zawstydziłam się. Ujrzałam obraz jak środkiem kościoła idzie grupa ludzi w długich szatach, wszyscy przepasani sznurem, wszyscy podobni, sylwetki zgięte, brązowe worki na plecach. Niektórzy mieli worki pełne, a niektórzy tylko na dole wypełnione. Zobaczyłam, że to są kamienie średniej wielkości, małe, a jeszcze inni mieli jeden duży. Ktoś tłumaczył mi, że wszyscy idą zwalić te kamienie, które są grzechami, przed Obraz. Usłyszałam: „czasami taki stos usypią, że nie widać nawet Obrazu. Dobrze, że Obraz wisi wyżej." Zainteresowałam się, dlaczego niektórzy mają jeden wielki kamień, usłyszałam, że to jest jeden grzech ciągle popełniany przez wiele lat.

Kapłan w drodze

Nauczyli cię w młodości wersetów z Biblii
Pokazali mądre księgi uczonych i świętych
Powiedzieli, że pokora - to twoja postawa
A twoje dłonie mają dobro świadczyć
Każdy człowiek ma w sobie Chrystusa

Potem przyszły dni, w których jak On, twój Pan
Poszedłeś na kalwarię życia
W codzienność Drogi Krzyżowej
Były miesiące, a może lata, kolejnych
Jej stacji ... i twoich: biczowanie, ukoronowanie ...

Już wiesz, że tych stacji się nie przechodzi
Jak pór roku, nie zalicza na zawsze
One wracają, boleśnie, na nowo, jak tajemnice różańca
W nastrojach ciemnej nocy i jasnych dni
Światło, mrok, Anioł Stróż i ... wąż

Znasz kamienie własnej drogi krzyżowej
Znajome ci są z nawróceń i upadków
Oswajasz ból przydrożnych cierni
Przyglądasz się prawdzie w konfesjonale
Nie myli cię dźwięk głosu, pokolorowane słowa

I choć wiesz, że radość to nakaz chrześcijanina
Ty, Nauczycielu Jego nauki, odkrywasz
Swoje powołanie ... zbliżając się do Ogrójca
Patrząc na ból Człowieka ... i Boga
Tam twoje miejsce, tam śpiewasz psalmy Dawida

Kąpiel w cudownej wodzie w Lourdes. Stojąc już w wodzie, miałam wypowiedzieć intencje. Pomyślałam o samobójstwie chłopca, kiedy zanurzyłam nogi, poczułam ogromny szloch w sercu. Jakby ktoś zapłakał we mnie.
Będąc w grocie odniosłam wrażenie, że Matka Boża jest w tym miejscu szczególnie oddana ludziom i ich prośbom. Jest jak „służąca", jak pasterka, bez królewskiego majestatu, całkiem oddana ludziom, „uwięziona" przez nich, uległa i poddana, modlitwie proszących. Matka Boża z La Sallete każe się zastanowić, wskazuje palcem kierunek, jest w niej coś z nauczycielki. Ona tam panuje, stanowi prawo. Jest królewska. Wskazuje i naucza. W Medjugorie - adoruje Jezusa, wskazuje na Chrystusa jako źródło.

 

 Lourdes

 

Witałaś mnie, Matko Święta, w Lourdes
Kroplami deszczu, górami spowitymi mgłą
Ciepłymi promieniami wiosennego słońca
Napełniającymi nieśmiałą otuchą
Iż cudu doznam spotkania z Tobą

 

Myślałam, że deszcz będzie mi muzyką ciszy
A modlitwa, samotnym przeżywaniem spotkania
Lecz Lourdes włączyło mnie w wielki rój
Ludzkich twarzy, rozmów i głośnych modlitw
Pszczołą się stałam w tym wielkim roju nadziei

 

Krążąc pomiędzy wózkami chorych, niepełnosprawnych
Doznawałam wspólnoty cierpienia
Cierpienia spragnionego pocieszającej ręki Matki
Przy każdym wózku, wolontariusz jak anioł stróż
W ludzki ubrany strój, w ludzkie współczucie

 

W tym pięknym miejscu nawróceń i uzdrowień
Ozdobionym procesjami, przedziwnym tańcem świateł
Czas wypełniony był kadzidłem modlitw
Tajemnicą pojedynczych, spragnionych serc
Unoszących się ku Maryi w zapalonej świecy

 

Nie ma w Lourdes miejsca na samotnię
Musisz patrzeć na ludzkie cierpienie
Musisz zranić swe serce miłością do ludzkiego bólu
Lourdes uczy cię, iż jak święta grota Objawień
Ty też masz się stać grotą nadziei dla bliźnich

 

Pokochałam Lourdes za tę naukę
Za wskrzeszenie uczuć miłości do cierpiących
Niosących krzyż, może za mnie?
Święta woda z Lourdes wypełniła mnie wiarą w człowieka
Człowieka, zdolnego do bezinteresownej miłości

 

Kamienie z groty wygładzone ludzkimi rękami
Spragnionymi pocieszającego dotyku Matki Świętej
Spływa po nich woda, jak nadzieja dla cierpiących
Miliony modlitw unoszą się w grocie
Ożywają kamienie, kruszą się kamienne serca

 

O, święte Lourdes, wypełnione ludzkim rojem nadziei
Pszczołą się tam czułam, w tym tłumie pragnień
Pszczołą, która doznała łaski mocy uzdrawiającej modlitwy
Za bliźniego, spragnionego pocieszenia w cierpieniu
Dla niosącego, cięższy krzyż niż mój własny.



Pielgrzym

W zaułkach starych ulic i domów Asyżu
W ciemnych kościołach z mozaikami na ścianie
W pięknych bazylikach Rzymu, przy grobach świętych
Szukam Cię, Panie

Przed monstrancją z Krwią Twoją i Ciałem w Lanciano
W domku Czarnej Madonny w Loreto ... i
W kaplicy Matki Ubogich w Banneux
Szukam Cię, Panie

Przed figurą Matki Bożej w Lourdes
Nad grobem świętej Bernadetty w Nevers
W kaplicy Cudownego Medalika, całując relikwie krwi w Brugge
Szukam Cię, Panie

Za światłem Twym idę, wlokąc niemoc własną
Po kamieniach startych stopami pielgrzymów
Nadzieję dźwigam jak garb znaczny, bo idąc ...
Szukam Cię, Panie

A gdy wreszcie Cię znajdzie serce moje, Panie
Uklęknę, cudem miłości przemieniona
I krzyknę z mocą, jak Szaweł, do Ciebie
Cóż mam czynić, Boże?

 

Zastanawiałam się, dlaczego Europie tak zależy, żeby w Konstytucji Unii Europejskiej nie było odniesienia do Boga i „usłyszałam" cały wywód: Gdy odnosimy się do Bożych Przykazań, to wtedy nie możemy relatywizować moralności, ani zła. Morderstwo jest morderstwem, cudzołóstwo jest cudzołóstwem itd., (czyli Dziesięć Przykazań). Jeśli nie odnosimy się do Boga, tylko do tzw. ludzkiej sprawiedliwości, wtedy Dekalog da się relatywizować, naginać zachowania człowieka do oceny ludzkiej sprawiedliwości, a nie Boskiej. Czyli, w mordercy szukamy jakiegoś psychicznego problemu, w matce dokonującej aborcji - problemów bytowych. Cudzołóstwo usprawiedliwiamy. Odnosimy się do ludzkiej sprawiedliwości, która nie jest obiektywna, bo jest stworzona przez ludzi określonej epoki, mody, a ona się zmienia wraz z każdym nowym pokoleniem. To co nie tolerowano (społecznie) 100 lat temu, dziś jest regułą. Nie podlega moralnej ocenie.

Czerwona Madonno

Szalona Kobieto, błąkająca się po kościołach
Człowiek, czy choroba, odjęła ci rozum?
A może byłaś za słaba
Aby przeciwstawić się światu?
Teraz pokazujesz mu czerwoną twarz
Obficie wymalowaną szminką
I jak pokutująca Indianka
Obnosisz ją w tłumie . . normalnych
Czerwony płaszcz, czerwona mini sukienka
Śpiewasz w kaplicy Madonnom
Zwrotkę, czasem dwie
I wychodzisz szukać niecierpliwie
Może Madonny Karmiącej, Madonny z Dzieciątkiem
A może ... Łaskawej?
Łaskawej bardziej, niż „my-normalni."

Na mszy u ks. Jana Szymborskiego, podczas Adoracji Najświętszego Sakramentu „zobaczyłam" krzyż drewniany z Panem Jezusem. Wisiały na nim różne łańcuchy i łańcuszki. Myślałam, że to wota. Ale w pewnej chwili zobaczyłam człowieka, który miał na głowie zawieszony łańcuch, a końcówka jego była założona na krzyż. Chciałam zrozumieć, o co chodzi i wtedy zobaczyłam różne łańcuchy łączące ludzi i krzyż, grube, cienkie, krótkie, długie, czasem człowiek był dalej a łańcuch sięgał do samego krzyża na ołtarzu. Wtedy chciałam zobaczyć mój łańcuch i ujrzałam siebie połączoną z krzyżem krótkim, grubym łańcuchem. Zaczęłam się zastanawiać, co to znaczy. Wszystko to było w formie obrazów. Zadałam sobie pytanie trochę z pretensją: „Dlaczego mój łańcuch jest taki krótki i gruby, jak dla zwierząt?" I usłyszałam: „Żebym cię blisko trzymał". Potem zapytałam: „Czy mogę mieć dar widzenia poszczególnych ludzi, jaki rodzaj łańcucha łączy ich z krzyżem?" I wtedy usłyszałam: „A po co ci to!?"

 

Stworzeni

Na obraz i podobieństwo Boga
Szukamy Go w Niebie, niewinne dzieci
Pamiętamy dotknięcie Jego miłości
I ręce składane do modlitwy

A potem dojrzewanie bez pokory
Oczy w ziemię utkwione, w serce ludzi
I zranienie, dla przypomnienia ...
Na obraz i podobieństwo ... stworzeni

Łaska światła gwałtownego
Podczas mszy, modlitwy
Oczy wpatrzone w Czarną Madonnę
Karty Biblii na nowo odkryte

Z okruchów łaski zebranych na Ziemi
Odtwarzamy Niebo zagubione
Szukamy niecierpliwie dotknięcia miłości
Zapomnianej Obietnicy

Przygarbieni, dojrzali, z siwymi włosami
Podpierając się własnymi krzyżami
Na kolanach, z nadzieją ...
Daj Nam Panie, kochać jak dziecko, błagamy.

Msza na Saskiej Kępie. Po Komunii miałam wrażenie, że Pan Jezus „wychodzi" z krzyża stojącego na ołtarzu, tak jakby krzyż poruszał się, a postać Chrystusa zaczęła się wyłaniać. Usłyszałam, że rodzimy się każdy ze swoim krzyżem. Ten świat jest ściśle związany z krzyżem i jego kształtem. Po mszy była Droga Krzyżowa i Adoracja Eucharystii w kaplicy Serca Jezusowego. Modląc się ujrzałam obraz pochylonych ludzi. Miałam wrażenie, że jestem na jakimś cmentarzu, chociaż grobów nie było. Było szaro. Cały plac był pełen krzyży, różnego kształtu i wielkości. Małe, duże, kolorowe, rzeźbione, ale bez Chrystusa. Między tymi krzyżami poruszali się ludzie, pochylone sylwetki, ale twarzy ich nie było widać. Byli podobnie ubrani, na szaro. Każdy szukał jakiegoś krzyża. Podnosili je i odrzucali. Miałam wrażenie, że dobrze wiedzą, jakiego krzyża szukają. Interpretuję to tak, że każdy człowiek zsyłany jest na ziemię z krzyżem, a dużo ludzi odrzuca ten krzyż z własnej woli i przychodzi taki czas, gdy zaczynają rozumieć, że bez tego krzyża nie pojmą prawdy o życiu. I wtedy jak gdyby wyruszają na poszukiwanie swego krzyża, tam gdzie go zgubili, odrzucili, zostawili...

 

Ojcze Pio

Daj mi swą siłę i wiarę
Choć okruch jej maleńki
Po co Ci ona w niebie?
Świętym już jesteś, wielkim świętym
Proszę, bo piękna była na ziemi
Twa wiara w tym świecie niewdzięcznym
I tylko Bóg zna prawdę
O duszach zbawionych - przez Ciebie
Nakarmię serce swe płoche
Słabnące na ścieżkach ciernistych
Dotykiem świętego Mnicha
Modlitwą do niego wieczystą

Zmartwychwstań miłości Twa, Ojcze
Pomóż swym wiernym, co proszą
Pokonać wytrwale i godnie
Czas życia, darowany tak hojnie
Wyciągnij dłoń swą z nieba, co San Giovanni dotyka
Przytul tych, których nikt nie chce...
Podnieś z kolan grzeszników
Ukaż Jezusa na krzyżu, to On
Stygmaty Ci zesłał ...
Uśmiechnij się, choćby przez łzy i
Szepnij, szepnij każdemu cichutko:
Modlę się i ... błogosławię ciebie!

Po mszy z Adoracją na Saskiej Kępie w Kościele na ul. Nobla. Najpierw modliłam się przed Najświętszym Sakramentem i potem uklękłam przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej w intencji pielgrzymki do Banneux w Belgii i pożegnałam się z Matką Bożą. Przeprosiłam, że nie kupiłam kwiatów, aby położyć przed figurą Matki Bożej przed Kościołem i wtedy zobaczyłam obrazy w postaci kielichów do hostii: srebrne, złote, miedziane. Do nich padały nasze ofiary (może to była Krew Chrystusa ofiarowana podczas podniesienia; nasze modlitwy i cierpienia ofiarowane podczas życia)? Matka Boża w powietrzu zabierała te kielichy i podawała je Aniołom, którzy unosili je do góry. Niektóre kielichy były puste, niektóre były mało wypełnione, a niektóre pełne. Myślę, że to nasze modlitwy, za nas samych, za bliźnich, za rodziny - wypełniają te kielichy. Puste, znaczą, że nikt się za życia za tą osobę nie modlił i nie polecał jej Bogu. Mam tu następującą refleksję: może pielgrzymki, modlitwy ofiarowane Matce Bożej, napełniają te puste kielichy i powodują, że Ona te intencje rozdziela, wypełniając pusty kielich?

Różaniec

Zapomniałam zabrać różaniec na modlitwę
Ręce chowam wstydliwie pod ławkę
Dziesięć palców, zamiast różańca?
O Maryjo, wybacz, przepraszam

Patrz przed tobą, usłyszałam głos przepiękny
Dziesięć siwych głów kobiet modlących
Odmów z nimi pozdrowień dziesiątek
Odliczając paciorki ... na głowie

Za tym głosem idąc natchniona
Odliczałam głowy, jak kwiaty
W bukiet „Zdrowaś Maryjo" wpinałam
Tworząc łańcuch dusz, przebogaty

A gdy cały różaniec przeminął
A głów jeszcze zostało kilkoro
Wyszeptałam Maryi cichutko:
Teraz Ty, pobłogosław im, Matko

I schowałam głęboko na sercu
Ów różaniec, prezent Najświętszy
Zrozumiałam, że i ONA modli się z nami
Broniąc dusze w paciorkach Tajemnic



Przemijanie dla wieczności

Idę ścieżką wysłaną suchymi liśćmi
Szeleszczą
Namawiają do radości
Przecież pomarłyście, myślę
Wiatr waszym pogromcą
Służymy ci, szepczą
Doświadczeniem przemijania
Zapamiętaj je ...
I raduj się istnieniem

Podnoszę z ziemi liść złoty
W dywanie zeschłych liści zanurzam stopy
Czym byłby świat bez przemijania?
Nie zapalonym zniczem?
Życiem bez pamięci?
Komu wówczas posłalibyśmy
W listopadową mgłę
W Dzień Zaduszny
Modlitwę do ... wieczności
Do Tego, który nie przemija
Wieczne odpoczywanie ...

Pielgrzymka do Włoch - pobyt w Gargano
(grota na górze św. Michała Archanioła). Jest wczesny ranek. Nie mam świadomości czy śpię, czy już się obudziłam. Odczuwam wielki spokój i radość, rodzaj błogostanu, jak bym była pozbawiona ciała, jak powietrze lub światło, które pulsuje i przemieszcza się. Znajduję się jak gdyby w kręgu niebieskawego światła. Ktoś podaje mi dosyć duży woreczek, rodzaj starego mieszka w kształcie serca. Zapamiętałam, że ta tkanina ma dziwną fakturę, jakby grubo tkany len, szary. I słyszę: „To jest podarunek dla ciebie". I zastanawiam się co jest w tym worku. I słyszę: „Pomyśl to ci go dam". Nie wiem jak długo zastanawiałam się co w nim jest. I nagle jak gdyby przez materiał zobaczyłam ogromną ilość malutkich, białych kamyczków. I wtedy jakiś głos podpowiedział mi: „Ofiaruj te kamyczki ludziom, których będziesz spotykać, wraz z modlitwą do Michała Archanioła" (kamyczki z groty na św. górze Gargano uratowały życie ludziom podczas epidemii ok. XVII wieku, przez wstawiennictwo św. Michała Archanioła). Wtedy zadałam pytanie: „a gdy zabraknie mi tych kamieni?" Usłyszałam w odpowiedzi: „To ja dołożę, nigdy ich nie zabraknie".

 

Ślady

Tak łatwo kroczyć po zielonej łące
Gdy słońce ogrzewa nam skronie
A myśl jest czysta i piękna
Bezpieczna
Kroków nie liczymy
Rosa, a nie łzy skrapiają kwiaty pod nogami

Tak trudno kroczyć po betonie
Ślady zaciera kurz, gdy podążamy za tłumem
Na obcych twarzach uśmiech i łzy
Zaciera szara mgła
Rąk przyjaciół nie widzimy
Dokąd wówczas zmierzamy?

Radośni na zielonej łące nadziei
Pogubieni na śladach innych ludzi
Przystańmy na chwilę, z boku
Aby nas nikt nie potrącił
Zamknijmy oczy
Może pod powiekami obraz żywy ujrzymy
Własnej drogi ...

Po powrocie z Włoch na mszy u ks. Jana Szymborskiego podczas błogosławieństwa indywidualnego, ks. Jan nakłada ręce na głowę i modli się nad każdym. Widziałam księdza dość daleko, więc skupiłam się na modlitwie. W pewnym momencie usłyszałam burkliwy głos: „chodzi cicho jak złodziej i zabiera mi dusze". Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że ksiądz Jan jest już bardzo blisko. Czyżbym „usłyszała" skargę szatana. Wierni z tego kościoła wiedzą jak skutecznie ks. Jan walczy, jako egzorcysta, ze złymi mocami.

 

Jest miłość...

Jest miłość, której dłonie dotknąć nie mogą
Choć chciałyby ją objąć serdecznie
To miłość, ponad miłością człowieka
Zbawiająca, wieczna
Jak dotknąć jej tu na ziemi?
Szuka człowiek gestami ludzkimi
Drewniany krzyż dłońmi ogarnie
Obraz Jezusa przytuli
Posąg Maryi ukwieci różami
Medalik zawiesi na szyi...
Relikwie ukryte w szkatule
Z lękiem dotknie, jak cudu
Jest miłość...której dosięgnąć nie mogą
Zwyczajne pragnienia i gesty
Przychodzi do nas ...
W modlitwie
Znak daje w ofierze bezkrwawej
Poznać ją możesz... przez łaskę
Gdy kapłan ci hostię podaje
Miłość ta nie ma wymiaru
Ludzki ją dotyk nie zmierzy
Moc jej i siła w modlitwie
W błagalnym rąk uniesieniu
Złóż ręce... i po nic nie sięgaj
Poczekaj na nią cierpliwie
Sama cię dotknie, jak promień, w ciszy
Zaufaj jej
Ma moc wielką, uzdrawiającą
Świętych i nie świętych.

Kilka dni później mamy  Drogę Krzyżową - w intencji dusz czyśćcowych.
W stacji, w której Weronika ociera twarz Chrystusa, „zobaczyłam" jak do tej chusty dochodzi wiele postaci, które chciałyby ją dotknąć. Podobnie przy stacji upadku Chrystusa, zauważyłam przy krzyżu wiele tych samych postaci. To samo było przy stacji, gdy Szymon pomaga Chrystusowi nieść krzyż. Nie wiedziałam początkowo o co chodzi i dlaczego tylko przy tych stacjach miałam te „obrazy". Po chwili zrozumiałam, że być może są to dusze czyśćcowe. Dusze te przy każdorazowym odmawianiu Drogi Krzyżowej w ich intencji, próbują „zyskać" łaski, o które modlą się biorący udział w Drodze Krzyżowej.

Msza piątkowa

Gdy na ucztę przyszłam do Ciebie, Jezu
Na mszę, czas Ofiarowania
Głos Anioła szepnął mi:
Patrz, ile ran Bogu twemu zadano!
Twarz Chrystusa i ciało przygarbione krzyżem
Krew obficie rany zakrywa
Moja, na piersiach Twych Jezu, jest?
A może ostry cierń ją nakłuwa? ...

Mszę kapłan już zakończył, moja ... jeszcze trwała
Msza - spowiedź z prawdy o sobie
Z rany, którą zadałam
I wtedy Anioł, który zbierał po mszy, ludzkie troski
Jak skrzętna siostra zakonna, płatki róż, opadłe
Przy figurach świętych
Usiadł obok, zmęczenia nie kryjąc
Szepnął: bądź jak Weronika pomocna ...

Spojrzałam na Pana pod krzyżem
O moc prosząc, o rękę i słyszę:
Krzyż muszę dźwigać, dziś piątek ...
Ręce więc mam zajęte
Zapraszam do procesji dusz ludzkich na Golgotę
Co na stacjach czternastu, jak ty, ran szukają zadanych
A gdy wreszcie odnajdziesz - ranę, prawdę o sobie
Połóż ją na ołtarzu, ona wyzwoli ciebie

W czasie modlitwy dziękczynnej ujrzałam obraz: ciemno - brązowy krzyż wbity w bryłę lodu w kształcie serca. Z krzyża kapały wolno krople krwi i spływały po lodzie. Czy ta krew rozpuści lód?
Zastanawiałam się, czym różni się miłość do Boga zwykłych ludzi praktykujących, od miłości świętych. Może różnica ta wyraża się w rozumieniu miłości? Święci zdążają do Jezusa jak wolontariusze, gotowi na wszystko dla tej miłości. Nie oczekują „podarunków" za to uczucie. A my? Ciągle o coś prosimy, próbujemy Wolę Boga „nagiąć" do swoich oczekiwań, potrzeb. Modlimy się o szczęście w naszym rozumieniu, nawet gdy mówimy „bądź Wola Twoja". Taką „Świętą Miłością" darzą Boga ci, którzy dla Niego decydują się poświęcić życie (kapłani, zakonnicy), całkowicie Mu ufając. Święci „cywilni" to ci, którzy żyją zgodnie z Bożymi nakazami, nie próbując ich „naginać" do swoich oczekiwań. Czyżby dążenie do świętości to ciągłe zdobywanie szczytów Ufności? Któż naprawdę jest gotowy, tak jak Apostołowie, odpowiedzieć na wezwanie Jezusa: „pójdź za Mną"...

Dlaczego?

Widziałam miłość
Nie taką, o której piszą poeci
Miłość ukrytą w modlitwie złożonych rąk
Tak cichą jak lekki podmuch
Ducha Świętego
Nikt jej nie dostrzegł, bo była w sercu
Pewnej zakonnicy
Oczy jej przenikały przez grube szkła okularów
Na ołtarzu szukały Oblubieńca
W jej geście był spokój oddania
Łagodność, która tylko wielbi

Widziałam taką miłość w pewnej kaplicy
Tylko przez chwilę
Sam gest czarnego habitu
Jakby wewnątrz nie było ciała
Tylko dusza
A potem pożegnanie, ukłon głęboki
Do samej ziemi
I ręce jak ptaki znaczące znak krzyża
Dlaczego chciałeś żebym to zobaczyła, Panie?


Nie mam wrażenia, że to sen, raczej rodzaj „przemieszczenia" w czasie. Czuję ciepło poranka, zapachy nieznanego miejsca. Kamienista dróżka, obok świątynia. Wstaje szaro - niebieski świt, ludzie ubrani w białe szaty zdążają do świątyń. Gwar pierwszych ludzkich głosów, modlitwy, przeciągłe zawodzenia. To nie jest współczesne miasto. Zatapiam się w tę atmosferę.
Siedzę na progu świątyni jako żebraczka, obok mnie przechodzą ludzie. Widzę ich bose stopy w sandałach. Stopy tych ludzi widzę wyraźnie, nawet niekształtne palce, rzemyki na sandałach. Przede mną nieduża miska na jałmużnę, wyszczerbiona . Przechodzący rzucają monety, niewielkie miedziaki (bez połysku). Raptem błyska złota moneta, podnoszę głowę szukając swego darczyńcy. Widzę tylko plecy (modlący się to mężczyźni). Jedna postać odwraca się w tłumie. Ma zakrytą twarz i głowę. Patrzą na mnie oczy tej postaci, piękne, duże, wschodnie. Tłum porywa tę postać, wszyscy zmierzają ... chyba do ołtarza.
Brama świątyni, przed którą siedzę, jest wąska, górna część podwyższona jakby w trójkąt. Na kamienistej drodze zbierają się ludzie. To są ciemne postacie, jakby światło ich nie obejmowało, czarne ubrania. Przygotowują duży ciemno - brązowy krzyż z belek. Przygotowują się.... chyba do Drogi Krzyżowej? Czyżby to była Jerozolima?

Jerozolima

Szaroniebieski świt
Ciche głosy modlitw arabskich i żydowskich
Przewlekłe, płaczliwe, jak lamenty dusz udręczonych
Na progu świątyni siedzę
Żebraczka w habit szczelnie opatulona
Miskę obtłuczoną wystawiam na jałmużnę
Jak nadzieję na przeżycie
Stopy wiernych przechodzą obok
Brzęk drobnych monet jak śpiew egzotycznego ptaka
Rozbudza mą wiarę na wieczorny posiłek
Coraz więcej stóp, oczu ludzi nie widzę
Zgarbiona w niewolniczym pokłonie
Ludzie przed Bogiem idą uklęknąć
Ja... już klęczę i modlę się o dary maleńkie
Nagle dźwięk donośny zagłusza szmery poranka
Złota moneta jaśnieje w misce miedziaków
Sylwetki ludzi podążają ku ołtarzowi
Szukam oczu darczyńcy
On jeden spojrzał na mnie
Spotkały się nasze oczy, na moment ...
Hojny dar wśród miedziaków błyszczy jak Łaska
Zawsze kryjesz się w tłumie, Panie?
Głosy modlitw jak ptaki płyną w przestworza
Obok, kamienistą dróżką, wśród straganów
Inny orszak rozpoczyna Drogę Krzyżową na Golgotę
Dusze pielgrzymów jak moja jałmużnicza miska
Pragną Twego Daru
Miedziak w nich zabłyśnie, czy złoto?

Uczęszczając kilka lat na Drogę Krzyżową co tydzień, dostałam silny impuls, jakby wewnętrzny głos, aby pisać własne rozważania. Nazwałam je rozmową serca z Jezusem w Drodze Krzyżowej. Podczas Faustinum (spotkań formacyjnych) gdy uroczyście obchodziliśmy spotkanie opłatkowe pod koniec stycznia, każdy z uczestników „losuje" patrona na kolejny rok i przesłanie słowne. Moim „patronem" na ten rok jest Matka Boża Bolesna. W przesłaniu (kilka słów na wylosowanej kartce) otrzymałam tekst: rozważ ogrom bolesnej męki; rozważaj w ten sposób, jakby była wyłącznie dla ciebie podjęta ...


Rozmowa serca z Jezusem w Drodze Krzyżowej

STACJA I

Pan Jezus przed sądem Piłata

Już wykiełkowała w sercach ludzkich
Nienawiść
Zbudowała Krzyż
Piłat umył nad nim ręce
Stałeś milczący
Król Człowieczy bez korony, berła
Serce, myśli, Twoja Miłość
Nie krzyczały o litość
To nie był czas na słowa
To czas na cierpienie
Bóg to przewidział, ukazał Ci w Ogrodzie Oliwnym
Odsuń ode mnie ten kielich...
Krzyczała w Tobie nadzieja, że człowiek...
Jak Bóg może być...
Miłosierny
Twoja, nie moja wola niech się stanie
Stała się......
Dla zbawienia człowieka
Musisz zmartwychwstać....


STACJA II

Pan Jezus bierze krzyż na swe ramiona

Milczysz, w bólu, z krzyżem na ramionach
Patrzysz, gdy zdejmujemy krzyże ze ścian
Ze swoich pleców, sumień
Serca zakrywamy miękkim jedwabiem
Aby nie zraniło ich cierpienie
Pamięć o Twej Męce zostawiamy w kościołach
Na czternastu tablicach
Ale....
Czasem, na zwykłej drodze spojrzy na nas ból
Dotknie nas
Oczy jego jak Twoje
Rozdziera się jedwabna zasłona na sercu
To chwila, w której widzimy
Własne krzyże na Twoich ramionach
I już nie Jesteś tylko stacją Drogi Krzyżowej
Martwym obrazem z XXI wieku
Jesteś naszym cierpieniem
Naszymi łzami
Naszym milczeniem w niezrozumieniu
Powiedziałeś:
Niech każdy weźmie swój krzyż
I niech mnie naśladuje....


STACJA III

Pierwszy upadek Pana Jezusa

W Drodze Krzyżowej jesteś człowiekiem
Jak ja, oni
Ubiczowany, zraniony, nie masz sił
Jak nasze ciało dotknięte chorobą, życiem
Grzechem
Potknąłeś się o kamień, upadasz
Na kamieniu może moje imię wypisane?
A może twoje, towarzyszu z pracy, spotkania, pielgrzymki?
Kamień milczy, tajemniczy
Jezus zna jego imię....
Powstaje, daje nadzieję na przebaczenie
Kopią go oprawcy
Okrucieństwo siły nad Milczeniem Miłości
Powstaje, sam
Ja, człowiek Ci nie pomogłem
Bałem się podejść, strach, lęk, przerażenie....
Zamykam oczy
Lepiej nie widzieć? Nie słyszeć?
Ale w moim sercu.... już działa Bóg
Ukazuje siłę Miłości...
Krzyż Jezusa - to nie martwe drzewo
Ono żyje, pulsuje milionami ludzkich istot
Czekających na zbawienie
I ja w nim też jestem...

STACJA IV

Spotkanie z Matką

Chwila dwóch samotnych serc
Moment spojrzenia na wzajemny ból
Ból dźwigany
Ból mieczem boleści przebity
Gdzie Twoi towarzysze, Jezu?
Gdzie Twoi obrońcy?
Gdzie ja?
Tylko Krzyż i Matka
Bóg Ich wyznaczył na nasze Zbawienie...
W naszym bólu już nie jesteśmy samotni
Czuwają Oczy Matki, czuwają Oczy Jezusa
Wokół wrzawa świata, jak na Kalwarii
Krzyk i popychanie, deptanie tych, co nie zdążają
Wystarczy sekunda spojrzenia
Sekunda przelania Miłości
I już mamy Jego siłę
Poprawiamy na plecach nasz krzyż przeznaczenia
Powołania
Spojrzałeś na nas, jak na Matkę swoją
Mieczem naszej boleści przebiłeś Swój Krzyż
Idziemy za Tobą
Na Kalwarię własnego życia....

STACJA V

Cyrenejczyk pomaga Jezusowi nieść krzyż

Stoję w tłumie, ja, Szymon Cyrenejczyk
Patrzę jak cierpi człowiek z krzyżem
Przejdzie obok mnie
To jego cierpienie, przeznaczenie
Ja wrócę do domu
Ktoś mnie szarpie, wyciąga z tłumu
Pomagaj, krzyczy
Dlaczego ja?
Setki lat zadają sobie Cyrenejczycy to pytanie
Krzyż dla mnie?
Bunt rozrywa serce
Zaciskają się pięści...
Pochylona postać Jezusa
Oczy pełne zrozumienia, miłości
Patrzą tylko na mnie
Już nie jestem zwykłym przechodniem w życiu
On prosi... jak człowiek, nie jak Bóg
Łagodnieje serce, już nie ma pięści
Dwie pary rąk dźwigają krzyż
Łaska cierpienia w milczeniu....
Wybrał mnie
Zaufał....
Nie pytam...dlaczego ja?
Brzemię miłości...
Upadnę pod nim nie raz
Bądź ze mną, gdy poniosę swój krzyż


STACJA VI

Weronika ociera twarz Jezusa

W upale i kurzu
W drodze na Golgotę
Przedziera się przez tłum Weronika
Miłosierdzie i odwaga
Ociera Twą twarz
Nagradzasz ją Twoim Odbiciem
Na zwykłej chuście
Na zwykłym życiu
Zostawiasz ślad
Wystarczy wyciągnąć do Ciebie ręce
A już nigdy nie będą puste
Nie ukrywaj się w tłumie, mówisz
Pozwól działać sercu
Przeznacz je dla miłości
Odwagi...
Moc powołania
Habit zakonny, sutanna
Jak chusta Weroniki
Obrączka małżeńska
Jak chusta Weroniki
Samotność
Jak chusta Weroniki
Pozwól Bogu wypisać na niej...
Twoje imię

STACJA VII

Drugi upadek Jezusa

Śmiechy, popychanie, wrogie okrzyki
To Twoja muzyka w drodze na Golgotę
Śpiew ptaków zagłuszony, tylko kamienie pod stopami
Przyroda milczy, zna tajemnice Twej męki
Ziemia już przygotowuje się by zadrżeć
Zraniona Twoją krwią
Tylko ludzie są głusi
Cudze cierpienie boli tylko mądre serca
Upadając drugi raz, dajesz katom czas...
Na ciszę choćby litości
Dla nas samych, odrzucających łaskę Zbawienia
Upadasz przygnieciony krzyżem
Rzucamy na Twój Krzyż nasze krzyże
Nie chcemy ich
Przytulasz ten ciężar do serca
Nie zostawiasz na kalwaryjskiej drodze
Żadnego...
Twoja krew pobłogosławi je
Miłość przemówi...
Do końca masz nadzieję, powstając z upadku
Ujrzeć wokół siebie więcej Szymonów i Weronik.

STACJA VIII

Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty

Litują się niewiasty nad Twoją męką
Płaczą...
Cóż Ci po łzach, które tak łatwo osusza życie
Litość przeminie, czas ją zapomni
Tyle cierpienia wokół
Twardnieją na nie serca, szańcem codzienności chronione
Aby tylko cudze cierpienia nas nie zraniły
Litość dajemy ofiarom
Słowa czułe, próżne, nic nie znaczące
Choć czasem piękne
Nad dziećmi swoimi płaczcie - mówi Jezus
Łzy litości nie koją bólu
Trzeba go ująć w ciepłe dłonie
Nawet gdyby był cudzy, obcy
Ogrzać, towarzysząc mu, aż
Do pierwszego uśmiechu
Do pierwszej nadziei ...
Do pierwszej wspólnej modlitwy
Czy o to prosiłeś, Jezu?


STACJA IX

Pan Jezus trzeci raz upada

Zamyślił się Bóg stwarzając człowieka
Na obraz i podobieństwo Swoje
Wolną wolę mu palcem świętym wpisał w serce niepokorne
Człowiek wziął boży obraz w ręce swoje
Grzechem w niego rzucił, rozbił nadzieje boże
Syna na zbawienie świata zesłanego
Na kamienie rzucił, po raz trzeci
I ocet podał spragnionemu
Odkupiciel powstaje i choć znieważony
Dar Miłosierdzia rozdaje, jak skarb niedoceniony
Z ilu naszych upadków, Jezu tak zelżony
Podnosisz nasze ciała, dusze grzechem udręczone?
Czas życia Bóg darował mnie, pielgrzymowi świata
Na policzenie upadków
Na szukanie Brata
Tego, co krzyż zaniósł na Golgoty wzgórze
O jedno On tak bardzo prosi
Z Krzyża, w lód świata wbitego:
Wspomnij na zamyślenie Boga
Gdy stwarzał cię na obraz i podobieństwo Jego....

STACJA X

Obnażenie z szat Pana Jezusa

Nie wystarczy katom, że Cię zranili, Jezu
Suknię ofiarowaną przez Matkę
Zdzierają z Ciebie, aby widać było Twe rany
Aby poniżyć Twoją ludzką godność
Kiedyś na Sądzie, Bóg odsłoni nasze dusze
Zdejmie z nas błyszczące suknie grzechu pychy
Odsłoni zranienia, zabliźnione rany
Leczyliśmy je ludzkimi sposobami:
Zapomnieniem, odejściem od krzyża, od Boga
Odrzuceniem modlitwy
Chcieliśmy się przypodobać światu
Ludzkie leki nie leczą, oddalają tylko ból
Często zabijają ludzką godność
Kaci zdarli z Jezusa szatę, otworzyli rany
W ranach moich szukajcie zbawienia
Nie w ziołach tego świata, nie w jego ubraniach
Krzyczy Twoje milczące przyzwolenie na poniżenie
Błogosławiona Szato Jezusa
Utkana rękami Matki Bolesnej
Zdeptana przez katów
Tamtych i współczesnych
Oczyść nasze oczy....

STACJA XI

Przybicie Jezusa do krzyża

Po co Cię kaci popychają?
Sam położysz się na krzyżu
Jak na chwilę spocznienia dla nóg obolałych
Dla pleców porytych biczami
Ale nie ma dla Ciebie wytchnienia
Młot i gwoździe już przygotowane
Po co ta wrzawa wokoło?
Przecież nie uciekniesz od krzyża
Sam go nie wybrałeś, zgodziłeś się:
Twoja wola, nie moja, Panie
Stuk młota, nogi przybite
Lewa ręka przybita
Spoglądasz jak kaci przybijają Twoją prawą rękę
Już nią nie pobłogosławisz...
Nie ma zbawienia, nie ma nadziei
Poza krzyżem...
Trzeba jak Jezus, własny krzyż zarzucić na plecy
Życie poda gwoździe
Znajdą się kaci z młotem
Krzyż, to jedyny klucz do nieba
Poszukaj krzyża Człowieku, który kiedyś odrzuciłeś
Może ze strachu?
Może z wygody?
Może zabrakło modlitwy? Miłości ?
Jeszcze czas, Przechodniu ulic tego świata
Twój krzyż wybrał ci Bóg z miłością według sił twoich...
Ten najcięższy już dawno dał Synowi.

STACJA XII

Śmierć Pana Jezusa na krzyżu

Ból całego świata zawisł na krzyżu
Cierpienie rozdarło zasłonę
Między niebem a ziemią
Bóg wyciągnął ręce po Syna
Ale On jeszcze zbawiał łotra na krzyżu
Zadrżała ziemia, krew Chrystusa
Zmieszana z goryczą octu, ostatnim darem człowieka
Spłynęła ze świętego ciała
Milczał Jan
Milczała Matka Bolesna
Zamilkli nawet kaci
To błogosławiona cisza
Cisza śmierci, której się tak lękamy
Umarł Jezus na krzyżu
Umierają też nasi bliscy
Już nie ma do kogo powiedzieć - kocham cię
Cierpimy widząc, ile gwoździ
Wbiliśmy im za życia w ich krzyż
Ile razy przybijaliśmy im ręce
Gdy chcieli tylko.... pobłogosławić, poradzić
Jezu, matko, ojcze, bracie, siostro, przyjacielu
Wstaw się u Boga za nami
W obliczu ciszy śmierci
Błagamy Zbawczą Miłość Cierpienia
Przebacz....

STACJA XIII

Zdjęcie Pana Jezusa z krzyża

Zdjęto ciało Jezusa z krzyża
Jako człowiek jest martwy
Krzyż wbity w ziemię, zbroczony Jego krwią
Udręczonym ciałem
Ciągle stoi, wyciąga swoje drewniane ręce
Zbawiciel ustąpił ci miejsca na twój krzyż
Teraz On stoi przed twoim krzyżem
Zawsze czeka na ciebie
Podtrzymuje twoje pokaleczone ciało i duszę
Daje napój Ducha Świętego, nie gorzki ocet
Nie obelgi, nie śmiech
Daje Miłość
To krzyż zbawczy...
Stań przy nim, daj się „ukrzyżować" za grzechy
Ofiarowaniem modlitwy, cierpienia, milczenia
Boisz się szyderstw ludzkich, bólu, samotności?
To ciernie życia
I choćbyś uciekał od Chrystusowego krzyża wysoko jak ptak
Ludzie przybiją cię do innych krzyży
Zawsze znajdą się tacy, co wystrugają krzyże wojny, przemocy, zła
Na nich jest tylko ból, bez pocieszenia
Na tych krzyżach ustawianych przez ludzi nie zawisł Jezus
Wyrzeźbiło je zło, obojętność
Tylko jeden krzyż wyciąga do ciebie ręce
Krzyż Chrystusa Miłosiernego
Módl się człowieku, abyś nie pomylił krzyża
Ludzkiego z Chrystusowym.

STACJA XIV

Złożenie Pana Jezusa w grobie

Złożono Cię w grobie
Cisza groty, rozpacz Twoich wyznawców
Przedtem spocząłeś na rękach Matki
Pożegnanie - bolesna, milcząca pieta
Cierpienie zawsze jest nieme
Mówi do serca, duszy, oczy i słowa go nie rozumieją
Matka Boża z Jezusem na kolanach
To symbol bólu milionów matek
Urodziły dla życia
Świat przemocy oddał im dzieci martwe
Dla ilu istnień ludzkich łono matki było grobem?
Dlaczego Jezu, tak długo człowiek musi oddychać złem?
Po co zabijać ciało, duszę?
Wyciągamy z żalu do Boga pięści - wołamy, dlaczego?
A to nie Bóg, to ludzie kopią groby
Twój grób, Jezu, będzie pusty
Zimna grota Cię nie pochłonie
Pójdziesz Zmartwychwstały do człowieka
Jestem, powiesz
Ciągle żywy...
Bóg nie stworzył człowieka dla grobu
Stworzył go... dla wieczności.

Kościół na ul. Nobla. Po Drodze Krzyżowej chwilę trwałam na adoracji Najświętszego Sakramentu.
W myślach ujrzałam Papieża. Poczułam, że przytulam go do siebie, obejmuję.
Uczucie to było tak fizyczne, że aż dostrzegłam rozłożenie rąk wokół siebie. To były sekundy. I wówczas cichutki głos we mnie poprosił: napisz o Nim wiersz, tylko bardzo prosty.

Papież

Ulepiła Go boża mądrość, z radości Stwórcy
Z Miłosierdzia Jego
I jak łaskę zesłała na ziemię
Nauczyciela Wielkiego

Upadł dar święty na grunt twardy
Świat oczy bólem mu napełnił
Serce cierniem udręczył
Człowiek - Papież, dla nas dojrzewał

Nadzieją karmi ludzi
Nie lękaj się, powtarza
On Kapłan tego Świata zna Prawdę
Co dusze ubogaca

Upadł bezradny od kuli
Świat zadrżał lękiem dotknięty
Strażniku Nadziei, powstań!
Zapłakał grzesznik i święty

Powstał, z pomocną ręką Maryi
Już nie tak silny, lecz starzec
Cierpiący, siwy, cierpliwy
I pielgrzymował dalej...

Jakie przesłanie nam dajesz, Boże
W starcu zbolałym i chorym
Czy dusza nasza, jak On, ukrzyżowana
W niemocy swojej?

Na plecach Jego krzyż grzechów świata
Krok, jak Jezusa, z wysiłku upada
Duch Jego wielki, grzech ludzi ciężki
Bóg czeka i siły daje...

Dałeś nam Boże Znak Pojednania
Postać On przybrał Papieża
Tak mało żąda, serce i nauka Jego:
Darmo Miłość wam dano, darmo ją dawajcie

Msza święta w Borzęcinie
Ewangelia tej niedzieli mówiła o chrześcijanach jako soli ziemi.
Zastanawiałam się jak wygląda ta nasza Wspólnota.
Ujrzałam obraz dużego różańca, nawleczone były na nim (zamiast paciorków) czerwone, żywe owoce kaliny.
Przyglądając się bliżej, dokładniej, zobaczyłam, że niektóre owoce są soczyste, czerwone, ale między nimi są też owoce zwiędłe, zeschłe, sczerniałe.
Zastanawiałam się, czy (według prawa natury ) wszystkie owoce czeka śmierć?
„Otrzymałam" odpowiedź, iż każdy owoc, który „odchodzi" (więdnie z powodu śmierci, bądź to duchowej, bądź cielesnej) odradza się. Cały różaniec ciągle, zasila Krzyż Chrystusa, nadając mu moc odradzania różańca. „Po ludzku" zrozumiałam, iż nawet jeśli nadejdzie czas, gdy pewna liczba ludzi odejdzie od chrześcijaństwa, to narodzą się (z mocy Krzyża) inni, którzy „zasilą" go swoją siłą: święci, księża, a nawet zwykli wierni.

Kapliczka

Ulepiła ją mgła pokory
Musnął światłem Bóg Wszechmogący
Na świat zesłał Niepokalaną
Łask pełną, błogosławioną

Stoi teraz w posągu rzeźbiona
Kapliczka z Maryją Świętą
Czeka na pieśni i modły majowe
Ludzi zwyczajnych, nie świętych

Uklękną przed Nią w zadumie, pomodlą
Kwiatami ozdobią, wstążkami
Westchną cicho, strudzeni życiem
Maryjo, ktoś szepnie, chodź z nami

Tam w domu, w izbie, przy oknie z kwiatami
Będzie Ci cieplej, wygodniej
Deszcz nie dosięgnie, ni burza Twych ramion
I człowiek zły Cię nie dotknie

Za gościnę, rzeknie Święta Panienka
Dziękuję z miłością , kochani
Ktoś kiedyś, z wiarą, za dary uzdrowień
Postawił ten posąg na chwałę

Stoję tu, dłutem w kamieniu wykuta
Aby strzec tego, co w ludziach święte
Przypominam, że jest ktoś na ziemi
Kto prośbami nie gardzi waszymi

O Maryjo Święta z przydrożnego sanktuarium
Co strzeżesz sumień i łask nie szczędzisz
Tak samotna jesteś czasem przy tej drodze
Gdy przechodzimy obok Ciebie obojętni.

 


Gorsza, lepsza miłość....

Tyle sporów i wojen świat zalicza wrogich
I wciąż nie ustają...
Kto Cię kocha bardziej, Jezu tak mi drogi
Chrześcijanin, protestant, czy też muzułmanin?

Czym jest Miłość, Boże i jak ją poznawać?
Czy czołgiem, bombami, zabijać i karać?
Nawet Biblia, Panie, dzieli chrześcijan dzisiaj
A słowa w niej zawarte, różnie są interpretowane

Twoja Męka, Panie, dla wielu jest znakiem
Ale, czy sam znak, miłością zapłonie?
Miłości trzeba dotknąć, jak Tomasz ran Twoich
Nie pozna jej, nie doświadczy, człowiek nie zraniony

Do walki nie powstanie, bez szatańskich pokus
Smaku jej nie pozna, bez bólu, upadków
Miłość, twarz ma Twoją, oplutą, skrwawioną
Rozpozna ją tylko, powstający z kolan

Ze zdumieniem spojrzy, że w szatach żebraka
Przemierza ta Miłość, świat wciąż tak skłócony
Która miłość jest gorsza, a która lepsza dla nas?
Z którą trzeba walczyć, a której pokłonić?

A wówczas zrozumie bez słów i emocji
Człowiek, który wyszedł Miłości naprzeciw
Jak trudno ją poznać, choć serce wciąż szuka
Ona jest tak cicha i pokorna bardzo
Ze często ją mijamy jak ślepi i głusi

Bardzo przeżyłam śmierć Siostry Łucji (zm.13.02.). Miałam wrażenie jakby odeszła z tego świata osoba, która „chroni" ten świat przed bożą sprawiedliwością. W modlitwie oddałam ją Bogu, prosząc o łaskę za jej wstawiennictwem. I wówczas... spoglądając na obraz Matki Bożej z Medjugorie, zaczęły do mnie spływać słowa... Początkowo chciałam aby tylko trwały we mnie. Żal mi jednak było, aby uleciały w zapomnienie. Spisałam więc je dając tytuł wiersza: Dar.

Dar

Wyciągam do Ciebie ręce, Panie
O pocieszenie prosząc
A Ty mi każesz zamknąć oczy
I trwać w pokorze
Milczę więc ciszą karmiąc się jak chlebem
Czas ciało przenika
Nie ma w nim słowa, gestu żadnego
Tylko błogosławiona cisza
I w adoracji tak zagłębiona
Pełna spokojnej nadziei
Liczę na znak Twój
Na pocieszenie
Na ulgę w moim zranieniu
Czas mija, minuty z rzadka
Wyznacza zegar milczenia
Trwam tak... w nadziei
Z pustymi rękami
Napełnisz je Panie, darami ?
Oczy otwieram na znak Twój podany
Na rękach szukając pociechy
Cóż widzę?
Maleńki krzyżyk drewniany...
Pokuty przypomnienie.

Budząc się rano w piątek miałam uczucie przedziwnej duchowej miłości, która mnie otacza. Jakby „ktoś" chciał mi przekazać, że jestem kimś ważnym. To były sekundy, ale bardzo piękne. W myślach ujrzałam piękny kwiat. Chyba to była róża czerwona. Jakiś życzliwy wewnętrzny głos „tłumaczył" mi, że wiara ludzi zawiera się w tym pięknym pąku. Kwiat jest świeży, piękny, pachnący. To zachęta zesłana z nieba, aby kochać Boga. Ale kwiat więdnie, traci zapach, schnie - pomyślałam. Ale wiara w nim istnieje, choć już bez płatków, listków. Trwa niejako „w pamięci" tego kwiatu, unosi się, nic ją już nie podpiera, nie pociesza zapachem, nie podlewa .Ale jest. To bardzo trudne do zrozumienia. To wiara silniejsza, trwająca dzięki łasce, nie umacniana z zewnątrz, silna dzięki woli, ta wiara ufa, że ma już swoje miejsce, choć wokół niej nie ma niczego, co by ją podtrzymywało. To silne przekonanie, że mimo braku „pocieszenia" (zapach, zieleń, woda)... jest się we właściwym miejscu. Myślę, że to obraz wiary ludzi już bardzo silnie związanych z Bogiem. Oni się „unoszą" jak ptaki, karmią łaską spływającą wprost do duszy.

Poczekaj

Są takie dni, gdy wołasz o Miłość
A ona milczy
Są takie dni, gdy wzywasz Nadzieję
A ona nie przychodzi
Są takie dni, gdy świeczkę zapalasz dla Wiary
A ona gaśnie
Są takie dni ...
Gdy Jezus zakryty na krzyżu
Fioletową zasłoną
Szuka dla ciebie Miłości, Nadziei, Wiary
W poście, modlitwie, cierpieniu
I nie mów, że opuściła cię Wiara, Nadzieja, Miłość
One na pustyni, w męce
Kształt przybierają krzyża
Na jego ramionach wypisuje się
Nadzieja dla twojego życia
Miłość, której szukasz
Wiara, abyś nie zgubił Nadziei i Miłości
Poczekaj w spokojnym zaufaniu
W kolejnej mszy, z eucharystią w sercu
Zmartwychwstanie w tobie
Pomimo smutku opuszczenia
Zapali się, w czasie wyznaczonym
Według boskiego zegara
Czekaj, nawet gdyby twoje oczy były ślepe
A uszy głuche
Dla Jezusa cud
Nadziei, Wiary i Miłości
Jest chlebem powszednim...

 

 

Kamień

Ciężar życia odczułam
Na ramionach mych spoczął
Jak kamień, który każe przystanąć
W miejscu, przeze mnie nie wybranym
Z tęsknotą wspomniałam tych, co już odeszli
Twarze ich wypełniły serce moje
Wokół życie tętniło własnym rytmem
A ja, usiadłam na kamieniu
Nawet wiatr był cichy
Żadnej melodii
Tylko ja i kamień
Jak rachunek sumienia
Milczeliśmy...
Głową w niego uderzać, czy sercem?
Czy kamień może rozgrzeszać?
Kiedyś, Jezu, Twój krzyż wbito w kamień
Siłę i moc miałeś Boga
Ja - tylko niemoc człowieka
Póki mnie nie udźwigniesz
Mówi mój kamień
Drogi nie przejdziesz
Chwastem zakwitniesz w jego cieniu
Kiedyś, na Golgocie ofiara twego Boga
Spłynęła i na kamień twój
Na życie twoje...
I moc ci dał Bóg... w modlitwie.

Obudziłam się, mając wrażenie, że spadam zbyt szybko, jakby ktoś z pośpiechem zrzucił mnie z jakiegoś miejsca, w którym przebywałam. Było we mnie dziwne uczucie „oddechu", jakiś rytm przedziwny, piękny, głęboki. Uświadomiłam sobie nagle, to co przeżywałam w swoim niby - śnie. Ktoś próbował mi wytłumaczyć uczucie, które opisane słowami nie do końca oddaje to, co chciałabym przekazać. To jakby być na pięknym balecie, a później niezdarnie go naśladować. Ale spróbuję. Czuję oddech ziemi, całego kosmosu? Widzę lasy, morza, piękną przyrodę. To wszystko oddycha, żyje, ma w sobie „duszę".
Wiem, że Bóg tam jest. On jest w tej przecudnej, bogatej, kolorowej przyrodzie. Przenika każdą drobinę ziemi i... człowieka. Jesteśmy w Nim. On nas „czuje". Widzi w każdej sekundzie. „Oddychamy", żyjemy wraz z Nim - jakby na Jego ciele. Nic nie jest możliwe aby nie dostrzegał. Jesteśmy w Nim. Ważni, bardzo ważni w swej drobinie. Jesteśmy drobiną a zarazem całym kosmosem. Oddychamy tym samym rytmem, co Bóg. Łączy to wszystko wielka Miłość. Niszcząc przyrodę, siebie, duchowo i moralnie - urażamy Go, sprawiamy ból. On to czuje w swoim rytmie oddechu. Jest duchem przenikającym wszechrzeczy.
Jest w pięknie gór, oceanów. To jakby Jego ciało... Bóg to nie Starzec z brodą, którego mamy wizję - to oddech, rytm, uczucia, a nawet... ból. Z powodu człowieka, który niszczy....
Moje odczucia trwały tylko sekundy, ale były... nadzieją, dały mi wiarę w Wielki Boski Plan Życia. Nie skryjemy się przed Bogiem. Nasz oddech jest w Nim...

 

Dusza

Stwórco gór i oceanów
Malarzu świata, Rzemieślniku doskonały
Artysto wschodów i zachodów słońca
Stoję przed Twoimi cudami
A moja dusza ulatuje na szczyty gór
Jakże ją ściągnę w dół, gdy pokocha ich tajemnice?
Wołam, krzyczę, echo dosięga ...

Wraca do mojego ciała
Wiem, że ci w nim ciasno, grzesznie
Szepczę do niej łagodnie, tłumaczę:
Jakże to - człowiek bez duszy?

Nad brzegiem morza podziwiam talent Stwórcy
Szum wody, obłoki wpadające gdzieś za horyzontem
Ona, dusza, wyrywa się znowu
Skacze po zbielałych od piany falach
Posyłam po nią rybitwę, a może mewę?
Wracaj, krzyczę
Wiesz, że nie mogę zostać bez ciebie, duszy

Klękamy przed Tobą, Boże
Obie, ja i moja dusza - uciekinierka
Jesteśmy razem
Upilnuję ją
Dla Ciebie, Panie.


W ciemności...

Podaj mi rękę, Panie
Bo na wąskiej drodze stoję
Lękam się stopę postawić
Gdy Morze Czerwone Wiary się ... rozdziela
Samotna stoję, a słowa Twoje zagłusza wiatr
Przede mną ciemność widzę
Aniołowie w rozmowie zatopieni
Sprawy ważne świata omawiają
Bezbronna jestem w ludzkim opuszczeniu
Ktoś cicho szepcze - odwagi
Ktoś inny - bądź ostrożna
Głos taki też słyszę
Dla ciebie Bóg cudu nie uczyni
Są święci, dla nich Bóg łaskawy
Łoskot fal, pustka, ciemność
I ja...
Gdyby choć promień jasny księżyca
Słowo jedno...
Człowiek jeden...
Kapłan dla mnie przeznaczony...
Wzburzone fale omiatają moją wąską
Bezpieczną dróżkę...
Czas na decyzję krótki
Czuję się jak Piotr w łódce miotanej burzą
A Jezus śpi spokojny...
Budzę Go, jak Piotr, krzykiem
Panie, tonę...
Czemu twoja wiara, Piotrze, taka słaba?
Powiedziałeś...
Piotr tego nie wiedział
Choć blisko Twoich rąk był

W ciemnościach strachu, łoskocie fal
Zagłuszających Twe słowa
Sprawdzasz naszą wiarę, Jezu?

Niedzielna msza. Dlaczego, zastanawiam się, ciągle widzę obraz zeschniętego liścia przed oczami. Liść ulatuje, upada, jest kruchy, lekki. Próbuję wyeliminować ten obraz, przeszkadza mi w skupieniu. Wtedy pojawia się obraz starego wozu konnego, a właściwie koło metalowe, które najeżdża na ten liść. Zaraz go rozjedzie, pomyślałam, ale ...lekki podmuch unosi „mój liść". I odsuwa go na bok. Nadal nie widzę sensu tego obrazu i próbuję oddalić od siebie „przeszkadzające mi" myśli. „Pomyśl" - ciągle jednak słyszę: „Czym jest liść, czym podmuch?"
Mój „wewnętrzny" podpowiadacz wyjaśnił mi, iż zeschnięty liść to obraz człowieka podatnego na działanie Ducha Świętego. Takim zeschniętym liściem są z pewnością ludzie stojący bardzo blisko Boga. Lekko unoszą się, gdy Duch Święty wskazuje im ścieżki, a nawet „chroni", jak w przypadku owego metalowego koła, które mogłoby rozjechać liść. Lekkość (dlatego obraz zeschłego liścia) jest konieczna, daje człowiekowi wolność od emocji tego świata, pozwala unosić się wysoko (bez bagażu „przywiązań") i stąd do takiej duszy gotowej, ma dostęp Duch Święty. Myślę, że mało jest ludzi tak ukształtowanych. Dlaczego trzeba być tak kruchym, lekkim (nie obciążonym ciężarami przywiązań do świata) aby Duch Święty działał na nas?
I wówczas rozpoczęła się komunia święta. Mały lekki opłatek, a jaka moc! Duch Święty nie działa jak grom z jasnego nieba, jest cichy, lekki jak podmuch. I może dlatego niezauważany?

Powołanie

Jest taka droga
Samotna
Trochę drzew obok niej rośnie
Czasem polne kwiaty
Przydrożny krzyż pochyla się łaskawie

Cichną na niej śmiech i rozmowy
Krzyki, płacz i kłótnie wszelkie
Cisza śpiewa jedynie psalm uwielbienia
Na tej drodze staje
Bóg i człowiek

Pomiędzy nimi, Wielkie Milczenie
I światło, które nie oślepia
Tylko przenika, jaskrawe
Kto pierwszy przemówi?
Nie wiem
Znam tylko ludzi z tej drogi
Habity dziś noszą, sutanny
A w sercu...
Milczenie Boga

Modląc się ujrzałam dwie szklanki napełnione krystaliczną wodą. Uznałam to za temat do rozważań. Czyjaś ręka rozlewała z jednej szklanki wodę wokoło, szklanka ta napełniała się znowu czystą wodą. Druga szklanka stała nieruchomo, po pewnym czasie woda w niej stawała się mętna. Dlaczego? Wielokrotnie w modlitwie zadawałam sobie to pytanie. O co chodzi w tym obrazie? Po wielu modlitwach zrozumiałam, że obie szklanki to jakby przykład dwóch dusz chrześcijańskich napełnionych Duchem Świętym - krystaliczną wodą.
Szklanka z wodą rozlaną to chrześcijanin dzielący się swoją wiarą i wiedzą o Jezusie. To życie ciągle ciekawe, dążące do poznania Boga. Duch Święty napełnia taką duszę ciągle nową, krystaliczną wodą. Taki chrześcijanin, który dzieli się swoją miłością do Boga, naucza - otrzymuje nowe dary - nową wodę. Modlitwa jest dla niego łaską. Szklanka z wodą mętną - to chrześcijanin „letni", kiedyś w szkole poznał prawdy o Bogu, ale je tylko „magazynował", nie dzielił się, nie szukał wiedzy nowej, skierowującej go ku Miłości Gorejącej. Taka woda zmętniała nie daje mu mocy, siły. To ciągle ten sam pokarm, a modlitwa - mozolnym obowiązkiem. Może nawet tak być, że „nudzi go" ten napój. Poprzestaje na obrzędach, nie pragnie nowego poznania. Jego woda w szklance zamiast żyć nowymi darami, płynąć - jest jak stojąca w stawie woda.
Chrześcijaństwo to droga, ciągłe podążanie, a nie wygodny przystanek. Chrześcijaninem człowiek się staje przez całe życie, to rozwój duszy i umysłu, doskonalenie siebie.

W kołysce Stwórcy

Zawieszeni pomiędzy niebem i ziemią
W kołysce Stwórcy
Zbliżamy się do ziemi
Grzechem Adama przyciągani

Zawieszeni pomiędzy niebem i ziemią
W kołysce Stwórcy
Wysyłamy duszę ku niebu
Ona pamięta o Ojcu

Zawieszeni pomiędzy niebem i ziemią
Na ziemi siejemy ziarna swego życia
Zbiory Ojciec szacuje w niebie
Na własnej wadze
Nasza, podaje tylko kilogramy pychy
Albo cierpienia
Wagę Stwórcy Miłosierdzie kontroluje

Gdzie jest złoty punkt?
Gdzie ręce Boga i człowieka się splatają?
Zawieszeni w kołysce Stwórcy
Szukamy Go siejąc i zbierając
Zakopując talenty i pomnażając

Znaku widocznego wypatrujemy
Pomiędzy niebem a ziemią
W kołysce zawieszeni
Jest taki znak, jak drabina
Pomiędzy niebem i ziemią
Bóg go ustawił na Golgocie
Krzyż z Synem Jego
Pomiędzy niebem a ziemią....

Jeszcze w telewizji nie ma alarmujących wieści o chorobie papieża. Pewnego dnia mam sen, że jestem prawie w pustym, słonecznym pokoju i ...usługuję przy leżącym na łóżku papieżu. Poprawiam kołdrę, podaję pić i jestem bardzo szczęśliwa. Boję się, że za chwilę przyjdzie siostra zakonna i „odbierze mi" tę pracę. Sen był tak wyrazisty, a radość tak wielka, że cały dzień byłam szczęśliwa.

Próbuję medytować stację Drogi Krzyżowej - Jezus umiera na krzyżu. Moja uwaga jest całkowicie skupiona na krzyżu i głowie Chrystusa. Raptem jakby ktoś „nałożył" inny film, pojawia się sylwetka papieża (ubrany na biało).Leży na łóżku, nie mam świadomości, że jest chory, raczej, że odpoczywa. Podnosi się trzykrotnie i błogosławi. Dziwi mnie, że tak sprawnie porusza się.

Po śmierci papieża. Podczas Adoracji „uskarżam się" Panu Jezusowi, że zabrał nam Jana Pawła II i tylu ludzi rozpacza po jego śmierci.
W głębi duszy usłyszałam piękny głos: zabrałem wam chorego człowieka, a daję silnego, mądrego...Apostoła.

Znak Boga

Na tron Piotrowy zasiadł
Z twarzą jasną i słowem mądrym
Prosto głowę uniósł, głosząc słowo boże
Szukał owczarni po świecie
Jak pasterz z lekarstwem nadziei
Ufał, że człowiek jest wielki
Należy w niego uwierzyć

Wzrok jego jak wzrok Chrystusa
Przenikał duszę każdego
Miliony rąk chciały go dotknąć
Jak świętej relikwii w kościele
Silnym chciał być po ludzku
Bóg jednak mocy mu nie dał
Kruchością człowieka, bez siły
Tajemnicę miłości obwieszczał

Wskazywał, gdzie cud tkwi w człowieku
Nie w głosie, który zanika
Lecz w krzyżu, co laską świętą jest w życiu
Podpiera w milczeniu, gdy ból przenika
Zamilkł na zawsze na świecie
Prorok trudnego wieku
Widzialnym znakiem był Boga
Tak trudno w śmierć Jego uwierzyć

O śmierci dana każdemu
By próg przekroczyć nadziei
Módl się za nami, Papieżu
Zmartwychwstań dla naszej Nadziei

Próbuję podczas Adoracji dowiedzieć się w medytacji, dlaczego papież czuł się „przymuszony" duchowo do tak licznych pielgrzymek. Otrzymałam wówczas „obraz" papieża przemierzającego ziemię. Każdy jego krok pozostawiał za sobą dół - ślad.
Ów ślad napełniał się wodą. Ta woda - to źródło Ducha Świętego, usłyszałam. Każdy krok papieża, jego ślady pielgrzymkowe to napełnianie ziemi Duchem Świętym, Jego fizyczna, dotykalna obecność.

Medytacja

Zgasły światła w kościele po mszy ostatniej
Ciemnością się oblekł kościół pusty
Jedynie lampka czerwona przy tabernakulum świeci
Aniołowie wartę nocną już rozpoczęli
Posnęli święci na obrazach
Matka Boża Dzieciątko do snu układa
Jezus na modlitwach wiernych głowę złożył
Rozważa łaski, o które prosili

Klęczę sama w pustym kościele
Sen to, czy jawa, myśli jak ptaki trzepoczą
Nagle w ciszy, głos słyszę przy konfesjonale:
Krzyża się nie lękam...
Jakieś cienie, jak Anioły w mroku
Rozmowę toczą, pewnie spowiedź świętą
Krzyża się nie lękam...powtarzam to zdanie
Medytuję w sercu, jak boże przesłanie

Krzyża się nie lękam...jednak...lękam, Panie
Ileż wiary trzeba, Boże Wszechmogący
Ile łaski Twojej, ile woli mojej
Aby nieść z godnością krzyż swój dany w łasce
Słonymi łzami i gorzkimi słowy nie splamić go, Boże
Jak padając pod nim, szybko się podnosić?
Jak bez lęku ponieść, kiedy już zadany?

W medytacji cichej tyle pytań krąży
Na odpowiedź czeka serce zatroskane
Wyśpiewaj Aniele pieśń błagalną dla mnie
Dla krzyża mojego o ławkę wspartego
Naucz jak z nim chodzić, kiedy nogi bolą
Kiedy lęk ogarnia...

Anioł skrzydła poprawił przy ołtarzu głównym
Słowom moim i sercu nakazał milczenie
Ręką wskazał krzyż z Jezusem piękny
Lęk twój?
Czymże on jest? - spytał
W obliczu Miłosierdzia Jego.

Przed pielgrzymką do Izraela, podczas adoracji Najświętszego Sakramentu mam nadzieję spotkać w grupie pielgrzymów kapłana, bądź ludzi, z którymi zaprzyjaźnię się. Proszę o to Pana Jezusa. W duszy słyszę odpowiedź: Nie licz na to, skup się na własnym sercu.
Przed mszą proszę o kapłana, który byłby mi pomocny w spowiedzi. Po chwili gdzieś w sercu słyszę prostą odpowiedź, dziwnie mnie zastanawiającą: Tak, rozumiem cię, chcesz aby kapłan pomógł ci dostrzec „kurz", którego sama nie dostrzegasz w duszy.
Zachwyciło mnie to zdanie. Przecież w najlepiej posprzątanym mieszkaniu, zawsze ktoś dostrzeże więcej, w tym przypadku „kurz", którego moja chęć duchowego rozwoju ... nie dostrzegła.
Ten „kurz" pokrywa czasami takie sfery ludzkiego ducha i serca, że nie zauważamy, jak cenny klejnot jest nim pokryty.

Prośba

 

Aniele Boży, Stróżu mój
Wędruj ze mną po polach mojego życia
Wskazuj dobre ścieżki
Nie odpoczywaj
Trzymaj za rękę, gdy błądzę
Między prawdą a zwątpieniem
Połóż dłoń na moich ranach
Niech nie płaczą
Blizny przykryj anielskim puchem
Abym nie rozważała ich źródła
Nie potykała się o rozpacz
Podaj linę, gdy skała wysoka zasłoni światło
Ukaż przepaść grzechu
I trzymaj mnie mocno
Aby podmuch szatański, nie strącił mnie w nią
Wędruj ze mną ramię przy ramieniu
Otwórz uszy na twój szept
Krzykiem budź, gdy boże dary przesypiam
Nie odwracaj się, gdy zawinię
Nie skarż Archaniołom: zgubiłem ją
Szukaj, zawsze, wszędzie
Codziennie
Postaw na drodze dobrego człowieka
Zasłoń przed złymi oczami i słowami
Nie zgub mnie, błagam, Stróżu mój
Tobie Pan Bóg zaufał...

Małgorzata, autorka Orędzi Miłosiernej Miłości z Belgii stworzyła, pod natchnieniem, Legion Małych Dusz, z siedzibą w Chevremont. Jezus wskazywał jej drogę, rozmawiała z Nim.

Na śmierć Małgorzaty

Pamiętam twoje oczy
Ostatnie spojrzenie
Jak niebieskie skrawki jasnego nieba
Spojrzałyśmy na siebie bez słów
To było długie spojrzenie
Słowem nie mogłyśmy wyrazić swoich uczuć
Ty innym mówiłaś językiem, ja innym
Ale tego samego Pana miałyśmy
Najlepszego tłumacza Miłości
I On stanął pomiędzy nami
Rozumiany bez słów
Sercem spragnionym jedynie
Rzeczy pięknych, dobrych
Miłosiernych
W oczach twych była radość
Jakiś promyk tajemnicy
Oczy twoje mówiły
Weź tę tajemnicę
Ponieś dalej...
Mój czas ku innym już zwrócony światom
Czułam, że to pożegnanie
Ale nie chciałam wierzyć
Tacy jak ty, powinni żyć wiecznie
I żyją...
Wieczne odpoczywanie ukołysało twą duszę

Pozostałam z twoją tajemnicą spojrzenia
Błogosławieństwa
Znakiem krzyża na czole
Jak łaską, której nie wolno zmarnować
A światłość, dar ci ofiarowany
Wskazała drogę
Wieczne odpoczywanie racz Małgorzacie dać Panie...

Jestem w kościele przed mszą. Mam czas na medytację. Myślę o pielgrzymce do Ziemi Świętej. Łzy napływają mi do oczu. Tak bardzo bym chciała, Jezu, aby pielgrzymki do Ziemi Świętej dawały ludziom odrodzenie duszy.
W sercu słyszę głos: widziałem wszystkich pielgrzymów podczas swojej Drogi Krzyżowej; każdej twarzy błogosławiłem.
Widziałem tych sprzed stu lat i was.
Wlewałem w was łaskę. Nie wszyscy przyjmowali ją według moich pragnień. Nie mogłam tego zrozumieć do końca. Wówczas jak na filmie pokazali mi się ludzie wśród zamieszania bazarowego na Drodze Kalwaryjskiej. Otrzymali książki, każdy jednakową. Jedni obejrzeli tytuł, okładkę - nie zaglądali do środka, inni spojrzeniem przeglądali treść, jeszcze inni zaczynali dokładnie czytać, nie zwracając uwagi na hałasy. Byli i tacy, którzy po drodze... wyrzucali je do kosza. Czy teraz rozumiesz? - usłyszałam.

Ziemia Święta

Moje ręce miały marzenie, a usta pragnienie
Dotknąć Twojej Ziemi, Jezu
Ziemi Świętej
Moje ręce dotknęły jedynie kamieni
Moje usta całowały ślady innych pocałunków
Pielgrzymów sprzed setek lat
I tych obecnych
Po śladach Twoich wędrówek podążałam
Radosna z sercem czujnie schowanym
Aby nie wyfrunęło
Znaki Twoje zbierałam jak monety złote
Na czas przyszłej zadumy
Nad Twoją Miłością
W wietrze wiejącym nad pustynią Judzką
Szukałam pokarmu
Na czas postu
W Morzu Martwym i Jeziorze Galilejskim
Wody Życia
Na czas duchowego umartwienia
Dotykałam kamieni, drzew, które
Być może, pamiętały Twoje łzy, krew
Jak człowiek chciałam się nimi nakarmić
Zaczerpnąć lekarstwa dla duszy mojej
Jerozolimo, nad którą płakałeś
Byłaś nadzieją dla serca mojego
Bezpieczeństwem i świadkiem
Dzięki Ci Boże, że kryłeś Syna w grotach, górach
Dzięki Ci za ich potęgę przetrwania
Małe kapliczki, obelisk, niewielki ślad na murze
Znaczą dziś Drogę na Kalwarię
Ta droga pełna straganów przypomina
Twoją drogę
I czułam na niej, jak Ty, dwa tysiące lat temu
Jedynie wrzawę dnia codziennego
Przenikała uszy bazarowymi okrzykami
Zagłuszała mękę Twojego serca
Umierałeś wśród ślepych na cud
Który był blisko
Chciałam dotykać Twoich błogosławionych śladów, Jezu
A dotykałam jedynie kamieni, wody, powietrza
Kurzu współczesnych ulic
Dzwonów kościołów i muzułmańskich śpiewów
Ale dusza moja, bez rąk, ust, oczu
Przepełniała się radością
Twojego zaistnienia na ziemi...
W duszy nieśmiertelnej odciskasz ślad
Ziemio Święta
Pamięć jej dajesz...
Nieśmiertelną.

Adoracja Najświętszego Sakramentu. Wystawienie Najświętszego Sakramentu w kaplicy. Siostra zamyka kraty.
Dlaczego Jezu, trzeba Cię tak strzec przed ludźmi? - pytam.
I piękna odpowiedź: Jestem miłością , a miłość jest bezbronna....
Następnego dnia, przed mszą świętą otrzymuję przedziwne przesłanie (wiąże się to z moim wierszem o dzieciach nienarodzonych). Bóg w swoich planach zsyła na ziemię dusze błogosławione „specjalnym pocałunkiem". Mają one prowadzić pewne grupy ludzi do Boga. Jeśli jednak nastąpi aborcja ? Kto te dusze zastąpi?
Każde poczęcie (słyszę dalej) winno być przez człowieka (ojca, matkę) „wymodlone". Ma to być modlitwa o duszę błogosławioną. Przyjście na świat dziecka to nie akt natury jedynie, to wielka „akcja" Boga i człowieka.
To akt stwórczy. Każdy „przypadek" narodzin (bez miłości) to tragedia dla tej duszy, jej wielka walka w ... smutku.
Ten „smutek", tak go określam, jest bagażem na życie, stąd zawsze musimy błagać Boga... o Jego wolę w zesłaniu dla nas upragnionego dziecka. Błaganie to zawiera się już w samym akcie małżeństwa, w gotowości na przyjęcie duszy, a nie tylko ciała dziecka. Aborcja, narodziny w wyniku chwilowej namiętności, która mija, nie były chyba w planach Boga? Tak to rozumiem.
Rodzina stanowi „rdzeń boży", jeśli w rodzinie pojawiają się ludzie jej szkodzący, źle życzący jej członkom (złość, zazdrość, przekleństwa) to dotyka to całego „rdzenia", nie tylko konkretnych osób, do których owe złe myśli są skierowane. Zaczyna wówczas ów „rdzeń" chwiać się, przerywać. Mówimy wówczas - taka dobra rodzina, a coś złego w niej się dzieje....

Tajemnica przebaczenia

Doznałam radości, przenikającej
Jakiej życie unieść nie może
Spłynęła z Synaju Dekalogiem
Jasnością , przed którą ciemność klęka
Trwała sekundy...
Dusza ją przyjęła, zapamiętała
Jak świętość daną grzesznikowi
Na czas smutku
Jak zapas pokarmu w głodzie nadziei
Już wiem, jak wielka jest Miłość Boga
Poznali ją święci
I zatrzymali w sercach
Odtąd światłość była ich Matką
Moje serce zadrżało, sumienie grzesznika
Zwinęło się jak kłębek wełny
W bólu
Jak dziecko niewdzięczne wobec Rodzica
Krzyczało ... przebacz
Im głośniej krzyczało
Tym dłużej trwał cud radości niepojętej
I myśl ludzka, jasna, zaświtała
W tajemnicy przebaczenia...
Twoja miłość, Boże, jest najpełniejsza?

 

 

 Bezrobotny Anioł

 

Za dużo płaczu na świecie
Twarzy przygnębionych
Za dużo dzieci głodnych, matek porzuconych
Za dużo zimna i obojętności
Za mało rąk przyjaznych, za mało miłości
Modlitwy za mało, za dużo przemocy
Zbyt wiele lęków, nieprzespanych nocy
Zęby zło szczerzy ciesząc się wygraną
Bóg, mówią ludzie .... zapomniał już o nas

 

Są jednak chwile, jak błyski na niebie
Kiedy Anioł sznur złoty posyła na ziemię
I chwyta go starzec i matka zgnębiona
Szukając nadziei w ramionach Anioła
A wówczas Anioł, ów boski posłaniec
Znajduje ludzi, którzy zechcą dawać
Człowiek przy człowieku staje zachwycony
Znika obojętność w cieple rąk splecionych

 

I tak myśli Anioł, tym cudem zdziwiony
Nie mogąc zrozumieć tej pięknej przemiany
Jak szybko znikają lęki i łzy słone
Gdy ze złem do walki staje zwykły człowiek
Trochę słów serdecznych, czasem grosz niewielki
Modlitwa, różaniec, koronki perełki...
Gdyby świat te cuda wpisał w swoje normy
Spałby dziś spokojnie...
Anioł Bezrobotny.


Jestem 15 minut przed mszą, skupiam się na Najświętszym Sakramencie, oddaję się działaniu Ducha Świętego, oczyszczam się, aby żadne myśli nie zakłócały mojej medytacji. Po chwili widzę obraz. Ktoś rozwija przede mną kolorowy rulon, rodzaj mapy zapisanej literami (raczej hebrajskimi).Wiem, że ich nie odczytam, jednocześnie nie ma we mnie żalu, że jakaś tajemnica zostaje przede mną zakryta. Rulon rozwija się w kształcie trójkąta. Widzę na nim dróżki, kwiaty czerwone, zaznaczone są lasy zielonym kolorem. Rulon ma brzegi zbrązowiałe, jak stary rękopis, jest miękki, bardziej jedwabny niż papierowy.
Gdzieś w sercu słyszę głos: to twoja droga życiowa. Zastanawiam się dlaczego odkryty jest tylko „rąbek", reszta rulonu zwinięta.
Czy oznacza to, że Bóg zna moją drogę życiową, a ja jeszcze nie znam swoich wyborów? Czy ważna jest w tym przypadku moja wolna wola?
Nadal ktoś „opowiada" mi sens owej mapy. Kwiaty, las, to „siew" moich przodków. To oni poprzez dobre życie, modlitwy, zasiali ziarno kwiatów, drzew (choć poszli dalej w życiu i efektów swego „dobra" nie widzieli). Ja z tego korzystam, moja droga przez to jest usiana łaskami przez nich „zasianymi".
Czy z nich skorzystam? Myśląc w ten sposób, pytam siebie co dzieje się z ludźmi, których „zasiew" przodków jest „kolczasty", gdzie zamiast kwiatów jest pustynia? Jak więc ważne jest nasze działanie obecnie dla przyszłości naszych następców!

Różaniec życia

Krzyk, lub płacz żałosny nowe życie budzi
Anioł sznur z perłami do nieba mocuje
Po sznurze, jak różańcu płyną losy ludzi
Na nim, znaki tajemne, Pan Bóg wypisuje

Na różańcu życia są: radości i smutki
Żałoba, czasem droga pusta, kamień wystający
Bóg ludzi obdziela różnymi perłami
I różną długością od ziemi.... do nieba

Są różańce życia z jednym znakiem tylko
Ot, zaledwie krzyżyk... i różaniec znika
Jeden podmuch mały i życie zanika
Pamięć po nim w sercu na długo zostaje

Są różańce życia długie ponad siły
Na końcu same krzyże bolesnej choroby
I choć ręce nadal trzymają go wiernie
Trzeba modlitw wielu i pomocnych dłoni

Jak przedziwnie Boże, wplatasz tajemnice wielkie
W ten ludzki różaniec, ślad duszy na ziemi
Czy człowiek rozpozna je na swojej drodze?
Czy odnajdzie Miłość, Wiarę i Nadzieję?

Jak ślepcy szukamy po omacku pereł
Mylimy Twe Dary z ziemskimi darami
Miłości szukamy według ludzkich recept
Na krzyż natrafiamy....

A on, jak drogowskaz staje, gdy mylimy drogę
Zbyt szybko, o Boże i niezbyt starannie
Czytamy Twe znaki ukryte w różańcu
Tajemnic jego do końca nie znamy...

Wszak jedną,  Bolesną, Bóg odkrył przed nami
Jak prawdę, o której pamiętać nie chcemy
Różaniec życia raz jest darowany
Jak prezent, tak piękny... że niepowtarzalny.

 

 

 Lekarstwo dla duszy

 

Gliniane naczynie mej duszy
Czas życia na kawałki rozbił
Zlepić je nakazałeś, Panie
Na pewnej mszy błagalno - proszącej

 

Wzięłam różaniec do ręki
Kilka modlitw do Ducha Świętego
Msze ofiarowane za bliskich zmarłych
I tęsknotę do Boga Wszechmocnego

 

Lepiłam mozolnie dzban duszy
Z lękiem i niepewnością
Drogą krzyżową wspierałam
I zwykłą codzienną troską

 

A kiedy już ulepiłam
Gliniany dzban mojej duszy
Blizn tyle na nim dostrzegłam
Z ran dawnych, co jeszcze bolały

 

Jakże Ci, Boże Jedyny, zanieść
Dzban taki kaleki?
Jak wlejesz w niego Swe dary?
Mogą przez rany ulecieć...

 

Cichutki szept do mnie dotarł
Jak powiew letniego wietrzyka:
Przez rany Syna przemawiam
Ranami ... duszę twą leczę.


Jestem na mszy u księdza Jana Szymborskiego. Boli mnie kręgosłup i jestem zniecierpliwiona. Kobieta przede mną uklękła tak, że muszę przybrać pozycję niewygodną dla mnie. Jak, zadaję sobie pytanie - skargę, przetrzymam cały różaniec? Proszę Matkę Najświętszą o wewnętrzny spokój.
Czuję zawrót głowy, jakby otoczenie wokół mnie oddaliło się. Jestem na łące u „dziadków". Mam kilka lat, może osiem? Zbieram czerwone jabłka i niosę je dziadkowi w sukience. Jestem szczęśliwa wśród zieleni, spokojna. Dziadek, gdy do niego dobiegam, pokazuje mi kijem, który zawsze używał jako laski, na łąkę przed sobą. Czuję do niego żal, że nie chce moich jabłek. Ale patrzę na obraz, który mi wskazuje. Widzę łąkę pełną kwiatów (to autentyczna łąka spod domu moich dziadków). Na łące, przy strumieniu siedzi Matka Boża i Pan Jezus. Rozmawiają. Matka Boża pochyla głowę w kierunku Pana Jezusa, jakby Go do czegoś przekonywała (może do intencji naszych modlitw różańcowych?).
Obok Matki Bożej leży złota korona, obok Pana Jezusa - krzyż. Oboje, mam wrażenie, wypoczywają, mocząc nogi w źródełku. Nie podchodziłam blisko, chłonęłam ten obraz w szczegółach. Chciałam Im dać jabłka (w tym obrazie mam świadomość dziecka, jakiegoś rodzaju niewinności).Czekałam aż skończą rozmowę i spojrzą na mnie. Moje jabłka w sukience były tak piękne, czerwone. Widziałam czystą, wprost krystaliczną wodę strumienia. Byłam trochę zdziwiona wielością szczegółów owej wizji: kwiatów, kolorów, płatków. To wszystko drgało w przedziwnym świetle. Mam wrażenie, że byłby z tego piękny obraz, ale czy zaakceptowałabym go pamiętając jak piękne obrazy widziałam? Ocknęłam się po chwili powtarzając... Zdrowaś Maryjo. Różaniec się już skończył... Gdzie byłam w tym czasie?

 

Pamięć

Pamięć, czas piękny nosi
Jak kwiat żywy
Jak łaskę, co życie daje
W milczeniu dorosłym
Ja, łąkę pamiętam, pełną polnych kwiatów
I strumień maleńki
Mostkiem podzielony
Czysty wśród zieleni, słońcem ozdobiony
Niezbyt daleki od chaty dziadków moich
Wydawał mi się drogą
Ku światu innemu
Tam, teraz myślę, po latach mądrzejsza
Szukałam Ciebie, Boże mi nieznany
Mała dziewczynka, samotna wśród kwiatów
Z oczami pełnymi barw namalowanych
Słów modlitw nie znając na pamięć
Czekałam spokojna
Powietrzem się karmiąc
Na czas, gdy poznam Cię, Panie
Dla dziecka śpiewałeś, Boże Najmilejszy
Głosami ptaków i ciszą poranka
Tu, nad strumieniem
Pełnym plusku stworzeń
Duszę mą Panie, w serce Swoje brałeś
I choć myślałam, że to strumień woła
Aby w nim ręce zanurzyć, oczyścić
To Ty, Boże
Nad nim pieczę miałeś
I tajemnicę Swoją wlałeś
W duszę dziecka czystą
Już nie ma tych kwiatów
Strumień także wysechł
A chatę dziadków starość powaliła
Pamięć została
Jak obraz wielkiego artysty
W muzeum życia go nie zastawiłam
Patrzę na niego w modlitwie skupiona
Szukając znaków i barw czystych
Znam Imię Tego, co go namalował
To Ty, Boże Najwyższy.

 

 Gdy niebo dotyka ziemi

 

Dzięki Ci, Matko Najdroższa
Za miejsca święte na ziemi
Za stopy Twoje na zwykłym drzewie
Za obrazy błogosławione
Za prośby o modlitwę różańcową
Za źródła, które dłonią wskazałaś
Za niebo, które dotknęło ziemi...

 

Ślad, który po Tobie pozostał
Kapliczki dziś zdobią, kościoły
I choć nikt już cudu nie widzi oczami
Tkwi on w sercach pielgrzymów
Perłami różańca jaśnieje
Modlitwą posłaną, jak dusza
Po łaskę jej uzdrowienia
Wszak niebo tam ziemi dotknęło...

 

Tam w miejscach świętych, Maryjo
Pojawiasz się jak Stróż Boży
Z miłością schylasz głowę
Prośbami nie gardząc naszymi
Na słowach modlitwy pielgrzyma
Odciskasz swój pocałunek
Duszę bierzesz w swoje władanie
I znaczysz w niej... miejsce święte

 

Jakże Twe serce, o Pani, wielkie i tajemnicze
Wybierasz na miejsca święte
Zwykłe pola, gór szczyty
Ludziom prostym i dzieciom niesiesz swoje przesłanie
Szkiełko mędrca nie pojmie Twojego błagania
W drewnianej kapliczce, gdzieś w polu zielonym
W deszczu ulewnym, a jakże słodkim
Gdzie prosty człowiek rozpoznał Cię, Matko
Poczułam również Twój ciepły dotyk

 

I zrozumiałam, w tym deszczu, słocie
Wśród figur woskowych się modląc
Wędrujesz Matko za ludem swoim
I nie opuszczasz go nigdy
Jak ludzka matka w zwyczajnej chacie
Cud czynisz objawienia
Gdy dziecko Twoje klęknie z różańcem
W mszy świętej szukając ukojenia
To wówczas niebo dotyka ziemi
Choć oczy tego nie widzą
Bo miejsce święte, sam Bóg nam wyznaczył
W duszy... nieśmiertelnej

 

Podczas porannej medytacji i modlitwy ujrzałam obraz wielkiej tuby (rogu), który zawisł na niebie. Z rogu tego wysypywały się jasne drobinki przemieniające się w trakcie zbliżania do ziemi w... ludzi. Były ich miliony. Przyszło mi na myśl, że to my - ludzie stworzeni przez Boga, w jednym akcie stwórczym, jak nasiona jesteśmy zrzuceni na ziemię. Dojrzewamy i rodzimy się w określonym przez Boga czasie.

 

Pytanie dziecka

 

Zapytał mnie raz w lesie
Szkrab jeszcze bardzo mały
Co znaczy, że dusza jest w ciele?
I kolor ma jaki?
Niebieski, różowy, a może biały?
Podniosłam oczy do nieba
Szukając w nim natchnienia
Drzewa dziwnie zamilkły
Ptaki przestały śpiewać
Dziecko spojrzało ufnie
Jakby ciszy nie słysząc
Niebo jasne milczało ...
Na co czekało w tej ciszy?
Jedynie białe obłoczki
Jak uśmiech aniołów wesołych
Dodały odwagi mym słowom
Skrytym gdzieś w sercu głęboko

 

Dusza...zaczęłam nieśmiało
Wokół czując pytanie
Jest... jak kromeczka chleba
Miodem posmarowana
Ona nas karmi słodyczą
Budzi rankiem do życia
W nocy bajki wyświetla
O świętych, co nam dobrze życzą
Naucza, co dobre, dla brata twego i siostry
Jak uśmiech zdobyć matki i ojca
Jak zmieniać łzy smutku na łzy radości
Jakie słowa wyśpiewać w piosence
By ludzie się radowali
Jakie kolory malować w laurce
Na święta tych, co kochamy

 

Wiele jeszcze przykładów
Chciałam szkrabowi podać
Ale on nagle przerwał:
Wiem już, jak duszę rozpoznać!
Jak? - spytałam ciekawa
Sama nie wiedząc wiele
Dusza, rzekł szkrab mały
To Nauczyciel w ciele...
Gdy go chcemy posłuchać
Wszystkiego nas nauczy
A gdy głusi jesteśmy? - spytałam nieśmiało
Wyrzuca nas ze swej szkoły...
Bo wiemy...za mało

 

Zaśmiały się Anioły z prostej szkraba wiedzy
Drzewa znów zaszumiały
Ptaki trele zaczęły
Tylko dusza, o którą pytał
Szkrab jeszcze przed chwilą ciekawy
Zaczęła ....we mnie płakać
Szczęścia to były łzy?
Czy przedziwnej...obawy.

 

 

Grota

 

Tak bardzo bym chciała powrócić
Do lat dziecięcych, niewinnych
By sercem jedynie chłonąć
Ten Cud w Grocie Narodzin

 

Chcę poznać myśli Józefa
Tęsknoty Maryi Świętej
Chcę widzieć tamte gwiazdy
Co kiedyś jaśniały na niebie

 

O ciszy w grocie marzę
Nad cudem zamyślonej
O milczeniu, co nagle zapadło
Jakby zatrwożone

 

Czy byłeś tam w grocie, Boże?
Ukryty w ten Dzień Narodzin
Musiałeś tam być i jak Ojciec
Nie jedną łzę uronić

 

Spadły Twe łzy na ziemię
Błogosławieństwem świętym
Twój Syn w Dzieciątko się wcielił
W Betlejem, grocie odległej

 

Jak wielki Bóg Dar ofiarował
Dłoniom, za fiat Maryi
Poniesie go Ona w sercu
Jak znak Zbawienia tej ziemi

 

Niepokalana, bez grzechu
Przeczysta i bez zmazy
Serce ma bardzo kobiece
Nie wolne od bólu skazy

 

O czym myślałaś, Maryjo?
Wpatrzona w kolebkę z Jezusem
O przepowiedniach proroków?
O losie Twojego dziecka?

 

Do serca Maryi Świętej
Bóg wlał Tajemnicę Zbawienia
Z tą Tajemnicą, jak krzyżem
Miłość rozważać będzie

 

Jak zbawia w trudzie i bólu
Jak mówi do uszu głuchych
Jak oczy ślepe uzdrawia
Jak Prawdy naucza od wieków...
Ciągle nowych ludzi.

 

 Może pod wpływem przemian społecznych w kraju, zastanawiałam się nad naszym losem. Wówczas nagle ujrzałam szosę... prowadzącą do nikąd. Szosa była nowa, ledwo wybudowana. Obok niej leżały wyrwane kępy traw, drzew.
Były zielone, pożyteczne, jeszcze zdolne do życia, ale przeznaczone na ....odsunięcie, umieranie....Mam wrażenie, że dotyczy to dużej ilości ludzi w Polsce, w sile wieku, którzy mogliby coś tworzyć, dać dla kraju, ale zostali „unicestwieni"(bezrobocie).Droga-szosa była dla nowego pokolenia. Odniosłam wrażenie, że była utworzona dla ludzi chcących szybkiego sukcesu, kariery i prowadziła... do nikąd.

 

Ból

 

Jest taki ból w człowieku
Którego apteczne leki nie zwalczą
Chirurdzy nie powstrzymają
Zioła nie złagodzą
Zadziwia samego człowieka
Zjawia się jak kukułka w obcym gnieździe
Podrzuca ból
I znika
A ty czyń z bólem według woli twojej
Dobro? Zło?
Radość? Nienawiść?
Odrzuć lub przemyśl
Boga poproś o lekarstwo
Albo węża
A może bożka jakiegoś z naszego świata?
Ból podrzucony jak kukułcze jajko
Woła do naszej duszy
Szukaj Prawdy o nim
Poranisz się wśród ciernistych krzaków życia
Poszukując jego przyczyny
Rany ci tłum zada, gdy w kolejce
Po lek przeciwbólowy staniesz
Aż w końcu ...
Poraniony i pobity
Pokoju zaznasz przed Jezusem do krzyża przybitym
Ból twój u stóp Jego złożysz
I poniesiesz go dalej przez życie
Już wiesz, że ból ten na wszelkie leki....jest odporny
Bóg nam go zadał
Z miłością , nadzieją i wiarą
Jak wielką tajemnicę.

 

 

Po prośbie

 

Widziałam starość, jak przemierzała ulice
Podpierając się laską
Widziałam starość, jak przemykała się po domu
Aby nie przeszkadzać
Widziałam starość w kościelnej ławce
Błagającą o jeszcze kilka nadziei
Widziałam starość na inwalidzkim wózku
Popychaną z niecierpliwością
Widziałam starość, która chciała doradzać
Patrzono na nią niełaskawie
Widziałam starość pochyloną nad grobem bliskich
Z suchymi liśćmi rozmawiała
Widziałam starość o zgorzkniałych oczach
Życie z niej zadrwiło
Widziałam starość, która chciała być silna
Nikt jej nie wierzył
Widziałam starość, którą nikt nie kochał
A jednak nie umierała
Ciągle trwała
Starość, którą spotkałam po drodze
Przemierza ciągle świat
Jak Bóg, „okaleczony" przez człowieka
Po prośbie puka do serc
O miłość ostatnią...

 

 Podczas modlitwy (zamknięte oczy) przewinął mi się obraz Jezusa siedzącego na dużym, płaskim kamieniu. Jak w kalejdoskopie zmieniał się Jego obraz: raz był w królewskim stroju, raz zmaltretowany, krwawiący. Wokół Jezusa był wielki obszar trawy bardzo zielonej. Miałam wrażenie, że Jezus jest bardzo samotny, wyczekujący.... Gdzieś w oddali było miasto, ludzie, ale ten obraz był bardzo zamazany. Jezus czekał... Byłam tego pewna. Próbowałam skupić się, aby zrozumieć to przesłanie, usłyszeć w duszy głos o „prawdzie" tego widzenia.
Otrzymałam taką interpretację. Jezus czeka na ludzi, czeka też na mnie, boimy się podejść do Niego blisko, po tej zielonej murawie. Jeśli już ktoś „odważy się" podejść, nawet w pół drogi do oczekującego Jezusa - nie ma odwrotu. Musi podchodzić coraz bliżej. To „podchodzenie" do Jezusa Samotnego odbywa się w wielkiej ciszy, towarzyszy człowiekowi spokój, ale i lęk wielki, czy podoła „odrzucić" to co jest wokół zielonej murawy: miasta, ludzie.
Na tej drodze do Jezusa jest samotność, ale nie ma ona wymiaru cierpienia, jedynie samopoznanie swej duszy. Musimy stanąć sami przed sobą, bez pomocy innych, potrzebna jest w tej drodze odwaga człowieka, wolna wola, aby „zbliżenie" do Jezusa było całkowite, bez oglądania się za siebie. To przy tym kamieniu Bóg daje łaski. Dano mi odczuć, że to bardzo trudne wejść na tę murawę. Uczynili to już ludzie święci.

 

Tak trudno …

 

Tak trudno iść za Tobą, Jezu
Choć powtarzasz - Jestem Miłością
A my ku człowiekowi się skłaniamy
Szukając pociechy
Otrzymujemy obojętność, nienawiść
Gesty cierpliwości jedynie, drwiący śmiech
Czasem nawet miłość
Na sekundy życia

 

Tak trudno iść za Tobą, Jezu
Prosisz o obecność naszą przy krzyżu
Nie wymagasz, aby rany Twe opatrywać
Ale my boimy się na nie patrzeć
Jak na grzechy nasze

 

Tak trudno iść za Tobą, Jezu
Choć niewiasty pod krzyżem
Prosiłeś jedynie o cichy szept modlitwy
Małą łzę, nie głośne łkanie
A my wolimy wielki wrzask
O swojej krzywdzie

 

Tak trudno iść za Tobą, Jezu
Choć chcesz od nas tylko Miłosierdzia
A nie ofiary
Dla naszych serc, sprawiedliwość ludzka
Jest ważniejsza
O nią toczymy wojny, rozbijamy rodziny, zabijamy

 

Tak trudno iść za Tobą, Jezu
Ciągle nie wierzymy, że Boża Miłość
Jest... dla człowieka

 

 

 Na nic

 

Kiedyś świat wydawał mi się prawdą
Kiedyś moc władców - potęgą
A nauka siłą
Kiedyś prawdy szukałam u filozofów
Umysły sławnych były mi autorytetem
Nie znalazłam miejsca...
Na własne szczęście

 

Kiedyś stanęłam naprzeciw krzyża
Człowiek na nim cierpiał
Samotny
Zawisł z mocy sądu, autorytetu, nauki, tłumu
Patrzył na mnie zamarły w drzewie
Jeden krzyż w kościelnej nawie
I ja
Jedna

 

Jeden liść na drzewie, a jakże ważny
Mała łza, wobec wielkiej rozpaczy
Jedna dłoń wyciągnięta, a jakże cenna

 

Na nic tysiące dłoni podanych
Na nic wielki ogień wobec płomienia świecy
Na nic tłum wobec jednego człowieka
Na nic ogromne fale wobec jednej kropli
Na nic wielkie cmentarze wobec jednej mogiły

 

Kiedyś stanęłam naprzeciw krzyża
To Ty, Jezu, powiedziałeś do mnie:
Na nic cała prawda o ludziach i świecie
Wobec prawdy... o tobie samej!

 

 Wystawienie Najświętszego Sakramentu na ołtarzu Serca Jezusowego w kościele na ul. Nobla. Po kilku minutach przed ołtarz przyszła siostra zakonna i zebrała zwiędłe bukiety. Trwała adoracja i było kilkadziesiąt osób. W pewnej chwili usłyszałam wewnętrzny głos: stawiajcie przy mnie zawsze świeże bukiety kwiatów, a nie zwiędłe. Co to znaczy - pomyślałam, adorując Najświętszy Sakrament. Po chwili zrozumiałam. Bukiety kwiatów są jak nasze modlitwy, muszą być zawsze świeże - czyli żywe, serdeczne, mówione z miłością. Bukiety zwiędłe - to nasze „zwiędłe" modlitwy, odmawiane z rutyną, pośpiechem, z obowiązku. Często modlimy się rozglądając, nieuważni na to, co istotne w kościele. Pan Jezus „przyjmuje" te zwiędłe bukiety naszych modlitw, ale tak naprawdę czeka kiedy przyniesiemy na ołtarz - świeży, piękny, pachnący bukiet kwiatów - modlitw szczerych, pełnych miłości i dobrych uczynków.

 

Kościół

 

Są takie miejsca bezpieczne na świecie
Gdzie zło zatrzymuje się na progu
Twojej duszy
Może czeka ale nie dotyka
W blasku świec, oddechu kadzidłem
Jezus zasiada obok ciebie
Zamknij oczy, posłuchaj Jego słów
On wkracza z kapłanem na ołtarz
I cud się dzieje Przeistoczenia
Tam, nawet twoje łzy cię karmią
A dusza strapiona znajduje odpocznienie
Tam pod krzyżem klękasz
A on cię unosi z prochu
Do Serca Najświętszego
Tam nikt nie upada, nie traci nadziei
Nie zaznaje głodu, lęku
Sam Jezus go karmi
Serce i ciało leczy
Wystarczy przekroczyć próg
Drzwi możesz zostawić otwarte
Złodziej twej pokory nie podąży za tobą
Może tylko
Poczeka....
Zamknij oczy, poślij duszę na ołtarz
Anioł twój Stróż ją poniesie
A ty czekaj, na cud
Z wiary, miłości i nadziei się narodzi
Czasem jednego chmurnego dnia
A czasem wielu lat trzeba
Czasem dłonie jednego kapłana wystarczą
Z hostią świętą
A czasem dziesiątek dłoni potrzeba
Ale idź, ciągle idź
Do jedynego bezpiecznego miejsca
Dla ciebie, człowieku
Znacz go łzami, ślad po sobie zostaw
Nie zniknie
Aniołowie świetlistym kręgiem go znaczą
Są takie miejsca piękne na świecie...
Tam sam Bóg pełni święty dyżur
Ofiarując się człowiekowi

 

 Ludzka ikona

Pożegnałeś mnie Jezu, po mszy
Ludzką ikoną
Jakby mało było świętych obrazów w kościele
Ta ludzka ikona, jak obraz żywy
Utkwiła w sercu moim
Klęcząca, siwa kobieta, zatopiona w modlitwie
Obok niej - syn
Nazywają takich „downami"
Niepełnosprawnymi...
Trzymał rękę na jej głowie
Jakby ochraniał
Czekał z cierpliwą miłością, dumą
Kiedy zakończy rozmowę z Bogiem
Trwali...
Nieporuszeni wobec ludzi wypływających
Jak strumień, po błogosławieństwie
On, syn, zdawał się być, jak Jezus
Który pieczę ma nad Prawdą
Żywa ikona poruszyła się
Syn pomógł matce powstać z kolan
Podążyli razem
Za nimi, Pokora, podskakiwała wesoło
Dzięki Ci Jezu, za dar oczu
Dzięki za dar mszy świętej

 

Msza święta. Podczas modlitwy ujrzałam nagle przed oczami obraz Anioła w białej szacie, który ciągnął za sobą postać człowieka. Jego głowę miał pod pachą , jakby ten człowiek opierał się. Anioł przeszedł obok ławek, kierując się ku ołtarzowi. Obraz ten miał w sobie coś śmiesznego, pomimo powagi mszy, jakby Anioł mocował się ze swoim podopiecznym...

 

Modlitwa grzesznika

 

Przebacz Boże, bo zgrzeszyłem
Choć z wiarą biłem się w piersi
Przebacz Boże, bo ufałem
Pamięci bardziej niż sercu
Przebacz Boże grzechy i potknięcia
Oczy moje zanurz w Miłosierdziu Twoim
Uszom daj łaskę rozgrzeszenia
Naucz liczyć przebaczenia Twoje
Ukaż, jak cierpliwie czekasz
Na tych, co skarbu na ziemi szukają
Podaj krzyż
Nadzieję dla kamieni moich
I czas daj święty
Abym ręce po niego wyciągnął.....

 

 

 Pytania

 

Jak stanąć przed Tobą, Boże?
Co czynić, by stać się godniejszym?
Za Matką skryć się Bolesną
Czy za Jezusem cierpiącym
Z płaczem podbiec bez lęku?
Czy z modlitwą błagalną
Na miejscach Cię szukać świętych?
Czy przy kapliczce przydrożnej
W tłumie skryć się pielgrzymów?
Czy w modlitwie uklęknąć samotnie?
Własny krzyż dźwigać bez skargi
Czy też innym pomagać go unieść?
Jak stanąć przed Tobą, Boże
Aby Cię... nie obrazić?

 

Dopóki pytasz, rzekł Anioł,
Serce twe w pychę niestrojne
Pytania zadajesz głośno
Bóg... w ciszy daje odpowiedź
Odkryj tę Ciszę w sobie
A chroń ją, jak miejsce święte
Bóg jest w nim częstym gościem
I tam zostawia... odpowiedź

 

Adoracja. W uniesieniu, posyłam ku Chrystusowi słowa modlitwy i mojej gotowości bycia w uwielbieniu przy Jego Tronie. Czuję piękno tego „obrazu", światło, czystość kolorów, radość. „Na ziemię" sprowadzają mnie słowa, które słyszę w duszy, a które później muszę rozważyć w sercu: chcesz być ze Mną przy pięknym Tronie, a przecież, gdy schodzę na ziemię, ludzie „oblepiają Mnie" swoim błotem. Czy i wtedy będziesz ze Mną? Zastanowiły mnie te słowa i dlatego je rozważałam. Jezus chce być wielbiony jak Boży Syn, ale też zauważany na ziemi, gdy poniżony, obrażany, wzgardzony (oblepiony błotem) prosi o miłość.
Jakże często – zrozumiałam - nie mamy odwagi bronić Jezusa tu na ziemi...

 

Nadzieja

 

Nadzieję Bóg zesłał do żłóbka drewnianego
Dzieciątkiem była niewinnym
W ręce Ją oddał Józefa i Panny Świętej
Aby Ją utulić
Nieobca była Nadziei ludzka bezbronność
I płacz w kolebce drewnianej
Jak człowiek się narodziła
I do człowieka przyszła po chwałę
Wiele lat przemierzała swe ścieżki
Wielu ludzi dotknęła swym słowem
By na końcu, z rozpaczą i bólem
Znów, na drewnianej kolebce głowę swą oprzeć
Tą kolebką nie był żłóbek narodzin
Lecz krzyż wielki dla Nadziei zbity
Nie kołysał Cię na nim śpiew Matki, cichy
Lecz głos ludzki, głośny i mściwy

 

Dwie kolebki były w Twym życiu
Nadziejo, przez Boga zesłana
Mały żłóbek w grocie ukryty
I krzyż wielki...
W skałę, na Golgocie wbity
Najpierw siano, potem kamień zimny
Twoim łożem były, Nadziejo
Lecz Bóg, jak Miłość, za obłokiem skryty
Co rok, posyła na świat... Nową Nadzieję
Miłosierny, Sprawiedliwy, Cierpliwy
Ciągle czeka na ludzi gotowych
Co oddadzą Nadziei swe serce
I krzyżować nie będą Ją grzechem

 

Banneux, Belgia. Pierwszy dzień przed obrazem Matki Najświętszej. Jestem już czwarty raz, nigdy nie odczułam takiego „stanu". Jak go opisać? Zapadłam się w jakiś letarg, przeogromny spokój. Dziękuję Matce Bożej, że mnie zaprosiła do siebie. Czuję dotknięcie po prawej stronie ciała, ale nie chcę się odwracać, jestem poza wszystkim. Chcę być tylko z Maryją. „Widzę" sukienkę szarą, fałdy układające się na sukni - fartuchu „roboczym". Pytam w sercu, dlaczego, Matko Boża, masz taką zwykłą szatę, jak posługująca kobieta? „Słyszę" odpowiedź: jestem Matką Bożą Pielęgniarką. Opatruję rany serc, duszy i ciała. W Banneux jest Dom Opieki dla ludzi chorych. Przyjeżdżają na wózkach do świętego obrazu i źródełka. Wielu chorych pielgrzymów składa swoje prośby przed Maryją. Jakże nie wierzyć, że Matka Boża w Banneux jest ciągle żywa, ciągle wysłuchująca, troskliwa?

 

Santa Maria z Banneux

 

Gdy noc gasi ostatnie światła
Cisza zalega w alejkach i kapliczkach
Dogasają świece zapalone nadzieją pielgrzymów
Szemrze cichutko święte źródełko
Od ludzkich rąk odpoczywa
Wysokie drzewa opowiadają sobie historie zasłyszane
W nocnej ciszy, Maryja siada przy źródełku
Do Syna modlitwy posyła
Złożone starannie w różaniec
Tajemnicy łez człowieka, dziękczynienia, miłości
Żadnej perełki nie upuści
Potem, jak Wielka Pielęgniarka
Chorych w pobliskim szpitalu utuli
Policzy wózki, kule, laski pobłogosławi
Odstawione na noc, jak krzyże
Rankiem, ponownie ludzie je poniosą
Utuli do snu tych, którzy na twardej poduszce Samotności
Muszą codziennie kłaść głowę
Psalm piękny im zaśpiewa..
Szata na Maryi Świętej zwyczajna, nie królewska
Szary fartuch pielęgniarki, proste sandały
Matka Ubogich..
Bezszelestnie obok pielgrzymów przechodzi
Cuda czyni uzdrowienia
Dotknij mnie, Matko, szepczą w kaplicy pielgrzymi
A Ona... dotyka
Rękami oddanych opiekunów
Spojrzeniem współczującym człowieka
Uśmiechem, który łączy
Modlitwą, znakiem krzyża
Na mszy obok kapłana siada skromnie
I słucha...
Matko Najświętsza Ubogich z Banneux
Która codziennie odmawiasz różaniec ludzkich serc - próśb
Weź nasze łzy i dziękczynienia, nasze dusze
W podzięce szczerej i...
Módl się za nami.

 

Czyściec

Jest jak ręce wyciągnięte do Miłości
Która przechodzi obok
Jak drzewo ukochane, które
Wycinamy, bo od lat nie daje owoców
Jak grób zapomniany, po którym stąpają ludzie
Zapalając lampki bliskim
Czyściec jest jak człowiek z bagażem
Któremu odjechał ostatni autobus
Jak noc bezsenna
Jak pusty konfesjonał
Jak ptak, który nie śpiewa
Czyściec jest milczeniem
Kiedy słów potrzebujemy
Jak grzech, który rani pamięć
Jak miłość matki
Zamieciona pod dywan codzienności
Aby nie przeszkadzała swymi oczekującymi oczami

Znasz i ty ziemski czyściec...
Z ziemskiego czyśćca możesz wysłać list
Z modlitwą i znaczkiem Nadziei
Do Boga
Boże odpisz...
Na adres mojego czyśćca
Będę czekać
Przy wyciętym drzewie ukochanym
Pustym konfesjonale
W bezsenną noc
W milczeniu
Z pamięcią grzechu
Przy grobie zapomnianym
Z ptakiem, który nie umie śpiewać

 

Banneux - msza święta, adoracja.
Tak zazdroszczę, mówię do Pana Jezusa, świętym i błogosławionym, wszelkich łask, jakich im udzielasz, Panie, a ja jestem taka niedoskonała... Słyszę w głębi serca „wesoły" głos, bo tak mogę go określić. Ten głos jest... taki ludzki... Ja też jestem „zazdrosny" o ciebie, gdy o mnie nie pamiętasz, nie troszczysz się o mnie... Poczułam tak przeogromną radość, że ktoś taki jak ja, może być warty... zazdrości Jezusa! Jakże Go więc nie kochać? Zabiegać o rzeczy, sprawy nie związane z Bogiem? Przecież Jezus daje tyle radości!

 

Klucz

 

Klucza szukałam do serca swojego
Miłość dając nieudolną
Piękna szukałam w człowieku
Blizny zadane leczę do dziś
Radości czekałam od życia mojego
Łez nazbierałam kilka czarek
Słowami próbowałam leczyć
Były zbyt kalekie
Milczeniem łagodziłam spory
Kamieniem twardym wracały
W pląsach z życiem nie znalazłam
Błogosławieństwa...

 

Klucza do serca szukałam...
Maleńka, biała hostia cud uczyniła
Przylgnęła mocno, jak znak Miłości Świętej
Otwarło się serce niespokojne
Błogosławieństwo otrzymałam
Dla życia mojego....

 

 

Wielbi dusza moja Pana

 

Wielbi dusza moja Pana
Za życie......
Dar dany z nadzieją, że go docenię
A duszy mojej nie zgubię
Na bezdrożach świata
Wielbi dusza moja Pana
Za wiarę....
Że krzyż podany poniosę
Choćby z jękiem
Wielbi dusza moja Pana
Za miłość.....
Daną w upadkach
Za oczy Boga życzliwe i ufne
Gdy ze złem walczę
Wielbi dusza moja Pana
Za życie......
Żyjąc mogę mówić do Ciebie, Boże
I doświadczać cudu...
Twoich odpowiedzi.

 

 Adoracja Krzyża w Tetremont.
Odczytuję głośno modlitwę do pięciu ran Jezusa. Potem jest modlitwa księdza. Nie jestem w jakimś stanie ekstazy, nawet trochę rozproszona. Po chwili czuję tak ogromny, niepojęty stan radości, jakiego nigdy nie odczuwałam. Trudno go wyrazić słowami. Moje serce chce wyskoczyć, nie mieści się we mnie. Ogromny szloch oczyszczający przejmuje moje ciało. Mam wrażenie, że zacznę głośno krzyczeć, szlochać, że tej radości jest „za dużo" - nie podołam jej ponieść. Boję się ludzkiej reakcji pielgrzymów - moich towarzyszy, bo jestem przed krzyżem, na ich oczach, a nie lubię histerycznych zachowań, zbyt emocjonalnych. To uczucie przypominało ogromne wrzenie w naczyniu, aż pokrywka z tego naczynia poruszała się, a gorące uczucia przelewały się. Piękne, oczyszczające uczucie. Nie zapomnę tego daru nigdy...

 

Gdyby...

 

Gdyby miłość miała ręce
Poczułbyś jej ciepły dotyk
Gdyby miłość miała oczy
Patrzyłaby na nas czule
Gdyby miłość miała ciało
Przytuliłaby cię do siebie
A tak stoisz człowieku na rozdrożu
Pełen lęku szukasz oczu, rąk
Czekasz ciągle na dotyk miłości

 

Kiedyś Bóg zesłał na świat
Taką Miłość
Miała ręce, które błogosławiły
Oczy, które leczyły
Słowa, które napełniały nadzieją
Człowiek Ją ukrzyżował!
Nie uwierzył w łaskę Miłości

 

Ale Ona nie umarła
Zmartwychwstała
Jej oczy ciebie widzą
Jej ręce ciebie błogosławią
Jej usta mówią do ciebie z miłością
Nie krzyżuj Jej, człowieku
Zanim nie pokażesz Jej swojej duszy
Dotknie ciebie
Przytuli
Spojrzy

 

 

Skała

Widzę Cię, Jezu w Ogrójcu
O skałę oparłeś plecy
Anioł obok pociesza
Śpią Twoi Towarzysze

Mijają lata i wieki
I mnie Bóg przeznaczył ziemię
W ulicznym gwarze żyjemy
Jak Ty kiedyś, w Jerozolimie

Skał licznych nie zmiotła historia
I człowiek niewiele się zmienił
Kamień zdrady, choroby, wrogości
Świat w proch nie przemienił

Są tacy szczęśliwi, co wierzą
W lot bezbolesny, ponad skałami
Młodość skrzydła im daje
A pycha w powietrze unosi

Tylko, że ptak choć ma skrzydła
Na ziemię też musi powrócić
A człowiek choćby był silny
Spadochron beztroski traci

I spada, nie jak ptak, delikatnie
Na skałę, czy drzewo przydrożne
Ale gwałtownie, boleśnie
Uderza o kamień swój przeznaczony

To łaska, widzieć Cię, Jezu, o skałę wspartego
Znać miejsce, gdzie i przy której skale
Miłosierne Twe ręce pochwycą i...
Ochronią upadającego

 

Ostatni dzień w Banneux
Dziękuję Matce Bożej za tę pielgrzymkę. Czym mogę się odwdzięczyć, pytam, tak zwyczajnie, po ludzku. Przecież wszystko co piękne należy do Ciebie, Maryjo... Słyszę - módl się za ludzi w Belgii, to dobrzy ludzie...
W czasie modlitwy różańcowej za dusze czyśćcowe jedna z pielgrzymujących osób podejmuje inicjatywę modlitwy w autokarze - za dusze czyśćcowe. Jesteśmy wszyscy już zmęczeni, zbliża się kolejna już godzina podróży w autokarze. Kolejny dziesiątek różańca... Moją duszę przejmuje raptem wielka rozpacz. Widzę obce twarze i twarze moich zmarłych bliskich. Na piersiach maja woreczki - sakiewki z dziwnego materiału, jakby z juty. Sylwetki są pochylone w wielkim uniżeniu, jak żebracy, którzy samą postawą proszą, bez słów. Czuję ich wielką prośbę, jakby od tej modlitwy wiele zależało. Wielki szloch przejmuje moje serce, rozpacz nieutulona. Cierpienie ich staje się moim. Obraz ten dano mi abym poczuła dosadniej, silniej, jak ważna jest modlitwa za dusze czyśćcowe.

 

Matko Bolesna

 

Zraniona i bolesna wędrujesz po świecie
Jakby nie dość cierpienia
Życie Twe doznało
Święta Matko wśród bolesnych matek
Niepokalana

 

Zbierasz dla Syna dusze
Pokaleczone i chore
Dłońmi ogrzewasz serca zamarłe
Świętą szatą łzy ocierasz
Poisz nadzieją ze źródełek

 

Wytarte od modlitw perełki różańca
W róże przemieniasz
Zapachem ich ozdabiasz
Rany nie gojące
Pocałunkiem błogosławisz obrazy
W sanktuariach dla Ciebie wzniesionych
Cudami uzdrowień duszy i ciała znaczysz

 

Wędruje po świecie Serce Twe, cierniami splecione
W bólu matek ziemskich ból Swój objawiasz
Do Ciebie, Matko Bolesna, wyciągają ręce
A Ty, chwytasz je i jak w tańcu świętym
Do Syna prowadzisz po błogosławieństwo
Za przyjęcie bólu, za ciernie życia
Za pokorę w Miłości...

 

 

Modlitwa cierpiącego

W strugi deszczu oblekł się dzień
I jak dusza moja, płacze
Boże, Ty jesteś nadzieją
Dla smutku mojego
Jak kropla deszczu dla ziemi suchej
Jak woda, dla kwiatka zwiędłego
Duszę moją chcę Tobą nakarmić
Wlać do niej kroplę Krwi Świętej
Pod krzyżem Jezusa stanąć
A lęk mój na krzyżu zawiesić
W modlitwę się oblec milczącą
Bez słów i gestów zbędnych
I trwać tak, z różańcem w ręku
Wsłuchując się w krople deszczu
Powtarzać duszy zbolałej
Koronki tej słowa święte:
„Dla Jego bolesnej męki...
Dla Jego męki bolesnej” …
I ufać, tylko zaufać
Jak dziecko w Ojca wpatrzone
Iż lęk i ból duszy zadane
Sam Bóg
Miłosierdziem osłoni

Po powrocie z Banneux

Zbliża się godzina mojej codziennej mszy o godzinie 9.00. Próbuję przemóc opór przedziwny - jakiś głos (znam go) mówi: nie musisz iść do kościoła, przecież byłaś codziennie na mszy, przeżyłaś tyle wspaniałych chwil... (znowu kuszenie...) Poszłam na mszę i przeżyłam niezwykłe „nauczanie" przed Najświętszym Sakramentem, podczas Adoracji, po mszy.      Dlaczego, Jezu, pytam, niektórzy tak wiele mówią o ostrożności i tylko ostrożności? Czy należy być tak bardzo ostrożnym, pytam? Wewnętrzny głos odpowiada mi, a jednocześnie „widzę" w sercu rzekę i drewniany most o mocnej konstrukcji z dużych bali. Bale są naprawdę, na co zwracam uwagę, silnej konstrukcji. A teraz ciekawy wywód: ludzie są czasem zbyt ostrożni, boją się przejść po tym moście... do Mnie. Zatrzymują się... z ostrożności. A to niezbyt mądre, można wiele stracić... Za mostem widzę piękną łąkę z kwiatami. Są okazałe, wielokrotnie większe niż w rzeczywistości. Mają piękny zapach. Chcę przekroczyć ten most. Dlaczego ludzie boją się na niego wejść? - pytam. Łąka, na której znajdują się ci, którzy pokonają ostrożność - słyszę głos w sercu, to niezwykła łąka, niezwykłe są na niej kwiaty. To kwiaty piękne... ale nie tylko do oglądania. Zerwanie, dotknięcie takiego kwiatu, to... rodzaj ślubu. Zerwiesz, na przykład, kwiat pokory - musisz być pokorą. Zerwiesz kwiat cnoty... musisz być cnotą, zerwiesz kwiat ślubów zakonnych, musisz go dopełnić...Daję piękny kwiat - dar, słyszę, ale... wymagam też dopełnienia przyrzeczenia. To ślub przede Mną. Może dlatego tak mało ludzi chce przekroczyć ten most? Dlatego ciągle mówią o ostrożności. Może nie chodzi tu o lęk przed tym, co nam Zły „mówi", ale o lęk przed odpowiedzialnością, powagą ślubu dopełnienia przyrzeczenia.

 

Usprawiedliwienie

 

Chciałabym cię duszo
W pięknym ogrodzie umieścić
Wonią zapachów otoczyć szlachetną
Chciałabym cię duszo
Ochronić jak mocarz przed światem
A mogę cię tylko pod krzyżem życia ugościć

 

Ale pójdę za tobą, jak małżonka ślubna
W drogę dla mnie zbyt trudną
Prowadź mnie, po śladach słów Chrystusa
Daj przystanąć, gdy za tobą nie nadążam
Daj pokutę czynić, gdy słów Jezusa zapomnę
Daj odpocząć w pocieszeniu błogosławionym

 

Zaniosę cię duszo zgnębiona
Przed ołtarz Pana naszego
Pobłogosław, powiem, Jezu
W dłoniach Swych, duszę potrzymaj
W miłosierdziu zanurz jej zniecierpliwienie
Powiedz jej, powiedz, Boże mój Drogi:
Ty skrzydła masz, duszo przepiękna
Ona - tylko dwie zmęczone nogi

 

 

 Namiot

 

Postawiłeś Swój namiot między
Wiarą a zwątpieniem
Między nadzieją a lękiem
Postawiłeś Swój namiot między
Ja i Oni
Kimś a czymś
Rozumem i sercem
Postawiłeś Swój namiot między
Dzieckiem a Ojcem
Życiem a śmiercią
Krzyżem wysokim oznaczyłeś, Jezu
Ojciec Twój prezent dał nam
Szlachetny, trudny
Wolną wolę
Jak zegar tyka nakręcony ręką Boga
Czas wskazuje według Jego Nadziei
Błądząc, wątpiąc, kochając
Mylimy namioty
Poranieni rozumem, własnym krzyżem
Wolną wolę dźwigamy
Jak odpowiedzialność dla Nadziei Boga
Postawiłeś Jezu Swój namiot
Między Bogiem a człowiekiem
Mną i moją duszą
I ciągle czekasz cierpliwy
Na Swoich gości...

 

Nie mogę zasnąć, co jest dla mnie nietypowe. Modlę się za zmarłych, proszę Anioła swojego o rozmowę. W dalszej rozmowie ze swą duszą otrzymuję obraz człowieka, który żyje na tym świecie. Żyjemy nie tylko życiem wewnętrznym, ale także swoją „fizycznością". Mamy zmysły potrzebne aby przetrwać. Ale ...zbyt wielu z nas „zakorzenia" się mocno w tym świecie. Staje się jego niewolnikami. Ulegamy namiętności, obrazom, przywiązujemy się do tego świata. Widziałam korzeń w kształcie spirali utkwiony w ziemi. Owe silne przywiązania „fizyczne" odbierają nam Wolność działania według potrzeb duchowych. Aby poznać Boga, musimy się uwolnić od tych „spirali". Korzystać z nich, ale nie zakorzeniać się. Bóg chce nas „unosić", przemieszczać, nauczać. Jak nauczać kogoś, kto jest niewolnikiem?

 

Nie mów

 

Nie mów, że Bóg cię opuścił
A krzyż swój dźwigasz samotny
Nie mów, że modlitw twych nie wysłuchał
Czy wiesz, jak do Niego się modlić?
Nie mów, że serce twoje oziębło
Bo Jezus za serce twe umarł
Nie mów, że Boga już nie znasz
Bo właśnie przy tobie usiadł
Nie mów, że płaczu twego zapomniał
On zna twój szloch rozpaczliwy
Nie mów, że sam jesteś na świecie
Jest obok ciebie, w hostii, Bóg żywy
Nie mów, różaniec zgubiłem
Nie umiem się na nim modlić
Jesteś przy Sercu Maryi
Ona z łez twoich go stworzy
Nie mów...
Nie mów, latami się przecież modliłem
Dla Boga - lata są niczym
On działa w tchnieniu sekundy
A krzyż twój w łaski przemienia obfite.

 

 Magdalena współczesna

Jeszcze jesteś w Efraim
Jeszcze jak Maria mogę wylać wonny olej
Na Twoje nogi
Jeszcze czas, by łzy swoje
Na Twoich stopach zostawić
I patrzeć jak wysychają
Od Twojego błogosławieństwa
A potem
W Jerozolimie Hosanna będzie brzmiała
Osiołek, liście palmy
Ale Ty już krzyż widzisz na Golgocie
Jeszcze Wieczerza Ostatnia
I Droga Krzyżowa...
Nie pobłogosławi już ręka Boga-Człowieka
Mojej głowy, jak tamtą Magdalenę
I łzy moje nie otrą stóp świętych
Magdaleną jestem w rozpaczy
Współczesną
Która krzyże wystrugane przez człowieka, całuje
Twarzy Twojej szuka na obrazach
A łzy ociera własną
Nie Twoją ręką
Magdalena z 21 wieku
Jak tamta, którą ochroniłeś
Ciągle błaga o łaskę ujrzenia Ciebie
Wpatrując się w Twój Znak
Świętą Eucharystię

 

Podczas mszy świętej przed moimi oczami ukazał się obraz spokojnej tafli wody. Raptem zmącił ją kamyk, potem wielki głaz. Nie zrozumiałam od razu tego „przekazu". Jeszcze raz ujrzałam w myśli obraz spokojnej tafli. W tym drugim „spojrzeniu" tafla wody poruszyła się, ale odzyskała szybko spokój i płynęła równym nurtem. Dwa obrazy, takie różne ale co one znaczą, pomyślałam. Gdzieś w duszy odezwał się głos tłumaczący mi, że w jednej wodzie, nawet zwykły kamyk może dokonać wiele zamętu, w tej drugiej, woda porusza się, ale nadal płynie własnym nurtem. To obraz duszy człowieka, jego serca. Przeciwności, tragedie burzą nasz spokój, nasze „gładkie lustro wody", mogą nawet na długo oderwać człowieka od wiary w Boga i pokładanej w Nim ufności. Mącą duszę, ona jest za słaba, poddaje się zawirowaniom „kamyków zrzuconych przez życie". Dusza pełna zaufania do Boga, „dotknięta", nawet głazem, dalej wpatruje się w Boga, jej wody płyną spokojnym nurtem. Choć kamienie, głazy, tkwią na dnie, nie mącą duszy, może tylko niepokoją, ale nie odbierają siły. To wielka łaska.

 

Druga strona lustra

 

Przeszłam na drugą stronę lustra
Anioł mnie prowadził
Już nie przyglądałam się sobie
Nie rozważałam jak podobać się światu
W moim lustrze zaczęli przeglądać się
Inni ludzie
Układali fryzury, a ja widziałam
Jak cierpią
Zmieniali ubrania
Czułam ich lęk
Malowali twarze, robili miny poważne
A ich serca błagały
A potem zamykali domy i wychodzili
Ozdobieni
Aby w innych lustrach przeglądać się
Jak w swoim...
Przejście na drugą stronę lustra.. boli
Aniele mój
To nie zaczarowana podróż w bajkę
Z drugiej strony lustra, nie widać twarzy
Starych, młodych, pięknych, brzydkich
Nie słychać słów
Z drugiej strony lustra jest... prawda
Posyłam moim „twarzom" z lustra modlitwę
Proszę
Idź, przejrzyj się...
W Miłosierdziu Bożym

 

Ściana

 

Znam taką ścianę w Jerozolimie
Ścianę płaczu..
Wypełniają ją kartki z prośbami
Modlitwami się karmi
Podtrzymując stare mury
Jest taka ściana, przed którą każdy staje
W życiu, nie w Jerozolimie
Wyciągasz do niej ręce z kartką życzeń
A ona wypada z muru
Na ziemię
Podnosisz pogiętą i już nie jesteś pewien
Własnych próśb
Czasem silny powiew wichru unosi ją
Trudno dogonić
Ręce opuszczasz jak bezbronne skrzydła
Ani unieść się, ani pofrunąć
Jest taka ściana w życiu
Nie w Jerozolimie
Nie na śladach Jezusa, ale własnych
Gdy musisz pochylić się w modlitwie
Z rękami gotowymi do przyjęcia bożych życzeń
Czasem to jest... ściana płaczu

 

Były dni, gdy czułam się bardzo źle, jakby opuścili mnie moi Aniołowie. Czułam się jak na pustyni, całkiem samotna. Może to listopadowy nastrój i stan ducha związany z kłopotami rodzinnymi? Tak by tłumaczył psycholog.
Podczas medytacji modlitewnej przyszedł do mnie wiersz: „Na drodze". Pomyślałam, że może Bóg daje nam taką pustynię - bycie sam na sam ze sobą. Swoistą wolność wyboru drogi. Drogi bez pocieszenia. Czy przez taki stan „pustyni" nie sprawdza nas? Naszej siły? Naszej duszy? A w końcu naszej Miłości do Niego? Miłości bezinteresownej, bez złotych zabawek radości.

 

Na drodze

 

Na drodze do Ciebie, Boże
Napotkałam piękne ogrody
Raczyłeś mnie słodkimi napojami
Dbałeś o mnie jak o dziecko ukochane
Przyzwyczaiłam się do raju
Modlitwy moje były jak ptaki
Wdzięczne i lotne

 

Pewnego dnia obudziłam się na pustyni
Żadnego kwiatu, tylko ciemność
Po omacku wyciągam ręce
Kroki stawiam ostrożne
Nasłuchuję głosów
I już wiem, jestem sama
Widzę Jezusa w Getsemani
Jak płacze, bo Bóg milczy

 

Wypędziłeś mnie Boże, z raju łagodności
Wiję różaniec z pustynnych kolców
Nabijam na nie moje grzechy
Odmawiam koronkę do Miłosierdzia
Milczeniem Twoim przyoblekam się jak szatą
Echo z raju opuszczonego niknie
Nawet Anioł Stróż odleciał
Na skrzydłach jego napis błyszczał
Jak motto dla człowieka:
Każdy ma swoją samotną pustynię
Wolną wolę...
Moje oczy są ślepe, uszy głuche
Wędruj, mówię do mojej duszy
Wskaż drogę
Ufam Ci... przecież należysz do Boga

 

 

 Świat i krzyż

 

Dotykałam cię świecie, rękami dziecka
Wydawałeś mi się słoneczny, bezpieczny
Ciepłe ręce rodziców rozgrzewały cię
Usuwały twój zimny lęk
Ale...
To ręce rodziców uczyły też znaku krzyża
Jakby przewidywały, że powiejesz zimnem
A krzyż Jezusa da mi odwagę

 

Dotykałam cię świecie, ręką dojrzałą
Wydawałeś się obojętny, mroźny
Szlaki kamienne wytyczałeś
Krzyżami znaczyłeś drogi
Ręce nadal szukały ciepła dziecinnych lat

 

Dotykałam ciebie świecie
Jak kolumnę dorycką
Byłeś wyniosły, wielki, bezwzględny
Ręce marzły mi od twojego zimna

 

Dotykaj świat krzyżem Chrystusa
Usłyszałam głos Stróża mojego
Rozgrzej serce Jego Miłością
Bez tego znaku ręce sobie odmrozisz
Dzięki Wam Rodzice za naukę o krzyżu
Dzięki za ten posag święty...

 

Jest msza święta, po mszy - adoracja. Staram się wyciszyć w medytacji. Dostrzegam w wyobraźni bukiet kolorowych baloników. Cóż to znaczy, pytam. Te baloniki są jak poszczególne rodziny - słyszę w myślach głos, który „wyjaśnia" mi sens tego obrazu. W tych balonikach jak w rodzinach jesteśmy skupieni, racząc się własnymi sprawami i kłopotami. Rodzina została stworzona nie po to, słyszę, by się izolować w swoich „balonikach". Tam uczymy się miłości, zasad postępowania wobec człowieka, ale nie po to aby być „balonikiem" funkcjonującym obok innych. Tam, w rodzinie musimy nauczyć się wychodzić poza swoją egoistyczną miłość tylko wobec członków własnej rodziny. Rodzina jest wstępem nauki o miłości do innych ludzi, nie związanych więzami krwi. To pierwszy stopień jedynie, konieczny jak nauka pisania i czytania. Poznaliśmy litery miłości, teraz musimy pisać nimi piękne eseje... o tym, co jest wokół nas .Musimy nauczyć się „przebijać" balony egoizmu rodzinnego aby zmierzać ku poznaniu Miłości Miłosiernej wobec bliźnich.

 

Miejski obrazek

 

Czerwona czapka, fioletowa kurtka
Zielone spodnie
Podarte tenisówki znaczą ślady na śniegu
Zgięty jak scyzoryk, który za chwilę się złoży
Podąża człowiek
Przed chwilą zamknął drzwi nadziei
Z napisem: opieka społeczna
Przystaje, uśmiecha się
Ogląda skarby złożone w kraciastych torbach
Może dostał nową czapkę?
Ryż, chleb?
Co ludzie dadzą, weźmie
Jednym zbywało z serca
Innym z szafy
Jemu wystarczy, on żyje ze zbywania
Bezdomne dziecko opieki społecznej
Gdzie jest jego Grota Narodzenia?
Gdzie miejsce, w którym złoży
Dary.. na przetrwanie?

 

 

„Drobne"

 

Jak Pielgrzym do drzwi pukam
Czasem ktoś uchyli
Nawet nie pytając, „drobne" w ręce wciśnie
Zdarza się, że krzyknie pełen nienawiści
Nie rozpozna Pielgrzyma serce jego pyszne
Z „drobnymi", jak na tacy, na mszy wrzuconymi
Próbuję powrócić jeszcze wiele razy
Ale ludzie nie chcą ze mną się spotykać
Żebrak, myślą, wystarczy, już dość...dałem

 

Czasem, gdy zapukam, w oczy czyjeś spojrzę
W progu stanę, tak, że drzwi zamknąć nie można
Twarz moja cierpiąca patrzy na człowieka
A on gestem miłości dłoń wyciąga do mnie
Nie ma na niej „drobnych" wciśniętych niedbale
Nie ma słów, już dałem, co mam dać ci więcej?
Drzwi szerzej otwiera, zaprasza jak brata
I żegna słowami, wracaj do mnie częściej

 

Jak tłumaczyć ma Pielgrzym do drzwi pukający
Że nie pragnie „drobnych" wciśniętych z niechęcią
On chce tylko wracać na próg twego serca
Nie czekać, jak żebrak, w drzwiach domu twojego

 

Sen. Przebywam w kościele, może to nocna adoracja, bo kościół jest ciemny, a w rzędach ławek pochylone głowy. Przy ołtarzu - duży krzyż z Chrystusem. Klękam, modlę się, po chwili dostrzegam, że Jezus staje się żywy, schodzi z krzyża. Rozpoczynam wewnętrzny dialog z Jezusem. On jest uśmiechnięty, my w kościele mamy smutne, spuszczone głowy. Dlaczego do nas zszedłeś z krzyża, Jezu? - pytam. Bo jesteście smutni. Odnoszę wrażenie że Jezus ma żal do ludzi, że w kościele są „smutni". To jakby „pójść na przyjęcie" (msza) i nie radować się z obecności Tego, który zaprasza. Potem jest czas, gdy Jezus wychodzi z kościoła (dziwne, modlący się nawet tego nie zauważają). Podążam jak zahipnotyzowana za Jezusem. Wiem, że przemawia bezpośrednio do mojej duszy, uczy mnie, ale o czym - tego nie pamiętam. Czuję jedynie fizyczne ciepło w sercu. Sylwetka Jezusa jest przeze mnie obserwowana, znam każdy szczegół Jego ubrania, ma długą koszulę, jasną - podobną do stroju Arabów, spodnie koloru kakaowego i sandały, włosy ciemno blond. Dziwne, ale nie pamiętam fragmentów twarzy, jakby Jego oczy hipnotyzowały mnie i prowadziły. Wędruję za Jezusem po mieście, wszędzie hałas, samochody. Dochodzimy do budynku na zatłoczonej ulicy, boję się że nie rozpoznam tego budynku, a chcę go zapamiętać gdy się obudzę. Echo brzmi mi w uszach - szkoła, szkoła! Jezus otwiera drzwi, dziwi mnie to i pytam: Jezu, Ty musisz kluczem otwierać drzwi aby wejść? Ja, odpowiada Jezus - Ja nie muszę, mogę wszędzie wejść bez klucza. Ale wtedy, co zrobię z tobą? Spojrzenie Jezusa miało w sobie wyraz przyjacielskiej kpiny. Po przebudzeniu, przypomniałam sobie budynek, do którego mnie Jezus wprowadzał. Schodki... i ten dźwięk: Szkoła, szkoła. (naprzeciwko klasztoru). Tak, to był budynek klasztoru Sióstr M. B. Miłosierdzia, do którego przychodzimy na „Faustinum", szkoły w której uczą nas o Bożym Miłosierdziu. Następnej nocy sen jakby „trwał"... Pytam w nim Jezusa, dlaczego schodzi z krzyża i dlaczego ja to widzę? Odpowiada: wielu ludzi traktuje Mnie jak zabalsamowaną mumię, zastygłą na krzyżu. A Ja jestem żywy, chodzę wśród was. Wychodzicie z kościoła, a Ja idę z wami, nie zostaję „martwy". Martwy jestem tylko w waszych sercach, gdy o Mnie nie pamiętacie.

Dzień Bożego Miłosierdzia

Ile razy chciałem cię nakarmić
Pokarmem Mojego Miłosierdzia
Moja ręka trafiała w pustkę
Ile razy chciałem cię napoić
Napojem Mojego Miłosierdzia
Nie czułeś się spragniony
Pukałem do ciebie, ale spałeś
Czekałem na ciebie, nie przychodziłeś
Ile lat?
Dlaczego właśnie dziś
Chcesz abym cię nakarmił i napoił?
Czyżby twój świat cię zawiódł?
Tak, Jezu
Syciłem się i poiłem własną pychą
Umierałem z głodu...
Zakładałem zamki na duszę moją
A ona cierpiała w niewoli
Otwieram dziś zamki kluczem
Twojej łaski, Jezu
Wystawiam pychę za próg
I przychodzę tam gdzie karmisz
Swoim Miłosierdziem, Panie
I błogosławię chwilę, kiedy zapukałeś
Do serca mojego
Kiedy ono jeszcze całkiem nie ogłuchło


Rozmowa

Patrzysz na mnie z obrazu
Jezu Miłosierny
O ufność mnie pytasz codziennie
Dni moje płyną tak jak smętny strumień
Omywając serce, zostawiają kamień
Ale czuję w geście Twoich dłoni, Jezu
W promieniach, co spływają w ziemię
Że choć nikim jestem, Ty chcesz do mnie
Mówić...
I cierpliwie czekasz, kiedy Ci odpowiem
Ufnością ...
W Miłosierdzie Twoje

Już wiem, nie pragniesz słów miłości
Co czczą Cię jak posąg martwy
Pytanie zawarł malarz w oczach Twoich
O odwagę wiary, w dolinie ciemności
Kiedy milkną śpiewy psalmów uroczystych
I cierpienie gasi świece na ołtarzu
Wtedy Ty wychodzisz do ludzi z Nadzieją
I w ramiona bierzesz Miłosierdzia Swego

Gdy zamykam oczy, słyszę prośby słowa:
Pomóż krzyż Mój dźwigać
Chustą pot Mi otrzyj
Nie uciekaj w trwodze z Ogrójca Mojego
Cierpienie... ma siłę
Upadniesz, pomogę
Tylko daj mi serce, daj ufności zgodę
By go mogło dotknąć Miłosierdzie Boże

Pojawia się obraz, w którym widzę jakby trzy schodki z napisami (od dołu): słowo, muzyka, cisza. Nie wiem co to znaczy. Słyszę: tak człowiek wielbi Boga. Najwyżej jest stopień - cisza. Wypełniony słowem, muzyką, uwielbieniem Boga, człowiek (ale to już chyba tylko święty) wchodzi na schodek - cisza. W tej ciszy - Bóg przemawia „nie zagłuszony".

Ksiądz Jan

Pochylony nad Stołem Pańskim
Z miłością
Do Boga i ludzi
Uważnie spogląda
Na wiernych
Jak ojciec zatroskany nad zbawieniem każdego
Błogosławi
Nakazuje śpiewem wielbić Pana
Kładąc ręce na naszych głowach
Prosi za nami mocą swego kapłańskiego przywileju
Pochylają się głowy
Zgnębione, pełne trosk
Oddają jego modlitwie, z dziecięcą ufnością
Cały ciężar życia, aby go przemienił
Z wody codzienności
W świąteczne wino
Kapłan - egzorcysta
Odganiający zło siłą Kościoła
Uczy biedaków słów nadziei
Aby stali się bogaczami
Piękny kapłan - żołnierz Chrystusa



Ziarenko

Obok mnie szedłeś, Jezu
Ale Cię nie widziałam
Ściśnięta w tłumie na drodze życia
Jak ziarno, z wieloma ziarnami
Łaska wielka, jak dłoń święta
Wyrwała mnie z pochodu ziaren
Do groty na uboczu uniosła
Do ręki krzyż cierpienia wcisnęła
A ptak przelotny zaśpiewał:
Czekaj tu na Pana
On chce ciebie poznać...
Na mszy świętej, przy ołtarzu stoję
Choć nadal jak ziarenko się czuję
Niewielkie
Ręce składam i czekam cierpliwie
Z miłością
Kiedy do mnie przyjdziesz, Jezu
I...
Poznamy siebie

Zastanawia mnie (na niektórych mszach) dziwna „samotność" ludzi stojących obok. Jesteśmy przy ołtarzu z Jezusem, powinniśmy być radośni, a podczas wymiany gestu pokoju ludzie nie uśmiechają się do siebie, są „daleko", brak kontaktu wzrokowego, gest pokoju jest formalny, sztuczny. Jezus kroczył z Apostołami, potrzebował ludzi. Podczas mszy ludzie nie powinni być „pojedynczo". Nawet obcy sobie, nieznani, poprzez gest ręki winni okazać sobie serdeczność. Przypominam sobie taką mszę, na której byłam smutna. Stojąca obok mnie kobieta tak pięknie przekazała gest pokoju, z serdecznym uśmiechem, że znikł cały smutek. To takie ważne!

Trudne pytania

Tak trudno zrozumieć, Boże
Miłość, którą zesłałeś na ziemię
Dlaczego człowiek jej pragnie
A nie chce przytulić do siebie?
Dlaczego tak bardzo się boi
Poddać jej prawom szlachetnym?
Dlaczego woli cierpieć
I z grzechem żyć codziennie?
Dlaczego w ciemności kroczy
Mijając światło i prawdę?
Dlaczego płacze samotny
I swojej ufa władzy?
Dlaczego wierzy w idoli i królów
Którzy nad nim panują?
A wolność duszy krępuje
Choć Bóg ją cudem namaścił?
Dlaczego oszustwem świata się karmi
Blasku złudnego jej nie chce rozpoznać?
Dlaczego w mocy widzi nadzieję
A krzyż za słabość uważa?
Dlaczego choć ból czuje
Miłości Twej, Boże nie ufa?
Pytań zbyt wiele dziś stawiam
A Miłość cierpliwie ich słucha
Ktoś szepnął, może Anioł
Odpowiedź prostą, choć trudną
Bóg pragnie miłości człowieka, a nie... niewolnika.


Tej nocy we śnie ujrzałam niebieską poświatę i kolumnę postaci zdążających do tej jasno-błękitnej poświaty. Ja stałam z tyłu. Usłyszałam głos: to są dusze czyśćcowe, zbawione dzięki modlitwom wstawienniczym. Ty też masz swój udział w tym. Nagle na tle tych postaci wyłoniła się sylwetka bardzo wysokiego mężczyzny o przenikliwym wzroku, ubranego niezwykle elegancko. Jego długi, czarny skórzany płaszcz błyszczał się. Zapamiętałam też doskonale ostrzyżoną głowę na jeża. Był „doskonały" w swoim wyglądzie. Popatrzył na mnie groźnie i powiedział: jeszcze mi zapłacisz za te dusze. Dziwne, ale nie odczułam żadnego lęku. Jakby te osoby zmierzające do światła dawały mi większą siłę niż lęk przed groźbami tego „eleganta". Można tu dodać refleksję, że Zło często przybiera wygląd niezwykle elegancki, nieskazitelny w wyglądzie zewnętrznym.

 

Rozmowa z Aniołem

Mam wrażenie mój Aniele
Że kroczysz przede mną
Zawsze o kilka kroków dalej
A ja Cię dogonić nie mogę
Potykam się o godziny, lata życia
Jak w piaskowej zaspie
Przystaję, często zmęczona
Nie dorównuję Twoim krokom
Czasem Cię nie widzę
Za mgłą, która wyrasta jak wróg
Atakujący bez przyczyny
Potykam się o własne myśli
Wyciągam rękę - błagam
Podnieś mnie..
Stoisz, tylko kilka kroków ode mnie
Czekasz na mój wysiłek
W podnoszeniu się z kolan
Słabości..
Stróżem twoim jestem - słyszę
A nie Zbawicielem


Urodziny mojego Anioła

Tyle lat jesteś ze mną, Aniele
Wiele walk ze mną stoczyłeś
W wielu smutkach byłeś mi pociechą
W radościach wielu, towarzyszem

Ile razy odrzuciłam twe skrzydła
By swoimi drogami podążyć
Ile razy od ciebie się odwróciłam
Nie słuchając twoich napomnień

Wiele razy płakałeś ze mną
Nad wspomnieniem o grzechach minionych
Wiele razy prowadziłeś przed ołtarz
I prosiłeś, dopomóż jej, Boże

Mam nadzieję, że sił sporo nabrałeś
W sanktuariach gdzie razem byliśmy
Na kolanach moich spocząłeś
Podczas mszy i różańców tajemnic

Prowadziłam ciebie, Aniele
Ścieżkami zawiłymi
A ty, z mapą bożą dla mnie spisaną
Gubiłeś się, biegnąc za mną po ziemi

Tyle lat z sobą jesteśmy
Przyjacielu, Stróżu kochany
Już poznaję głos twój niebieski
Pośród szumu innych, słyszanych

Tak bym chciała ci szczerze dziękować
W dzień urodzin twoich, kolejnych
Tak bym chciała ci wynagrodzić
Wszystkie łzy twoje, niepotrzebne

Tak bym chciała uszyć ci skrzydła
Z moich modlitw i uczynków skrojone
Tak bym chciała podziękować Bogu za ciebie
Mojego Stróża wiernego


Życzenia Anioła

Bogu podziękowałaś, w kolejne urodziny
Za dar Anioła swego, stróża wiernego
Cóż ja ci w zamian dam w podarunku?
Spytał mnie Anioł z wdziękiem
Nie mam złota, diamentów
Niczego, co na ziemi jest cenne

Mogę ci ofiarować łzy czyste
Co sercu nie szkodzą
Suknią swoją je otrę
A oczy twe ujrzą na nowo
Twarze ludzi, radosne i piękne
Bez grymasów, min wrogich, zaciętych

Mogę dotknąć twych uszu szeptem
Takim cichym, łagodnym i miłym
Wtedy dotrą do nich modlitwy
A nie kłótnie i słowa niewdzięczne

Mogę zasłonić cię skrzydłem
Nawet dwoma
Przed światem, który sam człowiek stwarza
Nie zwracając uwagi na Boga

Cóż ci mogę więcej podarować?
Mogę sprawić, jeśli na to tylko pozwolisz
By codzienność była ci małym świętem
Aby Jezus w twym sercu królował

Mogę dzwonek darowany mi w niebie
Zawiesić na twojej duszy
Aby dzwonił na msze i różaniec
I na ludzkie o pomoc wołanie

Mogę, choć tego nie poczujesz
Mocno do ciebie się przytulić
Objąć skrzydłami jak pisklę w gnieździe
Chyba nie masz na pióra... alergii

Kiedy mimo to kichniesz głośno
Krzyknę wesoło: na zdrowie!
To ja, Anioł Stróż twój na ziemi
Zawsze pamiętam o tobie

„Zobaczyłam" dużą taflę wody o pięknej, jasnoniebieskiej barwie. „Usłyszałam": to jest źródło Ducha Świętego. Kto z niego pije, zawsze będzie czuł się nasycony i silny aby pokonać przeciwności losu i ataki zła. Musi jednak nieustannie czerpać z tego źródła.
Kilka dni później, tuż przed mszą, skarżę się Jezusowi, że czuję się opuszczona, nie czuję Jego obecności. „Widzę" wtedy małe wzniesienie, jakby schodek i stojącego na nim Jezusa. „Słyszę": Ja cię nie opuszczam, idę przed tobą i wskazuję ci drogę, abyś podążała za Mną, a nie stała tylko w miejscu.
Następnie, „widzę" siebie klęczącą. Nade mną na bardzo wysokim stopniu - stoi Jezus, oczekujący, że podążę za Nim. Skarżę się, że stopień na którym stoi Jezus, jest za wysoki dla mnie. Wówczas Jezus wyciąga rękę, mówiąc: pomogę ci. Ja jednak znowu narzekam, że za wysoko i nie zdołam wspiąć się do Niego. Wtedy Jezus z uśmiechem wyciąga obie ręce. Czuję się niezwykle wzruszona i lekko rozbawiona moją dziecinnością. Pomyślałam, że to moje „widzenie" wskazuje, że Chrystus zawsze gotowy jest pomagać, tylko trzeba Go prosić jak dziecko...

Mała miłość

Moja miłość jest mała
Jak serce w moim ciele
Mała jak kłos
W łanie zboża na polu
Moja miłość jest mała
Jak kwiat polny na łące
Jak ptak w rozkwitłym drzewie
Moją miłość zamykam w sobie
Aby uczyć ją komu ma służyć
Pod krzyżem składam ją na Golgocie
Niech jak pączek rozkwitnie nadzieją
Moją miłość oddaję Tobie
Niech cierpliwie czeka na chwilę
Gdy łzy Twoje Jezu, zbawienne
Z miłości małej... przemienią ją w wielką


Święta Skarga

Próbuję rozerwać hałas wokół mnie
Oddalić słowa niepotrzebne
Dotrzeć do ciszy Golgoty
Do słów Skargi Świętej:
„Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił” …
Ranię serce
Oddaję duszę milczeniu
Ta cisza boli
Anioł każe mi stanąć pod krzyżem
Nie upadać
Ze wzrokiem utkwionym w ziemi
Ale patrzeć...
Na ostatnie spojrzenie Chrystusa
Zranić uszy Świętą Skargą
„Boże, mój Boże” …
Bóg - Święta Miłość
Opuścił Syna na chwilę... śmierci
I wtedy
Święta Miłość spoczęła na ludziach
Aby dotknąć
Mnie i ciebie

Nad ranem, po krótkiej modlitwie „ujrzałam" przedziwny obraz. Człowiek kroczący drogą, jak gdyby podparty krzyżem. Szedł prosto, a krzyż nie był mu ciężarem, ale raczej mocną konstrukcją, na której wspierał ciało. Inni ludzie, w innym miejscu nie mieli takiego wzmocnienia, jedynie ciało i wykonywali różne czynności, bawili się. Byli pozornie „wolni". Usłyszałam pytanie: jak Bóg może podnieść człowieka do Siebie? Na mocnej konstrukcji krzyża unosi go łatwiej. Ludzie nie wsparci na tej konstrukcji, poddani jedynie władzy giętkiego ciała, mogą się Bogu po prostu „wymknąć". Może to dziwne, ale... znak krzyża to jakby przynależność, a raczej gotowość na spotkanie z Bogiem. Ten krzyż to nasze cierpienie, które życie zadało, ale jednocześnie moc - wsparcie na nim daje siłę. Zbliża do „oczu Boga". Na czym uniesie Bóg ludzi oddanych jedynie sile własnego ciała (często pozornej), czyli własnych przyjemności? Na czym wesprą się, gdy zawiedzie ciało, życie? Zwiną się w kłębek niemocy? Zrozumiałam, że krzyż to nie tylko cierpienie, ale także dar zaufania Boga. Często to trudno zrozumieć, opierając się jedynie na ludzkiej logice, która „każe" nam być przede wszystkim szczęśliwym.

Krzyż Chrystusa

Rękami chwytam drzewo krzyża
Spękane jest od burz i deszczu
Ponad dwadzieścia wieków stoi
A wokół niego miłość ludzka
Miliony istnień pod tym krzyżem
Łzami ciepłymi go zraszały
I w dłoniach spragnionych ogrzewały
By był jak dąb mocny dla pokoleń

Gdy zło jak tajfun chce pomiatać
I głodem zabić czczących Ciebie
Kroplami krwi zaschniętymi w krzyżu
Jak ptaki karmisz wygłodniałych
Wodą, co tryska z Twego boku
Poisz pielgrzymów ku Tobie spieszących
A tym, co w drodze boleśnie upadli
Wlewasz nadzieję słowem łagodnym

Trzymam się krzyża jak statek kotwicy
Miliony istnień pod nim trwały
Zwyczajni ludzie i grzesznicy
A z nim święci - męczennicy
Pod krzyżem ziemia jest ubita
Twardą ufnością od pokoleń
Iż ręka Twoja, Jezu, z krzyża
Pociągnie wyżej nas... do Boga


Powrót matki

Już cię nie ma ze mną
Z aniołami tańczysz
I choć mówią do mnie:
Ona już nie płacze
Nie wierzę wam, mądrzy aniołowie
Cóż wy wiecie o matkach
Bóg je tylko rozumie
I choć wianki noszą
Jak majowe pieśni
Okularów ziemskich nie zdejmują z twarzy
Przez nie widzą ziemię, wypatrują dzieci
Czasem nie poznają
Tak się postarzały
Synku, szepczą cicho, córeczko kochana
Czemuście tak smutni i zafrasowani?
Przytula do serca rękami ciepłymi
Próbuje zatrzymać skarb swój na tej ziemi
Ale ona z Raju
One są z tej ziemi...
Choć czasem cud się dzieje
Ot tyci, malutki
Syn gdzieś słyszy słowa matczynej piosenki
Córce śni się łąka, na niej matka woła
Czas ziemski z niebieskim się zetknął
W milczącym wspomnieniu
Matka, jakby obok...
Przemknęła po ziemi
To chwila maleńka, ale jakaś święta
Potem słowa piosenki milkną...
I sen gdzieś ucieka...
A Matkę aniołowie odwożą... do nieba

Adoracja przed Najświętszym Sakramentem w Kościele na ul. Nobla.
W kościele są tylko 2 osoby. Klękam sama przed Najświętszym Sakramentem. Staram się przekazać Chrystusowi moje problemy, troski, zmartwienia. I nagle „słyszę": za dużo mówisz, pozwól Mnie coś powiedzieć. Zamilkłam zawstydzona... Zamknęłam oczy. Po chwili ujrzałam obraz z przedziwnym światłem, jak zdjęcie z najlepszego aparatu. Barwy trudne do określenia. Można powiedzieć „świecące". Widzę strumień wśród zieleni i leżące przy nim grube drzewo. Siedzę na nim jako dziecko, obok mnie Jezus w białym ubraniu. Proszę, aby mnie przytulił. Poczucie bezgranicznego bezpieczeństwa, trwa wielka cisza. Widzisz, „słyszę" głos, strumień płynie jak czas w życiu. Ty jesteś w bezruchu, obserwujesz co niesie woda. Czasem zwiędłe liście, czasem zerwane konary, jakieś brudy, wszystko płynie dalej... To twoje doświadczenia życiowe, troski, niepowodzenia. Czasem dostrzeżesz dary... płatki róż zrzucane przez Matkę Najświętszą. Wypatruj ich i nie zmarnuj. Dostrzeż. Lata mijają, przepływają w strumieniu jak liście, konary... Nie goń za nimi... Przepłynęły. Czekaj na nowe i ucz się odrzucać to, co przepłynęło. Nie zatracaj się w złych wspomnieniach. Strumień czasem pokaże ci nowe wyzwania, nowe cele. Najważniejsze to dostrzec je... Nie goń za tym, co strumień poniósł dalej i nie przegap nowej łaski, która przepływa obok ciebie. Nie masz wpływu na czas. Przeszły czas to nauka, aby dostrzec gdzie było zło. Szukaj darów - płatków róż Matki Bożej. Czasem płyną razem ze zwiędłymi liśćmi pośród nich. Modlitwa cierpliwa otworzy ci oczy. Nie dobrze jest widzieć tylko przedmioty płynące w strumieniu. Trzeba widzieć także jego czysty nurt. Tak jak Moje Miłosierdzie trwa, przebacza to, co przeminęło w czasie, tak ty trwaj przy Mnie i patrz Moimi oczami. Życie płynie, przyniesie jeszcze wiele pięknych, ale i nie pięknych rzeczy. Poniesie je nurt strumienia. Trwaj w tym co piękne...

Idzie Życie

Idzie Życie drogą, czasem o kamień się potknie
Przechodzący człowiek boleśnie go trąci
Ciemne myśli jak bombki zawiesza na drzewach
Chciałoby Życie o nich na zawsze zapomnieć

Idzie Życie drogą, zbyt trudną dla siebie
Słońce dawno zaszło, ciemność zagościła
Bez świeczki, latarki, na drodze nieznanej
Szuka Życie światła aby nie zabłądzić

Różaniec w kieszeni błyszczy sztucznym światłem
Kiedyś w sanktuarium Życie go kupiło
Sprzedawca zachęcał: nawet w nocy świeci
Ale życie dawno się na nim nie modliło

W noc ciemną, bezgwiezdną, szuka Życie celu
Mateńko Najdroższa, Pani serca mego
Jestem zagubiony pośród pustej drogi
Pod drzewem usiądę, przeczekam noc wrogą

Z różańcem błyszczącym jak świetlik wśród bagien
Siada Życie i czeka na cud drogowskazu
Zdrowaś Maryjo, szepcze, perełki dotyka
Różaniec krzyżem się zaczął... i krzyż go zamyka

I usnęło Życie, swą trwogą zmęczone
Nie spała tylko Matka Święta, przy nim czuwająca
Jakże mogła opuścić Życie, które Ją wezwało
Jak nie wskazać drogi, by się nie błąkało

Na niejednej drodze Życie się uśmiechnie
Na niejednej zapłacze, zakocha, ucieknie
Na niejednej Życiu ułuda zamąci
Zdrowaś Maryjo, szepnie, wyprowadź z ciemności

 

 

Cierpienie

Jest jak ptak, który siada na zielonej trawie
Ale jej nie dostrzega
I cierpi z głodu
Cierpienie jest jak ślepy, spragniony pielgrzym
Zrezygnowany nad czystym strumieniem
Dotarł do źródła...
Ale nie widzi, nie słyszy szumu strumienia
Zapomniał słów modlitwy
A może wątpi w jej moc?
Cierpienie jest ślepe i głuche
Opakowane w złoty papier
Wyprodukowany w moim świecie sukcesu
Przewiązane kolorową wstążką rozumu
Cierpienie milczy, nie wydaje głosu bólu
Nad cierpieniem musi zapłakać ktoś święty
Skapnie jedna łza...
A cierpienie zaczyna widzieć i słyszeć
Modli się
A Jezus w lśniącej sukni, jak kapłan
Podaje w dłoniach wodę życia
Święty pokarm Eucharystii
Cierpienie podnosi się i pielgrzymuje dalej
Ku zielonym pastwiskom...
Ku błyszczącym w słońcu strumieniom

Wydaje mi się, że śnię, ale obraz jest tak niezwykły... Wymaga zastanowienia. Widzę szeroką aleję, idą nią ludzie w pielgrzymce. Wielu ludzi... Śpiewają. Z tej szerokiej alei odchodzą w bok jak gałęzie drzewa wąskie dróżki. Widzę drogowskaz z moim imieniem. Idę, otaczają mnie wysokie, zielone rośliny, tworzą swoisty mur z obu stron. Na końcu tej wąskiej alejki widzę drzwi. Wysokie i bardzo wąskie. Napis: droga do Boga... Zastanawiam się nad tym obrazem. Idziemy razem, wszyscy wierzący, w swoistej pielgrzymce, szeroką aleją. Jesteśmy częścią kościoła. W naszej wierze jest jednak miejsce na indywidualną ścieżkę, na „rozmowę z Bogiem" poprzez wejście przez drzwi, które otwierają się tylko dla nas. I na tej naszej ścieżce otrzymujemy od Boga zadania. Myślę, że iść w wielkiej pielgrzymce to chwalebna rzecz. Trzeba też mieć wiedzę, że stajemy przed Bogiem - sami. Rozpoznawalni jako jednostki. Każdy ma własną „bożą" ścieżkę, tajemniczą, bo drogowskaz na niej z naszym imieniem stawia Bóg. Kiedy ją znajdziemy? Jedni wcześniej, drudzy później. To ścieżka szczęśliwa, dająca wolność i pewność, że Bóg się „trudził"... tylko dla nas, wyznaczając tę wąską dróżkę, jako gałąź z głównego pnia.

Imię

Na świat przychodzimy po śladach
Rodziców naszych i przodków
Wędrujemy razem z historią wydarzeń
Stąpamy po śladach narodu
Błądzimy jak inni błądzili
Fałszywe prawdy wyznając
W tłumie się często kryjemy
Nie wiedząc dokąd prowadzi

Aż przyjdzie dzień dojrzałości
Gdy cudze ślady nie nęcą
Szukamy dróg do Miłości
Przed Bogiem chcemy uklęknąć
Ile już ścieżek do Niego, przeszliśmy nieuważnie
Chodząc po cudzych śladach
Obce łzy i marzenia, biorąc za własne
A serce wciąż niespokojne...

Bóg w Swej Miłości tajemnej
Wyznaczył imienną dróżkę
Nie ma tam śladów stóp innych
Są tylko twoje... i Jego
Na dróżce tej czystej, dziewiczej
Spotkanie tak piękne się dzieje
Bóg o Miłości ci mówi
Miłości też pragnie od ciebie

I tuląc tę prawdę jak pokarm
Dalej przez życie wędrujesz
Już wiesz, Bóg po imieniu cię woła
Nie jesteś...tylko śladem na ziemi


Sen dziecka

Gdy dziecko śpi, piękny anioł
Siada przy jego łóżku
Skrzydłami okrywa jak troskliwa matka
Kolorowe sny jak ogon pawia zsyła
Kawałek nieba w baloniku na sznurku
W rękę dziecka wkłada
Światem bajek wypełnia sen
A w nich dobro ma uśmiech
Zło, czarodziejską pałeczką elf wymazuje

Kiedy świt sen gasi jak przymrozek
Wschodzącą zaledwie roślinkę
Dziecko budzi się z kawałkiem nieba
Z uśmiechem z bajek, z nadzieją...
Świat poza snem, to stukot kroków
Dorosłych i dzieci
Tych, którzy śpieszą się i którzy marzą
Pośpiech z marzeniami mieszają się
Na drodze znaczonej tysiącami stóp
Wieloma słowami, dobrymi i złymi
Duży człowiek prowadzi małego
Za nimi podąża anioł
Znajomy ze snu
Dziecko i anioł uśmiechają się
Rozpoznają...
Obaj wierzą w spełnienie marzeń
O których... jeszcze dziś nie wiedzą

 

Święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

Dzieciątko Maryi

Wyciągam do Ciebie, Matko Święta, ręce
Jak w ścianę płaczu wkładam prośby swoje
W obrazach licznych szukam oczu Twoich
Pocieszycielko, Maryjo, Uzdrowienie Chorych
Pozdrowień dziesiątki z różańca paciorków
Wysyłam co dzień w obronie najbliższych
I tak głęboko wierzę w serce Twoje
Niepokalana Matko, Nieustającej Pomocy
Jak dziecko błagam o matczyne względy
Ból mój i troski oddaję Ci całe
Iż zapominam, że Ty również matką z tego świata jesteś
I każdy dzień poznałaś ze zwykłego życia

Dnia pewnego patrząc na figurkę Twoją
W kamieniu wykutą w pozie tak pokornej
Deszczem przemoczoną, jak łzami ludzkimi
Usłyszałam szept nikły, może tylko kropli odgłos
Wyciągam do was ręce z Dzieciątkiem Maleńkim
I proszę, już nie krzywdźcie Jego boskich członków
Matką Jego jestem, jak wy matki tej ziemi
O miłość dla Niego proszę, jak wy dla dzieci swoich
O modlitwę, utulenie w kołysce z miłości rzeźbionej
O obronę Maleństwa przed szyderczym grzechem
O serce dla Niego gorące i wierne
O słowa, które błogosławią, a nie ranią Go
A Ja, Matka...
Wspomogę, ochronię od Złego

Adoracja krzyża w Tetremont, Belgia. Słyszę w sercu: nie przykrywajcie Jezusa sukniami. Dziwi mnie to zdanie, próbuję medytować, rozważać je. Chrystus na krzyżu w Tetremont jest w długiej, prostej sukni. Nie spotyka się takiego wizerunku. To krzyż z wypraw krzyżowych odkopany ponad tysiąc lat temu, duży, drewniany. Obok w szkatułce jest drzazga z krzyża Chrystusa. To cenna relikwia. Po chwili wydaje mi się, że zrozumiałam to przesłanie. Ozdabiamy Chrystusowy krzyż, „obudowujemy" kwiatami, ozdobami, wieszamy na pięknych ścianach. Chcemy, aby „zdobił". To są te „suknie". Czy nie znika w naszym sercu istota krzyża Jezusa? Krzyż z Jezusem to nie martwy przedmiot wyrzeźbiony bardziej lub mniej artystycznie, umieszczony jak eksponat w muzeum. To przypomnienie ofiary... To ból, samotność przykuta do drewna. Ciągle żywa, nie zastygająca w martwy kształt. Krzyż z Chrystusem to nie znak, pamiątka Męki - to pulsujące życiem Ciało, Krew, Woda wypływająca z boku. Pochylając się przed Krzyżem musimy o tym pamiętać.

 

Dom marzeń

Marzy mi się dom na górze zielonej
Z oknami z chmur i drzwiami jak usta
Złożonymi do pocałunku
Okna z chmur zasłaniają przed złym wiatrem
Ludzkich myśli i słów
Drzwi nie otworzą się dla wrogich
Przybyszy - gości
Mój dom zwrócony ku słońcu, gwiazdom
Strzec go będą cherubini w bocianich gniazdach
Ptaki kolorowe przyniosą listy
Same serdeczne i szczęśliwe
Kwiaty barwne dadzą cień
Wiatr delikatny opowie piękne historie
W domu marzeń pić będę czystą wodę
Ze źródła modlitw świętych
Serce nie ściśnie lęk po przebudzeniu
Budzikiem będzie Anioł z jedwabnymi skrzydłami
Stołem, obraz genialnego mistrza
Przemawiający poezją psalmów
Marzenie...
Śnię, że wspinam się do mojego domu
Po lśniących od porannej rosy kamieniach
Cisza daje siłę czepiania się wystających głazów
Przechodzę kolejne stacje Drogi Krzyżowej życia
Jak w Medjugorje
Staję zmęczona, rozważam: ukoronowanie cierniem
Mój dom, tam wysoko czeka
Okna z chmur nie przepuszczające zła
Drzwi, jak pocałunek dla utrudzonego pielgrzyma
A po drodze, kolejne stacje Drogi Krzyżowej życia

Modlitwa przed obrazem Matki Bożej w Banneux
Słyszę w sercu: prosicie o łaski, dary. Często już jesteście nimi obdarzeni (zdrowie, dzieci, itp.), ale ich nie doceniacie. Chcecie łask i darów, które nie zawsze są wam potrzebne, to tylko wasze „wyobrażenie" o szczęściu. Proście o łaskę miłości, o wypełnienie Bożej Woli w swoim życiu. Błaganie o jakiś dar może być wysłuchane, ale czy będzie ważne dla waszego życia? Czy wpłynie na duchowy rozwój?


Jednego się boję...

Jednego się boję, Jezu
Abym nie minęła Cię ze smutkiem
Gdy Ty, radosny, stajesz na mojej drodze
Jednego się boję, Jezu
Abym nie przeszła obojętnie obok Ciebie
Gdy cierpiący wyciągasz rękę
Jednego się boję, Jezu
Abym nie pomyliła Twoich pragnień
Ze swoimi marzeniami
Jednego się boję, Jezu
Abym nie uwielbiła swoich łez
Gdy Twoje spływają nadaremnie
Jednego się boję, Jezu
Abym nie zapatrzyła się w swój krzyż
Gdy Ty obok, upadasz w męce
Jednego się boję, Jezu
Abym Twojej Prawdy
Nie upuściła na ziemię
Zagubiła... i poszła dalej
Zatrzymaj mnie, gdy to uczynię
Miłosierdziem Twoim
Abym na kolanach, ciągle od nowa
Poszukiwała...
Twojej radości, smutku, krzyża, łez
Twojej Prawdy

Po powrocie z Banneux. Ta noc pełna jest pięknych snów - obrazów, kolorowych, wymownych w swej symbolice. Najcudowniejszy obraz: widzę twarz Chrystusa. Twarz jest tak piękna, iż trudno ją opisać słowami. Widziałam wiele namalowanych twarzy Chrystusa. I nawet te malowane przez genialnych malarzy oddają tylko niewielki procent tego co ujrzałam. Twarz ukazała się na materiale, jakby tiulu i miała trójwymiarowy kształt. „Żyła" w ruchu... Na głowie jakby kornet (noszony przez zakonnice) w kolorze zieleni. Zieleń tego przykrycia okrywała czoło Chrystusa, policzki, aż do ramion. Twarz miała kolor żółto-pomarańczowy, miałam wrażenie, że oświetla ją zachód słońca. Chciałam patrzeć na twarz Chrystusa dłużej, ale znikła

 Szukam Cię, Panie

Są dni, gdy Cię gubię Boże, pośród codzienności
Jakbym stanęła na pustynnych piaskach
Rękami sięgam wokół, jak we mgle
A w dłoni... tylko moje palce
Kręcę się w koło, szukając Twych oczu
Małego ciepła, radosnego w duszy
A obok, obojętność ludzkiego spojrzenia
I zwykły hałas codzienności
Próbuję jednak wyciągać po Ciebie ręce
I szukać Cię w twarzach nieznanych
W porannym śpiewie ptaka, gdzieś za oknem
W kromce chleba, krojonej na śniadanie
Wśród obłoków wysoko na niebie
Wspominając zmarłych, jakby byli obok
I w słońcu zachodzącym jak ognista kula
W kwiatku wyrosłym nieostrożnie tuż przy drodze
W nadziei, że nie zdepczą go przechodniów buty
W kubku kawy, rozmowie, serdecznym uśmiechu
Nawet w twarzach smutnych i zafrasowanych
Modlitwą przywołuję, jak otwartym oknem
Przybądź Boże do mnie, w codzienności zwykłej
I nie pozwól w niej zagubić Twojego Obrazu
Abym się nie stała jak zegar tykający
Czy klepsydra z piaskiem
Wyznaczająca monotonne, mechaniczne chwile
Chcę w mej duszy, życiu, nosić Ciebie, Jezu żywy
Nawet, gdy codzienność jak brzemię mi ciąży.

 

Jestem w Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia w Kawnicach koło Poznania (słynące z wielu łask). Pytam w duszy: na czym polega „pocieszenie Maryi". Trudne pytanie - czy pocieszeniem jest spełnienie naszych próśb? Marzeń? Uzdrowień? Zostaję „przeniesiona" na wysoką górę naprzeciw Sanktuarium. Na tej górze Matka Boża wskazuje mi jak mały jest świat z tej perspektywy, jak małe są nasze problemy... Ale tam na ziemi są one ważne, Matko Najświętsza - mówię. Wówczas przenika mnie tłumaczenie słowa „pocieszenie". Nie wszyscy odchodzimy z Sanktuarium z konkretnym darem w ręku: uzdrowieniem, spełnieniem prośby... Chociaż są i tacy szczęśliwcy. Większość z nas otrzymuje pocieszenie duszy, jakby moc, siłę, wiarę, nadzieję, że poradzimy sobie z trudnościami. Nadal cierpimy z powodu choroby, ale jest to cierpienie, które „nie ubolewa" każdego dnia, nie „oskarża" świata, oddaje się Bogu. To „pocieszenie" - to jakby przejście z drabiniastego wozu, na którym wieziemy swoje troski, ból, do pięknej karocy. Ona wiezie naszą duszę, umocnioną łaską Pocieszycielki Maryi. Trzeba bardzo wierzyć i szukać wewnątrz siebie „tego uzdrowienia", aby nie przegapić łaski. Matka Boża „daje" nam, otacza nas „przestrzenią miłości". Czerpiemy z niej pokarm... dla swych niedoskonałości, bólu, choroby.

Poszukiwanie

Dlaczego wierzysz, w tym świecie niewiary?
Dlaczego klęczysz, gdy inni biegają?
Dlaczego kochasz to, co niewidzialne
Gdy inni świat widzialny
Na kawałki kroją?
Dlaczego ręce do modlitwy składasz
A nie w kolejce stajesz po spełnienie marzeń?
Dlaczego?
Brzmi pytanie w świecie
I niesie się echem jak ptak zagubiony
Dlaczego jedni Boga nad życie kochają
A inni życie nad Boga stawiają?
Gdy jedni w ciszy poszukują prawdy
Drudzy hałasem próbują zagłuszyć
To, co w każdym z nas...
Jest niewidzialne
I nie pozwala zapomnieć w hałasie i ciszy
Ciągle boleśnie tkwiące w nas pytanie:
Dlaczego nie chcesz uwierzyć człowieku
Że kroplą jesteś, a nie oceanem?


Wiersze

Przychodzą do mnie
Jak jaskółki ze źdźbłami w dziobkach
Na uwicie gniazda
Po co kręcą się wokoło mnie?
Nie mam czasu by was wszystkie spisać
Na skrawku papieru
Popłyńcie z wiatrem, z szumem lasu
Dalej, do innych ludzi
Albo usiądźcie na kwiatach
Może znajdzie was ktoś
Zbierze delikatnie, pokocha
Dacie mu radość
Ale one brzęczą jak osy
Koło moich uszu
Nagabują, proszą
Przytul nas
My jesteśmy tylko twoje...

Msza Święta przed ołtarzem Matki Bożej Bolesnej.
Ryga, w przeddzień święta Matki Bożej Bolesnej.
Piękny obraz piety, kontempluję go jak dzieło sztuki. Jednak... zwisająca ręka Jezusa z kolan Matki Bożej przykuwa moją uwagę, niepokoi, wydaje się żywa, zapraszająca. Mam przemożną chęć dotknąć jej, podać Matce Bożej. Ręka Jezusa jest bezbronna w swoim geście. Słyszę w sercu: kto poda Mi rękę? Kto odważy się podejść do Mojej Matki Bolesnej, Cierpiącej? ... Jest taka samotna w bólu na tym obrazie. Mam wrażenie, że Jezus czeka... Ciągle czeka na tych, którzy zechcą uczestniczyć w bólu Jego Matki. Słyszę także cichutki głos: Podanie dłoni to nie akt jednorazowego współczucia, choć martwy jako człowiek, na kolanach Matki, podaną dłoń przytrzymam, pociągnę, potraktuję jak pomoc dla zbawienia... Rozważ w twoim sercu czy masz odwagę? Czy jesteś już gotowa całkiem Mi zaufać? Przejęła mnie wielka trwoga, zastanowienie nad własną wiarą. Jaka ona jest? ...

Pieta

Nie poznam Twego bólu, Matko Bolesna
Znam tylko piety piękne
Nie zliczę łez Twoich na ziemię wylanych
Znam tylko własne, bolesne
Nie poznam rąk Twoich dotyku
Jak Jezus, Syn Twój Jedyny
Do dłoni kamiennych wyciągam rękę
W kaplicach gdzie pieta stoi
Choć kamień jest zimny
Zadziwia mnie ciepło, które oddajesz każdemu
Kto ufnie, z miłością, prosi o opiekę
Jakbyś w tych pietach żyła
Zamykam oczy w samotnym zbliżeniu
Szepcząc: Matko Bolesna
Słów wielu nie muszę używać
W milczeniu jesteś mi bliska
Oddaję Ci, Matko, wszystkie troski własne
A Ty się podziel bólem swoim ze mną
I cud się staje
Przed kamienną pietą
Łzy moje i Twoje, na Jezusa płyną
Modlę się cichutko, aby Go nie zbudzić
Maryjo, Matko moja, jedyna opoko!
I wiem, to Twój głos słyszę w sercu moim:
Tak długo czekałam na ciebie
Dziecię moje...

 

 

Cicha miłość

Moja miłość do Ciebie, Boże
Nie jest głośna jak śpiew Chórów Anielskich
Całkiem nieśmiała jest, cicha
Ot, kilkoma nutami brzmi w sercu

Moja miłość do Ciebie, Boże
Nie jest wielka, jak katedra wzniosła
Jest całkiem mała, jak kropelka deszczu
Ot, kilka westchnień błagalnych na mszy świętej

Moja miłość do Ciebie, Boże
Nie jest tak oddana, jak kapłanów Twoich
Jest całkiem maleńka i tak bardzo wdzięczna
Za ich dłonie, w które wkładasz hostię świętą

Moja miłość do Ciebie, Boże
Nie jest, jak muzyka geniusza
Jest zaledwie echem odbitym
Szlachetnych dźwięków, w spragnionej duszy

Moja miłość do Ciebie, Boże
Nie jest jak rozpacz Jezusa w Ogrójcu
Kilka łez małych ocieram z twarzy
Na pamiątkę Męki, podczas Eucharystii

Moja miłość do Ciebie, Boże
Nie jest jak jabłoń obfita w owoce
To tylko małe, zielone jabłuszko
Wyczekujące miłosiernych promieni słońca

Moja miłość do Ciebie, Boże
Nie jest jak krzyż na Golgocie, zbawiająca
To tylko maleńki krzyżyk, rzeźbiony mozolnie
Dla Ciebie
W kamieniołomie codzienności...

Msza Święta przed obrazem Matki Bożej Ostrobramskiej.
Podczas mszy słyszę w sercu: Matka Boża jest jak brama... Cóż to znaczy? Brama się otwiera, to moje pierwsze skojarzenie. Przed moimi oczami ukazuje się obraz wiejskiej chaty. Na progu stoi kobieta. Rozkłada ręce, chroniąc drzwi do swojego domu, jak strażniczka zasłaniająca dom przed złem... Rozumiesz? - pyta moje serce. Tak, teraz rozumiem. Matka Boża Ostrobramska jest jak ta kobieta, która zamyka, chroni bramę naszej duszy przed złem. Prosimy Ją przecież w modlitwie: Pod Twoją obronę uciekamy się... Gdy zło, nasze namiętności, złe myśli otwierają bramę naszej duszy, Ona staje przy nas i jak ta kobieta z „wiejskiego obrazka" mocą naszej modlitwy - prośby, zamyka nasze „bramy", które sami otwieramy dla grzechu. Matka Boża Ostrobramska to nasza obrona, strażniczka naszych serc i dusz. To brama przeciwko złu.

Mały, wielki cud

Daj mi pokój w sercu, Mateńko Święta
Cierpliwość do godzin z zegara bijących
I abym z dni swoich więźniów nie czyniła
W oczekiwaniu na cud, który życie odmieni
Jestem tylko zwykłym człowiekiem
Nie znam gwiazdy, gdzie Bóg mą świętość umieścił
Czasem, gdy mgła moich zwątpień opada
Widzę ją, biegnę, choć tak do niej daleko
Obok mnie życie wędruje szare
Jakby samo prosiło: kolor znajdź dla mnie
A ja nadal do nieba oczy wznoszę
Czekając na cud, jak znak święty
Są dni gdy się wydarza
Tak maleńki, aż niezauważalny
Słyszę śpiew radosny anielski
I te słowa:
„Była cicha i piękna jak wiosna
Żyła prosto, zwyczajnie jak my
Ona Boga na świat nam przyniosła..."
I już wiem co mam sercu powiedzieć
W szare dni spowite jak obłok
Spójrz na Tę, którą Bóg cudem uczynił
Ofiarą stała się dla nas...
Jakbyśmy to my
Dla Boga
Cudem byli


Wizyta

Przysłałeś mi kiedyś Anioła, Boże
Myślałam, że to żebrak
Drobne mu dałam, jakieś grosze
I drzwi za nim zamknęłam
Dni moje płynęły życiem
Tak zwykłym, jak zwykle bywa
I znowu zapukał w drzwi Anioł
Tym razem drzwi nie zamknęłam

List trzymał w dłoni, czarnym kirem okryty
Zamiast znaczka, krzyż błyszczał
I jedno miałam tylko pragnienie
Chciałam, aby adres pomylił
Bóg przysłał mnie z wieścią bolesną - powiedział
Patrząc głęboko mi w oczy
Kartkę podsunął, z podpisem
Chyba... Twoim, Panie Boże

Bóg sam wypisał me imię i adres bardzo dokładny
Jakby chciał mojej rozpaczy przypomnieć
Mój Syn też cierpiał bardzo
Za ciebie i tych, którzy codziennie odchodzą
Wyciągnął do mnie skrzydła Anioł, na pocieszenie
Zalałam je łzami
I nie mógł do nieba ulecieć

Pozostał przy mnie, w mym smutku
Listonosz Boży, niebieski
Nauczał, jak żyć i się modlić
Za tych, którzy zbyt szybko odeszli
Pewnego dnia uleciał, gdy świt jeszcze nie wstał rankiem
Słów kilka zostawił na kartce papieru
Pamiętaj...
O Bożym Miłosierdziu


Podczas modlitwy ujrzałam obraz przedziwny. Wysokie góry i kilka ludzkich sylwetek wspinających się mozolnie. Każdy z tych ludzi ubezpieczony był linami asekuracyjnymi. Mimo to ciągle spadali w dół. Jedni odbijali się od skał i wisieli na linie w powietrzu, byli bezbronni, ich życie zależało od podtrzymujących lin. Widziałam jak liny się zrywają. Nie wiedziałam jak rozumieć ten obraz. Gdzieś w sercu usłyszałam zdanie: jedynie Bóg trzyma główną linę asekuracyjną. Nasze liny to: pycha, pewność siebie, wiara we własne siły. Na takich linach „ludzkich" podejmujemy walkę o swoje życie. Ale... one zawodzą. Odpadamy od skał przez chorobę, utratę tego o co walczymy, własną słabość. Bóg trzyma nas na swojej linie, najpewniejszej. Odwołując się do „bożej liny", zachowujemy bezpieczeństwo zbawienia, w tym wypadku wspięcie się na szczyt wymarzonej góry. Nie pychą, zadufaniem, ambicją. Bóg zbawia przez miłość, nie prawo, w które chcielibyśmy uwierzyć (w tym wypadku prawa fizyki, społeczne). Pozwalając na utratę „ludzkiej liny", skierowuje nasze myśli ku tej najważniejszej - ku Bogu.

Jak ptak

Czasem mnie Boże odsuwasz od Siebie
Na wyciągnięcie ręki
Przyglądasz się surowo, ale z troską
Daję ci dzień, miesiąc, lata - mówisz
Na twoje działanie
Na twoją wolę

Miotam się jak ptak z uszkodzonym skrzydłem
Podlecę wyżej i spadam
Anioł osłania mnie przed wrogami
Wiatr nanosi zwiędłe liście
Jak uczucia przeszłe
Nie widzę światła wokół siebie
Ptaki unoszą się w wesołym tańcu ku niebu
Ja czekam

W ciemnej nocy leczę złamane skrzydło
Po omacku szukam lekarstwa
Krzyża, który zadziała jak gips
Anioł opatrzy ranę, a może jakiś święty?
Nie chcę, aby zrosło się krzywo
Pragnę kiedyś znowu ulecieć wysoko
I zatańczyć wokół Twojej Woli, Panie...
Ona nie łamie skrzydeł ptakom

 

 

Ludzkie kapliczki

Droga duszy do Boga
Nie jest prosta
Jak podróż w promieniach światła
W podróży tej często jesteśmy nocą
Gubiąc się w zwykłych latarni blaskach
A kiedy zmęczeni szukamy radości
Kapliczki mamią nas... ludzkie
Nie ma w nich krzyży, oblicza Jezusa
Jest gwar bawiących się ludzi

Błyszczą ekrany wabiące oczy
Hałas zagłusza sumienie
Muzyka, kwiaty, płonące świece
W człowieka każą uwierzyć
Tam pycha siedzi przy głównym stole
Ambicja usługi czyni
Tam młodość, siła, gwiazdą jest wielką
Tam wszyscy mówią...
Choć nikt się nie słyszy

W ludzkiej kapliczce
Jak w przydrożnym hotelu
Przystają ludzie wierząc w swe prawa
I zamiast miłości... dostają rachunek
Za świece, kwiaty, zabawę
Ile kapliczek ludzkich, w podróży
Zaliczy dusza zbłąkana?
Na ile rachunków wypisze czeki
Aż konto jej puste zostanie?

W ilu kapliczkach
Przez ludzi stworzonych
Zostawi swe nadzieje?
W ilu, do ludzi się zwykłych pomodli
Idola w nich widząc pięknego?
Rzuć im czasem, Aniele Niebieski
Różaniec i krzyż na ich drogę
Może się schylą, dotkną, pomyślą...
I w podróż ku Tobie wyruszą, Boże

 

Podczas adoracji ujrzałam Jezusa z czarną opaską na oczach. To był moment. Zdrowy rozsądek podpowiedział mi: przecież widzisz Najświętszy Sakrament. A potem jakiś szept: ślepy idę do ludzi, nie wybieram lepszych, gorszych, świętych, nie świętych - Miłość idzie do wszystkich... Poczułam wielki ból. Jakże bezbronny jest Jezus w swoim wołaniu o zbliżenie się do Niego, o przyjęcie Jego Miłości.

Trudny wybór

Padał deszcz, chmury zakryły słońce
A ja, na rozstajnych drogach stałam
Bez mapy
Drogi podobne
Ani kuszące, ani odstraszające
Żaden krzew, drzewo, nie przyzywało
Mogę pójść przed siebie
W prawo, lewo
Ale wola milczy
Głos anioła ucichł
Szatan przyglądał się ciekawie
Samotna obojętność
Cisza bez szmeru drzew
Oko cyklonu moich wyborów
Iść, czekać?
Oczy niewidome na znaki
Uszy głuche na święte pieśni
Którędy poszedłeś Jezu?
Gdzie upadłeś pierwszy raz?
Aby na mnie poczekać
Na ilu rozstajach zostawisz mnie ślepą, głuchą?
Abym nie oczami, uszami, pieśniami przyzywana
Trafiła na szlak Twoich upadków
Wola milczy, rozum milczy, zmysły milczą...
Idź za Miłością, słyszę
Na rozstajach dróg
W ciszy
Mówi... Miłość


W pół drogi

Dlaczego miłość człowieka
Zatrzymuje się u stóp ołtarza
Boi się ofiary?
Pragnie, a nie sięga
W pół drogi staje w maratonie do Boga
Mówi, że kocha
Ale klęka za wcześnie
Nie u stóp Jezusa
Tylko własnego pragnienia, lęku
Dlaczego bardziej wierzy w grzech
A nie przebaczenie?
Wyciągniętych rąk Jezusa nie chwyta
Ufności brakuje?
O duszo człowieka
Przyobleczona w niepokorne ciało
Daj skrzydła łaski
Nie skąp cudu zbliżenia
Stwórcy i stworzenia

Miałam przedziwny sen. Znalazłam się w obcym miejscu, a nawet kraju. Nikogo nie znałam. Podszedł do mnie mężczyzna i powiedział, że mam teraz wykład, ostrzegł, że moi słuchacze są... nieco dziwni. Wchodzę do klasy. W ławkach siedzą 15, 16-letni chłopcy, czarne skóry, irokezy, długie czarne buty. Jak w piekle, pomyślałam. Co ja tu robię? O, to ta od Pana Boga, usłyszałam groźny pomruk. Rozpoczął się trudny dialog. My nie potrzebujemy Boga, zawołał jeden z chłopców. Mamy wolność, robimy co chcemy, mamy komputery, samochody, wszystko jest na nasze usługi. Daje to nam specjalny sponsor. Czego zażądamy jest nasze. Chciałam uciec. Jednocześnie ktoś nakazał mi zostać. Odetchnęłam głęboko (pamiętam ten oddech), jakbym wchłaniała jakąś siłę... Jesteście niewolnikami swojego sponsora, powiedziałam. Daje wam co chcecie, abyście nie mieli wolności, abyście ciągle byli „zajęci" i nie myśleli. Wasza wolność jest w jego ręku. On decyduje jak macie żyć, daje wam swoje „zabawki", a wy się nimi bawicie. Jesteście ograniczani w swojej wolności, wyglądacie jednakowo i jednakowo myślicie. Jak umundurowane wojsko swojego sponsora. Tylko Bóg daje prawdziwą wolność. On słucha waszych dusz nieśmiertelnych. Każdy z was jest inny, ma inne potrzeby serca. Komputery, samochody waszego sponsora są konstruowane dla grup, mas i nikt nie myśli o was jak o konkretnym człowieku. Jesteście masą, którą zarządzają sponsorzy. Ile kupicie tyle jesteście warci... I nic poza tym. Nastąpiła dziwna cisza, a ja wyszłam z sali.

Golgota XXI wieku

Dwa tysiące lat temu, z krzyżem na plecach
Szedł Człowiek - Bóg
Kamieniami mu rany zadawali
Aby w bólu konał

Dwa tysiące lat później
Idzie Człowiek - Bóg, krzyż na plecach niesie
Rany krwawią
Ludzie przechodzą obok, nawet mili
Za kamienie nie chwytają
Krzyże, jak ozdoby na piersiach noszą
Czasem chleb podadzą
Adres do lekarza wskażą
Szymona Cyrenejczyka nie znają
Śpieszą się
Obojętni...
Czasem pocieszają: poczekaj na Boże Narodzenie, Wielkanoc
Uczcimy Cię, gdy będzie Twój czas

Idze Jezus w Drodze Krzyżowej XXI wieku
Nikt Go nie bije, korony cierniowej nie wkłada
Stoi samotny, przeszkadza
Gdy tłum biegnie
Ludzie o krzyż zawadzają
Czasem ktoś krzyknie: na co czekasz?
A On cichutko pyta:
Gdzie moja Golgota?
Gdzie moi oprawcy?


Kobieta w moherowym berecie

Wsparta na lasce, ciężko stąpa
Skończyła się msza
Jej codzienna uczta radości
Często jedyna
Wyśmiano ją za moherowy beret
Symbol nietolerancji prostaczków
A ona
Nie ma już czasu na modne rozważania
Nawet własne nogi zawadzają
Szepcze litanie
Przesuwa perełki różańca
Drepcze wokół domowego ogniska
Własnych dzieci i wnuków
Gdera gdy się rozwodzą
Moherowym beretem przykrywa bolącą głowę
Chroni ją przed nowym światem
Aby nie uleciała wiara jej przodków
Cenna dla niej i niezmienna
Na codziennej mszy pochylone rzędy
Moherowych beretów modlą się
Za szyderców...
Kładzie kwiaty pod świętą figurką
Zapala świeczki pod krzyżem
Jedno ją tylko niepokoi
Kto ją zastąpi gdy przyjdzie czas
Kiedy moherowe berety...
Wnuki wyrzucą na śmietnik!

Dzień ofiarowania Matki Bożej
Otrzymuję podczas mszy (a później przed Najświętszym Sakramentem-adoracją) przedziwny, duchowy „wykład". Ludzkie ciało wraz z jego emocjami, potrzebami, namiętnościami, nawykami - kieruje się swoistym egoizmem. Chce zaspokojenia swoich potrzeb. To fizyczna strona natury człowieka. Człowiek posiada także duszę - boski dar. To ona dąży do wyższej doskonałości. Zwykły gniew, zazdrość - to fizyczne emocje. Kiedy dusza „ciągnie nas w górę" do doskonałości, nasze ciało odpowiada na jej wezwanie (przez modlitwy, eucharystię). Stajemy się niejako „jedno" z zamiarami duszy. Będąc na etapie wyższego rozwoju duchowego, patrzymy na gniew, zazdrość i inne emocje z oddali. Mamy dystans. Dusza (jej piękno jako boski dar) oddala nas od fizyczności. Wiemy, że nasze ciało reaguje złymi emocjami, ale dusza nie pozwala na ich agresywne działanie. Po prostu - nie chcemy być gniewni, źli. Sami przed sobą wstydzimy się tych uczuć. Dusza nas ochrania.
Na czym polega cud gwałtownych nawróceń? Jednego dnia człowiek działa „według ciała", drugiego dnia nie poznaje już tego, którym był wcześniej... Inaczej myśli, działa. Kieruje się nakazem duszy, bożym nakazem. Jest w człowieku pokój. Pieśń o miłości św. Pawła doskonale ten stan ilustruje: miłość... cierpliwa jest... Dla wielu z nas to długi proces. O łaskę działania według nakazów duszy (bożych nakazów) módlmy się.

Dziwna jesteś duszo

Dziwna jesteś duszo moja
Płaczesz, gdy inni się śmieją
Czekać każesz cierpliwie, gdy inni uciekli
Milczenie nakazujesz, kiedy ludzie mówią
Zamykasz mi oczy, abym nie widziała
Tego, na co inni z ciekawością patrzą

Słyszysz słowa, których ludzie nie słyszą
Każesz piękno widzieć, którego nie widać
Skazy ukazujesz na pięknie przez ludzi uznanym
Modlić mi się każesz, gdy inni się bawią
Odpowiedzi nie dajesz, choć inni je znają
Zatrzymujesz w pół drogi, choć z innymi biegnę
Wskazujesz ścieżki trudne, a prostsze są obok
Nie pozwalasz stąpać po ubitej ziemi

Łzy mi pokazujesz, gdzie zabawa kwitnie
Radość tam, gdzie inni tylko nudę widzą
Trudno mi z tobą, moja duszo dziwna
Iść przez życie zwykłe...
A kiedy w ciemności skarżę się na ciebie
Że mi brak odwagi, że siły nie starczy
Wtedy ty z uśmiechem, jak przyjaciel wierny
Szepczesz mi do ucha:
Z miłości to czynię!

Dotąd wydawało mi się, że wszyscy rodzimy się jak dusze, podobne do siebie, mające te same szanse rozwoju. Podczas mszy ukazał mi się obraz drzewek. Jedne miały rozrośnięte korzenie, rosły bujnie, inne miały marne korzenie ale wyrastały wysoko, inne, mimo silnych korzeni były karłowate. Pomyślałam, że tylko Bóg zna „korzenie" duszy człowieka i jakie ona może wydać plony wzrostu duchowego. Dlatego nie wolno nam oceniać bliźnich. To co dla jednego łatwe (mocne korzenie), inny osiąga z trudem. Może słaby wzrost duchowy człowieka o mocnych korzeniach oceniany jest przez Boga surowiej. Bóg dał człowiekowi w świecie ogromną różnorodność wzrostu duchowego. Jedni marnują łaski (bogate ukorzenienie), inni mimo słabych korzeni wzrastają ponad swe siły. I jest to piękny plan Boga dla naszych dusz, wolny wybór we wzrastaniu, w doskonaleniu się ponad swoją miarę. Modlitwa, msza, daje łaski słabemu, a ci mocni (mocno ukorzenieni) mogą przez swoja pychę i uczucie siły tkwić na ziemi, bez wzrastania ku Bogu.

O dłonie proszę

O dłonie świętych proszę
Na mej krętej drodze
Niech popchną na zakręcie, we właściwą stronę
Niech oczy zasłonią, gdy zbyt zachwycone
Kierują się ku blaskom i spalają serce

O dłonie świętych proszę
Gdy siadam znużona
Kiedy mgła zakrywa drogowskaz nadziei
Podnieście mnie wtedy dłonie święte
Choćby siłą z ziemi

Prowadźcie mnie dłonie
Jak kalekie dziecko
Które ślepnie czasem
Od dnia codziennego
Pokażcie, co w nim święte

W zakamarkach
Życia powszedniego
Zapalcie choćby ogarek niewielki
Świetlikiem się stanie
W mej pielgrzymiej drodze

I proszę was, dłonie
Wszystkich pięknych świętych
Bądźcie ze mną wiernie
Nawet wówczas
Gdy własnej nie podam Wam dłoni


Rozmowa z kamiennym aniołem

Stał na jakimś placu w Rzymie
Wyrzeźbiony ręką wielkiego artysty
Jego skrzydła sczerniały od smogu
Deszcze wyrzeźbiły na nim własne ślady
Oczy anioła przyglądały się podskakującym gołębiom
Spójrz na mnie, zażądałam
Spojrzał...
Jego kamienne oczy przemówiły:
Aniołowie nie mają świetlistych skrzydeł
Białych sukien
Zbyt często wstępujemy do piekła waszych dusz, serc
Suknie nasze podarte
Od waszych pożądań i namiętności
Skrzydła opuszczone w smutku
Ręce aniołów twarde i silne
Od mocowania się z wami
Nad źródłem dobra i zła
Nogi skamieniałe z bólu od biegania
Po waszych ciernistych ścieżkach
Z ludzkim światem zjednoczeni
Mamy często twarze waszych bliźnich
Mówimy ich ustami o miłości
Opatrujemy ich rękami wasze rany
Nasze skrzydła, pod zwykłym płaszczem
Ukrył Bóg

Podczas mszy świętej ujrzałam obraz samotnego domku wśród zielonej trawy. Jego okna wychodziły na wschód. Wokół był las. Poprzez okna widziałam światło zachodzącego słońca. Okna „świeciły" jasno-pomarańczowym światłem. Wokół była cudowna cisza. Zbliżałam się do okien, zaciekawiona pięknym obrazem. I tu zdziwienie ogromne. Okno było otwarte, a wewnątrz domu ujrzałam stół przykryty białym obrusem i postać człowieka w białych szatach z długimi do ramion włosami. Tak jak kapłan odprawiał On misterium mszy. Stół jednak był pusty. Obraz ten „pomaga mi" w skupieniu podczas mszy. Kilka dni później zdałam sobie sprawę, że tamto „okno" to monstrancja ze świętą hostią. Adorując Najświętszy Sakrament adorujemy rzeczywiście i realnie Jezusa, który spogląda na nas, na każdego klęczącego przed Nim. Miałam tę wiedzę, ale obraz „domku" pomaga mi mocniej zajrzeć do swojej duszy, skierować ją silniej ku Najświętszemu Sakramentowi. Świadomość, że Jezus patrzy na nas, dodaje głębi adoracji. Przed Najświętszym Sakramentem spotyka się nasza fizyczność, ludzki wymiar i boski. Dwa światy komunikują się poprzez miłość. Mój ludzki wymiar, twarz, oczy, myśli są rozpoznawalne przez oblicze Jezusa ukryte w świętej hostii. Patrzymy na siebie: ja i On. Skierowuję swoją duszę, ale i siebie, fizycznego człowieka, ku konkretnemu Obliczu, Osobie. Mówimy do siebie. Adoracja to nie rytuał, to rzeczywiste... Spotkanie, w którym rozpoznajemy się jak na pięknej uczcie, gdzie jest przyjaźń, miłość. Nagle słyszę w sercu: przychodź do Mnie, tak często jestem samotny. Patrzę na kościelne filary, obrazy. Moje oczy szukają twoich oczu, mów do Mnie, słyszę cię.

Rzeźba

Rzeźbię Ciebie, Jezu, jak posąg żyjący
W szarej glinie życia
Z biblią na kolanach...

Z radosnych dni kształt lepię
Twojego pięknego ciała
Nieudolny rzeźbiarz...

W akcie tworzenia lata mijają
A linie rzeźby wciąż krzywe
Tyle pracy jeszcze...

Smutkiem dni łzy maluję
Żłobią ciepłem szarą glinę
Ślady znaczą...

Zmieniam Twoje Oblicze każdego dnia
Tajemnicę piękna chcę poznać
A dłuto rzeźbiarza marne...

Czasem Oczy Twoje widzę otwarte
W tajemnicy spotkania
Ale dłuto wypada...

Zapominam Twoje spojrzenie z miłością
Uśmiech cierpliwy, gest błogosławiony
I modlę się...

Na krzyżu rozkładam moją rzeźbę
Jak kaci przybijam ręce i nogi
Rany znaczę czerwoną farbą...

Stawiam krzyż z moją rzeźbą i szukam
Twarzy, którą chcę zobaczyć
A usta Twoje mówią:

Rzeźbimy się wzajemnie, w każdej godzinie
Ja, dłutem Miłości
Ty, dłutem w szarej glinie

Podczas mszy pytałam się w sercu (w związku ze śmiercią bliskiej osoby) jak Boże Miłosierdzie „dotyka" człowieka. Ujrzałam obraz wagi. Na jednej szali była złota moneta, na drugiej, w stos ułożone ludzkie grzechy. Szala z grzechami nie przechylała się w dół... Jedna mała moneta równoważyła szalę z grzechami. Domyśliłam się jak interpretować ten obraz, gdy w tej samej chwili ujrzałam tę samą wagę, ale zamiast monety leżała biała hostia (lekka i krucha). Jak wielkie jest Boże Miłosierdzie, pomyślałam, jeśli Bóg gotowy jest przebaczyć nasze grzechy, za które, (to ważne) żałujemy, odbywamy pokutę. Bożego Miłosierdzia nie da się ocenić, zważyć, żadną ludzką miarą, żadną materialną wagą. To wielka Tajemnica Miłości.

Śmierć

Słońce wschodzi, zachodzi
Pada deszcz, śnieg
Uliczny gwar nie cichnie
Zegar wybija minuty, godziny
A Życie odchodzi...
Jak wschód, jak zachód przemija
Zegar tyka bez pośpiechu, jakby zapomniał uczcić
Tę jedyną świętą minutę
Śmierć...
Puste łóżko, szafa nie domknięta
Kwiaty nie podlane
Porzucone jak sieroty okulary, pilot od telewizora
Człowiek wyszedł ze Śmiercią pod ramię
Na przechadzkę, na spacer bez powrotu
Pani Śmierć nie zmienia porządku dnia
Zabiera cicho, nie każe pakować walizek
Może wezmę ciepły płaszcz? - pyta Życie
Po co, tam gdzie idziemy jest ciepło
Może wyłączę telewizor?
Po co?
Wyłączą ci, dla których zegar bije...
Wędruje Życie ze Śmiercią drogą nie znaną
Widzi dużo więcej i dziwi się...
Pogrzeb, łzy, kwiaty, ksiądz
I ja...
Taki mały człowiek w czarnym ubraniu
Czy już umarłem? - pyta Życie
Śmierć uśmiecha się:
Przecież rozmawiasz ze mną...
Mam tylko jedną prośbę - prosi Życie
Jaką?
Obetrę łzy płaczącym, tacy smutni.

Podczas Adoracji rozważam: świat duchowy jest nieuchwytny, a my ludzie tak bardzo fizyczni w swojej egzystencji. Dotykiem rozpoznajemy świat. Chcemy dotknąć obiektu naszej miłości. Modlę się do Jezusa mówiąc: tak bardzo chciałabym Cię dotknąć... Słyszę głęboko w sercu: przecież dotykam ciebie w Komunii Świętej, jestem w niej, czyżbyś o tym zapomniała? Zostałem na ziemi w postaci świętej hostii. Przyjmując Mnie, to wy ludzie zapominacie o świętości tego „dotyku".

Przemijanie

Czy życie nasze, to spichlerz rozległy
W którym gromadzimy ludzi i zdarzenia
Czy może kącik zaledwie maleńki
W którym duszę naszą pielęgnować trzeba

Dokąd odszedłeś świecie mej młodości?
Pieśni z lat przeszłych całkiem nie zamilkły
I jeszcze słyszę drżenie tamtych głosów
Choć przy moim stole puste miejsca widzę

W spichlerzu życia próbowałam zamknąć
Zapasy miłości na czas głodu uczuć
Ktoś rygle otworzył, może zardzewiały?
Czas sam bochny rozdał, zapach po nich został

Gdy zamykam oczy, widzę świat młodości
I tamtych ludzi, jak z życiem tańcują
Gdy otwieram, znikają, jak pielgrzym zmęczony
Zimny kamień dotykam z ich własnym imieniem

Coraz więcej perełek w mym różańcu życia
Które ku pamięci zmarłych modlitwą uświęcam
Coraz więcej krzeseł, w których nie zasiądą
Ci, co kiedyś dniem powszednim byli mego życia

Już nie zbieram zapasów, nie szukam spichlerzy
Aby w nich umieścić to co dłoń dotyka
Taką mnie nauką obdarzyłeś, Jezu:
Czas gromadzić skarby w świecie, który nie przemija


Wolna wola

Wolna wola to nie bieg za potęgą rozumu
To odwaga pochylenia się przed własną niemocą
Wolna wola to nie przestrzeń dla naszych lotów
To kamień, przy którym potykamy się o drugiego człowieka
Wolna wola to nie wolny wybór
Ale mur, na którym Bóg wypisał dekalog
Wolna wola to dar cudowny
Który trzeba ofiarować, inaczej starci blask daru
Wolna wola nie ma skrzydeł, choć tak mówią
Ma nogi, które się męczą
Ma oczy, które płaczą
Serce, które kocha
Wolna wola jest ołtarzem...
Na nim Miłość Boga błogosławi miłość człowieka

Zasypiam, modlę się do Ojca Pio, aby strzegł mnie w nocy i w dzień. Tej nocy mam sen. Widzę Jana Pawła II w srebrnej zbroi (zbroja jest ułożona jak duże łuski), na głowie ma złote nakrycie (jak biskupi podczas uroczystości). Na szyi ma czerwoną stułę. Pytam się zdziwiona: dlaczego jesteś ubrany jak rycerz, jak Michał Archanioł? Uśmiecha się, jego twarz jest młoda, a on silny i taki królewski w swojej postawie. Siedzi na tronie. Jestem tak ubrany, odpowiada, bo będę bronił polskiego kościoła!

Modlitwa o pomoc

Idę drogą ku Tobie, Boże
Droga nie jest łaskawa, prosta
Blask dnia i codzienne troski
Jak mgła, zakrywają Twoje światło
Czasem spotkam na tej drodze ludzi
Którzy biorą mnie z miłością pod rękę
Wędrujemy, wspierając się wspólnie
Podnosimy, gdy ktoś z nas upadnie
Są też chwile, gdy Noc zapada
I przystanąć muszę, zmęczona, samotna
Ci, co mnie tak mocno wspierali
Idą dalej, w poszukiwaniu światła
Na tej drodze pokus nie brakuje
Z bocznych dróg wychodzą jak duchy
Kuszą: zostań z nami, odpocznij
Nogi twoje nie przejdą tej drogi
Głucha staram się być na ich wołanie
Wspomnienia przywołuję spotkań z Tobą, Jezu
Palę z wiarą mały świecy ogarek
I modlę się:
Wyjdź na moją drogę, Jezu
Postaw krzyż, o który się oprę
I kapliczkę skromną, z Maryją Świętą
Abym miała pewność, że idę ku Tobie
Drogą, którą szedłeś kiedyś, przede mną

Przed mszą świętą powiedziałam Jezusowi, że przyszłam dzisiaj w dniu świętego Walentego, aby ofiarować Mu moje serce. Doznałam uczucia „zbliżenia" z Jezusem, jakby ktoś w sercu mówił mi: wasze oczy są jak lusterka, w których widzę wasze sprawy i ludzi. Polecacie mi najbliższych przyjaciół. Odbieram je jak zdjęcia, przechowuję w swojej pamięci. Pamiętam, choć nie zawsze otrzymujecie to, o co prosicie. W tym miejscu przypomniałam sobie świętą Monikę, która kilkadziesiąt lat prosiła Boga o nawrócenie syna Augustyna. Jak bardzo cenna jest modlitwa wstawiennicza za różnych ludzi! Sama świadomość, że modlitwa nie ulatuje w przestrzeń (jak sądzą niektórzy), ale bezpośrednio „dotyka" Jezusa i jest w Jego Pamięci - to cudowne przeżycie religijne. Oczy wasze są jak lusterka, w których widzę wasze potrzeby - słyszę nadal w sercu. Wiele lat modlę się do Ciebie, Jezu, w pewnej sprawie... Wtedy otrzymuję dziwny obraz: pudełko, a nim zdjęcia tej osoby wypełnione po brzeg. Widzę uśmiech Jezusa, słyszę w sercu: pamiętam... Czasem są to trudne prośby dotyczące osób oddalonych od Kościoła. Wówczas prosimy Matkę Bożą o wstawiennictwo. Matce Bożej Jezus nie odmawia, to Ona przyjmuje nasze „zdjęcia" i zanosi Synowi, „odsuwa" sprawiedliwość. Jezus przyjmuje Jej prośby. Zadziwia mnie prostota otrzymanego obrazu. Nasze oczy nie mogą być puste jak pusta klisza. Idziemy do Jezusa polecając Mu osoby, sprawy. Wprost z serca, czasem z woli albo rozumu. „Pokazujemy" Mu „zdjęcia" naszych pragnień. Tylko wtedy następuje dialog.

Dziękczynienie

Dziękuje Ci, Boże
Za piękno gór, oceanów i strumieni
I za małą polanę w słonecznych promieniach
Za mędrców księgi święte i obrazy piękne
I za proste słowa w dniu powszednim

Dziękuję
Za katedry bogato zdobione
I za przydrożną kapliczkę, kwiatem umajoną
Za męczenników i wszystkich świętych
I za grzesznika, który z pokorą klęka

Dziękuję
Za tych, którzy pobożnie modlą się w kościołach
I za jedno „Zdrowaś Maryjo" mej matki i ojca
Za lasy zielone, puszcze przeogromne
I za to drzewko małe pod moim oknem

Dziękuję
Za psalmy i pieśni jak dzwon brzmiące
I za ciche kołysanki wieczorem nucone
Za Cud wielki Ofiary Mszy Świętej
I za okruch tego Cudu w hostii przyjęty

Dziękuję
Za Miłość Nieba, światło i aniołów
I za Syna, który zstąpił na niewdzięczną ziemię
Za ludzi, którzy krzyż cierpliwie niosą
I za mój... bez Twej pomocy bym go nie uniosła

Wielkości Twojej nie ogarnę, Boże
Jedną z tajemnic wszak nam ukazałeś
Choć Mocą jesteś i Potęgą
Miłością darzysz nasze życie małe

Zastanawiałam się jaki sens ma ludzkie cierpienie. Często wydaje nam się, że cierpimy niepotrzebnie. Ale myślę, że każde cierpienie służy czemuś. Może pogłębia naszą wrażliwość... Nie znamy planów Boga, nie wiemy jakie ciężary równoważy nasze cierpienie... Nie wiemy jakie i czyje grzechy będą odpuszczone przez nasze cierpienie, jeśli ofiarujemy je w określonej intencji.

Człowiek

Kim jest...
Waży go i mierzy naukowe „oko" od wieków
A on ciągle... nieobliczalny
Tajemnicę dźwiga jak brzemię
Duszy nieśmiertelnej
I pytanie: uwierzyć w nią, zaprzeczyć?

Idzie człowiek, zmienia rytm, przystaje
Jakby nogi mu zawadzały
Przyglądam się mu, znam
Uśmiecha się
Przeżył już wiele uśmiechów, mroków życia
Może poznał tajemnicę nadziei człowieka?
Zamknął ją na zamek modlitw
Opasał różańcem, jak łańcuchem mocnym
Przykrył staromodnym płaszczem
Taszczy ze sobą od dziesiątków lat
A może od niedawna?
Widzę jego wiarę, prowadzi go pod ramię
Wierną jak dzień, noc, jak codzienność
Nadzieja podtrzymuje, gdy serce tyka
Jak popsuty zegarek
Nadzieja i wiara wiodą go
Ku Miłości
Aby to Ona... zważyła jego duszę
I odpowiedziała na pytanie:
Kim jesteś człowieku? ...

 

Godzina 15, odmawiam Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Tego dnia mąż wrócił od swoich znajomych (nie znam ich imion, ani nazwisk), którzy od wielu lat chorują. Ostatnią część koronki postanawiam więc im poświęcić. Za kilkadziesiąt minut mamy wyjechać za Warszawę do rodziny. Podczas tej „dziesiątki" słyszę w sercu: należy zamówić dla tych chorych ludzi mszę o Miłosierdzie Boże - za mało ludzi modli się za nich...
Kończę Koronkę... i z wielkim trudem docieram do łóżka. Mam wrażenie, że „ktoś" kręci mną jak wiatrakiem. Łóżko krąży wokół pokoju... jak na karuzeli. Jestem przerażona, w pozycji siedzącej czuję się jeszcze gorzej. Nie mogę poruszać się, gdy próbuję wstać, sufit i podłoga wirują. Początkowo myślę, że mam „uszkodzony" błędnik... Trwa to około 30 min. Mąż postanawia (widząc mnie w takim stanie) zadzwonić do osoby, która się nimi opiekuje. Mówi jej o potrzebie mszy świętej za nich, o modlitwie za nich, o mszy świętej w ich intencji, do Bożego Miłosierdzia. Ledwie wypowiedział te słowa (przez słuchawkę), a we mnie wszystko uspokoiło się, jakby „ktoś" zdjął ze mnie „kaptur" powodujący te niesamowite zawirowanie.
Wstałam z łóżka bez żadnych dolegliwości... Nadal był we mnie wielki lęk przed modlitwą w ich intencji, ale przemogłam się. Przypuszczam, że szatan chciał przestraszyć mnie, abym się za tych ludzi nie modliła.

Odpowiedź

Modliłam się:
Odsuń ode mnie cierpienie, Boże
A ono przyszło
Jakby modlitwa utknęła we mgle
A niebieski posłaniec szedł piechotą

Modliłam się:
Bądź w moim cierpieniu, Boże
I byłeś
Jakby prośbę moją anielskie chóry poniosły
Na rydwanach ognistych i szybkich

Modliłam się
Cicho pytając: dlaczego ja?
Schylona w pokorze i wyprostowana w buncie
A Ty czekałeś
Z odpowiedzią zbyt trudną

Na mój bunt, moją pokorę
Czekałeś, aż ulecą wysoko
Jak ofiarne ptaki
Czekałeś na ciszę serca

Modliłam się
A Ty odpowiedziałeś w pieśni, psalmach
Cierpienie uczy miłości
Jak ofiara dociera do Serca Syna
Przy stole Pańskim

Modliłam się:
Ile jeszcze buntów, ile pokory zaliczę, Boże
Aby przyjąć Twoją trudną odpowiedź?
Promień słońca oświetlił nagle ołtarz, jak znak
A za oknami łzy deszczu spadały na ziemię

Podczas mszy świętej, księża unieśli do góry hostię świętą (dwie połówki). Ta hostia, pomyślałam, wygląda jak żagiel. Aby „popłynąć", potrzebny jest powiew... Ducha Świętego. Pan Jezus w hostii jest mocą, siłą, darem. Jeśli nie przywołamy Ducha Świętego, nie popłyniemy w kierunku Prawdy, w kierunku Boga
Po kilku dniach odczułam wewnętrzny przymus modlitwy do Trójcy Przenajświętszej. Do każdej z Osób przesyłam różne słowa modlitwy, dzieje się to spontanicznie. Wewnętrznie słyszę: wychwalaj Trójcę Świętą słowami głęboko ukrytymi w duszy, słowami płynącymi z serca, tak aby każde słowo oddawało stan twojego ducha, aby modlitwa „nie płynęła" gładko, ale mocno odciskała się w duszy. Rozważaj dokładnie, medytuj słowo, które przekazujesz Osobom Trójcy Przenajświętszej.
Po trzech dniach takich rozważań, próbuję ponownie nawiązać do „zalecanej" mi medytacji. Pytam czego Bóg, Jezus, Duch Święty oczekuje od ludzi. Kiedy wspominam Boga Ojca, ukazuje się wielki napis: pokora, kiedy wspominam Syna Bożego, napis błyszczy słowem: dziękczynienie. Przy osobie Ducha Świętego pojawia się słowo: modlitwa. Modlitwa jako dialog serdeczny z Bogiem. Modlitwa odmawiana z miłością, bez roztargnienia i zamętu.

Niebieska zasłona

Powiewa na wietrze w oknie
Z jednej strony mój świat
Z drugiej, ten za niebieską zasłoną
Czekam przy moim oknie
Na lekki powiew
Proszę Anioła:
Przytrzymaj zasłonę skrzydłem
Odsłoń przestrzeń dla duszy głodnej
Mocy i Miłości...

Wystawiam dłonie z okruchami modlitwy
Niech pofruną dziękczynieniem, błaganiem
W tej maleńkiej chwili odsłony
Mój świat dotyka świata
Za niebieską zasłoną
I jestem w miłosiernej ciszy...

Ciszę prośba przerywa, łagodna
Ledwo słyszalna
Jak promień przenika, aż do bólu:
Podaj na dłoni modlitwę żarliwą
Za tych co zaryglowali okna duszy
Okiennicami obojętności
Niech otworzą je dla pieśni o Bożej Miłości
Tej, za niebieską zasłoną.

Wcześnie rano, po modlitwie do Ducha Świętego, poczułam mocną więź mojej duszy z Bogiem. Uczucie to było nawet bolesne. Przyszła  mi w tym samym czasie myśl, że każda dusza połączona jest z Bogiem jak pępowina dziecka w łonie matki. Przez tę „duchową" pępowinę, Bóg karmi nas wieloma łaskami, jeśli chcemy z nich korzystać i sami nie blokujemy jej przepływu. Wielu ludzi zaciska tę pępowinę przy swoim sercu (duszy) i nie korzysta z tych łask. Może to się dziać pod wpływem woli człowieka, przyczyn społecznych, licznych grzechów, ale człowiek nadal jest w pamięci Boga. I każde otworzenie się na Niego przynosi nowe łaski. Czasami odnosimy wrażenie, że Bóg zbyt hojnie obdarza nawróconych grzeszników, a On po prostu „zatrzymał" przeznaczone łaski i czekał na nawrócenie człowieka, na „rozluźnienie pięści", która blokowała więź z Bogiem.

Biały płaszcz

Jak biały płaszcz rozpościeram się na ziemi
Ziemskie gwoździe przybijają mnie do trawy
Czasem wiatr powieje delikatny
Poruszy białym płaszczem
Życie powoli odrywa ziemskie gwoździe
I rzeczy ważne stają się nieważne
Pozwalam mocą łaski niezasłużonej
Aby biały płaszcz szybował
Ku niebu
Szukam Ciebie, Jezu...

Jeszcze ślady zardzewiałych gwoździ
Znaczą mój płaszcz
Jeszcze ich szukam
Czasami...
Ale dusza moja już poznała piękny lot
Ku Tobie, Boże
Karmię ją okruchami Twego chleba
Uczę słów modlitwy
Aby nie zbłądziła...
Niech jak ptak szybuje w przestrzeni
W poszukiwaniu pocałunku Maryi

Święto Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny
Podczas mszy świętej modlę się o łaski dla swej duszy, serca. Po komunii, gdzieś głęboko w sercu słyszę: jesteś jak mały wróbelek, którego mogę karmić tylko okruszkami, zbyt duży bochen może zaszkodzić wróbelkowi, ale z tych maleńkich okruszków (komunii świętych?) można „upiec" wielki bochen...
Czyżby na tę wielką łaskę, dar, o który zabiegamy, składały się codzienne małe, drobne dary, łaski, które utworzą kiedyś „wielki bochen"?
Pomyślałam, że ważne jest też dostrzegać drobne sprawy w życiu, które są łaskami, a często mijamy je obojętnie, szukając wielkich darów i wzruszeń.

Światło i ciemność

Tak pięknie kroczy się drogą wiary
W procesji świateł, przy dźwiękach wzniosłych
Każdy krok... jak zwycięstwo
Skrzydła Aniołów niosą jak rydwany
Współtowarzysze jak rycerze z tarczami Archaniołów
Wicher niesie hymny święte
A dusza unosi się ku Najwyższemu

Kiedy gasną światłą, milkną hymny
Aniołowie na spoczynek odchodzą
Przyjaciele zasypiają na szlaku zmęczeni
Drogę wiary ciemność skrywa
Po omacku szukamy siły i nadziei

Zamiast szerokiej drogi, wąska ścieżka
Obok ciemne wody o głębokości nieznanej
I szept szatański świata zewnętrznego: zawróć!
Gdzie twoi przyjaciele, gdzie ręce pomocne?

Po wąskiej kładce kroczy dusza mozolnie
Jak Hiob przyjmuje boże warunki wędrówki
Stawia kroki w ciszy, szeptu Boga nasłuchuje
I wówczas myśl święta zakwita bolesną odwagą

Pośród wód głębokich
Na wąskiej kładce
Postawiłeś mnie, Boże...
Czyżbyś mi zaufał, na tej trudnej drodze?

 

Święto Bożego Ciała. Podczas mszy świętej, ze zdziwieniem poczułam, że przy mojej piersi jest wielki kielich z winem. To wino było gęste jak krew. W tym momencie poczułam wielkie gorąco, a szczególnie na sercu (jakby ktoś dotknął mnie gorącym żelazkiem) i zaczęłam się mocno pocić. Bałam się tego dotknąć, przytulić, myśląc, że to będzie świętokradztwo. Pomyślałam, że to jest przecież kielich z ołtarza, dla księży i nie może być przy mnie. Wtedy usłyszałam: dla was wszystkich Jestem.


Jest taka miłość...


Zatrzymana w dłoni jak kwiat
Więdnie bez wody, ziemi
Traci płatki, urodę
Jest taka miłość...
Do serca mocno przytulona
Bije jego rytmem
Traci wolność, jak więzień
Zachłanna jest ludzka miłość...

Jest taka Miłość...
Nie więdnie od ludzkich dłoni
Szuka serca aby w nim gościć
Nawet jako więzień
Rozpięta na krzyżu
Zamknięta w tabernakulum
Cicho szepcze
Czasem krzyczy:
Jestem!

Kiedyś myślałam jak to się dzieje, że niektórzy ludzie osiągają doskonałość, są wartościowi, a inni żyją, nie przejmując się niczym. Zastanawiałam się według jakiego kryterium Bóg ocenia ludzi. Wówczas usłyszałam dowcipną odpowiedź na moje wątpliwości: ptak nie będzie ryczał jak lew, a lew nie będzie ćwierkał jak ptak!

Św. M B Nieustającej Pomocy

Do Matki Pocieszenia

Nie jestem aniołem pełnym słodyczy
Nie mam szat czystych, grzechem nie splamionych
Nie mam ust pełnych modlitwy
Ani oczu ciągle w Ciebie wpatrzonych
Moje serce często przepełnia gorycz
Moje szaty w codzienności prane
Moje usta mówią słowa przykre
Oczy widzą zło wokół rozlane
Jestem tylko człowiekiem bezbronnym
Wobec świata, który kręci się wokół
I choć belkę chcę wyjąć z mych oczu
Ona tkwi tam jak jastrząb do skoku
Kiedy nie mam siły już walczyć
Klękam przed Tobą, Maryjo
I wpatrując się w usta Twe i oczy
W szacie Twojej, cała chcę skryć się
W tych momentach błagam Cię, Matko
Podaj rękę i pociesz mą duszę
A gdy z klęczek wstanę, w świat pójdę
Podąż za mną drogą, którą ja iść muszę
I nie proszę Cię abyś na niej róże słała
Beztroski i ludzkiej pociechy
Proszę jedynie, Matko ma kochana
Podaj rękę, byśmy razem tę drogę przeszły

Podczas mszy byłam wpatrzona w obraz Matki Bożej, w moim sercu był pokój, czułam się uwolniona od wszelkich myśli. I nagle przed oczami ujrzałam twarz Jezusa z pięknymi, jasnymi lokami. Jego oczy były przesłonięte dużą, czarną opaską. Pamiętam dokładnie zarys Jego pięknych włosów. Odbijało się w nich światło. Dlaczego Jezus ma zasłonięte oczy? - myślałam. Gdzieś w sercu przyszła do mnie myśl, że Jezus chce mi wskazać, iż wzrok człowieka może mu „przeszkadzać" w rozumieniu Boga. Możemy „oceniać" innych według estetyki ludzkiej. Z drugiej strony, Jezus z „opaską", niewidzący, wydawał mi się Tym, który pójdzie do każdego, gdy tylko zechcemy Go przyjąć. On wyraża „gotowość" pójścia w każde miejsce i do każdego człowieka bez wyjątku, jeśli tylko nasze serca odczują potrzebę Jego obecności. On nie wybiera „ładniejszych", „lepszych", „mądrzejszych".

 

Grzech

 

Wpada do serca człowieka
Jak ptak z połamanymi skrzydłami
Próbuje rozgościć się
I żąda pokarmu

 

Karmimy go usprawiedliwieniem
Słabej woli, pożądliwością, pychą
A ptak nabiera mocy
Skrzydła zrastają się krzywo

 

Dusza człowieka żebrze: wyrzuć go
Zostaw w klatce konfesjonału
Oczyść serce z grzechu
Pozwól oddychać czystym rytmem

 

Jakaś melodia piękna nas dotknie
Wspomnienie modlitwy dziecięcej
Życzliwy uśmiech, słowo dobroci ogarnie
I ptak grzechu trzepocze się niecierpliwie

 

Kaleczy serce bólem, lekarstwa szukamy
Zbieramy skarby bożych słów Ewangelii
Karmimy grzech nasionami miłości
Boi się ich jak trucizny

 

Obolała dusza szuka rozpaczliwie
Daru Miłosierdzia
Na Jego pięknych promieniach, jak na skrzydłach
Przyklęka przed konfesjonałem

 

Jezu, prosi
Daj nadzieję wolności od grzechu
Daj duszy skrzydła
Pięknego wzlotu ku Miłości 

Spoglądając podczas mszy na modlących się ludzi, pomyślałam, że każdy z nas jest jak książka. Jedna gruba, zapisana wydarzeniami życia, inna cienka - z kilkoma zaledwie zapisami. Każda ma wartość dla Boga. Może On zna jej tytuł? Może dla każdego zapisał indywidualny scenariusz? Czy go realizujemy? Czy zapisujemy w tej książce jedynie błahe sprawy, tworząc gruby tom? Czy nie warto „czytać" cudze zapisy życia, doświadczenia? Może wówczas byśmy nie błądzili? Gdy staniemy przed Bogiem z „naszą książką" , Bóg pokaże nam „zapis" o wierności, uczciwości. A myśmy go nie zauważyli. Może Bóg nadał naszej książce (życiu) piękny tytuł, np: powołanie, odwaga, bohaterstwo?. Powołania nie dopełniliśmy, odwagę zamieniliśmy w tchórzostwo. Może należy staranniej czytać własną książkę, szukać w niej słów Boga? Szczególnie, że drugiej „książki" nie otrzymamy. Każdemu przeznaczono tylko jeden tom...

Moje wiersze

Z serca gorącego i duszy stęsknionej
Płyną moje słowa, w wiersze układane
I jak ptaki w pierwszym locie, często nieudolne
Prawdy poszukują, jak wyżej ulecieć

Wypuszczam moje słowa, składam je w ofierze
Dla miłości Trójcy i Matki Najświętszej
Jeśli jakiś człowiek zechce je przytulić
Gościem będą w sercu, w samotności chwilach

Dopóki słów mi nie brak w klatce serca mego
Będę chwalić Pana i o łaski prosić
Dla tych, którym słowa usnęły snem twardym
I trudno im powiedzieć: kocham Ciebie, Boże

Może na cud liczę, ot taki maleńki?
Pękną komuś kraty, co miłość więziły
I uśpione słowa wypłyną modlitwą
Melodią piękniejszą niż słowa mych wierszy

 

Piątek. Poranny różaniec w Radio Józef. Do dziesiątki różańca zgłasza się kobieta z intencją. Bardzo płacze, trudno z tego szlochu wyłuskać wyraźne słowa. W sercu słyszę głos: w życiu tego człowieka zabrakło „odrobinę" Boga w otaczających ją ludziach. Zaczynam się zastanawiać, wyraźne myśli przychodzą do mnie, jakby ktoś chciał wytłumaczyć mi tę sytuację. Zabiegani, zaaferowani swoimi problemami, nie mamy czasu „przyjąć" do swego serca innych ludzi, wysłuchać ich, zaakceptować takimi jakimi są, poszukać w ich życiu przyczyn ich cierpienia. Czasem wystarczy niewiele chwil aby zrozpaczony człowiek otworzył się, wypowiedział. Módl się - mówimy. Czy nasze pochylenie się nad człowiekiem nie jest również wartościową modlitwą? Może mniej byłoby płaczu podczas modlitwy różańcowej?

Pokuta

 

Siada przy ciemnej drodze
Naszego życia
Ma twarz grzechu
O którym chcemy zapomnieć
Jest niema od urodzenia
Próbujemy ją minąć
Odwracając oczy
Wstaje i wyprzedza nas
W sercu budzi smutną muzykę
W oczach łzy
Sumienie krzyczy jak zbudzone
Złym snem dziecko
Nie pozwala się minąć
Choćbyśmy przyspieszyli kroku
Pokuta jest jak kolec uwierający
Musisz do niej podejść
Podać rękę
Przyznać się do niej
Wstań, powiesz, pójdziemy razem
Z modlitwą, czynem
Zadośćuczynienie zaniesiemy
Do tych, których skrzywdziliśmy grzechem

 

 

Uliczny krzyż

 

Najmocniej kocham Cię w deszczu
Gdy samotny, bezbronny, na krzyżu wisisz
W ulicznym zgiełku
Deszcz zmywa kurz z Twego ciała
I ze sztucznych kwiatów
Pod Twoimi stopami
Ludzie pod parasolami nie podnoszą głów
Ręce mają zajęte zakupami
Głowę, myślami
Nie pozdrawiają Cię...
Jesteś jak część miejskiego pejzażu
Jak pobliski dom...
Bezbronny na skrzyżowaniu ulic
Często bardzo samotny
Jak wielu z nas, przechodniów
Zagubionych w obojętności miasta

 

 Pielgrzymka do Banneux, Belgia
Msza święta w kaplicy Matki Bożej Medytującej. Maleńka kapliczka, nad ołtarzem jest duży krzyż, na krzyżu – złota sylwetka Jezusa. Zauważyłam, że ręce Jezusa nie przylegają do poprzecznej belki, unoszą się lekko ponad nią. Mam wrażenie, że artysta tworząc „złotego” Jezusa nie „przystosował” Jego dłoni do krzyża...
Zapytałam swojego serca: dlaczego, Jezu, jesteś taki błyszczący, złoty, wprost unosisz się z krzyża? Niepokoił mnie ten krzyż z Jezusem...
Podczas mszy świętej, w medytacji przyszła do mnie myśl – odpowiedź: współcześni ludzie „pozłacają Mnie”, nie chcą widzieć Moich ran, Mojego bólu... Chcą Mnie widzieć jako piękny symbol, tradycję... a nie cierpiącego każdego dnia...

 

Miłosierdzie człowieka

 

Idzie człowiek, głowę wysoko unosi
Chciałby nieba dosięgnąć, kosmosu
Pod nogami krzyże jak kwiaty kwitną
Depcze je wpatrzony, w dal swoich marzeń
Łzy innych niecierpliwie ociera
To tylko deszcz, myśli, przeminą
Nie pomaga tym, którzy na drodze
Ręce do niego wyciągają, po pomoc

 

Idzie człowiek, grzechy innych wylicza
O swoich już dawno zapomniał
Jakże Jezu, Ty, który wybaczałeś
Nauczysz go, Miłosierdzia Świętego
Kiedy worek z pychą mu przebijesz
Aby oczy jego ku ludziom spojrzały
Jaki krzyż wielki ustawisz naprzeciw
Aby nie mógł go minąć bezkarnie?

 

Czemu milczysz Jezu, gdy widzisz
Zamiast serca, broń w ręku człowieka?
Czemu płaczesz, do krzyża przybity
I wybaczasz katom na tej ziemi?
Gdy pod krzyżem tak klęczę i pytam
Głos z niego płynie, jak smutna skarga:
Tak mało modlitw słyszę za grzeszników
Jakże ubogie jest ... miłosierdzie człowieka 

 

 Kaplica z obrazem Matki Bożej Ubogich w Banneux.
W tej kolejnej pielgrzymce do Matki Bożej Ubogich, poświęciłam dużo czasu na modlitwę. Pielgrzymkę poświęciłam w intencjach Matki Bożej, odsunęłam na bok wszystkie swoje prośby. Podczas modlitwy odczuwałam wielką wdzięczność, że mogę być kolejny raz w tym pięknym miejscu. W tym sanktuarium odczuwa się niezwykły spokój, indywidualną, mocną więź z Maryją. Może sprawia to skromność kapliczek usytuowanych w parku, pobliski szpital z ciężko chorymi. Mam wrażenie, że Matka Boża Ubogich czeka na każdego w skromnej izbie, wysłuchuje...
Podczas modlitwy, z sercem pełnym wdzięczności „oddawałam się” Maryi. Jakby z poszumem wiatru dobiegł mnie głos: będę się tobą opiekowała... Byłam szczęśliwa i niezwykle wdzięczna, bo podczas tej pielgrzymki nie przyszłam do Maryi z osobistymi problemami. Chciałam poświęcić trud tej pielgrzymki w Jej intencjach... Szczególnie, że wokół nas, po alejkach „wędrują na wózkach” ciężko chorzy ludzie, ich ból jest tak widoczny. Opiekunowie w białych fartuchach są jak aniołowie, przyprowadzający chorych do „źródełka” Maryi. Zrozumiałam przesłanie, które do mnie dotarło. Maryja - Pielęgniarka opiekuje się ludźmi, ale trzeba „oddać się” Jej w opiekę. Tak jak oddajemy się w opiekę w szpitalu. I nie może to być tylko chwila, lekkie ugięcie kolan w krótkiej modlitwie. Musimy każdego dnia, z ufnością i wiarą, modlić się do Maryi o „lekarstwo” dla swej duszy i ciała.

 

Gdy niebo zstępuje

 

Jest takie wzgórze w Belgii, Chevremont
Pan Jezus je uświęcił... Orędziem
Spisała je Małgorzata
Małą duszą ją nazwał Jezus, stokrotką

 

W sierpniu, od lat
Pod wielkim namiotem
Ludzie modlą się tu o pokój
Na świecie i w ludzkich sercach
Jak życzył sobie tego Jezus

 

I w ten dzień, niebo
Zstępuje na ziemię
A piękny Jezus z Chevremont
Błogosławi światu rękami biskupa

 

Matka Boża Ubogich z pobliskiego Banneux
Zasiada w loży kapłanów
Usta wiernych szepczą modlitwy
W kilku językach świata

 

Wysłużony namiot jest jak kaplica
Wybudowana rękami aniołów
To czas, gdy niebo dotyka ziemi
I odwiedza uświęcone
Zielone wzgórze Chevremont

 

 Katedra Matki Bożej w Luksemburgu
Piękna, bogata, pełna turystów z aparatami. Niewielu ludzi modli się dłużej, więcej ogląda wystrój. Ciągle ktoś z aparatem, głośną rozmową „wytrąca” mnie z medytacji. Matka Boża  ... w muzeum – mam takie wrażenie. Matka Boża jako piękna figura (kojarzę to ze „złotym Jezusem”). Zamożni ludzie Zachodu „fotografują się” z Matką Bożą... Są w tym miejscu, bo setki lat dodały bogactwa tej świątyni. Modlę się, abyś Matko Najświętsza nie pozostała tylko na ich fotografiach...

 

Dzieci Bolesnej Matki

 

W oczach Twoich, Bolesna Matko
Kamienie grzechów naszych
Ty je łzami rozpuszczasz
Do Syna zanosisz, prosząc o miłosierdzie

 

Ręce Twoje, Bolesna Matko
Oczekują próśb i obietnic grzeszników
Z wiarą i miłością po nie sięgasz
Pamięcią świętą i darami obdarzasz

 

Serce Twoje, Bolesna Matko
Ciernie niewdzięcznych dzieci oplatają
Mimo bólu, przytulasz je
Cierpliwie czekasz na chwile wzajemnej miłości

 

Stajesz, Bolesna Matko, jak posąg żywy
Na drodze każdego człowieka
A my stąpamy po śladach Twoich bolesnych łez
Zaślepieni własnymi łzami...

 

 Opactwo cystersów w Clervaux, Luksemburg
Piękne, proste, monumentalne, surowe. Miejsce do głębokiej modlitwy. Warunki „pielgrzymującego” nie pozwalają na dłuższe przebywanie, musimy jechać dalej.
Skromne miejsce do adoracji Najświętszego Sakramentu, kilka ławek. Podchodząc odczuwam ogarniające mnie, zniewalające ciepło. Klękam, brak mi słów modlitwy, chcę tylko być w tym miejscu i poddać się „oddechowi Jezusa”, adorować Go bez słów. Trwa to kilkanaście minut, mam wrażenie, że mogłabym tak trwać wiele godzin bez słów, uczuć, emocji. To bardzo głębokie odczucie. Myślę, że gdybym się poddała całkowicie, naraziłabym innych pielgrzymów na opóźniony wyjazd. „Wyrywam się” z tego stanu tylko dzięki woli rozumu. Tęsknota pozostaje...

 

Święty czas

 

Życie to dreptanie w codzienności
W rytm zegara i kartek kalendarza
Jak ziemia, codzienność się obraca
Dając światło radości i mrok smutku
Nieodparcie popycha naprzód
Jakby bała się umrzeć...

 

Znam miejsce bez kalendarzy i nerwowych zegarów
Miejsce mocy
Chroniące przed czasem rozedrganym
Bez wrzawy bazaru świata
Miejsce
Zmieniające codzienność w święto
Tam nadzieja splata się z miłością
A wiara widzi niewidoczne
Dusza dotyk czuje, w tęsknocie niezaspokojonej
Słowa sens tracą, nawet najpiękniejsze
W Adoracji Świętej
Na kolanach
Milczenie staje się rozmową z wiecznością

 

 Pielgrzymka do Włoch.
Moim wielkim pragnieniem było pomodlić się przed cudownym Obliczem Jezusa z  Manoppello. Będąc na miejscu, nie mogłam oderwać oczu od tej relikwii. Pomimo tłumu pielgrzymów, zapadłam w przedziwną ciszę, oddałam się uwielbieniu Jezusa. Do mojego serca „przychodziły” słowa, jakby Jezus „uczył mnie”: szukacie Mojego Oblicza, a przecież Jestem w waszej duszy. To wy odgradzacie się ode Mnie swoimi sprawami ze świata... Szukacie Mnie w Manoppello widzialnym, jakby bojąc się sięgnąć w głąb duszy i tam Mnie zobaczyć... Odbijam Swoje Oblicze jak zdjęcie na kliszy waszej duszy, szukajcie Mnie tam... Moje Oblicze to nie dzieło sztuki, choć niektórzy tak je traktują... Ono daje szansę przemiany życia..., jest jak zagubione zdjęcie w albumie wiary... Znajdź czystą przestrzeń w sobie..., tam będzie Moje Oblicze...

 

Jezus z Manoppello 

 

W Twe Oblicze wpatrzona
Duszę ukazuję, zapisaną życiem
I za łaskę tak widoczną, Panie, Ci dziękuję
Jeszcze mogę poprawić rysunek mej duszy
Jeszcze mogę wyprostować krzywe linie życia
Jeszcze mogę wpisać słowa Twoje, Jezu
W serce, aby biło rytmem Twoich życzeń
Jeszcze mogę klęknąć w modlitwie błagalnej
Spojrzeć w Twoje oczy patrzące uważnie
Ja, pielgrzym zagubiony, nierzadko w swym świecie
Mogę duszę złożyć przed Twoim Obliczem
Zdejmij Panie zasłonę, która miłość dzieli
Między światem śmiertelnych, a pałacem świętych
Daj wiarę, z nadziei płynącej z Twych oczu
Iż spotkanie nasze będzie trwało wiecznie
Wyryj Swe Oblicze, Jezu z Manoppello
Fleszem światła z Ducha płynącego
Aby dusza moja niosła Je przez życie
Jak relikwię świętą, jak prezent od Boga

 

Podczas mszy świętej ujrzałam sylwetkę człowieka, na piersi zaś, Oblicze Jezusa, jak ikona przylegało do serca. W medytacji zaczęły do mnie przychodzić myśli. Każdy z nas przychodzi na świat z Obliczem Jezusa w sercu. Co zrobimy z tym Obliczem, to już nasza wola. Niektórzy pielęgnują to Oblicze, aby nie zniszczyć Jego wartości, ozdabiają Je swoim uczciwym życiem i modlitwą, inni odkładają Je na „półkę zapomnienia”, zajęci bieżącymi sprawami. Tragiczne wydarzenia w życiu powodują, że zaczynają szukać Oblicza, które odłożyli w zapomnienie. Jedni znajdują (to wielka łaska), inni popadają w zwątpienie. Staniemy kiedyś przed Bogiem z ofiarowanym nam Obliczem Jezusa. W jakim Ono będzie stanie? Czy będzie tylko zniszczoną kartką, czy piękną ikoną?

 

Powrót dziecka

 

Oczy zamykam, by w pokornym przyzwoleniu

Czas życia przeszły, z obecnym przemieszać

Obrazów poszukać, których nielitościwy zegar

Nie zdążył jeszcze utopić w jeziorze niepamięci

 

Widzę małą dziewczynkę w krakowskim stroju

U stóp ołtarza, z dziećmi, na mszy siedzi

Ksiądz kazanie głosi, dziecko go nie rozumie

Zapach słodkich lilii chłonie i nastrój kościoła

 

Jeszcze szata anioła ochrania niewinność dziecka

Jeszcze dziecko trwa w uścisku Nieba

Z ufnością spoglądając na otaczający świat

Z dziecięcą ufnością, podarowaną obficie, przez chrzest

 

Czas przepłynął rwącą rzeką, nie ma już tamtego dziecka

Ostre łokcie życia, rozpychają codzienność, by przetrwać

Spojrzenie dorosłego nieufne, ran życia nie zapomina

Najczęściej słyszy: ratuj się sam, jesteś dorosły …

 

Cofam film życia, sięgam do spichlerza wspomnień

Przed ołtarzem klękam, przywołując w sercu tamto dziecko

I proszę:  prowadź mnie drogą swej dziecięcej ufności, ku Bogu

Zmartwychwstań we mnie, darem dziecięctwa bożego

 

Bym powróciła tam, gdzie ufność

Otwiera oczy i uszy na radość Nieba

Gdzie aniołowie wymiatają skrzydłami lęk

Gdzie moc ufności we mnie … karmi bliźnich tą radością.

 

 

Ukryty skarb

 

Myślałam, że miłość do Ciebie, Jezu
Spływa jak ogień i woda
Kaskadą iskier i wodospadów
Jest gwałtowna jak burza
Wywraca stare drzewa – grzechy
Przywraca jasność po ciemności
Jak łaska niezasłużona...

 

Moja miłość do Ciebie przyszła w ciszy
Przystanęła blisko mnie, jak anielska ochrona
Zatrzymała myśli, czas, otoczyła ciepłem
Jakaś dłoń wrzuciła w serce małą perłę
Noszę ją jak skarb ukryty
Ona zapala się ogniem, gdy o Tobie myślę
A czasem ziębnie, gdy ulegam światu
Pulsuje wówczas bólem zranienia
Ukryta, niewidoczna, jak miłość bez gestów
Wysyła myśli, modlitwy, zgina kolana
Ciągle Ciebie szuka, Jezu...

 

 Podczas Adoracji pomyślałam, że człowiek chce widzieć pewne wartości aby były ozdobione, „ozłocone”. Chciałby Miłość Jezusa do ludzi przemienić w „złotą miłość”. A przecież Miłość Jezusa do ludzi okupiona była wielką męką. Prawdziwa miłość (jak choćby przykład życia Matki Teresy, jej pomoc chorym w Kalkucie) była trudna, kryła się w ranach tych chorych, w mozolnym pielęgnowaniu. Miłość, do której nawołuje Jezus, nie ma „złoconych ram”, często jej nie widać. Możemy ozdobić krzyż kwiatami, ale nie usuniemy ran z wizerunku Chrystusa. One ciągle krwawią, aby człowiek nie zapomniał, że prawdziwa Miłość to całkowite oddanie, mimo bólu, choroby, przeciwności.
Takiej miłości nie zamkniemy w złoconych ramach, ona wyłamuje się z każdych ram i tylko serce człowieka dotkniętego tą miłością, zdolne jest ją realizować (przykład świętych).

 

Dotknij mnie

 

Zmęczona trudną drogą
Pod krzyżem usiądę
Jak pod wielkim dębem
Jego cień mnie ochroni
Od promieni słońca
Wokół tyle złudnych
Miraży pokrętnych
Trudno drogę wybrać
Gdy człowiek strudzony

 

Pod krzyżem sobie usiądę
Jak pod wielkim dębem
Przeczekam z Tobą, Jezu
Noc, gwiazdami płonącą
Po łzy Twoje, do krzyża sięgnę
Będą mi napojem ...

 

Rankiem, gdy świt się zbudzi
Jak dziecko niewinne
A Ty z krzyża zejdziesz
Do świątyń i ludzi
Prośbę mam do Ciebie
Jedyną, maleńką:
Dotknij mnie leciutko
Abym nie zaspała ...
I poszła za Tobą

 

Rozważając naszą aktywność religijną, jak choćby częste uczestnictwo w codziennych mszach, przyszła do mnie myśl (może podsunął ją mój Anioł Stróż?), iż okazując Bogu swoje przywiązanie, mamy wobec Niego szczególne zobowiązanie. Bóg „liczy” na naszą miłość i więcej od nas oczekuje niż od tzw. obojętnych osób. Dzieje się tak, bo jak to w życiu bywa, bardziej cierpimy, gdy najbliżsi nas zawodzą. Reagujemy żalem na niewierność najbliższych bardziej niż wtedy gdy doznajemy urazów od osób obcych. Myślę, że okazując Bogu naszą wierną miłość, musimy być Mu bardziej oddani, według słów Ewangelii: więcej otrzymaliście (miłość do Boga), więcej dawajcie ...
Mocna wiara jest darem, którego nie wolno zmarnować. Bóg walczy też o tych obojętnych, ale czy nie dał nam daru wiary, abyśmy Mu w tym mocno pomagali?

 

Wizyta anioła

 

Mądrość ludzka mówi
Anioł, jak duch się unosi
I ręką go dotknąć nie można
Dzieci sercem go czują
A oczy ich, widzą więcej
Choć serce moje dorosłe
Zranione mądrością świata
Ma jeszcze puste miejsca
Na tęsknotę piękną
Za dotykiem ... anioła

 

Przybył nad ranem w białej sukni
Strapiony zasmuceniem moim
Na myślach złych położył rękę
Skrzydłem, jak kołdrą osłonił
Zamknął ciepłem oczy moje
Uszy otworzył na muzykę nieznaną
Splotły się nasze ręce
W przestrzeni serca niewidzialnej
I tak trwaliśmy, jak pieta nieruchoma
Ja, córka tej ziemi
I On, książę niebieski

 

 Obudziłam się wczesnym rankiem. Chciałam zasnąć, ale w sercu  i uszach słyszałam „wykład”, jakby ktoś chciał mnie nauczać ...
Życie ludzkie to droga krzyża, cierpienia, dotrzeć do Prawdy można tylko tą drogą, akceptując bożą wolę. A cóż z radością życia ? – zapytałam. Radość (tą prawdziwą) osiąga się nie schodząc z drogi przeznaczenia bożego. Każde cierpienie – krzyż, „nałożone” przez Boga, zmierza na końcu, ku radości poznania Bożej Miłości, przytulenia się do Niej, znalezienia ochrony w Niej. Ludzie buntują się przeciwko cierpieniu, szukają ziemskich radości. Nie znajdują w nich pełnej satysfakcji. To radość chwil. Taką radość „chwil” podsuwa nam szatan, znający dobrze niespokojną naturę człowieka.
Bóg daje radość dojrzałą, piękną, spełniającą się w pokoju serca. Radość „chwil” nie daje tego pokoju, ciągle chce więcej, jest wymagająca.

 

Mój Jezus

 

Mój Jezus nosi szaty skromne
I krzyż pełen raniących sęków
Mój Jezus moknie w deszczu
I marznie przed drzwiami
Na klucz zamkniętymi
Mój Jezus karmi się łzami
Ludzi, przez świat odrzuconymi
Mój Jezus żebrze o miłość, jak biedak
Gdy my przechodzimy obok
Mój Jezus nie ma choinki z lampkami
Ani przy stole nie siada sutym
Każdego dnia szuka człowieka – lekarza
Który bandażem opatrzy Mu rany
Mój Jezus nie jest tak kolorowy
Jak na obrazach malarzy
I pieśń za Nim nie idzie
Głośna, jak chóry z katedr wspaniałych
Mój Jezus cichutko nuci
A czasem szepcze znużony
Do ludzi, którzy mijają kościoły
Puste, bogato zdobione
Mój Jezus, powiedział mi Anioł
Nie jest świąteczny, pozłacany
On jest zwyczajnie, jak my strapiony
I taki bardzo bliski ...
Codzienny

 

W czasie Adoracji Najświętszego Sakramentu, kiedy kościół był prawie pusty, skupiłam się na wewnętrznej ciszy. Przyszła do mnie myśl: jak dobrze byłoby zobaczyć realnie Jezusa. Nadal pozostawałam w ciszy, bez słów modlitwy. Gdzieś w sercu usłyszałam: Ja, niewidzialny, porozumiewam się z niewidzialnym - twoją duszą. Niewidzialne „widzi” niewidzialne. Twoja dusza rozpoznaje Mnie, gdy Mnie adoruje, rozmawiamy ze sobą. Ludzkie oczy widzą to co zewnętrzne. A to co zewnętrzne, też jest przez każdego inaczej widziane. Byłem na ziemi widziany ludzkimi oczami ... a nie rozpoznano Mnie - usłyszałam cichą skargę.

 

Przy kościele moim

 

Przystanęłaś Święta Matko
Przy kościele moim
W kamienny posąg obleczona
Na czuwaniu długim zostałaś
W deszczu mokniesz
Zimą, biały śnieg futrem Cię otula
Rękami, orła przytrzymujesz
Jakbyś sprawiedliwość zniewalała
Kazała jej czekać cierpliwie
Orzeł, ptak przestrzeni
Do nieba chce ulecieć, skargę ponieść
Na niewdzięcznych ...

 

Oczy masz Maryjo, zamknięte
Jakbyś im nie dowierzała
I sercem jedynie chciała słyszeć
Modlitwy przechodniów
Na Twojej twarzy ślady ciemne
Jak blizny po łzach
Deszcz je wyżłobił, czy rzeźbiarz?
Ciepłem palących lampek się ogrzewasz
Kroki idących do kościoła rozpoznajesz

 

Matko Święta, czuwająca przy kościele moim
Na deszcz z nieba i łez naszych wystawiona
Na mróz zimy i serc naszych narażona
Trwaj przy nas, w kamieniu zastygła
Byśmy mogli Ci szeptać:
„Pod Twoją Obronę” ...

 

Moim marzeniem, które zrealizowałam trzy lata temu, była pielgrzymka do Izraela. Jednak Ziemia Święta była ciągle w moim sercu. Pragnęłam tam znowu być, iść po śladach Chrystusa. Z drugiej strony, to kosztowna podróż. Może to tylko pycha - pytałam swego serca podczas mszy świętej. Jakby w odpowiedzi, ujrzałam wielki, piękny dywan, kolorowy, pełen mocnych barw. Sam środek tej tkaniny miał wielkie czerwone koło, centrum tego dywanu. Izrael, słyszałam w sercu, to źródło mocy bożego ducha, to sedno chrześcijaństwa. Krew Chrystusa głęboko wsiąkła w tę ziemię, jest bożą siłą, mocą i karmi pielgrzymów. To nie siła państwa, które jest nękane konfliktami - to siła Boga, który przemierzał te tereny, siła Matki Bożej, proroków i apostołów.

 

Siła miłości

 

Zraniło mnie życie cierpieniem
Jak Ciebie włócznia Longinusa
Z boku Twojego krew trysnęła i woda
Z mojego serca, miłość do Ciebie

 

Miłością daną mi tak nieoczekiwanie
Zalepiam ranę, jak pszczoły, plastrami miodu
Słodyczą napełnia się dusza moja
Gdy dzielę Twoje cierpienie, z moim

 

I choć po ludzku ból noszę w sobie
Jak żołnierz zraniony w walce
Mam dziwną siłę, klęcząc przed Tobą
I ufność nieodpartą

 

O jedno proszę Cię Jezu, mój Panie
Gdy znowu świat zrani me serce
Bądź Weroniką, twarz osłoń chustą
Jak Szymon, pomóż, ponieść krzyż dalej

 

Przed mszą świętą zastanawiałam się jak to się dzieje, że ludzie tak łatwo usprawiedliwiają swoje zachowania. Często mówią, że czynią to w imię miłości do drugiego człowieka, a raczej, myślę, w imię miłości do samego siebie. Chodzi tu o łatwość rozwodów, usprawiedliwianie pewnych zachowań seksualnych, wróżby itp. Tolerancja, to słowo staje się hasłem, ale czy dobrze pojętym. Tolerujemy wokół siebie tyle zachowań, które powinny być moralnie oceniane. Zachowujemy się jakby nie istniało pojęcie grzechu. Obserwuję to w telewizji, prasie, podczas dyskusji o życiu. Padają słowa: mam prawo do szczęścia (trzy, cztery małżeństwa), mam prawo do wolności (aborcja), mam prawo być homoseksualistą, bo tak czuję ... Padają argumenty o miłości, w imię miłości itd. Współczesny świat, myślę, ma duży problem z relatywizmem moralnym. To tak jakby szatan oblekł się w szaty anioła i przemawiał do ludzi, usprawiedliwiając wszelkie złe moralnie czyny. Tylko, że prawdziwy anioł, tak myślę, nosi „markowe” szaty, a diabeł przyobleka się w „podróbki”.
Naszym zadaniem (trudnym w obecnych czasach) jest rozróżnienie prawdziwej, bożej „marki” szat anioła od „podróbek” w które ubiera się szatan.

 

Smutek

 

Położyłam smutek na piasku
Wiatr go zasypał, na chwilę
Morskie fale odkryły
Odłamkami bursztynu błyszczał w słońcu
Ranił serce bólem ...

 

Położyłam smutek przed człowiekiem
Przestraszył się człowiek
Oczu mojego smutku
Recepty w popłochu szukał
Lekarstwa nie znalazł

 

Położyłam smutek na różańcu
Przemówiłam Tajemnicą Radosną
Smutek wił się jak dym z kadzidła
Próbował walczyć
Krzyż przy różańcu go pochwycił, pochłonął

 

Smutku, który nawiedzasz serca
I cień kładziesz na dusze
Nie jesteś niepokonany
Są Tajemnice Wielkie
Przed którymi i ty klękasz
Choć nie uciekasz ...

 

 

 Twarze

 

Idę ulicą, a wokół twarze
Nie dostrzegam ich wieku
Tylko nadzieje i myśli
Głęboko ukryte na dnie oczu
Twarzom wydaje się, że są różne
Piękniejsze, brzydsze
Dla przechodnia idącego ulicą
Są mijaniem, zapomnieniem
O ich indywidualności ...
Twarze przechodzą samotnie, bądź parami
Samotne lubią przyglądać się innym
Twarze w parach mają swoje sprawy
Kiedy mijam twarze na ulicy
Gnębi mnie myśl
Jak długo muszę uczyć się miłości
Do ich oczu, myśli, duszy
Abym mogła, z ręką na sercu
Powiedzieć Ci, Jezu, kocham Ciebie

 

Obudziłam się rano, spojrzałam na obraz Jezusa Miłosiernego i przyszła mi do głowy myśl: człowiek został tak stworzony, że posługuje się zmysłami, widzi fizyczną stronę świata. Dostrzega oczami, słyszy ...
Ta „zmysłowość” naszego postrzegania może prowadzić do pewnej rutyny, a nawet rozproszenia (dotyczy to mszy świętej). Jeśli nie dotknie nas mocna łaska wiary (widzenie duszą, sercem), nie przełamiemy naszej „fizyczności”. Będziemy widzieli jedynie zewnętrzność obrządku (wystrój ołtarza, wygląd księdza etc). Uczestnicząc w mszy świętej, nabożeństwie, powinniśmy modlić się o duchowy kontakt z Bogiem i przełamać postrzeganie fizyczne i patrzeć „okiem duszy”. Oddajemy Bogu cześć, klękając, patrząc, słuchając słów Pisma Świętego. Do tego służy nasza zmysłowa strona człowieczeństwa, tak zostaliśmy stworzeni. Aby jednak słuchanie i patrzenie nie było tylko na poziomie „fizyczności”, potrzebne jest z naszej strony zaangażowanie serca. Wiadomo, że „zmusić” człowieka do miłości, Bóg nie chce - dał nam przecież wolną wolę. Myślę jednak, że gdy Bóg raz dotknie człowieka łaską doświadczenia Jego Miłości w mszy świętej, to wtedy „odrzucimy” naszą zmysłowość postrzegania, rozproszenie, rutynę czynności i otworzymy się mocno na doznania duchowe. Każda msza będzie wówczas spotkaniem osobistym, pełnym miłości, a nasze oczy, uszy „otworzą się” na Słowo, które nas silnie przeniknie i nie „zniknie” po wyjściu z kościoła i zanurzeniu się w codzienności.

 

Cisza, która słucha

 

Są chwile, utkane w mistycznym świecie

Rodzą się na granicy snu, spadają do serc perełką

I dotykają nas … bez dotyku

Samym spojrzeniem, lekkim poruszeniem wiatru

Są one w modlitwie, snującej się gdzieś między niebem a ziemią

Chwile te, podobne są do jaskółek ze źdźbłem trawy w dziobie

Źdźbłem, ze świata, gdzie czas nie istnieje

Ze świata wieczności …

 

Dotknęłam takiej chwili nieoczekiwanie

Może jaskółka upuściła swoje źdźbło trawy obok mnie?

Może anioł na moment uchylił drzwi własnego świata?

Jak ktoś bardzo spragniony, schowałam tę chwilę w sercu

Tajemniczy dar

Darem tej chwili była … cudowna Cisza

Nie próżnia, lecz cisza żyjąca

Drgająca światłem, ruchem perełek wody, drobinami pustynnego piasku

 

Ta Cisza … słuchała, choć była milcząca

Pływała w niej moja szczęśliwa dusza

Bez dotyku, bez słów, poznawała twórczą moc tej ciszy

Moc miłości, pokoju i radości prześwietlonej światłem ciszy

Przeminęła chwila, ten moment tajemniczego spotkania

Może jaskółka podniosła upuszczone źdźbło trawy, odfrunęła?

Może wystraszył ją hałas budzącego się dnia?

Nie straciłam jednak pamięci tego daru ciszy

                   Jest ze mną, w milczącej bieli świętej hostii.

 

Jak drzewo

 

Potykam się o życie moje
Jak drzewo wyrwane podczas burzy
Wiatr historii je niesie
Mojej i mojego narodu
Podczas ciszy bezwietrznej, deszczu łagodnego
Próbuję się na nowo zakorzenić
Często na ugór trafiam, piasek pustynny
Opadłe gałęzie ku słońcu wznoszę
Błagając o życie
Ja człowiek, jak to drzewo, szukam ...
Szukam Tego, który kazał mi istnieć

 

Na pustynnym polu, krzyż wbity w ziemię
Drzewa wyrwane wichurą
Oplotły go jak korona
Przywarły, jak przy murze obronnym
I trwają, sycąc korzenie, aby zakwitnąć
Otoczyć krzyż nowym lasem
Mają źródło wody sycącej
Cień przed palącym słońcem
A nocą sen spokojny

 

Układam swoje życie
Obok życia zakwitającego pod krzyżem
Słucham rozmów pięknych
Między Niewiastą a Panem Krzyża
A korzenie mojego życia żywią się
Mocniej wrastają
Gdy wrogi wicher zawiewa
Pochylam się tylko
Przylegam do ziemi i trwam
W bezpiecznych ramionach Pana Krzyża

 

Poprzez eliminowanie wiary w Boga jako źródła człowieczeństwa, świat skupia się na fizyczności człowieka (wartość urody, młodości, towarów). Obserwując współczesną literaturę, sztukę, widzę w niej zawarte kompleksy współczesnych ludzi, brak idei wyższych. Odrywanie człowieka od Boga sprawia, że zapominamy o tym, co w człowieku jest najważniejsze - o pięknie jego duszy. A przecież najpiękniejsze dzieła powstały w wyniku tego niepokoju we wnętrzu człowieka, przekonanego, że nie jesteśmy tylko ciałem. Świadomość posiadania duszy (którą się tak wyśmiewa) sprawia, że człowiek zwraca się ku Bogu - Najwyższej Miłości.
Jak tłumaczyć czyny miłosierdzia, patriotyzmu, poświęcenia życia - jeśli nie istnieniem wartości ponad cielesnej. Gdybyśmy nie mieli tej świadomości, wynikającej z wiary w Boga i w duszę daną nam przez Niego, nikt nie dokonałby czynów wykraczających poza zwykłą ochronę własnego życia. Życie jest wartością nadzwyczajną, nie tylko ze względu na ciało, ale także ze względu na duszę, klejnot otrzymany przy urodzeniu.

 

Tęsknota

 

Tęsknota jest jak człowiek
U bramy Nadziei stojący
Bez klucza ...
Jak pejzaż piękny we śnie
Farbami go nie odtworzymy
Tęsknota jest jak pieśń słyszana w sercu
Nutami jej zapisać nie można
Jak wędrówka przez las gęsty
Za światłem ponad drzewami
Tęsknota jest łaską
Pielgrzymuje z człowiekiem przez życie
Prowadzi pod Krzyż
Tam spotykają się
Ludzka tęsknota i Miłość
Niebo i ziemia
Pod krzyżem człowiek znajduje
Klucz do bramy Nadziei
Farby do namalowania pięknego obrazu
Nuty wspaniałej pieśni
Słowa do modlitwy
Światło w lesie zagubienia
Pod krzyżem
Ludzką tęsknotę, Bóg wypełnia
Ojcowską miłością

 

Przed Świętem Miłosierdzia
Na początku mszy skarżę się Jezusowi, że nie doświadczam zwykłej ludzkiej radości ze Świąt Wielkanocnych. Myślę, że jestem niegodna tego przeżycia. Wówczas w sercu ujrzałam obraz krzyża z konającym Jezusem oraz trzęsienie ziemi. Poruszone kamienie rozpryskują się na kawałki. Te kamienie, słyszę w sercu, to symbol Mojej Męki. Przeznaczyłem ich okruchy dla dusz współczujących. Noszą one w sobie te odłamki, które przypominają im o Mojej Męce. Odłamki kamieni raniąc życie tych dusz, nie pozwalają im zapomnieć o Mnie, szczególnie wówczas, gdy wątpliwości, zło próbuje ich dotknąć, gdy tracą siły ...
Radość ze Zmartwychwstania nie jest tylko formą radości przeżywania świąt zwyczajowo: procesje, święcenie pokarmów, spotkania rodzinne. Prawdziwa radość duchowa jest też pamięcią dla kogo Jezus zmartwychwstał. Taka radość budzi głęboką refleksję, nierzadko bolesną, o odpowiedzialności za własne życie - stąd często ma poważny wymiar. Dziwny zbieg okoliczności, tego dnia, już po moich rozważaniach, ksiądz czytał fragment Ewangelii o odrzuconym kamieniu, który stał się kamieniem węgielnym. Później w nocy „przyszedł” do mnie wiersz o Bożym Miłosierdziu.

 

Ramiona Miłosierdzia

 

Miłosierdzie Boże ma oczy Jezusa
Konającego z Miłości
Miłosierdzie Boże czeka jak pielgrzym na pustyni
W poszukiwaniu oazy ludzkiej duszy
Miłosierdzie Boże jest cierpliwe, wyczekujące
Nie przyspiesza kroków wątpiących
Miłosierdzie Boże ma dłonie Jezusa błogosławiącego
Nawet tych, którzy Go nie widzą
Miłosierdzie Boże czeka na progu świątyni
Pełne łask, jak kosze Wielkanocne
Miłosierdzie Boże przebacza, zapomina
Jest jak ptak, który zniża lot
I nie wybiera pól pełnych ziaren
Miłosierdzie Boże ma oczy Jezusa
Nie lęka się bólu, głodu, cierpień, krzyża
Wypija nawet kielich goryczy
Miłosierdzie Boże czeka w deszczu, burzy, potopie
Za dnia i w nocy
Jak Ojciec Miłosierny otwiera ramiona
Dla dusz synów marnotrawnych

 

Jest noc, nie mogę usnąć, mam wrażenie, że jest to dla mnie dziwny czas czuwania. W piątkowej części nowenny, Jezus polecił modlić się za dusze czyśćcowe.
Słyszę dziwny głos, który wyjaśnia, że śmierć jest przejściem z jednego świata do drugiego. To jakby „prześlizgiwanie się” przez wąski otwór ... ku światłu. Określiłabym to jako swoiste „drugie” narodziny. Zostaje ciało, a my, nasza dusza, zdążamy dalej, jakby w koniecznej dla nas, dalszej pielgrzymce ku następnemu światu. To przejście nie jest bolesne (jakby wąż zrzucał skórę), gdy jest w nas miłość, gotowość zmiany „świata”. We współczesnym świecie unikamy mówienia o śmierci, jakby ona nie istniała, nie dotyczyła nas. Śmierć kojarzy się nam z tragedią, a  przecież dotyczy nas wszystkich.
To doświadczenie, którego doznałam w nocy, było bardzo ciekawe - śmierć jako faza dalszej pielgrzymki ...
Często mamy tego świadomość, ale wolimy nie zastanawiać się nad tym, jakbyśmy byli tylko związani sprawami ziemskimi.

 

Gdy Bóg dotyka

 

Jest taka rozpacz i myśli płaczące
Nie gasi ich żadne ludzkie słowo
Bezbronni stajemy twarzą w twarz, tragedii
Pytamy: dlaczego?
A wokół twarze i oczy zamknięte
A usta - milczące ...
Wygrażamy dłońmi w pięści zaciśnięte
Czasem opuszczamy jak zwiędłe kwiaty

 

Jest taka rozpacz i myśli płaczące
Dla których nie ma leku, ani zioła
Ale jest Ktoś, kto rozpozna dno ludzkiej rozpaczy
Kto zanurzy w sercu miłosierne dłonie
A gdy Go wezwiesz modlitwą, zginając kolana
Dotknie twej rozpaczy, przytuli, ogrzeje
I choć ona nie zniknie, jak spalona świeca
Kiedy Bóg ją dotknie
Stanie się ... błogosławiona

 

 

Znaki Miłości

 

Jak ptak wijący gniazdo

Dla nowego życia  

Szukam słów, miejsc świętych

Ożywiających mą miłość do Ciebie, Jezu

 

Ognia Twego pragnę

Topiącego, zamarzające w powszedniości, sople uczuć

Rozbudzenia pragnę, głodu miłości

Który trwa i nie przemija

 

O dar modlę się, ustawicznej pamięci

Przeżyć pięknych, w spotkaniach z Tobą

Na Synaju, w Ziemi Świętej

W sanktuariach, ręką Maryi, pobłogosławionych

 

Proszę o głos Twój, przez ciemność myśli, przenikający

O światło, w rozumieniu Twego życia na ziemi

O znaki maleńkie, Twej obecności

Które, dzięki Twej łasce, rozpoznaję

 

Z tych małych, świętych znaków

Jak ptak ze źdźbła trawy

Gniazdo budować będę, dla nowego życia

Dla poznania Ciebie w Eucharystii

 

Ucz mnie rozmowy z Tobą w adoracji

Sercem czystym, wypełnionym Twoim pokojem

Daj oczy, które widzą Cię za dnia

I uszy, które słyszą Cię w nocy

 

Prowadź mnie od stacji do stacji, swej Kalwarii

Aż swoim życiem, wypełnię je

I niech Twoja cierpliwa Miłość, zaczeka

By miłość nasza, mogła się spotkać, pod krzyżem.

 

Przed mszą świętą zastanawiałam się czym jest moja wolna wola. Chciałabym, aby moja wolna wola była zgodna z wolą Boga. W wyobraźni zobaczyłam okno, przez które patrzyłam na postać Pana Jezusa. Pomyślałam: chcę otworzyć to okno, żeby mnie nie oddzielało od Jezusa. I wówczas usłyszałam cichą odpowiedź, nieco żartobliwą, ale dającą do myślenia: przecież okno otwiera się od wewnątrz i tylko ty możesz go otworzyć. I wtedy zrozumiałam, że to była odpowiedź na moje pytanie dotyczące wolnej woli. Rozumiem przez to, że otwarcie okna, czyli oddanie mojej wolnej woli Bogu, jest z mojej strony wielkim zaufaniem do Boga i oddaniem bez lęku siebie - Bogu. Nie chroni mnie wtedy żadna „szyba” moich wątpliwości i lęku i świadomie poddaję się całkowicie działaniu woli Boga.

 

Boża wola

 

Czasem życie czyni nam niespodzianki

Los, który wydał się nam

Zgodny z wolą naszą

Jak mur domu, bezpiecznie stawiany

Burzy plany dotychczasowej budowy

I przedziwnym zrządzeniem, rzuca nas

W miejsce nieznane …

Ubranie zdjąć musimy, wygodnych przyzwyczajeń

I z lękiem szukać, w szafie duszy naszej

Stroju duchowego, do nowych zadań

Jak z misy pełnej ludzkich ziaren

Brzmiącej melodią pozytywki

Ciągle tymi samymi nutami

Bóg jedno wybiera ziarno

By uczyć je nowych, o Sobie pieśni

By mówić do niego, twarzą w twarz

O swoich boskich, wobec niego, planach

I choć naturę naszą niepokój ogarnia

A bunt i wątpliwości, szarą suknią oblekają serce

Wierzyć musimy, iż Bóg w swej świętej woli

Ma dla ziarenka … duchowe przestrzenie oceanu

Słoność wód jego, natura ziarna, odrzuca

Krztusi się, przywykła do słodyczy źródła

Bóg, darem je jednak obdarza

By słabość jego, w słonym oceanie trudów

Zamienić w mocne ramiona i rozwinąć skrzydła.

 

 

List do aniołów

 

Osłońcie mnie aniołowie
Skrzydłami swymi jak tarczą
I sił dodajcie, niebiańscy stróże
Bym strzegła wiary mych przodków
Tak dziwna dziś toczy się bitwa
O prawdę - wiary i miłości
Tak wielu fałszywych proroków
Maluje ikony nadziei
Ikony te wabią barwą
Często tak piękną jak tęcza
Wielu ludziom wzrok słabnie
Niewolę z wolnością ... mylą

 

W ikonach nowych proroków
Nie ma krzyża z Chrystusem
Na szyjach błyszczy jak medal
Ozdobą jest kolorową
Fałszywi prorocy piszą
Nową biblię dla ludzi
Miłość w niej twarz ma młodą
Prawda wstydliwie się skrywa
Nadzieja ma kształt pieniądza
A wiara to martwy relikt

 

Osłońcie mnie aniołowie
Przed światem ikon współczesnych
Zapiszcie rylcem rzeźbiarza
Pokorę i mądrość świętych
I jeszcze o jedno proszę
W postscriptum mojego listu
Wesprzyjcie mnie w ludzkiej nadziei
Iż prawda zwycięży fałszywych proroków

 

Na dzisiejszej mszy świętej była młodzież przystępująca do bierzmowania i dzieci oczekujące na chrzest. Ofiarowałam tę mszę w ich intencji. Zrobiłam to z pewnymi wątpliwościami, będąc bardziej skłonna poświęcić tę mszę własnej rodzinie.
Usłyszałam wtedy w sercu: ofiarowanie mszy za osoby, które ci się nigdy nie odwdzięczą, bo nie wiedzą o twojej intencji ofiary, jest cenniejsze niż ofiara za osoby bliskie.

 

Komunia

 

Kiedy przychodzisz do mnie w komunii, Jezu
Powinnam słyszeć śpiew chórów anielskich
I trąby głośno brzmiące
Ale nie słyszę ...

 

Cicha pieśń unosi się w kościele
Pośpieszne kroki wiernych słychać
Latem ptaki za oknem trele wznoszą
I głos kapłana: Oto Ciało Chrystusa

 

Smak chleba w ustach taki powszedni
Jak ten, który spożywam codziennie
A przecież cud stał się nieziemski
Jezus zawitał we mnie

 

Milczę i szukam wielkiej ciszy
Abyś Ty mówił do mnie, Panie
W kontemplacji zanurzam siebie
Sięgnęłam po Twoją Miłość, Jezu

 

Szukam Twych oczu, spojrzenia pełnego miłości
W nim pragnę Prawdę jedyną wyczytać
Jak piękny, niebiański to moment
Gdy Bóg ... dotyka człowieka

 

I myślę, że w tej radosnej chwili
Gdy Jezus uświęca mą duszę
Milkną nawet anielscy śpiewacy, na trąbach nie grają muzycy
To błogosławiony czas - wielkiej, świętej ciszy

 

Dziesięć dni temu wyruszyłam wraz z mężem na pielgrzymkę do Medjugorje i odczułam wielkie błogosławieństwo tej pielgrzymki. Modlitwa, różaniec spływały obficie z ust pielgrzymów, także uśmiech i pogoda ducha. Ludzie mówili o wielu łaskach jakich doświadczyli. Moją pielgrzymkę oddałam w intencjach Świętej Maryi. Niczego nie żądałam, o nic nie prosiłam, a te dziesięć dni spędziłam, jakby unosząc się ku niebu. Byłam świadkiem (02.05) objawienia się Maryi jednej z widzących.
Chciałabym podzielić się kilkoma wrażeniami. Podczas mszy świętej w kościele św. Jakuba, doświadczyłam „widzenia” Matki Bożej, miała czoło przesłonięte białym materiałem, na głowę narzucony niebieski, długi welon. Widok ten przypominał trochę strój zakonny. Pomyślałam, że może to gra mojej wyobraźni. Kiedy oczekiwaliśmy w wielkim tłoku (02.05) na Miriam, która tego dnia miała spotkanie z Maryją (dzieje się to każdego 2-go dnia miesiąca), wszyscy czekaliśmy na godz. 10. Było gorąco i trudno nawet było ustać. Pomyślałam - jeszcze całą godzinę trzeba być w tym tłumie. I nagle nad budynkiem ujrzałam, jakby na ekranie, postać Matki Bożej, podobną do tej, którą widziałam w kościele. Płynęła jakby na obłoku i pomyślałam - znowu gra wyobraźni. Ale w tej samej chwili twarz Miriam przybrała nieziemski wygląd i rozpoczęło się spotkanie z Maryją. Miriam powiedziała, że Matka Boża nie była ani smutna, ani wesoła. Spisane orędzie podano do wiadomości.

 

Medjugorie

 

Wspinam się na Górę Objawień
Kamienistą drogą
Przy stacjach Drogi Krzyżowej na Kriżewac
Rękami dotykam głazów
Bronię się przed upadkiem
W tej pielgrzymiej podróży
Tajemnice odkrywam tego miejsca
Nie moje wątłe siły podnoszą mnie w górę
Nie moja ludzka wiara
Każdy kamień to paciorek różańca
Stawiam na nim stopy
Maryja unosi wyżej
Ku Bogu
Kamienie omodlone modlitwami
W różnych językach
Wyślizgane od ludzkich nóg
Prowadzą ku nadziei
Na tej trudnej drodze
Pielgrzymi nie mają wieku ani chorób
Każdy dostaje bagaż
Miłość Maryi
Różaniec w ręku, stopy na kamieniach
Głowa w niebie
Jak łatwa może być droga, nawet po głazach
Z bożą miłością na ramionach
Dzięki Ci Maryjo Święta za Medjugorje
Dzięki za miłość do Jezusa
Która dotknęła moje serce

 

 

Tak daleko, a tak blisko

 

Gdy świąteczny rozgardiasz ogarnia domy

Gdy szeleszczą kolorowe papiery

A choinki rozjaśniają błyszczące światełka

Świat nasz zamienia się w świąteczny korowód

Barw i smaków wigilijnych potraw

Myślę wówczas o skromnych, biedą

I bogatych Duchem, Narodzinach Jezusa

Myślę też o tych, którzy odeszli …

Dla nich zapalam znicz na zimnym kamieniu

Niech płonie nadzieją, naszych dawnych wigilii

 

I dziwny obraz przychodzi mi na myśl

Korytarz wąski, po obu stronach, drzwi

My, żyjący, z kluczem do naszego życia

Niezdolni naszym kluczem, ich drzwi otworzyć

A oni – są tak blisko … i zarazem daleko …

Ich modlitwa zasiada z nami, dzieli się opłatkiem

I choć puste są ich talerze, puste krzesła

Ozdabiają miłością nasz wigilijny stół

Przypominają, że wspólnym kluczem do ich świata … i naszego

Jest miłość, rodząca się w betlejemskim żłóbku.

 

Zastanawiałam się przed mszą, jak trudna jest ewangelizacja. Często osoby religijne źle oceniają tzw. niedowiarków. Ujrzałam w wyobraźni konny wóz i samolot. Co to znaczy? Ktoś (może Anioł Stróż) wyjaśniał mi tą zależność. Są ludzie, którzy wędrują przez życie konnym wozem, muszą doświadczać wiele, widzieć, przekonywać się, po prostu uczyć się swojej drogi pielgrzymowania przez życie. Spotykają wiele miejsc, ludzi, ulegają im. Droga do Boga jest dla nich długa, powolna, tak jak podróż konnym pojazdem. To nie znaczy, że jest gorsza. To też nauka. Może taki sposób „podróżowania” wybrał dla nich Bóg? Dla innych Bóg wybrał samolot. Moment olśnienia, przeznaczenie dla jakiegoś wyższego celu, wtedy ludzie ci dochodzą do wiary szybką drogą (samolotem). Myślę, że obie drogi są dla Boga cenne. Dlatego nawracanie na wiarę w Boga to niezwykle trudne i delikatne zadanie. To kapłański trud, rozpoznanie ludzkiej duszy i jej przeznaczenia w drodze do Boga.

 

Nie jestem posągiem

 

Nie jestem pięknym posągiem z alabastru
Ani podziwianą postacią z marmuru
Nie wzbudzam zachwytu w oczach
Rzeźbiarzy tego świata, wspaniałych
Ani słów moich nie powtórzą potomni

 

Człowiekiem jestem tak niezwykle kruchym
W choroby i bóle, ciało moje obleczone
Ale to do mnie, do ciebie, człowieku
Maryja wyciąga ręce swe spragnione
To na naszą miłość czeka lata całe
To nasze dusze pragnie błogosławić

 

Cóż mogę Ci dać w zamian, Maryjo
Za Twoją miłość do ludzi na ziemi
Złożone ręce, różaniec z modlitwą
Trochę łez maleńkich, niech grzeją Twe ręce
Westchnienia, pielgrzymki do miejsc uświęconych
Trud dnia codziennego, obietnice poprawy
Myśli nabożne i msze święte
I codzienne, przepraszam, za serce niepokorne

 

Nie jestem posągiem pięknym z alabastru
Ani postacią z marmuru trwałego
Ale mogę się schylić u stóp Twoich, Matko
I w Twoich intencjach oddać życie moje
Kiedy czołem dotknę Twoich stóp, Mateńko
A usta moje ciepło Twe poczują
Ja, człowiek, z ciała tak bardzo kruchego
Może pieśń usłyszę, wyśpiewa ją anioł
O wielkiej miłości Boga, do człowieka na ziemi

 

 

 Odpowiedź starca

 

Wędruję w tłumie drogą
Czasem ktoś upadnie
Kurz spod stóp idących
Twarz jego zakrywa
Tłum jest gniewny, śpieszący
Jakby cel znał, wiedział dokąd zmierza

 

Próbuję wydobyć się z tłumu
Szarpią mnie i krzyczą obelżywe słowa
Nie czyń bałaganu, nie zatrzymuj - wrzeszczą
Idziemy do celu, czas nasz drogocenny
Jaki cel? - pytałam
Nikt ... nie odpowiedział

 

Serce moje było niespokojne
Przestało bić rytmem goniącego tłumu
I dziwny refren melodii łagodnej
Brzmiał w uszach jak błagalny pean:
Zaczekaj ... pozostań ... z tymi
Co z tłumu odpadli

 

Ledwie oczy przetarłam na poboczu drogi
Uśmiechem obdarowując moich towarzyszy
Ponownie ujrzałam tłum gniewny, biegnący
Czyżby zawrócili z ustalonej drogi?
Nie - wyjaśnił starzec, obok mnie siedzący
Czasem ... cel obrany, jest tylko ucieczką

 

 Dziś poświęciłam mszę swemu synowi - to dzień jego urodzin. Przede mną stała grupka dzieci niewidomych. Jedno z dzieci, chłopiec, przystępował do pierwszej komunii. Dziwne, ale bardzo się tym faktem wzruszyłam i również poleciłam te dzieci we mszy, następnie poleciłam dzieci, które czekały na chrzest.
Jezu, powiedziałam (myśląc tak bardzo po ludzku), czy nie za dużo polecam Ci ludzi i spraw?
Usłyszałam w sercu: Podczas każdej mszy świętej przelewam całą Swą krew, a wielu ludzi nie poleca nikogo - ani żadnych osób ani intencji ... Ileż Mojej krwi spada do kielicha nadaremno, a krew ta mogłaby błogosławić. Niczego ani nikogo za dużo ... do polecania we mszy świętej!

 

Moim jesteś ...

 

Jest takie uczucie
Jak skryty zabójca dopada człowieka
Łamie kręgosłup wiary
Rozkwitającą miłość
Tlącą się nadzieję
Przygniata człowieka do ziemi
Zasypuje piachem beznadziei
Ręce przyjaciół topi we mgle
Słowa miłości w głaz milczenia zamienia
Rani tonami pieśni oskarżającej
Unosi się nad skulonym w bólu człowiekiem
Jak sęp triumfujący
Lęk ...

Dał ci ten lęk, człowieku, sęp piekielny
W ucho szepnął oszustwo wielkie
Abyś uwierzył, że ...
Jezus nie zmartwychwstał
I nie ma Go przy tobie ...
Abyś nie miał wiary, nadziei i miłości
W wielkim poniżeniu, bólu, lęku
Staje przy tobie Jezus
Podnosi się z własnego upadku
I szuka ciebie
Kładzie twój lęk na swój krzyż
A Jego oczy mówią:
Moim jesteś, nie sępa, człowieku

 

 

Obraz

 

Pośród krzywych wież wartości świata
Zła, strojnie przyozdobionego
Dobra, łachmanami okrytego
Szukam cierpliwie prawd dla swej duszy

 

Ciszą otaczam się jak nadzieją
Strojne szaty zrywam z fałszywych idei
Serce i rozum wysyłam na wolność
Niech krzywe wieże wartości prostują

 

Wzrok swój na obraz Jezusa kieruję
Na rękę Jego, z której promienie płyną
Szata Jezusa jak prosty strój zakonny
Bose nogi, niczym nie okryte

 

Do stóp Twoich pochylam się, Panie
Stóp gotowych za człowiekiem kroczyć
Nawet po cierniach i wyboistych kamieniach
Z przesłaniem o Miłosierdziu Bożym

 

Nie stoisz Jezu Miłosierny, jak ikona piękna
W postawie gotowej na cześć, uwielbienie
Twoje stopy malarz w ruchu namalował
Jakbyś z ram obrazu, do ludzi wybiegał

 

Czuję Twój pośpiech święty
Aby czas ludzki błogosławić łaską
Jak siewca, na ugorze smutnym
Dać ludziom z nasion, mannę Miłosierdzia

 

Do stóp Twoich pochylam się, Panie
Na promieniach Miłości, do serca mnie wznosisz
Dłonią błogosławisz, jak kapłan na mszy świętej
Miłosierdziem ozdabiasz, Twoją pieczęcią świętą

 

 

 

 Uwielbienie

 

Chcę wielbić Imię Twoje, Boże
I w Twoje ręce składać życie moje
Wiarę chcę mieć, że dni moje są darem
Te trudne i te łaski pełne

 

Chcę wielbić Imię Twoje, Boże
Mieć przed oczami -  Oczy Twoje
Pamiętać o Miłości, którą karmisz ludzi
I każdy jej okruszek, jak chleb, podnosić z ziemi

 

Chcę słyszeć oddech Twój, obok tchnienia mego
Ręce codziennie wyciągać do Ciebie
Jak dziecko krzyczeć ku obłokom w niebie
Niech Twoja, nie moja wola, mnie uleczy

 

Chcę mocno zaufać Miłosierdziu Twemu
Gdy rozpacz, tak ludzka, przygniata niemocą
Krzyża chcę dotknąć Twego Syna, Boże
I jak On się podnieść, z upadku każdego

 

Chcę wielbić Imię Twoje, Boże
O cierpliwość błagać, dla tych, co nie wierzą
Iż jedno westchnienie: ufam Tobie, Boże
Łaską jasności, wrogą ciemność przemieni

 

Hołd Tobie oddaję, Ojcze wszystkich ludzi
W złożone dłonie list - modlitwę wkładam
A kiedy krzyż mi wręczysz, zamiast róży świata
Daj moc, bym się tych słów miłości nie zaparła

 

 Zadałam sobie pytanie: kim jest człowiek? - i ujrzałam pięknego, dużego motyla. Jedno skrzydło było przepiękne, kolorowe (jak pióra pawia), a drugie - szare, ciemne. Usłyszałam, że tak właśnie wygląda człowiek. Pan Bóg daje piękną duszę człowiekowi, a jednocześnie rodzimy się z grzechem pierworodnym, okaleczeni przez ten grzech i dlatego to skrzydło jest takie ciemne. I dlatego musimy pracować nad sobą, aby wyczyścić to szare skrzydło, aby móc unieść się jak motyl - w naszym życiu duchowym.

 

Gdy małe staje się wielkie

 

Jak owoc dojrzały, sokami wypełniony

Gotowy, by dopełnić lotu

Z opiekuńczych skrzydeł drzewa

Myśl przyszła do mnie, dojrzałości szukając w sercu

Z pytaniem: jaka jest moja miłość do Boga?

 

Listkiem jest, w gąszczu ogromnego drzewa

Szeptów wysłuchuje innych liści

Źdźbłem trawy na dywanie kolorowej łąki

Kłaniającym się powiewom wiatru, drżącym przed wichurą

Kropelką, zatopioną w rwącej rzece

Znikającą, jakby muszką była, porwaną falami

Promykiem światła, nieśmiałym pośród cieni

Wyglądającym nadziei pełnego blasku

Kwiatkiem o małych płatkach niezapominajki

Wpatrzonym w piękno dostojne lilii polnych

Taka jest miłość moja do Ciebie, Boże

Mała, człowiecza, bezbronna

Często zagubiona, w wielkich przestrzeniach

 

Ale to Ty, Boże, jesteś jej Ojcem

Swoją Miłością, czynisz moją miłość wielką, gdy …

Liść zwiędły, jak serce zbolałe człowieka, przytulasz

Źdźbło usychające z tęsknoty, ratujesz

Kroplę, z rzeki wyławiasz, w perłę ją zamieniasz

Skromnym kwiatkiem suknie Maryi ozdabiasz

Promyk, zaledwie świecący, rozdmuchujesz, by płonął

A w dłoniach Twoich, Boże, w Twej Miłości skąpany

Liść, staje się drzewem, źdźbło, łąką pachnącą

Kropla, moc ma oceanu, cicha modlitwa hymnem się unosi

Bo Miłość Twoja, Boże, widzi to, co maleńkie

Ból słyszy, nawet w ludzkim milczeniu

A spadająca łza jest dla Boga jak odgłos wulkanu

                     Choćby tylko cichutko płynęła po twarzy.

 

 

Gdy anioł spada z nieba

 

Jestem jak człowiek spowity żalem
Wypłynął on z ciemności, bez zaproszenia
Założył mi ciemne okulary
Widzę przez nie śmieci pod murami
Niebo pełne burzowych chmur
Popękane chodniki
Kłótnię na rogu ulicy
Szurając nogami dźwigam lekki bagaż
Jak ciężką walizę
Chwila nieuwagi
Potykam się o wózek inwalidzki
Uśmiechnięta, młoda kobieta
Z wysiłkiem porusza kołami
Przepraszam, mówi ...
Najechałam na panią
I ten uśmiech, jasny, słoneczny, wesoły
Kalekiego, dobrego anioła ...
Spadły ciemne okulary
Znikły burzowe chmury
Pośród śmieci pod murem
Widzę maleńkie kwiatki
Żal, który jak hinduskie sari
Otaczał mnie szczelnie
Znikł ...
Dziękuję ci, dobry aniele, wyszeptałam
Spadłeś mi z nieba ...

 

Czas rozmowy

 

Rozmawiam z Tobą, Boże, bo tylko Ty
Słów moich nie gubisz
Uczucia moje znasz i najtajniejsze intencje

Rozmawiam z Tobą, Boże, bo tylko Ty
Zadumą świętą je otaczasz
Jak Ojciec Najmądrzejszy

Czasem w milczeniu, oczy ku Tobie wznoszę
Radosna, bo wiem, że Jesteś
I bez słów, poznajesz moją ludzką miłość

Rozmawiam z tobą, Boże, szczęśliwa i smutna
Pełna pokory i zagubiona
A Ty zawsze, cierpliwie czekasz na mnie …

Przy stole zastawionym darami siadasz
Jakbym była oczekiwanym gościem
Łaskawie patrzysz, który dar wybiorę

W rozmowach naszych, Ojcem Jesteś Miłosiernym
A gdy zawstydzona grzechem, klękam skruszona
Okno konfesjonału otwierasz

Jesteś Boże, jak Dom bezpieczny, hojny w miłość
Wchodzę do niego i karmię się jego mocą
Dającą siłę w życiowej podróży

A kiedy sprawiedliwość Twoja musi mnie dotknąć
Maryję Świętą stawiasz jak gołąbka czystego
Niech łzy pokuty zbierze i suknią nadziei otoczy

Rozmawiam z Tobą, Boże, na mszy świętej, na Drodze Krzyżowej
Słów Twego Syna umęczonego, słucham
Duszę i ciało karmię, krwią Jego i Jego ciałem

Rozmawiam z Tobą, Boże, modlitwami mego serca
Mojej duszy, zbawionej przez Twego Syna
Rozmawiam z Tobą, Boże, bo chcę słuchać Twego głosu
I Twoich Odpowiedzi … 

 

 Podczas Adoracji - kiedy klęczałam i kraty zasłaniały mi Przenajświętszy Sakrament, byłam smutna i wtedy usłyszałam: nie ma na ziemi takich krat, które stanęłyby między Mną a człowiekiem - a jeśli człowiek myśli, że istnieją, to znaczy, że sam je zbudował.

 

 Bolesna rozmowa

 

Spotykam cię w dzień i w nocy
W blasku słońca i snach niezwykłych
I choć ty, do mnie nic nie mówisz
Jesteś, na wyciągnięcie mej ręki

 

Kiedy drzewo dotykam, w jego liściach się chowasz
Ptakiem się stajesz, który śpiewem budzi
Jak anioł skrzydłem osłaniasz w kłopotach
A potem, w chmurach kryjesz się, wysokich

 

Gdy zginam kolana w modlitwie pokutnej
I pytam Boga, dlaczego cię nie ma?
Czuję, jakby ktoś płaszczem otaczał mnie miękkim
I łzy ocierał niewidoczną chustą

 

A potem razem wracamy do domu
Ta sama kanapa i zdjęcia te same
Twarz twoja tak młoda, dojrzałość jej nie tknie
A matka, synku, coraz starsza ...

 

Płynące lata bólu nie ujmują
Kształty on zmienia, choć rani tak samo
A ja, jak wędrowiec z workiem i laską tułacza
Ciągle ciebie szukam, w obcych twarzach, obok

 

Kiedy noc przyzywa do snu głębokiego
W niebo się wpatruję i pytam: gdzie jesteś?
Odszedłem, szept cichutki słyszę
Wiem synku, odpowiem ... lecz pamięć i miłość została

 

Miałam dziwny sen, ale jednocześnie niezwykle piękny. Ktoś spotkany w kościele podsunął mi różaniec. Odmawiaj go -  powiedział - i pomyśl ...
Wzięłam różaniec do domu i zaczęłam go odmawiać. A tu ... zamiast perełki - Ojcze Nasz - plastikowa piłka! Zatrwożyłam się. Pomyśl - usłyszałam - przecież to mistrzostwa Europy w piłce nożnej - stadiony pełne kibiców, emocje ...
A w kościele? Czy w kościele jest tyle ludzi co na stadionach?
A przecież na ołtarzu jest nasz największy skarb - Jezus.
Co mam czynić? - spytałam się. I wtedy ta sama osoba, która podarowała mi różaniec, położyła mi na moją rękę kilka przepięknych miniatur namalowanych na porcelanie. To były cudowne arcydzieła. Kolory tak piękne, jakich nie spotykam na obrazach. Miniatury przedstawiały Matkę Bożą, Serce Jezusa i maleńkiego Jezusa.
Módl się - usłyszałam -  i ofiaruj za ludzi.

 

 Miłość świąteczna i codzienna

 

Miłość świąteczna ubiera się uroczyście
Garnitur zakłada od ślubu
Jeśli jeszcze pasuje
Sukienkę z dobrego sklepu
Wysiada z błyszczącego samochodu przed kościołem
Na szyi złoty medalik, obrączka na palcu
Miłość świąteczna śpiewa pieśni
Wita się z sąsiadami po mszy
Co ma w sercu, tylko ona wie
Miłość świąteczna ma swoje tajemnice
Zna je Jezus, może jeszcze ksiądz w konfesjonale

 

Miłość codzienna jest ciągle spragniona
Biegnie w deszczu, śnieżycy, a nawet w chorobie
Czasem ma buty stare i płaszcz niemodny
Ale kiedy klęka przed ołtarzem
Czuje się jak w pałacu
Miłość codzienna nie błyszczy
Często ubrana jest w starość i laskę
Tylko oczy i serce ma ciągle ciekawe
Słów Jezusa, widoku hostii świętej
Miłość codzienna jest nienasycona
Rozpala się każdego poranka

 

Miłości świąteczna, piękna, ubrana w tradycję
W obowiązek niedzielnej mszy
Kiedy przechodzisz obok Jezusa
Pamiętaj, że Jego Dom, czeka na ciebie
Przystrojony miłością świąteczną ... i codzienną

 

 

 Iskra Miłości

 

Iskrą Miłości zostało dotknięte serce moje
Na pewnej mszy świętej
Tak nieoczekiwanie jak łaska niezasłużona
Radości doznałam
Unoszącej ciało ponad jego fizyczność
Jakby dusza wyrwała się ku nieznanemu pięknu
A Miłość przemawiała: pamiętam o tobie
Wpół drogi spotkały się nasze miłości
Moja, ciągle niedoskonała
I Ta, która jest doskonała
Ręce chciałam wyciągnąć i wołać: unieś mnie Panie, ku sobie.
Zabierz ze świata trudu i grzechu
Choćbym tylko szaty Twojej mogła się dotknąć.
Tak błogosławiona jest Miłość Twoja.
Jak dar, który wątłe serce objąć nie może
Jak źródło wiecznie płynącej wody
Dane nam dla radości nieprzemijającej
Dotknąłeś mnie, Panie, tylko iskrą Twej Miłości
Od żaru Twej miłości, być może spłonęłabym
Zalękniona tajemnicą Miłosierdzia
Daj, Panie, tej iskrze płonąć we mnie
Niech spala wszelkie złe myśli i grzechy
Niech jej nie gasi żaden ból i cierpienie
Daj mi, Panie
Odwagę niesienia tej radości, której doznałam
Do tych, którzy iskier Miłości, w popiołach swego życia szukają.

 

 

Siła … i Moc

 

Gdy serce twoje lęk odczuwa

Gdy siły widzi tego świata

Władzy, pychy, egoizmu, prawa niegodnego

Gdy siłaczy widzi wielkich

Poniżających słabszych

Czy nie kurczy się z bólu?

Aż odrobinką staje się piasku

Bezbronnym sercem

Strachem ogarniętym, szukającym ucieczki

Przed przemocą

Przed siłą pięści tego świata

Napinającą mięśnie do walki o prymat zła

                   Do kogo woła wtedy twoje serce?

                   Czy sił wzywa niosących zemstę?

                   Wojnę, wojną chce wygrywać?

 

Siły tego świata bronią grożą

Twarzą przebiegłą, złą, nienawistną

Ale jest ponad nimi MOC silniejsza

MOC niewidzialna, bez broni i pięści

MOC Miłości i Sprawiedliwości, niepokonana

MOC zawsze zwycięska, MOC Boga nad światem

Poznajesz Ją, gdy łzy krzywdzonym ocierasz

Gdy chlebem i miłością się dzielisz

Gdy w rozpaczy, przed tabernakulum klękasz

Gdy odwaga rodzi się w twym sercu

By bronić słabych, niewinnych

Jest MOC ponad siłami tego świata, niepokonana

                   MOC Boga

                   MOC Chrystusowego Krzyża

                   Moc Krwi męczenników

                   I MOC modlitwy wszystkich świętych.

 

 Rekolekcje w Olszy (Ognisko Miłości Marty Robin)
Podczas adoracji w kaplicy Ogniska Miłości (Olsza pod Łodzią), doznaję głębokiego bólu płynącego z krzyża Chrystusa i słyszę to pytanie: Jak Mnie kochasz, córko Moja?
Przeżycie to próbuję przekazać w wierszu.

 

 Trzykroć cię pytam ...

 

Pod krzyżem klękam w pokorze
A myśli moje milczą
Nawet czas zatrzymał się zmęczony
Jak zegar zniewolony ciszą
Usta powtarzają słowa miłości
Jakby serce kierowało dźwiękiem
Kocham Panie Ciebie ponad życie
Wielbię Ciebie ...

 

Jak Mnie kochasz, córko? - słyszę
Głos bolesny drąży mą duszę
Niepokorny obraz przed oczami stanął
Piotra, który trzy razy zaparł się Ciebie
Jakaś trwoga ogarnęła mnie mocno
Gdy ponownie z miłością spytałeś
Jak Mnie kochasz, córko Moja?
Żal „Piotrowy” dotknął mnie jak strzała
A Ty ciągle patrzący z krzyża
Trzeci raz postawiłeś pytanie ...
Ból z krzyża, jak wulkanu lawa
Ogarnął ogniem me serce
Dotknął mnie ... i zastygłam w Twym bólu
Rozumiejąc pytanie Twych oczu

 

Czy gotowa jestem, jak Szymon, mimo lęku
Którym świat doświadcza każdego
Ponieść krzyż, wraz z Tobą, przez życie
I poświadczyć swą wiarę, wiernością do bólu
W Prawdę, dla której - umarłeś na krzyżu

 

 

Dom ze światła

 

Jak architekt olśniony wizją piękna

Które na jedną, przedziwną chwilę

Dotknęło duszy

Próbuję budować dom

W mgnieniu światła ujrzany

Dom z modlitw, psalmów i błagań

Uświęcony Eucharystią, cudem Męki Pańskiej

Dom, z wielkim oknem ku niebu

Przez które wlewa się czysty błękit

Dom ze ścian, barwami tęczy malowany

Muzyka w nim gra, delikatna jak śpiew skrzypiec

Kapliczki go zdobią z żywych drzew

Pokrytych liśćmi i kwiatami

W środku, twarze – Jezusa, Maryi i świętych

W tym domu nie ma nocy, ani płaczu nie słychać

Jedynie łzy szczęścia zdobią ściany

Łzy, zamienione w odbijające światło, kryształy

Ściany, jakby z mgły, pokrywają obrazy bez ram

Na których poruszają się żywe postacie

W tym domu jest błogosławiony spokój

O jakim marzy dusza

Zniewolona ziemskim przywiązaniem

Przynoszę do tego domu, boże dary miłości

Na ofiarę, z wdzięczności za piękno tego olśnienia

A gdy noc, zasłonę na dzień zawiesza

Gdy oczom brakuje światła

Przywołuję ten dom, dla mej duszy

A ona szepcze: buduj dalej ten dom

Z modlitw, błagań i psalmów

Z czynów miłosiernych …

Dom, nie z cegieł, lecz z miłości budowany.

 

 

Korzeń ziemi

 

W pewien wieczór, patrzyłam na ciemne chmury

Rozlewające się atramentowymi cieniami

Cienie zagarniały resztki dziennego światła

Ale światło broniło się dzielnie

Chowając się w gałęziach drzew, kryjąc w trawach

Ta walka ciemności z jasnością

Była dziecinną igraszką

Muzyką, przypływu i odpływu morskich fal

Modliłam się, oczarowana tym pięknem

I wówczas …

W sercu ujrzałam przedziwny obraz

Puste pole, raczej ugór, dawno porzucony przez rolników

Ciągnął się aż po horyzont

Raptem na to puste pole

Spada … ogromny krzyż

Długą belką wbija się w ziemię

Jakby chciała się stać korzeniem mocarnym

Poprzeczne belki opierały się o ziemię

I w błagalnym, żywym geście, jak ludzkie ręce

Unosiły się ku niebu

Drzewo krzyża i światło tworzyły wokół …

Czerwony, krwawy odblask

Zapragnęłam słów wytłumaczenia

Ale milczenie, te zamknięte usta ciszy

Nakazały mi trwać … w uwielbieniu.

 

 W kościele, tuż przed mszą świętą, poczułam ogromne wzruszenie. Postanowiłam oddać tę mszę w intencji grzeszników w mojej rodzinie i bliskich przyjaciół - o nawrócenie i łaski dla nich. I wtedy zobaczyłam jakąś postać, która rozrzucała okruchy chleba, mniejsze i większe. Przede mną upadł duży kawałek bułki i usłyszałam w sercu, że każdy człowiek otrzymuje łaski, dary (okruchy). Są one na każdej drodze naszego życia. Ale często mijamy je, nie zauważamy. Taką łaską może być spotkany człowiek, modlitwa. Ale my nie dostrzegamy ich wartości, nie cenimy tego, będąc w pogoni za własnymi celami.

 

 Olśnienie

 

Tęskniłam za pięknem
Łączącym oczy, serce, duszę
W jedno tajemnicze olśnienie
Szukałam go w pejzażach przyrody
Obrazach i muzyce mistrzów
Radowały oczy, serce biło mocniej
Dusza dziwnie milczała ...
Szukałam piękna w mądrości filozofów
Pięknych strofach poezji
Serce drgało, oczy płakały
A dusza nadal, z powagą milczała ...
Szukałam piękna w ludziach
Znajdowałam je w ich sercach
Gestach pomocnych, przyjaźni, miłości
Widzisz duszo, mówiłam
Jak piękny jest człowiek!
Ale ona stała obok ...
Zamknęłam tęsknotę olśnienia
W skarbcu marzeń
Jak powieść o życiu niedokończonym ...

 

Przyszło do mnie nieoczekiwanie
W skromnym kościele, bez obrazów mistrzów
Złotych kandelabrów, organów wspaniałych
Starszy ksiądz unosił delikatnie świętą hostię
Jak piękno całego świata
Hostia rozbłysła blaskiem słońca
A promienie Jej, jak dotyk Miłości
Osiadały na głowach klęczących
Cisza tej chwili ... śpiewała hymny anielskie
A moja, niema dotąd, oczekująca dusza
Przemówiła ...
Oto twoja tęsknota

 

 

 Uwielbienie po komunii

 

Zamykam oczy
Na światło świata zewnętrznego
W białym opłatku eucharystii
Który zagościł w moich ustach
Smakuję kroplę krwi Jezusa
Zbawiającą
Czasem czuję słoną łzę
Czasem słodycz miłości
Tajemnicą rozlewają się w mojej duszy
Moja ludzka miłość, ludzkie łzy
Mieszają się
Z Jego cierpieniem, Jego obecnością
Karmią duszę zagłodzoną
Bólem ludzkich rozterek
W tej pięknej chwili komunii
Boga z człowiekiem
Słowa zasypiają, jak ptaki odpoczywające
Na świętych obrazach
Słodkie milczenie wije gniazdo
Dla kropli miłości
Słychać szum skrzydeł aniołów pracowitych
Rozgarniających zasłony ku światu
Z którego Bóg wyciąga rękę do człowieka
O Jezu, uwięziony w moich ustach
Wypełnij Sobą serce i duszę moją
Obdarz darem Swojej Miłości

 

 

Bliżej nieba

 

Aby wielkość Boga poczuć

W tym świecie codziennych drobiazgów

Wobec gór majestatu stanąć trzeba

I jak ptak, wznieść się samotnie

Na szczyt, by bliżej być nieba

Samotność swoją oblec w medytację ciszy

I słuchać w milczeniu, co nam serce mówi …

I choć lęk nas ogarnia, a samotność boli

Z ufnością uwierzyć w Oczy Boga

Patrzące na nas, w trudzie duchowej wspinaczki

Aby wielkość Boga poczuć

W świecie przyziemnych drobiazgów

Stanąć trzeba samotnie, nad brzegiem morza

I na wschód słońca patrzeć

Jak na zwiastuna duchowej nadziei

I nie bój się chwil tych samotnych

One zamilkną, przed pięknem tego widoku

A serce twoje, na wielkość otworzy się, Boga

Modlitwę poznasz, dotąd samotną w twym sercu

Ona czekała, byś mógł ją Stwórcy powiedzieć

Wtedy zejdziesz z góry wysokiej

Z duchowej wspinaczki do Boga

Opuścisz brzeg morza, ze wschodem słońca

Jezusa poszukasz, w monstrancji skrytego

Modlitwę Mu poślesz, którą serce odkryło

W tajemniczej bliskości … z niebem.

 

Gietrzwałd. Podczas Adoracji Najświętszego Sakramentu, oddaję cześć Matce Bożej.
Jesteś dla mnie Matką - mówię - i widzę obraz sprzed kilkudziesięciu lat. Jestem przed oknem domu, w którym urodziłam się, mam dopiero kilka lat. Moja mama miała w zwyczaju podawać mi kubek ciepłego mleka przez okno. Kochałam ten zwyczaj, piłam mleko powoli jak cudowny nektar. Pewnego dnia mleko nie było dobre ... jakieś gorzkie. Od tej pory odczuwałam do niego niechęć.
Nagle słyszę w sercu: to mleko (ciepłe i dobre) - to pokarm, jaki daję ludziom. Moje łaski, które są przez nich docenione, żywią ludzkie serca bezpieczeństwem i miłością. Kiedy dorastacie i wchodzicie w życie, to wtedy mleko, które było dla was pożywieniem, jest „zatruwane” przez świat goryczą ... To są grzechy tolerowane przez was i brak ufności dziecięcej. Zatruwa się cudowny smak pokarmu Moich łask ...
Ja, jak twoja matka, nadal karmię mlekiem - pokarmem słodkim jak miód. Przychodźcie do Mnie, a odzyskacie jego smak, smak Moich łask, które poczujecie jak ufne dzieci, tak jak ty, gdy go smakowałaś z radością. Przy Mnie odzyskacie tą radość.

 

Ludzka pokora

 

Przed obrazem Twoim świętym
Z pokorą klękam, Matko Święta
I głos słyszę, jakby obraz pytał
Czymże jest twoja pokora?
Jakie ma ramiona?
Ile bólu gotowa przytulić?
Ile zranień pomieścić?
Jaka jest ludzka pokora?
Kolana zgięte w modlitwie
Tak szybko bolą
Słowa modlitwy ulatują
Czas pokory człowieka taki krótki
Przemija, nagrody oczekuje
A potem
Nogi wyprostowane, głowa uniesiona
Słowa niepokorne
Ramiona zamknięte na ból bliźniego
Czymże jest twoja pokora
Dzwon na Anioł Pański rozbrzmiewa
Głośnym pytaniem
Przypomina
O Twoim fiat, Maryjo
Twojej zgodzie na zaufanie Bogu
Twoich oczekujących ramionach
Szeroko otwartych dla każdego
Nawet dla tych
Którym trudno uklęknąć
Przed Twoim świętym obrazem
Twoją świętą pokorą

 

 

Gdy miłość dojrzewa

 

Człowiecza miłość do Ciebie, Jezu

Dojrzała pragnie być, piękna

A jest …

Często jak ptak niezdarny

Który wypadł z gniazda, na wysokim drzewie

Jego skrzydła słabe, nie uniosą wysoko

Ponad przyziemne smaki, zapachy, uczucia

Ponad zeschłe liście …

Obok niezdarnego ptaka

Idzie życie, niesie miłość, obojętność, nienawiść

Ktoś podniesie małą niezdarę

Potrzyma w dłoni, współczuje … ale spieszy się

Nie poczeka na samodzielny lot ptaka …

Ktoś spojrzy z nienawiścią

I ledwie rodzące się życie, próbuje zabić

Złym słowem, gestem

A słaba, niezdarna miłość

Czeka na Samarytanina, o dobrych dłoniach i oczach

Czeka na człowieka z krzyżem

Na Ciebie, Jezu

Abyś podniósł słabą, niezdarną miłość

I poczekał …

Poczekał, aż nabierze sił w skrzydła

Aby ulecieć, piękna i dojrzała

Szybując wysoko, ku niebu

Do rodzinnego gniazda

Na wysokim drzewie, bożej Miłości.

 

 

Powrót do mojego Anioła

 

Sen dał mi, dar obrazu

Widziałam dziecko, idące po zielonej trawie

Trawa, zadziwiała soczystością

Wypełniona była zieloną, płynną rosą

Dziecko szło same, ale nie samotne …

Podążała za nim postać anioła

Rozmawiali, zespoleni bliźniaczym węzłem

Sięgnęłam głęboko w pamięć, przerzucając kartki lat

Odgarnęłam kamyki raniących wspomnień

Zeschłe liście zmartwień

Ciągle tlące się iskierki nadziei i radości

Szukałam … wspomnienia serca

Wspomnienia o dzieciństwie z aniołem …

Miał skrzydła jak ramiona łabędzia z białego puchu

Słyszałam jego ostrzeżenia, pocieszenia …

 

Był realny jak człowiek, tylko piękniej ubrany

Myślałam, że mogę go zostawić, opuścić

Pójść przed siebie, a on będzie czekał …

I poszłam, przez drzwi dzieciństwa … w dorosłość

Dorosłość, najgrubsza struna instrumentu życia

Napięta, oporna na delikatność

Wymagająca siły, odporności

Zasłuchana w jej dźwięki

Nie słyszałam głosu „bliźniaka” z dzieciństwa

Ale on, mnie widział, słyszał

Obejmował swymi ramionami z łabędziego puchu

Trwał, w miejscu gdzie go porzuciłam

W sercu …

I czekał cierpliwie, aż do niego wrócę

Aż przypomnę sobie o jego miłości.

 

 W czasie Adoracji przed Najświętszym Sakramentem modlę się własnymi słowami: Jesteś Jezu cudem, przed którym klękam - ja, proch marny ...
Słyszę dowcipną ripostę, jakby odpowiedź na moją nieco egzaltowaną modlitwę ...
A po co cud ... cudowi? Cud jest właśnie dla takiego jak ty ... prochu marnego.

 

Słowo boże

 

Są msze i rekolekcje w życiu chrześcijanina

Przyswajane jak chleb powszedni

Słowa, od lat te same, płyną z Biblii Świętej

Karmiąc nas ze źródła Objawienia

Nierzadko umykają pamięci

Za zasłonę spraw codziennych

I to, co powinno poić winem świątecznym

Odpływa gdzieś w zapomnienie …

Lecz są też chwile święte

Błyskami są daru bożego ducha

Duszę porywają w miłosnym uścisku

Unoszą ją ponad powszedniość

A słowa, które słyszymy

Światłem natchnionym przeniknięte

Smaku nabierają eucharystycznego chleba

Jakbyśmy je pierwszy raz usłyszeli …

I żyją w nas, młodym, ożywczym winem

Wyryte w duszy trwałym znakiem

Wrażenie mamy, iż rzeźba kamienna postaci

Którą dotąd mijaliśmy w spacerze rytualnym

Żywą się stała, oczy jej patrzą na nas

Ręce się do nas wyciągają

W zadziwieniu stajemy, dotknięci tym przeżyciem

W tajemnicę wkroczyliśmy niezwykłą

Tajemnicę spotkania, z żywym słowem bożym.

 

 

 Ludzkie anioły

 

Anioły z mojego dzieciństwa
Unosiły się w świetlistych kręgach
Jak piękne, nieziemskie istoty
A ich bose stopy nie dotykały ziemi

 

Wyrosłam z dzieciństwa, jak z sukienki w kwiatki
I moje anioły sprowadziłam na ziemię
Chodzą teraz przebrane w bluzki, palta, sutanny
Przebiegają obok mnie na ulicy

 

W kościele słyszę ich kroki
Szurają nogami, stukają laskami
Zajmują ławki na porannej mszy
Uśmiechają się do znajomych twarzy

 

Moje anioły sprowadzone na ziemię
Robią zakupy, są zmęczone, liczą niewielkie pieniądze
Ratują chorych słowem dobrym i herbatą
Śmieją się i płaczą wzruszone

 

W moich aniołach bije wielkie serce
Zawsze gotowe przelewać miłość
Na tych, którzy w nią zwątpili
Choćby dobrym gestem, spojrzeniem współczującym

 

Chodzą w butach, często niewygodnych
I nie mogą unosić się nad ziemią
Potykają się o krzywe chodniki i trudne życie
Spieszą się, gdy wzywamy je na pomoc

 

Dziękuję Ci, Boże, za oczy, które widzą
Aniołów przebranych za ludzi
Dla mnie są jak bose, piękne anioły
Z mojego dzieciństwa

 

 

 

Otwórz oczy moje, Panie

 

Jeśli serce wypełnia pyszna miłość własna

Ślepym się ono staje na cuda codzienne

Jak koń w zaprzęgu, lub rycerz błędny

Szukamy wymyślnych, nieznanych diamentów

Gdy wokół nas, Bóg sieje swe dary, świętą ręką

 

I czasem trzeba czasu, wielu lat błądzenia

Za skarbem wymyślonym, który nie istnieje

By dnia pewnego, z siwizną na głowie

Odkryć znaki miłości bożej

Obok których, z lekceważeniem, przebiegliśmy

 

Były dni, gdy w zmartwieniu wielkim

Ktoś nam uśmiech posłał, nieśmiały gest ręki

Zachmurzeni jak niebo podczas ciemnej burzy

Grzmotem gniewu, odprawiliśmy dar anioła stróża

W deszczu się zanurzając, własnej udręki

 

Po latach wspominamy dni dzieciństwa słodkie

Ciepłe mleko rodziców, dar bożej opieki

Słońce tamto wydawało się gorętsze

Msza niedzielna miała zapach kadzidła i kwiatów

Modlitewniki rodziców, kusiły tajemnicą świętą

 

Zapach dnia codziennego był tak bezpieczny

Trwa w nas jeszcze, zasuszony gdzieś w pamięci

Czy nie był to dar, miłości bożej, dla naszego serca?

Mały cud, wyczarowany, dla małego dziecka

Z uśmiechu Stwórcy, szczodrego w dawaniu

 

Dorośli, pyszni, o miłość walczymy, szablą, a nie sercem

Jakbyśmy siłą chcieli wydrzeć niebu, wielkie dary

Depcząc małe kwiatki cudów, smaku ich nie znamy

Ślepniemy na łaski przez Boga zesłane

Małe cuda codzienne, lecz wielkie, bo przez Niego, dane

 

I tylko klęknąć trzeba przed ołtarzem Pana

W modlitwie się zanurzyć dziękczynno – błagalnej

Boga prosić, otwórz oczy moje, Panie

Niech widzę Twoje dary – cuda, szczodre

Każdego dnia, każdej nocy, płynące z miłości Twojej. 

 

Przed mszą świętą.
Ofiaruję ją w intencjach Świętej Maryi Niepokalanej. Zastanawiam się, tak po ludzku, jak zrozumieć cel takich intencji. Przed oczami, jak kadr z filmu, ujrzałam sylwetkę Matki Bożej. Dźwigała z ziemi wielkie pakunki (nasze prośby). Wokół byli aniołowie, którzy Jej pomagali. Usłyszałam w sercu: ofiarowując msze i różańce w intencjach Maryi ... pomagasz Jej dźwigać te ciężkie pakunki (ludzkie pragnienia) i unosić do nieba.

 

Msza z aniołem

 

Przez ulicę idę zalaną deszczem
Jakby niebo płaczu utulić nie mogło
Ku Tobie zmierzam, Jezu
Skryty w mieszkaniu złotym
Na mszę idę świętą

 

Witam Ciebie z aniołem moim
W ławce siadamy, jak para nierozłączna
Tobie powierzam się, Jezu
W tej chwili łaski pełnej
Na mszy świętej

 

Mój anioł wśród wiernych stłoczony
Skrzydła pod płaszczem chowa
Czuję, że chciałby być z Tobą, Jezu
Na ołtarzu, wśród innych aniołów
Na mszy świętej

 

Idź, szepczę do niego, mój stróżu
Płaszcz zostaw, skrzydła rozprostuj anielskie
Adoruj tam Jezusa, Maryję
W tej chwili wielkiej
Na mszy świętej

 

Mam prośbę, mój stróżu, może zbyt śmiałą
Ucałuj ode mnie Jezusa stopy
Dotknij i odwiedź swój świat na ołtarzu
Wypełnij światłem swe anielskie skrzydła
Na tej mszy świętej

 

Kiedy staniesz obok kapłana
Który dar daje hostii świętej
Uśmiechnij się do mnie, stróżu mój, aniele
Podaruj choć jeden oddech, cudu ołtarza
Na dzień mój ... codzienny

 

 

Kołysanka

 

Jest czas, gdy dusza nasza i ciało

Biegiem życia wyczerpane

Cichych szuka przystani, kapliczek na poboczu

Z dala od tłumów hałaśliwych i pieśni głośnych

 

Tam ciepły wiatr owiewa zmęczoną twarz

Nie słychać głosów zachęty ani krytyki

Tam Maryja z Dzieciątkiem w żłóbku

Na rozmowę czeka, na ludzką opowieść

 

W ciszy zatopieni jak w przyjaznych wodach

Oczom, dajemy odpocząć od migających obrazów

Uszom, od dźwięków przenikających myśli

Prawdy szukamy o sobie, w rozmowie z Matką

 

I choć twarzy naszej dotknął

Bolesny znak czasu przemijania

I ciało ciągle ból doświadcza

Klękamy przed Świętą Matką, z pokorą dziecka

 

I przestaje istnieć czas niecierpliwy

Jak dziecko, pragniemy Jej Macierzyństwa

Gdzieś samotnie ukrytego w dojrzałym ciele

Potrzebę matczynej czułości i słów … dziecko moje

 

Jest czas, gdy człowiek traci apetyt

Na blaski świata i jego dary

Schodzi z trasy biegu, ludzkiego maratonu

By usłyszeć cichą, piękną kołysankę Maryi

                   O Miłości Jej Syna do ludzkich dzieci.

 

 

 

Pieśń o Matce Świętej

 

Stworzyła Ją Wieczna Miłość

Z piękna Nieba ulepiła

Strumienie łask na Nią wylała

I cud powstał z ręki i myśli Boga

Maryja, bez grzechu poczęta

Matka ziemska, bożego Syna

 

Na świat przyszła Niepokalana

W ludzkie życie, pokalane grzechem

W królewskiej kołysce, się nie narodziła

Ubogą była ta Panna Święta

Bogactwem serca, miłości i pokory

Obdarzył Bóg, matkę swego Syna

 

Widzę Ją na ścieżce, w Nazarecie, rozmodloną

Gdy Archanioł Gabriel zachodzi Jej drogę

W dzień jak każdy, codziennością spraw nasycony

I cud się staje, niewidoczny dla ludzkich oczu

Całe niebo, oddech na chwilę, wstrzymuje

Czy Maryja, fiat pośle, ku niebieskim przestrzeniom?

 

W mało znanej wiosce, Nazaret

Fiat, Maryja posłała ku niebu

I choć świat uśpiony był własnym życiem

Bóg, szeroko otworzył bramy nieba

Miłość wylał, w ciało Jezusa, obleczoną

A niebo z aniołami śpiewało już pieśń, o zbawieniu

 

Dziękuję Ci, Boże, za Maryję Świętą, za Jej fiat pokorne

Za Jej boleścią, przeniknięte młode serce

Za życie Jej dziękuję, Współodkupicielki ludzi

Za oczy przepraszam tych, którym obcy jest krzyż święty

Niech krew Jezusa i łzy Maryi nad cierpiącym Synem

Przemyją im oczy i cud nagle się stanie …

                           Kaci, przemienią się w świętych!

 

Przed mszą świętą mówię do Pana Jezusa: Wymagasz od nas świętości, a my przez grzech pierworodny, jesteśmy takimi kalekami na tym świecie. I nagle w sercu usłyszałam: Dlatego dostajecie ode Mnie wózki inwalidzkie i to Ja was popycham, oczywiście jeśli sobie tego życzycie.

 

Bolesna tęsknota

W zwykły dzień
Zachmurzony jak twarz dziecka
Dotknęła mnie ... Tęsknota
Tak ogromna
Iż musiałam zatrzymać się
Tęsknota była niema
Łzom nie pozwalała płynąć
W bezszelestnej ciszy
Zagościła w sercu
Uwiła gniazdo na koronie cierniowej
Bolała ...
Nie mogłam Jej rękami przytulić
Była bez ciała ...
Krew w moim sercu płynęła
Dziwnym rytmem
Przepływała między cierniami
Z raniącym jękiem
A Tęsknota, jak ptak osiadły w gnieździe
Nie wyfruwała ...
Choć raniły Ją ciernie korony
Moja cicha, bolesna Tęsknoto
Daję Ci moje serce, trwaj w nim
Przypominaj o swoim istnieniu
To nic, że Jesteś rozpięta na krzyżu
Krwawiąca, oparta o skałę w Getsemani
Przyszłaś do mnie jak niemy, święty gość
To ja przemówię za Ciebie ...
Zapłaczę za Ciebie ...

 

Modlitwo moja …

 

Czasem nasza modlitwa słowami płynie

Nurt rzeki przypomina, łagodny, usypiający

Istota słów gdzieś w rutynie się gubi

Modlitwa, duszy nie porusza

 

Kiedy cierpienie dotknie naszego życia

Modlitwa staje się wołaniem bolesnego serca

Każde słowo jest jak kamień wrzucony w bieg rzeki

Krzykiem tonącego, unosi się ku Stwórcy

 

Modlitwo moja, nie bądź rzeką słów

Stań się skałą, przy której spotykam Pana

Stań się rozmową z Nim, cierpiącym w Getsemani

I oczekującym na moją miłość, na moje „pragnę”

 

Modlitwo moja, lepiej ci być milczeniem

Adoracją wsłuchującą się w głos Pana

Niż licznym słowem, unoszącym się obok serca

Zajętego własnymi troskami

 

Panie, naucz mnie trudnej modlitwy

Rozmowy z żywym Zbawicielem

Niech słowa modlitwy będą mostem zaufania do Ciebie

Przerzuconym, ponad moimi lękami, fałszywymi podszeptami

 

Modlitwo moja, stań się pragnieniem rozmowy z Panem

Ze Słuchaczem Świętym, który czeka na miłość

Nie bądź litanią głuchego i ślepego serca

Które nie słyszy Jego odpowiedzi, na modlitwę.

 

 

Ufność

 

W łagodną wodę strumienia patrzę

Bezpieczną, ciepłą, radosną

Zachęcającą do zanurzenia bez obawy

Nawet morze, gdy spokojną jest tonią

Zwabia spragnionych ochłodzenia

Ofiarowując ciału odpoczynek

Groźny, w masie swych wód, ocean

Wylewający wody, daleko na piaszczysty brzeg

Budzi lęk, nawet u świetnych pływaków

 

Wpatrzona w wody rzek, mórz i oceanów

Myślę o … ufności, o ludzkiej ufności w Bożą Prawdę

O ufności w Boże Miłosierdzie

Czy granicę mojej ufności

Wyznacza tylko bezpieczna, radosna rzeka?

Czy gotowa jestem cała wkroczyć w ten ocean Miłosierdzia?

Z całkowitym zaufaniem Bogu?

Iż pomimo groźnych fal życia, czuwa On nad słabym pływakiem?

 

Czas mi dajesz Panie, na poznanie siebie

I światło krzyża, migające na łódce

Którą Jezus wpłynął na ocean Miłości

Drogę wskazujesz świętych i błogosławionych

Im ciepłe wody małych strumieni, nie wystarczały

Po Prawdę Twoją, rzucili się na ocean przeżyć

Głębokich, mistycznych, z miłosną ufnością w Twą wolę

Stopy stawiam w Twoim oceanie, Panie

Z modlitwą ufności, pomóż mi dopłynąć, do łódki z Jezusem.

 

Gietrzwałd. Msza sobotnia.
Modlę się w intencji kogoś z rodziny, starszej osoby niepraktykującej, obecnie chorej. Skupiona jestem na obrazie Matki Bożej.
Nagle przed moimi oczami pokazuje się, jak na wielkim przezroczu - Matka Boża. Przypomina figurkę MB z Banneux, Belgia. Bardzo duża postać. Ręce i nogi ma skute łańcuchami, na dole wielkie kule (jak u galerników). W sercu słyszę: spowiedź ... komunia ...
Zrozumiałam, że osoba ta otrzyma pomoc, ale musi spełnić te warunki. Bez pokuty, Matka Boża ma związane ręce ... Nagle wstaję i idę do spowiedzi - jakbym chciała aby serce tego człowieka „odtajało” i przemówiło do duszy ...
Odchodząc od konfesjonału, zamyślona, potykam się o wózek, zwykły, dziecinny. Zainteresowana, patrzę, oczekując w nim twarzy dziecka. Z wózka spojrzała na mnie twarz ... dorosłego mężczyzny. Broda, wąsy i ciemne, przenikliwe oczy. To był młody, chory mężczyzna wielkości małego dziecka.
Widzisz - usłyszałam - jak jestem „przykuty” do was, wprost „niesprawny” z miłości ... A wy?
Minęło dwa dni, a ja rozważałam te słowa, nie mogłam do końca zrozumieć.
Nagle podczas rozmowy wieczornej przyszło olśnienie ...
Jezus jest zawsze oczekujący (jak ten chory mężczyzna na wózku). Wyciąga ręce pełne Miłości, gotowy przebaczać, a my mamy wolną wolę, możemy wybierać - albo przyjąć Miłość, albo Ją odrzucić. On, Jezus jest „bezwolny” wobec nas. Może tylko dawać Miłość. My „zatrzymujemy się” w życiu przed Miłością, odchodzimy od Boga ku własnym sprawom, On zawsze czeka ...

 

Wysoko na krzyżu

 

Na Golgocie zawisłeś Jezu, na krzyżu
Wysoko
Miłosierne ręce Cię nie dotknęły
Tylko raniąca włócznia ...
Na krzyżu, oderwany od ziemi
Uniesiony ku niebu
Widzisz więcej?
Cały świat u Twoich poranionych stóp
O dobry Jezu
Widzisz też nas, setki lat po Golgocie
Widzisz katów naszego wieku
Ale i świętych, męczenników
Spoglądasz na Faustynę głoszącą Miłosierdzie
Pielgrzymów oddających cześć Twojej Matce
Na tych, którzy chcą dosięgnąć Cię włócznią
I na tych, którzy wielbią Twój krzyż
Na krzyżu widzisz więcej
Także ludzkie krzyże
Deptane przez tłum, nie zauważane
Wbite stopami agresywnymi w ziemię
Przysypane piachem pychy
Jak groby zapomniane
Unieś je, dobry Jezu, na Golgotę
Zapal na nich światełko nadziei
Twojego bolesnego Miłosierdzia
Wszak wysoko, na krzyżu
Widzisz więcej ...

 

 

Wędrówka przez las nieznany

 

Życie człowieka to wędrówka

Przez las nieznany, pełen różnych ścieżek

Ciemność w nim nocy i światło poranka

Zewsząd głosy słyszymy, nawoływania

Tych co o pomoc wołają, zagubionych

Porzuconych pomiędzy drzewami

Oszukani przez własny słuch i oczy

Drogi szukali, bez kompasu, bez zasad

Tajemnicy życia lasu, nie docenili

Tajemnicy, która za nic ma, próżność człowieka

 

Przez las życia, grupy wędrują hałaśliwe

Ich wzrok i słuch w przewodnika utkwiony

Po ścieżkach idą za nim, bezmyślnie

Z pieśnią tak głośną i odgłosem bębnów

Iż ciszę lasu zagłuszają, jego subtelną tajemnicę

Są jak drzewa, z kolorowej kory, odarte

Wszyscy jednakowi, w szare mundury ubrani

Ślepi i głusi na piękno wokoło

Aż … nad przepaścią, przerażeni stają

Ich pieśń milknie, przewodnik, we mgle się rozmywa

 

O, ludzka wędrówko, przez nieznany las życia

Tyle w nim znaków świętych, krzyży z Jezusem Czuwającym

Nad drogą niebezpieczną dla ludzi

Tyle głosów dawnych i obecnych świętych

Wskazujących ścieżki do jasnego światła

Dlaczego głowy nie uniesiesz ku oczom Jezusa?

On ci wskaże drogę przez nieznany las życia

On ci hymn wyśpiewa o pięknej Miłości

A echo Jego głosu będzie cię prowadzić

I lęku nie doznasz, nad przepaścią, nie staniesz.

 

 

 

Modlitwa dziecka

 

Modlić się chcę do Ciebie, Boże

Modlitwą dziecka

Bardziej rytmem czułego serca

Niż słowami

Modlitwą oczu i ciała

Podziwiającą obraz Ojca kochanego

Modlitwą dziecka, które czytać jeszcze nie potrafi

Dzieł cudzych i liter

Lecz własnym, dziecinnym przemawia językiem

Językiem miłości, czułego zachwytu

Chcę modlić się do Ciebie, Boże

Jak naiwne dziecko, które jeszcze nie poznało

Logiki myśli i ozdobnych frazesów

Chcę zdjąć z siebie narzucone szaty języka świata

Nawet te najbardziej błyszczące, piękne

I te, które świat poszarpał wątpliwościami

Chcę stanąć przed Tobą, Ojcze Wszechmocny

Naga jak nowonarodzone dziecko

I otulić się darem Twej Miłości

By czuć Twój dotyk, Twój uśmiech

Bliskości doznawać, z poznawania Ciebie

I słowami się modlić

Które sam, do mnie mówisz.

 

W październiku byłam z pielgrzymką w Ziemi Świętej. Poświęciłam ją w intencji Bożego Miłosierdzia dla dusz wątpiących, poszukujących, aby znaleźli ukojenie w Jezusie. Odczuwałam ogromną radość i duchowe bogactwo, które wypełniało moje serce. Wiele odczuć nie potrafiłam wyrazić słowami i nawet nie starałam się. Niech będą w sercu, jak bogactwo, którego nie da się wyrazić liczbami ... Chciałabym aby te wiersze oddały moje uczucia, a jeśli kogoś zachęcę do takiej pielgrzymki, niech Bóg błogosławi obficie.

 

Betlejem

 

Jest takie miasto piękne
Pokryte ranami historii
Miasto narodzenia Miłości
Miasto z którego wypędzono Miłość
Podzielone, krwawiące
Wypełnione dźwiękami dzwonów
I arabskimi modłami
Głosami pielgrzymów od setek lat
Straganami z figurkami Jezusa z drzewa oliwnego
Miejsce zesłania Boga na ziemię
Betlejem ...

 

W kamiennej Grocie Narodzenia
Tkwią pocałunki pielgrzymów
Czułe gesty proszących o łaski
Ciepło bije z lamp, z ludzkich oddechów
Betlejemska gwiazda zdobi święte miejsce
Miliony pielgrzymów na kolanach
Dotykają dłońmi świętej tajemnicy Narodzenia
Tu, w betlejemskiej grocie
Matka Boża podaje każdemu Żywe Dzieciątko
Szuka w sercach ludzkich, kołyski
Kładzie w niej maleńkiego Jezusa
Ufna, że ofiarowany Syn
Będzie karmiony ludzką miłością
Ufna, że nie przemienimy Go w pamiątkę
Z Betlejem
Figurkę z oliwnego drzewa

 

 

 Ziemio Święta

 

Byłaś dla mnie, Ziemio Święta
Napojem ożywczym, hostią karmiącą
Łaską spływającą
Pragnieniem dla duszy
Obrazem genialnego mistrza
Byłaś Ziemio Święta, czułym dotykiem
Wód Jeziora Galilejskiego, Jordanu
Słonego Morza Martwego
Oddechem jerozolimskiego gwaru
Ciepłem piasku pustyni, wiatrem łagodnym
Betlejemską tajemnicą Narodzin
Ofiarowałaś mi łzy oczyszczające na Kalwarii
Przy Grobie Pańskim
Jesteś w mym sercu bolesnym wspomnieniem
Jak tylko bolesna może być miłość tęskniąca
Chodziłam po Ziemi Świętej, ziemi Jezusa
Maryi, Apostołów, Anny, Elżbiety i Jana
Dotykałam kamieni, które nie straciły pamięci o Jezusie
W Kafarnaum, na Górze Tabor, Galilei, Judei
Jesteś Ziemio Święta w mojej duszy
Wypełniasz ją światłem dobroczynnym
Miłością piękną, jaka może zrodzić się w człowieku
Sięgam po nią dłońmi, wybieram z serca
W dniach radości i goryczy
Nauczyłaś mnie, Ziemio Święta
Modlitwy serca
W każdym kroku, oddechu, chwalić Boga
Na kamieniach, skałach, szukałam śladów świętych
Stóp Jezusa, Jego dłoni na skale
Łez wylanych w Getsemani
Są tam, w Ziemi Świętej
Jak relikwie
Jak znaki miłosnego przymierza, Boga z człowiekiem

 

 

Czas nadziei

 

Nie znam myśli Twoich, Maryjo Święta

Gdy na Syna Bożego oczekiwałaś

O radości wiem, której doznałaś

Czując, poruszenie Dzieciątka, w swym łonie

 

Sercu Twemu ból był nie obcy

Gdy niepewność i zatroskanie Józefa widziałaś

I choć wybranką byłaś, nieba

Stopy Twoje, jak innych niewiast, dotykały smutku ziemi

 

Zamyślenie Twoje widzę, wzrok, w niebo utkwiony

Gdy krzątałaś się w domostwie Elżbiety

Do chleba, który piekłaś, zaczyn wkładałaś modlitwy

By życiodajnym był, dla rodziców Jana

 

Kiedy fiat wyrzekłaś, Aniołowi Zwiastowania

Niebo jak pąk róży, rozwarło się śpiewem aniołów

Na ziemi, cisza trwała, zaplątana w życie codzienne

Oczy ludzkie, światła wokół Ciebie, nie widziały …

 

Piękna, w Ojcostwo Ducha Świętego obleczona

Po ziemi stąpałaś, podobna innym niewiastom

Józef Oblubieniec, dany Ci przez Boga

Wraz z Tobą, samotnie, dźwigał tajemnicę Narodzenia

 

Nie znam Twych myśli, Maryjo Panno

Gdy na Syna Bożego oczekiwałaś

Znam miłość Twoją, która trwa już wieki

I twarz z obrazów, zamyśloną, w ludziach zakochaną

 

Dziś my, setki lat później, na mszę roratnią idziemy

Aby z Tobą, na ponowny cud czekać, Dzieciątka Narodzin

W miłości Twojej, ogrzać swe życie zmęczone

W ciemności, zapalić płomyk swojej duszy

               Byś mogła ją, Święta Matko, ozdobić swoją nadzieją.

 

Pomyślałam o ludzkich talentach, o tym wielkim podarunku, który powinien być wykorzystany do ukazywania szlachetnych celów, dobra.
Niestety, wielu utalentowanych ludzi wykorzystuje swój talent dla apoteozy zła. Mówi się też, że zło jest bardzo atrakcyjne i stąd tyle filmów, powieści o złej ludzkiej naturze, o przestępstwach. Co wynosimy z przeczytania takiej książki, obejrzenia filmu? Depresyjny nastrój i niechęć do otoczenia, nieufność. Twórcy mówią o ... ukazywaniu prawdy. Jakiej prawdy? Tylko „czarnej”?
Zło wplecione w twórczość powinno być ukazane jako fragment ludzkiego życia, z którym podejmuje się walkę. Znika gdzieś elegancja stylu pisarskiego, uczucia wyrażają wulgaryzmy. Podobnie z ludzkim zachowaniem. Mówi się: zdzieramy maski, ukazujemy istotę ... Poprzez zło? Często powstają dzieła, których twórcy używają alkohol, narkotyki (muzyka). Wmawia się młodzieży, że to „krzyk prawdy” o współczesnym świecie. Ludzkie serce chce prawdy, rozpoznaje ją w działaniach pięknych, bohaterskich, często cichych. Czyżby twórcy chcieli „zakrzyczeć” prawdę, którą o świecie i ludziach chce ludzkie serce? Nawet jeśli zło istnieje, nie jest warte takiej apoteozy. Samo opisywanie złej rzeczywistości, nawet z wielkim talentem - to krzywda dla innych, szczególnie młodych umysłów.

 

 Ludzka wiara

 

Czasem jawi się jak biała róża
Zagubiona pod stopami biegnącego tłumu
Kiedyś czysta jak sukienka komunijna
I pełna dziecięcego, nad Bogiem, zachwytu
Teraz zapomnienie ją depcze
Więdnie od słów pełnych nieufności
Gdzieś na dnie serca trzepoczą wspomnienia
Rodzinnych modlitw i mszy świątecznych
A róża, podeptana, więdnie ...

 

Bywa także wiara wichrem gwałtownym
Który z mocą drzwi otwiera zaryglowane
Szawła przemienia w Pawła
Ślepe oczy przemywa i uszy
I gwałtownie poszukujesz Boga
Łzami, grzechy zmywasz zatwardziałe
Konfesjonał jest ci deską ratunku
Usta stale świętego pokarmu pragną
Łaska wiary dotknęła cię nagle ...

 

Czasem życie nie daje róży, ani łaski wichru wielkiego
Pęd jedynie, z kolcami, raniący
W ręku trzymasz go jednak cierpliwie
Liczysz ciernie, jak perełki różańca
I uparcie krzyż swój dźwigasz
Święty Duch drogę wiary oświetla
Tajemnicą Miłości się karmisz
Promieniami Jezusa Miłosiernego
A wiara ... nie gaśnie

 

Możesz być wiaro, różą zadeptaną
Możesz być łaską wichru gwałtownego
Możesz być krzyżem cierpliwie dźwiganym
Pan dał ci wybór
Z Miłości ... do ciebie.

 

 

 Święte aleje

 

Odkąd nogi nasze ziemi dotkną
Wiele dróg, ścieżek i alei przed nami
Trud pielgrzymowania czeka
Czasem wśród pól żyznych
Gryką i ziołami pachnących
Czasem po drogach wyboistych
Pustej przestrzeni, gdzie znaki zatarte
Kiedy zły los rękę do nas wyciągnie
Ścieżką idziemy wąską, strach czujemy

 

Czekają na nas też aleje proste
Ku źródełkom Maryi prowadzą
Kiedy raz przejdziesz tę aleję
U stóp Maryi, ręce w źródełku obmyjesz
Doznasz tęsknoty niezwykłej ...
Za aleją w Gietrzwałdzie
Za aleją w Banneux
Za aleją w Lourdes
Za alejami innych sanktuariów

 

Ocieniona drzewami, jak skrzydłem anielskim
Pokój wlewa w serce
Ręka Maryi prowadzi
Matko Boża pięknych alei
Daj wszystkim ludzkim ścieżkom, aleje święte
Daj świętą tęsknotę za nimi
Daj świętą pamięć o nich
Gdy życie zepchnie nas
Na trudne drogi ...

 

W poszukiwaniu Syna

 

Wiele dróg musi przejść człowiek
Czasem na oślep, bez dekalogu
Aż drogę odnajdzie Nadziei …

Jest taka droga, stopami Maryi, uświęcona
Droga z Nazaretu, do jerozolimskiej świątyni
I ta powrotna, po zagubionego Syna

Tajemnica tej drogi, w perełki jest wpleciona różańca
I choć bolesne były przeżycia Maryi
W tajemnicach radosnych je rozważamy

Jak Maryja Święta, gubimy Oblicze Jezusa
Lęk życia bez nadziei, pośród wątpliwości
W powrotną nas kieruje drogę …

Do świątyni wracamy, po modlitwę wiernych
Po dziecięcą, radosną ufność, w Miłosierdzie Boże
Po Jezusa, Pana Miłości i Nadziei

I takie przeznaczenie widzę, drogi powrotnej Maryi
Iż jest to czas, gdy Matka Nieustającej Pomocy
Idąc w bólu wielkim, zbiera ludzkie zagubienia

Podnosi, porzucone przez nas nadzieje i miłości
Które w drodze życia, człowiek zdradził
Do świątyni je dźwiga jak kamienie, do zagubionego Syna …

I choć nie rozumie Maryja dlaczego Jezus
W świątyni został z nauczycielami
W ramionach, do Niego niesie, także nasze bóle i lęki
Nasze, Jezusa, poszukiwanie.

 

 Podczas medytacji, w moim sercu pojawiło się pytanie: jak nas będzie Jezus osądzał po śmierci? W jaki sposób ujrzymy siebie w swoich grzechach, błędach, upadkach, ale także w dobru, które czyniliśmy? Jest to wielka tajemnica, ale ... mimo wszystko człowiek powinien ją rozważać.
Przyszła do mnie wizja wielkiego okręgu, w środku - Pan Jezus. Okrąg podzielony był ... na stacje Drogi Krzyżowej. Osądzani według stacji Drogi Krzyżowej? - pytałam samą siebie.
Tak, może i tak wyglądać nasz osąd przez Jezusa. Wszak powiedziane jest, że za każdego z nas poniósł Jezus krzyż na Kalwarię.
Staniemy więc przed sądem z własnym krzyżem na plecach ... Co z nim zrobiliśmy? Jak go nieśliśmy przez życie? Czy tak jak Jezus, czy jak buntownik odrzucający krzyż dla własnych przekonań?
Stacja pierwsza - niesprawiedliwy wyrok. Ile wyroków niesprawiedliwych wydaliśmy? Jak powstawaliśmy z upadków? Czy ceniliśmy sobie pomoc ludzi? Jacy byliśmy wobec nich? (Weronika, Szymon). Jakie znaczenie miała w naszym życiu Matka Boża Wspomożycielka? Czy zwracaliśmy się do Niej o pomoc? Co mówiliśmy o naukach Jezusa? - może krytycznie (stacja obnażenia z szat). Czy próbowaliśmy Go bronić? Ile gwoździ wbiliśmy w Jego dłonie? Czy odrzuciliśmy Jego pomoc, gdy chciał nas podnieść z upadku?
Można długo się nad tym zastanawiać, póki jeszcze mamy czas. Póki nie dojdziemy do stacji ... śmierci. To tylko moja osobista refleksja. Ocena życia drogi człowieka poprzez Drogę Krzyżową Jezusa. Na sądzie będzie On i ja. Nie będzie krzyków tłumu, tłumaczenia, że inni też tak postępowali. Nasze oczy i Jego, a pomiędzy - bolesna Prawda. Sprawiedliwa, ostateczna.

 

Na Dzień Święta Zmarłych

 

Cmentarz

 

Wydaje się ogrodem wielkim
Usianym kolorowymi kwiatami
Miasteczkiem tajemniczo uśpionych ludzi
Z małymi domkami, bez kuchni i salonów
Na każdym, nazwisko właściciela
Dziwne domki bez drzwi i okien
Raz zatrzaśnięte, zabetonowane drzwi
Nie otwierają się
Ich niemi mieszkańcy, trwają w ciszy
Tylko drzewa grają im te same
Szumiące liśćmi i konarami melodie
Odwiedzają ich mieszkańcy
Innych betonowych domów
Ci, którzy mogą otworzyć swoje drzwi i okna
Zapalają im znicze, kładą kwiaty
Mówią do nich, ale nie śpiewają
Bo jakże śpiewać gdy oczy pełne łez
Spływa woda z czyszczonych pomników
Miesza się z ludzkimi uczuciami, modlitwą
Gest dłoni na marmurowej płycie, westchnienie
Cisza
Mieszkańcy cmentarnego miasteczka
Chronią swą tajemnicę, nawet przed bliskimi
Wieczne odpoczywanie, ostatnie spojrzenie
Opuszczamy kolorowe miasteczko uśpionych
Miasteczko naszej przyszłości …

 

 

W Dzień Zaduszny

 

Przekraczam bramę cmentarza
Jak próg dwa światy dzielący
Na tych, co tajemnicę śmierci poznali
I tych, którzy jej nie dotknęli

 

Bolesna jesteś ty tajemnico
A może nadzieją się karmisz?
Pod płytą przykryta, kwiatem ozdobiona
Dla nas żyjących ... milczysz

 

Wokół nazwiska, daty i krzyże
Obce, nieznane, lecz dziwnie bliskie
To w waszym świecie są moi kochani
To z wami, nie ze mną, świętują tajemnicę

 

Ja, zniczem płonącym pamięcią
Pragnę tę tajemnicę uświęcić
Liście jesienne na płycie grobu
Zbyt cicho próbują o niej powiedzieć

 

Znicze zapalamy modlitwą miłości
O łaski dla zmarłych, przebaczenie grzechów
Łzy wam posyłamy, bo miłość jeszcze krwawi
O Jezu, błagamy, bądź im Miłosierny

 

W zadumie zadusznej, przenikamy światy
Próbujemy zgłębić tajemnicę śmierci
I choć zbliżenia szukamy, wskrzeszając wspomnienia
Strwożone serce lęka się ją poznać

 

Gdy wieczór zapada na cmentarnym placu
A ciemność błąka się wśród płonących zniczy
Pieśni można posłuchać, naszych wiernych zmarłych
„Przyjdzie czas, poznacie naszą tajemnicę”.

 

 

Tam, gdzie płaczą aniołowie

 

W upalny, bezwietrzny dzień

Gdy nawet westchnienie jest trudne

Idę, rozsiewając wokół siebie

Myśli smutne, pokaleczone

Jak ciemne, wykrzywione buzie

Zamalowujące przestrzeń brunatnymi farbami

Tworząc obraz, porzucony gdzieś w galerii smutku

Którego nikt nie chciał kupić

 

Delikatny powiew poczułam na twarzy

Przyjazny jak dotyk skrzydła anioła

Jesteś, wyszeptałam, aniele mój, gdzie byłeś?

Byłem tam, gdzie aniołowie płaczą

Gdzie cierpienie, obojętność, zbrodnia

Byłem w pustym kościele, przed samotnym Jezusem

Byłem tam, gdzie gromadzą się aniołowie

By zapłakać … zamiast ludzi.

 

 Podczas dziękczynienia po komunii przyszła do mnie myśl, iż życie na ziemi  jest wielkim trudem. Ci, co odeszli mają lżej ...
W tej samej chwili usłyszałam w sercu: tu na ziemi Jestem przy was, przy chorych, cierpiących, samotnych - choć Mnie nie widzicie. Tam ... będziecie Mnie widzieć, ale ... nie będę przy was tak jak na ziemi.
Zrozumiałam, że ziemia, nasze życie na niej są niezwykle ważne i tylko poprzez nasze życie możemy mieć kontakt z Jezusem. On jest ciągle przy nas, jest opiekunem naszego życia. Dopóki żyjemy, jesteśmy z Jezusem, wypełniamy bożą wolę, Jego plan wobec naszego życia. Popełniamy błędy, grzechy, ale tylko na ziemi, w swym życiu możemy coś zmienić na lepsze, odwołać się do Bożego Miłosierdzia

 

Podwyższenie krzyża

 

Kiedy kaci unoszą Cię Jezu, na krzyżu

Obleczonego w ofiarną szatę Twej krwi

Miłość widzę doskonałą

Nie taką, która zapala się i gaśnie

Ale miłość wieczną …

Widzę Prawdę o Miłości Ofiarnej

I widzę tych, którzy unoszą się wysoko

Wraz z Tobą, Jezu, na krzyżu

Męczenników, kapłanów, zakonników

Gotowych ofiarować siebie, dla Miłości wiecznej

Tam, wysoko na krzyżu

Szukają Prawdy o miłości, tej ludzkiej i bożej

Czerpią z ranionego Serca Twego

Pokarm mocy, by dawać świadectwo wiary

O miłości, która jest ofiarą

O miłości, która rozdaje jak bogacz

Z pałacu swych niewyczerpanych skarbów

Skarbów nieznanych światu

Bo nie umierających …

I trzeba odwagi Ducha Miłości

By wznieść się wraz z krzyżem Jezusa

Ukrzyżować ciało i wolę

Zanurzyć się w istocie Jego cierpienia

I głosić ludziom, iż miłość

To nie jest przyjemność doznawania uczuć

Lecz cenna ofiara, ozdoba krzyża Jezusa

To ludzki dar, człowieka dla człowieka

Wynagradzający Miłość Zbawiciela.

 

 

Poemat życia

 

Każdy z nas, autorem jest poematu

Piórem go nie piszemy, tylko życiem własnym

I choć karty jego są niewidzialne

Czas utrwala znaki, jak drukarz staranny

A Anioł Przemijania, ku wieczności je niesie

Czytelnikiem uważnym jest – Jezus

Czasem chcielibyśmy czas cofnąć

Poprawki nanieść w swoim poemacie

Łzami wymazać strofy, pychą i złością pisane

Czasu nie dogonimy, szybszy jest niż człowiek

 

Nadziei się chwytamy, nowe układając strofy

Czas, jak cenną perłę, pieścimy w dłoni

O talent błagamy Stwórcę, Poetę Wieczności

Daj Boże, dobrem opisywać nasze życie

Daj odczytać w sercu, piękno człowieczego losu

Daj myśl i wolę, o czynach szlachetnych

Niech jak tęcza barwna, szare zdobi karty

I obdarz nas Stwórco, Poeto Miłości

Świadomością Prawdy, dla Kogo piszemy ten poemat

Dla życia wiecznego, czy mijającego czasu?

 

A kiedy chwile przyjdą, zwątpienia i żalu

Mrokiem pokryją spisywane karty

Wypisz na nich, Dobry Boże, strofy o Twoim Miłosierdziu

Niech światłem rozjaśnią, wszelkie ciemności

Niech dusza nasza, w nadziei Miłości, skąpana

Pieśń sobie przypomni, gdy nas na świat zsyłałeś

O Miłości Ojcowskiej, o Matce Nieustającej Pomocy

O Świętym Krzyżu, na którym, za nas, Syn Twój skonał

I nie zostawiaj nas, Dobry Boże, samotnym w naszym pisaniu

Autorem bądź strof wielu, byśmy w nich Twą wolę, rozpoznali.    

 

 

 

 Rozmowa z nieznajomym

 

Mówisz, że świat cię odepchnął
Samotność jak bagaż, wrzuciłeś na plecy
Usta zacisnąłeś, by nie szeptały modlitwy
I w drogę życia wyruszyłeś, przed siebie

 

Mijasz ludzi, nie patrząc im w oczy
Serca pilnujesz, by za drugim nie biegło
Obok ciebie inni, jak ty w samotność ubrani
W bezkres przyszłości jutra, zapatrzeni

 

Światło widzisz jedynie pod nogami
Aby się nie potknąć o życiowe krzyże
Niebo i gwiazdy zachwytu nie budzą
O Bogu nie myślisz, zbyt daleki dla ciebie

 

W tej ciemności zwątpień, lęków, nieufności
Kiedy mróz twej pychy w sople łzy zamienia
Jest przy tobie nadzieja, dłoń Matki Najświętszej
Macierzyńska opieka Jej Pięknej Miłości

 

Idzie Ona za tobą z różańcem łez twoich
Składa je w dziesiątki, jak prawdy o tobie
Świętą ręką przemienia twoje sople lodu
Na nowo, w łzy ludzkie, gorące i słone

 

Zrzuć swój bagaż dumy, on tak ciebie krzywdzi
Kolana ugnij, światła w niebie szukaj
Daj się poprowadzić dłoniom Matki Świętej
Ona cię zasłoni ... przed Sprawiedliwością.

 

 Obserwując ludzi, szczególnie starszych, przyszło mi na myśl, iż wielu z nich zwraca wzrok ku przeszłości, rozważa przeszłe problemy, wraca do tragedii życiowych, rozpamiętuje je.
Życie, pomyślałam, to istnienie w wielkim, oświetlonym pokoju, a my starzejąc się, powoli powinniśmy „wygaszać” światła w tym pokoju. Nie możemy udawać młodych i żyć ich „światłem” (problemami, z którymi borykają się młodzi).
Przed każdym człowiekiem istnieje, w zależności od wieku, doświadczeń, „światło” dla niego. To co przeszło, istnieje w ciemności, a patrząc w ciemność doznajemy uczucia nierzadko przegranego życia (trudne doświadczenia Polaków). Zdarza się, że chcemy wrócić do czasów młodości (miłych chwil) i zachowujemy się śmiesznie udając młodych. Droga życiowa człowieka oświetlona jest „przed nami”, musimy się godzić z doświadczeniem choroby, wieku, a nawet poczuciem „odrzucenia” przez młodszych. Starsi, młodzi, dzieci mają swoje indywidualne drogi. Dobrze jest mieć świadomość „zgaszonych żarówek” przeszłości, aby iść ku światłu, które jeszcze dla nas świeci, wskazuje drogę. Inaczej możemy się pogubić w życiu.

 

Starość

Chodzi zawsze poboczem
Aby ją nikt nie potrącił
Nie nadąża za rytmem zdrowych nóg
Urodziła się za wcześnie
Nie rozróżnia rapu od popu
Nie wie, co to twardy dysk
Dużo wie o wojnie, ale nikt o nią nie pyta
Siada na ławce w parku i karmi głodne ptaki
Garną się do niej bardziej niż wnuki
Ukrywa miłość pod wiekowym futrem
Aby jej nikt nie ośmieszył
Czasem nakarmi tę miłość wspomnieniami
Różańcem, Gorzkimi Żalami
Nad Drogą Krzyżową Jezusa
Płacze jak nad własną
Martwią ją raczej stare buty niż polityka
Jej trofeum to recepta i odcinek renty
Czasem telefon od dzieci
Zajęci, chwali się innej starości
Powoli powraca do domu
Patrzy w okno, telewizor
Czasem w lustro
Własnym oczom zadaje pytanie
Kim jesteś?
Ty, w moim lustrze
Ale ono milczy
Lustro nie ma głosu
Ani uczuć...

 

 

W moim raju

 

W moim raju więdną nawet piękne kwiaty

Opadają z drzew liście

Starzeją się Adamowie i Ewy

W moim raju zachodzi słońce

I panuje ciemność nocy

W moim raju ludzie pracują ciężko

I choć noszą ubrania

Nadzy stają w obliczu cierpienia

W moim raju jabłka kupuję na straganie

I nie wiem, czy z drzewa są dobra czy zła

W moim raju są betonowe chodniki

Hałas maszyn zagłusza śpiew ptaków

A Ewy i Adamowie zamykają domy na klucz

Czasem płaczą, a czasem śmieją się

W moim raju, Boże

Choć tak nie podobnym do Twojego

Rośnie drzewo zasadzone Twoją ręką

Ma kształt krzyża potężnego

Zapach pod nim kwiatów lilii

Liście na nim wiecznie zielone

Burze i wiatry go nie złamały

Staję pod tym drzewem codziennie

Czerpię siły z jego wiecznej mocy, obejmuję

Słucham szeptu jego liści, mądrych słów

Aby nie tracić nadziei i uczyć się miłości

W wędrówce, po moim raju.

 

 

Tam, gdzie jest miłość

 

Na pustynnej górze kuszenia, modliłeś się, Jezu

Gdzie kwiaty pocieszenia nie kwitną

Zimny wiatr w nocy

Rozwiać chciał słowa Twej modlitwy

W dzień, upał pustyni, odbierał Ci siły

A szatan, głód Twój, chlebem z kamienia, kusił

Królestwo chciał Ci ofiarować …

 

Na pustyni się skryłeś, Panie

Jak w sercach, które Tobą gardzą

Sercach chłodnych, podobnych zimnym wiatrom pustyni

Płonących grzechem pustynnego upału

A Ty, Bóg-Człowiek, Miłość przywoływałeś

By tarczą była dla serc zimnych

Chlebem zbawienia dla ludzkości

 

Moc chciałeś ukazać, cierpienia Miłości

Której szatańskie kuszenie, zmóc nie może

Bo tylko tam, gdzie pycha z egoizmem rządzi

Gdzie się miłością pogardza

Zło rodzi się jak chwast na bezpłodnym polu

I zabija wojnami ludzkie życie

Zło wolne jest, gdy nie ma tarczy miłości

 

Chciałeś nam ludziom, miłosierny Panie

Ukazać wartość miłości na świecie

Miłości, dla której warto oddać życie

Bo jest jedyna, która daje życie …

I jeśli człowiek, nawet w swej naturze, słaby

Na miłości się oprze, na Twym krzyżu świętym

Razem z Tobą, zwycięży, kuszenie zła, na własnej pustyni.

 

 Spotykamy ludzi, którzy twierdzą, że są niepraktykującymi katolikami, choć wierzą w Boga. Modlić się, twierdzą, można gdziekolwiek, niekoniecznie w kościele ...
Myśląc o takiej postawie, przyszedł mi obraz pola ciemnego, zarośniętego różną roślinnością, obok pięknych kwiatów były chwasty. Chwasty pokrywały piękne kwiaty.
To pole - to nasz świat wokół nas. Pełno w nim przeróżnych idei, myśli, wartości, pleniącego się zła, dobra próbującego zwalczać zło. Literatura, film, środki masowego przekazu mają w tym ciemnym polu swoje niebagatelne miejsce. Uczą, ale też demoralizują. Małe dzieci poznają świat dorosłych poprzez ekran i Internet. Nie jest to często poznanie dobra ale zła tkwiącego w naturze ludzkiej. Wiele spraw, które by nas nie dotknęły w naszym życiu, poznajemy poprzez ekran. Rodzice mają dziś trudne zadanie wychowawcze bo wokół jest ciągłe nawoływanie do tolerancji, do relatywizowania wartości.
Każdemu, kto próbuje walczyć o moralne zasady życia, przypisuje się „łatkę” ciemnogrodu i nietolerancji. Chwasty obrastają piękne kwiaty i słyszy się głosy, że one też mają prawo do istnienia. Walczy się o prawo do aborcji, eutanazji, sztucznego zapłodnienia, ubierając to prawo w piękne hasła o prawie do szczęścia dla każdego. A że jest to kosztem innych - to nieważne. Ludzie, którzy polegają wyłącznie na prawdach lansowanych przez świat, gubią się. Hałas prawd świata otumania.

 

Jak iskra

 

W dzień zwykły, codziennością rzeźbiony
Myśl przyszła do mnie jak świąteczny zapach
Czym jest modlitwa, którą ku Bogu wznosisz?
Słowami rzuconymi w niebo jak okruchy życzeń
Dziękczynieniem w perełki różańca wplecionym
Łaską sercu daną, nie dla uczynków
A może iskrą z rozpalonej miłością duszy
Może wielką ciszą na spotkanie z Bogiem?
Jeśli jesteś modlitwo słowem, to stań się moje słowo żywe
I nie zamieraj w moich ustach
Jeśli dziękczynieniem, skarg nie dopuszczaj
Jeśli iskrą, rozpalaj ognisko mej duszy
Jeśli ciszą oczekiwania, trwaj z ufnością
Jeśli jesteś jedną łzą pokutną
Daj kosztować tych łez codziennie
Tajemnicy twej, modlitwo, nie przeniknę
Piękna jesteś, gdy dotykam ciebie sercem
A serce moje, na głos i wolę Boga się otwiera
Cisza staje się spotkaniem
Słowo, miłością
Łza, pokarmem
Dziękczynienie, radością
A duszę moją
Duch Święty unosi do Boga

 

Kwiat

 

Po łące kolorowej chodziłam, bosymi stopami
Obrazem była, z dziecięcych snów
Snów czystych, pachnących kwiatami
Snów, jakich nie miewają już dorośli
Rośliny karmiły się deszczem, ziemią, powietrzem
Zielona trawa prowadziła mnie ku polu
Było opustoszałe …
Pełne zwiędłych kwiatów, wyschniętej ziemi
Czułam płacz tej ziemi, błaganie o wodę
Zabrakło jej pożywienia …
Jest taki kwiat, usłyszałam, który nie więdnie
Szukaj go …

Szukałam pochylona jak staruszka, ku ziemi
Zmęczona, uniosłam twarz ku niebu
Promienie słońca bawiły się na mojej twarzy
Jak niesforne, radosne dzieci
Ogarnął mnie przypływ gorącego wiatru
Przeniknął tajemnicą nieznanej miłości
Wprawił ciało w stan uniesionej kontemplacji
I głos ciepły, który był bardziej muzyką niż słowami
Tłumaczył …
Jest taki kwiat, kwiat duszy, pięknie pachnący
Karmiony tylko … miłością
Szukaj go, na łące, swego serca.

 

Ostatnia kromka chleba

 

Jak zwój Tory, otwiera się nowe życie

Ręką Boga powoli rozwijany

W każdym zwoju tajemnica

Jeszcze nie rozpoznana, w słowach – znakach

Tajemnica ludzkiego losu …

 

Boży dar życia, u stóp ziemskiego czasu się kładzie

A czas, czasem płynie rwącym potokiem

Przyspiesza dramatyzm życia, uczy

A czasem płynie leniwie

Jakby czekał, aż życie nauczy się bożych znaków

 

Miłosierny Bóg i Jego czas …

Jakże litościwy jest dla analfabetów życia

Czy odczytają piękno pisma praw Boga?

Czy oślepieni wolną wolą

Wybiorą ziemskie, ludzkie kodeksy praw?

 

A zwój życia nieubłaganie się rozwija

Nieprzeczytane znaki, ostrzeżenia

Miłosną ręką wypisane, choć nie znikają

Stają się wyblakłe w sercach wielu ludzi

Śpiew bożych słów cichnie …

 

A kiedy zwój się powoli zamyka

Łącząc czas narodzin i czas śmierci

Ci, co radość czerpali z samowoli, wolnej woli

Z goryczą patrzą, na swe ciemne karty

Nie ma na nich miłości znaków

 

A wówczas jakby w ostatnim olśnieniu

Bożego Miłosierdzia i Jego Czasu

Zwój zamykający się, chwytają starymi rękami

Resztki słów czytają, choćby znikające sylaby

Miłości Boga szukają jak ostatniej kromki chleba.

 

A cóż ty Mi możesz ofiarować, czego przedtem ode Mnie nie otrzymałaś?
Takie zdanie usłyszałam w sercu podczas Adoracji. Zdanie to zmusiło mnie do głębszej refleksji.
Jezus ofiarował się za nas na Golgocie, odkupił nas, czyli mówiąc językiem potocznym, zapłacił za nas. Odkupił nas, bo dla Boga jesteśmy wartością, jako ludzie posiadający duszę nieśmiertelną, obsypaną łaskami poprzez chrzest. Bóg, Stwórca wszystkiego, zsyła nas na ziemię w pełni swych łask, darów. Jesteśmy dla Boga wartością, dla nas zesłał Syna na mękę. Nie ofiarowujemy Bogu darów, łask, bo nie jesteśmy ich twórcami, pochodzą od Boga. To tak jakbyśmy oddali darczyńcy ponownie prezent, który on nam ofiarował. Ofiarował nam dary i łaski, byśmy czynili nimi dobro. To nasz boży depozyt. Możemy ofiarować Bogu wdzięczność i radość za ten depozyt, mieć tego świadomość. Jak go spożytkujemy będąc obdarowani, zależy od nas samych, od naszej wolnej woli.
Dostaliśmy bogactwo w postaci naszych talentów. Co z nim uczynimy? Jak własnymi rękami (własną wolą) przekształcimy to bogactwo dla dobra innych?
Msza święta to Ofiarowanie Jezusa Bogu, nasza wdzięczność i radość za odkupienie od śmierci, za dar duszy nieśmiertelnej. Wielu z nas korzysta z bożych darów, jakby sami byli ich twórcami, posiadaczami, którzy używają ich dla własnej pychy. Ludzka pycha często „zabija” boże dary. Dar talentu, bogactwa może stać się przekleństwem dla egoisty.

 

Góra wiary

 

Wiara człowieka w Boga

Jest jak ludzka pielgrzymka przez życie
Na pastwiskach zielonych się karmi
Głodem przymiera na nieurodzajnych polach
Wspinaczką jest nieustającą w górę
Spadaniem z ostrych skał krawędzi
Często rąk potrzebuje pomocnych
Haków wbitych w skałę
Przez przewodników prowadzących
By w górę się unieść mozolnie
A czasem, samotnie przysiąść
Pośród nieprzychylnych wichrów
I słuchać serca, w którym Bóg przemawia
Opatrzności zaufać, a nie siłom własnym

 

Wiara człowieka w Boga, jest jak wspinaczka z krzyżem
Danym nam do walki, ze słabością ciała
Na bezpłodnych skałach, kiedy głód doskwiera
Głowę unosimy, po eucharystyczną mannę
Są chwile radości, z osiągnięcia szczytu
I chwile zawieszenia nad przepaścią
Chwile, gdy krzyż przytulamy, deską jest ratunku
I chwile, gdy nam z rąk wypada …
Nie ma ścieżek łatwych, na tę górę wiary
Są jednak tacy, którzy na ten szczyt się wznieśli
Słowami do nas mówią i świadectwem życia:
Ból tej wspinaczki, człowieku, sensem jest istnienia
Nagrodą, ręce Boga, wyciągnięte do tych
Którzy trud podjęli .. i w nim wytrwali.

 

 

Cud ludzkiego życia

 

Choć grzeszna jestem, niepokorna
I tak po ludzku ... ludzka
Choć dni me płyną smętnym nurtem
I żaden cud z nich nie wypływa
Są dni, być może, chwile tylko
Przemieniające zwykły bieg życia
Obrazy mocno wplecione w codzienność
Tak niebywale piękne ...

 

Ot, obcy człowiek przechodzi obok
Z radosnym uśmiechem na twarzy
Jakiś ptak przysiadł na głowie
Na posągu Maryi, przy kościelnym murze
Głośno śpiewa, jakby chciał z Nią gwarzyć
Staruszki z pasją omawiają sprawy
Tajemnych, rodzinnych swarów
Zakonnica obok ołtarza przemyka cicho, jak anioł

 

I gesty zwykłe, jak codzienny obiad
W pewnych chwilach bywają tak wzniosłe
Rozmowa, jak inne, o niczym specjalnym
Nagle staje się spowiedzią wzajemną, bez konfesjonału
Są dni, w których są takie chwile życia
Jakby artysta je wielki malował
Spływają łaską widzenia piękna
Na zwykłą, ludzką codzienność

 

Jest Miłość, Wielka, gdzieś tam pod chmurami
Jak Ojciec czuwa nad dziećmi swoimi
Trzeba tylko ku Niemu unieść wyżej głowę
I posłuchać, co szepcze, do mnie, do ciebie, każdemu
Dostrzeżemy, słuchając słów Jego
Piękno, w chwilach codzienności zamknięte
Jakiś uśmiech, zwykłą rozmowę, miły gest
Nawet ptaka na posągu kamiennym
Ot, po prostu, cud życia ludzkiego

 

 

Ile?

 

Ile przyjemności dać życiu

By nie przemieniło się w nudę, a nie w twórczą radość?

A człowiek nie stał się motylem

Który jak Ikar zachłanny słońca, spala się …

 

Ile zranień i cierpień trzeba doświadczyć

By się nie udusić od łez?

Przetrwać huragan smutków

I szukać dzielnie, zielonej granicy nadziei

 

Ile miłości trzeba przytulić, a ile stracić

By rozpoznać tę, która ożywia, hojna jest, bezinteresowna?

Jak piekarz ofiarujący głodnym

Ciepły, świeży chleb

 

Ile mieczy trzeba wystrugać z drzewa męstwa

By starczyły, na zabicie w sobie, cierni nienawiści?

Wyrastających na widok krzywd, nieszczęść

Egoizmu, wojen, zła

 

Jakie poznać słowa, ilu nauczyć się języków

By umieć serdecznie rozmawiać z ludźmi?

A nie rozkazami, rzucanymi wrogo

Budzić złość lub groźne milczenie

 

Z jakiego skarbca wybierać kryształki mądrości

Ze skarbca serca, rozmnażając je jak owoce na drzewie?

Czy szukać skarbca mądrości i wiedzy?

W nim często mądrość w pieniądz się zamienia

 

Gdzie szukać czystego źródła wody

W którego falach znajdę odpowiedź dla serca?

A może stanąć nad wielkim oceanem wiedzy?

W jego głębinach, pokolenia utopiły pytania o istotę życia

 

Staję przy źródle, czystym źródle Eucharystii

Rozpoznaję delikatny powiew Ducha Świętego

Jego cichy głos dotyka przedziwną mocą:

Jeśli umiesz kochać, jeśli ciebie kochają …

                                      Znasz odpowiedź.

 

Wystawienie Najświętszego Sakramentu na Adorację w bocznym ołtarzu.
Ludzie klękają z czcią, są jednak tacy, którzy przechodzą obok, albo niedbałym gestem czynią znak krzyża i nawet na chwilę nie przyklękają. Boli mnie to bardzo, przepraszam Jezusa  w sercu i słyszę: nie Jestem fotografią, którą jak pamiątkę religijnych praktyk, w album się chowa. Jestem ciągle żywy, a wielu o tym zapomina, cześć Mi oddają, jak fotografii - relikwii ... a rany Moje na ołtarzu żywą krwią spływają. Wasze oczy nie widzą, co Serce Moje czuje.

 

 Przyjdę do ciebie

 

Proszę Cię, Jezu, pomóż
A Ty, ręce do krzyża przybite wskazujesz
Proszę Cię, Jezu, chodź ze mną
A Ty nogi do krzyża przybite wskazujesz
Proszę Cię, Jezu, daj mi swą Miłość
A Ty serce przebite włócznią wskazujesz
Proszę Cię, Jezu, módl się za mnie
A Ty, koronę cierniową w głowę wbitą wskazujesz

 

I mówisz: Zdejmij gwoździe grzechami przybite
A przyjdę do ciebie
Oczyść serce nieufnością, jak włócznią zranione
A poznasz Moją Miłość
Czas zatrzymaj pod krzyżem na Golgocie
I ucz się codziennie ran Moich
Aż twój ból z Moim się połączy
Wówczas rosa Mojej Miłości, da ci wytchnienie

 

  Adoracja obrazu Jezusa Miłosiernego w katedrze w Płocku, w 78 rocznicę objawień tego obrazu świętej Faustynie.
Podczas tej pięknej uroczystości, zatapiam się w wewnętrznej ciszy ...

 

Cisza Adoracji

 

Cisza to kropelki z bożej tęczy
Składane wewnątrz duszy w obraz
Ciągle niewykończony, niedoskonały
Jak poruszenia pędzlem malarza
Tworzącego dzieło, które ciągle nie zadawala
W ciszy malujemy obraz Boga
W duszy niespokojnej, niedojrzałej
Tęskniącej za absolutem
Do końca dni naszych
Składamy kropelki barw tęczy
Malujemy Bogu oczy, by na nas patrzył
Uszy, by nas słuchał
W ciszy Adoracji, Bóg niewidzialny
Staje się Osobą Ojcem
Malujemy Go barwami miłości, rozpaczy, cierpienia
Zacieramy kontury już stworzone
Szukamy od nowa barw właściwych
Nowych, pięknych uczuć
Cisza Adoracji wydobywa duszę
Przed ciało
Dusza jest jak płótno, czeka
Na artystę
Ciszo adorująca Boga
Zagłuszana często słowem niepotrzebnym
Czynem nieszlachetnym
Broń duszę przed hałasem zła
Aby sam mistrz Bóg, pomagał
Tworzyć swój portret
Na płótnie duszy

 

Przesłanie z obrazu

 

Wiele lat wpatrywałam się w Ciebie
Matko Święta, z Jezusem na rękach
I choć rozum mój znał prawdę
O Twoim posłannictwie
Zasłona przezroczysta nas oddzielała
Zasłona serca, które nie dość było zakochane
Aż dzień przyszedł niezwykły, na mszy pewnej
W Dzień Święta Matki Różańcowej
Zasłona opadła, ręką anioła szarpnięta
A serce me dotknął tajemniczy płomień
Darem był i łaską …

Matka Boża z obrazu, żywą się stała
Znikła granica między niebem a ziemią
Maryja w rękach niosła Boga – Zbawiciela
I nie był On Bogiem z przestrzeni nieznanych
Bliski był, jakby codzienność była Jego życiem
I myśl we mnie zabłysła jak świetlista iskra
Maryja niesie w ramionach Jezusa
Byśmy my, z Jej rąk, w swoje ręce Go brali
I czeka Matka Cierpliwa, na obrazach świętych
By ręce, ktoś odważnie wyciągnął do Boga
By mogła Syna, oddać w ludzkie dłonie i serca
Spragnione … Jego Miłości.

 

Pewnego dnia, gdy odmawiałam Koronkę do Miłosierdzia Bożego, przyszła do mnie myśl, że jest to najpiękniejsza modlitwa ofiarowana nam przez Boga. Nie wolno odmawiać Koronki szybko, wypowiadając jedynie słowa. W tej modlitwie Bóg czeka na naszą piękną, ludzką wdzięczność za mękę Syna. Bóg ofiarował już ludziom wszystko dla ich nawrócenia. Ofiarował dar ostateczny - Syna. Nie ma już dla nas innego daru. Tym darem ostatecznym przemawia do każdego z nas - dałem wam Moją Miłość - Mego Syna na straszną mękę ... Jak wielka jest Miłość Boga do ludzi!
Mówiąc: ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego, Jezusa Chrystusa, przemawiamy do Boga, prosząc o Miłosierdzie dla nas, za nasze grzechy. Jak trudno nam ludziom być miłosiernym dla naszych krzywdzicieli. Bóg daje nam wielki dar - słowa Koronki do Bożego Miłosierdzia. Myślę, że to wielka modlitwa błagalna. Znają jej moc księża, gdy ofiarowuje się ją przy umierających. Należy się więc głęboko zastanowić, kiedy ją odmawiamy. Każde słowo, to dar Boga o wielkim znaczeniu. Odmawiając tę Koronkę, wolno, z miłością, winniśmy myśleć o Męce Jezusa, o cudzie Bożego Miłosierdzia, które nam przebacza, gdy ofiarujemy Mu Mękę Syna.

 

Mój Eden

 

Kiedy przychodzisz do mnie, Jezu
W Eucharystii
Kościół mój zmienia się w mały Eden
Ogrodem się staje, na pięknym wzgórzu
Światło ten ogród zdobi i barwy piękne
Myślę, że to dusza, ze wspomnień sekretnych
Maluje w sercu Eden ten niezwykły ...
Na wzgórzu stoję, kwiaty wokół żywe
Poranek, rosą wita, budzące się ptaki
Powietrze pachnie radosnym dzieciństwem
A ja na progu stoję samotnej chaty
Jak dusza gotowa na wizytę
Podchodzisz do mnie w białych szatach
Pas złoty zdobi Twoją suknię
I choć bezkresu morza nie widzę, tylko mały strumień
Ty, Jezu, szepczesz: nie bój się chodzić po morzu

 

Są dni, gdy próbuję duszę swą z mozołem
Wynieść na wzgórze mojego Edenu
A ona w ziemskim, szarym, skąpana poranku
Boleśnie, z trudem, wspina się do góry
Szukam Cię, Panie, tam w moim Edenie
W szacie ozdobnej, w złotym pasie
A Ty zmęczony kroczysz z krzyżem w ręce
Śpieszysz się, jeszcze wiele stacji przed Tobą
Klękam na progu mojej chaty - duszy
A Ty mimo swego udręczenia
Wiarą mnie karmisz, nadzieją miłości
Silniejsza wracam z mojego Edenu
Na ziemię, do życia mojego
I szept Twój słyszę, jak testament cenny
Odwagi, ufności, Ja jestem na brzegu
Śmiało możesz kroczyć ku Mnie po swym morzu.

 

 

Wielki cud

 

Cudów nowych żądamy od Ciebie, Boże
Jakby krzyż Zbawiciela
Nie był wielkim cudem

 

Więźniowie śmierci, o cud uzdrowienia ciała błagamy
A dusza grzechami przebita, rozpacza
Umiera powoli, bez miłości

 

Znaków oczekujemy, darów na żądanie
Pychą umundurowani, z podaniami w ręku
Dlaczego tak trudno uklęknąć?

 

Jezus święte słowa zostawił w Ewangelii
Kurz pokrył księgę, litery wyblakły
A my, własne piszemy księgi

 

O, ludzie, głusi i ślepi, cudów tak spragnieni
Codziennie, obok nas cud wielki się dzieje
W ofierze mszy świętej, w Eucharystii

 

 

 Kim byłabym?

 

Kim byłabym

Gdyby nie Twoja Miłość, Jezu?
Stworzeniem szukającym pożywienia, snu, uciechy?
Czym byłby krzyż?
Jedynie drzewem z sosny, jesionu, akacji
Czym byłaby moja modlitwa?
Słowami, które ulatują z wiatrem
Czym byłby świat?
Świergotem ptaków, burzą, mrozem, lękiem
Kim byłby dla mnie człowiek?
Obojętnym towarzyszem w drodze
Twarzą jedynie, z uśmiechem, bądź łzami
Kim byłabym
Gdyby nie Twoja Miłość, Jezu?

 

Twoja Śmierć Odkupieńcza z Miłości
Otworzyła Drogę, na niej płomienie Twego Serca
Zapalam od nich serce, oświetlam duszę
Idę ku światłu ...
Ono oświetla ludzki ból, cierpienie człowieka
Widzę życie i świat jako Dar
Klękam pod żywym krzyżem, nie drzewem akacji
Moje oczy widzą mój grzech
Moje uszy słyszą Twój płacz
Mojego serca dotyka Twoja Miłość
Moje życie pragnie Twego Słowa, Twego pokarmu
Kim byłabym
Gdyby nie Twoja Śmierć, Zmartwychwstanie?
Kim byłabym, Jezu, bez Twej Miłości, Eucharystii?
Kim byłabym?

 

Podczas czwartkowej mszy egzorcystycznej, prowadzonej przez ks.Szymborskiego, o uzdrowienie, odczułam dziecięcą, pogodną radość, jakbym  była na uczcie weselnej.
Ujrzałam w sercu obraz ludzi w kościele, ubranych w białe, długie szaty. Było jasno i uroczyście. Znikły szare stroje ...
Jakie to dziwne, pomyślałam. Dlaczego, usłyszałam w sercu, jesteście przecież gośćmi na Mojej Uczcie, przy Stole Pańskim. Waszą nędzę przyoblekam w weselny strój.
Zrozumiałam, że przychodząc na mszę, stajemy się jak weselni goście. Panem Młodym jest Jezus. Nasze szaty (myślę o duchowej szacie) powinny być uroczyste, jasne, a my gotowi, pełni miłości, obdarowywać Jezusa świąteczną radością uczestniczenia w niezwykłym spotkaniu, jakim jest msza święta.
Przeżycie, którego doznałam, było jakby kontynuacją poprzedniego dnia, kiedy po mszy świętej, w czasie Adoracji, „przyszedł do mnie” wiersz: Jak druhna.

 

 Jak druhna

 

Chciałabym podążyć za Tobą, Jezu
Jak druhna za Panem, Oblubieńcem Młodym
Kraniec sukni Twej widzieć blisko przed oczami
Znak Twej świętej drogi

 

Ludzkie oczy i nogi tak słabe, od grzechów
Muszą odpoczywać i noc je ogarnia
W nocy droga trudna, sen świętość usypia
Zagubić się łatwo

 

Głosy ludzkie mnie budzą, stanowcze i śmiałe
Drogę wskazują przez świat oznaczoną
Pokazują rachunki i dochodem kuszą
Święta droga za mgłą znika

 

Serce jednak czuwa wraz z duszą złączone
Tęsknotę budzi, rani przypomnieniem
Czuwać nakazuje, modlitwę przysyła
Drogę Oblubieńca ponownie wskazuje

 

A Ty czekasz, Panie, na uśpionych nocą świata
Już nie w ślubnej sukni, światłem jaśniejącej
Lecz z krzyżem na plecach, grzechami skrwawiony
Na naszych ludzkich drogach

 

Ile razy, Panie, zasnę, nocą słabości złożona
Ile razy zagubię skraj Twej sukni ślubnej
Ile razy zaczekasz, bym się nie zgubiła
Z krzyżem, na mej drodze

 

Chciałabym podążyć za Tobą, Jezu
Jak druhna, za Oblubieńcem, Panem Młodym
Daj łaskę czuwania w modlitwie, na klęczkach
Abym nie straciła z oczu, Twojej świętej drogi

 

 

 Ziarno miłości

 

Krzyż ucałowałam w pewien Wielki Piątek
Rękami objęłam stopy Zbawiciela
Tak żywe i ciepłe było drzewo krzyża
Jak w głodnych dłoniach, chleb świeży

 

Szelest stóp wiernych, do krzyża idących
Brzmiał w uszach jak pieśń wzniosła
Oczu oderwać od krzyża nie mogłam
A w sercu słyszałam ... pragnę twej miłości

 

W zadumie stałam, jak drzewo po burzy, spokojne
Miłość nieznana zalała mą duszę
Łzy po twarzy płynęły, rozpaczy nie czułam
Bóg chciał tym darem, me serce poruszyć

 

Dar Twój przyjęłam, Boże Wszechmogący
Modlitwą otuliłam, by nie zamarzł w drodze
Codziennie go przynoszę, w ofierze mszy świętej
Abyś widział, Panie, że go nie zgubiłam

 

Zasiałeś we mnie, ziarno miłości do Ciebie
Daj mi łaskę wzrostu, w kwiat pięknie pachnący
A gdy zmagać się będę, z Goliatem rozpaczy i smutku
Bądź ze mną, nie pozwól odłączyć mnie, od Twej miłości

 

Między światem a krzyżem

 

Nie przyrzekam Ci Jezu, że nie pobłądzę
Bo niemocy swej nie ufam
Nie przyrzekam Ci, Jezu
Iż wśród wątpliwości nie upadnę
Patrząc na świat niemoralnych wydarzeń
Oczy moje w tym świecie
Drażnią fałszywe światła
I słowa o miłości złudne, choć piękne
Oszukujące serca wrażliwe
Przyrzekam Ci jednak, Jezu
W każdym mym upadku
Nie leżeć twarzą do brudnych kamieni
Lecz, nawet sił ostatkiem
Twarz obrócić ku niebu
I choćby stąpano po mnie
Z szyderczym uśmiechem triumfu
Oblicze Twoje, na kalwaryjskim szlaku
Świecić mi będzie nadzieją
A krzyż przez Ciebie, z miłością dźwigany
Drzewem będzie żywym
Pełnym życiodajnych soków
Ono, konarami swymi mnie uniesie
Z każdego ludzkiego upadku.

 

Medjugorie

 

Jest to moja kolejna pielgrzymka do tego miejsca modlitwy na świecie, tam Matka Boża pojawia się widzącym i przekazuje orędzia.
Trwają dyskusje na temat autentyczności objawień, a miliony pielgrzymów nadal podążają do Medjugorje poszukując bezpośredniego kontaktu nieba z ziemią.
Adoracja Najświętszego Sakramentu - to jeden z najbardziej uroczystych momentów w Medjugorje. W kościele ścisk, człowiek obok człowieka, różne języki, kultura zachowań, kolor skóry, różne życiowe doświadczenia - po prostu kawałek świata zamknięty ciasno w kościele św. Jakuba, trudno nawet obrócić się, panuje nastrój wyciszenia, modlitwy, tyle spraw mamy do przekazania Jezusowi ...
Człowiek jednak jest tylko człowiekiem, doskwierają mu różne bóle, niedogodności ...
Jezu, mówię, jak piękna, ale zarazem trudna jest Adoracja w takich warunkach ... Serce jednak podpowiada mi odpowiedź. Słyszę: adorujecie Mnie swoją miłością, ale jednocześnie uczycie się „adorować” człowieka obok was jako piękną osobę. Bez tej miłości do sąsiada obok, szacunku, tolerancji dla jego „trudnej” obecności w tym ścisku, cóż warta byłaby miłość do Mnie?

 

Maryja z Medjugorie

 

Jest takie miejsce na ziemi
Wybrane przez niebo, stopami Maryi uświęcone
Słowami orędzi ubogacone
Miejsce łask, nawróceń, tęsknoty - Medjugorje

 

Tam, gdzie niegdyś kozice wędrowały
Dziś ludzie pielgrzymują uparcie
Ku krzyżom znaczącym miejsca Objawień
Ku nadziei dotknięcia świętości

 

Na tych wzgórzach zostawiają listy, zdjęcia
Własne ślady, wiadomość dla Matki
O swoim życiu, pragnieniach, smutkach
Matko, proszą, przyjdź, przeczytaj ...

 

Nadzieja stąpająca obok, podnosi chorych
Wyżej i wyżej, po kamieniach, skrawkach ziemi
Ciało spragnione cudu uzdrowienia
Wierzy w moc miejsca, gdzie stała Matka

 

Spłynęłaś Maryjo na chmurce, na Podbrdo
Z Góry Kriżewac spoglądasz zatroskana
Błogosławisz, zbierasz „Zdrowaś Maryjo” w dłonie
Jak okup za grzechy nasze

 

Synowi zanosisz, aby Jego miłosierna dłoń
Nie spadła sprawiedliwością na świat
Patrz Synu, prosisz, na tych pielgrzymów
Poczekaj, przecież tyle miłości w Tobie ...

 

Medjugorje, wydeptane milionami stóp
Wypełnione codziennością, pieśniami, modlitwą
Bądź, dzięki łaskawości Maryi, polem nadziei dla wątpiących
Bądź błogosławionym pokojem dla tych, którzy uwierzyli.

 

 

 Ty, któraś w pokorze

 

Tak łatwo mówi się, kocham Cię, Maryjo Święta
A tak trudno składać w modlitwie życia
Perełki jego wszystkich tajemnic, darowanych przez Boga
Tak łatwo godzić się z wolą bożą
Gdy ciepło łask ogrzewa serce
Tak trudno utrzymać różaniec w dłoniach
W tajemnicach bolesnych
Rwie się nasz różaniec zaufania, wierności
Powtarzamy Zdrowaś Maryjo, gubimy słowa
Niecierpliwymi rękami przesuwamy perełki wydarzeń
W których króluje rozpacz, zdrada, choroba
Błogosławionaś Ty, między niewiastami
Ty, któraś w pokorze rozważała tajemnice swego życia
Ty, któraś szukała Syna w Jerozolimskiej świątyni
Ty, która stałaś pod krzyżem
Ty, któraś nie odrzuciła tajemnic różańca swego życia
Pomóż nam z godnością, cierpliwie
Odmówić cały różaniec naszego życia
Wszystkie jego tajemnice
A gdy zerwie się w naszych dłoniach
Bólem szarpany, wypadnie z ręki
Podaj nam, połącz perełki, osłoń płaszczem swych łask
I bądź przy nas, aż do końca
Powtarzaj nam, Pan z tobą.

 

 

Pielgrzymki z aniołem

 

Biegasz za mną, mój stróżu aniele
Lat już wiele
A gentlemanem będąc z niebieskiego świata
Wieku mi nie wymawiasz
Myślałeś może, usiądzie wreszcie, częściej pośpi
I ja się przy niej trochę zdrzemnę
Skrzydła oczyszczę staranniej i odpocznę

 

A ja, kilka razy w roku
W podróże pielgrzymie cię zabieram
Wczesnym świtem każę ci wstawać
Późną nocą pozwalam zasypiać
Zwiedziliśmy razem wiele sanktuariów
W tłoku, upale, zmęczeni, czasem głodni
Na klęczkach wielbiliśmy Pana i Matkę Jego Świętą

 

Na skrzydłach nieść mnie musiałeś
Bo nogi niezbyt ochocze
Na górę Podbrdo i Kriżewac wysokie
Na pustyni, w Betlejem i Jerozolimie
Czciliśmy ślady i słowa Jezusa
Z cudownych źródeł piliśmy wodę
Wierząc, że wzmocnią ciało i ducha

 

Na ustach i rękach moich, pamięć relikwii świętych
W Kafarnaum, tak blisko czułam Jezusa
Jakby czas o latach zapomniał
W San Giovanni Rotondo, Ojciec Pio
Ciągle listy dostaje, modlitwy i prośby
Odpisuje na nie
Cudami nawróceń i uzdrowień

 

Byłeś ze mną, aniele, w Grocie Michała Archanioła
Czas miałeś z nim rozmawiać
Gdy ja się gorliwie modliłam
Pewnie dał ci rady, jak duszę mą prowadzić
Po świętych ścieżkach, do Boga
Czuję to, gdy skręcam w niewłaściwą stronę
A ty mnie do krzyża prowadzisz

 

Tyle miejsc świętych razem przemierzyliśmy
Towarzyszu wierny, stróżu mój, aniele
Uczyłeś się mnie słuchać, a ja słuchać ciebie
Teraz też głos twój słyszę, gdy serdecznie prosisz:
W Adoracji klęknijmy, w ciszy się zatopmy
W pielgrzymce człowieczej do Zbawcy swojego
Niech tę świętą chwilę chwali twoja dusza.

 

 Rekolekcje w Olszy (Ognisko Miłości Marty Robin)
Wiele pięknych, trudnych tematów omawiamy w grupie - wartość modlitwy, własnej nicości, ufność w kochające ramiona Jezusa, szeroko otwarte dla każdego.
Kończymy rekolekcje, głowa pełna myśli, rozważań. Słyszę w sercu: tak mam szeroko otwarte ramiona dla was ... ale oczekuję też, że gdy podejdę do was, przyjdę z krzyżem, pełen bólu ... to wy także przytulicie Mnie do serca, pocieszycie ...

 

 Kropla

 

Twoja Miłość, Boże
Jest jak bezkresny ocean
Moja, jak kropla łzy, bądź deszczu
Twoja Miłość, Boże
Istnieje w wieczności
Moją, lata życia znaczą, skończone
Miłością Jesteś Boże, cały
Ja, kroplę do kropli składam
By skałę mego życia drążyć
Drogę ku Tobie wytrwale znaczyć
Są lata, dni, godziny
Gdy krople mej miłości wiatr zmywa
Słońce wypala
Upał oschłością zabija
Lecz Prawda przedziwnie wpisana
Chrztem Świętym, w człowieczy los
Krzyczy, cierpieniem wzbudzona:
Twe krople miłości człowieczej
Do oceanu Bożej Miłości należą
Zbieram cierpliwie te krople
W naczynie głodnej mej duszy
I jak biedak, niosący skarb cenny
W oceanie Twej Bożej Miłości, zatapiam

 

 

 Gdy widzę

 

Kiedy mróz widzę w oczach kogoś
Nie myślę, zły jesteś człowieku
Ktoś, kiedyś łzy twoje w sople zamienił
Świat widzisz w krzywym zwierciadle

 

Kiedy obojętność w oczach kogoś widzę
Nie myślę, zły jesteś człowieku
Ktoś, kiedyś serce twe boleśnie zranił
A rana ta jeszcze mocno krwawi

 

Kiedy gniew widzę w oczach kogoś
Myślę, kto gniewu tego cię nauczył?
Czy nikogo nie było przy tobie, człowieku
Kto by cię z miłością przytulił?

 

Na oślep pędzimy, rany zadajemy
A zło jak kąkol zaśmieca nam życie
Rodziny rozbite, dzieci agresywne
Nikt o modlitwie, nie myśli

 

A przecież jest Lekarz, Miłosierny wielce
On mróz w oczach w łzy gorące zmienia
Obojętność leczy plastrami z miłości
Gniew, nawet wielki, uśmierza

 

Przypomnij sobie, człowieku zraniony
Jak kiedyś, w dzień piękny, majowy
Do serca przyjąłeś Go w ubranku z bieli
On nadal czuwa przy tobie

 

To zło ci każe o Nim nie pamiętać
To ono rodzi przyjaźń człowieka z grzechem
To zło ci szepcze, codziennie, uparcie
Samotny jesteś, człowieku

 

Wyjdź z tłumu, tych co ranią innych
Zatrzymaj się, niech pędzą dalej
Poszukaj, zagubionego gdzieś różańca babci
I uwierz, w modlitwie, nikt nie jest samotny.

 

 

 Przed Świętem Zesłania Ducha Świętego.

 

Światło Miłości

 

Kim Jesteś, Duchu Święty?
Pojawiasz się jak błysk światła w moim życiu
Z wieczności nieznanej, jak rosa poranna, wskrzeszasz
Tęsknotę zapalasz tajemniczą w codzienności zwykłej
Dusza ku Twemu światłu się unosi
Pieczęć bożej Miłości rozpoznaje
Z ziemskiego świata wyrywa się jak więzień
Światełkiem ku niebu
Tam, w przestrzeni niebieskiej Boga
W świecie Jego świętych praw
Odpoczynku doznaje
Bezkresna miłość ją dotyka, zatapia w sobie
A Duch Święty kołysze jak niewinne dziecko
W czystej, pięknej muzyce trwa
Skrzydła anielskie ją unoszą

 

Ręce wyciągam, spragnione tego piękna
Matka Boża chwyta je jak ptaki łaknące
Pokarmu ostatecznego, który głód gasi
Balsamem Swych rąk leczy rany
Tęsknotę za Bogiem wpisuje w serce ...
Na ziemię powracam z tej chwili niezwykłej
Lekki wietrzyk mnie chroni
W skrzydłach anielskich jeszcze śpiew słyszę
Chóru, którego pieśni żaden muzyk nie odtworzy
Rękami, duszę powstrzymuję aby nie uleciała
Spragnioną trwania w tym miłosnym uścisku
Jak w marzeniu spełnionym
Nasz czas jeszcze na ziemi, duszo, tłumaczę
Pocieszenia doznałaś, w Duchu Świętym
Śpiewaj o Nim ludzki hymn wdzięczności.

 

 Dzień skupienia w Derdach.
Jestem na Adoracji, niezbyt skupiona, w pamięci mam jeszcze piękny park w Derdach i posąg Jezusa Miłosiernego. Kiedy do niego podchodziłam ... ujrzałam piękny uśmiech Jezusa z posągu, pełen przyjaźni i miłości. Miałam wrażenie, że chce On każdemu ofiarować jakąś łaskę. I tak się stało, doznałam tej łaski podczas Adoracji ... łaski przedziwnej spowiedzi bez słów.

 

 Spowiedź bez słów

 

W małej kaplicy w Derdach
Gdzie duch Faustyny wciąż żywy
W Adoracji Świętej
Doznałam przedziwnej, bez słów, spowiedzi
Jakby dusza na ołtarz wpłynęła
Rozpoznając miejsce błogosławione
Ciało w ławce zostało, zgarbione
Jak posąg, nagością zawstydzony

 

Ogień gorący przenikał mnie całą
Dziwnym powiewem wzniecony
Na ołtarz wracał, mocy poszukując
Krzyż i Jezus na nim, w ciało moje wnikał
Ból przedziwny zapalał się w sercu
Dusza krzyczała jak zraniony człowiek
Żal wielki za grzechy, spalał się w tym ogniu
Byłam tylko niemym posągiem ...

 

Serce popiołem napełniało się szarym
Pokutą najszczerszą wypełniało pamięć
Łzy, jak deszcz w burzy, płynęły rzęsiste
Dusza i ja, Jezusa przepraszały ...
Utonęłam cała w tej mistycznej chwili
Duszę wypuściłam z objęć mego ciała
Idź, szepnęłam, odpocznij w ramionach Jezusa
Niech cię Jego Miłość ... błogosławi. 

 

 

Pustynia

 

Wyprowadziłeś mnie, Jezu, na pustynię
Na wolność rozważań serca i duszy
Stanęłam wobec tej wolności zatrwożona
Upał dnia pustyni mnie dręczył, zimne noce ziębiły
Modlitwa gorąca z dreszczem zimna się splatały
Zapalało się wczesnym rankiem moje serce
Nocą gasło, w samotność ozdobione
Wiatr duchowy, jak burza pustyni
Wymiatał emocje i myśli, bez korzeni silnych
Lekki powiew układał nowe warstwy myśli
Krajobraz wydm pięknych widziałam
Groty szukałam, oazy spokoju
Cisza jedynie śpiewała, dziwną pieśń, hymn pustyni
Pielgrzymowałam z mozołem wielkim
Ręce wyciągając do ciepłego wiatru
Dusza i serce stąpały w wielkiej ciszy
Nie obce były im prawa tej pustyni
Głosów ludzkich nie słyszałam, pocieszeń żadnych
Tylko szum sunącego jak fale piasku
Dziwna walka trwała we mnie
Dusza i serce, przewodnikiem były w tej walce
Myśli, sprawy dawne, wydawały się bezużyteczne
Jak balast, przeszkoda, w tej trudnej pielgrzymce
A potem, sen przyszedł, jak łaska w udręce
Dla duszy i serca tą drogą zmęczonego
Tylko chwilę byłam na pustyni serca
Skarb mi ukazałeś... łączność z Twoim Sercem
I choć siły moje słabe jeszcze były
Aby przebyć tę duchową pielgrzymkę bez ochronnej groty
To serce ją pamięta, dnia każdego pyta:
Skąd czerpać źródło mocy?
Z jakich źródeł życia nie pić wody?
I ponownie, czystym i silnym powrócić na szlak pielgrzymi
Na pustynię własnego serca.

 

 

 Litania o życiu

 

Modlę się do Ciebie, Boże
Moim smutkiem, radością, rozpaczą i nadzieją
Dniem  powszednim i świątecznym
Modlę się do Ciebie, Boże
Moimi myślami, miłością i moimi wierszami
Moim krzyżem, nadzieją i wiarą
Modlę się do Ciebie, Boże
Spadającymi kroplami deszczu i promieniami słońca
Znają one dźwięki, harmonię i światło piękniejsze od słów
Modlę się do Ciebie, Boże
Szumem łagodnego wiatru w liściach drzew
Chórem się wydaje anielskim, szeptem: chwała Panu
Modlę się do Ciebie, Boże
Porami roku, przeżytymi latami, upadkami i wzlotami
Nauczyły mnie umierania, przemijania i ponownych narodzin
Modlę się do Ciebie, Boże
Litanią mojego życia, do którego mnie zaprosiłeś
Układającego się w tajemnice zwiastowania: wiary, nadziei, miłości
Ty, Boże jesteś autorem tej litanii
Kompozytorem muzyki do niej
Daj mi słuch, wzrok, wrażliwość serca
Odczytywania i rozumienia słów tej modlitwy
Według Twojej, nie mojej woli.

 

Święto Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Przed mszą wyrywa mi się z ust modlitwa: jestem tu jak żebraczka błagająca Cię Matko o pomoc. Na tę moją modlitwę słyszę odpowiedź w sercu: jesteś Moim dzieckiem, a nie żebraczką. Ja ofiarowuję dary z miłości, a nie żebraczą jałmużnę. Mój Syn ofiarował Swoje życie za was. Żebrak prosi kogoś o datek, otrzymuje grosz, a czasem obojętność lub złość. Takimi darczyńcami są ludzie. Ja i Mój Syn nie ofiarowujemy upokarzającej jałmużny, ale łaskę miłości.

 

Do Matki Bożej Nieustającej Pomocy

 

Z obrazów świętych znana i matczynej troski
Czuwasz nieustannie, nie znasz snu, spoczynku
Wysłuchujesz próśb naszych i wołań o pomoc
Łzy ocierasz płaczącym, pocieszasz samotnych
Pojazdem Miłości krążysz, szlakiem niebo - ziemia
Bagaż trosk modlących składasz u stóp Syna
Smutki małych dzieci jak białe chusteczki
Aniołom przekazujesz, niech na nich malują
Farbami nieba, radosne uśmiechy
Sfruwają one potem białymi róż płatkami
Wprost na twarze dzieci, smutne, zatroskane
Latarnią Jesteś, w dzień i noc świecącą
Dla tych, co błąkają się po morzu cierpień
Radością dla świętych, nadzieją dla grzesznych
Ogniskiem niegasnącym dla Twych ziemskich dzieci
Matką dla sierot, troskliwą i czułą
Zbierającą na posag, w bożym ogrodzie miłości
Opuszczonym pociechę niesiesz, różańcem ich chronisz
Aby nie popadli w rozpacz i zwątpienie
Potrzebującym, perły Swoje dajesz
Z łez Twoich, sznur długi zebrali je święci
Każda perła, to boleść Matki, Jej pomoc
Wystarczy powiedzieć: Pod Twoją obronę ...
Jak niegdyś Jezusowi szyłaś ziemskie szaty
Tak dziś kapłanom, synom powierzonym Tobie
Ofiarowujesz kapłańskie stuły i ornaty
O świętość ich się modlisz, o ręce błogosławione
Matko Boża Nieustającej Pomocy
Czuwająca w noce naszych cierpień
I w dni naszych radości
Bogu dziękujemy, Synowi i Duchowi Świętemu
Za Świętą Matkę, Jej Miłość i Nieustającą Pomoc.

 

 

Modlitwa po komunii

 

Przyjęłam Cię w komunii, Jezu
Czuję fizyczny smak hostii w ustach
Przyjęłam Cię Jezu, sercem
Stało się spokojne, łagodne, miłosierne
Przyjęłam Cię Jezu, w komunii, duszą
Uspokojona w Twych ramionach
Zapłonęła miłością
Zapaliłeś Panie moje ciało, serce, duszę
Od świecy Twojego wiecznego życia
Płoną we mnie małe płomyki
Proszę swe ciało, serce, duszę
Zapalcie się w jeden wysoki płomień
Niech nie gaśnie i płonie
Wspomnieniem Eucharystii w ustach
Miłosiernym spokojem
Miłością
Niech Dar ten wypełnia moją codzienność
I pali się płomieniem pamięci o Tobie
Niech zaboli, gdy zgrzeszę
Niech ogrzewa nadzieją, gdy czynię dobrze
Daj, Panie, ciału memu, sercu, duszy
Pamięć wieczną ...
O Twojej obecności we mnie!

 

 

Głód miłości

 

Są w życiu takie chwile

Kiedy oddech Ducha Świętego

Ukazuje świat Miłości, uchylając skrzydła okna nieba

Pozwala na zachwyt, olśnienie, zamyślenie

Na narodzenie się, ożywiającej, radosnej nadziei

 

Adoruję Jezusa, czuję jeszcze smak hostii

Smak cudownej świeżości chleba

W ciszę kościoła, wpisuję modlitwę, zatrzymuję myśli rozbiegane

Serce oddaję Jezusowi, zdolniejsze jest pojąć miłość, niż rozum

Wraca do mnie, ze słowami: głodu nie zaznasz, karmiona Moim Ciałem

 

Zatapiam się w tych słowach jak w wodach Jordanu

Rozliczam z pragnień, które jeszcze we mnie tkwią

Zbieram odłamki „głodu” tego świata, które jeszcze mnie wabią

Czuję, że mogę je porzucić, choć błyszczą, obiecują …

Głód do Ciebie, Jezu … już czuwa we mnie, w dzień i w nocy

 

Łąkę widzę, oceanem jest, falującymi kwiatami

A może to symbol naszego rozbieganego świata?

Trwa przedziwna cisza, ona uczy, mówi …

Popękane są wasze serca, przelewa się przez nie, boże miłosierdzie

Ile muszę wylać Miłosierdzia, by człowiek chciał odrzucić grzech?

 

Głodna jestem tej ciszy, mówiącej językiem miłości

Ciszy wyśpiewującej piękny hymn świętego Pawła:

Czysta miłość zysków nie oczekuje … ofiarna jest

I myślę, że jest w człowieku wielki głód do Ciebie, Boże

A w Tobie, Panie, również głód miłości do ludzi

                     Niech głód mój i Twój, Jezu, połączy Twoje Miłosierdzie.

 

 Ostatni dzień pielgrzymki do Banneux, Belgia. W tym szczególnym miejscu jestem już ósmy raz. Każdego roku przyglądam się figurce Matki Bożej przy źródełku z uzdrawiającą wodą.
Tego roku zaskoczyły mnie ciemne dłonie Matki Bożej. Modlę się przy figurce, korzystam z wody ze źródełka, próbuję „rozmawiać sercem” z Matką Bożą. Pytam dlaczego ma takie ciemne, jakby zmarznięte ręce.
Słyszę w sercu odpowiedź: wkładam ręce w wasze zimne serca - zimne, jak ta woda w źródełku ... Pomyślałam o ludzkiej obojętności wobec Pana Jezusa, o grzechach swoich, o tylu naszych grzechach wobec Maryi Niepokalanie Poczętej, o braku miłości. To Maryja wkłada ręce w nasze serca, próbuje je „ocieplić” własną miłością do Jezusa. Może tu, właśnie przy źródełku w Banneux zdarzają się cuda przemiany serc?

 

 Pielgrzymka z duszą

 

Na dziwną pielgrzymkę wyruszyłam
Za podszeptem duszy niecierpliwej
Na szlak samotny, dróżką krętą pod górę
Po jednej stronie, las przyjaźnie szumi
Po drugiej, doliny usłane zbożem i kwieciem
Ciszę przerywa śpiew ptaków
Wokół przejrzyste, skrzące się światłem kolory
Dusza, jak mały chłopiec, podąża żwawo w górę
Z każdym krokiem, opuszcza mnie ból, smutek
Widzę, jak opadają ze mnie zielonymi kamykami
Toczą się do pobliskiego strumienia
Doznaję uczucia wielkiej miłości i wolności
Od goryczy, myśli natrętnych
Uczucia kruszą się, spadają drobnymi odłamkami
Staczają w dół ...
Doganiam moją duszę, słyszę śpiew piękny
Krople deszczu oczyszczają moje ciało
Nabieram je w dłonie, piję łapczywie na zapas
Piękno tej drogi błyszczy kolorami tęczy
Ciepło powietrza przenika dobrem, miłością
Jak tu pięknie - mówię do duszy ...
Wracamy - słyszę jej głos ...
Dusza znów tkwi w moim ciele
Schodzimy w dół, ku ludzkim domostwom
Słychać głosy zabieganych o jutro
Zabieram ze sobą tęsknotę, która jeszcze ogląda się wstecz
Pamięć piękna, wolności i miłości tkwi we mnie
Jakby ktoś stary obraz oprawił w nową ramę
Wróciłam z dziwnej pielgrzymki z duszą ...
Jeszcze słyszę tamten śpiew ...
Jeszcze widzę tamto piękno ...
Jeszcze czuję tamtą miłość ...
Są takie pielgrzymki, z których całkiem nie wracamy ...

 

 

Modlitwa radosnej tęsknoty

 

Pragnienie mam

Modlić się do Ciebie, Boże

Słowami, które w sercu

Gorącą, odciskają się pieczęcią

A nie są, jak ptaki, uwolnione z klatki

Wylatujące ku przestrzeni wolności

By już nie wracać do klatki serca

Rozpłynąć się w zapomnienie …

 

Słów modlitwy pragnę, owocujących

Choćby ogrodnik cierpienia je sadził

O modlitwę błagam, pełną tęsknoty

Gdy, same dźwięki słów, grają w sercu muzykę

Anielskich skrzypków, natchnionych miłością

Muzykę bożonarodzeniowej radości dziecka

Ale także nuty smutku requiem, jak krzyk do nieba

I umierający, cichy szloch Jezusa, na kalwaryjskiej drodze

 

Serce moje otwieram dla takiej modlitwy

Nie dla słów, jak lilie pachnące przez chwilę

A potem, martwymi się stają, bez życia

Ale dla modlitwy, gdy serce klęka, obudzone

Z marazmu powszedniości i chce … śpiewać

Śpiewać i płakać, milczeć i czekać … na głos Pana

Na głos … Ojca, Boga Żywego

Którego tak pragnie serce, dziecka zakochanego.

 

 

Trudne powołanie

 

Istnieje ból tak niepokojący
Przeszywający strzałami duchowych zmagań
Niewidzialny dla oczu świata
Ból, który nie wykrzywia twarzy cierpieniem
Lecz jak ptak zasiada w gnieździe serca
Przypominając o swoim istnieniu
Ból, który nie krzyczy … ale trwa i czeka
Pozwala twarzy się uśmiechać
Pozwala żyć, choć boleśniejszy jest od cielesnych udręczeń

 

Ból duchowych zmagań, ptak wyczekujący
Na spełnienie … powołania
Rozpoznania drogi, wyznaczonej przez Boga
Ból, jak pusty krzyż, niemy
Czekający na wolę człowieka, wolną wolę
Aby przyjąć … lub odrzucić, boże plany
Ku światu twarz zwracamy, by ból ten ukoić
Ale pusty, niemy krzyż czeka, cierpliwy, ofiarny
Na czas, gdy Chrystusowi, podamy rękę.

 

Jestem na mszy świętej uzdrowieniowej, w której uczestniczy także egzorcysta, ks. Jan Szymborski. Przed mszą, wierni odmawiają różaniec. Spoglądam na piękny krzyż z Panem Jezusem, rozpiętym wysoko na nim. Na tej mszy jest zawsze wiele intencji związanych z ludzkim cierpieniem.
Patrzę na Jezusa, wyciszam się ... Słyszę w sercu: ludzkie cierpienie, krzyż nałożony na ramiona - jeśli znoszony jest z cierpliwością, poddaniem się bożej woli - wtedy unosi człowieka wysoko, ku krzyżowi Chrystusa.
To tam spotykają się oczy cierpiącego Jezusa i cierpiącego człowieka. Jezus daje siłę ludzkiemu cierpieniu, uszlachetnia je. Będąc blisko Jezusa, człowiek cierpiący widzi życie toczące się wokół, jako szczególną wartość, a nie tylko przeżywanie kolejnego dnia i trwanie z dnia na dzień. I choć cierpi ból, chorobę, opuszczenie - to wtedy właśnie ma szczególną miłość Jezusa. Ta miłość daje mu moc łagodnego i cierpliwego spoglądania na świat, ludzi. Taki człowiek jest blisko oczu Jezusa przykutego do krzyża. Oczy cierpiącego i oczy Jezusa wpatrują się w siebie, są blisko siebie.

 

Dar radości życia

 

Kiedy budzisz się rankiem z modlitwą na ustach
Kiedy cieszy cię światło za oknem, drzewa i słońce
Kiedy serce twoje wypełnia dziwna radość
To dar wielki, choć czasem zapominasz ... od Kogo

 

Kiedy w ludziach widzisz piękno w oczach
Kiedy słuch twój wypełniają dobre słowa
Pieśni słyszysz piękne, bukiet kwiatów cię cieszy
To dar wielki, choć czasem zapominasz ... od Kogo

 

Daj nam takich darów wiele, Boże
Niech serca nasze dotknie Twoja wola
Niech dar życia będzie naszym dziękczynieniem
A modlitwa - radosnym Ciebie uwielbieniem.

 

 

 Autostrada

 

Świat ułudą nas wabi, wielkich przestrzeni działania
Autostradą szeroką, pełną cennych kamieni
Chwyć, krzyczy, kamień sukcesu w nauce
A odkrywcą będziesz sławnym
Schyl się po kamień talentu, błyszczący
Świat cię uwielbieniem obdarzy
Głaz podnieś, choć może ciężki
On, da ci przywilej władzy
I tak wabieni okrzykami świata
Z autostrady pychy, zbieramy kamienie

 

Z kamieniem talentu, biegniemy dumni
Tłum hałaśliwy, nie chce nas słuchać
A nowe pokolenie, własną tworzy naukę
Gdy głaz władzy dźwigamy mozolnie
Podstępem, silniejszy, z ręki nam go wytrąca
Aż zniechęceni, rozczarowani i smutni
W walce o siebie, o swe talenty
Koniec widzimy, swych zmagań
Jeszcze do piersi tulimy swój kamień
Lecz blask jego niknie, cieniem przesłonięty

 

Jest taki obraz, ludziom naszego wieku, dany
Gdy pod nim klękniesz, pod stopami Pana
Autostradę ujrzysz … do Serca Jezusa Miłosiernego
Dwa okalają ją promienie, czerwony i blady
Krwią znaczone Pana i strumieniem Sakramentów
Drogę wyznaczają ku Jego Sercu, światłem Miłości
Z psalmem uwielbienia, wejdź w tę „autostradę”
Oddaj Sercu Jezusa swoje życie i wolę
Niech Jego błogosławieństwo, talenty twe mnoży
Dla chwały Boga, dla radości i nadziei bliźnich.

 

 

Nauka o Miłości

 

Dziękuję ci, Synu Marnotrawny
I tobie Synu, Dobrym zwany
Za naukę o Miłości, z Ewangelii płynącą
Za ufność twoją, Synu Marnotrawny
W pokutę i przebaczenie Ojca
Nawet za złość twoją, dziękuję ci, Synu Dobry
Iż dary otrzymał ten, kto nie zasługuje

Jesteście lustrem dla serca mojego
Z jednej strony światło, z drugiej ciemność lustra
W świetle chcemy widzieć piękny wizerunek
Ciemna strona pochłania to, co ukryć chcemy
Ile w naszym sercu światła, a ile ciemności?
Ile widzenia oczami, a ile miłosierną miłością?
Samotny Ojciec na drodze, zna prawdę …

Ty, Synu, Dobrym zwany, udział miałeś w bogactwie Ojca
Lecz gorycz niewolnika, zabrzmiała w twych ustach
Posługą rzetelną, ale … bez miłości
Było twoje, Ojcu, posłuszeństwo
Przebaczenie Jego, za niewdzięczność uznałeś …
Ile w naszym sercu, Boże, posługi niewolnika w wierze?
A ile miłości, dla samej Miłości?

Przywilejów pragniemy za Twą Miłość, Boże
Zapłaty, jak żołnierze, żołdu
A Ty, chcesz dzielić się bogactwem Twej Miłości
Dla samej radości, bycia w Twych ramionach
Jak często w lustrze swego serca, Dobrego Syna widzimy
Jak często ciemność egoizmu … zatrzymuje nas
By, wraz z Ojcem Samotnym, wychodzić na drogę
Czekając na Synów Marnotrawnych
I dzielić z Nim, radość z ich powrotów.

 

Podczas Adoracji zastanawiałam się, dlaczego tak długo odczuwam smutek i wewnętrzny ból, po pięknej pielgrzymce do Włoch. Poświęciłam ją w intencji kapłanów.
Tak zwyczajnie, po ludzku, myślałam, że moje intencje są „mało dostrzegane”, a moja grzeszność „odbiera” tym intencjom wagę. Może nie przyjąłeś moich intencji, Boże? - pytałam klęcząc przed Najświętszym Sakramentem. W sercu usłyszałam ... wasze intencje, pozbawione egoistycznych odczuć, są niezwykle ważne, wasza zgoda na ból i smutek z tym związany - to cena walki o świętość intencji. Nawet nie wiecie, ile zyskujecie dla osób, o które się modlicie ...
Boże, pomyślałam, daj mi odwagę modlitwy. Duchu Święty, daj mi myśl światłą o intencjach, które Bóg z miłością przyjmuje, patrząc z wielkim Miłosierdziem na nasze starania.

 

Słowa miłości

 

Szukam w moim sercu
Własnych słów miłości, do Ciebie, Boże
Jak owoców dojrzałych
Na drzewie mojej wiary
Wzrok ku ptakom wolnym wznoszę
Może w przestrzeni podniebnej
Znajdą słowa miłości od lat zagubione
Na obrazy święte patrzę, twarze zamyślone
Na piety milczące, dłutem rzeźbiarza wykute
Muzyki słucham mistrzów
Choć pomarli, żyją w swych nutach
Dzieła miłości nie umierają ...
Piękne jest milczenie piety bolesnej
Twarze świętych na obrazach
Bezszelestny lot ptaków
Milczący blask słońca, cisza nocy
Słowa jednak chcą opisać piękno
Tego milczenia miłości
Obdarzyłeś nas Boże, językiem miłości
Odpowiadasz nam w nim, wysłuchujesz
Cierpliwie czekasz, łaskawy, miłosierny
Aż pojmiemy gramatykę tego języka
Aż wreszcie jego słowami uwielbimy Ciebie
Czekasz cierpliwie, Boże
Na dzieła miłości każdego z nas
Na piety życia, koncerty duszy i serca
Niepowtarzalne, indywidualne, piękne
Na psalmy
Językiem miłości pisane, Twoim językiem
Opisujące dzień po dniu, nasze własne życie.

 

 

 Horyzont

 

W horyzont się wpatrywałam
Tajemniczą linię, gdzie tęsknota doznaje spełnienia
Każdy krok ku niemu, linię oddalał
Ale horyzont trwał … zachęcał do drogi
Oddalał się, gdy biegłam
Gdy przystawałam, trwał w wyczekiwaniu
Był dla mnie jak Oczy Boga
Spoglądające na wysiłek pielgrzyma
Szłam ku niemu, po zielonych łąkach
Pełnych duchowego pokarmu
Soczystych owoców wiary
Na puste, kamienne pola, pełne cierni, wkraczałam
Spragniona, szukałam Mojżesza z laską
I skały, z której wytryśnie ożywcza woda
Cierpiałam głód wiary i zimno uczuć
Horyzont, ku ogrodom mnie prowadził
Które karmiły mnie, osłaniały swym cieniem
Nad oceanem stawałam groźnym
Po ludzku, nieprzystępnym, do przepłynięcia
Zachodzące słońce bożej łaski prowadziło mnie
Oddalało lęk, fale ustępowały
Byłam w miastach, gdzie domy wysokie
Zasłaniały horyzont, a ich hałas
Zagłuszał wołanie Oczu Boga
Otwierałam torbę pielgrzyma z modlitwami
Szukałam Domów Pana z wysokimi wieżami
Klęcząc przed Nim, prosiłam o Jego moc
Ku przestrzeniom mnie prowadził
Kontemplacji Jego Miłości
Uzbrojona w Nią, w Jego Miłość
Idę ku Oczom Boga, ku horyzontowi
Gdzie tęsknota, dozna swego spełnienia.

 

 

 Kontemplacja

 

Do Boga wysyłamy prośby i modlitwy
Litanie, koronki i psalmy
Są dni, w których serce nasze
Tak bardzo pragnie Jego Miłości
Iż wszelkie słowa toną w tęsknocie przedziwnej
I milczenie staje się naszą modlitwą …
Usta zamknięte są dla wszelkich myśli
Serce doznaje harmonii oddechu
Uszy głuchną na szmery wokoło
Ciało, w kontemplacji zastyga …
Zmysły wolne od obrazów, dźwięków
Ciszę chłoną, adorując Boga
I tak trwać możemy, jakby czas nie istniał
Łaską obdarowani, niezwykłego spotkania
W którym, nawet aniołowie cichną
Cześć oddając tej świętej chwili
Chwili miłosnego spotkania człowieka i Boga
O, błogosławiony czasie, kontemplacji pięknej
Kiedy duszę swoją oddajemy Panu
Niech ręka Twoja, Miłosierny Boże
Wyleje z kielicha, Męki Syna Twego
Krople woli Twojej, dla życia naszego
I niech ta modlitwa serca, łaską Twoją wlana
W tym adoracyjnym zachwycie, kontemplacji Boga
Chwałą się stanie, dla Ducha Świętego.

 

Po każdej komunii świętej, proszę Jezusa swoją osobistą modlitwą: Ciało Chrystusa bądź pokarmem dla mej duszy, Krwi Chrystusa bądź napojem dla mej duszy. Wiele lat modlę się tymi słowami. Dziś, po komunii świętej, niezwykle jasno i wyraźnie usłyszałam w sercu: Krew Moja krąży w twojej krwi, w twoim sercu.
Słowa te mocno odbiły się we mnie. Wiemy, jako katolicy, o znaczeniu duchowym komunii świętej, jednak w ten październikowy dzień, gdy pierwszy śnieg pokrył ulice miasta, słowa, które usłyszałam, szczególnie mnie dotknęły. Odczułam moc i znaczenie komunii świętej niemal fizycznie. Ujrzałam obrazowo krople Krwi Chrystusa we mnie. Odczułam wyraźnie, że to zobowiązuje chrześcijanina do godnego zachowania. Kiedykolwiek doznamy pokusy do czynienia czegoś niegodnego, musimy wiedzieć, że jesteśmy nosicielami Krwi Chrystusa - cennego daru. To przesłanie było tak mocne i dotkliwe, że łzy wielkiej skruchy popłynęły z mych oczu.

 

Anioł Modlitwy

 

Spotkałam Anioła Modlitwy
Między jawą a snem
Skrzydła miał z cementu odlane
Pomyślałam, rzeźbiarz dzieła nie ukończył ...
Modlitwy wasze do nieba niosę, szepnął
Trudne, pełne żalu, obojętne
Mechaniczne, jak stukot klawiszy komputera
Słowa płyną ... a serce uśpione
Bóg słów pragnie z miłości stworzonych
Prostych jak prośba oczu dziecka
Dni waszych pragnie, ku Sobie zwróconych
Niech modlitwą będą nieustanną
Smutek Anioła odczułam boleśnie
Na własne modlitwy wspomniałam
Posiane jedynie licznym słowem
Boże, wyszeptałam, przebacz każdą modlitwę moją
Z ust jedynie płynącą, poza sercem
Naukę Anioła przyjęłam z wdzięcznością
Mając przed oczami ciągle Jego obraz
Skrzydła cementowe chciał ku niebu podnieść
Modlitwy obojętne, bez serca, skupienia
Nie pozwalały Mu, nad ziemię się unieść.

 

 

Dwie miłości 

 

Kiedy miłość jest tylko pięknym słowem
Staje się własnością poetów, strof ulotnych
Taka miłość pożąda piękna, łask, hojnych darów
Oczy cierpiących szpecą ją, łzy plamią
Umiera ze strachu, gdy sukni jej dotykają
Pokaleczone serca i ręce
Po co ci taka miłość, człowieku!
Poznaj Miłość, która nosi cierniową koronę
Dźwiga krzyż, także twój, umiera, zbawia
Oczy tej Miłości nie lękają się twego serca
Rozdartego grzechem splamionych rąk
Miłość dźwigająca krzyż świata, jego ból
I twój
Daje Nadzieję na ... twoje piękno
Obdarza cię tęsknotą
Która gości w sercu, jak gospodarz hojny
I obdarowuje szczodrze, na każdy twój szept modlitwy
Nigdy nie zmęczony twoim lękiem, łzami
Wierny twój towarzysz codziennych zmagań ze złem
O, Miłości Ofiarna, która wychodzisz do nas
Z Obietnicą Zbawienia
Która wlewasz w nas tęsknotę za czystą miłością
I wędrujesz po świecie z krzyżem naszego człowieczeństwa
Zatrzymaj się przede mną, przed każdym człowiekiem
I czekaj cierpliwie, aż się przed Tobą pokłonimy
Czasem ze wstydem grzechu
A czasem z łaską wlanej w nas ... Twojej Miłości.

 

 

Lot

 

Moimi oczami nie ujrzę Cię, Panie

Przestrzeni Królestwa Twego

Nie rozpoznam wzrokiem

I choćbym orłem wiary była

Szybującym wysoko pod niebo

Chwilowej jedynie, zaznam wolności

Ale ta chwila jest motylem pięknym

Który przysiadł na moment czasu niezwykłego

Ku światłu mnie zbliża, przedziwnej czystości

To światło jak diament, kolorami błyszczy

Pamięć mą w nim zatapiam, oddaję bez lęku

By życiem wiecznym się stała

Pulsującym radością, obecności Boga

I choć skrzydła mego lotu, ludzkie, słabe

Z ziemskiej utkane materii

Na ziemię wracam, z modlitwy darem

Miłością malowaną, rękami aniołów świętych

Oczy moje, nie widziały Cię, Boże

Tam, w wysokiej, niedostępnej przestrzeni

Dusza jednak, zachwytu doznała

Muśnięta diamentem, światła Twego, Boże

I ciągle, podrywa mnie z ziemi, ku niebu

Pokarmu pragnie, Twej Miłości Świętej.

 

 Komentując słowa Ewangelii z tego dnia, spytał ksiądz wiernych, czy jak Symeon... spotkali Jezusa w te święta? Spotkałam Go ... ale nie wśród krzątaniny świątecznej, nie w rozrzewnieniu nad żłobkiem. Przemówił do mnie w obrazie niewidomego dziecka na świątecznej mszy świętej. Kiedy przekazywaliśmy sobie znak pokoju, obróciłam się do tyłu.  Na niedzielnych mszach, na pierwszych ławkach z przodu siedzą niewidome dzieci z pobliskiego ośrodka. Mój wzrok zatrzymał się na jednym dziecku, dziewczynce. Na jej bardzo bladej twarzy dostrzegłam lekki uśmiech, wyciągnęła nieśmiało dłoń w oczekiwaniu na podanie przez kogoś ręki. Czas na moment zatrzymał się ... zatarł się obraz ludzi wokół. Miałam wrażenie, że to sam Jezus, blady, tak niezwykle pokorny, prosi o gest pokoju ... jak żebrak błagający o odrobinę miłości. W sercu słyszałam słowa: wśród kolorowych lampek, świątecznej bieganiny Jestem ... tak skromny i pokorny, oczekujący ... nie oświetla Mnie blask waszych świątecznych świateł. Nie szukajcie Mnie w pięknych szopkach, bogatych w towary sklepach, choinkowych prezentach. Jestem obok was, jakże często niedostrzegany, bo oczy wasze zwrócone są ku blaskom tego świata, oślepione tym blaskiem ... Zapatrzyłam się na to dziecko, słabe, bez pomocy innych nie przetrwałoby życia z godnością. Ręka tego dziecka była tak nieśmiało wyciągnięta ... nikt z pobliskich ludzi nie dotknął jej ... ja też ... bo byłam za daleko. Po mszy świętej wszyscy biegli do szopki. Nie mogłam patrzeć bez bólu na gipsowe figurki. Pomodliłam się pod obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, „dźwigając” w sercu obraz pokornego Jezusa - dziecka, który objawił mi się na tym przedziwnym spotkaniu.

 

Podróżnik

 

Przyjęłam Cię, Jezu, do życia mojego
Jak Podróżnika z Dobrą Nowiną
Rozgościłeś się w moim życiu
Choć dom mej duszy ubogi
I szat królewskich dla Ciebie nie mam
Jednak Twa Miłość Miłosierna
Więźniem się stała
Dla mej spragnionej Prawdy duszy
Przyjęłam Cię, Jezu, do życia mojego
A Ty spytałeś:
Czy wiesz KOGO przyjmujesz?
Chciałam krzyczeć - wiem!
Spojrzałeś ze smutkiem, zmęczony
Usiadłeś przy stole, w domu mej duszy
Z bagażem …
Wyjąłeś koronę cierniową, gwoździe, kamienie
A nawet krzyż z czarnego drzewa
Powiedziałeś o ludziach, którzy Cię obrażają
O ich słowach nieczułych, wrogich
A łzy krwawe spadały
Na stół, w domu mej duszy
Patrzyłeś na mnie i jeszcze raz spytałeś:
Czy wiesz KOGO gościsz?
Przytulam Cię, Jezu, w Ofierze Eucharystii
Pokój czuję w sercu, czasem ból przenikliwy
Jakby serce moje, cudze cierpienie dotykało
Koronę cierniową próbuję zdjąć z Twej głowy
Byś choć na chwilę odpoczął
W domu mej duszy
Matkę Twoją przywołuję do pomocy
Dla pociechy Twojej
Świętych zapraszam by łzy Twoje zbierali
Jak relikwie święte, na uleczenie dusz chorych
Słowa, Ciebie obrażające, zakrywam
Słowami modlitwy błagalnej za grzeszących
Miłości się od Ciebie uczę
Gościu, w domu duszy mojej
I odpowiedzi szukam ciągle, każdego dnia
Na pytanie Twoje: czy wiesz KOGO gościsz?

 

 

 Dwa światy

 

Nasz świat, pomalowany jest bogactwem kolorów
Zielenią traw, żółcią pustyni, błękitem mórz i nieba
Światło słońca i księżyca miesza barwy
Wydobywa odcienie, ważne dla genialnych malarzy
Pory roku, mocą natury, ingerują w świat barw
Nadają im soczystość, bądź pokorną szarość
To świat naszych oczu …

 

Nad tym widzialnym światem kolorów
Unosi się świat tajemniczy, świat ludzkich myśli i uczuć
Świat nierozpoznawalny dla oczu …
Zalega jak mgła nad światem barw
Mgła stworzona ze słów, uśmiechów, łez, marzeń
Czasem przybiera kształt poezji, prozy, muzyki, obrazu
Jest jak fotografia, uchwycona migawką aparatu talentu

 

I choć umiera twórca słów i obrazów, mgła trwa …
Zaistniała w niewidzialnej przestrzeni uczuć i myśli
Są też miliony tajemnic serca, nieopisanych słowami, dźwiękiem, obrazem
Tajemnice, które stworzyły piękne, codzienne czyny
Zebrały łzy, zamieniając je w deszcz uśmiechu
Tajemnice milionów serc, cichych, nieopisanych ludzkimi słowami
Są jak barwy, z palety samego Boga, kolorują światłem
Świat niewidzialnych myśli i uczuć.

 

 

Radość pielgrzyma

 

Szuka światła dla umocnienia wiary

Przebłaganie niesie w sercu, wdzięczność za łaski

Drogi szuka, która unosi myśli, zapala serce

Drogi, na której stopy odrywają się od ziemi

Przedziwnym pragnieniem biegu ku świętości

Aż ciało zapomina o bolesnych trudach

I chce biec jak łania do źródła

 

Są dni wędrówki, gdy nogi poranione bolą

A zdyszane serce nie nadąża w trasie

Za poczuciem wolności, od codziennych trosk

I choć karmi pielgrzym swe ciało

Pątnikiem jest ciągle głodnym, ale nie ziemskiej strawy

Na drodze pielgrzyma wędruje szczęśliwy anioł

Odgarnia zwiędłe liście dawnych i ostatnich grzechów

 

Anioł towarzyszy mu, śpiewa pieśni, daje moc ciału

Aniołowie wszystkich pielgrzymów

Tworzą święty taniec wspólnej radości

Pielgrzymka, to akt adoracji Jezusa, w drodze

Każdego dnia, każdej chwili, w nieprzespanej nocy

Drogowskazem, Najświętszy Sakrament, prowadzący wędrowców

Ku Świątyni, gdzie Maryja, przygotowuje stół obfitych łask

                    Dla znużonych, lecz szczęśliwych pielgrzymów.  

 

 W oktawie Świąt Bożego Narodzenia, kiedy wszystko błyszczy, a same święta stają się bardziej „zabieganiem” aby je „urządzić”, niż duchowym przeżyciem. Modląc się w kościele przed żłobkiem, odczuwałam dziwny niepokój. Miałam wrażenie, że właśnie w tych dniach maleńki Jezus chce mi  przekazać coś istotnego, podzielić się bólem, który Go dotyka na tym świecie.
Sięgnęłam do „Orędzia Miłosiernej Miłości do Małych Dusz”. Orędzie to jest współczesnym przekazem - rozmową z Małgorzatą, niedawno zmarłą kobietą z Belgii.
Po modlitwie do Ducha Świętego, natrafiłam na fragment, który mną wstrząsnął. Cytuję:
Jezus: Zaprawdę mówię ci: za jedno niewinne życie, zniszczone już przy poczęciu, co jest najpotworniejszym z karygodnych czynów, będzie pokutować za tę zbrodnię całą wieczność - sto dusz ludzkich obarczonych tą winą. W imię sprawiedliwości i prawa, na które się powołują - mordują bezkarnie dzieło Stwórcy w Jego stworzeniu, to dzieciątko - tę nikłą odrobinę - w łonie jego matki, która osobiście jest winna, na skutek jej zgody na tę przerażającą zbrodnię. Módl się, moje dziecko za te ofiary piekła (18.VII 1973).
Wiele dni przeżywałam te słowa Jezusa - Dzieciątka, walczącego o prawo przeżycia dla ludzkich dzieciątek. Jakże lekko niektórzy z nas podchodzą do spraw aborcji, jak łatwo usprawiedliwiają się ... Jak ważne jest każde poczęte życie dla Boga. Jak łatwo jest począć życie w czasach seksualnego rozpasania ... i jak łatwo jest ... zabić dziecko poczęte, bo sam akt poczęcia nie był aktem miłości, jedynie chwilą zapomnienia.

 

Kropla Miłości

 

Nie poznam Cię, Jezu
Jeśli promień z Twego serca
Nie przebije serca mojego

 

Nie poznam Miłości Miłosiernej
Jeśli świat będę trzymać w ramionach
A nie Ciebie, Boże Dzieciątko

 

Nie poznam przeznaczenia mej duszy
Jeśli będę ją więzić w ciele
I nie zezwolę na lot ku Stwórcy

 

Nie poznam Cię, Jezu
Jeśli bólu Twojego nie przyjmę
A między mną i krzyżem zasłonę zawieszę

 

Wypełnij me serce, Jezu, kroplą Twej Miłości
Niech obfitym deszczem się stanie
I wypłucze egoizm istnienia

 

Domownikiem bądź, Panie, w sercu moim
Nie gościem weselnym
Abym żyła Twą Miłością

 

Wlej moc, Panie, łaskę i odwagę
W strwożone ludzkie serce moje
Aby poznało piękno Miłości Miłosiernej

 

Doświadczyć Twej Miłości, Jezu i wypełnić Nią nasze serca
To poznać tajemnicę Bożego planu
Dla życia ludzkiego.

 

 

 Ogród

 

W kontemplacji zatopiona, w poszukiwaniu piękna
Którym duszę moją chciałam ozdobić
Ogród ujrzałam, jakby Eden, w wiosennym rozkwicie
Szczegółami zachwycał, budzącej się przyrody
Drzewa iglaste, dumne i wyniosłe
Zielenią się chlubiły, strącając resztki bieli śniegu
Do promieni słońca wyciągały gałęzie, grusze i jabłonie
W błagalnym geście, o ciepło promieni słońca
Dla rodzących się pączków życia nowego

 

Gałąź jabłoni ujęłam w ręce, by zapach poczuć, nadziei życia
Pączkami lśniła zielonymi, śpieszącymi się wydać owoce
Z ziemi wyrastała nowa zieleń trawy
Zagłuszając stare, zeschłe pędy
Jak wspomnienia, o których należy zapomnieć
By nowe odkryć w sobie pragnienia i chęci
W kałużach, po stopionym śniegu, wiosenne przeglądało się słońce
Blaskiem swym rozrywało, uparte chmury na niebie
Goniąc je w dziecięcej zabawie

 

Jakiś ptak nieśmiało zaczął ćwiczyć trele
Nieco zdziwiony zbyt wczesną pobudką
Wiatr leciutko przelatywał przez ogród
Jak dyrygent, szukający muzyków, dla swego koncertu
Tyle piękna było w tym ogrodzie, malowanym wyobraźnią Boga
Tyle szczęścia przenikało serce moje, jak wdzięczna modlitwa
Po co, Boże, pomyślałam, szukać cudów w kosmosie
Rakietami rozbijać przestrzenie, by wiedzą się nasycić?
Człowiekowi, do szczęścia potrzebny jest cud znaków Twojej Miłości
W pięknych ogrodach Edenu, ludzkiego serca.

 

 

Oblicza miłości

 

Miłości pragnie człowiek jak kwiat wody
Bez niej opadają płatki nadziei
Usycha pączek nowego życia
Ludzka miłość jest ciągle spragniona
Kocha … być kochaną
Blaskiem się rodzi … i blednie
Na pustynię obojętności wygnana, cierpi
Nieodporna na zranienia
Ludzką miłością kołyszą zmienne uczucia
Jak wiatr gałęziami drzew
Ludzką miłość, nawet tą najpiękniejszą
Pokonuje śmierć, otulając ją czarnym kirem

 

Istnieje Miłość, która nie umiera, nie odrzuca
Królewska jest, szlachetna, wieczna
W żebraczym ukazuje się stroju, z krzyżem
Z tęsknotą w oczach błaga:
Zaufaj Mi, a głodu miłości nie zaznasz
Ofiaruję ci miłość, która rodzi miłość
Cierpliwym się staniesz dawcą miłości
A nie tułaczem, poszukującym uczuć
Tęsknotę zasieję w twym sercu, obsypię darami
Mocą Mojej Miłości twoje dni uświęcę
Razem przez życie przejdziemy w smutku i radości
Oblubieńcem Jestem, który wierny jest na wieczność.

 

Śnieżny, wietrzny dzień, jestem w nienajlepszym nastroju. Gdzieś po głowie kręci się myśl „opuszczenia” mnie przez Jezusa. Mam wrażenie, że nasza bliskość się rozluźniła. Wiem, że to złe myśli, ale ... jestem tylko słabym człowiekiem.
Podczas kilkuminutowej medytacji po przyjęciu komunii, kiedy zdolna jestem powiedzieć tylko: kocham Cię, Jezu - gorące łzy spływają po mojej twarzy ... i wtedy słyszę ukochany głos: tak, mów Mi o swojej miłości, twoje słowa „zalepiają” Moje uszy słodyczą i nie słyszę bluźnierstw, którymi Mnie ludzie raczą ...

 

W mroźny, zimowy poranek

 

Chciałabym Cię, Jezu, przyjąć w Eucharystii
W białej sukni, błyszczącej szlachetnymi kamieniami
Przepasanej złotym pasem
Z wiankiem kwiatów na głowie
Jak czyny szlachetne
Z trenem utkanym z cnót moich
Które mogłabym Ci ofiarować
Chciałabym Cię, Jezu, przyjąć
Z koszem pełnym radości
I modlitw jak najczystsze perły
Chciałabym ...
W zimowy, wietrzny poranek
Podążam do Ciebie, Jezu
Zatapiając się w brudnym śniegu
Trochę niewyspana
Otulona mroźnym powietrzem
Wypełniona nudnym smutkiem codzienności
I gdyby nie serce spragnione Twojej miłości
Ciało moje ugrzęzłoby
W lenistwie dnia powszednich czynów
Ominąłby mnie cud codziennej Eucharystii
W zapomnienie poszłyby pragnienia
O czystości duszy w pięknej sukni
O wianku pełnym cnót
O nadziei, iż moje modlitwy staną się perłami
Które Ty dostrzeżesz
W zimowy, mroźny poranek podążam do Ciebie
W ciepłej czapce, a nie z wiankiem z kwiatów
W płaszczu, a nie w białej sukni
Trochę niewyspana, trochę smutna
Bagaż trosk wlokę ze sobą
Jak stary wózek na zakupy
Siadam przed Twoim ołtarzem
I mówię: jestem, Jezu, bo głód czuję Twojej miłości.

 

 

 Nadzieja w krzyżu

 

Jak łatwo mówić: krzyża się nie lękam …
Pieśni śpiewając z wiernymi, przy dźwięku organów
Jak trudno jest przyjąć krzyż w rozpaczy
Gdy muzyką są łzy bolesne samotności
Jak trudno pokonać słabość ludzkiego serca
Wzajemności spragnionego, za każdy gest miłości
Aby krzyż życia przyjęło z ufnością
Nadzieją się karmiąc, krzyża Chrystusowego

 

Te chwile głębokiej rozpaczy
Sprawdzianem są naszej wiary
Spotkaniem, z Jezusem na krzyżu
To czas święty, bycia sam na sam, z Panem
W Jego wyczekującej, obecności …
Upadkiem ten czas będzie, czy wzlotem wiary?
Krzyż Jego, ku nam się pochyla z miłością
Gdzieś w duszy, łagodne brzmi pytanie …

 

Oddasz swą rozpacz, swój krzyż, ranom Moim?
Czy z głośnym krzykiem, ode Mnie uciekniesz?
I dokąd pójdziesz, ludzka rozpaczy?
W tłumie znikniesz, wołającym: na krzyż z Nim?
Czy jak Dobry Łotr, z sercem czarnym od grzechów
Zaufasz Mojej Miłosiernej Miłości?
Daj nam Jezu, Twoją krew zbawczą z krzyża
By mocą była i łaską, dla naszej wiary
A słowa Twoje: dziś jeszcze będziesz ze Mną w raju
W nadzieję, krzyż nasz przemienią.

 

 

 Anielska wesołość

 

Kiedy budzę się rano, anioła proszę, uśmiechnij się do mnie
Jesteś, Stróżu mój, ze świata jasności
Kolory znasz, których nie ma na ziemi
Podziel się ze mną swoim światem
Bym dnia nie ubierała w szarość
Wymaluj na twarzach ludzi obojętnych
Radość dziecięcej wiary
Daj moim kapłanom święte słowa
Przemieniające ludzkie serca
Umyj twarze smutnych ludzi
Eliksirem ożywiającej nadziei
Z aniołami przyjaciół moich, rozmawiaj
O miłości, która przebacza i leczy
Pomagaj mi widzieć pragnących pomocy
Choćby jak kamień milczeli
Zamień drewniane laski starych ludzi
W anielskie skrzydła
Niech lekko biegną na swą mszę codzienną
Stań obok strudzonych dźwiganiem krzyża
Codziennych zmartwień
I szepcz im o nadziei

 

Cisza zaległa po moich życzeniach
Anioł gorliwie pisał je na kartce
Suknie poprawił zwykłym ludzkim gestem
A kartkę życzeń, w moje ręce włożył
W jego anielskim uśmiechu
Iskierkę dostrzegłam żartu
Życzenia twoje, łagodnie powiedział
Dla ludzi są … nie dla aniołów
I pieśń wesołą śpiewając, odleciał.

 

Dzień mojej mszy porannej. Ukochany czas rozmowy z Bogiem. Po mszy świętej adoruję Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Co mi dziś chcesz powiedzieć, Jezu? - pytam. Słyszę w sercu dziwne słowa ... nie ubieraj swej duszy w łachmany ...
Rozważam te słowa. Według mnie „łachmany” to wszystkie niepotrzebne sprawy, którymi się otaczamy. Sprawy tego świata, które oddalają nas od Boga, zajmują czas, wciągają w grzech, w pokusy. Jezus oczekuje od swoich dzieci „królewskich szat” na mszy świętej (jak w przypowieści o uczcie weselnej, na którą nie przyszli zaproszeni, tylko przypadkowi goście).
Stając przed Jezusem, stajemy w prawdzie o sobie, łaska spowiedzi, pokuty nas oczyszcza, ubiera w szaty godowe. Zdejmijmy wówczas łachmany swych przywiązań i grzechów. Jezus pragnie nas widzieć na mszy świętej w szatach godowych, a nie w łachmanach.
Jakże wielkiego wysiłku woli musimy dokonywać aby nie zbierać owych łachmanów, które nam świat ukazuje ... nierzadko jako „modne ubrania”, konieczne aby przeżyć. Te łachmany to nazywanie rozwiązłości - miłością, chciwości - zaradnością, obojętności na cudzy ból - brakiem czasu itp.

 

 Współczesne Emaus

 

Jak mówić o Tobie, Jezu Zmartwychwstały
Tym, co z Jerozolimy, ze strachu, do Emaus uciekli?
Jak ich z drogi zawrócić, aby uwierzyli?
I jak tamci uczniowie, po łamaniu chleba
Mogli Cię rozpoznać?

 

Jak mówić o Tobie, Jezu Zmartwychwstały
Tym, dla których Bóg umarł na zawsze na krzyżu?
I nie chcą uwierzyć, że On żyje nadal?
Jak ich pustkę niewiary, Twą Miłością zapełnić
Aby w Eucharystii Cię rozpoznawali?

 

Jak mówić o Tobie, Jezu Zmartwychwstały
Tym, co krzyże ze ścian zdejmują?
Plakatami idoli ozdabiają ściany
Jak uciszyć ich śmiech drwiący
Aby Twój głos usłyszeli?

 

Jak mówić o Tobie, Jezu Zmartwychwstały
Tym, którzy w cierpieniu krzyk wznoszą do Ciebie?
I nad grobem dziecka, na cmentarnym placu
Nadzieję zawijają w czarny kir żałobny
I modlić się już nie chcą

 

Jak tamci uczniowie, w swej drodze do Emaus
Stawiam Ci pytania, bezbronna w swej niewiedzy
Jak zawrócić tych, którzy w ścieżkę uciekli niewiary
I tych, którym cierpienie oślepiło oczy
Współczesnych moich, uciekinierów z Jerozolimy?

 

Ilu ludzi na świecie, tyle dróg do Emaus
Każdy z nas ma ze sobą plan ucieczki od krzyża
Nawet ci, którzy przy Tobie trwali, Jezu
Zaparli się Ciebie przed wrzeszczącym tłumem
Tak grzeszność odbiera odwagę i wiarę?

 

Nadzieję bolesną w ranach Syna Twego składam
Z Miłości stworzyłeś, Boże, człowieka na ziemi
Z Miłości też każdemu wskażesz Górę Przemiany, Tabor
I choćby ta góra dla wielu była jak ziemska Golgota
Jezus, tam na górze chwyci ich za rękę.

 

 

 Jesteś dla mnie, Boże …

 

Jesteś dla mnie, Boże …
Ręką, która mnie przed otchłanią ratuje
Modlitwą, ona mnie z upadku podnosi
Krzyżem Jesteś, po którym się wspinam ku Tobie
Łąką miłości, pełnej białych stokrotek
Zapachem nadziei, gdy wokół mnie rozczarowanie
Winem młodym, rozpalającym wiarę
Jesteś dla mnie, Boże …
Psalmem, rodzącym słowa miłości
Muzyką harmonii, uspakajającą niepokój
Ojcem Jesteś, nie szczędzącym darów
Ręką, opatrującą pieszczotliwie moje rany
Myślą Jesteś, nadającą sens codzienności
Tajemnicą nieba, którą chcesz bym poznała
Jesteś dla mnie, Boże …
Miłością miłosierną, bezinteresowną
Która dar najpiękniejszy daje
Eucharystię, krew i ciało Syna Twojego
Cud płynący prosto z nieba
Cudem tym chcesz mnie unieść ku Sobie
Przez Jego Ofiarę, dzieckiem uczynić Swoim
Jesteś dla mnie, Boże …
Światłem prowadzącym ku Twojej Miłości.

 

 

 Łaska przebaczenia

 

Kiedy łódź Twoja, Panie, przybiła
Do brzegu mojego życia
To Ty, Panie, z niej wyszedłeś, do mnie
A światło w tajemniczym lustrze skupione
Dotknęło mnie świetlistym promieniem
Przeniknęło przez ciało, do serca zakamarków, dotarło
Krople łez oświetliło, jeszcze nie przelane
Myśli niedokończone, piękno nie poznane
Słowa Twoje, na wpół zapomniane, na wpół odrzucone
Na brzegu swego życia stałam
Prześwietlona tym światłem, ale lęku nie czułam
Jak dziecko, które przebaczenia doznało
Jakby miłość ukryta w głębi słabości
Zapaliła się i chciała płonąć
Oczyszczać to, co zapomniane, nie poznane
Stałam bez  ruchu
Popychana przez inne życie na brzegu
Zadziwiona, wpatrywałam się w łagodne fale
Zanurzyłam stopy w ciepłej wodzie
Chciałam płynąć z Tobą, tam gdzie dobro i miłość
Ręką, uniesioną wysoko, jak do błogosławieństwa
Nakazałeś mi zostać
Na brzegu twojego życia, mówiły Twoje oczy
Są jeszcze burze, które musisz przetrwać
Są Moje słowa, które musisz poznać
Są czyny, których musisz dokonać
Jest piękno, o którym musisz opowiedzieć
Nie lękaj się opuszczenia, Ogrójca i Kalwarii
W komunii świętej, przypłynę łodzią do ciebie …

 

Na porannej mszy odczuwam potrzebę ofiarowania jej za moją parafię i kapłanów w niej posługujących. Posyłam swojego anioła stróża na ołtarz z moją intencją. W tej samej chwili pojawia się przed moimi oczami duża, złota misa. Jak dziecko, pytam - po co Ci taka duża misa na moją intencję. W sercu słyszę odpowiedź: ta duża misa na ołtarzu napełni się za twoją intencję, wieloma bożymi łaskami. Więcej łask otrzymujesz za swoje intencje za innych, niż gdybyś prosiła tylko w swojej sprawie.

 

Nauka anioła

 

Gdy wiara cichnie w sercu twoim
Kurz zakrywa słowa modlitw świętych
W sen zapadasz smutnej obojętności
A Pan wydaje ci się oddalony
Próby doznajesz, nocy ciemności
Własnego Getsemani …
Pamiętaj, tam Jezus również czuwa
Dzieląc się z tobą cierpieniem i trwogą
Samotny, wśród śpiących przyjaciół
Jak ptak, który z klucza żurawi wypadł
By tu, na ziemi, w ciemnościach nocy
Światło zapalać
Na szlaku lotu, ku wieczności
Kiedy wiara cichnie w sercu twoim
Tradycją przodków dana ci w depozyt
Pod krzyżem trwaj Chrystusowym
Niech Miłość Jego spłynie w serce twoje
Kiedy cię dotknie, serce twe zapłonie
Bo wiara z miłości się rodzi
I choćbyś w ciemność wstąpił nocy
Ta Miłość cię obroni …
To próba była tylko, mocy twojej wiary
Łaska czuwania, z Jezusem w Getsemani.

 

 

 Do pielgrzyma

 

Nie dotykaj miejsc świętych tylko wzrokiem
Na wolność serce wypuść
Niech gołębiem wyfrunie ze źdźbłem twojej modlitwy
Na świętym obrazie, figurze, ją zostawi
Na wszystkie dni twojego życia
Pamięć o tobie zachowa, gdy tam byłeś
A dziś nie jesteś
Niech moc ci daje trwania na modlitwie
Gdy w twoim życiu cud się nie wydarza
Choć go pragniesz
Błogosławioną nicią złącz się z miejscem świętym
A gdy oczy przymkniesz
Obrazy miejsc świętych jak żywe będą w tobie
Daj dłoniom zapamiętać chropawe ściany świątyń
Ciepło rozgrzanych słońcem kamieni
Łagodność wód Jordanu, Morza Galilejskiego
Piasku pustyni, relikwii świętych
Zapamiętaj łzy przedziwnej radości
Na mszach świętych
I westchnienie wdzięczności, Boże, dziękuję, że tu jestem
Nie dotykaj miejsc świętych tylko wzrokiem
Gwarem i zamieszaniem pielgrzymiego zamętu
Miliony stóp wygładziły kamienne stopnie świątyń
Miliony ust wyszeptały tam modlitwy
Nie jesteś liczbą w tym tłumie
Jesteś darem, jesteś wotum dla świętego miejsca
Spraw, by to był dar miłości.

 

 

 Łaska Boża

 

Łaska boża tajemniczą iskrą przenika
Podsyca gasnący płomień nadziei
Dotyka nieoczekiwanie

 

Umysł nie jest zdolny wytłumaczyć Jej dzieła
Ani najmądrzejszy teologiczny traktat
Tchnieniem jest bożej Miłości …

 

Na drodze zwątpienia i raniących wydarzeń
Kiedy sił nie ma, aby podnieść się z upadku
Twarz Chrystusa widzimy …

 

Jego oczy obok naszych, na zakurzonej drodze Kalwarii
Milknie hałas stóp obojętnie przebiegających
Patrzymy na siebie …

 

Zadziwienie ogarnia nas, jaką moc ma Jego Miłość
Znika ciemność samotności, wstępuje odwaga
Bóg podaje rękę …

 

Łaska boża nie spływa słowami pocieszenia
W milczeniu niezwykłym czyni dzieło Miłosierdzia
Synom ludzkim ukochanym

 

Doznajemy zachwytu nad przemianą naszego serca
Otrzepujemy kurz zwątpienia i rozpaczy z naszych ubrań
Spływa na nas pokój …

 

Ogarnięci łaską bożą, stajemy się świadkami Jego Miłosierdzia
Idziemy za Jezusem ku krzyżowi, na którym Dobry Łotr wisi
I jak On, czujemy się zbawieni …

 

Łaska boża nie jest ludzką sprawiedliwością
Jest świętym darem dla grzesznika, od Ojca, który przebacza
I cierpliwie czeka na odwzajemnienie Miłości.

 

Adoracja po mszy. Pytam w sercu z wielką troską, dlaczego jest tak wielu obojętnych na wiarę ludzi? Jak za nich błagać Ciebie, Jezu? W twoim świecie ... słyszę odpowiedź w sercu ... żyjecie jak w stawie. Karmicie się tym, co wam staw daje, a daje mało... Rozważam te słowa. Rzeczywiście, karmimy się wartościami zewnętrznymi, opiniami zawartymi w otoczeniu, w środkach masowego przekazu, tym, co nam świat ukazuje jako wartości, które można skonsumować, tym, co opinia potoczna akceptuje. Karmimy się nierzadko ... małością, ubogim pokarmem ze „stawu”. Jak mówić o tym mieszkańcom stawu, że istnieją morza, oceany, świat boży, bogaty w wielką Miłość, która może ofiarować człowiekowi wyższe wartości duchowe niż zwykła materialna konsumpcja. Trudniejsze jest dziś zadanie dla kapłanów nauczać ludzi aby „wyszli ze stawu” swoich wartości, ku tym wyższym, duchowym i rozejrzeli się w bezkresie oceanu łask, aby spojrzeli wyżej, dalej i odczuli, że są kimś więcej niż stłoczoną w stawie rybą. Potrzebujemy charyzmatycznych kapłanów dla dzisiejszego społeczeństwa, kapłanów „chodzących po morzu”. Módlmy się, aby Bóg dał nam łaskę wydobywania ludzi z ciasnych stawów materializmu, przeciętności, uleganiu marności, którą świat nas karmi ... zamykając nas w stawach przeciętności, abyśmy nie widzieli dalej i wyżej. Módlmy się o charyzmatycznych kapłanów (jak choćby nasz papież), którzy wydobywaliby ludzi ze stawów, ku horyzontom wyższych wartości duchowych, ku Bogu.

 

Dom dla duszy

 

Domy budujemy dla ciał kruchych, śmiertelnych
Pałace bogate lub kilka ścian z betonu lub cegły
Do mieszkań tych wnosimy nadzieję człowieka
Iż wewnątrz, gościnnie, miłość zamieszka

 

Są takie domy, z łaski Boga i modlitw rodziny
Miłość w nich mieszka, od pokoleń, jak gość honorowy
Nawet krzyż nieszczęść jej nie zabija
Mieszkańcy z czcią krzyż podnoszą, ich miłość Go uświęca

 

Są domy, z których miłość zraniona gniewem, odeszła
Meble są wewnątrz, lodówka pełna, czasem ogród piękny
Tylko serca mieszkańców bez miłości, bezdomne
O ściany i sprzęty, obijają się boleśnie

 

Co trwałego możemy zbudować rękami słabymi?
Kilka ścian nietrwałych, które żywioł zmiecie
Czy rękami zmusimy miłość by została?
Kiedy serca puste, a dusza bez Pana?

 

Zanim dom zbudujemy z kredytów i cegły
Szukać należy Domu dla duszy, miłości spragnionej
Miejsca świętego, w którym oddamy ją Opatrzności Bożej
Aby nie zaznała lęku bezdomności i braku nadziei

 

Kiedy miejsce takie znajdziemy, Dom Rodzinny dla duszy
Opieką nas otoczy Święta Matka i Syn Jej Miłosierny
Z Ich błogosławieństwem dom zbudujemy na skale, nie piasku
Jego trwałość nie w murach, lecz w sercach, bożą miłością wzmocnionych.

 

 

 Świat ekranów

 

Wpatrzeni w świat ekranów, laptopów, komórek
Świat widzimy zza szyb zamglonych
Mgłą cudzych myśli i uczuć pokryty
Słowa płyną z ekranów
Jak cukierki z rozdartej torebki
Wszystkie do siebie podobne
Prawdziwe życie przebiega obok
Dla uczuć, komputer nie ma pamięci
Gdzieś ktoś umiera, matka nad dzieckiem płacze
Staruszek, za oknem otwartym szuka nadziei
My ... nadajemy krótki SMS
Na długie, cierpliwe rozmowy
Czasu dziś nikt nie ma
Gasną powoli spragnione uczuć serca
Głowy w ekranie chowane
Smutek i rozpacz to sprawy niemodne
Wierzymy, że lekarz je szybko uleczy
Dzieciom kupimy nowego laptopa
Niech wiedzą, że ich kochamy
I tak umyka dzień za dniem
Szybciej niż biegną wskazówki zegara
Ktoś SMS nam przysłał:
Wiesz, chyba Marta umarła
No cóż, myślimy, takie jest życie ...
Lecz życie zza szyb naszych ekranów
To nie jest prawdziwe życie
Prawdziwe życie ma oczy dziecka, które na ojca czeka
I nieme usta matki, by słowem swym
Czasu ci nie zabierać
Prawdziwe życie nie ma pilota, którym zgasić je można
Trwa ciągle w oczekiwaniu
I w wielkim pragnieniu miłości
Tyka jak niegdyś stary zegar, bijący głośne kuranty
I przypomina o kruchym życiu człowieka
O jego życiu prawdziwym, nie tym na ekranie
Aż wreszcie o prawdzie, dla jednych wiadomej
Dla innych bardzo bolesnej
Każdy z nas kiedyś otrzyma ... nie z ziemi
Lecz z nieba, ostatni dla siebie SMS.

 

 

 Współczesny, ukrzyżowany

 

Idzie człowiek ulicą pełną ludzi
W twarzach przechodniów szuka przyjaźni
Samotność z czterech ścian go wypędziła
Rankiem, z własnego mieszkania
Nie chciała już z nim rozmawiać, zaniemówiła …
I tak już od wielu lat milczy
Człowiek wyszedł na poszukiwanie głosów, uśmiechów
Wyszedł nakarmić swą samotność, człowiekiem
Stary jest, zmęczony własną wolnością
Od odpowiedzialności za czas, za mijające sekundy
W ręku torba na zakupy
Jak plecak wędrowca na trudną pielgrzymkę
Pielgrzymkę poprzez ulice pełne nieznanych ludzi
Niepokój widzi w twarzach, zniecierpliwienie
Gdy próbuje rozmawiać
Nie rozumie, że czas dla twarzy jest zbyt cenny
Przemykają obok niego, milcząco, jak jego samotność
Idzie człowiek, krzyż swój niesie niewidoczny
Ale ciężar jego czuje
Współczesny, ukrzyżowany …
Ukrzyżowany obojętnością, samotnością
Poślę mu modlitwę, krótką lecz serdeczną
Stań Jezu, obok niego, z własnym krzyżem
Może zobaczy Ciebie …
Razem wrócicie tam, gdzie samotność tego człowieka
Od lat milcząca, zacznie uśmiechać się, przemówi.

 

Miałam dziwny sen.  Na wzgórzu widziałam trzy drzewa oliwkowe. Ponad drzewami, na wstędze był napis: Jaka jest twoja wiara? Miałam wrażenie, że te trzy drzewa są jak trzy krzyże na Golgocie. Na wzgórzu poruszały się ludzkie postacie. Jedni na kolanach zbliżali się do środkowego drzewa, modląc się, inni sadzili kolorowe kwiaty. Wokół środkowego drzewa była pusta przestrzeń. Obserwowałam tych, którzy sadzili kwiaty i tych, którzy z trudem podchodzili pod drzewo. Wędrując, wyrywali nawet maleńkie rośliny. Pusta przestrzeń pod krzyżem kojarzyła mi się z pustelnią, z wyzbywaniem się wszelkich przywiązań. Nie było tam niczego co rozprasza. Wędrujący na kolanach nie oglądali się wstecz. Była w nich jakaś zadziwiająca determinacja. Podziwiałam ich. Napis u góry: Jaka jest twoja wiara? -  migotał złotymi literami. Do kogo należę? - zadałam sobie takie pytanie. Czy do tych, którzy zatrzymują się aby sadzić kolorowe rośliny, czy do tych, którzy wędrują pod drzewo - krzyż. Jesteśmy już na wzgórzu wiary, ale zamiast iść dalej, zatrzymujemy się aby „uprawiać” roślinki własnych przywiązań i pragnień. Mogą to być nawet piękne przywiązania religijne. Kierując oczy ku ziemi, tam gdzie są nasze przywiązania, nie dostrzegamy napisu: Jaka jest twoja wiara? Czy ci, którzy bez lęku dotarli do drzewa - krzyża, na tą pustą przestrzeń, wiedzą więcej o sobie i o swoim zaufaniu do Boga. Widziałam jak oni wracają spod drzewa - krzyża i również sadzą rośliny, ale ich rośliny nie więdły, w przeciwieństwie do tych, którzy nie podchodzili do tego drzewa. Pod drzewem - krzyżem, pusta przestrzeń ciągle czeka na odważnych.

 

Wielkanocna medytacja

 

Ile we mnie Twojej Miłości, Jezu
A ile własnej?
Ile krzyża Twego zbawczego we mnie
A ile krzyży z moich grzechów własnych?
Umierając i zmartwychwstając w tą kolejną Wielkanoc
Medytację taką zadałeś mi, Panie
Jako trudne, ludzkie zadanie

 

Ile niepewności w człowieku, ile lęku, niewiary
Aby całkiem otworzyć dla Ciebie serce
I zaufać Twojemu boskiemu przesłaniu
Ile miejsca musi nasza dusza oczyścić
W swej nieśmiertelnej przestrzeni
Aby wstawić tam krzyż Twój zbawczy
I zaufać Mu w pełni, tu na ziemi

 

Daj mi, Panie, oczy i serce Twoich świętych
Daj mi ich wiarę, dziecięcą i czystą
Jeśli uznasz, że dość we mnie siły krzyża Twego
Nie pozbawiaj mnie także nocy ciemnych
Daj mi, Panie, radość, gdy czuję Cię obok
Daj mi dotknąć krzyża Twojego, gdy cierpię
Bym rozpoznać mogła w tej medytacji o życiu ...
Ile we mnie Twojej Miłości, Jezu
Ile, Twego zbawczego krzyża we mnie.

 

 

 Nasza Góra Tabor

 

Jak głazy, układane w stos
Są nasze ludzkie grzechy
Często górę tworzą, tak wielką
Iż niebo zasłaniają
A my tacy mali pod tą górą
Zdolni swoją naturą zło czynić
Bezsilni by się na nią wspiąć
Wznieść się ponad grzech…

 

Są wśród nas odważni śmiałkowie
Którzy górę tą chcą pokonać
Duch Święty, podarowany im w wierze
Pomaga wspinać się, prowadzi
Każdy krok wzwyż pot wyciska i łzy
Z każdym krokiem siły słabną…
Jak trudno jest pokonać tę górę
Jak łatwo było ją usypać głazami grzechu!

 

Ręce pokrwawione, ciało umartwione
Upałem, brakiem wody
Głosami, które nawołują, po co ten trud?
Nogi usuwają się, spadamy w dół
Święty wysiłek trwa, niekiedy całe życie
Najważniejsze wspiąć się ponownie
Ręce przyłożyć do głazów
Modlitwą wypełnić wyschnięte usta

 

I patrzeć w górę, może już widać światło?
Może już migają gwiazdy?
Może święci dodadzą nam sił?
Tam na szczycie krzyż stoi, Zbawiciel
Tam na szczycie, dokona On, Przemienienia serca
Uświęci trud naszej woli
Tam na szczycie, cień góry naszych grzechów
Nie zasłoni nam nieba.

 

 

 Modlitwa za grzeszników

 

Tyle dziś krzyży świat przewraca
Świątyń tyle pustych, burzonych łomami
Krzyż Twój, Jezu, wśród wielu, oburzenie budzi
Sytość bogiem się staje, a wygoda cnotą
Świat chce się bawić, modlitwa mu obca

 

Obejmuję Cię Jezu, całym moim sercem
I dzięki Ci składam za krzyże przy drogach
One jeszcze stoją, mocno wbite w ziemię
Dziękuję za krzyż każdy, w Twych kościołach pięknych
Za Twą Świętą Obecność, za Twą Miłość zdradzaną

 

Modlę się za tymi, których świat przekonał
Iż bez krzyża łatwiej wieść życie spokojne
I za tymi się modlę, którzy z uśmiechem, pobłażliwie
Omijają krzyże jak symbole dawne
Pomniki historyczne, stojące od wieków

 

W swej modlitwie proszę Cię Jezu Żywy
Byś Miłosierdziem Swym oczyścił im twarze
By maski zdjęli, które świat im sprzedał
Dając złudzenie, że wszystko można kupić
By poznali oszustwo świata, który nie chce Boga

 

Tak bliski Jesteś mi Jezu, w swej Męce na krzyżu
Widzę jak krwawi dziś Twe Miłosierdzie
W modlitwie swej błagam Ciebie, Dobry Jezu
By krzyże, które jeszcze mocno tkwią w mym świecie
Łaską Twoją, poruszyły serca obojętne

 

Daj Panie pielgrzymom, którzy Cię kochają
Słowa modlitwy błagalnej za grzeszników zaciętych
Niech łaskę im wypraszają Godziną Twego Miłosierdzia
By ich nie dotknęła ręka Twej Sprawiedliwości
Kiedy chcąc wreszcie uklęknąć, krzyża Twego nie znajdą.

 

 10.04.2010 Tragedia pod Smoleńskiem.

 

Ludzki ból

 

Widziałam człowieczy ból tak krzyczący
Iż miałam uczucie, że powietrze wokół
Zamienia się w lodowe bryły
Gotowe zranić każdego brakiem nadziei

 

Widziałam człowieczy ból oddany słowami
Były piękne, przemieniały ból w poetycki spektakl
Sam ból ginął gdzieś przykryty poezją
Rozmywał się w sercu, odlatywał w przestrzeń

 

Widziałam człowieczy ból w oczach cierpiącego
Wypływał tajemnicą jego serca
Cierpiący chronił go milczeniem
Jakby ból był tylko jego doświadczeniem

 

Widziałam człowieczy ból krążący po miejscach
W których niegdyś radości kosztował
Przebywania z miłością z ukochaną osobą
Ulice to były, miejsca, kraje, domy

 

Widziałam człowieczy ból oddawany we władanie
Alkoholu, narkotyków, zabawy
Aby, ci królowie zagłady duszy
Ulotnili się z nim w zapomnienie

 

Widziałam człowieczy ból na cmentarzu
Łkający nad grobem bliskich
Nieprzygotowany na rozstanie
Jeszcze niedojrzały do oczyszczenia łzami

 

Widziałam oczami i sercem różne bóle człowieka
Nie widziałam Twego, Jezu, na Kalwarii
Nie krzyczałeś, nie błagałeś, niosłeś krzyż cierpienia
Milcząco, a oczy Twoje widziały, serce czuło, nasze cierpienia.

 

 

 Kwiat Nadziei

 

Słów nie ma by cierpienie wyrazić
Ulotne są i nietrwałe
Cierpienie w kryształowym mieści się
Wazonie duszy
Ostre kamienie, wnętrze jego wypełniają
Przemieszczają się w dziwnym milczeniu
Ból ciągle zadając nowy
Jakby ból ust nie miał
By go krzykiem ku niebu ponieść
Jedynie ludzkie oczy, te zwierciadła duszy
Łzami go wyrażają ...
A gdy łez jest więcej niż słów na świecie
W kryształowy wazon duszy spadają
Ból koją, zapomnienia nie dają ...
Jedynie modlitwą można uświęcić
Cierpienie ludzkie, ogromne, dławiące
We własne dłonie
Wziąć delikatnie kryształowy wazon duszy
I oddać go
Dłoniom Miłosiernego Boga
Pomiędzy kamienie ludzkiego cierpienia
Włoży On pączek kwiatu Miłości
I choć z bólu, słów Jego może ...
Nie usłyszymy
To kwiat ten, pokarm zaczerpnie
Z łez naszych i słów modlitwy
I rozkwitnie, rozsiewając zapach Nadziei.

 

 

 Czy można?

 

Był sad, a w nim jabłoń rozłożysta
Z owocami czerwonymi jak bombki na choince
Sadu już nie ma, jabłoń dawno ścięto
A ja ... ciągle widzę to drzewo

 

Był dom niewielki, ot, dwa okna i drzwi
A w nim ludzie kochani i kot szary
Dom zburzono, ludzie dawno umarli
A ja ... nadal go widzę i głosy ich słyszę

 

Czy można widzieć to, czego już nie ma?
Czy można słyszeć głosy, które zamilkły?
O, jakże piękna jesteś pamięci serca
Zdolna widzieć i słyszeć, to, czego obok nas już nie ma

 

O, cenny darze, widzenia i słyszenia ... miłością
Dajesz zdolność słuchania nawet w milczeniu
I widzenie piękna, tam, gdzie wzrok go nie widzi
Pozwalasz dotknąć tajemnicy o wartości życia człowieka.

 

 Późną nocą nie mogę zasnąć. Modlę się, serce podpowiada mi, że modlitwa ta jest komuś potrzebna. Ofiarowuję więc te nieprzespane godziny w intencji kogoś potrzebującego pomocy. Odczuwam dziwne przekonanie, iż to moje częściowo nocne czuwanie ma wielki sens. „Oddaję” swoją wygodę, swój wypoczynek ...
W sercu słyszę słowa: modlitwa wasza może być jak jałmużna, albo ... jak piękny dar.
Zastanawia mnie to zdanie. Jaka jest nasza modlitwa? Czy są to słowa wypowiadane tylko ustami, jakbyśmy dawali komuś datek jałmużny z tego co nam zbywa, nierzadko z obowiązku dokonania dobrego czynu? Czy nie powinna to być modlitwa, którą „obdarowujemy” Boga jako dar ubogiego, ofiarującego Bogu swoje najpiękniejsze myśli, uczucia, intencje? Darem ubogiego, który szuka w sobie cennej perły i chce ją Bogu darować? Ofiarowuje to, co ma najlepsze, a nie to czego ma obfitość.

 

Jezioro

 

Szukam jeziora o powierzchni gładkiej, przejrzystej
Bym mogła zatopić w nim
Spojrzenie mych oczu
Bez lęku, że obraz w nim odbity
Będzie fałszywy
Mamiący wyobraźnię pięknem, a nie Prawdą
Szukam jeziora łagodnego
Wtopionego w dolinę zieleni i kwiatów
Jeziora, nad którym ptaki śpiewają
Anielskie psalmy
Jeziora, w którym przegląda się Wszechmocna Miłość
Nad tymi wodami nie panuje czas
Jest tylko tu i teraz
A dusza uwolniona od słabości ciała
Unosi się ... ku wolności
Ludzie mówią, nie ma takiego jeziora ...
Ale w mojej duszy tkwi pamięć o nim
Niespokojne serce szuka zagubionego obrazu
Szuka artysty, który go namalował
Niebiańskiego Geniusza, który czyni człowieka wolnym
Kiedy ludzkie oczy zatopią się z pełnym oddaniem
W bezkresie oczu Jego Miłości
Nad łagodnym jeziorem, w dolinie zieleni i kwiatów
Gdzie ptaki śpiewają anielskie psalmy.

 

 

 Wędrowcy

 

W zadumę wpadła dusza moja
Bogactwo widząc dróg do Boga
Tych krętych, pełnych wątpliwości i załamań
I tych, po których Miłość, światłem prowadzi
Łąki widziałam pełne pielgrzymów radosnych
Wśród kwiatów szli, z modlitw zrodzonych
Obok, ścieżki biegły, twarde, kamieniste
Głazy raniły wędrowców, upadali …
Autostradę widziałam, ludzi pędzących autami
Czas wydawał się im tak cenny
Iż trudno im było dostrzec
Jezusa idącego piechotą
Mędrców widziałam pochylonych nad księgami
Okulary, z wiekiem, zakładali nowe
Umysł ich pełen był wiedzy, teorii
Ale serca … bez miłości
Byli tacy, którzy w wątłej łódce ciała
Głębi poznania Boga
W oceanie pychy szukali
Z wędką zbyt krótką, by prawdę wyłowić
Widziałam uwięzionych w bagnie
Grzechy pętały im nogi
Ręce unosili w ostatniej nadziei
Pomocy szukali, ratunku dla siebie
Na wszystkich tych ludzkich drogach
Ty, Boże, znak święty stawiasz
Krzyż Syna Twojego …
On Sprawiedliwość Twoją osłania
Chustą Weroniki i męczenników odwagą
O czas błaga dla pogubionych w drodze
O Światło Miłości, dla nich.

 

 

 Idź przede mną ...

 

Idź przede mną, Aniele Stróżu mój
Bym po Twoich śladach podążała
W ciemnościach nocy, pochodnię zapalaj
Niech w świetle tym, drogi nie gubię
Za dnia, ucz mnie słów miłości do Boga
Kiedy z sił, po ludzku, opadnę
A uszy moje, światowy harmider zagłuszy
Pociągnij mnie za rękę, dłonią człowieka świętego
Zaprowadź do świątyni
Abym napełniła się radością pamięci o Zbawicielu
Nakaż moim powiekom, aby zakryły oczy
I pozwoliły duszy kontemplować obrazy
Które oczy nie są zdolne zobaczyć
Na mojej drodze, mury widzę wysokie
Ty znasz bramy w nich ukryte
Prowadź mnie przez nie, abym murów tych nie omijała
Drogą wygodniejszą, bezpieczną
Na której się nie zranię
Śpiewaj mi codziennie pieśni piękne
Muzyką zdobione ze świata, z którego pochodzisz
Prowadź do kapliczek i miejsc świętych
Niech z Tobą wielbię Imię Pańskie
Tam, w miejscach świętych odpocznienia zaznasz
Od naszej trudnej pielgrzymki
Szepnij, proszę, na ołtarzu swego Pana
Przyprowadziłem Ci, Jezu, człowieka słabego
I choć słaby, krzyża nie porzuca
Szuka ciągle Ciebie, wyciągnij do niego rękę
Pobłogosław, na obecne i przyszłe dni jego drogi.

 

 Pielgrzymka do Banneux, Belgia.
Jestem w kaplicy Obrazu Matki Bożej. Dziękuję za możliwość przybycia do tego pięknego, cichego miejsca już 9-ty raz. To moja nowenna dziewięcioroczna.
To miejsce wycisza każdego pielgrzyma. Piękne alejki, cała przyroda skierowuje uwagę na Świętą Maryję. Wielu chorych prosi o łaskę uzdrowienia, zarówno ciała jak i duszy. Modlitwy nad źródełkiem wypełniają ciszę. Z pobliskiego szpitala przyjeżdżają na modlitwy ludzie na wózkach z opiekunami. W tym sanktuarium odczuwa się specyficzną opiekę macierzyńską Matki Bożej. Modlę się przed Jej Obrazem, tę pielgrzymkę powierzyłam w intencjach Maryi i powierzonych mi intencjach. To wielka łaska mieć możliwość pielgrzymowania tu już 9-ty raz. Marzyłam o tym już za pierwszym pobytem. Za każdym razem czuję jakbym wracała do ... domu rodzinnego, z ukochaną Matką oczekującą na moje przybycie. Modlę się, ogarnia mnie dziwna radość tego pięknego Spotkania. Słyszę w sercu ... zaprosiłam cię na ... obiad (???). Korzystaj z łask. Ile tych łask przyjmiesz, tyloma podzielisz się z innymi ...
Obiad - to uczta najbardziej sycąca - rozważam w sercu to zdanie. To także długi czas „ucztowania”. To wielka łaska gościnności. Odczuwam wielką radość i spokój wewnętrzny, jak dar niezasłużony, jaki tylko Matka może ofiarować swemu dziecku, nie patrząc na jego niedoskonałość. Chcę tę radość zatrzymać w swojej duszy, sięgać po nią w swej codzienności.
Pielgrzymki do miejsc świętych to możliwość „odpocznienia” serca od zewnętrznego świata, to „uniesienie się” w modlitwie ku Bogu, rozpoznawanie Jego woli. To czas „milczenia ciała”, aby pozwolić „krzyczeć” duszy. To wreszcie piękna rozmowa Stwórcy ze stworzeniem, za pośrednictwem Maryi.
Podczas tej pielgrzymki, w innej kaplicy, gdzie skupiliśmy się na adoracji ... słyszę w sercu ... chcę was widzieć radosnymi, nie smutnymi. To piękne zdanie - chrześcijanin powinien być radosny w modlitwie-rozmowie z Jezusem. Powinien pamiętać, że jest kochany najpiękniejszą miłością. Miłością, jaką świat nigdy nas nie obdarzy. To Miłość Miłosierna, zawsze przebaczająca, oczekująca. Jakże nie ufać tej Miłości?

 

 Radość

 

Przyszła do mnie radość
Dziwna, Piękna Pani
Nie spotykałam jej w codzienności
Rozgościła się w sercu
Napełniła wonią kwiatów
Otuliłam ją delikatnie białym płótnem
Cichutko wyśpiewywała tajemnice różańca
Rozlewała się we mnie leczącym nektarem
Uspakajała ciało, emocje
Czasem milczała
Usypiana szumem drzew, spadającym deszczem
Kroplami wody ze świętego źródełka
Dotykałam ją modlitwą
Ukazywałam twarze ludzi, wspominałam imiona
Tych, za których się modlę
Ożywała delikatnym poruszeniem serca
Dając znak ... jestem
Nie bój się, nie odejdę ...
Nie jestem świecą, która się wypala
Jestem jak dziecko poczęte w łonie matki
I czekam na piękne narodziny
Kiedy dojrzejesz na czas Wielkiego Okrzyku
Rodząc w swej duszy ...
Miłość do Boga.

 

 

 Przesłanie wiary

 

Gdybyś był sławnym teologiem
Wyjaśniającym tajemnice stworzenia
A słowa twoje nie otwierają serc dla bożej miłości
Teorią będą, zamkniętą w bibliotecznej sali

 

Gdybyś głosił wzniosłe nauki o Bogu
W salach wypełnionych po brzegi
A czasu byś nie miał na rozmowę z wątpiącym
Nauczycielem będziesz niedoskonałym

 

Jeśli modlisz się gorliwie
I dzień twój wypełniają tajemnice różańca
Ale przechodzisz obojętnie obok proszącego
Modlitwa twoja, to tylko martwe słowa

 

Gdybyś był słynnym lekarzem, odkrywcą leku
A dłonie twoje nie dotykają chorego
I z serca nie płyną miłosierne słowa nadziei
Będziesz tylko znanym naukowcem

 

Jeśli chcesz z życia uczynić czysty śpiew anielski
A człowiek obok ciebie, wydaje się fałszywym tonem
Wspomnij przypowieść o pasterzu
Który w trudzie szukał zagubionej owcy

 

Szlachetny jesteś, gdy dajesz swą miłość rodzinie
Gdy cześć oddajesz ukochanym zmarłym
Dlaczego leniwe jest twoje serce, gdy ktoś prosi o pomoc?
Krótkowzroczne oczy, dla cierpienia na obcych twarzach?

 

Gdy dzieła piękne tworzysz, talentem obdarzony
Modlitwą wdzięczności dziękuj, pychy nie ukazuj
Bóg obdarzył cię łaską, własnym zaufaniem
Iż o Jego Miłości będziesz mówił bliźnim

 

Trudne przesłanie wiary dał nam Pan
Świętość jej, nie w miłości do piękna, sławy i doskonałości
Ale w mozolnym trudzie pokochania drugiego człowieka
Nauka dla serca, codzienna, nie odświętna.

 

 

 Obraz duszy

 

Zesłałeś Panie, duszę moją na ziemię
Namalowaną Twoimi barwami, kolorami nadziei
Piękno jej, pięknem Stwórcy jaśniało
Na Jego podobieństwo

 

Na ziemi, pośród trosk, zmagań i cierpień
Wątpliwości, bólu i walki ze złem
Szara się stała, wyblakła od łez
Na podobieństwo obrazu za mgłą

 

Szukam Panie, dla niej, barw pierwotnych
Czystych, jasnych, iskrzących się światłem
Mgłę szarą, próbuje zetrzeć suknią Maryi
Szkaplerzem, dodać jej odwagi

 

Duszę moją widzę jak stary obraz
Farba wyschnięta odpada, rysunek zanika
Lecz ciągle jest dziełem artysty
Artysty o wiecznej chwale

 

Stawiam swoją duszę Boże, przed Tobą
W Adoracji Twego Miłosiernego Piękna
Na sztalugach mego ciała
I błagam: przywróć swą ręką jej barwy

 

Oświeć Duchem Świętym blednący rysunek
Wolę swoją oddaję Twoim twórczym zamysłom
Nie dla podziwu obrazu duszy własnej
Ale dla chwały i nadziei Stwórcy dusz.

 

 Podczas jednej z mszy odczuwam w sercu przedziwną odwagę do czynienia szlachetnych czynów, jakby ktoś wlał we mnie tę odwagę i dał mi siłę do odróżniania tego co dobre a co złe. Słyszę w sercu: każdy, kto ma odwagę przeciwstawić się złu, nawet z narażeniem się na cierpienie, jest dzieckiem królewskim, które sadzam na „tronie”. Zrozumiałam jak istotna jest walka z własnym egoizmem i wygodą, zamykaniem oczu na zło wokół nas. Każdy, nawet drobny akt odwagi głoszenia słów Jezusa czynem - jest unoszeniem się wyżej ku Bogu i dalszym doskonaleniem. Wraz z tym przychodzi do nas moc Jezusa i umocnienie się w wierze. Odstąpienie od łaski zasiadania na tym „tronie” - to upadek w „pospólstwo grzechu”. Dostaliśmy wybór ... albo walczyć, często sami ze sobą, o ten „tron” (wiadomo, że jest to trudna walka), albo pozostać w „pospólstwie grzechu”, pozornie wygodnym, dającym chwilowe przyjemności.

 

 Ofiara serca

 

Powiększ serce moje, Panie
Pamięcią Męki Twojej
Niech nie będzie tylko rytmicznie bijącym organem
Niech miejscem będzie dla Krzyża Twojego
Żyjącym Twą Drogą Krzyżową
Milcz, serce moje, gdy cię piłaci oskarżają
Zniż oczy twoje, ku oczom Jezusa w upadku
Szukaj w nich drogi zbawienia
Nie bój się krzyża, danego ci wolą bożą
Dźwigaj go mężnie, obok Pana Twojego
A Matka Jego i Szymon pomoc ci ześlą
Daj, serce moje, Weronice, chustę pragnienia świętości
Niech Oblicze Pana cię strzeże
Nie lituj się, serce moje, nad swym losem
Lamentuj nad grzechami, które upadek przyniosły
Nagość twoja niech oczyszczeniem będzie
Od ziemskich przywiązań, które kuszą
Gwoździe bólu życia, przeszywające ciało
Jezusowi ofiaruj za grzeszników
A ofiara bólu nie pójdzie na zatracenie
Niech krzyż dany ci sprawiedliwą ręką Boga
Wypełni cię, serce moje, wzdłuż i wszerz
Czyniąc przestrzeń dla bożego słowa
Dla Miłości Jego, do świata i ludzi
Łazarzem bądź, serce moje, ukrzyżowanym
Które w łasce miłosierdzia ufność pokłada
Nie dla uczynków, lecz dla wiary w Boga
Umieraj, serce moje, nie dla śmierci
Lecz dla zbawienia wiecznego
W ramionach Świętej Matki.

 

 

 Bieg za aniołem

 

Czasem biegniesz przede mną, Aniele, Stróżu mój
O kilka kroków wyprzedzasz
Zniecierpliwiony moją słabością
Patrzysz niezadowolony
Jak nauczyciel zawiedziony uczniem
Tyle planów masz dla mnie, tyle dróg świętych
A ja … zwalniam bieg
Czasem widzę cię na drodze pełnej światła
Oglądasz się za mną
A ja, nocą niemocy okryta, śpię
Ale wracasz i czekasz na mnie
Sny wyjmujesz ze swego podróżnego plecaka
Piękne, o krainach górzystych, źródłach czystych
A czasem mroczne, jakbyś chciał mnie
Ze snu wyrwać …
Radosnym cię widzę, gdy na mszę idziemy
Podskakujesz wesoły, z dziecięcą ufnością
Na spotkanie ze swoim światem
Gdy słów twych nie słyszę, sobą zajęta
Do konfesjonału prowadzisz, bym duszę
Fałszywymi tonami grzechu, rozstrojoną
Na czyste tony przestroić
Podczas adoracji, ptakiem jesteś rozśpiewanym
Ariami z nieba zapamiętanymi
Sił mi dodajesz natchnieniami świętymi
Bym nadążała w biegu za tobą
Z wiarą, że znasz drogi, na których nie pobłądzę.

 

Podczas medytacji, po komunii, ujrzałam w sercu piękny, przedziwny obraz. Wysoko na tronie siedziała postać znacznych rozmiarów. Z postaci tej spływała jasna tkanina, przezroczysta, mieniąca się odmianami bieli, nieporównywalnej do tej, którą można dostrzec na ziemi. Czułam delikatność tej tkaniny, chciałam zatopić się w niej, otulić. Była materią a jednocześnie jakby ciepłą wodą. Nie miałam śmiałości podnieść głowę ku uniesionej wysoko postaci. Tkanina spływała wokół tej postaci, a blask jej nie raził oczu, świeciła jasno - niebieskim światłem. Wzbudzała we mnie uczucie wielkiej miłości i bezpieczeństwa. Z lewej strony tego obrazu dostrzegłam krzyż z Chrystusem, unoszący się wysoko w przestrzeni. Z krzyża spływała na tkaninę krew, rozmywała się wokoło różowym kolorem. Usłyszałam w sercu: dopóki krew Chrystusa spływa w każdej mszy świętej na ziemię, dopóty Boża Sprawiedliwość jest powstrzymywana. Boże, pomyślałam, jak ważna jest msza święta dla świata, dla każdego grzesznika, nawet dla tych niewierzących. Uczestnicząc we mszy świętej pobożnie, świadomie, uczestniczymy w akcie zbawiania ludzi. Jezus, przelewając krew, oręduje przed Bogiem za grzesznym światem.

 

Chwile

 

Są w mym życiu chwile przedziwnej jasności
Rozdziera się zasłona przed moimi oczami
Czuję w sercu miłość, tak mocną, gorącą
Unosi mnie ku niebu, nadludzką tęsknotą
Rozlewa w ciele, mocą nieznaną na ziemi
Kolana zgina w radosnej pokorze
Moje ciało drętwieje, zamienia się w posąg
Mogę tylko wołać do anioła stróża
Weź mą duszę
I zatop w tym ogniu miłości
I choć trwa to chwilę
Jak błysk światła, fragment przepięknej melodii
Dusza moja czystym źródłem się staje
W którym ...
Grzech widzę jak zdradę tej Wielkiej Miłości.

 

 

 Modlitwa błagalna

 

Duchu Święty, Boże, Duchu Miłości, błagam Cię
Niech ślepotę mych oczu, na piękno niewidzialne
Dotknie Miłość Miłosierna, rozerwie zasłonę cielesności
Niech siła Miłości Miłosiernej zawładnie mym sercem
A kawałki lodu rozpadną się z trzaskiem
Lodu, który ziębi, rani, złością i grzechem

 

Daj mi Duchu Święty, Duchu Miłości
Jedną kroplę łzy Jezusa z Getsemani, słoną i gorzką
Jedną kroplę krwawego potu Jego
Niech mocą ich świętości, przetrę oczy niewidzące
Niech egoizm serca i ciała utonie w nich
Jak tonie czarny ptak zła, czyhający na duszę

 

Daj mi Duchu Święty, Duchu Miłości
Taki bunt, który zabija złe myśli i czyny
Taką modlitwę, która ocala grzeszników
Taką wiarę, pod krzyżem Jezusa
Która nie odwraca się od Jego ran
Nie szuka ukojenia w świecie

 

Przelej na mnie Duchu Miłości, swego Ducha
Bym przyjmując Jezusa w Eucharystii
Wolę swoją, Jego woli poddawała
Bym milczeniem, na Jego ból, nie odpowiadała
Bym nie stała się obrazem wiary, zakurzonym, pozbawionym światła
Obok którego, Jezus przechodzi ze smutkiem

 

Daj mi Duchu Święty dar, trudnej miłości miłosiernej
Abym nie oceniała bliźnich według tego, co widzą oczy
Daj chęć walki o uzdrowienie dusz, modlitwą i czynem
Weź obraz mej wiary, przybity krzywo, moją niedoskonałością
A łaską swoją, daj mu czyste barwy Twego światła
I bądź przy mnie, gdy kruchą łodzią mojej woli
Na ocean Twojej woli, wypłynę.

 

 

 Kim Jesteś dla mnie, Hostio Święta?

 

Mocą niezwykłą Jesteś
W życiu moim, uwiązanym do ludzi, miejsc i wydarzeń
Podtrzymującą wątłe siły uwikłane w historię życia
Mocą napełniającą odwagą do walki
Ona nie pozwala ugiąć kolan ze strachu przed złem

 

Światłem Jesteś
Dla mej duszy popadającej w ciemność smutku
Światłem przypominającym o radości Zmartwychwstania
Życiodajnym lekarstwem na oschłość serca
Gorejącym płomieniem wypalającym zranienia

 

Miłością Jesteś
Ponad wszelkimi słowami, pieśniami pięknymi
Jakie człowiek potrafi stworzyć, nawet najczulszym sercem
Balsamem, po którym znikają blizny ran
A człowiek z ufnością podnosi się z upadku

 

Ręką Jesteś pomocną
Kiedy własny krzyż wydaje się zbyt ciężki
A oczy szukają miejsca, gdzie go porzucić
Chlebem stajesz się w ustach moich
Który święte chwile nadziei ofiarowuje

 

Modlitwą Jesteś
Wypełniającą, bez słów, serce moje przebaczeniem
Gdy na klęczkach żałuję za me grzechy
A oddech Pana mojego, z czystej hostii
Tchnieniem swym, wypełnia mą duszę

 

Radością Jesteś
Ścielącą się u stóp kapłana, zadziwioną cudem
Spotkania z żywym Bogiem, błogosławiącym
Radością, którą wypełniam ciało, serce, duszę
Boże, myślę, jest Miłość, która kocha mnie.

 

Kim Jesteś dla mnie, Hostio Święta?
Mocą, Światłem, Miłością, Modlitwą, Radością
Jesteś Zbawicielem moim.

 

 Moja ostatnia procesja w Fatimie, ostatni wspólny różaniec. Towarzyszę Matce Bożej, trzymając się ponownie blisko posągu, uskarżam się Jej, że muszę opuścić to piękne miejsce modlitwy. Słyszę w sercu przedziwne słowa: surowo nakazuję ci modlić się za grzeszników ... Zatrwożyły mnie te słowa, ich powaga przejęła mnie głęboko. Napełniła moje serce odpowiedzialnością za innych ludzi. Słowo „surowo” tak wniknęło we mnie jak rana. Mam o niej pamiętać w swoich modlitwach błagalnych za tych, którzy są daleko od Boga.

 

 Fatima

 

Nie ma już ciszy na wzgórzu Cova da Iria
Nie ma owiec pasących się w słońcu
Nie ma Franciszka, Hiacynty biegających po wzgórzach
Jest plac duży, kamienny, pulsujący krokami ludzi
Powietrzem wypełnionym słowami modlitwy
Sercami i oczami, z miłością wpatrzonymi w Madonnę

 

Dziesiątki lat temu Anioł ukazał się dzieciom
Nowiny obwieścił i słowa dla świata święte
A potem Matka Boża przemówiła do nich
Głosem pełnym słodyczy głosiła orędzia
Wzywając do błagań i pokuty za lud grzeszny
A oczy Jej były zatroskane o dusz zbawienie

 

Dziś, Jezus złoty na wysokiej kolumnie
Jak latarnia morska, wita pielgrzymów, rozkładając ręce
Kiedyś szum wiatru niósł się po tych wzgórzach
Dziś, słowa modlitw, we wszystkich językach
Kiedyś słońce i księżyc chlubiły się światłem
Dziś, świec tysiące rozświetlają ciemności

 

Dawne dróżki, zielem górskim wysłane i drzewami
Granit pokrył, błyszczący od kolan pielgrzymów
Tylko ptaki, choć nieco zdziwione tą zmianą
Nie przestają swych porannych treli
Na chwilę milkną, gdy dzwon wielki katedry
Ave Maryja wygrywa pielgrzymom

 

Modlitwa nieustająca nad Cova da Iria płynie
Dymem kadzielnym ku niebu się wznosi
Ze świec wosk spływa, każda kropla to wołanie o pomoc
Spalają się grzechy, Boże Miłosierdzie proch ich rozwiewa
Drżą nadzieją przebaczenia, w ciepłych dłoniach, różaniec
Kolejny paciorek, tajemnicę ludzkiej tęsknoty odkrywa

 

Ludzkie głosy falują dźwiękami języków świata
I choć słowa pielgrzymów obok nieznane
Różaniec łączy jak lina rzucona górskim wspinaczom
Aby wyżej i wyżej podążać ku niebu
Gdzie czekają święte ręce Bożej Matki
Błogosławiącej podróżującym ku Bogu

 

O Fatimo Święta, darze dla dusz zbawienia
Niech nigdy cisza nie zalegnie nad Cova da Iria
I nie zamilkną modlitwy kolejnych pokoleń
O cuda przemiany serc, grzechem skażonych
Niech pielgrzym, miłością Maryi dotknięty
Błaga tu o swoje zbawienie.

 

 

  Niespokojna tęsknota

 

Tęsknię za dotykiem, który rękę moją trzyma w dłoni
Za spojrzeniem miłosiernym, za słowami tęsknię
Które, jak deszcz letni, nadzieją napełnią oczyszczającą
Za Ojcem tęsknię, wychodzącym mi naprzeciw
On ucztę przygotował, dla mojej tęsknoty

 

Tej tęsknoty nie sycą ludzkie słowa, dotyk i spojrzenie
Działa niewidzialnie, darem jest od Stwórcy
W serce wpisana, śpiewa o miłości czystej
Niespokojnej, dopóki nie spocznie u stóp Boga
W wieczności, gdzie spełni się jej pragnienie miłości

 

I szuka w swoim świecie, tęsknota wędrująca
Myśli i braci, z Miłości Boga stworzonych
Drogi omija, tam, gdzie zdradliwe wody
Wabią urodą, oszukując nieostrożnego wędrowca
Mylącego ludzką tęsknotę, z tęsknotą za Bogiem

 

Błaga tęsknota pod krzyżem, o dar miłosiernych czynów
O modlitwę za braci, którzy światu dali się uwieść
O przebaczenie też błaga słowami skruszonymi:
Całego ich płaczu nie utuliłam, ran nie opatrzyłam wielu
Miłosierdziu Boga, sąd powierzam, nad tęsknotą moją.

 

 

 Święte chwile

 

Są chwile śmiertelne, umierające w czasie
Śmierć ich, wraz z pamięcią odchodzi
Jak codzienne czynności, rutyną dnia wyznaczane
Siła przeżyć, nawet tych tragicznych, słabnie
Plamą jest w sercu, zalegającą szarym bólem

 

Są też chwile święte, ponad śmiertelnością istniejące
Chwile, gdy pomiędzy ręką kapłana
A ustami wiernych, hostia biała się unosi
Znak istnienia tajemnicy nieśmiertelności
Moment mistycznego uświęcenia życia

 

Dwie śmiertelności, kapłana i nasza
A pomiędzy, w przestrzeni modlitwy uniesiony
Jezus, Pan Wiecznej Miłości, Jego Ciało i Krew
Cud tak wielki, że aż niepojęty
Przez kruchą miłość człowieka

 

Przez ten jeden, święty moment, dotyku Boga
Stajesz sam, przed obliczem Pana
Niebo patrzy na ciebie, wypełniając łaską
Dusza karmi się Eucharystią, krew Pana z twoją się miesza
Śmiertelność twoją zabarwia kolor wieczności

 

Skruszony, z pokorą oddajesz się woli Pana
I choć zrozumienie tego cudu jest ponad twoje siły
Słyszysz jedynie dźwięki wypełniające świątynię, widzisz twarze
Cud spotkania z Bogiem zaistniał…
Zalewając twoje serce nieznanym pokojem

 

Są chwile śmiertelne, zamierające w codzienności życia
Są też chwile nieśmiertelne, święte, dar Boga
Gdy Ofiara Męki Jego Syna, woła białą hostią, w duszy:
Jestem twoim pokarmem, zbawieniem dla wieczności
Podaj mi swoje usta, a dotknę cię pocałunkiem pięknej Miłości
To dla tych chwil, Bóg stworzył ciebie…

 

Dzień wspomnienia św. Franciszka. Któż nie kocha tego świętego! Oddał się cały Bogu, może być wzorem dla wątpiących.
Jestem na mszy świętej. Po komunii „widzę” w duszy obraz szeroko otwartej bramy na zielonej łące pełnej kolorowych kwiatów. Obok, taka sama brama, ale tylko uchylona, jedynie wąski otwór. Zastanawia mnie ten obraz i co on oznacza? Odnoszę go do nauk św. Franciszka. On, cały poświęcił się miłości do Boga, zaufał we wszystkim. Pozwolił swemu sercu otworzyć się całkowicie (tak jak ta pierwsza brama). Czy my ludzie, słabi, nierzadko wątpiący, nie ufający do końca, nie otwieramy swego serca dla Miłości Boga tylko trochę? Boimy się całkowicie zaufać i przyjąć bożą wolę wobec nas. „Kontrolujemy” swoją miłość, ufając bardziej swoim myślom, swojej woli. Daj nam Panie łaskę otwarcia się na Twoją wolę.

 

Dziecko

 

Moje serce jest takie małe
Aby Miłość Twą, Boże, ogarnęło całą
Jest jak człowiek niesprawny biegnący do mety
Obok zdrowych biegaczy

 

Mogę, Boże mój, jedynie przemienić się w dziecko
Które ufność całą, Ojcu oddaje
I podążać za Tobą, każdą ścieżką
Głos Twój mając przed sobą

 

Chcę by pokarm Świętej Eucharystii
Był mi mlekiem ożywczym, karmiącym
By dziecięcy zachwyt nad Dobrym Ojcem
Nigdy z mojego serca nie znikał

 

Niech modlitwa moja będzie płaczem dziecka
Spragnionego rąk Ojcowskiej opieki
A On widząc jego bezradność i ufność
Kołysankę mu zaśpiewa o Miłości

 

Moje serce jest zbyt małe
Aby zmierzyć wielkość Twej Miłości, Boże
Dzieckiem będąc, wierzę, że Ty - Dobry Ojciec
Zanurzysz mnie, w przejrzystym źródle swej Miłości.

 

 

 Wodospad

 

Jak z wodospadu, bogactwem dźwięków
Spływa po skałach i kamieniach na świat
Czysta, źródlana woda, bożych łask
Tworząc wodną toń u jego stóp
Toń Miłości, Dobra i Piękna
Nikt nie zna głębokości tych wód
U wielu ludzi budzi lęk
Kamieni skalnych wodospadu wolą się trzymać
Stopy jedynie obmywać bezpiecznie
Każdy kamień to grzech człowieka
W stosy usypane, grzechy znane od pokoleń
Grzechy skamieniałe, w ostrych kształtach głazów
Agresywne, kaleczące, te same od wieków
I te wygładzone, z pozoru łaskawe w dotyku
Oszukańcze, ukrywające zło głęboko schowane
Spływa po nich czysta woda łask
Ciągle cierpliwie, miłosiernie
Czasem burzy się, białą pianą, bożego gniewu
Dla spragnionych jest ciepła od Miłości i Nadziei
Nad przeczystą tonią unoszą się aniołowie
Szepczą, rozbitkom na skałach świata:
Zanurzcie się w niej, oderwijcie dłonie i stopy od kamieni
Uwolnijcie swą wolę od lęków, nieufności, nienawiści
W tej wodzie bożych łask
Nikt nie utonie…
Przyjmijcie w niej, oczyszczający Chrzest Bożej Miłości.

 

 

 Różaniec nadziei

 

Sensu życia szukamy, czasem aż do śmierci
Ciemności dni naszych rozważamy
Jakbyśmy bez światła żyli
Z tragicznych wydarzeń wyplatamy
Papierowe wieńce klęski
Kiedy radość ogarnia nagle, serca nasze
Lękamy się jej, myśląc, zaraz odleci
A przecież jest jak nasienie kwiatu
Wzejdzie, napełniając wonnością zapachu

 

Jak pielęgnować tę radość, która nieśmiało zakwita
Różaniec weź w swoje dłonie
On źródłem tajemnic jest życia
I z każdym słowem: Zdrowaś Maryjo
Oddawaj Jej swoje życie
Z różańcem, myśli twoje odpoczną
Od zła, które cię nęka
Upleciesz wieniec nadziei radosnej
W popiół zamieni się, twój wieniec klęski

 

Jest święta moc w perełkach tajemnic
Miłość z nich spływa w naczynie duszy
I jasny promień przebija serce
Już sam nie jesteś, z własną tajemnicą
Matka Święta ją wplotła, w życie Jezusa
I kwiat zakwita w tobie, jak owoc
Z którego czerpiesz nektar radości
Miłość, pokojem cię wypełnia
I w miłości, szukasz sensu życia.

 

 Moja codzienna msza święta. Poranek jest deszczowy i smutny. Udziela mi się nastrój tego poranka. W drodze do kościoła odmawiam cząstkę różańca i myślę jak wielką łaską jest msza święta, a ja czuję się ... zwyczajnie, ot, zwykła „codzienność”. Przepraszam w sercu Pana Jezusa za swą ludzką „małość”, czuję się niegodna Jego Miłości.
Piękny śpiew księdza podczas mszy sprawia, że chcę przepraszać Pana Jezusa za wszystko co czyniłam źle, za swą obojętność, grzeszność.
Podczas Przeistoczenia mam wrażenie, że otacza mnie dziwna mgła i wypełnia też ołtarz i unosi ołtarz nieco wyżej, jakby zmieniła się ostrość mojego widzenia przesłonięta białą, przezroczystą materią. To był moment, chwila. Widzę krzyż z Jezusem nad ołtarzem. Jezus odrywa od krzyża rękę i podobnie jak kapłan, unosi ją ku niebu, trzymając dużą hostię. Ręka uniesiona jest pod pewnym kątem. Gdy kapłan unosi kielich, Jezus w tym samym czasie też unosi kielich wysoko, prosto ku niebu, na wyciągniętej ręce. Mam wrażenie, że kielich dotyka samego nieba. Znika gdzieś dach kościoła ...

 

 Świadectwo

 

W tłumie wiernych stałem, przed ołtarzem Pana
Bardziej zwyczajem przodków, niż potrzebą ducha
Ukryty pośród modlących się ludzi
Nie czułem obecności Twojej, Jezu
Msza była dla mnie, obowiązkiem niedzielnym
Słowa kapłana, ginęły w rozproszeniu myśli
Lecz, gdzieś głęboko skryta, pod obojętności osłoną
Drgała we mnie struna nieznanej tęsknoty
Spotkania z Tobą, Jezu, w samotnej przestrzeni

 

Do kościoła wszedłem, w pewien dzień powszedni
Pusty kościół, obrazy milczące, cisza jak jedwabny welon
Otulała ławki, ściany, ozdobny żyrandol
Obraz dostrzegłem, na nim monstrancję z Jezusem
Samotny stał, jakby długo czekał na mnie…
Z nadzieją, że pocieszę, tę Jego samotność
Na kolana upadłem, oczu bojąc się podnieść
Miłością nieznaną zadrgało me serce
Przytulić chciałem, tę monstrancję z Panem

 

Tyle lat, zapłakałem, niosłeś krzyż obojętności mojej, Jezu
Tyle lat, stawałeś obok mnie, z nadzieją na spotkanie
Pragnąc miłością obdarzyć i słowem świętym
Samotny byłeś, opuszczony, przez puste serce moje
A teraz cudu wiary doznaję, Miłosierny Boże!
Górą Tabor, stał się dla mnie, ten ołtarz z monstrancją
Cisza kościoła zadrgała krzykiem duszy przemienionej
Jak Szymon, chciałem chwycić krzyż mój, rzucony na barki Twoje
I w oczy Twe patrząc, Jezu, ponieść go, aż na Golgotę.

 

 

 Największa jest miłość…

 

Gdybym głos miała śpiewaka operowego
Wyśpiewałabym Ci, Boże, arię najpiękniejszą
Gdybym talent miała sławnych malarzy
Obraz Twój wymalowałabym barwami cudownymi
Gdybym słowa znała najcenniejsze
Poemat bym napisała, wielbiący Ciebie
Gdybym miłość Twoją poznała głęboką
Życie moje poświęciłabym na wielbieniu Ciebie
Lecz człowiekiem jestem tylko maleńkim
Słów mi często brakuje pięknych, obrazy widzę szare
I choć dusza chciałaby unieść się wysoko
W dłoniach dźwigam codzienności balast

 

Gdy tak rozważałam pragnienia swoje
Anioł mój na skrzydłach przyniósł hymn miłości
Hymn kiedyś przez świętego Pawła w Ewangelii spisany
Hymn o istocie prawdziwej miłości
Miłość cierpliwa jest, łaskawa, nie szuka poklasku
Gniewem się nie unosi, nie szuka swego
Miłość nigdy nie ustaje…
I zrozumiałam, mój aniele stróżu
Iż Bóg nie żąda od nas arii wspaniałych, obrazów
Talentów, które często są cymbałem brzmiącym
Bóg pragnie miłości, która w Nim pokłada nadzieję
Miłości, bez której, nie ma naszego zbawienia.

 

 

 Ufaj duszo, Panu

 

Moje oczy nie widzą Cię, Jezu
Moje ręce nie dotkną Twoich szat
I choćbym oczom nakazała widzieć Twój obraz
A ręce wyciągała wysoko
Nie dosięgnę Cię ...
Zamykam więc oczy, ręce składam na sercu i duszy
Darze Boga żywego
Powierzam spotkanie z Tobą
Na mszy świętej
Pielgrzymuj duszo moja z Panem
Do Getsemani, Drogą Krzyżową
Stań nieśmiało w Wieczerniku
Ucałuj miejsca święte
Krwią Jego zroszone i potem
Wybiegnij obok Weroniki przed tłum wrogi
Krzyża dotknij jak Szymon
A jeśli ból poczujesz od ran Jego
Nie odrzucaj Go
Szukaj na Jego ciele rany, którą Mu zadałaś
I płacz z żalu ...
Uklęknij w kurzu Jerozolimskiej drogi
Obok Pana swego
Nie bój się spojrzeć w Jego oczy
Pomimo szyderstw świata
Wielbiącego tylko to co widzi
Pożądającego tego, co może dotknąć
Duszo moja, mądrością Ducha Świętego obdarowana
A nie ludzką
Ufaj, że Pan jest na ołtarzu
I tylko On wypełni twój głód, twoją tęsknotę
Pokarmem świętym w komunii
Boga z człowiekiem.

 

 Sobota. Odbyłam piękną pielgrzymkę do Łodzi i okolic (Świnice Warckie, Głogowiec) - śladami Świętej Faustyny. W łódzkim parku Wenecja leży kamień upamiętniający spotkanie siostry Faustyny z Jezusem. W czasie kiedy Faustyna się tam bawiła (miała 19 lat), były to obrzeża Łodzi, a samo miasto nie przypominało dzisiejszego, ot mała mieścina w nieznanym na świecie miejscu… A jednak Bóg wybrał tę siostrę, ubogą, niewykształconą na sekretarkę Bożego Miłosierdzia! Jakże cudowny jest to fakt - często nieuświadomiony przez nas, iż Bóg ma dla każdego z nas określony plan. W każdym zakątku świata, na każdego z nas … patrzy Bóg - nie patrzy na nas jak na „poruszający się tłum”, ale jak na pojedynczego człowieka, obdarzonego z góry określonym planem bożym. Każdy z nas „ujęty” jest w pięknym, bożym planie zbawienia. Zależy to tylko od naszej woli.

 

Pieśń o Faustynie

 

W habit obleczona, welon czystości i pokory
Z Obliczem Pana, znakiem Prawdy, Drogi i Życia
Posłannictwo święte, podjęłaś Faustyno, dla świata
Głoszenie dzieła o Miłosierdziu Bożym

 

W złotym kielichu twej duszy
Odkrył Bóg, dziecięctwo serca czystego
Łaską świętych natchnień wypełnił
Miłość ukazał ci wierną

 

Serce twe drżało, niepewnością ranione
Czy godna jesteś w maleńkości swojej
Tej misji, zesłanej ci z nieba
To Jezus z Drogi Krzyżowej, był ci podporą

 

Wolę swoją u stóp Jego złożyłaś
Życie oddając za zbawienie grzesznych
Światło nadziei, zajaśniało z mocą
Dla pogrążonych w lęku, przed sprawiedliwością bożą

 

Płomieniem jesteś, z ogniska wiecznej Miłości
Zapalonym w świecie, dla dusz ratowania
Dla tych, którzy zapomnieli o przymiocie Boga
O Miłosierdziu, które Syna, aż na krzyż przywiodło

 

Z cierpliwością godną odwiecznej Miłości
Budował Bóg, w świecie nieufnym
Z kamieni cierpień twoich i kapłanów
Świątynię Ducha Miłosierdzia, na ziemi

 

Jak promień słońca przez kryształ przenika
Tak Miłosierdzie przeszło przez Serce Jezusa
Z obietnicą, dla dusz w ciemności zanurzonych
Które ufność swoją zawierzają w Miłosierdziu Bożym

 

I rozlała się na świat, jak woda żywa
Ożywcza moc nadziei dla grzeszników
Dla tych, którzy z wiarą chcą zaufać Panu
Oczyścić z grzechów, dla zbawienia wiecznego

 

Jezus, bosy wędrowiec, przyszedł do ciebie, Faustyno
Z ręką błogosławiącą, śladami ran nie zagojonych
Z sercem niegdyś przebitym włócznią
A z niego promienie łask na ziemię spływają

 

Jeszcze czas, człowieku, mówią Jego oczy
Jeszcze żyje Miłosierdzie Moje
Dopóki przesuwają się perełki Koronki
A ku niebu słowa płyną: dla Jego bolesnej Męki.

 

 

 Pieśń do Ducha Świętego

 

Szukam Ciebie, Duchu Święty
W doświadczaniu przedziwnej Miłości
W tych chwilach modlitwy, adoracji
Kiedy milkną słowa
A do uszu dobiega dźwięk
Jakby poruszenie strun harfy
Serce przenika radosna tęsknota
Poznania tajemniczej granicy
Śmiertelności z wiecznością

 

Szukam Ciebie, Duchu Święty
W otwartej ranie Serca Jezusa
Rytm swego serca poddaję pulsowaniu Jego rany
I choć grzeszność śmiertelnika zawstydza
Pokorna dusza błaga o Miłosierdzie
Uśpiona jestem wówczas dla świata
I tak niechętna aby wrócić do rzeczywistości zmysłów
Spowiedzią wydaje się ta chwila
Konfesjonałem - Jezus Cierpiący

 

Szukam Ciebie, Duchu Święty
W natchnieniach, medytacjach
Sam rozum nie jest do nich zdolny
Bez Twego miłosnego tchnienia
Przenikasz mgłę mej śmiertelnej natury
Wlewasz oliwę wiary do lampy dogasającej
Jesteś przy mnie promieniem w ciemności
Prowadzącym niewidomego
Ku przystani Wieczności

 

Przewodnikiem Jesteś po świecie
Oślepiającym prawdami, które nie zbawiają
Jesteś szeptem cichym, powiewem ciepłym, miłosną pieśnią
O moim przeznaczeniu, o duszy nieśmiertelnej
I choćby cierpieniem, ręka zła mnie dotknęła
Nic nie zagłuszy Twojego głosu
Wspomnień o naszych spotkaniach świętych
Kiedy zanurzona w modlitwie bez słów
Tęsknoty doznałam … za Miłością.

 

 

 Talent

 

Pięknym światem obdarzył nas Stwórca
Górami wzniosłymi, głębią oceanów
Lasami pełnymi życia i zapachów
Światłem słońca, gwiazd i księżyca
Dał nam go Stwórca, by w ocean wpatrzeni
O głębi myśleli, własnego człowieczeństwa
W szczyt gór wpatrzeni, ku niebu wznosili serce

 

Talenty wlał w nas Stwórca, by piękno to opisać
Jedni słowami hołd składają Bogu
Miłością ogarnięci, strofy piszą poezji czułej
Inni, oczy mają jak lustra odbijające piękno
A ręka ich sprawnie przemienia je w barwne obrazy
Są tacy, którzy harmonię słyszą dźwięków
Muzykę komponują, wonne kadzidło dla duszy

 

Niestety są i tacy, którym szept szatana
Pychę wlał w umysł, ślepymi czyniąc zmysły
Malują dziwnie ciemne i groźne obrazy
Słowa ich zarażają brzydotą i buntem
Zło opisują, jakby panem było świata
A życie, błądzeniem w świecie bez zbawienia
Miłość zaś, marnym towarem, za małe pieniądze

 

O Stwórco Piękna, Poeto Słów Wiecznych
Malarzu dusz ludzkich, okupionych Krzyżem
Ześlij nam na ziemię poetów, muzyków, malarzy
Którzy piękno Twe widzą, wiarą i nadzieją
Sercem wyczuwają święty zamysł Boga
Iż świat piękny stworzył dla dusz nieśmiertelnych
Dla piękna wiecznego, które nie przemija.

 

Są w życiu chrześcijanina prawdy, które przyjmuje się jako oczywiste … do momentu kiedy sami nie musimy je przyjąć „praktycznie” do swojego serca i bronić je przykładem własnego życia. Z litością i współczuciem odnosimy się do tych, którzy cierpią w chorobie, są zabijani za wiarę, których dotykają życiowe nieszczęścia (stacja Drogi Krzyżowej - płacz kobiet nad umęczonym Jezusem). Kiedy jednak nas osobiście dotknie nieszczęście, zaczynamy czuć w sercu bunt, złość, nie potrafimy przyjąć tego krzyża jak łaski zesłanej choć trudnej często do udźwignięcia. Nie znaczy to, że ten krzyż ma nas tylko powalić na ziemię, nie znamy tajemnicy jego posłania do nas. Są jednak ludzie, którzy prawdy ewangeliczne tak wcielają w swe życie, że każdy krzyż niosą z godnością. Odczuwają w nim pewien znak dla swojego życia. Niosąc swój krzyż z modlitwą, „współuczestniczą” oni w męce Jezusa, w Jego zbawczym zadaniu. To ludzie, którzy głęboko odczuwają sens nauk Chrystusa. Nie tylko przyjmują słowo, ale żyją nim. Matka Boża stanęła pod krzyżem Syna nie po to, by okazać swoje łzy i współczucie, ale aby razem z Nim stać się „współodkupicielką” za grzechy ludzkości. Sercem bolesnym niosła ten krzyż.

 

Przed żłóbkiem

 

Miłością Ciebie obdarzam, Dzieciątko
Klęcząc przed żłóbkiem Twoim
Z matczyną czułością biorę Cię w ramiona
Litanię Ci śpiewam, kołysankę wielbiącą
I choć dziecięciem Jesteś maleńkim
To moc Twych ramion, od moich silniejsza

 

W oczy Twe patrzę, piękne i ufne
Oddech Twój koi me lęki
A serce szepcze, pełne przedziwnej nadziei:
W ramionach mocno trzymaj Boże Dziecię
Do życia Je zabierz swojego
On, Zbawicielem twoim

 

W żłóbku, wśród figur Go nie zostawiaj
On żywym jest znakiem Zbawienia
Gdy ciemność grzechu będzie cię kusić
Przytulaj Dzieciątko do serca
Kołyską niech będzie życie twoje
A nie krzyżem, dla ramion Jego

 

Bolesną miał wiedzę Bóg - Ojciec Niebieski
Zsyłając Syna na ziemię
Lecz Miłość Jego do ludzi jest wieczna
Nadzieja zaś Jego, cierpliwa …
Już setki lat Dzieciątko w żłóbku
Z ufnością błaga o Miłość

 

Nie lękaj się, prosi, wziąć Mnie w ramiona
Ja, życie twe trudne, znam dobrze
Za pokarm, wystarczą Mi łzy twoje i uśmiech
I czyny człowieka godne
Miłością, pokojem wypełnię twe serce
I krzyża twego też się nie ulęknę …

 

 

 Mów do mnie

 

Przychodzę do ciebie, Jezu, z modlitwą i prośbami
Dziecko, ciągle spragnione czułej opieki
Ufna, że mnie wysłuchasz w każdej minucie
Miłości Twojej się powierzam
Ty, słuchasz nawet mojego milczenia
Karmisz myślami z anielskich skrzydeł
Spływają na mnie, czyniąc serce bardziej miłosiernym
Dla ludzi i życia wokół mnie
Wlewasz wiarę w istnienie wiecznej Miłości
Cierpiącej i zmartwychwstającej

 

Są dni, gdy milkną moje dziecięce prośby
Przedziwna dojrzałość wypełnia duszę
Wówczas proszę: teraz Ty, mów do mnie, Panie
Unieś mnie ku swoim oczom, ukaż swoje prośby
Czym Ciebie ranię? O czym nie chcę pamiętać?
Bolesna jest ta rozmowa z Ukochanym
I choć sędzią Jesteś łagodnym
Widzę Twoje łzy i Miłość grzechem zranioną
W ludzkim pragnieniu wynagrodzenia, schylam się po krzyż
Pożyczam chustę Weroniki, błagając: mów do mnie, Jezu!

 

 

 Zbyt wiele czasu …

 

Tak wiele czasu poświęcamy rzeczom
Temu, co w świecie zewnętrzne, ulotne
Z pieniądza czynimy wielkiego idola
O pieniądz zabiegamy bardziej niż o ludzi

 

Modzie światowych prawd ulegamy
Dajemy się uwieść reklamom, neonom
W tym pędzie po sukces, gdzieś zapominamy
O końcu życia - Stacji Starość …

 

Boga i modlitwy składamy na dno kufra
Szczelnie zamykamy, by nie psuły nastroju
Ufamy, że pieniądz zapewni nam szczęście
Za złoto kupimy szacunek i miłość

 

Czasu nie zatrzyma zegar nieprzekupny
Lustra naszego, makijaż nie zmyli
Przyjdzie taki ranek, kiedy w lustro spojrzysz
Chichot usłyszysz, czasu, co przeminął

 

Pociąg, do którego wsiedliśmy z nadzieją zwycięstwa
Z napisem: sukces, władza i pieniądze
Tak szybko pędzi ku końcowej stacji
Iż czasu nie ma, by z własnym życiem się spotkać …

 

Przyjdzie czas, gdy młodzi każą nam ustąpić miejsca
Dla świata sukcesu jesteśmy zbyt starzy, niepiękni
I myśl bolesna nas uderzy: fałszywą kartą grał świat z nami
A my, wierzyliśmy w jego oszukańcze prawdy

 

Módlmy się wtedy o łaskę Pana, o pomoc Jego miłosiernych dłoni
Otwórzmy kufer, gdzie na dnie, głęboko skryte
Są: pożółkła biblia i krzyż od rodziców, drewniany
I słów poszukajmy, które nie kłamią

 

Jeśli obojętne ci były stacje Drogi Krzyżowej cierpiącego Pana
A twarzy Jego, już nie pamiętasz
Przyjdź pod krzyż, na którym tkwi Ukrzyżowana Prawda
Prawda, o której ty zapomniałeś, lecz Ona nie zapomniała o tobie.

 

Przed mszą świętą, podczas modlitwy ujrzałam dziwne, zaorane pole, czułam zapach ziemi. Wokół była mgła, z każdej strony. Chciałam znaleźć drogę odwrotu z tego pola, ale wszędzie był ten sam obraz mgły. Zaczęłam się modlić. Nagle ujrzałam przed sobą rów głęboki, trudny do przejścia. Na przeciwnym brzegu tego rowu ujrzałam sylwetkę Jezusa ubranego w białe szaty. Towarzyszyli Mu jacyś ludzie. Chciałam być tam razem z nimi. Ale jak tam przejść? Wtedy usłyszałam w sercu: Zbuduj most ze swojej modlitwy, jeśli jest ona szczera, wiarygodna - przekroczysz ten rów bez lęku … Zrozumiałam jak cenna jest nasza modlitwa zaufania. Modlitwa-most budowana na słabych przęsłach, nie daje nam odwagi przekroczenia tego „rowu”. Musimy dążyć do takiej modlitwy, z którą gotowi jesteśmy przekroczyć ową „przepaść” dzielącą nas od Jezusa. To trudna modlitwa, modlitwa całkowitego zaufania Jemu, a nie uleganie własnym lękom i niepewności. Jezus powiedział: „pragnę” … Jedno słowo. Oby „pragnę” naszej modlitwy dawało nam Jego moc …
Następnego dnia, będąc na mszy w kościele, poczułam gwałtownie dziwną skruchę w sercu. Jestem na „uczcie", Jezus przychodzi do nas w komunii ... jak niewolnik miłości. Przystępujemy do Niego „prosto z własnego życia", często nawet niedostatecznie przygotowani na przyjęcie tego pięknego daru, z własnymi problemami wypełniającymi umysł. A On do każdego przychodzi, bo my podchodzimy po ten dar ... a On się ... oddaje każdemu, kto tylko wyraża wolę. To my decydujemy, a On przychodzi do nas, chociaż nie zawsze jesteśmy tego godni. On - niewolnik własnej miłości do każdego z nas.

 

Światło

 

W ciszy kontemplacji
Oddalam słowa z pamięci
Anioła błagam o święte milczenie
O spoczynek w grocie
Chronionej jego skrzydłami
Na bezkresnej pustyni pełnej światła
Gdzie wiatr niesie modlitwy pustelnika
Spragnionego spotkania ze Stwórcą

 

W ciszy kontemplacji
Pragnę wypełnić tęsknotę mej duszy
Przygarbioną codziennymi troskami
Do pielgrzymki ku temu światłu
Które nie oślepia, a oświeca i leczy
Obdarza świętymi darami wiary
Zatopiona w milczeniu uspakajającym
Czekam …

 

Oddalam pragnienie własnej woli
Przemierzam drogi swego życia
Widzę góry uświęcające, których nie zdobyłam
Ochrony szukam pod dachami lasów
Na przeczekanie, na pokutę za grzechy
Wolę moją naginam do dalszej pielgrzymki
I choć ciało słabnie
Tęsknota ujrzenia światła, przynagla

 

Ręce wyciągam wysoko, gdy w ciemności błądzę
Niech modlitwa w moich uniesionych dłoniach
Prowadzi mnie jak laska niewidomego
Ufność mam, że Bóg słabnie w swej sprawiedliwości
Na głos modlitwy
A miłosierny uśmiech Jego, prowadzi dalej
Ku przestrzeniom, gdzie niebo pochyla się ku ziemi
W oczekiwaniu na błąkające się dziecko.

 

 

 Sen o górze

 

Sen miałam o świecie przedziwnym
Góra piękna tkwiła pośród skał i piasku
Na jej szczycie zamek lśnił światłem tak czystym
Iż mury jego szkłem wydawały się przeźroczystym

 

Ludzie w szatach białych wspinali się lekko
Krok ich był tańcem bardziej niż trudem wznoszenia
Radość wypełniała tych dziwnych pielgrzymów
Na twarzach mieli uśmiech miłosnej ekstazy

 

O, świecie radosny z mego snu cichego
W którym żaden dźwięk fałszywy nie mącił harmonii
Czyżby duszy mojej byłeś ukrytym marzeniem?
Czy istniejesz gdzieś w niebieskiej przestrzeni?

 

Kiedy świt obudził mnie z tych sennych wspomnień
A codzienność oczy otworzyła na życie, szeroko
Górę własną ujrzałam z trudem zdobywaną
Smutek upadków bolesnych, radość powstawania

 

Pustynię zobaczyłam za dnia upalną, pełną lęków, nocą
Bez napoju modlitwy, świętej wody, pochłania wędrowców
Na stoku góry - skały dziesięciu przykazań, trudnych do zdobycia
Gdy pod nimi przystaniesz, łaską się stają dla pielgrzyma

 

Na ludzkiej górze przeznaczenia, nie ma zamków świetlistych
Lecz zbawczy Krzyż Chrystusa wbity jest na samym szczycie
Bez trudu woli, łez, potu i krwawiących zranień
Człowiek - boży wędrowiec, nie podejdzie do Niego.

 

 Płock. 80-ta rocznica objawienia św. Faustynie, obrazu Jezusa Miłosiernego.

 

Rocznica

 

Był taki moment mistycznego uniesienia
Kiedy niebo pochyliło się ku ziemi
I wizję obrazu Jezusa Miłosiernego, Faustynie zesłało
Namaluj ten obraz, usłyszała, dla zbawienia dusz

 

Jeszcze kontemplujesz, święta siostro, piękno Mistrza
Ze świata, godnego malarzy anielskich
A już martwisz się, jak ludzkim pędzlem
Namalować powierzone Ci przesłanie

 

Nie w farbach, słyszysz, istota obrazu, lecz w znakach
W sercu swym obraz Jezusa niesiesz jak ikonę najdroższą
Z miłością rozważasz święte znaki wpisane w obraz
Modlitwą kierujesz rękę malarza

 

I obraz powstaje wypełniony łaską niewyczerpaną
Naczynie świetliste, pełne bożego Miłosierdzia
Niosące nadzieję i przebaczenie, nie dla uczynków naszych
A dla ufności w Miłosierdzie Boże

 

Z ciemnego tła ludzkich lęków, pychy i niewiary
Jezus Zmartwychwstały się wyłania, błogosławiący
W oczach Jego ból ukrzyżowania
Rany na stopach i rękach, niezagojone

 

Do wieczernika życia naszego wkracza
Światłem promieni z przebitego serca ciemność przenika
Przed każdym przystaje, świętym i nie świętym
Z pytaniem, co wiesz o Miłosierdziu Moim?

 

A oczy Jego widzą, co serce chce ukryć głęboko
Po imieniu pyta każdego człowieka: dlaczego ode Mnie uciekasz?
Czy ból twój i cierpienie nagłe ode Mnie cię oddala?
A może grzech sumienie twe zmroził, w ciemność niewiary popadłeś?

 

Spójrz na ten obraz, dla ciebie stworzony
Na rękę z raną, w geście błogosławieństwa wzniesioną
Na ranę serca, z której dary spływają bożych sakramentów
Zaufaj Mi tylko, Ja cię nie zawiodę

 

Klęknij przede Mną, Moim Miłosierdziem
Nie jak sługa zmuszony hołd oddawać Panu
Lecz dzieckiem stań się maleńkim, oczekującym na dary
Nie dla zasług swoich, lecz z ufności wielkiej

 

I choć ci się wyda obraz ten milczący
To wiedz, że na moment, Jezus wstrzymał oddech
Aby nic nie zagłuszyło słów modlitwy twojej
Szczególnie, gdy z miłością powiesz: Jezu, ufam Tobie.

 

 Drugi dzień rekolekcji Wielkopostnych.
Tematem jest moje zbliżanie do Jezusa. Ujrzałam obraz Jezusa stojącego pod krzyżem. Podtrzymywał go plecami. Miałam wrażenie, że nie może od niego odejść. Musi podtrzymywać krzyż … Pomyślałam, że to ja muszę swym życiem „podchodzić” do Niego. To była dość duża, pusta przestrzeń. Proszę, podejdź - szeptałam … Jezus wyciągnął ręce - zmniejszyła się przestrzeń pomiędzy nami. Ja też wyciągnęłam ręce … Co znaczy ten obraz? - myślałam. Wyciągnięte ręce Jezusa i moje … A potem czas komunii … Ciało i krew Chrystusa - pustą przestrzeń wypełnił Najświętszy Sakrament - łączność Jezusa pod krzyżem i moja z Nim. Nasze ręce połączyły się.

 

Tabernakulum serca

 

W tabernakulum, na złoty kluczyk zamknięty
Gościsz, Jezu, Więźniu Miłosiernej Miłości
I taki delikatny Jesteś w tej białej hostii
Jak płatek niewinnej, pięknej róży

 

Spragniona Twego widoku, w zwykłej, ludzkiej postaci
Ujrzeć Cię nie mogę moimi oczami
Jedynie dusza zakochana w Tobie
Splatając moją miłość z Twoją, w osobę Cię przemienia

 

Podczas tej uczty świętej, gdy kapłan hostię podaje
Serce na moment rytm traci, oddech ustaje
A biały płatek hostii ust Twoich
W bliskim spotkaniu komunii, do mnie się zbliża

 

I tak bym chciała Cię, Jezu, zatrzymać
Uwięzić w sercu, na życie całe
Tabernakulum w duszy mej stworzyć
I kluczem bezgrzeszności go zamknąć

 

Lecz słabym jestem, śmiertelnym człowiekiem
Światło poznałam, ale i noc ciemną grzechu
Gdy więźniem Jesteś w sercu i ustach moich
Prócz pięknych pieśni słyszę też Twój jęk bolesny

 

I nie jest to jęk ludzkiego zawodu
Bogiem wszak Jesteś i znasz ludzką słabość
To raczej karetka sumienia na głośnym sygnale
Sumienia, raniącego Miłosierdzie Twoje

 

I znaków wówczas szukam w komunii, dowodów Twej miłości
Krzyża się nawet chwytam, stojącego na mej drodze
Obecności Twej szukam, by znów być blisko Ciebie
W konfesjonale Ją znajduję, każąc sumieniu w spowiedzi uklęknąć.

 

 

 Rozmowa przed krzyżem

 

Pytał mnie kiedyś człowiek niewierzący
O Boga mojego i siłę mej wiary
Przed krzyżem uklękłam, w Pana zapatrzona
W modlitwie prosiłam, o boże natchnienie
Rozum mój, Boże - i słowa ubogie
Aby wszechmoc Twoją ukazać wątpiącym
Powiedz, co czynić ma ten człowiek
I co ja mam czynić, by on spotkał Ciebie

 

Daj rękom swoim, usłyszałam, dobro czynić ludziom
I nogi swe prowadź tam, gdzie dobro czeka
I nie idź z pychą w sercu, tym sztandarem bojowym
Aby wojnę wygrać i nagrody zbierać
Twoją bitwę ze złem, na kolanach prowadź
Jakbyś przedłużeniem była, krzyża Syna Mego
Pielęgniarką ran Jego bądź, modlitwą i czynem
Łaskami, których doznałaś, obdarzaj bliźniego

 

Bóg nie ma względu na siły mocarza
Modlitwie maluczkich, pomaga zwyciężać
Łaską obdarza i Dawida procą
Niewielkim kamieniem Goliata pokonał
Miłości Boga nie pojmie, kto po rozum sięga
Bóg twój, Miłością jest - powiedz człowiekowi temu
I cuda czyni z głębi Miłosierdzia Swego
Tylu niegdyś niewierzących … świętymi uczynił.

 

 

 Wielkanocna nadzieja

 

Nie dał świat człowieczemu sercu
Rytmu bijącego wyłącznie oddechem radości
Wiatr znad pustyni powiew zła przynosi
Siejąc śmierć, krew i wojny
Człowiecze serce z trwogą próbuje się chronić
Szuka miejsc bezpiecznych, odwagę traci
Rytm jego powoli zanika, brakiem nadziei
Słone łzy odbierają sens życia
I serce, zagrożone niemocą, powoli umiera
Umiera, zamykając się w trumnie rozpaczy …
Zło, garść ziemi, na tę trumnę zrzuca
Jakby chciało ostatni oddech pogrzebać, nadziei
I pokonać serce człowiecze

 

Ale jest dla serca lekarstwo
Ono leczy i podnosi z grobu rozpaczy
To krzyż Chrystusa wbity na Golgocie, w skałę
On wiatr zła w skrzydła swe chwyta jak w sieci
Karmi umierające serce kroplami krwi swej Męki
Dając mu nową nadzieję
I podnosi się z rozpaczy człowiek
Wpatrzony z ufnością w Tego, który śmierć pokonał
Strząsa z siebie garść ziemi, które zło rzuciło
Krzyża się chwyta, wbitego w grób beznadziei
A święty oddech łaski, napełnia ciało odwagą
I z nową mocą, wyrusza człowiek w podróż życia
Już nie sam, bezbronny, ale z Chrystusem Zmartwychwstałym.

 

 Po porannej modlitwie wpatrywałam się w obraz Trójcy Świętej. Obraz jest wizją malarza. Bóg Ojciec jako Starzec Święty, Gołębica obok - Duch Święty i Chrystus. Chrystus - zakrwawiony, umęczony, z wbitą włócznią, podtrzymywany przez Boga Ojca, przy sercu Boga. Trzy postacie w Jedności. Przyszła do mnie myśl o tej Świętej Jedności. Bóg „urodził” Syna ze Swojego Serca. Dając ludzki kształt, wysłał na ziemię. Jezus - to Serce Boga, które stało się w swym kształcie człowiekiem, aby człowiek rozpoznał Boga w Chrystusie … poprzez Jego święte czyny na ziemi.

 

Dzięki Ci, Jezu

 

Dziękuję, Jezu, że Cię spotkałam
W pielgrzymce mojej po świecie
Dziękuję, Jezu, że Cię rozpoznałam
A mogłam Cię minąć w mej drodze
Za oczy moje i uszy, dzięki Ci składam serdeczne
Iż rozpoznały słowa Twe, Panie
W szumie obrazów i głosów
Dziękuję Ci, Jezu, za miejsce spotkania pod krzyżem
Za moment gdy świat mi tak przysłoniłeś
Iż biec dalej nie widziałam sensu
Od tamtej chwili wokół Twego krzyża krążę
Czerpiąc z niego miłość i nadzieję
Dziękuję, Jezu, za Twe łzy, które słyszę
Jak uderzenia kropli deszczu o szybę
Niech dźwięk ten porusza me serce
Każdego dnia, gdy zgrzeszę
Dziękuję, Jezu, że mnie chwyciłeś za ręce
Bym mogła święty zatańczyć taniec
Wielbiący życie Twe i Mękę
Dziękuję, Jezu, za czas mego życia
Bym mogła go modlitwie poświęcić
Dziękuję za krzyż, który niosę
Za kościół, w którym mogę go o ołtarz oprzeć
I za Miłość Twą, Jezu, składam dzięki
Gdy rękami kapłana, dajesz mi Ciało i Krew Swoją.

 

 

 Dusza i Anioł

 

Gdy sercu mojemu słów miłości zabraknie
Gdy utknę na mieliźnie codziennej rutyny
Słuchaj wówczas, Jezu, milczenia mej duszy
Ona swą ciszą, Ciebie przyzywa

 

Ona z westchnień przedziwnej tęsknoty utkana
Słowami jej nakarmić nie mogę
Płacze, przywołując łzami skruchy swego Pana
Cieszy się, gdy dotyk poczuje, swego Stworzyciela

 

Ona słyszy Twoje kroki, Jezu
Choć do mych uszu, odgłos ich nie dochodzi
Ona widzi Ciebie w najciemniejszym mroku
Gdy ja Ciebie, czasem w jasnym świetle, nie widzę

 

Moja dusza, Panie, nigdy nie zasypia
Jakby na Kogoś czekała
Gdy próbuję ją modlitwą uśpić
Mój Anioł Stróż przychodzi i z nią rozmawia

 

Czasem słyszę w ciemności ich szepty
To przyjaciół serdeczne spotkania
Podsłuchuję, czasem zdanie zapamiętam
Wraz ze świtem, zapomnienie często przychodzi

 

I choć sen przerywa czuwanie umysłu i ciała
Ślad tych spotkań we mnie głęboko zapada
Przyjmuję go, jak dar miłości Ojca dla dziecka
Dar duszy wiecznie czuwającej, z bezsennym Aniołem.

 

 

 Jest czas …

 

Uparty jesteś ludzki czasie
Kiedy cierpienie i ból dotyka
Rozciągasz się, czyniąc z minut godziny
I nie pozwalasz zapomnieć cierpień
Nawet wtedy, gdy czas twój już minął

 

Lekkim powiewem jesteś
Zaledwie odczuwalnym tchnieniem
Gdy radość w człowieku dojrzewa
Szybko mijasz
Czyniąc z godzin, minuty

 

I choćbyśmy chcieli czas ludzki ujarzmić
Logice mechanicznego mijania poddać
Uczucie cierpienia i bólu
Gościem jest w czasie nadchodzącym
Jak roślina wiecznie zielona

 

O, ludzki czasie, ty zegarze niesprawiedliwy
Który mocniej wybijasz godziny cierpień
Niż ozdabiasz go dźwiękami radosnymi
Zatrzymaj się na chwilę …
Byśmy nadali sens naszym uczuciom

 

O, ludzki czasie, ty zegarze życia
Pozwól przemienić pamięć cierpień w ofiarę
Ofiarę kadzidła miłości, a nie jęk nieszczęśliwego
Jest czas cierpienia, czas krzyża
I jest czas zmartwychwstawania do życia.

 

 Pewnej czerwcowej nocy obudziłam się po przedziwnym śnie. Sen ten wydał mi się tak realny, iż sama nie wiedziałam czy moja dusza nie otrzymała pewnego „przekazu”.
W czerwcu byłam na niezwykle bogatej duchowo pielgrzymce na Litwie, śladami św. Faustyny. Byliśmy też w kościele w Wilnie, w którym jest obraz Jezusa Miłosiernego. Ten przedziwny przekaz otrzymałam kilkanaście dni po pielgrzymce. W tym śnie klęczałam przed obrazem Jezusa Miłosiernego w pustym kościele. Miałam wrażenie, że „zagubiłam się” w modlitwie, a moi współtowarzysze wyszli już z kościoła. Obraz Jezusa Miłosiernego powiększał się, miałam wrażenie, że wypełniał całą przestrzeń kościoła. Rozpoznawałam fakturę malarską obrazu, był tak blisko. Obraz przybliżał się, a ja coraz niżej schylałam głowę. Widziałam tylko stopy Jezusa. Odczułam radość na widok tych nagich stóp. Były takie żywe, po ludzku bliskie. Miałam świadomość kształtów, barw w tym kościele, czułam nawet zapach. Sen mieszał się z rzeczywistością. I nagle usłyszałam piękny głos, trochę surowy: Nie przyszedłem na świat aby stawiać nowe krzyże, przyszedłem wypełnić Miłością i Miłosierdziem te krzyże, które wy ciągle stawiacie.

 

Święty ból

 

Jest w naszym życiu taki ból
Przychodzi bez przyczyny
Rani duchowo, bezkrwawo
Wstrząsa naszą duszą, zarośniętą powszedniością
Chcąc odnaleźć zagubioną prawdę

 

Ból ten jest jak tęsknota nieustająca za doskonałością
Biegniemy ku światłu, a ono oddala się …
Leczymy ten ból smakołykami z supermarketu świata
Śpiewamy mu modne kołysanki
A on trwa … jak rana nieuleczalna

 

I choćbyśmy zagłuszali go hałasem dyskotek świata
Okadzali kadzidłem przyjemności
Oszukiwali narkotykami wygody i doraźnych radości
Oddawali prawom usypiającym moralność
Ból milcząco … trwa i czeka

 

To „święty ból” naszej duszy dla poszukiwania Prawdy
Rana, przypominająca o istocie naszego człowieczeństwa
Dzięki Ci, Boże, za ten „święty ból”, tęsknotę nieustającą
On prowadzi pod krzyż, pod nim umiera ludzka pycha
To ból raniący … dla zbawienia człowieka.

 

 

 Góra Krzyży

 

Byłam w takim miejscu na litewskiej ziemi
Jakiego nigdzie nie ma na świecie
To wzgórze tysięcy krzyży
Na pustej pól przestrzeni, góra się wznosi niewielka
Usiana nie kwieciem, trawą, lecz krzyżami z drewna i metalu
Spływają ze wzgórza jak strumień rwący
Krzyżami rozlewa się jej podnóże
Na górę, krzyż prowadzi papieski
Papież nasz pod nią klęczał
Na wzgórzu posąg Maryi góruje
Otacza krzyże swoim modlitewnym westchnieniem
Z daleka krzyże wydają się tłumem ludzi
Unoszącym ręce do Boga w błagalnym geście
W każdym krzyżu pamięć zaklęta
O ludzkiej krzywdzie, niesprawiedliwości
Tych, którzy o godność życia walczyli
I tych, którzy dziś swój krzyż składają w ofierze
Pod posągiem Maryi ktoś obraz zostawił
Jezusa wznoszącego wysoko ręce
Jakby Pan chciał niebo przywołać na tę ziemię
A niebo uniosło wzgórze krzyży, w ofierze świętej
Pielgrzymi pośród krzyży krążą wydeptanymi ścieżkami
Tyle w tym miejscu historii ludzkiego życia
Tyle łez daremnie często wylanych
Wiatr krąży pośród krzyży, zna każdy wbity w ziemię
A krzyże połączone ramionami
Są jak ludzie złączeni w solidarnym geście
Przeciw przemocy na świecie
I nie jest to góra, która grzmi jak wulkan
Odwetu żądając, krwi i wojny
To góra nadziei, iż Bóg słucha ludzi
Góra ofiary, na której Abraham chciał syna poświęcić
To Góra Wiary w Boże Miłosierdzie
Przed którym możemy krzyż swój postawić
To wiara człowieka w gest miłosny rąk Boga
Który Syna na ziemię zesłał
By ludzkie krzyże miłością i miłosierdziem wypełnić.

 

 

 Serce Jezusa

 

Pośród dróg swego życia
Idziesz człowieku wiatrem historii pchany
I światowej mody
Ziarnem się czujesz porzuconym
Przez obojętnego siewcę
Krzyczeć chcesz, a świat cię nie słyszy
Jakbyś był dla niego niemową
Numerem milczącym, w komputerze
Tłum cię potrąca, biegnący do nikąd
Po drogach sukcesu, na których już byłeś
Owoce zebrałeś, kwaśny smak ich czujesz
A serce twoje ciągle niespokojne …

 

Jest miejsce takie, gdzie spokoju zaznasz
Dom bez drzwi i okien, otwarty szeroko
To Serce Jezusa, które szuka ciebie
Imieniem twoim, dzień i noc cię przywołuje
To Serce pragnie z tobą porozmawiać
Ciszą utulić twoje ziemskie troski
Łaskę ci zesłać wewnętrznego pokoju
Nauczyć miłości do siebie i ludzi
A kiedy klękniesz utrudzony biegiem
Poczujesz miłość wlaną w serce twoje
I już nie będziesz obojętnym dla świata numerem
Będziesz - ukochanym dzieckiem bożym.

 

 W lipcu byłam w pewnej miejscowości uzdrowiskowej. Był tam piękny, nowoczesny kościół z przestronnym ołtarzem. Mszę odprawiało często nawet kilkunastu kapłanów. Odczuwałam to jako wielką łaskę. Tylu kapłanów … Podczas jednej z takich mszy, kiedy kapłan unosił kielich, zobaczyłam w sercu wielką kroplę krwi nad kielichem. Był to prosty, niewielki kielich bez ozdób. Kropla spływała na ołtarz. Jezu, pomyślałam, zbyt mały to kielich … W sercu usłyszałam: Nie ma takiego kielicha na świecie, na żadnym ołtarzu, który pomieściłby ogrom łask, które spływają podczas mszy … Zadrżałam na te słowa. Zrozumiałam sens pocałunków ołtarza przez kapłanów. Usta ich „zbierają” rozlane na ołtarzu łaski … To nie jest symboliczny gest … to realne dotknięcie cudu ołtarza, cudu Przemiany.

 

Stacja Drogi Krzyżowej

 

W pewien dzień zapłakany deszczem
Na mszę podążałam do Ciebie, Jezu
Szarość codzienności odczuwałam boleśnie
Piękna nie dostrzegałam
Świat wydawał mi się smutkiem przywiędły
Słów mi brakowało żarliwej modlitwy
Ciszę mogłam Ci, Jezu, tylko ofiarować
Anioła prosząc, by światłem swoim
Otoczył mnie jak ochronnym płaszczem
W tej ciszy, nagle stację Twej Męki ujrzałam
Katów na klęczkach przygiętych
Gwoździe, w Twe święte ręce wbijali
A Ty, na krzyżu byłeś rozciągnięty
Oczy Twe blisko ich oczu były
Smutek w nich był, żadnej nienawiści
Dziwny to obraz … kaci na klęczkach
Dla nich skazańcem tylko byłeś
I raptem myśl bolesna dotknęła me serce
Czy my, choć jesteś dla nas Ukochanym Panem
Klęcząc … z modlitwą na ustach
Bólu podobnego Ci nie zadajemy?
Ile razy ranimy Twe dłonie grzechami
Unikając oczu Twych, Panie
Tamte gwoździe, czas gdzieś zagubił
Grzechy, Twoich obecnych wyznawców
Nadal rozdrapują tamte rany.

 

 

 Wspólnota

 

Wpatrzona w serce Twoje, Jezu
W Eucharystii wysoko uniesionej
Powinnam głośno wołać: kocham Ciebie
A usta moje tylko cicho szepczą
Jakbym nie chciała zakłócić
Przestrzeni Miłości wypełnionej Twą Osobą
Pragnę, by chwila ta trwała
Wyznaczana świętym czasem wieczności
Błogosławionym czasem Cudu Przemiany
W którym aniołowie śpiewają Alleluja
A święci pochylają się z uwielbieniem
W tych świętych, ziemskich sekundach
Radość mnie ogarnia na widok wiernych obok mnie
I to im, chcę dać pierwszy głos
W chórze wyśpiewującym: kocham Ciebie, Panie
O Jezu, jak wielka jest łaska pielgrzymowania
I doświadczania wspólnoty wiernych
Modlitwę dziękczynną wznoszę do Ciebie, Jezu
Za dar kochania ludzi obok mnie
Za twarze, których uczuć i życia nie znam
A tak bardzo mi bliskich duchowo
Za ręce podane w geście pokoju
I choć nie są rękami ziemskiego pokrewieństwa
Łączy nas wspólnota, którą Ty, Jezu, błogosławisz
Własnym Ciałem i Krwią w Ofierze Świętej
Czyniąc nas rodziną w Duchu Twoim.

 

 

 Ufna radość

 

Kiedy człowiek dar otrzymuje
Przedziwnej, ufnej radości
Zadziwiony staje przed ołtarzem
Jak dziecko obdarowane
Nieoczekiwanym spełnieniem marzenia
Radość ufna wypełnia całe serce, ciało
Rozlewa się jasnym światłem
Niczym nie ograniczonym
Jak ogień, który nie spala
A ogrzewa, rozlewa się wokół
Chcąc obdarować innych cudem tego przeżycia
Wymiata z serca przeszłe i przyszłe troski
Zostawia znak przedziwnej mocy
Pamięć, która nie zapomina
Kiedy człowiek dar taki otrzymuje
Czuje rękę bożą prowadzącą w świat
Gdzie drogi są oświetlone światłem nieznanym
Czuje piękno, choć oczy go nie widzą
To uczucie Miłości nadzwyczajnej
Unoszącej człowieka wysoko
Ponad ubogie przeżycia ciała cierpiącego
I tylko zwykły człowieczy lęk
Tkwi jeszcze w ludzkiej cielesności
Czy dar ten zachowam?
Dusza, znak daje słowom, błogosławiącym tę radość
I modlitwa płynie z serca jasnym promieniem
Daj Boże, taką radość wszystkim ludziom...

 

W Święto Wniebowzięcia Maryi Panny, podczas adorowania Pana Jezusa po komunii, przyszła do mnie przedziwna myśl. Bóg narodził się ze świętej niewiasty, wybranej przez Niego. Matka Boża była też żywą istotą ludzką, czuła jak my, „doświadczała” życiowych trudności. Bóg w swej tajemniczej decyzji narodzenia Syna z niewiasty, miał w swych planach … macierzyńską opiekę i czułość nad dzieckiem. Jezus - choć jest Bogiem, rodząc się z niewiasty, potrzebował ludzkiej czułości i opieki. Potrzebował dotyku miłości. Jego dziecięctwo i dojrzałość kształtowała macierzyńska miłość Matki i ojcowska, Józefa. Pan Bóg „oddał” swego Syna w kochające ramiona Świętej Rodziny. Choć Jezus jest Bogiem, Jego „ludzka” natura znajdowała moc w czułej miłości ziemskich rodziców.

 

Jezus w ramionach Matki

 

W kołysce ramion, Matko Święta
Dzieciątko kiedyś tuliłaś, Skarb Boga
Maleństwo objąć mogłaś i przy sercu schować
Inaczej było, na Wzgórzu Golgoty
Tam, w swoich ramionach
Martwe już, trzymałaś ciało Syna
Milczenie Boga i cisza zaległa nad światem
Gdy pietę ból rzeźbił
Z łez Matki i krwi Syna…
Dorosłego już tuliłaś Jezusa
Jak niegdyś maleńkie dziecko
Nowa Ewa, Maryja przez Boga wybrana
Święta Matka płacząca nad światem grzesznym
Nad człowiekiem, który Boga zabija w sobie
Choć już martwe Twoje ciało, Jezu
Matka nadal ciepło Twego bólu czuje
Bo nieśmiertelny jest ból Jezusa
Dopóki grzech nad światem panuje
W czułości swego Miłosierdzia
Bóg złożył Jezusa na łono Matki
Pieszczot Jej rąk, ciało martwe doznaje
W ostatnich chwilach na ziemi
Oczy Jej wpatrzone w Syna z oddaniem
Łzy Jej do ran Jego spływają
I miesza się krew Jezusa, zbawcza
Ze łzami Matki Świętej
I mimo, że smutek jest w tej piecie
Jak w każdym ostatnim pożegnaniu
Ta pieta nie jest kamieniem martwym
Nadzieją ożywa, zbawczej śmierci Pana
Miłością Maryi, gotowej przytulić, każdego człowieka.

 

 

 Modlitwa do Matki Bożej

 

Z obrazów i posągów patrzysz na nas Matko Święta
Przeróżne Ci oblicza, wyobraźnia artystów maluje
I tylko serce, spragnione miłości, zdolne jest wyczytać
Ile łask spływa, w modlitwie, przed Tobą

 

Miecze boleści zraniły Twe serce, Symeon to przepowiedział
Znasz ból matek, którym zagubiły się dzieci
Niewiastą jesteś, także dziś, bolejącą pod krzyżami synów
To Ty w ramiona bierzesz, nasze martwe ciała

 

Kiedy dziś klęczę przed Twym świętym obrazem
Gdy rękami dotykam dłoni Twych, w posągu
Oczy zamykam i widzę Cię Matko, żywą
Zwyczajną Matkę, z Dzieciątkiem na ręku

 

Joachima widzę i Annę, jak Cię przytulają
Dziewicę widzę piękną, niosącą dzban wody
Niewiastę na osiołku, gdy do Elżbiety zmierza
Smutek Twój widzę i radosny uśmiech

 

Jesteś tak żywa, obecna w naszym życiu
Kiedy na milczenie Boga, skargi słyszysz ludzi
Pod Twoją Obronę oddajemy gasnącą nadzieję
Wiarę ożywiasz, pojawiając się z nieba, na ziemi

 

Dla sierot jesteś macierzyńskim dotykiem
Dla samotnych - wsparciem, pielęgniarką chorych
Jak niegdyś dla Syna byłaś czułą Matką
Dziś dla nas … Jesteś Nieustającą Pomocą

 

Kiedy grzechem zranieni upadamy w proch ziemi
Stajesz przy nas, Weroniko czasów współczesnych
Chustą, jak ona, ocierasz nasze twarze
Byśmy obraz Jezusa cierpiącego, mieli przed oczami

 

Modlitwę tę składam przed Tobą, Maryjo
Prosząc Boga, by w Swym Miłosierdziu
Dał mi dar widzenia Ciebie, dalej niż ramy obrazu
Dał dar widzenia sercem, Twej miłości do ludzi.

 

 

Święta Matko Gidelska

 

Maleńka Jesteś

Tak, iż ludzka dłoń może Cię ogarnąć

I choć kamienna, kamieniem nie ciążysz

Pocałunkiem, bardziej Jesteś, delikatnym, zwiewnym

Jakim, ziemska matka, dłoń dziecka, całuje

 

Rzeźbiono Cię, Mateńko, w wielkich kamieniach

Na płótnach malowano Twoje wizerunki

W Gidelskim posążku, monumentem nie Jesteś

Jesteś, jak klucz w dłoni człowieka

Rozdany ludziom, by modlitwą, serce otwierać Jezusa

 

Pięćset lat temu, podczas orki ziemi

Posążek Maryi cudem „wypłynął” do rąk rolnika

Światło zajaśniało, nawet woły uklękły

Opłukany posążek, począł czynić cuda

Do dziś łaskami słynie, dusze nawracając, ciała uzdrawiając

 

W Kanie Galilejskiej prosiłaś kiedyś Syna, Maryjo

By wodę w wino przemienił, na nowożeńców weselu

Dziś, synowie Twoi, Dominikanie

Święty Twój posążek w winie zatapiają

A krople tego wina, spragnionym nadziei rozdają

 

                   By nowożeńcami współczesnej Kany się stali

                   Kany miłości, nadziei i wiary.

 

 Podczas adoracji, czasem po modlitwach w ciągu dnia lub wieczorem, „zapraszałam" Boga do rozmowy ze mną. Ze zdziwieniem stwierdzałam, że dochodzą do mnie strofy wierszy, gdzie Bóg „mówi w swoim imieniu", uczy mnie, pociesza, bądź wyznacza kierunek rozmyślań. Istnieje kilka takich wierszy w mojej twórczości:

 

Wymiana darów

 

Kiedy upadasz
Laskę podaję ci
Kiedy utrudzona, głowę pochylasz na ławce
Chustę Weroniki podkładam
Kiedy samotna stajesz w smutku
Bukietem kwiatów cię otaczam
Kiedy do modlitwy klękasz strapiona
Klęcznik podsuwam wygodny
Kiedy krzyż cierpienia bierzesz na ramiona
Pomagam ci go nieść
Kiedy ból życia czujesz
Rany twe opatruję
Kiedy niedołężność jak korona cierniowa uciska
Ból cierni łagodzę
Kiedy już nic nie rozumiesz
Anioła posyłam mądrego

 

A ty, co czynisz
Kiedy upadam?
Gdy ranią Mnie?
Gdy krzyż dźwigam? ...

 

 

 Głód

 

Nie przychodzę do duszy
W akompaniamencie fanfar
Bębnów dudnienia, a nawet śpiewu skrzypiec
Nie przychodzę do duszy rozgadanej
Zagłuszającej słowem ciszę spotkania
Ona jest zbyt zajęta...
Przychodzę do duszy głodnej
Nie syci ją już świat dźwięków, barw, słów
A nawet ludzka obecność
Dusza spragniona czeka w milczeniu
Stoi w miejscu
Czeka na pokarm Eucharystii
I wtedy przychodzę w lekkim powiewie dotyku
Ledwo muskam duszę, a ona poznaje mnie
I otwiera swą bramę
Rozpoznaje niebiański klucz
Przychodzę...
Czasem, gdy jesteś w głębokiej rozpaczy
Czasem otwieram zaciśnięte pięści
Czasem wypełniam samotność
Czasem dotykam znienacka na rozgrzanej słońcem łące
Czasem rękami kapłana, a nawet człowieka, który jak Anioł
Otwiera duszę na mój głos
A wówczas...
Niech śpiewają skrzypce, niech dudnią bębny
Niech mówią ludzie jak Miłosierny jest Bóg

 

 

 Miłosierdzie czeka

 

Idę ku tobie pośród burz twych życiowych
Nie Jestem piorunem grzmiącym, kaleczącym
Tylko powiewem lekkim, który zbiera burze
Nie Jestem sędzią, człowieku, Jestem Miłosierdziem

 

Idę ku tobie z krzyżem własnym i twoim
Złóż na nim, proszę, swoje klęski wszystkie
Rękę Mi podaj, pięść rozprostuj
Pozwól, niech cię prowadzi Miłosierdzie Moje

 

Choć z dala omijasz Dom Mój, kościół święty
O próg jego boisz się potknąć
To Ja upadłem przed tobą, na krzyżowej drodze
W kurzu i krzyku, kopano Miłosierdzie Moje

 

Dom Mój nocą ma bramy zamknięte
Jak zwykły dom człowieczy, kluczem dla ochrony
Ja na noc nie układam głowy na poduszce
Moje Miłosierdzie na bezsenność cierpi

 

Cóż mogę ci ofiarować, człowieku niewierny
Który ponad wszystko, cenisz własną wolę
Życie już oddałem, kaci go dosięgli
Nie zabili jednak Miłosierdzia we Mnie

 

Przyjdzie dzień, gdy zapłaczesz nad wolności wolą
Ona ci kazała nie podać Mi ręki
Pamiętaj, w tej rozpaczy - Ja będę przy tobie
Przyjdź i daj się objąć Miłosierdziem Moim

 

 

 Dyrygent

 

Dałem ci serce z Ducha Świętego
A nie mechanizm obojętnie tykający
Dałem ci serce wypełnione bożą muzyką
Z Nadziei zbudowane, że zagra piękny koncert
I jak wirtuoz poprowadzi swe życie
Wyśpiewując hymny o miłości
Boga do człowieka
Człowieka do Boga
I człowieka do człowieka
Usłysz w sercu ten święty koncert
Napisany tylko dla ciebie
Nie daj się zagłuszyć rytmom bębnów świata
Twoje serce, to nie zegar wyznaczający czas
Nieubłaganie mijający
Twoje serce z Ducha Świętego, z Nadziei ulepione
Na istnienie w czasie wieczności
Która nie ma sekund, minut, lat
Zagraj swym życiem boży koncert, napisany dla ciebie
Odczytaj nuty cichego uwielbienia
Rzewną skargę cierpienia swego serca
Głośne bicie nadziei
Czekaj na ciszę
Gdy Bóg, jak dyrygent twego koncertu
Nakaże muzykom serca, milczenie
Aby do ciebie przemówić ...
I wtedy zagrasz pięknie swój koncert serca.

 

 

Kiedy patrzysz na Mnie

 

Kiedy patrzysz na Mnie
Poniżonego, z krzyżem na plecach
Lamentów od ciebie nie pragnę
Po litość na świat, nie przyszedłem
Matką litości jest … zapomnienie

 

Gdy poraniony przechodzę obok
Łez od ciebie nie żądam
Grzechy swoje rozpoznaj w milczeniu
Gwoździami pokuty i pokory je ukrzyżuj
A ból Mój, miłosierdziem cię otoczy

 

Męka Moja, nie dla rozpaczy widzów była
Ale dla zbawienia twego
Nie ze słabości swego ciała upadałem
A z poniżenia grzechami twojej nieśmiertelnej duszy
Skargi dusz były Moimi bolesnymi upadkami

 

Kiedy patrzysz na Mnie ukrzyżowanego
Jak na wyrzeźbiony symbol, martwy
Rany Moje na nowo się otwierają
A krew z nich wypływająca, błaga:
Nie oddawaj duszy swojej na zatracenie

 

Biczowany i krzyżowany przez katów
W milczeniu, bez łez, czekam cierpliwie
Na twój rachunek sumienia
Na powagę modlitwy szczerej, pokutnej
Spowiedź twoja ulgę Mojej Męce przynosi

 

Krzyż poniosłem i ból człowieczego ciała
Słabość waszej natury widziałem
Krótkie chwile ziemskiej radości poznałem i jak wy, płakałem
Na świat przyszedłem, dać radość wieczną
I za tą wieczną radość, dla was cierpiałem

 

Kiedy Bóg krzyż ci poda w życiu twoim
Z miłością spójrz na Mękę Moją
W ranach Moich ujrzysz światło twego krzyża
Zaufaj, Oczy Boga widzą to światło
Nie jak błysk chwilowy, ale dar dla duszy, na wieczność.

 

 

Gdy krzyż przytulasz

 

Gdy sercu twemu życie ból zadaje
Miłości szukasz pod krzyżem
Krzyż Mój przytulasz jak deskę ratunku
Na oceanie własnych zranień i rozczarowań

 

W tych chwilach wiedz, że nie dotykasz
Jedynie drewnianej, martwej figurki
Talizmanem nie Jestem, chroniącym w zwątpieniach
Wiary we Mnie pragnę i całkowitej ufności

 

Gdy krzyż Mój przytulasz, żywym się staję
Ból ci ofiarowuję, głowy przebitej cierniami
W sercu Mym nadal tkwi oścień włóczni
Gwoździe krwią zroszone, nie zardzewiały

 

Gdy raz przytulisz krzyż, tę relikwię świętą
Wiedz, że miłość Moja wiernością ci służy
Czy masz odwagę przyjąć taką miłość
Ofiarę z Mego życia, za zbawienie twoje?

 

Jeśli TAK odpowiesz, choć drży twoje serce
Nie obiecuję ci uwolnień od płaczu i cierpień
Drogą Moją pójdziesz dla zbawienia ludzi
I Miłość poznasz, jakiej nie zaznasz na ziemi

 

Nie Jestem tylko lekiem na wszelkie zranienia
Miłością Jestem, która do ufności wzywa
Oddaj Mi twe życie, wolę swoją, myśli
Stań się apostołem Mego Miłosierdzia

 

Wtedy niebo się otworzy na twą ufność do Mnie
Krzyż z drzewa twardego, ciałem Mym się stanie
Płomień przedziwny poczujesz duchowej radości
Cierpienie twoje i łzy, na Mym krzyżu się spalą.

 

 

  Dojrzewanie do Miłości

 

Nasza Miłość nie dojrzewa
W pieśniach i pięknych słowach
Nasza Miłość jest walką trudną
I żadne piękno świata jej nie przywoła
Naszą Miłość krzyż łączy bolesny
Ty, pod nim, ze swym ciałem grzesznym
I Ja, na nim, z krwią z ran, spływającą
By, obmyć cię z grzechów

 

Naszą Miłość gwoździe katów przebiły
I ciało Moje, z szat obnażyli
Byś dostrzec w nim mogła, rany ciągle żywe
I to Serce Moje, otwarte dla ciebie
Żadną suknią, nie osłonięte
Nasza miłość dojrzewa w bólu
Bez hymnów i fanfar głośnych
Ona krzyczy, a ty ledwo szept słyszysz …

 

Nasza Miłość dojrzewa w bólu
Kiedy walczysz z własną słabością
Kiedy ręce swoje chcesz o świat oprzeć
A świat miecz w nie wkłada, pychy i złości
Na drodze naszej Miłości, drodze Krzyżowej Męki
Nawet ptak cichnie w swych trelach, milkną głosy
I drzewa przestają szumieć
Na drodze naszej Miłości, milczenie zalega wokół …

 

Milczenie, jak pustka bez dźwięków
By bicie Serca Mojego, słyszało serce twoje
By oczy twoje, ku Moim, patrzącym z krzyża Golgoty
Przeniknął promień Świętego Ducha
I utkwił w duszy twojej
A gdy pragnienie Miłości, oddasz Sercu Mojemu
Miłość nasza jak owoc, pięknie dojrzewać będzie
Ja wezmę zieleń tego owocu, w ręce swe zakrwawione
I zieleń twej Miłości, przemienię w czerwień jak owoc dojrzały.

 

 

 Oaza

 

Kiedy pojazd życia, losem zwany
Na pustyni cię zostawi świata
Gdzie rządy sprawuje prawo przyjemności
A cnoty są wyszydzane
Kiedy piach tej pustyni oczy ci zasypie
Uszy ogłuszy do utraty słuchu
A nogom twoim nakaże taniec szalony
Serca słuchaj, ono język zna święty
Inny niż ludzka mowa
Otrzep piach tej pustyni
I nie bierz do rąk jej ksiąg
Rozrzuconych hojnie dla zabłąkanych
Kuszących złotymi tytułami
Serca słuchaj i Mojej świętej mowy
Ona moc ci da, do samotnej podróży
Ku oazie, gdzie Żywa Woda, przywołuje
Spragnionych Prawdy
Tylko idź, nie przystawaj
Nie lękaj się zmęczenia
I głosów nawołujących na tej pustyni
Piach je pochłonie
A Moja święta mowa, przetrwa wieki
Zanurzona w oazie Żywej Wody
I w twoim sercu.

 

 

 Modlitwa miłości

 

Kiedy oczy twoje będą niewidome, a usta nieme
Na krytykę bliźnich
Kiedy sercu oddasz rozumienie świata
Modlitwę zyskasz miłości
Ona, niewidome na Mnie, oczy bliźnich otworzy
A ich usta nieme, napełni słowami błagania
Kiedy miłością napełnisz serce
Orężem tej miłości będziesz walczyć
O bliźnich i swoje zbawienie
Ja, Panem jestem wszystkich ludzkich słabości
Przemieniam je jak kryształ lodu
W rwący, ciepły strumień łask
Twojej modlitwy miłosnej oczekuję
Twojej pokuty i postów
By rozpuszczać zamarznięte grzechem serca
Oddaj Mi swoje niewidome oczy i usta nieme
Na krytykę bliźnich
A modlitwie twojej miłosiernej, pobłogosławię
I dam ci nowe oczy, widzące światło
I nowe uszy, słyszące głosy świętych.

 

 

 Czas wspólnej drogi

 

Jak trwać w wierze
Gdy świat inne podsuwa wartości?
Jak uwierzyć w wieczność
Gdy doświadczenie śmiertelności przenika?
Jak ofiarować miłość ludziom
Gdy odpowiadają obojętnością?
Tyle pytań, pod Twój krzyż, Jezu, zanosimy
Ciężkim się staje, aż upadasz
Ale powstajesz, by Męką swą dać odpowiedź
Stań, mówisz, obok Mnie, ze swoim krzyżem
Przejdź ze Mną tę Drogę Krzyżową
To będzie czas naszej duchowej rozmowy
Może na początku nie zauważysz Mego krzyża
Może twój wyda ci się zbyt ciężki?
Głośno krzyczysz idąc obok Mnie
Pytasz o sens cierpienia, sens życia
Mija czas, milkną nawet ptaki
Zasłuchane, zdziwione twoim krzykiem
Idziemy obok siebie w kolejne stacje
Cichnie twój głos, a nawet milkniesz
To milczenie, to czas Mego daru
Daru odpowiedzi na twoje pytania
Twój ból też się ucisza
Nawet chcesz Mi jak Szymon pomagać
W Moich oczach szukasz mocy dla siebie
Idziemy razem, zaprosiłem cię do tej drogi
Aż do Stacji Ukrzyżowania
Widzę cię, chcesz Mnie bronić przed katami
Budzi się w tobie miłość miłosierna
Miłość, która nie żąda odpowiedzi
Nie zadaje pytań
Jeszcze kilka stacji
Patrzysz na Moją śmierć na krzyżu
Klęczysz i płaczesz jak niewiasty jerozolimskie
Widzę cię, towarzyszu naszej wspólnej drogi
Ja muszę umrzeć, pokonać śmierć
Dla twojego zbawienia
Dla naszego spotkania w wieczności
A teraz idź do swojego życia…

 

 Banneux - Sanktuarium Matki Bożej Ubogich w Belgii. Już 10-ty raz pielgrzymuję do tego pięknego miejsca. Pielgrzymkę tę poświęciłam w intencjach Matki Bożej. Podczas tej pielgrzymki dotknęło mnie świadectwo wiary księdza, który nam towarzyszył, szczególnie jego wspaniała pokora i gorące modlitwy. Kiedy otrzymałam od niego komunię, usłyszałam w sercu: ręce jego są pieszczotą dla Moich ran.
Podczas mszy w Chevremont, kiedy adorowałam Jezusa po komunii, przyszły do mnie cudowne słowa: ustępuj miejsca wszystkim, którzy chcą biec przed tobą, niech biegną w swej ambicji do przodu, na końcu tej pielgrzymki biegnących ku niebu, stoi Maryja i to Ona zamyka każdy „pochód” do Boga. Przy Niej jest radość i pokój.

 

Pamięć duszy

 

Pięknym obrazem - wspomnieniem, obdarzył mnie anioł
Pamięcią duszy, która jeszcze nie dotknęła ciała
Gdzieś w nieznanej przestrzeni, w objęciach jeszcze będąc Boga
W pięknie miłości i kolorów, czekała na wcielenie się w człowieka

 

W szklanym domu, błyszczącym tęczowymi barwami
Przesyconym mieniącym się światłem
Każdą ścianę zdobiły krajobrazy przyrody
Każda ściana, witrażem była kolejnych pór roku

 

Przez jedną ścianę, zaglądały, rozchylające się pęki kwiatów
Trawa wyrastała w żywym, wiosennym tańcu
Do życia budziły się uśpione listki drzew i krzewów
Ich różowe i białe kwiatki, rosą się karmiły

 

Druga ściana była witrażem pory letniej
Ciepło jak tłocznia, wyciskało nektar z soczystych owoców
Sok ich kapał na życiodajną ziemię
Promienie słońca przeciskały się przez bujne gałęzie

 

Trzecią ścianę ozdabiały czerwone i żółte liście
Jesień rodziła bogactwo kolorów swą malarską pasją
Czwarta ściana iskrzyła się bielą, puch okrywał drzewa
Zasypiające leniwie, wsłuchane w cichą kołysankę

 

W szklanym domu panowała oczekująca cisza
Na anioła czekała dusza, na jego głos tkliwy
Czas na ciebie, duszo, opuścić niebieskie salony
Zejść na ziemię, do łona matki nieznanej

 

Cóż spotka duszę, ręce kochane, czy spojrzenie zimne
Chwytając łyk powietrza, krzykiem dziecko obwieściło: jestem!
Jeszcze dotyk czuło, pieszczoty niebiańskich aniołów
Jeszcze tamten dom był w jego oczach…

 

A już nowe życie, nowe pory roku, uczyły narodzone dziecko
Praw ziemskich, o miłości, nieznanym dotąd bólu i lęku
Historię swego życia, każdy zna najlepiej, wertując karty wspomnień
Pamiętaj, iż w każdej historii życia jest wpisana ręką Boga
Także twoja karta, rodowód twej duszy.

 

Łzy

 

Cóż mogę Ci ofiarować, Matko Święta
Co darem byłoby świętym, czystym i godnym?
Człowiekiem jestem, pomazańcem ziemskiego prochu
Skażonym grzechem i ciągłą pokutą

 

Lecz są w mym życiu przedziwne chwile
Stworzone z pragnień spotkania z Bogiem
Anielska je zdobi cisza, radością przenika serce
I darem łez, po twarzy mej spływa

 

Chcę Ci Maryjo, Matko Święta Jezusa
Łzy te ofiarować, bo nie ma w nich żadnej goryczy
Są kwiatem, darem dla mej nieśmiertelnej duszy
Który rozkwita, zroszony Miłością Krzyża

 

I nie pogardzisz Pani, tym darem człowieczym
W rękach Twych, w czyste perły się zamienią
Do serc je włóż grzeszników smutnych
Niech „Pod Twą Obronę” na wieczność się skryją.

 

 

Cud nawrócenia

 

Jak dobra i piękna, dziecko jest spragnione
Tak ja szukałem Cię, Boże
Rękami ojca byłeś i uśmiechem matki
Choć nie wiedziałem, że to Ty …
Miłość moja rozkwitała ich miłością
Zanurzony w ciepłym dzieciństwie i młodości
Byłeś Boże dla mnie, niedzielną mszą
Śpiewem chóru i grą organów
Nawet komunia, jedynie uroczystym znakiem

 

Przyszedł taki dzień, fałszywa nuta w psalmie życia
Straciłem ręce ojca i uśmiech matki
Pochowałem ich na pobliskim cmentarzu
Pochowałem tam też Ciebie, Boże …
Ubrałem się w samotność … i złość
Zamilkłem, odwrócony tyłem do krzyża
Nawet, gdy łaska do mnie przyszła
W oczach ukochanej kobiety, też wątpiłem
I tylko serce dziwnie drżało, gdy śpiew pieśni
Słyszałem przechodząc, obok świątyni

 

Nie szukałem Cię, Boże, ale to Ty mnie znalazłeś
W oczach córki, radosnej podczas pierwszej komunii
Tato, powiedziała, Pan Jezus chce z tobą rozmawiać
Znikł, przed moimi oczami tłum wiernych
Krzyż ujrzałem z Panem, krwią ociekający
I smutek wielki na Jego twarzy
I słowa w sercu, męskie i mocne:
Czekam synu na ciebie …
Klęknąłem samotny przed Jego samotnością
Uśmiech mej matki ujrzałem i ręce ojca
Dzieckiem się stałem, spragnionym dobra i miłości. 

 

 Cieszymy się świętami, mówimy o rodzinnych spotkaniach. Zapominamy, że obok nas są też ludzie samotni, którzy święta te spędzą sami. I choćby wiele instytucji zabiegało o godne dla nich święta, samotność nie zniknie… Przykryje je tylko dobroczynność…

 

 Są takie święta…

 

Malutki prezent, pod małą choinką
Opakowany własnoręcznie, w zeszłoroczny papier
Jeszcze paczka z kawą i ciastkami
Siostry, dla samotnych ją przygotowały
Gwar głosów dziecinnych już dawno ucichł
W tym domu cisza objęła królowanie
Ze zdziwieniem patrząc, na świąteczne zmiany
Na człowieka, który zasiadł przy wigilijnym stole
Jakby czekał, że ona przemówi…

 

Świeczka biała, dopala się, iskrząc
Na pustym talerzu, dla pielgrzyma znikąd
Opłatek z Jezusem, na sianku leży
Wpatruje się człowiek w kolorowe Dzieciątko
Jak niegdyś w kołyskę, własnych dzieci
Kolędy słychać, gdzieś zza ściany
Świat na pierwszą gwiazdkę czeka
Myślami się karmi, samotny człowiek
Sycąc się nimi bardziej, niż czerwonym barszczem

I słowa płyną do Dzieciątka z opłatka
Jaśniejącego w żłóbku, na białym talerzu
W ramiona Cię wezmę, Matka Twa pozwoli
Do mej starości przytulę, nikomu nie potrzebnej
Dzieci dorosłe, gdzieś w zamorskich krajach
O życie walczą, bogatsze dla wnuków
Dość zdrowia mam jeszcze, by nie być ciężarem
Miłości też mam dosyć, dla Ciebie, Dzieciątko
By łez nie wylewać nad swą samotnością
Bogu Ojcu podziękuj, za Twe Narodzenie
Za dar podziękuj, wigilijnej Nadziei.

 

 

 Skarga

 

Uwielbienia doznajesz, Boże
W pieśniach pięknych i hymnach wzniosłych
Dymem kadzielnym wznoszą się ku Tobie
Na Twą chwałę, pieśnią wdzięczności
Święto czyniąc na ziemi, wiary w Stworzyciela-Boga

Kiedy pieśni milkną, dym kadzidła gaśnie
A hymn uniesiony wysoko, ginie gdzieś w obłokach
Kiedy pustoszeje kościół, ostatni słychać stuk kroków
Jezus myśli zadumany, w złotym tabernakulum
Czy serca nasze, w codzienność, poniosą tę pamięć wdzięczności

Są miejsca na świecie, gdzie hymny milczące
Ból ludzki wyśpiewuje, w ciszy swego serca
Tam Jezus, z tabernakulum złotego, podąża cierpiący
Łzy zbiera rozpaczy, jak nuty porzucone przez muzyka
I Sam im pieśni śpiewa, o Bożej Miłości

Piękne są hymny, harmonią brzmiące, zapachem kadzidła zdobione
Lecz są też hymny, krzykiem wzniesione ku niebu
Bieda, cierpienie i głód śpiewają je, za drzwiami kościoła
A Ty, prosisz Panie, byśmy je słyszeli
Skargą są w Twej pieśni, śpiewaną na ziemi.

 

 Podczas mszy świętej, w sercu swoim ujrzałam Jezusa na krzyżu. Otaczało Go światło. Raptem światło przygasło, zaznaczając jedynie fragmenty ciała Jezusa metalicznym odblaskiem. Sylwetka Jezusa stała się ciemna, stopiła się z czernią krzyża. Potem, w obrazie zajaśniały złotym blaskiem promienie wychodzące z Jego ran na głowie, rękach, stopach i sercu. Na ciemnym krzyżu były jak złote, jaśniejące strzały … Tak bardzo chciałabym ujrzeć gdzieś w świątyni taki obraz ...

 

Drzewo i kamień

 

W naszym życiu są dni
Owinięte w szary smutek
W niebo spoglądamy zachmurzone
Obojętne na nasz nastrój
Pod nogami zieleń
Zamieniona w umierające liście
I myśli przychodzą, o samotności istnienia

Wtedy na drzewa spoglądam ogromne
Silne i pełne nadziei trwania
Na krzyż zbity z drzewa dla Jezusa
Jego samotność na krzyżu…
Ostatni dotyk żywego Boga-człowieka
To dotyk drzewa…
Przemienionego w krzyż, przez człowieka

Jezus wyniesiony wysoko, umierający
Z drzewem zespolony krwią, potem i łzami
Daleki jest od ludzkiego dotyku
Martwego już, chroni kamienna grota
Kamień i drzewo, moc trwania tego świata…
Przetrwała kamienna grota, ciepłem wiernych ogrzewana
Przetrwał krzyż, jego drzewo, zieleni się dla nadziei pokoleń.

 

 Święto Chrystusa Króla Wszechświata

 

Mój Król

 

Mój Król nie zasiada na złotym tronie
Tronem Jego jest krzyż wbity w skałę
Berłem, gwoździe tkwiące w Jego członkach
Koroną, ciernie splecione, raniące głowę

Mój Król nie ma szat z królewskiej purpury
Nagi jest, z ziemskich ozdób odarty
On, swym cierpieniem, pokorą sługi
Zdobywa władzę, spojrzeniem Miłości

Mój Król nie panuje z zastępami wojska
Zniewalając narody orężem, rozkazem
On, wolny wybór daje ludzkiej woli
Czy z Nim chce zamieszkać w Jego Królestwie

Mój Król jest władcą nieśmiertelnym
Na mszy się odradza, karmiąc Swoim Ciałem
Tych, którzy w cud wierzą zmartwychwstania
W Jego zwycięstwo nad śmiercią i złem świata

Tylko jeden Król dotknął stopami ziemi
Ubrany w szaty i postać człowieka
On mocą Miłości, odrzucił nienawiść odwetu
Miłosierdzie wylał z przebitego włócznią boku

Mój Król w swym Getsemani, kielich wypił goryczy
Woli się poddał Ojca, by zbawić ludzi dla Prawdy
Która jest Słowem Królestwa Wiecznego
I Miłością przyzywa ludzi, zagubionych w świecie

Mój Król zna moje myśli, cierpienia i dni moje codzienne
W komnatach królewskich nie odpoczywa
Staje przed każdym zrozpaczonym dzieckiem
I łzy ociera, gdy błagalną słyszy modlitwę

Przed Królem moim klękam codziennie
Nie jak niewolnik przed możnym panem
To miłość moja zgina kolana, tęsknota duszy wielka
Za Królem, który Męką swoją, drogę mi wskazał zbawienia.

 

 

 Adwent

 

Czekam na Ciebie, Jezu
W ten czas adwentowy
Byś tęsknotę moją, radością Narodzin wypełnił
Na światło czekam pośród ciemnych nocy
By w świętej spowiedzi
W mroku zostawić, zagubienia moje
Czekanie moje drogą się staje
Czas na niej zanika
To czas adoracji życia Twojej Matki
Czas unoszenia się ku Betlejem
Serce me, wiara przepełnia święta
W Twe Przyjście, Jezu, powtórne
A wtedy ręką swoją zgarniesz wszelką ciemność
I światło napełni ziemię

Czekam na Ciebie, Jezu
Drzwi duszy otwieram szeroko
I choć lęk ludzki w pamięć się zamienia
O sprawiedliwości, która czyny sądzi
Na cud czekam światła miłości
Na głos Twojego Miłosierdzia
To dusza moja wybiega poza mnie
Jakby chciała czas oczekiwania skrócić
I to, co we mnie słabe i takie przyziemne
Na skrzydłach unieść tajemniczej mocy
Już nie ma czasu, godzin mozolnie bijących
Oczekiwanie na Ciebie, Panie, tęsknota przejęła
Z nią, Dobry Jezu, tym darem od Ciebie
Adwentem się staje, całe życie moje.

 

 

 Przed mszą świętą rozważam myśl jak człowiek w swoich możliwościach może zbliżyć się do Jezusa. Wzrok mój skierował się na nagiego Jezusa na krzyżu.
My, ludzie, przychodzimy na spotkanie z Nim „ubrani” w swoje przyzwyczajenia, drobne grzechy, od których nawet nie staramy się uwolnić. To nasze „ubranie” nie pozwala naszej duszy unieść się ku Panu. Stąd rozproszenia, niestaranne modlitwy, niepokój. Jezus na krzyżu jest nagi. Nie ukrywa się. Oddał życie za nasze zbawienie. My ciągle staramy się coś zatrzymać dla siebie, usprawiedliwić. Trudno więc naszej duszy wyzwolić się z tych „ubrań” i stanąć przed Panem nagimi, uwolnionymi od życiowych niedoskonałości. Oddać Mu to nasze „ubranie”, by móc być bliżej Niego, czuć Jego obecność.

 

 Przewodnik

 

Kiedy na oślep drogami życia biegniemy
Nie dostrzegamy granic, wzrok tam nie sięga
Kiedy ścieżkami podążamy za tłumem
Plecy ludzi widzimy, nie cel podróży
Świat nasz jest trudnym miejscem wędrówki
Dróg w nim tak wiele, rozstajnych ścieżek
Na jednych słońce oślepia oczy
Na innych ciemność może zaskoczyć
Polując na zdobycz łatwą i wygodę
Krążymy w życiu jak myśliwy w lesie
Bez przewodnika, który zna właściwe drogi
Gubimy się, marnując cenne chwile życia

Gdy zawiedzeni, na kolejnym stajemy rozstaju
Naszą zdobycz oglądamy ze smutkiem
Myśl przychodzi, po co biegliśmy tam gdzie tłumy
Za plecami tych, którzy celu drogi nie znali
Nasza zdobycz, z tego biegu na oślep
To marne skorupy, po cudzych marzeniach
Nasze własne gdzieś się rozpłynęły
Tylko serce, ciągle domaga się czegoś cennego
Własnej drogi zaczynamy szukać i Przewodnika Mądrego
On, na krzyżu rozpięty, jak orzeł do lotu
Drogę wskazuje, w bezkres szczęśliwej wieczności
Miłością oświetlając miejsca, gdzie skarby prawdziwe są ukryte.

 

 

  Stary krzyż

 

Klęczałam kiedyś przed starym krzyżem
Chrystus na nim, kilka pokoleń już widział
Krzyż, zawieszony w przedsionku kościoła
Wielu pielgrzymów, tajemnicą swą, zatrzymywał

Rany ciała, artysta z pietyzmem wymalował
Otwarte oczy Jezusa wpatrywały się w modlących
Potężne gwoździe przebijały ręce i nogi
Drewniany krzyż z Chrystusem przemawiał …

Głowę uniosłam ku zranionym stopom
Rękami pielgrzymów były wygładzone
Wzrok zatrzymałam na ranach Jezusa
Sercem pełnym bólu, całowałam je

I myśl przyszła nagle, jak natchnienie anioła
W przestrzeni bólu, promieniującego z krzyża
W jakim miejscu, Twój, Jezu i mój wzrok się spotka?
Na stopach, rękach, czy w oczy Twe spojrzę?

Czy stopy Twe dotknę delikatnie, z lękiem?
Fragment krzyża ucałuję nieśmiało?
Przechodniem będę w pokorze, pielgrzymem setnym?
Czy miłość moja ma odwagę spojrzeć w Twe oczy?

Minuty mijały rozważań, pielgrzymi odeszli
Słowa ich modlitw, krzyż przygarnął ku sobie
Czułam oczy Jezusa patrzące na mnie
Wyczekujące, żywe, w ciemnym przedsionku kościoła

Modlitwy nie wypowiadałam, słucham duszy mojej
To ona mówiła: ciało zabili Twe, Panie
Serce od włóczni zamilkło, członki od gwoździ obumarły
Lecz oczu Twych, Jezu, na wieki, nie zabito

Lęk odrzuciłam, który grzech narzuca
Ufność zwyciężyła, spragniona miłości
Oczy moje w Twoich oczach utkwiłam
Miłosierdzie poznałam … Bożej Miłości.

 

 

  Czas wyboru

 

Bogactwo wydarzeń życie człowieka przenika
Jak nić kręta, obraz tkająca nieznany
Często myślimy, że artystami jesteśmy tej tkaniny
Dopóki nagle, los zły lub dobry, zrywa nić
Dotąd, pewną ręką, wzór życia tkany

I wielki znak zapytania przed oczami świeci
Dziwna pustka, niepewność, ogarnia człowieka
Moralnych dylematów pustka nie rozwiąże
Ona trwa jedynie i cierpliwie czeka
Co, wolność człowieka wybierze …

Ta pozorna pustka jest darem dla życia
Dobry los wykorzysta, dzieląc go z innymi?
Czy jak egoista, sam się nim zachłyśnie?
Czy los trudny dźwigając, ręce opuści bez walki?
Łzami rozpaczy zalewając, wzór swojego życia

O pustko, która białą plamą świecisz na obrazie życia
Refleksji jesteś czasem, jak siewca na polu
Ziarno, Pan twój posieje, życiodajnej rośliny?
Czy rozpaczą zwiedziony, z pola kąkol zbierze?
To czas refleksji, czas wolności wyboru …

Jeśli w tę pustkę, modlitwę zasiejesz
Rosą pieśń ozdobisz, do Maryi Świętej
Przyjdzie ci z pomocą, Artysta Wszechrzeczy
On nici zerwane, w święte supły zwiąże
Gdy ty, obraz swego życia, Jemu poświęcisz.

 

 Przed końcem mszy świętej ujrzałam obraz ogromnego sadu, pełnego kwitnących drzew, a także uschłych. W sadzie było pełno ścieżek, jak w labiryncie. Krążyli po nich ludzie, czasem wracali na ścieżki już przebyte. Miałam wrażenie, że szukają wyjścia i są zagubieni. W swojej wizji tego sadu, uniosłam się jak ptak ponad nim. Wtedy zobaczyłam drogi wyjścia. To takie proste, usłyszałam w sercu. Aby ujrzeć sens swojej wędrówki w życiu, należy się unieść wyżej, spojrzeć z perspektywy duszy nieśmiertelnej, która dąży do Boga, do celu swego przeznaczenia. Na skrzydłach wiary, ufności w Jego Miłość, unosimy się wyżej i wyraźniej widzimy właściwe drogi wyjścia z labiryntu tego sadu.

 

Wieża

 

Jest na mej duszy wieża wysoka
Jak antena ku niebu zwrócona
Ze świętych sakramentów zbudowana
Chrztu, bierzmowania, Eucharystii
Obrazy z niej płyną do duszy, muzyka, piękne słowa
I choć dusza nie zawsze je rozumie
To ciepło miłości Świętego Nadawcy ją przenika
Stwarzając radosny pokój

Z mojej wieży nadaję ku Bogu
Modlitwy i obrazy z mojego życia
Biegną szybką strzałą, gdy są czyste i szczere
Zakłóca je grzech, jak burza na łączach
Obraz zniekształca się, traci kontakt
Nastaje noc, dusza traci jaskrawość ekranu
Niebo cierpliwie czeka, a Święty Nadawca
Miłosierną ręką, naprawia stracone porozumienie

I słyszę aniołów sfruwających z wieży
Ostrzegają: wieża twoja chwieje się…
Grzech - to zdrada Ukochanego
Kaleczy cierniami serce, przenika bólem
Dzięki Ci Boże, za ten ból
Pamięcią jest on Twoją, o mej duszy
Spowiedzią oczyszczam nasze święte porozumienie
I dłoń Twoją chwytam - skrzydłem jest Ducha Świętego
I błagam: daj Panie mej duszy
Swoje obrazy, słowa, swoją muzykę.

 

 

Dopóki

 

Dziwny dzień przeżyłam

Był jak wiele innych, pełen miejskiego harmidru

Hałasu, władczo zalewającego ulice

Pochłaniającego wszelkie próby

Przebicia się śpiewu ptaków, szumu wiatru

Stukot kół pędzących aut, zgrzyt hamulców

Przeraźliwy odgłos sygnałów karetek

Tworzyły kakofonię dźwięków

A raczej „krzyk” ulicy obolałej od ruchu

Nieczułej już dla ludzi, dla ich potrzeb

W tej muzyce ulicznej wyczuwałam … lęk

 

Raptem, jakby na wewnętrznym ekranie świadomości

Ujrzałam wypisane słowa modlitwy: Zdrowaś Maryjo, łaski pełna

 

Modlitwa przygarnęła mnie, objęła, łagodziła lęk

Przeniosła do Nazaretu sprzed ponad dwu tysięcy lat

Do osady, olśnionej upalnym słońcem

Pokrzykiwanie ludzi było jak świergot ptaków

Stukały kopyta osiołków, objuczonych towarami

Czas wydawał się tam łagodny dla człowieka

Nie śpieszył się … inna muzyka głosów, inny zapach

Choć i tamto życie miało swój własny … lęk

Odczuwam prawdziwą, mistyczną więź tych obu światów

Więzią tą jest cud bożego daru, cud modlitwy

Tak długo trwa świat, trwa nadzieja …                                                               

Dopóki trwa modlitwa, na ustach i w sercach ludzi.

 

 

 Wielkopostna zaduma

 

Są takie dni w życiu człowieka wiary
Gdy staje przed nami pytanie
Kim jestem? I Kim Bóg jest dla mnie?
Pytanie to krąży jak ptak o ziarno proszący
I czujesz, jakbyś w ciemności uderzył o skałę
To Prawda chce dotrzeć do ciebie
Pamięć unosi się ponad życiem przeszłym
Usprawiedliwień szukasz w swej ludzkiej naturze
Na myśl przychodzą żywoty świętych
Ich życie pokorne, ofiarne cierpienie

Tych chwil nie odtrącaj, to łaska zadumy
Nad istotą wiary, swego człowieczeństwa
Oskarżeń nie szukaj, które chcą cię sądzić
W Bożym Miłosierdziu zanurz się z nadzieją
To czas Góry Tabor, spotkania z Jezusem
Czas przemiany serca, wzniesienie się wyżej
Piękne są dłonie w modlitewnym geście
Ileż piękna mają, gdy braci prowadzą do Boga
Krzyż Pana uwielbiasz w pokornym pokłonie
Twój też jest cenny, gdy z miłością go niesiesz

Prawdy szukaj w biblii, może zakurzonej?
Tak jak wiara, nierzadko w zwyczaju zamknięta
A kiedy słowa słyszymy: nawracajcie się …
Czyż nie o miłość w swej wierze walczymy?
O ręce, nogi miłosierne, o język miłości do bliźnich?
Wiara nie jest schronieniem przed bólem wszelakim
Bez miłości, słabnie w trudnych chwilach walki
Błagajmy o taką Miłość, która z krzyża spływa
Moc Jej, w zawołaniu Zbawiciela … Pragnę
W tej świętej chwili, naszego wiecznego zbawienia.

 

 Każda msza święta jest cudem, zakrytym przed naszymi oczami, ale nie przed naszą wiarą i miłością, która prowadzi nas na ucztę z Jezusem. Zdarza się, że nasze osobiste zaangażowanie podczas mszy świętej, świadomość, iż na ołtarzu jest realny Jezus, zamyka nasze fizyczne widzenie i zaczynamy widzieć sercem. To pragnienie spotkania, tęsknota za Zbawicielem sprawia, że może nas dotknąć łaska niezwykłego zbliżenia, jak to opisałam w wierszu: „Oczy serca”. Z głęboką pokorą i wdzięcznością odebrałam ten obraz. Jest on dla mnie wskazówką do głębszego przeżywania Słowa Bożego, rozważania z radością żywego cudu mszy świętej. I tak naprawdę nie jest ważne widzieć coś oczami, aby uwierzyć, ważne jest aby zatrzymać Jezusa w sercu i mówić do Niego w każdej chwili. Nie ma dla człowieka na ziemi większej miłości nad Miłość Boga.

 

Oczy serca

 

Był taki dzień, na mojej mszy codziennej
Gdy serce moje, malarzem się stało
Na moment zamarło, z czasu wyzwolone
I barwy cudowne nad ołtarzem ujrzałam
Czerwień pulsowała żyjącym płomieniem
Na jej tle biel anielska, plamą się barwiła
Obok szata niebieska, może Matki Świętej?
Lśniła, jakby z krystalicznej wody, uszyta
Nad białym obrusem, podczas Konsekracji
Setki drobnych rączek, wielki chleb unosiło
Postaci nie widziałam, w kolor były wplecione
Barwnymi plamami wibrowały, gasnąc i ożywając
Wielki bochen chleba przyciągnął me oczy
Światłem błyszczał i pulsował życiem
Kielich uniesiony rękami kapłana
Pochylił się lekko, a na chleb się wylały
Krople krwi czerwonej …
Zamarłam w bezruchu, wizją zadziwiona
Jak malarz pokorny, niezdolny odtworzyć
Piękna tej wizji, na płótnie obrazu
A potem cisza zaległa i czas zaczął płynąć
Kapłana ujrzałam w błagalnym pokłonie
Nad zwykłym obrusem, haftem ozdobionym
Cud wielki się dzieje … Przeistoczenia
Jezu, pomyślałam, łaska to, czy złudzenie?
Oczy przecież miałam szeroko otwarte
Szept cichy usłyszałam, gdzieś w głębi duszy:
Gdy oczy serca, z miłością ufną patrzą
Ich wzrok widzi więcej … sięga dalej.

 

 

  Krzyż Zbawienia

 

Boże, prosiłam, daj mi widzieć sercem
To piękno, ten cud Eucharystii Świętej
Oczy nasze, zasłonę mają z materialnych nici
Spragnione serce, wybiega przed oczy …

Gdy sercu zaufasz, usłyszałam słowa
Piękno dostrzeżesz, lecz i bólu doznasz
Serce Mego Syna, zranione przez ludzi
Bólem swym, z tobą zechce się podzielić …

Na moment się zawahałam
Jak grzesznik, niezdolny do ofiary
Czy drogą iść udeptaną, znaną?
Czy Pana poznać sercem, na Jego Drodze Krzyżowej?

Matkę Bożą wezwałam, Wspomożycielkę wątpiących
Na Opiekunkę mych duchowych przeżyć
Zasłoń, Matko, swą suknią, ból, którego nie pojmę
Daj poznać ból Pana, który mnie olśni i umocni

Krzyż ujrzałam ciemny, wysoki, nad ołtarzem stojący
Z drewna był mocnego, pełen szczelin głębokich
Jak pole, usiane korytami rzeki
Krew w nich płynęła, prosto do kielicha

Obfitość jej, zadziwiła serce moje
Krętymi zakolami, żywym płynęła strumieniem
W sercu usłyszałam: dopóki krew Moja płynie
W tym Krzyżu Zbawienia …
Chronieni jesteście, Moim Miłosierdziem

 

 

 Cud Mszy Świętej

 

Kiedy cudów pragniesz, oczami widzianych
Wrót do pałacu cudów, anioł nie otwiera
Strażnikiem jest tajemnic nieba
Przed oczami tych, którzy dowodów swej wiary szukają

Jeśli cudów łaski nie widzisz wokoło
Jeśli serce twoje miłością nie płonie
Jak oczami możesz, cud rozpoznać boży?
Jak go nie pomylić ze zwykłym omamem?

Bóg nie skąpi cudów ze skarbca Swej Łaski
Czas na nie wybiera według własnej woli
Podczas Mszy Świętej, są takie momenty
Gdy modlitwa serca, z bożym, łączy się oddechem

W tej świętej chwili, zmysł wzroku zanika
Dusza ludzka, z cielesnej uwolniona, powłoki
Do ołtarza biegnie, do pałacu cudów
Anioł w ramiona ją bierze

I widzi dusza cud, gdy Duch Święty
Ze skrzydłami białymi, przeczystego blasku
Kapłana obejmuje w miłosnym uścisku
Podczas, gdy on hostię i kielich unosi

Widzi dusza sznur złoty, pleciony jak warkocz
I dźwięk słyszy dzwonów donośnych
A anioł jej tłumaczy: każda Msza Święta na ziemi
Echem tego dzwonu, zwycięstwo Miłości, w niebie ogłasza

A kiedy dusza klęka w miłosnym zachwycie
Jezus ją obdarza, krwią z krzyża płynącą
Z grzechów obmywa, ranami leczy, Męką Swą zbawia
Cudem Mszy Świętej, uświęca

I widzi dusza nad głową kapłana
Wieniec z krwią płynący, bez żadnej osłony
Pulsujący, żyjący, jak Miłość bez ochrony
Gotowa poić, każdego spragnionego …

Gdy kapłan błogosławi, dusza do ciała wraca
I uświęca serce tym cudem, którego sama doznała
A serce choć drży, niegodne tej łaski
Przytula te cuda jak relikwie, jak perłę, ze skarbca Pana. 

 

Piękne są święta Wielkanocne. W tym czasie czuję szczególną obecność Jezusa. Z ludzkiego punktu widzenia „przeszkadza mi” tłok i biegające dzieci. Staram się jednak skoncentrować na uroczystości. W wyobraźni „wychodzę”, a raczej wyprowadzam swoją duszę nad  wody Jeziora Galilejskiego. Jest noc, słyszę plusk fal, delikatny, miarowy. Nad wodą widzę daleko wielką, czerwoną kulę. To nie jest czas na zachód słońca. Czerwona kula zbliża się do brzegu, staje się ogromna, jak hostia przepełniona krwią Chrystusa. Ogarnia sobą przestrzeń, pochłania ją. Czuję jakby chłonęła cały świat, błogosławiła go.
W niedzielny, świąteczny poranek, uwielbiam Jezusa w swoim ciele, właśnie otrzymałam komunię świętą. Raptem słyszę stuk, jakby ktoś upuścił twardy przedmiot. Otwieram oczy … to hostia upadła na podłogę podczas udzielania komunii. Jakże taki maleńki, delikatny opłatek mógł wywołać taki odgłos? Czyżbym tylko ja to słyszała? Ciągle słyszę ten odgłos w swoich uszach, jakby skierowany do mnie, do każdego, kto zechce przyjąć Twoją czystą, miłosierną Miłość.

 

 

 Spotkanie w modlitwie

 

Zjawiasz się Jezu, w życiu naszym
Tak żywy, iż serce nawet bić przestaje
Niewiarygodny staje się ten moment dla umysłu
Gdy światło tajemnicy przenika ciało
Jeszcze modlitwa w ustach nie przebrzmiała
Jeszcze myśl o codzienności nie zgasła
A miłość przedziwna napływa gorącą falą
I masz uczucie opieki doskonałej…

Radość cię unosi niezwykła, ponad troski życia
Ptakiem jesteś w nieznanej przestrzeni
Łzy radości, słonym płyną strumieniem
I to, co w sercu było dotąd świętym rytuałem
W miłosny z Jezusem, przemienia się związek
Źródło widzisz krystaliczne, kilka kropel krwi Pana
Biały płatek Eucharystii po nim płynie
Serce i duszę, pragniesz w tym źródle zatopić

Trwać tak chcesz, w tym świętym zachwycie
Wrażenie masz, iż z oczu twych spadł całun
Dzielący ołtarz i duszę twą, dotąd uśpioną
Pieśń piękną słyszysz, choć cisza zalega świątynię
Słowa dziękczynienia prosto z ust płyną
Echem anielskich modlitw
Trzymaj mnie Panie, chcesz krzyczeć, w objęciach Twoich
Twoim chcę być, na wieki…

Zjawiasz się Jezu, przy nas, w modlitwie nieoczekiwanie
Tak żywy, iż bliskość Twą, zmysły wszystkie czują
W tej pięknej chwili, puste się wydają obrazy
Z ram ich, do ludzi, wychodzi żywy Jezus
Pielgrzym, w nieustającej, do dusz ludzkich, podróży
Z tym samym krzyżem, który dźwigał na Golgotę
Z tym samym spojrzeniem oczu miłosiernych
Z tą samą, zmartwychwstającą Miłością, dla której za nas umarł.

 

 

 Świt na Górze Synaj

 

Patrzę na świt rozpraszający ciemność
Śpiącą jeszcze leniwie, na posłaniu gór
Jeszcze ciemność kończy swe sny, marzy
Gdy świt swą dziecięcą radością
Wymiata ją ostrym blaskiem
Czekam po nocnej wspinaczce na Górę Synaj
Na wschód słońca…
Oparta o skałę, wpatrzona w moc gór
Świadkiem jestem przedziwnego cudu
Ogromna, czerwona, płonąca kula wyłania się nagle
Zza skalistych szczytów, wbijających się dumnie w niebo
Jakby posiadły wiedzę o wschodach i zachodach słońca
Mam wrażenie, że jestem w wielkiej sali koncertowej
Na koncercie mistycznego wirtuoza
Ciało moje poddane jest dźwiękom dotąd nieznanym
Uczuciom głęboko skrytym
Ale to cisza tak drga, śpiewa własną pieśń
Doznaję piękna milczenia…
W takiej chwili, Mojżesz padł na kolana
Przed potęgą Boga
Czerwień płonącej kuli słońca jest jak Eucharystia dla świata
Wypełniona krwią Bożego Syna
Otoczona świtem, zapowiadającym zbawienie
Mocą objawiającą się na Synaju…
Napełniam się radością zebraną z wielu pokoleń
Patrz, duszo moja, szepczę
Daję ci skarb spotkania Boga z człowiekiem
Nie zagub go, przytul kamienne tablice Mojżesza
Niech ich ciężar cię nie przytłoczy…
Synaju, twoja góra odcisnęła we mnie obraz
Jeszcze go rozważam, schodząc w dół
Między ostrymi skałami
Pragnienie mam niesienia w sobie tej radości
Jest tak wielka, że serce nie może jej pomieścić
W ciepłym słońcu poranka zostawiam za sobą
Płatki tej radości, jak tajemnicę, na mijanych skałach
Dla tych, którzy schodzą za mną
To miłość, która mistyczną falą, przelała się przeze mnie
Dając obfitość radości i łaskę dzielenia się z innymi
To dar otrzymany, z mocy Góry Synaj.

 

 

 Spowiedź sumienia

 

Przepraszam Cię Jezu, za moją miłość
Czasami nieudolną, lękliwą i płochą
Niecierpliwie wciąż o dary proszącą
Miłość zapominającą o łaskach darmo otrzymanych

Za miłość przepraszam naiwnie spragnioną
Pociech szukającą bardziej niż ofiary
Gdy Ty chcesz bym odwagę miała Weroniki
I stała przy Tobie, niosącym krzyż zbawczy

Przepraszam za dni w egoizm strojne
Spragnione własnych, codziennych radości
Za słowa przepraszam … daj mi to, Panie
Jakbym nie widziała Twych dłoni przebitych gwoździami

Przepraszam Cię Jezu, za lata puste duchowo
Smutkiem obsiewany ogród mego życia
Za oczu ślepotę, gdy bukiet ukazujesz róż świętych
Różaniec Twej Matki, modlitwę za zbawienie bliźnich

Za modlitwy przepraszam, czasem jak ptaki rozproszone
Słowa się unosiły, bez skupienia duszy
A Ty, ciszy szukałeś, adoracji serca
Mówić chciałeś do mnie, o Twojej Miłości

Dziś chcę Ci podziękować za Twą Miłość cierpliwą
Ona łaską spłynęła, płomieniem gwałtownym
I choć słabości we mnie więcej niż olbrzym ma siły
Ufam Miłości Twojej, ona jak orzeł, unosi wysoko.

 

Na pielgrzymkę do Ziemi Świętej udałam się już trzeci raz. Czas tej pielgrzymki obejmował okres od Święta Zesłania Ducha Świętego do Święta Trójcy Świętej. I nie był to tylko przypadek. Pielgrzymkę poświęciłam w intencji przemiany duchowej, wzrostu mojej wiary. Nie koncentrowałam się na zewnętrznych widokach, murach, kamieniach, pragnęłam aby duch bożego słowa dotknął mnie mocno, aby zewnętrzny gwar pielgrzymów (a było ich bardzo wielu) nie odebrał mi wewnętrznej ciszy. Chciałam by te krótkie chwile spotkania z miejscami świętymi wydały duchowy owoc. Pragnęłam wewnętrznego olśnienia wynikającego z danej mi łaski bycia w miejscach świętych. Przyjmowałam upał, ludzki tłok jak dar potrzebny, by uczyć się dzielić przeżyciami z innymi. By uczyć się po prostu kochać współtowarzyszy z pielgrzymiego szlaku.

 

Poemat pielgrzyma

 

Trzykrotnie dotykałam cię, Ziemio Święta
W oczach moich zostało twoje piękno, w sercu, miłość
Przepełniona tęsknotą poszukiwania czystego praźródła
W Dzień Zesłania Ducha Świętego poczułam cię kolejny raz
Znałam już twoje świątynie, hałas twoich ulic, gwar pielgrzymów
Tym razem, duszę moją wysłałam na pielgrzymi szlak
Niech krążąc ponad świętymi znakami, zbiera duchowe skarby
Skarby wiary, umacniane bożym słowem
Dałam duszy wolność, biegnąc za nią myślami
Moje ciało tkwiło w otaczającej współczesności
Myśli unosiły się ku Bogu

Oblicza Jezusa śpiącego, szukałam w szumie fal Genezaret
Tamtej burzy, łodzi Piotra, miotanej falami
Pragnęłam usłyszeć oddech Jezusa w Kafarnaum
Odpoczywającego po trudach wędrówki
W głąb kamiennych płyt przenikałam wyobraźnią
Drogą, pośród jerozolimskich straganów szedł Pan z krzyżem
Dusza moja zamarła w smutku, potykając się o ból
Ból tkwiący tam nadal, ozdobiony Jego krwią
Ból przenikający przez powietrze jak nie gojąca się rana
Rozmodleni i rozbiegani ludzie w bazylikach
Współczesność wbijająca się w historię Zbawienia

Każdy, jak talizmanu, pragnie dotknąć świętych śladów
Długi korowód ludzi otacza Grób Pański, Betlejemski Żłóbek
Chwilę mam tylko, Jezu, by poczuć ciepło tych miejsc
Zatrzymać w dłoni, oddać sercu na przechowanie
Pielgrzymujemy dalej z moją duszą na Górę Synaj
Ku słońcu wyłaniającemu się rankiem zza gór
Mojżesz i Bóg, kamienne tablice przykazań
Głos Boga brzmiał z tego miejsca
Cud spotkania z potęgą Miłości i Sprawiedliwości
Człowiek na tej górze jak ziarenko piasku
Ziarenko pragnące bliskości Boga, by stać się drzewem wiary

Zatapiam się w pięknej radości, czystej jak górskie powietrze
Poznaję przestrzeń unoszącą mnie ku odwadze
Odwadze wiary pomimo burz i wrogich fal
Odwadze Weroniki w jej miłosnym geście, Szymona odkrywającego Boga
Modlitwy pragnę, która Oblicze Jezusa przywoła …
Słów jej szukam głęboko w sercu, nawet tych nie znanych
Sylwetki modlących się Żydów przy Ścianie Płaczu
Są dla mnie jak wieczne znaki, które przetrwały wieki
Bo ludzka tęsknota za Bogiem, za modlitwą, nie przemija
Stroję się w tę tęsknotę jak w piękne kwiaty Izraela w słońcu
I wracam na własną Górę Tabor, górę łaski przemiany serca.

 

 

 Nazaret

 

Nazarecie, mieście FIAT, Maryi
Błogosławione znakiem Boga
Mieście mistycznym…
Dziś, pełne gwaru mieszkańców i pielgrzymów
Dziś żyjesz dniem codziennym
Jesteś też miastem zadumy
Nad naszą wiarą, naszym fiat
Błogosławiona Dziewica Maryja
Odcisnęła na tobie, ciągle żyjące, płonące
Światło wiary
Rozmodleni w Grocie Zwiastowania
Rozważamy własne życie w świetle FIAT Maryi
Bierzemy w dłonie nasze pielgrzymie fiat
I ważymy jego siłę
Jego ciężar, wypełniający serce
Przerzucamy w modlitwie kartki swego życia
Odczytujemy w historii naszych dni
Własne fiat…
Czasem oddalone przez grzech nieufności
Czasem zwycięstwa nad złem
O, Maryjo z Nazaretu
Bądź z nami w Nazarecie naszego życia
Stań, przy ślepcach bez nadziei
Głuchych, na zwiastowanie dobrej nowiny
I nie pozwól powstać z kolan
W błaganiu o świętą wiarę
Odszukaj nasze fiat, odrzucone daleko
Na bezdroża nieufności, próżności
Weź go w swoje dłonie, pobłogosław
I włóż w serce, niech zabłyśnie Twoją wiarą
W Nazarecie, naszego życia.

 

 

Świątynia

 

Jeśli życie cenisz, darem jest dla ciebie świętym
W centrum swego życia, świątynię wybuduj
Głaz nieporuszony, jak ołtarz ofiarny
Krzyżem Chrystusa umocniony, krwią Jego poświęcony

Po kamiennej podłodze, ogrzanej stopami pielgrzymów
Zbliżam się do Grobu Pańskiego w Jerozolimie
Chłód kamiennych ścian otacza mnie
Jak grota wypełniona życiodajnym powietrzem
Wejście do świątyni przejmuje ciało drżeniem
Przed dotknięciem niezwykłej tajemnicy
W gwarze ludzkich głosów można się zatracić
Poddać fali codzienności, zagubić tajemnicę
Panie, wołam, byłeś tu i Jesteś
Prowadź mnie modlitwą serca
Oddal szum, napełnij ciszą …
Jak ślepiec uwolniony od pokusy oczu
Dłońmi dotykam nierówności kamieni
Czas oczekiwania na wejście do Grobu
Wypełniam modlitwą, szukam miejsca w sercu
By, jak ogrodnik czuły, zasadzić w nim białe lilie
Na spotkanie z Tobą, w tym świętym miejscu
Na te chwile, gdy dotknę Twego Grobu
Chłodna, kamienna płyta, kilka świec
I łaska bycia z Tobą, umarłym i zmartwychwstałym
Zostawiłam tam kilka łez, dziwnie słodkich
Zapomniałam o pięknych słowach …
Jakby ciało, serce i dusza nagle umilkły …
O, tajemnico Świętego Grobu Pańskiego
Skało Męki Chrystusa
Ilekroć szukam w sobie zagubionej tajemnicy
Oczami duszy przekraczam próg tamtej Świątyni
Jerozolimska Świątynio, ołtarzu ofiarny dla świata
Tajemnico Miłości, czuwająca na progu każdej świątyni
Tajemnico, która pragniesz być poznana przez każdego człowieka.

 

 Rozważałam zdanie, które usłyszałam w sercu: szukacie życia duchowego, „ryjąc jak krety” w ziemi, a nie szukacie go wysoko … Rzeczywiście, współczesny człowiek jest bardzo związany z tym, co „ziemskie”. Cała współczesna kultura „opisuje” fizyczne emocje i „nawołuje” do ich kultu, do filozofii używania życia, które ma dać szczęście. Emocjonalne, krzykliwe piosenki, sztuka, literatura, pełna erotycznych scen. A to wszystko jako wzór dla … rozwoju duchowego? Raczej dla kultu popędów. Człowiek zagoniony do pracy, nie ma czasu na refleksje. A jeśli jakiś „niepokój” wkrada się w jego życie, sięga po używki, by go zabić. Ośmiesza się tradycje rodzinne, dając „wolny wybór” życia seksualnego. A to wszystko w imię nowoczesności, w imię uwolnienia człowieka od … myślenia o własnym przeznaczeniu. Szukamy, „ryjemy w ziemi”, za tym, co łatwe, co usprawiedliwia naszą cielesną naturę. Zatapiamy się w tymczasowości. A tymczasowość jest jak SMS, krótki, informujący. I tak mijają dni i noce. Mija życie … Człowiek nie jest „kretem” ryjącym w ciemnościach. Otrzymał światło w Ewangelii. Otrzymał Zbawiciela. Człowiek musi podnieść głowę wyżej, ponad kopce usypane przez kulturę użycia i musi zacząć myśleć o sobie jak o kimś nadzwyczajnym, kogo stać na piękne myśli i przeżycia. Musi po prostu patrzeć w niebo … aby nie być samotnym w oszukańczej kulturze hałasu i krzyku, tych, co ją tworzą dla nas, grzebiąc nas w duchowej ciemności.

 

Modlitwa za zmarłych

 

Przyjęłam cię, Jezu, w czas wspomnienia zmarłych
Ofiarując mszę i komunię dla mej matki
Smak eucharystii, czułą wzbudził we mnie modlitwę
Modlitwę, być może, jej wdzięcznego anioła?
W modlitwie tej nie było patosu
Słów wielkich i podniosłych
Słowa jej układały się w sznur łez słodkich
Jak obrazy wspomnień z dzieciństwa
Modlitwa ta miała smak truskawek i jabłek
Zbieranych przez mą matkę
Zapach chleba i kwitnących kwiatów
Była jak pokarm przez nią przyrządzany
Rękami, które nie znały spoczynku
Modlitwa pachniała pomidorami
Dojrzewającymi na parapecie okna
I porannym słońcem, ogrzewającym jej ogród
Suknią, którą zakładała, gdy szła do kościoła
Zniszczonym od jej palców, modlitewnikiem
Modlitwa ta pachniała, jej ubogim, ludzkim życiem …
Lecz komunia, którą przyjęłam w jej intencji
Bogactwem rozlała się w mej duszy
Bogactwem Twojej, Jezu i jej macierzyńskiej miłości.

 

 

 Między bólem a radością

 

Między człowieczym bólem a radością życia
Jest miejsce na … czyściec
Na zrozumienie uczuć, które ból odcisnął
Na karmienie się nadzieją, jaką radość dała
Ludzki czyściec na ziemi, to pole nam dane
Do uprawy … życia

 

I choć ból, piekłem się wydaje
Czas, kurzem go pokrywa, choć blizny pozostają
Pamięć o nich, na polu czyśćca składamy
Doświadczeniem są … dojrzewania
Gdy chwastami lęku i złości, pole to obsadzimy
Jałowym się staje, czyśćcem męki nieustającej

 

Człowieczy czyściec może być uprawą roślin szlachetnych
Uprawą dobra, miłości i przebaczenia
Kiedy postawimy na nim krzyż Zbawiciela
Obsiejemy modlitwami jak życiodajną rosą
Choć człowieczy ból pulsuje pod bliznami ran
To mimo trudów, z potem na twarzy, siejemy dalej

 

Na polu naszego ludzkiego czyśćca
Zjawia się, przywołany przez nas, Pan Życia
Stawia na nim swoje poranione stopy
Łączy swój ból z naszym
Zrywa zasadzone przez nas, kwiaty nadziei, dobra i miłości
I przemienia nasz ludzki czyściec w nadzieję radości nieba.

 

 

Świece nadziei

 

Myślałam, że umierają tylko ludzie
A domy po nich i miejsca
Żyją dalej …
I pewnie tak jest w świecie realnym
Ale jest też niewidoczny świat serca
Świat uczuć rozpryskujących się
Na świat realny
To ślady ludzkich stóp, rozmów
Odgłos śmiechu i płaczu
W miejscach, gdzie byliśmy, żyliśmy
Z tymi, co odeszli …

 

Kiedy przechodzę obok takich miejsc
Wydają się mi obce, martwe, opuszczone
Jakby zastygłe w przeszłym czasie
Unikam ich, bo nie ma w nich życia
Tych, których kochałam
Są mury ich domów, tętni w nich nowe życie
Lecz jest obce, mojemu sercu, nieznane
I tylko kościół jest dla mnie
Czułym miejscem spotkania życia i śmierci
Tam palą się iskierki modlitw moich ukochanych
Jak świece nadziei, na spotkanie w wieczności.

 

 W swoim wspinaniu się na szczyt wiary, otrzymaliśmy cenne drogowskazy. Takim drogowskazem jest siedem Świętych Sakramentów: Chrzest, Bierzmowanie, Najświętszy Sakrament, Pokuta, Namaszczenie Chorych, Kapłaństwo, Małżeństwo. Siedem cudów dających moc trwania w wierze.

Góra Siedmiu Sakramentów

 

Dwie góry ujrzałam, pełne ludzkich istnień
I choć w ciemności tonęły
Jarzyły się na nich światła
Drogowskazy, szczyt ukazujące
Na jednej, siedem lamp jasnych świeciło
Na drugiej, setki  małych światełek drgało
Niesionych przez wspinających się ludzi
Kusiła mnie góra z migającymi światłami
Wyglądała jak świąteczna, kolorowa choinka

 

Jednak ciepły blask siedmiu świateł przyciągał wzrok
Miał moc obietnicy, nieznanej nadziei
Kim jesteś światło tej góry? - pytałam
Na moment napis ujrzałam: chrzest… bierzmowanie
Na górę siedmiu sakramentów wkroczyłam
I choć ciemność czarną wstęgą
Odgradzała światła kolejnych lamp
Widziałam wędrowców wspinających się śmiało
Jakby ktoś odwagi im dodawał

 

Pod żywym światłem KAPŁAŃSTWA, sylwetki kapłanów widziałam
Błogosławili, namaszczali chorych, spowiadali
W blasku lampy sakramentu małżeństwa
Ogrzewały się, przy życiodajnym ognisku
Pary młodych i starszych ludzi
Twarze wszystkich zdobił tajemniczy uśmiech
Jakby serca ich dotknęła świętość daru
Już niedługo szczyt góry, świt się budzi
Nadzieją pielgrzymów tej góry, wymodlony

 

Na szczycie góry, światło Eucharystii czeka
Sycą się nim spragnieni pielgrzymi
Tam sam Bóg bierze nas w objęcia
Łaską świętych sakramentów, szczyt możemy osiągnąć
Jeszcze miłosierne oczy, ku drugiej górze kierujemy
Jarzącej się nikłymi światełkami lampek
Do tych, którzy mocy własnego światła uwierzyli
Pustkę zastając na szczycie, w ciemność schodzą
Wskaż im Boże, błagamy, Górę Siedmiu Sakramentów
Świętą Górę Bożej Łaski.

 

Wiem, że każda msza jest spotkaniem z żywym Jezusem. Dlaczego jednak, zastanawiałam się, podczas niektórych mszy prowadzonych przez kapłanów, jestem rozproszona, a przez innych, skupiona, uwolniona od niepotrzebnych myśli? Czyżby głos kapłana miał znaczenie? Głos jest przecież jedynie fizycznym brzmieniem człowieka i niekoniecznie musi być piękny. To dusza kapłana, usłyszałam w sercu, nadaje słowom moc. Nasze serce, nasza dusza „słyszy” prawdę słów wypowiadanych, poddaje się im. Wiara kapłana, silna, przenika misterium mszy. Wierni czują ją, ulegają sile wiary kapłana. I nie muszą to być słowa wypowiadane „pięknie aktorsko”. To Duch Święty „łączy” ołtarz i wiernych poprzez wyczuwalną miłość do Boga, przez prowadzącego mszę kapłana. Módlmy się, aby Bóg obdarował kapłanów charyzmatycznymi darami i „miłosnym” uczestnictwem wiernych we mszy.

Cicha radość

 

Radość odkryłam w sobie, cichą i tajemniczą
Nie wybuchała gejzerem śmiechu
Nie unosiła ciała w radosnych podskokach
Nie brzmiała odgłosem spiżowego dzwonu
Czekała cierpliwie we mnie, aż ją rozpoznam
Podczas zwykłych, szarych dni

 

Gdyby nie łaska boża, podczas pewnej mszy
Może bym jej nie odkryła
Tak cicho i skromnie zasiadała
Na ławce mej duszy
Wyczekując, aż ją dojrzę
Może, przez wiele lat …

 

Oczy miała łagodne, uśmiech nieśmiały
Jej szare ubranie mniszki, nie błyszczało
Ale była w niej moc przedziwnego daru miłości
Miłości, która daje bezpieczeństwo i nadzieję
Nie była radością emocji i uczuć chwilowych
Była jak przyjaciel … na wieczność

 

Wąską bramą poprowadziła mnie do ogrodu
Zapach jego był muzyką, barwy, śpiewem
Ogród, przypomnieniem o pięknie Stwórcy
O cudach mszy świętej, tak cichych, że nierozpoznawalnych
Jak radość, którą odkryłam, cichą i łagodną
Radość … komunii z Panem.

 

 

Okno ołtarza

 

Splotło się serce moje z Twoim, Panie
W komunii miłości
Niewidocznym węzłem, zawiązanym bożą łaską
Dwa serca na uwięzi
Sznurem miłości połączone
Twoje, nieśmiertelne, z samej Miłości stworzone
I moje, słabością zalęknione
Patrzymy na siebie poprzez okno ołtarza
Szeroko otwarte, miłosierną ręką Boga
Są dni, gdy czuję Cię w pełnej światłości
I nic nie przesłania mego serca
Są dni tak ciemne, iż serce moje
Zalane łzami, mgła przesłania gęsta
I obraz Twój, Panie, zanika
Serce moje, poddane własnym myślom
W klatce egoizmu jest uwięzione
Szukam wówczas uporczywie …
Nowych oczu, nowego serca
Nowego światła, Twojego światła
Światła, które oczyści ziemskie oczy
Z kropel deszczu niepokoju i oziębłości
Wiarę mam, że sznur miłości, który nas połączył
Ty, Jezu, w oknie ołtarza
Trzymasz mocną ręką
Z Twojej dłoni popłynie moc
Przemieni moją ciemność, w światło Twego Ducha
A słabość moją złożę u stóp Twoich
By spalił ją płomień Twojego Serca.

 

 

Zbliżenie

 

Zbliżam się do Miłości
Z własną miłością, daną mi w Ofierze Pana
Jakby Duch Święty stanął pomiędzy nami
I zamknął mnie w świetlistym korytarzu
Nie ma już drzwi awaryjnych dla lęków i niepewności
Miłosna czułość bijąca od Boga
Wciąga jak strumień, jak powiew wiatru gorącego
Staję przed nią kilka kroków
Wyciągam ręce z sercem na dłoniach
Ciało jeszcze ziemskich dotyka przestrzeni
Serce i dusza toną w źródle bożej czułości
Jakiej nigdy dotąd nie zaznałam
Odpływam w mistycznej zadumie
Nad cudem Miłości dotąd nie poznanej
Jakby ciepły ocean nie wzburzonej wody
Pozwalał mi łagodnie płynąć
Choć marnym jestem pływakiem
Miłosierdzie Boże czuwa nad mym oddechem
Nad zmęczeniem nóg i rąk
Tak bardzo spragnionych dotyku ramion Boga
Zbliżam się do Miłości …
Z własną miłością, daną mi w Ofierze Pana …

 

 Rozważając słowa Jezusa zapisane w Ewangelii św. Mateusza: biada nie pokutującym miastom, biada tobie, Korozain, biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno w worze i  popiele by się nawróciły …
Pomyślałam jak wiele cudów dokonuje się współcześnie, których nie zauważamy. Cudem przecież dla nas są kapłani, którzy kontynuują misję Jesusa na ziemi, nie wspominając już o cudzie Eucharystii. Cudem są wszystkie zakony, w tym zakony kontemplacyjne. Pomimo setek lat jakie upłynęły od pojawienia się Syna Bożego, trwa cud przekazywania Jego słów. Trwa cud uzdrawiania dusz przez ludzi powołanych, oddanych służbie Bogu. Współcześni Jezusowi widzieli cuda przez Niego czynione. I jak to jest w naturze ludzi, szybko o nich zapomnieli. Może warto zastanowić się i odnowić naszą codzienność, poszukując cudów dziejących się obok nas. A wówczas odkryjemy, iż to, co wydaje się nam zwyczajnością dnia, jest cudem, który dzieje się na naszych oczach. Niech nasze błogosławieństwo i modlitwa za kapłanów będzie znakiem wdzięczności Bogu za cuda, które nadal czyni.

 

Prośba kapłana

 

Trzymaj mnie, Jezu, w Swych dłoniach
Jak gołąbka, który skrzydła swe złożył
I do lotu się nie wyrywa
Choć natura krzyczy: fruń, masz skrzydła

 

Trzymaj mnie, Jezu, w Swych dłoniach
Bym oddychał rytmem Twego serca
Pokojem wypełniał moje ciało
I nie pragnął lotu w nieznane

 

Trzymaj mnie, Jezu, w Swych dłoniach
Niech ciepłem Twego głosu żyję
I nie pragnął pokarmu ze świata
Bezpieczny w Twych rękach

 

Trzymaj mnie, Jezu, w Swych dłoniach
Daj mi tylko pieśń piękną wyśpiewać
Dla Twej chwały, Twej Prawdy
I dla zbawienia ludzi

 

Trzymaj mnie, Jezu, tak długo
Aby skrzydła moje stały się Twymi rękami
I abym swym kapłaństwem błogosławił
A cudem Twego istnienia, obdarowywał ludzi.

 

 

 Sokółka

 

Są cuda tak niewidzialne
Jakby chciały ukryć się przed oczami
Przeznaczone dla serc wypełnionych miłością
Które blask światła cudu rozpoznają
Ale są też cuda czynione dla oczu
Z Bożego Miłosierdzia wypływające
Jak znaki wiecznej obecności Boga
Widziałam cud zakrwawionej hostii w Sokółce
Maleńki, krwawy punkt
Umieszczony na bieli, w monstrancji
W samym jej środku
Wydał mi się tarczą zegara bez wskazówek
Oczekującą na zegarmistrza
Który do czerwonego znaku
Dołączy piękne wskazówki
A wówczas zegar zacznie działać
Istota krwawej plamy da mu życie
Poruszy zegar ludzkiego bytu
Znak krwi Chrystusa nada sens
Wybijającym minutom życia
W tym cudzie Eucharystycznym mówi Bóg
Do wszystkich tych, którzy Mu zaufali
I tych ciągle wątpiących:
Ja Jestem …
Wolą waszą jest stworzyć takie wskazówki
Które krew Mojego Syna poprowadzi
I staną się skrzydłami ku wieczności
Cud uczyniłem
Byście swym życiem, także cud czynili.

 

 

 Święto Kapłaństwa i ustanowienia Eucharystii

 

Radość Wielkiego Czwartku

 

Miłości doznałam niezasłużonej
Radosnego daru, dla serca
Nie rozbrzmiewał on krzykiem szczęścia
Nie znajdował słów pięknych
Miał smak świeżego chleba …
W Wielki Czwartek, ściśnięta w tłumie wiernych
Zamknięta jeszcze w wieczornym zmęczeniu
Ujrzałam nagle postać Pana, w lśniących szatach
Przechodzącego obok nas
Jakby powiewem był, postaci jasnej, krystalicznej
Dającej znak: Jestem, dotykam was
Jeszcze nie dowierzałam temu uczuciu
Lecz mądre serce wybiegło Mu na przeciw
Pozostawiając ciało w zadziwieniu
A potem serce wróciło z dziecięcą radością
Zawstydzając moją dojrzałość …
Gorące łzy rozlały się po mojej twarzy
Przeniknęła mnie łagodność, cierpliwość, czułość
Dotyk Miłości, cichej, hojnej
Miłości łączącej tłum wiernych, perełkami łaski
W wielki różaniec serc pragnących Zbawienia
Składany u stóp ołtarza
Miłości doznałam niezasłużonej
Smak miała świeżego chleba …
Eucharystii ciągle żywej.

 

Słuchałam wypowiedzi pewnego znanego pisarza na temat wiary w Boga. Pomimo swojego dojrzałego wieku stwierdził, że nadal ma pewne wątpliwości i ciągle „wadzi się” z Panem Bogiem, rozumem próbuje „dojść” do wiary. Jego droga do Boga też jest cenną drogą, dotyczy to też wykształconych teologów, ale … przyszła do mnie myśl, że w naszej drodze do Boga konieczna jest łaska… zakochania się w Bogu, w Jego słowach. Bez tego „zakochania”, do głosu dochodzą nasze ciągłe wątpliwości. A to „zakochanie się” dostarcza nam, poprzez łaskę, wielu argumentów, które obce są tym, którzy wszystko chcą ogarnąć tylko i wyłącznie rozumem.

 

Odzyskana nadzieja

 

Na schodach świątyni usiadłeś, by odpocząć
Poranione stopy oglądasz
W sens dalszej podróży wątpisz
Kamienne schodki chłodzą twoje rany i złamane serce
Wiele dróg przemierzyłeś, celu nie osiągnąłeś
Pozostał żal, którym się karmisz
Żebrakiem się czujesz, bez wiary, bez majątku
Za twoimi plecami w Tabernakulum
Czeka KTOŚ z chlebem, wiarą, nadzieją i miłością
Lecz oczy twoje zwrócone są nadal ku światu
A wystarczy otworzyć drzwi świątyni, odwrócić się…
Ale ty oddajesz się cierpieniu
Mijają minuty, godziny, nadchodzi noc
Ta zwykła, po dniu i ta w twej duszy
Bezdomne cierpienie i bezdomna noc…
A ty nadal tkwisz plecami do nadziei

 

Kiedy noc zamalowała wszystko ciemną farbą
A oczy twoje niczego ze świata już nie dojrzały
Maleńkie światełko lampki, kierunek ci wskazało
Na krzyż, przed kościołem…
Jakże cenne wydało ci się, w tą mroczną noc
Z porannym świtem wchodzisz do świątyni
Cztery ściany… jak dom
Bezdomny, a jednak w domu
Śpiew wiernych, organy, wspomnienie
Kiedy matka prowadziła cię pod obraz
Słyszysz jej głos: pamiętaj
Ta Matka nigdy nie umiera
Jest ksiądz w konfesjonale, ktoś cię do niego prowadzi
Klękasz i mówisz…
A potem podaje ci białą hostię, zalewasz ją łzami
Klęczysz, twarzą do Pana, do swojej Nadziei
Tym razem, plecami do świata.

 

 

Przedziwne doświadczenie

 

Kiedy przyjęłam Cię, Jezu, w komunii świętej
Smak przedziwnej tajemnicy
Rozlał się w sercu moim
Jakbym wraz z ciałem i krwią Twoją
Przyjęła także w hostii
Oblicze Matki Twej, Świętej
W tej tajemnicy przedziwnej
Trwającej zaledwie sekundy
Słoność Jej łez żalu, poczułam
A także, cudowną ich słodycz
Poczułam w tym jednym momencie
Bliskość Twą, tak ściśle z Maryją złączoną
Jak haust powietrza miłości
Oczyszczający duszę z cielesnych oparów
Te łzy gorzkie Maryi, nad naszą grzesznością
I słodycz przebaczenia, ziemskiemu dziecku
Darem mi były, choć zbyt tajemniczym
Serce moje, dotąd je rozważa …
Jej Oblicze, Matki, doświadczonej boleśnie
Przy Twoim Obliczu, Jezu, w białej hostii
Wydały mi się jak płatki kwiatu pięknego
Kwiatu łaski z bożego ogrodu
W tej hostii maleńkiej się złączyły
W komunii mojej, Boga z człowiekiem
I komunii, Współodkupicielki Matki
Z Jej Synem, Odkupicielem.

 

 

Miłością Jesteś, Boże ..

 

Miłością Jesteś, Boże

Gdy dotykasz ludzi, oślepionych światłem

Odbitym, od rozkoszy świata

Ludzie, zatopieni w tym sztucznym świetle

Łudzą się, że kąpieli zażywają w oceanie wolności

I oślepieni, na środek oceanu wypływają, bez ochrony

A gdy oszustwo wartości sztucznego światła, odkrywają

W bólu, z przerażeniem wołają o ratunek

I nagle widzą łódź z aniołem …  dar Twej ojcowskiej miłości

 

Miłością Jesteś, Boże

Gdy delikatnym stajesz się ognikiem

Prowadzącym przez las ludzkich lęków

Jak promień przyświecasz wiecznym światłem

I na twarzy zalanej łzami, ślad zostawiasz

Światełko czerwone, kropli krwi Syna

Cierpliwie czekasz, aż za światłem tym pójdziemy

Rozgarniając odważnie ciemności nocy

By odkryć … tęsknotę za prawdą Twojej Miłości

 

Miłością Jesteś, Boże

Gdy tłum obojętny boleśnie nas potrąca

Naszej dłoni wyciągniętej o pomoc, nie widzi

W szalonym biegnąc, rytualnym tańcu

Krzyże, posągi świętych strąca jak zawalidrogi

Spiesząc się ku wabiącej mamonie

A my, w tym zgiełku toniemy w rozpaczy …

Gdy oczy, ponad rozpacz, unosimy wysoko

Dłoń Boga ujrzymy, gdy Syna w hostii, z miłością, podaje

 

Miłością Jesteś, Boże

Gdy nadzieję siejesz, tam gdzie rozpacz chwastami kwitła

Tęsknotę wlewasz, by serce, ku światłu wiary prowadziła

Stare krzyże, powalone historią podnosisz, by ciągle ludzkie uświęcać krzyże

Dłoń wyciągasz, choć wiesz, że ślepe oczy Jej nie dostrzegą

Stajesz jak brama, broniąca do zła, dostępu

A miłość Twa nie unika ciemności ludzkich słabości

Huraganem jest, przemieniającym duszę …

Dla tych, którzy ją rozpoznali.

 

 

Wiele osób, nawet katolicy praktykujący, zastanawiają się, a często buntują przeciw „krzyżowi”, jaki dotyka ich życie.
Myśląc o tym, „ujrzałam w sercu” różaniec ... i jego poszczególne tajemnice. Przecież to życie Jezusa! Jeśli Jezus nas nie opuścił, tylko żyje nadal wśród nas, to jak gdyby „powtarza” swoje życie i w naszym XXI wieku; cierpi, rodzi się, przemienia na Górze Tabor itd. Dotyka swoim życiem nasze życie, życie każdego z nas osobno.
Mamy więc okres radości narodzin Jezusa, zagubienie Go ... tak jak to dzieje się w tajemnicach różańca. Przychodzi też czas w naszym życiu gdy pojawia się Jezus w tajemnicach bolesnych ...
„Odwiedza” nas w naszym życiu, czasem dzieje się to bez naszego przygotowania, zdarza się tragedia, ból, tak jak u Jezusa idącego w Drodze Krzyżowej. Jeśli „przyjmujemy” odwiedziny Jezusa w tajemnicach radosnych, tajemnicach nadziei, to dlaczego mamy buntować się gdy Jezus pragnie naszego „towarzyszenia” także w Jego cierpieniu?
Obdarowuje nas swoim zaufaniem, że będziemy wówczas razem z Nim.
Z ludzkiego punktu widzenia jest to trudne bo przychodzą myśli pełne wątpliwości, ale być wyznawcą Jezusa to żyć Jego życiem, także w Drodze Krzyżowej.
Nie odrzucajmy w naszym życiu Jezusa o smutnym obliczu, cierpiącego, który przekracza próg naszego domu z krzyżem.

 

Pragnienie

 

Dałeś mi Boże, krzyż, na moją miarę

Wpierw go zważyłeś, by nie był za ciężki

Dałeś też mi Boże, Miłość Twego Syna

By posagiem była, w mej pielgrzymiej drodze

Krzyż mi dany, stworzyłeś własnymi rękami

Łagodnie złożyłeś na me ludzkie plecy

I choć przygięta idę pod jego ciężarem

Pamiętam, że to Ty Boże, jesteś jego twórcą

A kiedy sił mi braknie, krzyż mocno przytłacza

Jak żebrak błagam przed Twoim Obliczem

Daj mi Boże, Weroniki chustę

Bym pot swój otarła

Szymona przyślij, niech ze mną krzyż dźwiga

I daj mi Panie, pamięć, iż to ręce Twoje

Krzyż mi ten dały na mą ludzką miarę

Bym w trudach drogi go nie porzuciła

Bym skarg własnych, na nim nie wieszała

Pragnienie mam w sercu, źródełkiem bije żywym

Aby kiedyś, w pół drogi, między niebem a ziemią

Spotkały się ręce nasze

Bym dar ten mogła Ci oddać

Jak skarb nie zmarnowany. 

 

 

Cisza Golgoty

 

Jest cisza święta

Wchłaniająca ból ludzkich słów

I cisza martwa, obojętna

Której nawet głos bębnów nie porusza

Jest cisza lecząca

Wybiegająca ku człowiekowi

Ogarniająca i łagodząca wszelkie cierpienie

Jest też cisza niepłodna, jałowa

Jak ziemia bezowocna

Poznałam ciszę Golgoty, zbawiającą

Uświęconą Męką Pana naszego

Ciszę otwierającą się na wieczność

Ciszę pochłaniającą wszelki ból i cierpienie

A nawet grzech

Ciszę, która trwa minuty, a uzdrawia

Poznałam też ciszę świata

Kiedy mnie dotknęła

Myślałam, że mnie usłyszy, uzdrowi

Ale głucha była na me wołanie

Obojętna, z uśmiechem pysznego sfinksa

O, święta ciszo, wybiegająca ku człowiekowi

Niech rozpoznają cię cierpiący

Niech rozpoznają cię grzesznicy

Byś mogła, do nich, przemówić.

 

 

Ogród modlitwy

 

W modlitwie zatopiona, falami uczuć ogarnięta

Świat ujrzałam w sercu, kolorowy, żyjący ogród

Pełen zapachów, delikatnych roślin, mocy drzew

Ale to nie był raj … wicher zła czasem się w nim panoszył

Pustosząc ogród, niszcząc harmonię piękna Stwórcy

 

Świat ten czarował muzyką, dźwiękami, pieśniami

Orkiestry grały na przeróżnych instrumentach

W instrumentach ukryta była tajemnica czystego tonu

Muzycy szukali go, darem był dla duszy, pokojem dla serca

Niecierpliwi, fałszowali, głusi na tajemnicę piękna harmonii

 

Kocham ten świat, z modlitwy zrodzony, chowam się przed wichrem niszczącym

Nasłuchuję czystych dźwięków, szukam kwiatu własnego

Kwiaty „jednego dnia” kuszą, ale szybko więdną, bo pycha ich matką

Niepozornych stokrotek szukam, tonących w bujnej zieleni

Nie boją się pokory istnienia, pokory maleńkości

 

Zrywam maleńką stokrotkę, pod stopy Pana kładę

Instrumentu szukam, by zagrać Panu pieśń moją

Skrzypce widzę, o jednej strunie, gniewny muzyk je porzucił

Wezmę, przytulę, przypominają człowieka okaleczonego cierpieniem

Może z tej jednej struny „wyzwolę” czysty ton pieśni dla Pana?

                        Są w ogrodzie modlitwy, słowa skromne jak małe stokrotki       

                        Są pieśni aniołów, które można zagrać na jednej strunie

                        Jest Pan ogrodu, który słyszy każde ludzkie serce.

 

Adwent. Jestem w nastroju bardziej nostalgicznym niż radosnym. Jestem w kościele na mszy (25.XII). Spoglądam na świętą rodzinę w szopce. Ogarnia mnie smutek, łzy same napływają do oczu, serce ściska ból. Jezu, dlaczego! Przecie to ma być radosny dzień! Widzę w sercu wagę, z dużymi szalkami, taką sprzed wielu lat. Wokół jednej szali jest pełno maleńkich postaci dzieci …, na drugiej szali jest napis: Miłosierdzie. Słyszę w sercu: nie nadążam zbierać dzieci, które zabijacie, w aborcji i na wojnie! Nagle widzę te dzieciątka w maleńkich kołyskach, ułożonych na jednej szali, spływa z niej krew … Potem słyszę: szala waszych grzechów opada, szala Miłosierdzia jej nie równoważy … A przecież, mówię, rodzisz się, Jezu, ciągle na nowo … mimo naszych grzechów, jesteś przy nas … Widzę w sercu kołyskę z maleńkim Jezusem pośrodku wagi. Ta kołyska równoważy obie szale. Maleńki Jezus błaga swoim narodzeniem Ojca: jeszcze daj czas, Ojcze … na Sprawiedliwość. Mam wrażenie, że swoją bezbronnością dziecka, oddala dni kary. W tym nowonarodzonym Dzieciątku jest  „ból ofiary”. W tym Dzieciątku, pośrodku obu szal wagi upatruję właśnie tą radość dla ludzi z narodzenia Pana, bolesną radość nadziei … iż mimo grzechów świata, ciągle jeszcze rodzi się Bóg, który odwleka kary, przebacza grzesznikom pokutującym.

 

 

Zmartwychwstanie

 

W oktawie wielkanocnej, w czasie radości

Doznałam przeżycia bolesnego

Ból ogarnął mnie podczas adoracji

Ból bardziej duchowy niż fizyczny

Ranił mocno, odbierał oddech, wyciskał łzy

Wciskał się we mnie, pragnął bym go przyjęła

I zrozumiała tak, by nie uleciał w zapomnienie

Ten ból „rodził” obrazy, był reżyserem niemego filmu

Niemy ból i nieme obrazy …

Bolesne w czasie radości?

 

Jezusa widziałam idącego pośród ruin miasta

Spalone kikuty murów tworzyły tragiczną scenerię

Jezus pochylał się i podnosił … martwe dzieci

Całował i przytulał każde

Jego szaty barwiła ich krew, kurz i brud spalonego miasta

Widziałam też Jezusa w bogatym mieście

Szedł po pełnej światła ulicy

Pukał do drzwi klubów wypełnionych muzyką

Patrzono na Niego z pogardą, na Jego brudne ubranie

I Jezus odchodził …

 

Na moment nasze oczy spotkały się

Zobacz, usłyszałam, do czego Ja zmartwychwstałem …

Przytuliłam do siebie ten duchowy ból i słowa Jezusa

On nie oskarżał, pokazywał mojemu sercu

Jak ja, ty, my ludzie … mamy jeszcze długą drogę

Długą drogę do zmartwychwstania serca, umysłu, uszu, oczu, ciała

Zmartwychwstania … do miłości bliźniego

Zmartwychwstania … do pokoju

Zobacz, do czego Ja zmartwychwstałem, mówi Jezus

Myślę, Jezu, że Twoje Zmartwychwstanie, mimo naszych upadków

Jest ciągle miłosierną dla ludzkości Nadzieją.

 

Przytul krzyż

 

Kiedy szaruga w sercu i za oknem
Przytul krzyż
Na Kalwarię poślij duszę swoją
Tam, na Golgocie, w milczeniu
Krzyż jak skała trwa
Krzyki morderców śmierć uciszyła
I choć echo ich po świecie się rozeszło
Raniąc do dziś bluźnierstwami
Pod krzyżem, błogosławiona cisza trwa
Oczekująca na tych, którzy mocy szukają
W ranach Zbawiciela
Ręce wysoko unieś
Jakbyś chciał owoce z drzewa zebrać
Oczu Zbawiciela szukaj
I powiedz Mu, o swoim cierpieniu
Cisza głos twój uniesie
Na skrzydłach aniołów czuwających
Do uszu twoich dotrze melodia słów Chrystusa
Nie lękaj się ... Jestem
Zabierz te słowa w szarugę swego serca i świata
Jezu, ufam Tobie, odpowiedz
A pokój, który świat ci zamącił
Siejąc trujący kąkol w sercu, wróci do ciebie
Tam, w ciszy Golgoty
Krew i łzy Zbawiciela
Dadzą ci moc i odwagę do walki ze złem.

 

 

Kielich goryczy

 

Wypiłeś za mnie, Jezu, w Getsemani
Kielich goryczy, do dna
Wola Ojca była dla Ciebie, świętą
Ja, swój kielich goryczy piję łykami
Odstawiam często z lękiem
Jakbym prawdy o sobie
Bała się zobaczyć na jego dnie
Prawdy o grzechach, dźwięczących jak kamyki
Za każdym uniesieniem kielicha
Bolesną wydają melodię
O słabości mojej ludzkiej natury

 

Kielich Twój widzę, Panie
Na każdej mszy świętej, rękami kapłana wzniesiony
Pijesz z niego gorycz naszych grzechów
Miłość Twoja rozpuszcza
Nawet twarde głazy ludzkich serc
Przebaczasz w spowiedzi szczerej
Łaską komunii uzdrawiasz naszą słabość
Znam, mówisz, dno twojego kielicha goryczy
Jestem przy tobie, gdy z niego pijesz
Każdy łyk, ku woli Ojca cię zbliża
W Getsemani twojego życia, jest darem wiecznego zbawienia.

 

 

 Podczas rozmyślań po komunii, przyszła do mnie myśl, że wiara jest wielką łaską i nie wolno jej zmarnować. Wiara nie może pozostać jedynie w sferze uczuć, sentymentów - bo nasze uczucia są zmienne. Różne wydarzenia życiowe mogą nasze uczucia przekształcać, od wielkiego uniesienia, do wielkiej rozpaczy. Wiary nie możemy też „nauczyć się” rozumem. Po prostu usiąść i przestudiować mądre, święte księgi, uznać argumenty i stać się ... wierzącym w Boga. Wiara to łaska i należy się modlić za ludzi, o ... łaskę wiary. Gdy ktoś taką łaskę otrzyma (a obserwuję to u osób nawracających się), staje się wierny Jezusowi, choć jeszcze wiele wydarzeń przed nim, które mogą go od wiary odepchnąć, właśnie w okresie nawracania ...
W takich sytuacjach moc daje Eucharystia, spowiedź. To moc ponad wszelkimi racjonalnymi i uczuciowymi argumentami. Ludziom, którzy twierdzą, że są niewierzący, nie możemy okazywać zniecierpliwienia, złości i krytykować ich. Nasze życie ma być dla nich przykładem. Bóg ma wobec nich też swój plan. Modlitwa za nich to nasze posłannictwo. Nie znamy ich duszy. Opieranie swej wiary jedynie na uczuciach, sentymentach może być nietrwałą bazą. Należy ciągle czytać, uczyć się o Bogu, świętych, poznawać nauki papieża, Pismo Święte. Musimy jako katolicy być wykształceni, mieć argumenty w dyskusji z niewierzącymi, a najważniejsze, mieć odwagę w głoszeniu swej wiary. Jezus leczył ciało dla uleczenia duszy. Dopiero uleczona dusza widzi Boga. Uleczona łaską wiary.

 

Podróż z tęsknotą

 

Wpatrzona w toń błękitnej wody

Szukałam przystani dla mojej tęsknoty

Chciałam ją oprzeć na ciepłym piasku

Niech dozna ulgi spełnienia

 

Wpatrzona w lazur nieba

Unosiłam moją tęsknotę wysoko

Poza przestrzeń, nawet orłom niedostępną

Lecz ona wracała, nienasycona …

 

Szukałam miejsc dla mojej tęsknoty

Dla jej odpocznienia, choćby na chwilę, na dzień

Byłam w takich miejscach, w Ziemi Świętej

Tam moja tęsknota … odpoczywała radosna

 

Jak zmęczony lotem ptak, przywierała

Do znaków obecności Jezusa

Siadała na skałach, na pustyni, na Synaju

Czułam jej szczęście, jakby dom rodzinny odkryła

 

Zabierałam tęsknotę w podróż powrotną do domu

A ona płakała, jeszcze chwilę – prosiła

Jej łzami otarłam krzyż, kupiony w Jerozolimie

I obiecałam, że tam wrócimy …

 

Codziennie, wysyłam moja tęsknotę na ołtarz 

Nie wiem, co myśli, co czuje

Ale wraca do mnie, po mszy, szczęśliwa, radosna

Słyszę jej szept wdzięczności: żywego Jezusa widziałam …

 

 

 

Spotkanie na pustyni

 

W adoracji szukając pocieszenia

Ciszę kościoła przytuliłam – moją dobrą siostrę

Obraz pustyni ujrzałam nasyconej słońcem

W gorących jego promieniach

Ogrzewała się jak owoc dojrzewający

Samotny wędrowiec szedł po tej pustyni

Szepcząc nieznane mi słowa

Może była to modlitwa?

Ciekawa tych słów, na powiew wiatru czekałam

Słowa wędrowca spadały drobnymi kamykami

Na gorący piasek …

Zbierałam je w koszyk mojego serca

Próbowałam łączyć w zdania

Dzieckiem byłam uczącym się nieznanego języka

I choć trudno mi było je zrozumieć

Doświadczałam bólu tak głębokiego

Iż niezdolny był wydać szlochu i łez

Radości też doznawałam nieoczekiwanej

Iż nawet o uśmiechu zapominałam …

Za wędrowcem podążałam, a wolę moją

Piach pustyni zasypywał przeróżnymi kształtami

Wędrowiec szedł tak pewnie

Jakby cel swej drogi znał od wieków

Nie czułam zmęczenia

Pragnienie zbliżenia dodawało mi sił

Cisza poiła mnie słodyczą

Przedziwna miłość ogarniała nieznanym uczuciem

Na jeden moment wędrowiec obrócił się ku mnie

Zobaczyłam jego piękne oczy … i uśmiech

Radość w nich była … i ból

Jakby znał mnie, całe moje życie 

 

 

 Ziarno nieśmiertelności

 

Grudka złota błyszcząca w piasku

Diament w kolii, idol uwielbiony

Ileż w ludziach budzą namiętności!

A przecież ludzką pychą są wymalowane

Materią jedynie, która przemija

Pychą śmiertelną, po niej łzy i rozpacz

Gdy los je zabierze i uczucia miną …

 

Nad pokorą rozważałam, Piękną Panią

Tak rzadko widzianą w świecie moim

Cicha jest, pośród biedy i chorób przechodzi

Tam gdzie nie ma kamer, ludzkiej ciekawości

Gdzie nie błyszczy złoto, nie świecą diamenty

Pani Pokora serc szuka do poświęceń

Dla miłości samej, bez zapłaty brzęczącą monetą

 

Śladami jej wędrując, krętymi, trudnymi drogami

Pod ołtarz trafiłam, tam, Pani Pokora uklękła

Przed hostią białą, małą jak opłatek chleba

Modliła się do Boga za tych, którzy wiary nie mają

Iż Bóg może pokornie, zniżyć się do człowieka

Ukryć się w hostii, bezbronnym okruchu chleba

Ofiarowując swą Miłość, za cenę życia własnego

 

I tylko ci, co z Panią Pokorą wędrują

Miłości spragnieni i miłość dający

Sercem rozpoznają, tajemnicę mocy hostii świętej

Ona, jak ziarno posiane, rodzi nieśmiertelne Drzewo

Z ziarna ono wyrasta, żywej krwi i ciała, Pana naszego

Eucharystio święta, owocu Jezusa, zbawczej Męki

W Tobie, oddech Boga zamknięty, daje życie na wieki.


Wysłuchałam niedawno „duchowej nauki” pewnego kapłana. Słowa jego przeniknęły do mnie tak mocno, że zmusiły do przemyśleń. Mówił o sensie istnienia każdego człowieka na świecie, o szukaniu Boga w sobie, we własnym sanktuarium duszy. Bóg zostawił w nas własną pieczęć, musimy ją odkryć w sobie, odkryć indywidualny cel naszego istnienia. Przywołało to do mnie własne przemyślenia. Każdy z nas ma swoją drogę do zbawienia, według planów Boga. Każde narodzone dziecko, nawet to upośledzone (o które tak „martwią się” zwolennicy aborcji) jest umieszczone w planie Boga. Możemy ten plan boży odrzucić swoją ludzką wolą. Zaakceptowanie bożej woli, prowadzi nas drogą Jego planów, ku naszemu zbawieniu. Matka wychowująca chore dziecko, zostaje obdarowana szczególną bożą łaską. Kształtuje w sobie heroiczne uczucie miłości, dojrzewa duchowo jako człowiek. To niezwykle trudne zadanie, to walka o godność ludzkiego życia, godność człowieka w tym świecie. Gdyby nie została „obdarowana” takimi zadaniami, kim byłaby? Powinniśmy cenić takie postawy, one nadają sens wartości moralnej człowieka.

 

Sanktuarium duszy

 

Zrań Panie serce moje
Promieniem Twojej Miłości
Niech dotrze on do sanktuarium mej duszy
Którym Bóg mnie obdarował
Niech wypala grzech
Czyniąc nasz związek świętym
Niech krew Twoja, Panie, spada jak gorące łzy
A pamięć o Twej Męce zaporą będzie
Dla kuszących myśli
Pozwól mnie, Panie, wraz z Tobą
Budować we mnie sanktuarium bożego ducha
Krzyczącego głośno w sumieniu
Przeciw pysze, egoizmowi, grzeszności
Pragnę Dom budować w sobie
Dla hostii Twego ciała
Byś nie czuł się w nim opuszczony, zraniony
Pragnę być w tym Domu z Tobą
I z ust Twych szeptu o bożej woli słuchać
Pocieszenia pragnę z dziecięcą ufnością
Modlitwy szczerej chcę się uczyć
Która złożona, na białym obrusie ołtarza
Oczyszczona zostanie Twoim Miłosierdziem
Pukaj Panie z miłością, dzień i noc
Do sanktuarium mej duszy
Niech rozpoznam Twój głos, głos Świętego Kapłana
Składającego Ofiarę, dla mego zbawienia.

 

 

 Wejdź do izdebki swojej

Jest takie miejsce w nas, przedziwna izdebka
Okien w niej nie ma, a światło świeci
Pieca tam nie ma, a ciepło ogrzewa
Schronienia w niej szukamy, zawiedzeni światem
By głosu posłuchać Boga
To tam ożywają uczucia głęboko skrywane
O miłości czystej jak anielskie skrzydła
I płynie modlitwa pełna żaru
Słowa słyszymy, których tak pragniemy:
Dziecko, Jestem, nie wątp w Miłość Moją
Mocą się napełniamy, odwagi do życia
I choć tacy słabi w swej ludzkiej naturze
Świętości pragniemy i oddania się woli bożej
Izdebkę tę, sam Bóg wyrzeźbił dla nas
W grocie ciała, które łatwo słabnie
Miłosierdzie tam czuwa, a nie sprawiedliwość
I święte dary Ducha Jego
Kiedy raz odkryjemy piękno tej izdebki
Czujemy się jak bogacz z diamentami w ręku
Blaskiem ich pragniemy dzielić się z innymi
Miłość nas wypełnia do świata i ludzi
Klucz do tej izdebki Jezus trzyma w dłoni
W zamek go wkłada naszej wolnej woli
To ona otwiera drzwi do tej samotni
Gdzie Bóg czeka na spotkanie z tobą.

 

 

 

Matka Pięknej Miłości

 

Dzieckiem będąc, patrzyłam na obraz Twój, Matko Święta

Jak na kryształ, cudownym światłem błyszczący

W jego łagodnych załamaniach

Rozkwitały ciepłe, kolorowe promienie

Barwami kwiatów się mieniły

Z łąk mego niewinnego dzieciństwa

Z czystej, radosnej miłości, nieskażonej światem

Tęskniącej za bezpieczeństwem i ufnej w piękno dobra

Bez lęku, przytulałam się do Twych rąk

Bez obawy, że zagasną iskrzące się ogniki kryształu

Przedziwnego cudu doznawałam, w obcowaniu z Tobą

Cudu dobra, które nie poznało jeszcze bólu Twej twarzy

 

Świat, kazał mi dorastać, z dziecinnej sukienki

Zasiewał chwasty na łące mojego dzieciństwa

Zagłuszały one jasne kolory, łąki mej niewinności

Los stawiał na niej krzyże, pamiątki śmierci bliskich

Niewinne, ufne dziecko, bólu się uczyło

Znalazłam ten ból w Twojej twarzy, Mateńko

W poranionych rysach policzka Matki Częstochowskiej

W pietach, smutkiem cierpienia wyrzeźbionych

W zwiędłych kwiatach, zapomnianych kaplicach

I miłość przedziwna dotknęła mnie jak strzała

Pokorę Twoją poznałam, gotową na cierpienie

Pokorę Matki Pięknej Miłości, do swych dzieci.


Kiedy udajemy się na pielgrzymki w poszukiwaniu duchowego wsparcia bądź uzdrowienia ciała, oczekując, iż sama nasza obecność dokona w nas przemiany, to popełniamy błąd. Święte miejsca objawień Matki Bożej wymagają przede wszystkim „otworzenia szeroko serca”. Powinniśmy o to błagać w modlitwach i mszach przed pielgrzymką. Błagać o łaskę osobistego „przylgnięcia” do świętego miejsca. Wymaga to czasu i wewnętrznego pokoju. Gwar, pośpiech świata zewnętrznego przeszkadza nam w tym. Patrzymy oczami, słuchamy co się dzieje wokoło, a serce pozostaje „nieme”, choć usta szepczą modlitwy. Święta grota, figury - będą tylko „niemymi” znakami. Stajemy się turystami pogrążonymi w tłumie, spieszącymi się by wszystko zobaczyć. Czasem jedno szczere, z serca płynące westchnienie do Maryi, przepełnione bólem naszego życia, całkowitym oddaniem się bożej woli, obdarza cudem naszą pielgrzymkę. Przemienia nas na całe życie. Kropelki świętej wody z Lourdes, które spadają na nasze „oddane Maryi serce” więcej znaczą niż litry tej wody wypite w pośpiechu, bez znaku krzyża. Święte miejsca wymagają od nas świętego przylgnięcia, oddania się Bogu, a wówczas „nieme znaki” zewnętrzne staną się żywą Maryją, przemówią obrazy świętych, a w szeroko otwarte drzwi naszego serca, wejdzie Jezus czyniący cuda, czasem wielkie, a czasem maleńkie … ale dusza nasza je rozpozna, bardziej niż uszy i oczy.

 

Niemy krzyk Miłości

 

W małej kaplicy w Lourdes

Bez obrazów i kwiatów

Gdzie tylko krzyż z Jezusem uświęcał ołtarz

I płonąca lampka przy tabernakulum

A niewidzialne wota modlitw pielgrzymów

Zdobiły białe ściany

Przedziwnego spotkania doznałam, z Panem

Do serca mojego, gwałtownie, gorącym płomieniem

Dotarł Jego krzyk Miłości, niemy, bez słów

Był jak mocne dźwięki muzycznej pasji

Wypełnił celę mego serca, uderzając z mocą

Omijającą widzenie oczu, słyszenie uszu

Niemy dla zmysłów, głośny dla serca …

Wołający o miłość człowieka

 

Znakiem mi się wydał, okruchu Eucharystii

Bezbronnego, niemego w swej delikatności

A ożywiającego, pięknym krzykiem Miłości

Gdy kapłan dotyka naszych ust białą hostią

Dziękuję Ci, Jezu, dziękuję Ci, Matko Święta z Lourdes

Za to piękne spotkanie serc

Matko chorych serc i ciał

Matko obmywająca nas w świętej wodzie

Pielgrzymowałam do Lourdes, w Twoich intencjach, Maryjo

Zrozumiałam łaskę, jaką mnie obdarzyłaś

Zrozumiałam intencję, jaką chciałaś bym przyjęła:

Otwórz szeroko serce swoje, na Syna Mojego

Nie krępuj myśli, oczu, uszu swoich, na krzyk Jego Miłości.

 

 

Prośba do Ducha Świętego

 

Ty mnie znasz, Boże

Znasz dzień narodzin moich i dzień kresu życia

Znasz ciemność i światło mych dni

Krzyż mi dajesz nieoczekiwanie

I łaską obdarzasz, choć nie zasłużyłam

Modlitwy mi dajesz piękne, że aż serce boli

Miłością swoja zadziwiasz, cierpliwą

Gdy sama siebie, nie kocham

Przede mną idziesz jak krzak gorejący

Do ognia jego prowadzisz, do żaru Prawdy Wiecznej

Sandały zdejmij, tak jak do Mojżesza, wołasz

Bo święta jest ziemia i czas święty

Gdy chcę z tobą rozmawiać …

A ja tak boję się kaleczyć stopy

O ostre kamienie i gorące piaski

Krzak gorejący Twej Miłości widzę

I słabość czuję, by do niego dotrzeć

Daj mi, mój Boże, dary Ducha Twego

Niech rękami będą Twymi, które mnie uniosą

Niech moc Ich i błogosławieństwo Twoje

Słabość moją zamienią, w odwagę miłości

A jeśli wolą Twoją jest, bym trud drogi do Ciebie

Przeszła, raniąc stopy o kamienie życia

Daj odwagę męstwa, daj wolę zwycięstwa

A zdejmę sandały, przed ranami chroniące

I stanę przed Tobą, ja, człowiek nie-święty

Ufając, iż święta Miłość Twego Syna, mnie zbawiła

Spalając mą słabość, w ogniu Męki Jego.

 

 

Przesłanie z krzyża

 

Wpatrywałam się w krzyż Twój, Jezu

Rany widziałam i ból Twego ciała

Aż dzień przyszedł niezwykły, na mszy świętej

Jakby Duch Święty rozjaśnił oczy moje

I krzyż ujrzałam, świecący blaskiem złotego ognia

Jak klucz, którym Bóg otwiera niebo

Na krzyżu Miłość Boża płonęła

Tak wielka, w rozłożonych ramionach Syna

Iż żadne gwoździe, żadne zranienia

Nie mogły łzami Jego, ugasić tego płomienia

A krew Jezusa i strumienie łaski

Z przebitego przez żołnierza, boku Pana

Wzmagały światło płynące z krzyża …

 

Ja, człowiek niezdolny do takiej miłości

Człowiek, który ramionami swymi

Każdą miłość chce zniewolić

Nagle ujrzałam Miłość Świętą, w blasku złotej jasności

A twarz Jezusa, Jego poranione ciało

Miłości mnie uczyły, która … nieba sięga

Krzyż do mnie przemawiał delikatnym głosem:

Ramiona swe rozłóż …

Na swym krzyżu życia …

Miłością obdarzaj, choćby cię raniono

Ja, rany twoje, światłem swej Miłości, zabliźnię

I nie będziesz tylko bólem, na krzyżu złożonym

Będziesz Mojej Miłości, dzieckiem ukochanym.


Każdy człowiek już od urodzenia obdarzony jest niepowtarzalnym darem, swoistym tchnieniem Boga; nazwałabym to, własnym „językiem ojczystym”, którym będzie wyrażał swoje myśli, uczucia o otaczającym go świecie. I zarazem zaznaczał w tym świecie swoją … niepowtarzalność. Jeśli mały człowiek wzrastając, ma możliwość realizacji tego swojego „języka ojczystego” uczuć, talentu – to ubogaca otoczenie. Dzieci tak „świeżo” reagują na wydarzenia, przyrodę, innych ludzi. Jeśli jednak (jak to się dzieje obecnie) młode dziecko, ledwie zacznie używać swego „ojczystego języka”, zostaje karmione językiem standardów danego społeczeństwa, uczy się go od najwcześniejszych lat, tego co pożąda społeczeństwo (wiedza, sport, języki), zanika w nim ów „ojczysty język” wrażliwości i staje się „maszyną” do zapisywania cudzych myśli, wartości. Jako młodzieniec, staje się encyklopedią, słownikiem, (w większym lub kieszonkowym wydaniu) wydarzeń naukowych, kulturalnych, ocen ekspertów. Zaczyna korzystać z języka wyuczonego, staje się spichlerzem wiedzy, cudzych ocen. Ujednolica się, staje się jednostką masowego społeczeństwa, w masowej produkcji myśli. Dajmy więc dzieciom nieco „odetchnąć” od tej standaryzacji i pozwolić im na dzieciństwo, na rozwinięcie się ich indywidualnego języka wrażliwości. Pęd we współczesności do wiedzy to znany fakt. Jeśli chcemy z naszych dzieci czynić „spichlerze wiedzy i umiejętności” to nie dziwmy się, że staną się swoistymi automatami „wypluwającymi” fakty na egzaminach. Dziwimy się, że dzieci i młodzież przyjęli Internet za swoje bóstwo i tam się ukrywają, nie chcąc społecznych kontaktów. Coś w nich zamiera. Może to „coś” to ów „język ojczysty”, którym się chcieli kiedyś z nami porozumiewać, a który zlekceważyliśmy jako niepotrzebny w świecie faktów? Jaś kiedyś tak pięknie mówił o przyrodzie, o gwiazdach. Dziś wykształcony Jan buduje w pięknym krajobrazie, dymiące fabryki … Kiedyś Jaś słuchał opowieści dziadka, kochał go, dziś Jan buduje szpitale i domy opieki dla dziadków, bo już „nie słyszy” ich głosów.

 

Puste serce

 

W pustym sercu

Hula wiatr, cudzych myśli i marzeń

Puste serce daje się miotać burzom

Modnych idei, topiąc się, w ich rwących nurtach

Puste serce jest jak łupina orzecha

Wyrzucona na piaszczysty brzeg przez fale

Stąpają po niej przygodni turyści

Zakopują stopami w miliardach drobin piasku

Jak w wielkim ludzkim tłumie

Który porywa donikąd

Puste serce jest niewolnikiem

Przypływów i odpływów, burz i wichrów

Cudzych idei, cudzych myśli

 

Puste serce, czasem zmęczone własną pustką

Odrzucone przez tych, którym służyło swym życiem

Zaczyna czuć głód, głód wypełnienia serca

Szuka rąk, które podniosą go

Z tysięcy podobnych okruchów piasku

Potrzymają na ciepłej dłoni

Aż zwykły okruch przemieni się w diament

Aż wypełni się puste serce, uczuciami

Dotąd nieznanymi, o swoim przeznaczeniu

I zaczyna drgać, puste serce, jak mały ptak

Przed pierwszym lotem, lotem ku własnym myślom

Ku własnym pragnieniom, o wielkiej miłości

A odwaga tego lotu, ku Stwórcy go zbliża.

 

 

Msza

 

Piękne są chwile uniesienia na mszy świętej

Widok ołtarza ukwieconego, pieśni płynące z chóru

Słowa ewangelii napełniające duszę słodyczą

Serce wypełnione ogarniającą miłością

Są takie msze w naszym życiu

Jakby niebiańskie światło zstąpiło na ziemię …

 

Są też msze przedziwne, boleśnie odczuwane

Msze z krzyżem tak mocno wbitym w ołtarz

Iż nagle, cierpienie Pana odczuwamy

Dotyka naszego ciała jak wbity cierń

Zamiast kwiatów, rany krwawiące widzimy

Twarz Jezusa bolejącą, łzy kapiące na ołtarz …

 

Krzyż Pana przemawia z żywą mocą

Pyta nasze zatrwożone serce

Znad złotych kielichów ołtarza, znad białego obrusu:

Chcesz uczestniczyć w moim krzyżu?

Chcesz być ze mną na Kalwarii?

Czy tylko w radości Góry Tabor?

 

Pytanie Pana drąży serce, niepokoi duszę

Łaską jest dla ciebie, na tej mszy świętej

Są takie msze święte, pięknie umajone wzruszeniami

I msze wymagające odpowiedzi Panu, na krzyżu

Msze dziecięcych wzruszeń, choć pięknych, lecz chwilowych

I msze, gdy krzyż z Jezusem, wychodzi nam naprzeciw

               Pytając o dojrzałość naszej wiary

 

 

Nasienie świętości

 

Miliardami nasion jesteśmy, posianymi na ziemi

Zakwitamy i więdniemy, dając pole następnym pokoleniom

Nowym istnieniom wydaje się

Iż na dziewiczym rodzą się miejscu

Nie myślą ile łez, cierpienia i krwi, zamknęła ziemia

Ile ludzkiej pychy pochłonęła

Pychy, która łudziła, iż z „przechodnia”

Można uczynić władzę ziemi

 

I nie ma na naszym świecie

Kawałka ziemi, którym można zawładnąć

Na wieczne użytkowanie

Każdy centymetr ziemi, to ślad po cudzym życiu

Świadectwo przemijalności, łez, cierpienia i radości

Jeśli uwierzymy, że nasionami jesteśmy

Posianymi miłosną ręką Boga, a nie przypadku

Most prawdziwy odkryjemy, most ku wieczności

 

Każde istnienie jest jak ogród barwny, pełen zapachów

Jeśli święte, z tego ogrodu, wyrastają kwiaty

Kwiaty dobra dla bliźnich, białe lilie cnót

Ogród ten nie znika, w pamięci pokoleń

Kapliczką się staje, miejscem modlitwy do świętych

Tych, którzy most odkryli, ku wieczności

Oni ziemię zawładnęli miłością, nie aktem notarialnym

Majątek swój, krzyż Pana, zostawili nowym pokoleniom

                By mostem był do wieczności.

 

 Jak wielka jest miłość Boga do człowieka, jakimi kieruje się działaniami aby człowieka do tej miłości doprowadzić - tego nie wiemy. To boża tajemnica. My, ludzie znamy jedynie własne serca, często egoistycznie zabiegające o swoje korzyści. Są wśród nas ludzie dobrzy, mówimy o nich, że mają anielskie serca. Człowiek jednak upada, w swej grzeszności popełnia błędy i zaniechania. Jeśli jest człowiekiem umiejącym kochać, to zawsze jest to miłość wypływająca z natury ludzkiej. Natura Boga jest inna. Co łączy bożą miłość i ludzką, zastanawiałam się przed mszą świętą. Mój wzrok utkwił w obrazie Jezusa Miłosiernego. To On, Miłosierdzie jest tym łącznikiem. Miłosierdzie łączy Boga z człowiekiem jak perełki w różańcu. Miłosierna Miłość Boga jest darem, usprawiedliwia grzeszność człowieka. Jeśli on o to prosi, daruje mu winy i przebacza. Ludzka miłość, nawet ta najdoskonalsza, myśli i czuje kategoriami ludzkimi. Miłosierdzie Boże - to złoty łańcuch łączący Boga z człowiekiem. To Bożemu Miłosierdziu powierzamy siebie, by nas usprawiedliwiało z naszych grzechów, niedoskonałości. To dzięki Bożemu Miłosierdziu sięgamy po Miłość Boga. On jest zawsze gotowy odpowiedzieć na nasze wołanie do Niego. My, jak dzieci, musimy zaufać, że nas nie odrzuci. Miłosierdzie Boga pragnie jedynie naszego zaufania. Bez cudownego pośrednictwa łaski Bożego Miłosierdzia nie poznamy Bożej Miłości. Myślę, że Boże Miłosierdzie to taka piękna komnata pałacowa, do której nas zaprasza Sam Bóg swoją nieodgadnioną Miłością.

 

Dwa okna

 

Wpatrując się w obraz Twój, Matko Święta

Uciszam emocje dnia, pragnienia

Nawet usta zamykam na słowa modlitwy

Chowając je głęboko w sercu

Sercu zezwalam, by modliło się za mnie

Może uczyni to piękniej?

 

Pragnę tylko patrzeć na Ciebie, Maryjo

W ciszy opustoszałego kościoła

Jak dziecko spragnione widoku Matki

Oknem się stajesz dla duszy mojej

Oknem do świata, Syna Twego

Do świata, Waszej Miłości

 

Życie Twoje kontempluję, Maryjo

W obrazach danych mym oczom

A Ty mówisz: otwórz okno swego serca

Wleję w nie pokój mego Syna

Dwa okna, ogromne Maryi i moje maleńkie

A pośród nich, krople łask spływają …

 

W ciszy kościoła i w ciszy mego ciała

Są jak wiosenny, ożywczy deszcz

Chłonę je, a oczy wypełniają słone łzy

Nie zamykaj okna swego serca, słyszę

Aby krople łask moich, nie stały się tylko echem

Odbitym o szybę, twego okna serca.

 

 

Niebieskie zlecenie

 

Dałeś nam, Boże, przyrodę piękną

Na wzór rajskiego ogrodu zdobioną

Zapachy pól i lasów, słońce błyszczące na niebie

I ziemię dałeś, by pokarm rodziła dla ciała

 

Nadzy i śmiertelni, z raju wypędzeni

Nie jesteśmy przez Ciebie, Boże, opuszczeni

Zadanie nam dałeś, niebieskie zlecenie

Byśmy świat nam dany, własnym ubogacali istnieniem

 

Na drogę nam dałeś, Boże, mojżeszowe tablice

Każde z przykazań, to mocarne, życiodajne drzewo

Ono nas ma chronić, przed wrogiem człowieka

Który podąża za nami, by światło Twe, zgasić

 

Świat, który nam dałeś, Boże, ze swej łaski

Ludzka pycha nawiedza, z podszeptu szatana

Ona niszczy korzenie, drzewa przykazań nam danych

Wyrywa je i sadzi własne, nieurodzajne trzciny

 

I dziwi się człowiek, zagubiony na ugorze pustym

Iż zło się panoszy, wojny siejąc i rozpacz

W świecie pychy, głos modlitwy milknie

Śmierć triumfuje, nadzieja umiera

 

Ale Ty, Boże, Stwórco piękna wiecznego

Posyłasz armię świętych, z Twym błogosławieństwem

Oni z pychą walczą, szlachetną bronią miłości

Przesłanie głoszą światu, o Twym niebieskim zleceniu:

 

Dałem wam ziemię piękną i Miłość Trójcy Świętej

Krzyż z Synem udręczonym, na serc ugorze postawiłem

On drogą jest dla tych, co ziemię chcą dziełami miłości uświęcić

By świętość przywrócić, tam gdzie rządzi ciemność

                 Pośród istot ludzkich, posłanych na ziemię.

 

 

Radość i cierpienie

 

Zgasły świece, zamilkły organy

Cisza przenikała świątynię

Komponując z pieśni i modlitw wiernych

Własny koncert uwielbienia

W adoracji pochylona, słów szukałam

Do rozmowy z Jezusem, prostych, codziennych

W świat uczuć przeniosłam się w sercu

Odsuwając zasłonę rzeczywistości, przedmiotów, dźwięków

Tłum ujrzałam ludzi, tańczących w religijnej ekstazie

Ale radości ich nie odczuwałam

Cierń cierpienia ranił moje serce

Jakby cudzy ból chciał we mnie krzyczeć

Radość i cierpienie, cierpienie i radość …

Dwa ramiona ludzkiej duszy – pomyślałam

 

W moim obrazie doznań, dostrzegłam człowieka

W ciemnym kącie świątyni cichutko płakał

Samotny, z dala od radosnego tłumu

Obok niego, Jezusa dostrzegłam

Pochylony, wysłuchiwał, pocieszał

I choć nie był to obraz radosnego, hałaśliwego tłumu

Serce moje wypełniła ogromna radość

Ta radość śpiewała we mnie, obdarzając nadzieją

Strząsała wszelki ból i udręczenie

Była zachwytem nad Prawdą, której doświadczyłam

Jezu, Jesteś tam, gdzie tłumy Cię uwielbiają

Słuchasz głośnych śpiewów uwielbienia

Ale Jesteś też, w tym samym czasie

Tam, gdzie samotny człowiek płacze …

 

Podczas mszy świętej ujrzałam w sercu ciemnobrązowy krzyż, na nim był Jezus. Jego sylwetka w pewnym momencie zlewała się z kolorem krzyża. Stawała się jednością. Dlaczego, spytałam? Ja i krzyż, usłyszałam w sercu, jesteśmy jedno. Jeśli Mnie przyjmujesz, przyjmujesz też krzyż. Nie można przyjmować oddzielnie Jezusa, zapominając o Jego krzyżowej Męce. Podczas następnej mszy świętej, już po Eucharystii, przepraszałam Pana: mówię, że Cię kocham, ale niedoskonała jest ta moja ludzka miłość, ranię Cię moimi grzechami. W sercu usłyszałam: nie ma miłości, która nie boli … rozważ to uważnie.

Przedziwne myśli zaczęły krążyć po mojej głowie, jakby ktoś próbował mi przekazać sedno tego zdania. Ci, którzy rzeczywiście kochają, znają smak miłości, wiedzą ile goryczy trzeba przełknąć, ile własnej pychy i egoizmu pokonać … w bólu. Ci, którzy „uganiają” się za miłością, ciągle zmieniając obiekt uczuć, szukają raczej „uwielbienia” własnej pychy. Niezdolni są do poświęceń dla drugiej osoby. Niestety, współczesny świat rozumie miłość jako zaspokojenie własnych potrzeb uczuciowych. Miłość, o której mówi Jezus, jest miłością twórczą, zamieniającą egoizm człowieka w postawę dawcy, a nie biorcy miłości. Taka miłość „rani” naszą pychę, boli, ale zmienia człowieka, udoskonala jego naturę.

Dlaczego zabito Jezusa? Przecież głosił taką Miłość, miłość uświęconą. Miłość, którą On głosi, przeszkadzała pysznym tego świata, uczonym, którzy z siebie uczynili tron władzy. Na tym „tronie” czuli się panami. Ich miłość własna dawała im bezpieczne szczęście. Kochali siebie. Nie chcieli by Ktoś zburzył ich pychę, niepokoił sumienie, zdjął ich z „tronu władzy”. Nie dopuszczali do siebie myśli o miłości, która niesie ze sobą rany, która boli, bo potrafi kochać bezinteresownie i przebaczać. Taka Miłość „przeszkadza” w samouwielbieniu, wymaga od człowieka zdjęcia z siebie kolorowych szat ochronnych, wymaga słuchania serca. Wymaga przyjęcia Jezusowego przykazania miłości.

 

Pycha

 

O, pycho człowieka, złoty kamieniu

Trzymany w sercu jak amulet

Dający pozorną moc

Jak trudno rozbić cię w pył

Posłać w nicość

Nawet cierpienie, nawet miłość

Nie są zdolne wyrwać z serca kamienia pychy

Pycho, która idziesz z dumnie uniesioną głową

Która depczesz klęczących

Zamykasz oczy na krzyże, świątynie

Czy znasz kres swojej drogi?

Na końcu twej drogi czeka na ciebie

Pycha, silniejsza od twojej

Silniejsza mocą niszczenia człowieka

Złośliwy jej śpiew słychać, śpiew zdobywcy duszy

I staniesz samotny wobec tego śpiewu

Przerażony niemocą własnej pychy

Szukać będziesz ucieczki, dla duszy swojej

Zrozpaczonej niewolnicy twej pychy

I oczy zwrócisz ku tym, których pychą zdeptałeś

Modlitwę ich będziesz powtarzał

Aż kamień pychy, który moc ci dawał

Zrani twe serce boleścią nieprzemijającą

Iż zapragniesz odrzucić go

By nie słyszeć, zalewającej twe uszy

Pieśni pana pychy, zdobywcy duszy

Radującego się, iż drogą poprowadził cię, kłamstwa.

 

 

Dar dla duszy

 

Wyrzeźbiło cierpienie, w sercu moim

Przedziwny kształt

Jakby drzewo, pełne młodych pędów

Pulsujące własnym życiem

Niezależnym od fizycznego bicia serca

Przepływa przez nie krew

Wolnym, czułym, uspokajającym strumieniem

Nadaje sercu, pokój

Moje drzewo w sercu ma duchowy wymiar

Jego pędy, kwitną

Gdy karmię je Krwią i Ciałem Pana

Wypełniają serce pięknem i dobrem

Pragnieniem jednoczenia się z Bożą Miłością

I choć czasem kiedy ziemskie serce

Próbuje szeptać, że czuje zło świata

Wtedy drzewo ożywa, a nawet przemawia

W obronie bliźnich, którym cierpienie

Utwardziło serca, oślepiło oczy

I nakazuje modlitwę za nich, ofiarę mszy świętej

I widzę wówczas to drzewo, w moim sercu

Jako dar Jezusowego krzyża

Nie odrzucony przeze mnie, czule przygarnięty

I słyszę Jego głośny, bolesny głos: Pragnę …

Rozważam Jego „Pragnę” w moim sercu

W którym cierpienie wyrzeźbiło

To piękne, żyjące … duchowe drzewo.

 

 

Uśmiech Boga

 

Szukam miejsc, w których uśmiech Boga

Rozjaśnił twarze ludzi

Miejsc i ludzi pięknych urodą świętości

 

Szukam miejsc, w których uśmiech Boga

Starł łzy cierpiących, dał nadzieję

Miejsc i ludzi napełnionych ufnością

 

Szukam miejsc, w których uśmiech Boga

Zbudował w sercach ludzi dom

Z oknem zwróconym ku niebu

 

Gdy niebo rozjaśnia się błękitem

A gwiazdy ciekawie spoglądają na ziemię

Widzę w tym pięknie, uśmiech Boga

 

Uśmiech łagodzący spory

Otulający chorych, zsyłający sny udręczonym

Karmiący ich modlitwą samego Boga

 

I myślę wówczas, Boże, ile lat byłam ślepa

I ilu jeszcze ślepców jest na świecie

Którzy uśmiechu Twego, nie widzą

 

Uśmiechu tego nie rozpoznają w swych trudach

Gdy głowy nisko schylają ku ziemi

Zatopieni w przemijających zawsze, troskach

 

I szukam, ciągle szukam, wypatruję

Miejsc i ludzi, którzy rozpoznali uśmiech Boga

Ich twarze jaśnieją radosną miłością

                  Odbiciem są … uśmiechu Boga.

 

Po komunii, na jednej z mszy adwentowo - roratnich, odczuwałam głęboko, przedziwny ból. Płynął on z serca nieznanego człowieka, jakby symbolu wielu dusz, które nie mogą przyjąć Jezusa w komunii. Po twarzy spłynęły mi dwie wielkie, gorące krople łez, które aż parzyly twarz. I przyszła myśl, jak wielu łask doznają ci, którzy mogą przyjąć Pana i czy dostatecznie doceniamy tę łaskę, czy nie przemieniamy jej w zwykły rytuał? Łzy, których doświadczyłam, były jak łzy Matki Świętej, bolejącej nad tymi, którzy doświadczają bólu z powodu niemożności przyjęcia Pana, ale też nad tymi, którzy przyjmując Go, nie doznają cudu wielkiej radości i pocieszenia. Ich serca też wymagają, by się otworzyły szerzej, by „cierpienie bólu ciemności” stworzyło w nich tak święte pragnienie obecności Pana i świadomość jak wielkich łask doznają, mając możliwość przyjmowania Go w komunii. 

 

Cierpienie i pocieszenie

 

Czasem duszę tak wielki ból ogarnia

Niczym nie spowodowany

Iż chciałbyś się snem otulić i oddech spowolnić

I zasnąć, bez myśli raniących

Lecz przedziwne cierpienie ołowiem ciąży

Łańcuch niewidzialny serce otacza

I myślisz, dlaczego ja go doświadczam?

Krzyczeć próbujesz, krzyk twój ginie echem głuchym

A milczenie jego zmusza do rozważań

Grzechów szukasz niewypowiedzianych

Skruchy przysypanej, egoizmu pychą

I pytanie się rodzi, ostrą strzałą serce przebijając

Zdradzić Pana w cierpieniu?

Czy drzwi swego serca, szeroko otworzyć?

Ciemność rozważasz, która kościół okrywa

Przed każdą mszą roratnią

Ciemność ta, twoje cierpienie na chwilę skrywa

By nagle, pocieszeniem światła zabłysnąć

A może to Jezus, idąc drogą krzyżową

Przez świat współczesny, w noc ciemną

Do serca twego puka krzyżem z Golgoty

Jak łaska ognia zapalona od roratniej świecy

O gościnę prosi, by się cierpieniem podzielić

Ufając, że jesteś Szymonem XXI wieku

I Weroniką, która pot Mu z twarzy otrze

I w Jego cierpieniu Go pocieszy.

 

 

 Płomień modlitwy

 

Są dni, gdy modlitwa

Umyka słowom

Staje się niemym obrazem w sercu

I dziwisz się

Czemu najpierw serce płonie

Gdy słów modlitwy nie ma w tobie

Próbujesz ten płomień

Ubrać w piękne słowa

Lecz serce zagłusza każde słowo

Tak mocno bije, uczuciem do Boga

Iż niemową się stajesz

Jak Zachariasz wątpiący

Oczekujący na zgodę słów, od Boga

I tylko słuchasz swego serca

Gdy ono się modli płomieniem gorącym

To dusza, znak ci daje o Miłości Boga

Bez słów zbędnych, prosto strzałą w serce

Chwila ta może być tylko krótkim błyskiem

Zachwytem i zadziwieniem

I tylko łzy, które po twarzy spływają

Świadectwem są, daru modlitwy serca.

 

 

Święta noc

 

Przed żłóbkiem Twoim klęczę, Jezu

Kolorowy jest, czysty

Jak święta moich czasów

Święta bombek, świateł, prezentów

I tylko msza święta, słowa Ewangelii

Prawdę o Twoich narodzinach przekazują

 

Klęczę przed Tobą, Dziecino

I powoli odzieram z błyskotek te święta

Gaszę sztuczne światełka, ożywiam gipsowe figurki

By w moc Twoich, zagłębić się Narodzin

Noc świętą, ubogą, zadumaną

Noc Maryi, Józefa, Aniołów i Pasterzy

 

Widzę zimną, brudną stajenkę

Jak serce człowieka grzesznego

Zapach czuję, tak bardzo ziemi bliski

Śpiew słyszę aniołów, rozrywający ciszę

Przenikający święte milczenie, łączące ziemię z niebem

Światłem nieskażonej niewinności

 

Zbawienie przyszło na świat …

Zbawienie nie lękające się bólu krzyża

Rozkwitające w Dzieciątku, miłością i nadzieją

Jakiej świat nie zna, a jaką na świat przyniosło

Bóg rozpostarł ramiona nad ludźmi

Byśmy w tę cichą, świętą noc odnaleźli w sercu

                            Dar niezwykły, dar Jego Miłości.

 

Pewnego dnia podczas adoracji do serca mojego zaczęły przychodzić myśli o życiu Matki Teresy z Kalkuty. I choć od wielu miesięcy o niej nie myślam, myśli układały się w zdania, była mi tak bliska w tej chwili adoracji. Miałam wrażenie, że Jezus przemawia do niej, nie do mnie. Ona umarła już, Jezu, powiedziałam cicho. Nie umarła, usłyszałam, tylko prosi o „nowe” Matki Teresy dla biednych tego świata, prosi o święte, które gotowe są żyć jak Ona. Chcę, usłyszałam w sercu, byś zrozumiała istotę jej trudnego powołania. Istotę  jej cennego krzyża. Krzyża, którym podzieliłem się z nią. Niosła go z bólem … do świętości.

 

Matko Tereso z Kalkuty

 

Pragnęłaś oczami swymi

Ujrzeć Jezusa

W Jego wtulić się ramiona

Ale w ciemnej trwałaś nocy

Pełnej cierpienia i bólu

Bez pocieszenia …

I choć wiedziałaś, że Pan przemawia do Ciebie

Oczami umierających i dzieci porzuconych

Po ludzku, trudne było Twoje powołanie

Pustki doświadczałaś Jego Miłości

Ale On – Miłość, Tobie zaufał …

Szedł przed Tobą kilka kroków

Z krzyżem wszystkich pokrzywdzonych

Modlitwę niósł na skrzydłach Twój anioł

Szybszy od Twych kroków

Zabieganych wokoło ludzkiego nieszczęścia

Służenicą Pana byłaś

Jego rękami obmywającymi rany

Jego uśmiechem pocieszenia

Co chciałeś powiedzieć, Jezu

Przez życie tej pięknej świętej?

Chciałeś powiedzieć, że czekasz na świętość człowieka

Na jego wolę wypełnienia Twej Męki

Na miłość czynu, podobną do Twojej Miłości

Miłość wzgardzoną przez tylu ludzi

Miłość bez pocieszenia …

Ale Miłość piękną, bo wieczną i zbawiającą.

 

 

Ojcze nasz

 

Chciałam miłość do Ciebie, Boże

Wyrazić pięknymi słowami

Ale milczenie zaległo we mnie

Jakby cisza ta, była zwiastunem tajemnego narodzenia

Byłam pustą jaskinią, czekającą na echo

Słów, a może tylko bicia serca?

Jakiś maleńki ptak za oknem

Wyśpiewywał trele o poranku

Maleńki, a tyle siły w jego pieśni … bez słów

 

O swojej miłości do Ciebie, chciałam Ci powiedzieć, Boże

A potykałam się o myśli zwyczajne

O troskach, radościach przeszłych i nadziei

Byłam jak ten mały ptak

Tylko śpiew mego serca był taki ubogi

Ale stało się coś pięknego w tej ciszy

Ciszy – zwiastunie tajemnego narodzenia

Modlitwa zabrzmiała we mnie nieoczekiwanie

Modlitwa od lat wypowiadana …

 

Ojcze nasz, który jesteś w niebie …

Zabrzmiała z mocą, jakiej dotąd nie zaznałam

Zabiła mocno, biciem serca, serca zakochanego

Słowa jej odbiły się echem w mojej jaskini

Święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje …

Były jak rozlewająca się, gwałtowna miłość

Jak piękny hymn dziecka do Ojca

Pragnęłam Ci powiedzieć, Boże, o miłości do Ciebie

A to Ty, Panie, obdarowałeś mnie mocą swojej Miłości.

 

 

Jaka jesteś, modlitwo?

 

Czasem brzmisz chórem głosów unoszona

Głośna, podniosła, uroczysta

Czasem cichutka, zaledwie słyszalna

Jak wietrzyk łagodny, kojący

Czasem jesteś modlitwo, pięknym śpiewem głosów

Podobna wzniosłości katedr gotyckich

A czasem śpiewem, choć szczerym, lecz nieudolnym

Jesteś modlitwo w kościele, domu, na ulicy

Szeptana w codziennym trudzie

Na ustach ludzi, o poranku się budzisz

Zasypiasz razem z wiernymi

Są dni, gdy budzisz śpiącego snem mocnym

By choćby „Pod Twoją Obronę” odmówił

Za nieznanych ci ludzi, którym grzech zagraża

 

Jesteś modlitwo samotnym głosem, gdzieś na górze

Jak nocny dialog Jezusa z Ojcem

Cierpieniem jesteś na Oliwnej Górze

Gdy Syn Boga, kielich goryczy wypija

Bolesna jesteś na Jezusa krzyżowej drodze

Radosna, w dzień Jego Zmartwychwstania

I nawet ci, którzy tobą kiedyś gardzili

Gdy ból ich dotknie, zawiedzie życie

Jak nadziei ostatniej, chwytają się ciebie

Szepcząc „Zdrowaś Maryjo”

Poginęły w pamięci wieków piękne słowa

A ty modlitwo jesteś ciągle żywa

Do Boga się wznosisz jasnym płomieniem

Nadzieją jesteś wpisaną w serce człowieka

             Nadzieją, na ludzkiej drodze, spotkania z Bogiem.

 

Przed mszą świętą modlę się o przebaczenie grzechów, proszę o moc Ducha Świętego dla swej duszy, serca ... i wtedy słyszę w sercu: królewskim jesteś dzieckiem, dzieckiem Boga, okupionym krwią Jezusa, Brata twojego ...
Zadziwiają mnie te słowa, skłaniają do medytacji ...
Jak wielką godnością i miłością obdarzył nas Bóg. Zapominamy o tym często, ulegając własnej słabości i regułom świata w którym żyjemy. Pobłażamy sobie mówiąc: jesteśmy tylko grzesznikami. A przecież nie tylko grzesznikami - jesteśmy dziećmi Boga, Króla Wszechświata. Podejmując jakieś życiowe zadania winniśmy pamiętać o swojej godności dziecka bożego, o wymaganiach nam stawianych, o walce z własną grzesznością. Musimy pamiętać kto nas stworzył i czyimi jesteśmy dziećmi.
Świat ukazuje nam wartości dalekie od naszego powołania. Ulegamy takim wartością jak pieniądz, zmysły, podobanie się ludziom. Stajemy się sługami tych wartości, powoli gaśnie w nas świadomość bycia dzieckiem Boga.
Ile trzeba w sobie przezwyciężyć, jak usilnie walczyć ze złem, aby zachować godność ludzką. Zrozumiałam, iż nasze życie na ziemi to nie wygodne „przemykanie się” przez lata życia - to wznoszenie się moralnie, wyżej i wyżej ku swojemu Ojcu, to walka ze swoimi przywarami, grzechami, które świat często ubiera w kolorowe szaty, usprawiedliwiając ludzką naturę.
Pomóż nam Boże zawsze pamiętać Kto jest naszym Ojcem i Kto nas okupił swoją krwią!

 

 Podróż zieloną doliną

 

Wiara jest podróżą

Przez soczystą, zieloną dolinę

Unoszą się nad nią święte słowa Boga

Które aniołowie, niebieskie ptaki wieczności

Ofiarowują sercom pielgrzymujących

 

Przewodniczy tej procesji Święta Eucharystia

Z przewodnikiem, kapłanem

On karmi nią słabnących w drodze

Podaje krzyż, by się o niego wsparli

A ręce towarzyszy podtrzymują upadających

 

Wiara jest podróżą przez zieloną dolinę

Za światłem, które nawet w mroku świeci

Podróżą, bez bagaży świata, ciążących na plecach

Podróżą ufności, że nie upadniemy z głodu

Bo spichlerz darów Boga jest niewyczerpany

 

Na podróżujących zieloną doliną

Czekają na wzniesieniach głosy świata

Głosy wątpliwości, ośmieszające i raniące

Spadają na nich jak kamienie ostre

Próbują zakłócić, podróż zieloną doliną

 

Głosy cytują mądre księgi, logiczne wywody

O bezsensie wiary, o nie istnieniu zielonej doliny

Wyciągają się ręce, pełne kuszących darów świata

Pielgrzymi zielonej doliny idą dalej, ku światłu

A głosy i ręce kuszących, mrok ciemności ogarnia

                       Tylko modlitwę za nich, nocny wiatr

                       Zostawia na wzniesieniach.

 

 

 

Dar bożej łaski

 

Łaska boża, to nie skarb ukryty

To dar przebaczenia

Łaska boża jest jak okruchy ziarna

Rzucone przed gniazdem ptaka

Zanurzonego we śnie

Jeszcze skrzydeł nie otrząsnął ze snu

Jeszcze nie nastroił się do śpiewu poranka

A pokarm czeka już na niego

Dar miłosiernego Boga dla słabych …

 

Łaska boża to Jezus idący obok nas

Z koszem chleba, czekający na głodnych

Pan z serdecznym uśmiechem

Dla tych, którzy ręce po Jego chleb wyciągają

Pan zasmucony, na widok przechodzących obojętnie

Ich oczy ku darom świata zwrócone

Pan cierpiący Mękę Krzyża, z miłości do ludzi

Pan – Niewolnik Miłości, ukryty w tabernakulum

Jezus – Łaska dla świata grzesznego

 

Daj mi Boże, proszę, ufność owego ptaka

Który wie, że pokarm czeka na niego

Z Twojej Boże, łaski, miłości bezinteresownej

Abym umysłem i oczami darów szukając

I rozważając ich wartość i smak w świecie

Nie minęła się z Twymi łaskami, Boże

Ofiarowanymi na gałęzi mego życia

Daj mi Boże, wdzięczność owego małego ptaka

Daj ufną pieśń jego, o Twojej Miłości.

 

 

Droga powrotna

 

Z ramion swoich, wypuściłeś mnie, Boże

Abym drogi powrotnej, do Ciebie szukała

Dom mi na ziemi dałeś bezpieczny

Krzyżem chroniony, obrazami Matki Świętej

Dzieciństwo słoneczne, wiankami stokrotek zdobione

Wiarą, że tu na ziemi, wszędzie świeci słońce

 

Ludzkie życie obserwowałam przez lata

Drogi moje, z innymi się krzyżowały

Pielgrzymów ziemi widziałam, dróg szukających szerokich

Krzyże trudów omijali, jak zawalidrogi

Radości jedynie szukali w pielgrzymowaniu

Aż w końcu zawiedzeni, upadali …

 

Patrzyłam na pielgrzymów, szlaków trudnych

Jak na grzbiety gór-cnót się wspinali

Burze i wichry życia ich nie zatrzymywały

W grotach się kryli, świątyniach modlitwy

Cud widziałam w ich świętych pragnieniach

By do krzyża dotrzeć, na wzgórze Golgoty

 

Jak bardzo, Boże, nasze życie maleńkie

Kroplą jest, wtopioną w żywioły świata

W wichry duchowych załamań i noce zbyt długie

W lęk przed burzliwym oceanem, by wiarę ochronić

W upał pustyni, piaskiem wiejącym w oczy

Samotność, której nie da się porzucić

 

Jak bardzo, Boże, nasze życie maleńkie

Łaską Twoją obdarowane, wolnej woli

Wyborów musi dokonywać, pośród żywiołów duchowych

By drogę do Ciebie, odnaleźć słoneczną

By na górę dotrzeć, Twojej Miłości

Dawidem być, pokonującym kamieniem wiary i ufności

                                 Wielkiego Goliata świata.

 

 Podczas peregrynacji posągu Matki Bożej Loretańskiej, w mojej parafii odbywało się wiele uroczystych mszy i nabożeństw. Uległam nieco tej zewnętrznej atmosferze, czasem nawet nie byłam dość skupiona. Kiedy trzeciego dnia rozpoczynała się msza, chciałam w swych modlitwach oddać Matce Bożej moją ogromną wdzięczność za Jej „wizytę” w parafii. W sercu ujrzałam Matkę Bożą na tronie. Tron był z przeźroczystego kryształu, mieniącego się barwą kolorów. Odbijały się w nim niebieskie refleksy Jej sukni. Kryształ tego tronu wydawał się żyć dziwnym życiem, był jakby w ruchu. Odbijały się w nim twarze ludzi. Miałam wrażenie, że tkwią w nim tysiące ludzi w uroczystej pielgrzymce … Jakby tron Matki Bożej wchłaniał ludzkie życie.

 

Matka Boża z Osuchowej

 

Są polany tak słońcem rozjaśnione

Iż ogniem przedziwnym przenikają ciało

Aż człowiek chce krzyczeć, płakać, śmiać się

Jakby w mistycznym znalazł się kręgu

Są takie polany pośrodku lasów

Gdzie drzewa chronią przybyszy

Karmią zapachem żywicy, promieniami słońca

Przenikającymi ciekawie przez konary drzew

Drzew pełnych godności i pamięci wydarzeń niezwykłych

Spotkania nieba i ziemi …

 

Są wąskie dróżki pośród lasu

Przeznaczone do samotnych wędrówek przez las, przez własne życie

Dróżki, nie znające hałasów betonowych szos

Dróżki kierujące przybysza do kapliczki, do krzyża

Do miejsc, gdzie objawiła się z przesłaniem, Matka Święta

Prowadzi cię dziwne światło, cisza lasu, zapach

I choćby byli obok ciebie inni ludzie

Stajesz się samotną modlitwą, szukającą kaplicy

Gdzie uklękniesz przed … Matką

Dotknięty Jej miłością

 

Miłością, której może, kiedyś doświadczyłeś

W cichym, wiejskim kościele

Trzymając za rękę mamę, babcię

Wpatrzony z dziecinnym zachwytem w obraz Maryi

Jest takie miejsce, gdzie cisza obejmuje cię

Tak mocno, iż musisz zatęsknić

Za niewinnością dziecka, za ciepłym dotykiem matki

Za bezgrzesznością, za uwielbieniem Boga

Miejsce, gdzie serce twoje otrzymuje … pieczęć dotyku Maryi

Dar niezapomniany, Matki dla ukochanego dziecka.      

 

 

Dar pięknej modlitwy

 

Zatapiam się w uwielbieniu Pana

Przed cudem Najświętszego Sakramentu

Słowa słyszę w sercu, początek pieśni …

Z nieznanego mi śpiewnika

Czyja to pieśń? Jakby zagubiona przez anioła …

Piękne są jej słowa:

„Modlitwą chcę być, dla Ciebie, Boże …”

 

Ludzi widzę z kartkami w ręku

Na każdej, słowa tajemniczej modlitwy

Nie powtarzające się …

Wzięte z bogatego Słownika Miłości Boga

Które daje ludzkim dzieciom, przy poczęciu

Słowa łaski kochającego Ojca

Ojca, czekającego na odczytanie Jego słów

 

Widzę modlitwy schowane w sercu, z czułością pielęgnowane

Widzę inne, odłożone na lata, jak tekst nieczytelny

Są i takie, zmięte, poszarpane, odrzucone, zagubione

Nad porzuconymi modlitwami czuwa Matka Święta

Zatarte słowa, zrasza gorącymi łzami

Może zakwitną od Jej łez? Zaśpiewają pieśń?

A „dziecko modlitwy” uklęknie, w poszukiwaniu zguby?

 

„Modlitwą chcę być, dla Ciebie, Boże …”

Twoje słowa miłości do mnie, odczytać

Jak tajemniczy pergamin na sercu, chronić

Bo na nim zapisane jest … Nasze Spotkanie

Daj Ojcze światło, na słowa mej modlitwy, jeszcze nieodczytane

Gdy słów nie pojmuję, daj mi, Boże, Matkę Świętą, za nauczycielkę

Ponieważ: „Modlitwą chcę być, dla Ciebie, Boże”. 

 

 

Dar królewskiego Edenu

 

Nie mogą Cię dojrzeć oczy moje, Boże

Ani słuch nie przeniknie niebieskiego sklepienia

Ale, nawet ziemski ślepiec

Ciepło czuje na twarzy

I do niego zwraca swe oblicze

Zachwycony, iż może biec ku niemu

A ten, który nie słyszy, chwalić Cię może oczami

I choć zmysły nasze nie sięgają nieba

Ty Boże, Miłosierdziem Swoim

Niebo otworzyłeś, krzyżem Swego Syna, Jego Zmartwychwstaniem

By ubodzy wzrokiem i słuchem

Poznać Cię mogli sercem i duszą zbawioną

Darami cenniejszymi niż zmysły

 

Do duszy swej śpiewam cierpliwie

Unieś mnie, tam gdzie Eden króluje

Gdzie miłość sadzi drzewa i kwiaty

Ogrodnikami są, uśmiechnięci święci

Gdzie nie ma nocy ciemnych, tylko światło miłości

Są takie dni, jakby olśnienie senne

Gdy ręce wyciągam do tego Edenu

Ze skargą, na swą ślepotę i głuchotę

A ktoś zza niebieskiej zasłony

Kładzie na mej dłoni kryształ błyszczący

Mieniący się krwią mego Pana

I spływa ten kryształ, dar królewskiego Edenu

W hostię białą przemieniony, która otwiera oczy i uszy

                        Tym, których zmysły nie sięgają nieba.

 

 Rano, przed mszą zastanawiam się nad ludzką wiarą, czy nie staje się ona rutyną, bez poruszenia serca. Podczas mszy zapomniałam o tych myślach, skupiając się na liturgii.
Po komunii, ujrzałam twarz Jezusa podczas krzyżowej męki. Całe ciało wraz z krzyżem, przesłonięte było białą mgłą. Widziałam w sercu, tylko - twarz Pana. Była cała we krwi. Korona cierniowa przechyliła się z głowy, na bok i uciskała policzek i oko. Masz rację, usłyszałam w sercu, dla wielu jestem tylko obrazem z przeszłości, nawet ci, co do Mnie przychodzą, mają oschłe serca. Wówczas przypomniałam sobie poranne, nieoczekiwane myśli … Dziwne, ale w tej wizji serca, podbiegłam do Jezusa, wzięłam stojącą obok drabinę i chciałam poprawić opadającą koronę cierniową. Jednocześnie uniosłam ją nieco wyżej, by ciernie nie wbijały się tak mocno w Jego głowę. Stojący gdzieś obok żołnierz (nie widziałam postaci) zauważył to i wrzasnął bym tego nie robiła. Jednocześnie odczułam dziwny ból w sercu, jakby mnie ktoś uderzył … Zrozumiałam, że Jezus cierpi bardziej, gdy ci, którzy do Niego regularnie przychodzą, mają oschłe serca. Zapadają w rutynę … miłości. A miłość do Boga wymaga ciągłej postawy „zakochania”, nie może być przyzwyczajeniem, bo przyzwyczajenie prowadzi do oschłości uczuć.

 

Był taki poranek

 

Aby ciszę serca, po mszy świętej, ratować

Od zgiełku i dysharmonii dźwięków ulicy

Otulam się suknią modlitwy

Wizerunek Jezusa, z Drogi Krzyżowej, przywołuję

Myśli przenoszę na jerozolimskie ścieżki …

W jednym momencie jakby w chwili olśnienia

Świat mój, klaksonów i wycia karetek, zanika

W upalnym słońcu staję

Obcy język wokół słyszę

Ludzi widzę, w powłóczystych szatach

I nagle …

Jęk bólu, człowieka ranionego

Przeszywa dogłębnie moje serce

Jezusa widzę, w koronie cierniowej

Człowiek przyciska ją mocno do Jego skroni

I nie jest to tylko jęk bólu, fizyczny

Choć krew kapie na twarz Jego

Ten jęk dobywa się z bólu świata

Jest wszechogarniający moją i jerozolimską ulicę

Nie oskarża, cierpi …

Nie przeszywa jak miecz raniący ciało

Rozlewa się kaskadą bolesnego uczucia

Gra jak genialna orkiestra hymn o wielkim cierpieniu

Syna Bożego i ludzkości

Był taki poranek, gdy zbliżyłam się do bólu Jezusa

Zło grzechu odczułam, w jęku Jego cierpienia.

 

 

Dni weselne

 

Są dni weselne jak dotyk łagodnego wiatru

Gdy dusza radości doznaje

Wypełniona obecnością Oblubieńca, Jezusa

Tak nagle, aż serce bić przestaje

Zaskoczone darem, łaski wlanej

I nie ma słów, tylko westchnienie wdzięczności

Dla piękna tych chwil weselnych

 

Są dni smutku nieoczekiwanego

Ogarniającego serce przedziwnym lękiem straty

Jakbyśmy łyk wody wypili z zatrutego źródła świata

I im więcej modlitw z ust wypływa

Tym ból staje się dotkliwszy, raniący

Oblubieńca, Jezusa, szukamy z Kany Galilejskiej

A On, przed Piłatem staje

 

Dlaczego Jezu, dni weselne nie trwają dłużej?

Dlaczego radość ze smutkiem, w wierze naszej

Jak nić jasna i ciemna, tkaninę tka życia?

Odpowiedź słyszę: Ja, Oblubieniec, zawsze przy was stoję

To wy, w swym zapomnieniu o Mnie

Dom zamykacie Weselny, kluczem złudnych uczuć świata

Ja, Oblubieniec, daję tylko dni weselne życia …

                  W zamian, wiary pragnę, miłości, a nie smutku człowieka.

 

 

Ogień miłości

 

Tęsknię za ogniem Twego Ducha, Jezu

Kiedy na ołtarz patrzę, podczas Przeistoczenia

Chciałabym, by jak silny powiew wichru

Spalił we mnie słabość

I przed grzechem chronił

Tęsknotę tę zanoszę przed ołtarz Twój, Panie

Małą świeczkę niosąc, własnego ducha

Masz, słyszę, płomyk na chrzcie, ręką Mą zapalony

Niech dar ten, w ognisko go rozdmucha

Nic, dziecko Moje, bez twojej nie dzieje się woli

Ona zdolna jest rozpalić miłość twoją do Mnie

Niech nie będzie tylko naczyniem pustym

Jak modlitwa szeptana przy sercu uśpionym

Lecz orężem walki, przeciw złu, co czyha

By zagasić zbyt mały płomień wiary

Daj duszy swojej poznać Miłość Moją

Ona wierniejsza jest niż serce kapryśne

Kiedy duszę swą otworzysz, na ogień Mego Ducha

Zapłonie, jak wieczna na ołtarzu lampka

I żaden powiew zła, miłości twej do Mnie

                                            Nie zgasi …

 

Podczas mszy ujrzałam człowieka otoczonego jakby przestrzenią. Słowa liturgii mówiły o miłości. Ta przestrzeń, tłumaczył mi „ktoś", to przestrzeń miłości. To twoja postawa wobec człowieka. Spotykasz kogoś złośliwego, niedobrego, patrzysz na niego i ... chroni cię przed nim „przestrzeń miłości". Próbujesz mu się przyjrzeć, poznać. Nie zwracasz uwagi na słowa, postawę, próbujesz go zrozumieć. „Przestrzeń miłości" to dar. Pozwala na dystans, ale nie na obojętność. Tak z ludźmi rozmawiał Jezus. Paradoksalnie owa przestrzeń „chroni cię" przed własną reakcją, często podobną do zachowania tamtego, złośliwego człowieka. Uśmiech, łagodne słowa wypływają z ciebie dzięki tej „przestrzeni miłości". Nie czujesz się „dotknięty", nie wyzwala się z ciebie egoizm, chęć odwetu. Wiesz że jesteś bogaty w dar „przestrzeni miłości". Czy ten dar jest na całe życie? Nie wiem, ale warto prosić o niego w modlitwie.

 

Uzdrowienie

 

Kropla krwi Twojej, Jezu

Spływająca do kielicha, na Mszy Świętej

Zdolna jest rozbić bryłę lodu serca

Korytarz w nim rzeźbiąc

Znakiem Świętego Krzyża

Aż do dna serca przenika

Ogniem Miłości, nieznanym w świecie

I jeśli pragniesz uzdrowienia

Człowieka, którego serce, bryła lodu rani

Błagalną go otocz modlitwą

Przed ołtarz zaprowadź, na Mszę Świętą

I w jego intencji, poświęć własną hostię białą

By cenne krople krwi Pana

Spłynęły także na niego …

I choć cudu nie ujrzysz, gwałtownej przemiany

Tego dnia, a może przez lat wiele

Oczy Pana, twarz twoją i jego, zapamiętały

Czas uzdrowienia, niebieski wyznaczy zegar

I przyjdzie taka chwila

Gdy Miłość, z ofiary krwi Pana

Gejzerem wybuchnie, w sercu lodem skutym

A człowiek zraniony niewiarą

Sam przed ołtarzem, klęknie

I błagać będzie Pana:

Wlej we mnie, Boże, krople swej krwi świętej.

 

 

Poranek, południe i wieczór

 

Miliardami jesteśmy rozrzuconych świateł

Po ziemi wędrujemy, zapalając się i gasnąc

W czasie nam nie znanym

Jeden nam dano młodości poranek, południe i mrok wieczoru

Jak wschód słońca, świt budzi nas do życia

Światłem z ręki Stwórcy, darem „modlitwy-błogosławieństwa”

Modlitwy cennej, bo tylko dla nas pisanej …

 

A gdy poranek dziecięctwa, w dojrzałość południa przechodzi

Mocnymi się czujemy, w rozkwicie sił i urody

Doczesnych, często tymczasowych, szukamy radości

I toczy się południe życia, albo z modlitwą Stwórcy w ręku

Jak lampą-łaską chroniącą w ciemności

Bądź wokół nas zapalamy zwykłe świeczki

Tak szybko, gasną …

 

Ma iskra życia, też swój półmrok wieczorny

Gdy zapalona, przygasa w chłodzie wieczoru

I czas ma na myśli, o świcie swym, który już minął

Schowaną w sercu, modlitwę Stwórcy, dokładniej czyta

Już wie, że błysku jej iskry życia, czas nie rozdmucha

I dziwi się, ile piękna, ma ta modlitwa, ile w niej miłości

Jak wyraźniej w niej słychać słowa Boga, niż gwar ludzkich głosów

 

I chce życie krzyczeć, do tych, którzy w „południu życia” trwają

By nie gubili modlitwy, dla nich napisanej

O powołanie, które przyjęte, weselnym stać się może świętem

O złu, które czarnym straszy cieniem, lecz światła się lęka

O iskrze życia, tak cennej, lecz szybko gasnącej na ziemi

O człowieku, który z wielką pasją czyni dobro, wokół siebie

Modlitwę czyniąc z życia swego …

 

Podczas mszy świętej ujrzałam obraz Matki Bożej, wokół niej złociste promienie. Obraz przypominał Matkę Bożą z Gwadelupy. Promienie wokół Matki Bożej świeciły jak słońce. Nagle Matka Boża odsunęła się w głąb obrazu. Otworzył się owalny otwór, jakby drzwi. Do tych drzwi podążali ludzie ubrani na czarno, pochyleni, wspinając się pod górę. W rękach nieśli krzyże, duże i małe. Niektórzy mieli w dłoniach małe, drewniane krzyże, nieśli je jak bukiety kwiatów podniesione do góry. Na końcu szła osoba z wielkim krzyżem na plecach, ciągnęła go z trudem. Co to oznacza? - zapytałam. Usłyszałam w sercu piękne wytłumaczenie.
To ludzie zmarli zdążający już do swego świata. Matka Boża wita ich. Ich krzyże to dar z życia, spalają się w ogniu miłości Maryi. Są zarazem ochroną przed karą za popełnione grzechy. Któż ich nie ma? W ogniu miłości Matki Bożej spalają się ich krzyże. Może dlatego będą mniej cierpieli? Nie odrzucili ziemskich krzyży.

 

Matka Boża Częstochowska

 

Byłaś dla mnie, Święta Matko Częstochowska

Ikoną tak wielką w swej świętości i ludzkim uwielbieniu

Iż maleńką przed Tobą się czułam, zbyt grzeszną

Skrytą gdzieś wśród ludzi, ze swą pokorną modlitwą

Aż dzień przyszedł, mej pielgrzymki do Ciebie

Gdy wtłoczona, w masy ludzkich ciał

Popychana ku Tobie jak ziarenko

Napływającymi falami ciągle nowych twarzy

Utknęłam przed Twym obrazem, w diamentowej sukni

I choć niewygoda ciała drażniła, ogarnął mnie dziwny pokój

Odczułam Twą żywą obecność …

Obecność Matki, zakochanej w swych dzieciach

Z obrazu wyszłaś ku ludziom, Królowo Polski

Jak pielgrzymujące matki, w szacie zwyczajnej

Szata ta wydała mi się dziecięcym kocykiem

Którym matki otulają swe dzieci

Chroniąc je swym ciepłem, przed światem

Niosłaś nas jak maleńkie dzieci

Widziałam Cię sercem, idącą przez drogi i miasta

Drogi naszej ojczyzny i rodzin pogubionych

Śmiało kroczyłaś jak cygańska matka pośród lasów

Nie omijałaś samotnych domostw

Odważna, pomimo ran Ci zadawanych

Naznaczona bolesnymi znakami na policzku

Nie ustajesz w pielgrzymowaniu do ludzkich serc

Zbierasz po drodze, chorych i umierających

Płaszcz Twój rozpostarty szeroko nad Polską

To płaszcz Miłości ofiarowanej przez Jezusa

Chroni wszystkich, biegnących do Ciebie

I tych, którzy tylko stoją, w oczekiwaniu na cud

Widziałam Cię, Matko Jasnogórska, tak żywą

I obecną, jak twarze pielgrzymów, obok …

I choć nawet uklęknąć nie mogłam

W napierającym na mnie tłumie

Serce moje, uklękło …

 

 

Ortiga

 

Są sanktuaria podobne oceanom

Głębokie od modlitw wiernych

Szumiące gwarem ludzkich głosów

Jakby falami były bijącymi o brzeg

Nadzieją pulsują, bólem

Prośbami, słowami wdzięczności

Modlitwy pielgrzymów są jak dym z kadzidła

Sięgający obłokiem, tęsknie, ku obrazom, figurom Maryi

Czasem pielgrzym snuje długie różańce

Czasem, tylko cichy krzyk jego dusza wydaje

W Fatimie, Lourdes, Gwadelupie

Ludzka modlitwa rozlewa się jak ocean

Płyną po nim łódki ludzkich serc

Samotne kołyski

Spragnione utulenia, ukołysania

Matczyną dłonią Maryi Świętej

 

Są też kościoły, miejsca o przedziwnej ciszy

Szemrzące muzyką małego wodospadu

Bądź echem, ostatniego wersu modlitwy mnicha

Powstałego z kolan, po serdecznej rozmowie z Maryją

To cisza twórcza, zachęcająca do spotkania, zwierzeń

Jakby ten kościół był … konfesjonałem

Biel ścian, promienie słońca, palące się świece

Figura Maryi w ołtarzu tak bliska

Oddech modlącego z oddechem kościoła się stapia

Kościół żyje w Eucharystii ukrytej w tabernakulum

Czujesz to mocno, czujesz ten dom pełen miłości

Dom – konfesjonał spalający grzech

Jest taki kościół, Ortiga koło Fatimy

Na tym miejscu też objawiła się Matka Święta

Prosiła niemą pasterkę o owieczkę i uzdrowiła ją

Żegnam Ortigę, czując błogosławieństwo tego miejsca

               I nadal widzę w sercu Maryję z owieczką

               Jakby chciała mi powiedzieć: daj Mi czystą duszę.

 

 

 

Śląskie Sanktuaria

 

Gdy serce nagle zakłada szaty pielgrzyma

I staje, gotowe do drogi

Czujesz, iż czas wyruszyć w duchową przygodę

Dać oczom poznać piękno, którym człowiek wielbi Boga

 

W gotyckich kościołach, barokowych wnętrzach

Sanktuariach Dolnego Śląska, Pragi Czeskiej, Wrocławia

W Kłodzku, Wambierzycach, Brdo, Czermnej

Duch dawnych twórców ciągle żyje, bo długowieczne jest piękno

 

I na nic rzeźb i obrazów piękno

Gdyby ich artysta, miłością nie wypełnił, do Boga

Na kolanach modląc się, do Ducha Bożego

By choć na moment, rąbek uchylono nieba, natchnieniem obdarzając, piękna

 

W Czermnej, obok kościoła Matki Dobrej Rady

Jest kaplica pełna ludzkich czaszek, kości

Jedna obok drugiej, bez twarzy, historii, podobne do siebie

Nie wiadomo kto wróg, a kto przyjaciel

 

Lękiem napawa to sanktuarium śmierci

Wiele myśli napływa do głowy … tego kto jeszcze żyje

Jak anonimowi i fizycznie równi jesteśmy wobec śmierci

Wiarę mam jednak, iż Bóg zna nasze twarze, imiona …

 

Jest duch tajemniczy w starych sanktuariach

Jakby rzeźby, obrazy, ołtarze miały oczy, żyły …

Kilkusetletni krzyż z Jezusem, drewniane figurki Maryi

Czuwają jak żołnierze wiary, jak wojsko nieśmiertelne

 

Może to siła modlitwy wiernych, milionów pielgrzymów

Których ślad odbił się na murach zabytków

Na pewno, to moc mszy świętych, Ewangelii, Liturgii

Wypełniających wnętrze, żywą obecnością Jezusa

 

Można oczami chłonąć piękno sanktuariów

I tak pozostawać w natchnionym zachwycie

Można też dać się objąć ich tajemniczą siłą

Doświadczyć osobiście, przedziwnego, miłosnego dotyku

 

I poczuć jakby się było w skarbcu pełnym klejnotów

Klejnotów od pokoleń składanych na ołtarzu

Klejnotów, z serc wyrzeźbionych, miłości, nadziei i wiary

Niewidzialnych okiem, hojnie rozrzuconych przy bocznych kapliczkach

 

Żegnam was sanktuaria z mojej pielgrzymki

Dałyście mi ciekawy dar – dar dziecięcej radości

Zanurzyłam się w wasze wnętrze duchowe jak w ożywczy ocean

Sanatorium byłyście dla mnie, duchowej odnowy.  

 

Niedzielna Msza na ul. Nobla
Podczas Podniesienia, będąc skupiona, zobaczyłam postać Chrystusa, jak gdyby zamiast księdza. Miał jasnorude włosy, które błyszczały, ale ubrany był w strój przypominający żebraka ze średniowiecza. Można by to ubranie określić jako worek z jasnobrązowego, grubego lnu. Pytam: Jezu, czemu Jesteś ubrany jak żebrak? Usłyszałam: bo ciągle żebrzę o waszą miłość.

Spotkanie na ziemi

 

Był czas, gdy Cię szukałam, Jezu

Wysoko, ponad ziemią moich stóp

Dając oczom moc wyobraźni

Wzrokiem rozsuwałam chmury

Niebo było niebieską zasłoną

Pomalowaną kolorami za dnia, gwiazdami, nocą

Za tą zasłoną, chmurami, szukałam drzwi do nieba

Szukałam Twojej komnaty, Jezu …

 

Był czas młodości, szukania Boga „w chmurach”

Poza ziemią, gdzie białe z czarnymi zmagają się anioły

Jakbym pragnęła, byś był, Jezu, poza bólem, chroniony rajem

W otoczeniu świętych, zanurzony w istocie piękna

Pewnego dnia, nie uniosłam głowy ku niebu

Może straciłam dziecięcą naiwność?

Może dojrzałość przeżyć przybiła mnie do ziemi

Kazała powalczyć z aniołami ciemności?

 

Kiedy życie zatrzaskuje bramę złudnej wyobraźni

I zmusza, by dotknąć go, z odwagą i nadzieją

Zginają się pokornie kolana, a przed oczami naszymi

Miłosierne oczy Jezusa, łaska spotkania na ziemi

Jezus obleczony w ziemską szatę ludzkiego bólu, radości, łez

Jezus, o błagających oczach bliźnich …

Szukają Cię, Boże, ludzie, daleko w chmurach, ślepi, poza swym sercem

Czyżby lękiem napawało ich spojrzenie w Twoje oczy, Jezu

                                               Tu, na ziemi?

 

Miłość, nadzieja, wiara

 

We śnie głębokim zanurzona

Pytanie usłyszałam mojego anioła:

Czy namalować umiesz miłość wiarę i nadzieję

W ludzkich twarzach?

Wspomniałam o kobiecie kiedyś spotkanej

Dźwigała na rękach upośledzone dziecko

Mam jeszcze w oczach jej kochające spojrzenie

Słowa ciepłe do dziecka i jego bełkotliwe gaworzenie

To była ta chwila … rodzenia się miłości

Chwila ulotna … mająca konkretne oblicze

Jak je namalować farbami, gdy …

Serce to widzi, a nie oczy?

A serce barwy ma tak różne od ziemskich …

Czy ludzie widzieli miłość w oszpeconej twarzy Jezusa?

Weronika tę miłość sercem ujrzała, nie oczami

 

Jak namalować twarz nadziei?

Kwiatem jest, czystą lilią, przejrzystym źródłem?

Anioł mój, senny nieco

Przyśpieszyć chciał moje rozważania

Nadzieja, powiedział, może mieć też, twarz twoją

Gdy szukasz i ofiarowujesz dobro z miłosierdziem

Gdy się nie poddajesz ciemności zła, które kusi

Gdy szybko powstajesz z kolejnego upadku

Gdy twarz Jezusa widzisz obok swojej

Gdy w modlitwę wierzysz, że cuda czyni

Choć świat szydzi i krzyczy: to tylko iluzja!

 

Już nie budziłam anioła

By o ludzkim obliczu wiary mu mówić

Widziałam to w twarzy żebraczki przy kościele

W zimie, deszczu, upale, z pudełkiem na drobne

Z pokorą powtarzała każdemu, z nadzieją:

Niech cię Bóg błogosławi, da zdrowie

Wiara, szepnęłam aniołowi, jest jak ona

Pokorna i odporna …

 

Odporna na zimno świata, które może miłość zabić

Na wiatr, który modlitwę z serca wymiata

Na mróz, który jak sztylet, obojętnością rani

Radością jest z łask drobnych, ale też cierpieniem

Lecz nigdy słabością …

Gdy o „chleb” walczy, o pokarm dla zgłodniałej duszy

Chleb karmiący Miłością i Nadzieją.

 

 

Diament

 

Odkryłam w sobie przestrzeń – pustynię

Zrodzoną z dojrzałych owoców lat życia

Pojawiła się we mnie, jak pojawiają się

Dary nieoczekiwane, chwile święte

Dla zrozumienia siebie, zrozumienia Bożej Miłości

Przestrzeń wyłoniła się, gdy „fale morskie”

Fale spraw tego świata – odpłynęły …

Pozostawiając mnie na pustynnej przestrzeni:

Myśli, modlitwy, cichej muzyki

Na mapie życia, jeszcze wilgotnej po odpływie fal

 

Podróż przez tę pustynię, gdzie tylko boży wiatr wieje

Pielgrzymką jest, walką o prawdę, o sumienie

I nie ma ucieczki, w przypływie fal świata   

Widziałam góry, których nie chciałam zdobywać

A zdobyć trzeba było, by ujrzeć światło poranka nadziei

Połyskujące w kaplicach za górami

Widziałam krzyże usypane z pustynnego piasku

Na zwykłych, codziennych ścieżkach

Jak znaki zapytania, czekające na odpowiedź

Uklęknę przed nimi, czy ominę?

 

Były na mej pustyni małe groty

Na wypoczynek myśli, na przywołanie tęsknoty

Za miłością absolutną, miłosierną

Pieśni słuchałam, chyba aniołów, grających na harfach

Czasem tylko na kilku strunach smutku

Jak requiem dla sumienia, dotkniętego grzechem

Spieszę się poznawać moją pustynię

Znaki Boga na niej wyrzeźbione i … moje własne

Spieszę się poznawać ją, póki fale tego świata nie zatopią jej

I chowam jej obraz w sercu, jak diament …

                         Jak skarb darowany, w jednej, świętej chwili.

 

 

 Podczas mszy świętej przyszła do mnie myśl o „iskierce” świętości zaszczepionej każdemu człowiekowi  na chrzcie świętym. Może się stać płomieniem … lub powoli gasnąć. Iskierka „prosi” o sakramenty, o słowa Boga. Gdy ją nimi rozniecamy, otrzymujemy moc Bożego Ducha, siłę, odwagę. Iskierka człowieka obojętnego na Boga, na sakramenty, na Jego słowa, jest iskierką człowieka goniącego za ziemskimi przyjemnościami i ledwo się tli, karmiona nieżyciodajnym duchowo lekiem, często podtruwana złym słowem, obrazem i słabnie, owiana lodowatym chłodem własnego egoizmu.

 

Chleb miłości

 

Miłość swą, Bóg na ziemię posyła

W chlebie ogromnym, pachnącym ziołami

Aniołowie, skrzydłami kruszą boże chleby

By drobnymi spadały okruchami

Podobne do manny z nieba

Ci, co miłość wokół siebie widzą

W dłonie chwytają spadającą mannę

Z bliźnimi się dzielą tym świętym pokarmem

Hojnie rozdają, w perełkach modlitwy

Nieufni, którym świat poskąpił miłości

Pokarm boży, w spichlerzu serca składają

Jak zapas … na później

Ci, których świecidełka świata oślepiły

Ślepi, depczą po niebieskiej mannie

A Bóg Miłosierny niestrudzenie

Chleby Miłości na ziemię zsyła

Czasem okruchy jego, płatkami śniegu spadają zimą

Latem, kroplami deszczu brzęczą o szybę

Wiosną zachwycają pąkami kwiatów

Jesienią, w kobiercach liści się skrywają

Wielkie chleby Miłości, w niebie dojrzewają

Ręką Boga błogosławione, nad Ogniskiem Miłości

Błagalne tchnienie świętych podtrzymuje te płomienie

Jezus, krzyżem zbawienia je znaczy

Tak jak dawniej oznaczały chleb, wiejskie matki

I spływa na ziemię boży pokarm

By głodu miłości, nie zaznały ludzkie dzieci.

 

Gdy ziarno modlitwy dojrzewa

 

Modlitwy zbieram

I bukiet kłosów z nich tworzę, kolorowy

Jedne kłosy zielone są, zaledwie zalążki ziaren

Jak modlitwy niepewne, trochę niecierpliwe

Które słowa odtwarzają, wyuczone

Niedojrzałe jeszcze do miłości

Na ożywczy sok, ufnej wiary, czekają

 

Są modlitwy, jak kłosy dojrzewające

Zadziwione rodzeniem się i wzrostem

Uradowane rosą bożej łaski

Zapładniającą pięknem modlitwy

Ognia ciągle szukają, rozgrzewającego modlitwę

Czasem gubią ziarna

Myląc ogień świata z ogniem miłości

 

Mam w swym bukiecie, modlitwy spokojne

Płynące wartko jak nurt rzeki

Czasem tak spokojne, że usypiają … miłość

Kiedy kamień tragedii uderzy w spokój rzeki życia

Modlitwa rozpryskuje się jak kielich kryształowy

Człowiek staje się rozpaczą, zatapiającą łzami krzyż

Czy słowami go dźwigać, czy ufnym sercem?

 

Widziałam modlitwy porozrzucane

Jak paciorki z zerwanego różańca

Czasem tak długo odrzucone, że słów nie pamiętały

Tamtych ludzi widziałam, na kolanach pokutujących

Zagubionych modlitw szukali, do nowego różańca życia

Słowa czerpali z serca obolałego

Oszukanego „modlitwami” …  do bóstw świata

 

Ile doznać musi, rodzące się ziarno modlitwy

Ile życiodajnych promieni słonecznych, miłości, kropli deszczu

Ile wichur, klęsk, rozczarowań

By wydać własną modlitwę serca, modlitwę miłości

Dojrzałą jak złociste ziarno pszenicy

Gotowe, by stać się chlebem …

Chlebem – modlitwą wstawienniczą za bliźnich … do Ciebie, Boże.

 

Nowy dzień

 

Każdego poranka, przebijam dłonią

Niewidzialną dla oczu, ścianę

Ścianę, dzielącą kolejne dni życia

Czasem z lękiem, niechęcią, a czasem z nadzieją

Dłonie składam w geście modlitwy

Niebo błagam, by święty patron dnia

Wspomógł mnie …

 

A ja, dziecko uczepione jego szaty

Wkroczę w dzień bezpieczna

Drogi ominę, wabiące pozorem uczuć i piękna

Nie dam się omamić słowami, obrazami

Które głód wzbudzają, grzechu

Czyniąc człowieka żebrakiem

Spragnionym dóbr tego świata

 

O ochronę też błagam, własnego Anioła

Gdy na granicy nocy i dnia, ciemność widzę

A myśli, jak ciemne kruki, skrzeczą nieznanym językiem

Błagam o światło Jezusa, oczy Jego, dłonie

Bym przerażeniu się nie poddała

I ociemniałym nie stała się człowiekiem

Uciekającym, przed Jego cierpieniem … i własnym

 

Modlę się przed ołtarzem: nie jest łatwo, Jezu

Otwierać o poranku oczy i nie być głuchym

Na pytania, które dzień niesie

Iść wpatrzonym w horyzont Bożej Miłości

Szukać miejsc w sobie gdzie niebo dotyka ziemi

Ofiarować bliźnim Genezaret, pełne daru ryb

Klęczeć na Taborze i nie bać się wzburzonego morza

 

Gdy przebijam niewidzialną ścianę

Do tajemnicy … dnia następnego

Pielgrzymuję przez życie, niosąc ze sobą Czas

Czas, dany mi przez Boga, tylko Jemu znany

Ani jednego poranka więcej, ani jednej nocy mniej

Ile w tym czasie usłyszę Jego słów?

Ile modlitw miłości, Bogu przekażę? 

 

Na mszy było czytanie z księgi Izajasza … „lecz ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły, biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą”. Gdy przebrzmiały te słowa, ujrzałam człowieka (symbol świętych) z ogromnymi skrzydłami, rozłożonymi w locie. Ulatywał ku niebu. Ale … nie był sam. Do jego skrzydeł byli uczepieni ludzie, wielu ludzi. Człowiek święty – orzeł, unosił ich ku Bogu. Bogu dziękujmy za świętych – orłów, którzy modlitwą swą i świętością, prowadzą nas ku niebu.
Kilka dni później, kiedy kapłani wychodzą z komunią świętą do ludzi, chcę podejść do goszczącego w parafii biskupa. Chęć ta jest trochę niedojrzała, ot, taka ludzka potrzeba. I wówczas otrzymuję … pouczenie. Może od mojego anioła stróża, może od samego Jezusa? Pouczenie dźwięczy mi w głowie jak radiowe nagranie: Nie jest ważne od KOGO bierzesz komunię. Ważne jest Jakiego Jezusa ofiarujesz, gdy spotkasz Go twarzą w twarz. Czy twoje życie nie zraniło Go? A Jego Oblicze będzie Obliczem i Ciałem z Drogi Krzyżowej, poranione i pobite? Czy Jezus zobaczy Siebie w tobie, w czystych szatach, o radosnych oczach? Ważne jest – jaki Jezus rodzi się w tobie! Jaki Jezus żyje w tobie – radosny czy bolesny?

 

Głębia wiary

 

Podczas adoracji Najświętszego Sakramentu

Gdy duszę karmiłam milczeniem

Wolnym od myśli i słów brzęczących troskami

Obraz ujrzałam, jakby wypożyczony z Niebieskiej Galerii

Obraz ludzkich postaci wkraczających śmiało

W wody oceanu

 

Ubrani byli w długie szaty, unoszone przez fale

Utrzymujące ludzkie postacie przez chwilę na powierzchni

Mrok objął ocean swymi ramionami

I opanowałby całkowicie obraz … gdyby nie

Żywe, iskrzące się światło, towarzyszące postaciom

Światło, którego źródła nie widziałam …

 

Pomyślałam … święci?

Tak, święci, którzy nie boją się głębi oceanu

Święci, błogosławieni, którzy nie czują lęku

Poznali źródło Światła – Ducha Świętego

Które trwa przy nich, towarzyszy …

Przemieniając głębię oceanu … w głębię wiary

 

Będą tonęli? – pytałam z trwogą w sercu

Będą … ale się nie cofną, nie obejrzą się za bezpieczną plażą

Będą tonęli w ciemnościach nocy duszy, będą płakali …

Będą szukali krzyża – statku, w odmętach oceanu wiary

On ich wyniesie na powierzchnię ufności

Święci i błogosławieni, słudzy boży … tak zakochani w Bogu

                 Iż głębia oceanu wiary, nie przeraża ich.

 

Świętość

 

Chodzi w habicie, w cywilnym stroju

Czasem zakłada do pracy roboczy fartuch

Nierzadko leży przykuta chorobą do łóżka

Nie ma wieku, ma serce płonące miłością

Do Boga i ludzi

 

Świętość nie patrzy na świat ludzkimi oczami

Sięga na ołtarz po światło Eucharystii

Modlitwą dotyka szat Jezusa

Z ufnością, że moc Jego leczy chore myśli, słabość

I obojętność zabijającą miłość człowieka do człowieka

 

Świętość jest tęsknotą za dobrem, pięknem nieba

Za przytuleniem do Boga

Tęsknota ta, tak przenika świętość, do bólu

Iż nie boi się wejść na drogę odrzucenia przez świat

Drogę cierpienia, z raniącym krzyżem na plecach

 

Świętość, przesuwając paciorki różańca swego życia

Poznaje miłość Jezusa, doświadcza jej własnym ciałem, duszą

Doświadcza miłości Serca Jezusa, które płacze krwawymi łzami

Poznaje Miłość wędrującą pod rękę z Cierpieniem

Świętość otrzymuje dar, dar dotyku istoty Miłości

 

Dotykając, obdarowuje towarzyszy życia tą miłością

Własnymi rękami, sercem, słowami pielęgnuje ich

Niesie odrzuconych, cierpiących, jak samego Jezusa

Bóg widzi też ten czas, gdy świętość cierpi i płacze

I błaga na kolanach o odwagę

Wtedy Bóg posyła Syna – Szymonem jest dla świętości.

 

1-szy maj. Święto Józefa Rzemieślnika. Pragnę w to święto szczególnie uczcić św. Józefa, ale proszę też Go o otrzymanie łaski płynącej z Eucharystii. O takie „przylgnięcie" do Jezusa Eucharystycznego, aby przyjęcie Go do duszy stawało się wielkim świętem … Ujrzałam w sercu owalną figurę, podobną do promieni otaczających M.B. z Guadelupe. To twoja dusza, usłyszałam, do której przychodzi Jezus. Wewnątrz tej figury wypełnionej bielą, w jej środku wystawały czarne, ostre kolce, bardzo twarde. Były różnej długości i wielkości. To nasze grzechy, zaniedbania, stare i nowe, myśli nieprzychylne, nawet drobne złośliwości. Największy ostry kolec jest u ludzi, którzy uważają się za bezgrzesznych. Każda zła myśl, każdy grzech, wyrasta kolcem w duszy. Stając przed Jezusem Eucharystycznym, przyjmujemy komunię … Ja, ty i Jezus … Aby dotrzeć do naszego serca, Jezus kaleczy się o kolce duszy skażonej grzechem. Czasem dociera cały zakrwawiony, bolesny. Jezu, pomyślałam, jak bezcenna, jak istotna jest modlitwa przebłagalna przed każdym przyjęciem Ciebie w komunii. Jak ważna i cenna jest częsta spowiedź, byśmy nawet drobne kolce rozpoznawali, byśmy nie obrośli w przekonanie o własnej bezgrzeszności. By przyjmując Jezusa do serca mieli świadomość Jego bolesnego przenikania do nas. I abyśmy nie przyjmowali Jezusa w komunii bezmyślnie, ale zawsze błagali Go o przebaczenie za kolce przez które musi dotrzeć do naszego serca.

 

Skrucha

 

To nie hymn żałobny

Wyśpiewany nad grzechem

Hymn, który grzech zawija w całun

I grzebie w niepamięci …

 

Skrucha, to łaska dana sercu, z nieba

Poznania istoty grzechu, zabójcy duszy

Łaska skruchy, pozwala rozbić skałę grzechu

Na drobne kawałki, ale one też ranią …

 

Skrucha drzemie w człowieku, w kołysce pamięci

Nawet po świętej spowiedzi, łzami przypomina

Jak raniący duszę i Boga, jest grzech

Skrucha boli, każe myśleć, modlić się …

 

Gdy brzegiem rzeki życia idziemy, w pokoju serca

Skrucha odpoczywa, radością serca czystego

Budzi się jak rana, z której zdarto opatrunek

Gdy grzech napiera …

 

Człowiek obdarowany łaską szczerej skruchy

Ran Jezusa nie pragnie rozdrapywać, swymi grzechami

A jeśli własny grzech dostrzeże

Skrucha, da mu łzy pokuty i nawrócenia

 

Bogactwem skruchy jest ból i radość

Rozpacz i nadzieja, walka i pragnienie zwycięstwa

Skrucha nigdy nie opuszcza wzroku ku mętnym wodom

Oczy jej, ku Bogu zawsze zwrócone, ku swemu darczyńcy. 

 

Sen na jeziorze

 

Klęczę przed Tobą Jezu, w adoracji

Z całym bagażem mych niepokojów

Wyliczam Ci moje lęki i grzechy

Z ciała płynące

Ofiarowuję małe poświęcenia

Kładę przed Tobą me słabości

I małe zwycięstwa

Byś wziął je Panie, w swoje ręce

Bo tylko Tobie ufam

Klęczę przed Tobą, Jezu

Pragnąc słów pociechy

Podczas burzy mej duszy

Na Jeziorze Galilejskim mego życia

A Ty, ciszą mi odpowiadasz swego snu

Jak w łodzi z apostołami

Zagłębiam się w ciszę Twego snu

I uspakajam mój niepokój

Z uwielbieniem patrzę na Boga-Człowieka

Na Jego Święte milczenie

Podczas wszystkich burz świata

Na milczenie, przygotowujące Go do Męki

Zbawczej Męki na krzyżu

Gdy Jego milczenie wypełni

Ofiara krwi, potu i bólu

Za wszystkie grzechy świata.

 

Przed codzienną mszą świętą mam 15 minut na adorację Jezusa i dziesiątek różańca. Kocham ten czas „spotkania” porannego. Raptem w moim sercu ktoś zadaje pytanie: czy wiesz dlaczego tak ważny jest różaniec, dlaczego Matka Boża, w każdym pojawieniu się na świecie – mówi … odmawiajcie różaniec … Zaczynam się zastanawiać … a pomoc przychodzi … Widzę obraz Matki Bożej podążającej za Jezusem w Jego Drodze Krzyżowej. Widzę jak się pochyla … i zbiera w białe płótno Jego krew, nie omija żadnej kropli … Płótno jest ciągle białe … choć wewnątrz jest krew Pana. To z tych kropli krwi, słyszę w sercu, powstały perełki różańca. Matka Boża nawlekała je na nić swej miłości i podarowała … ludziom. Bardzo przeżyłam ten obraz. I choć od lat odmawiam różaniec, bardziej lub mniej „serdecznie”, od tej chwili, dotykając perełki różańca, „czuję”, że różaniec jest żywy, żywy krwią Chrystusa, a każde „Zdrowaś Maryjo”, „karmi” odmawiającego wielką mocą. Stąd wezwanie Maryi … odmawiajcie różaniec!

 

Splecione różańce

 

Tajemnicą Radosną różańca

Otaczam się jak wieńcem róż

Zdrowaś Maryjo, rozmową się staje

Dziecka z Matką

Łagodne słowa Matki do zadumy wiodą

Prośby moje, na różańcu Jej życia składam

Dwa różańce życia: Matki i dziecka

Splatają się w miłosnej modlitwie

 

Na różańcu życia Maryi – Zwiastowanie

I Jej ufne, piękne, fiat

Na moim, dziesięć perełek kolorowych i szarych

To znaki czasu wahań, odejść, powrotów

Są też perełki bezbarwne, obojętnością tchnące

Ile lat minęło, ilu ludzi dotknęło mojego serca?

Bym wyczuła pod palcami … perełkę miłości

Gorącą od spojrzenia Matki, wołającą o moje fiat

 

Płynie różaniec życia Maryi w Tajemnicy Nawiedzenia

Ożywczy strumień Ducha Świętego prowadzi Ją

Do Elżbiety, Zachariasza

Splatają się różańce życia Maryi i Elżbiety

Jezus i Jan stają się wielkim darem Boga dla świata

Ile, na moim różańcu życia, znaków bożej obecności?

Ile, płonących miłością, paciorków do Boga?

Ile, spotkań z bliźnimi, w modlitwie wdzięczności?

 

Tajemnica Narodzin, uboga grota, brak ozdób

Tylko zapatrzenie Maryi, Józefa, aniołów i pasterzy

Zapatrzenie nad … cichym cudem

Cudem, który rozpoznaje tylko kochające serce

Nie oczy, lubiące blask, oślepienie

Nie uszy, oczekujące gwaru, fanfar

Tym cichym cudem, cichą kołysanką Maryi

Dotknęłam różaniec mojego życia, by stał się modlitwą serca

 

Tajemnica Ofiarowania, tajemnica oczu Anny i Symeona

Tylko oni widzą Jezusa – Boga na rękach ubogiej rodziny

Oczy innych w świątyni, nie rozeznają cudu

Cudu, który zaistniał w ich życiu

Symeon obwieszcza Maryi cierpienie

Trzymam mój różaniec życia, szukam na nim …

Perełek, które ofiarowałam w cierpieniu, bólu

Szukam perełek ofiarowania Bogu mego życia

 

Tajemnica Zagubienia, Odnalezienia Jezusa

Maryja, Józef szukają Syna, a On w świątyni naucza

Dotykam różańca mego życia i rozważam tę tajemnicę

Czy nie jestem zbyt pyszna w swojej wierze?

Czy nie jestem zbyt pewna w swej miłości do Ciebie, Jezu?

Czy nie „gubię się” w zbyt wielu modlitwach?

Słyszę wtedy szept Jezusa … wróć, dziecko do Mnie

I odszukaj Mnie w świątyni swego serca, tam czekam na ciebie.

 

Różaniec bolesny

 

Ogrójec. Gaj oliwny za dnia, tryska ożywczą zielenią

Nocą, gaj wypełnia cierpienie Jezusa

I Jego błagalne słowa: czuwajcie ze mną …

Sen apostołów jest tak głęboki, że topią się w nim słowa Pana

Za chwilę zjawi się Judasz … on nie śpi

Ile razy utopiłam Twoje słowa, Jezu, w mojej obojętności?

Jak często bałam się stanąć obok Ciebie, cierpiącego?

 

Biczowanie. Bicze wyżłobiły na Twym ciele, Jezu, krwawe rany

W Twoich ranach, jak osy w gniazdach

Są nasze grzechy dotykające Twoje ciało

Jesteś jak ul pochłaniający zło świata

Twoje ciało cierpiące zbawia ludzi

Ile ja, żądeł grzechu wbiłam w Twą ranę, Panie

Kiedy świadomie zamykałam oczy na Twe cierpienie?

 

Ukoronowanie cierniami. Oprawcy myślą, zraniliśmy ciało

A On nie błaga, On się modli …

Wbijemy Mu ciernie w głowę, może ustanie modlitwa …

Może moc modlitwy ustanie?

A On poprosi o litość?

Przepraszam, Jezu, za moje ciernie zwątpienia w Ciebie

Przepraszam za porzucone modlitwy

 

Krzyż na ramionach Jezusa. Twój świat, Jezu, karał Cię krzyżem, drzewem hańby

Karał fizycznie, poniżeniem, bólem

A Ty, Jezu, ubrałeś krzyż w szatę zwycięskiej Miłości

Ta niewidoczna dla oprawców szata Miłości

Była utkana z czynów posłuszeństwa woli Ojca, czynów jak białe lilie

Okryła krzyż hańby, pokonała okrucieństwo grzechu

Kto chce pójść za Mną, powiedziałeś … niech weźmie krzyż swój …

 

Śmierć Jezusa na krzyżu. Wbito krzyż z Jezusem w Golgotę

Zadrżała ziemia przeszyta drzewcem krzyża

Przeszyta bożą Miłością … zraniona bólem tej Miłości

Jeszcze żołnierz przebija bok Jezusa, Jego serce

Jakby chciał … zabić tę Miłość, odebrać Jej życie

Ale już, z tej rany, wypływa źródło łask

Napełnia konwie życia pokoleń, żywą wodą … dla zbawienia grzeszników.

 

Tajemnice chwalebne

 

Zmartwychwstanie. Poranek budzi dźwięki, światło, zapachy

Budzi czystość, promieniującą … nadzieją

Nadzieją na piękną pieśń, hymn zwycięstwa dobra

Kamień grobu odsunięty, Magdalena nie poznaje Pana

Jej oczy, jak nasze, nie od razu poznają cud Zmartwychwstania

Ten cudowny dar Boga, dar świętego poranka

Rodzący duszę dla wieczności

 

Wniebowstąpienie. Idę przygotować dla was mieszkanie, mówi Pan

Głowy apostołów uniesione ku niebu, niespokojne serca, lęk samotności

Ciągle trwa świat niewierzących w Zmartwychwstanie

Niewierzących w Zbawiciela

Szukają bóstw ziemskich, jakby bali się wieczności

Módlmy się za tych, którzy bóstwem czynią ciało

Którzy nie proszą Jezusa, o mieszkanie dla swej duszy

 

Zesłanie Ducha Świętego. Nie zostawię was sierotami, przyślę Ducha Pocieszyciela

Tak mówi Ten, którego ludzie przybili do krzyża

Tak mówi Miłość, która … nie unosi się gniewem

Nie pamięta złego, nie szuka swego …

Miłość, która nigdy nie opuszcza

Ale także Ona błaga, na ołtarzach całego świata

Nie opuszczajcie Mnie, niech nie stanę się … sierotą!

 

Wniebowzięcie. Aniołowie otworzyli okna nieba, św. Piotr ukląkł przy bramie

Maryja, z duszą i ciałem, uniesiona do Nieba

Nie wiemy, jaka to była radość

Czasem echo tej radości, pieśnią brzmi w naszych sercach

Gdy na kolanach wielbimy Matkę Pięknej Miłości

Gdy całujemy jej posągi, obrazy, przesyłamy modlitwy

Gdy błagamy, gdy prosimy … a Ona, Matka, czyni cuda w naszym życiu

 

Maryja, Królowa Nieba i Ziemi. uwielbiona przez aniołów, Niepokalana

Ale wzrok Twój, Maryjo, nadal ku ziemi zwrócony

Objawiasz się, prosisz, przestrzegasz

Nawet płaczesz, jak ziemska matka, zraniona bólem

Niewdzięcznością i grzesznością swych dzieci

Z łez Twoich i kropli krwi Jezusa, tworzysz święty dar – różaniec

Wiążesz nim niebo i ziemię, Swoje serce z sercami ziemskich dzieci

                 By serca nasze z Twoim, Maryjo

                 Spotkały się w radości Nieba.

 

Przez ostatnie lata mojego pielgrzymowania (w Polsce i zagranicą) oddaję każdą pielgrzymkę w … intencjach Matki Bożej. Poświęcam też Maryi msze święte w Jej intencjach wierząc, że potęga mądrości i miłosierdzie Maryi przenika życie każdego. Czasem podczas mszy „widzę” w sercu sylwetkę Matki Bożej z ozdobnym koszykiem, który zanosi na ołtarz. Koszyk jest ozdobiony kolorowymi kwiatami. Czasem ktoś (może jakiś święty) „pomaga” Jej nieść dziwne, srebrne paczki. Gdy byłam na pielgrzymce w Dukli (Sanktuarium św. Jana z Dukli), również prosiłam Maryję, by msza poświęcona była w Jej intencjach. Przecież Maryję Jezus zawsze wysłucha. Poprosiłam „w sercu” by św. Jan z Dukli pomógł Maryi przynieść kosze z Jej intencjami. Matka Święta jak zawsze ustawiła „kosz intencji”, a zza ołtarza wyłonił się człowiek w habicie franciszkańskim. Ciągnął za sobą duży, wiejski worek … Co on robi? Spytałam się w sercu. W tym worku są też intencje ludzi, grzeszników, którzy ciągle popełniają te same grzechy. Chcą od nich odejść, ale są zbyt słabi. Sama „scena”, która rozgrywała się gdzieś wewnątrz mego serca, trochę mnie rozśmieszyła. Przecież święci to też ludzie z poczuciem humoru.

 

Wędrowiec … czy pielgrzym?

 

Kiedy niezwykłe światło nas dotknie

Darem się stając nieoczekiwanym

A życie świąteczny przybierze blask

W samym środku szarej codzienności

Pragniemy poznać źródło tego światła

Pełni miłości szukamy Jezusa w Eucharystii

Czytamy słowa Pisma Świętego

Rozpoczynamy pielgrzymowanie do miejsc świętych …

 

Odwiedzamy katedry, sanktuaria

Podziwiamy ludzki geniusz, stwarzający piękno

W jeden dzień chłoniemy cuda ludzkiej pracy

Powstające przez wieki, w mozole mistycznej zadumy

Oglądaczami się stajemy, pełni wrażeń

A święci z tych miejsc, ukryci w relikwiarzach

Spoza krat popatrują, otoczeni hałasem ludzkich głosów

Modlitwa do nich szybka, motylem wyfruwa …

 

Mijają dni wędrówek po miejscach świętych

Aparat puchnie od zdjęć

Serce, dusza, głodne są dłuższej modlitwy

Mieliśmy do Ciebie, Święta Rito, tyle spraw i do Ciebie, Katarzyno

Chcieliśmy z Tobą porozmawiać, Franciszku, Klaro

Mateńko Najświętsza, czasu nie było, by Ci podziękować

Tyle piękna wokoło karmi oczy

Może gdy tu znowu wrócimy?

 

Anioła Stróża przywołuję i pytam:

Dlaczego nie słyszę pieśni w duszy mojej?

Anioł skrzydła, jak wachlarze rozłożył

Na jednym napis: wędrowiec, na drugim, pielgrzym

Bryłę białego marmuru przede mną postawił

Jakbym Michałem Aniołem była, rzeźbiarzem piękna

Wędrowiec, powiedział, podziwia kształt, krąży wokół kamienia

Pielgrzym, dłutem modlitwy swej duszy kruszy kamień

Szuka piękna, tworzy drogę do Boga

                Być pielgrzymem … to trud duszy i serca

                Być wędrowcem … to trud ciała i zmysłów

                A ty kim jesteś? – spytał anioł.

 

Święte znaki

 

Jesteś Jezu, w komunii świętej

Światłem niezliczonych słońc

Ale dla tych, którzy Cię przyjmują

Małym, świetlistym promykiem

By nie oślepli od Twej chwały

 

Mocą Jesteś Panie, płynącą z wieczności

Mocą Stworzyciela świata, niewyobrażalną

Ale dla tych, którzy Cię w komunii przyjmują

Dzieciątkiem Jesteś maleńkim

By Cię mogli wziąć, w spragnione ramiona

 

Ogniem Jesteś, Jezu, spalającym, potężnym

Ogniem mogącym ogrzać cały wszechświat

Ale dla tych, którzy Cię w komunii przyjmują

Płomykiem świecy Jesteś, zapalonym w ciemności

Dla duszy, spragnionej światła prawdy

 

Mękę przyjąłeś na krzyżu, Jezu

Spalającą bólem całe Twe ciało

By ci, którzy przyjmują Cię w komunii świętej

Nadzieję zbawienia, z krzyża Twego czerpali

Chronieni, promieniami wody i krwi, z Twego serca

 

Miłością Jesteś, Jezu, wszechogarniającą

Jak wodospad wylewający niezmierzone wody

Ale człowieka, który staje przed Tobą, w komunii

Dłonią swą jedynie, delikatnie dotykasz

Karmiąc białą hostią

 

Jakże święta jest wszechmoc Twojej Miłości, Jezu

Gdy w maleńkich, pokornych znakach, zniża się ona

Do serc ludzkich, do ludzkiego życia

W delikatności dotyku hostii, w maleńkim Dziecięciu

W płomieniu, który nie oślepia

               W krzyżu, który zbawia.

 

Wielka i mała świętość

 

Wielcy święci, są dla mnie, Jezu

Gotyckimi, pięknymi katedrami

Uwielbienie we mnie budzą męczennicy

Ale i niepokój … by patrząc im w oczy

Własnej nie dostrzec nędzy

 

Swoją duszę widzę, jak kapliczkę małą

Skrytą w lesie życia, gdzie zapach drzew jest kadzidłem

Śpiew ptaków, muzyką kościelną

A modlitwa, radosnym, a czasem bolesnym wołaniem

 

W kapliczce tej jest obraz ukochany, Maryi Świętej

I posąg Józefa z Dzieciątkiem, wyrzucony przez kogoś na drogę

Na twarzy Dzieciątka pęknięcia widać

Z szaty Józefa, farba ze starości się łuszczy

 

Moja kapliczka nie jest gotycką pięknością

Bogactwa w niej nie ma, ani obrazów i posągów cennych

Lecz kocham ten obraz Maryi Świętej i posąg Józefa, znaleziony

Rozmawiam z nimi, pytam: jak zostać świętym?

 

Gdy zatopiona w mojej kapliczce-duszy

Wołam do Ciebie, Jezu

Ze swej maleńkości samotnej

Głos słyszę, pełen miłości, taki bliski, ojcowski:

 

Świętość … gotycką może być pięknością

Męczeństwem krzyża, bolesną cnotą

A czasem, kwiatem maleńkim, ukrytym przed ludźmi

Tajemniczym pączkiem oczekującym na promienie Mojego Miłosierdzia

             By rozkwitnąć kwiatem świętości.

 

Łzy, uśmiech i śpiew

 

Anioła Stróża prosiłam

Gdy smutek mnie ogarnął dziwny

By Mateńkę Bożą o łzę jedną poprosił

Niech ta łza … smutek rozpuści

A Anioł Stróż skrzydłami oblicze zakrył

I milczał

 

Prosiłam Anioła Stróża

By o uśmiech Maryi, dla mnie poprosił

Abym radością się napełniła

Iż modlitw moich słucha

Anioł Stróż jedno skrzydło uchylił, popatrzył

I milczał

 

Anioła Stróża prosiłam

Bym śpiew Maryi mogła usłyszeć

Gdy psalmy z Archaniołami Bogu śpiewa

Dźwiękami niebios chciałam serce napełnić

Anioł Stróż skrzydła wyprostował

Milczenie przerwał, mówiąc:

 

Wiele łez już od Mateńki otrzymałaś

Niejedna spłynęła po tobie niezauważona

Uśmiechów ci Maryja nie szczędziła

Szczególnie, gdy w pokorze różaniec mówiłaś

Pieśni Maryi cię często usypiały

Gdy troski jak osy, sen zabijały

Pocieszała cię Maryja, płakała nad tobą, śpiewała

 

Teraz ty:

Poślij łzę swoją Maryi, gdy cierpi przez liczne grzechy

Uśmiech Jej poślij, niech Ją ozdobi

Jak suknia najpiękniejsza

Pieśń zaśpiewaj …

O swojej miłości do Niej

By rany na Jej twarzy … nie krwawiły.

 

Zastanawiałam się, dlaczego Panie Jezu z taką nienawiścią potraktowali Ciebie ludzie? Skąd w nich było tyle okrucieństwa? Przecież znali Twoje cuda uzdrowienia, Twoje słowa miłości. Wiem, że taka była boża wola abyś umarł Jezu na krzyżu. Ale ja próbowałam poszukać „istoty” tej ludzkiej nienawiści do Ciebie. Miałam wrażenie, że ktoś mi podpowiada odpowiedź. Oczy Jezusa są jak wielkie lustra, w których odbija się – grzeszność, prawda o ludzkiej brutalności, ukrytej złości. Człowiek „widzi” się w oczach Jezusa w prawdzie. Tak widzieli się Jego rodacy, faryzeusze. Dlatego myśleli, iż zabijając Jezusa, rozbijają Jego oczy – lustra Prawdy o sobie. Nie widzieli w oczach Pana, Jego Miłości. Pycha ich grzechu, kazała … zabić Pana.

 

Rana i Miłość

 

Ukaż mi, Aniele Stróżu i Wy, Wszyscy Święci

Miłość, która nie lęka się Chrystusowych ran

Nie ucieka bojaźliwie przed cierpieniem

Nie jest emocją, słowem, uczuciem przemijającym

Miłość, która zanurzona w krwi Jezusa

Rodzi się … święta

Obraz widzę rany Serca Jezusa

Krew w ranie żywa, gorąca, pulsująca

Jak wulkan wybuchający

Jak krzak gorejący

Przed Sercem Jezusa, ludzie

Wpatrzeni, zachwyceni tym cudem

Karmią się samym widokiem i odchodzą

Nasycili wzrok, głodne zostawili swoje serce

 

Są i inni, Twoi Święci, Panie

Ślepi na niebezpieczeństwo spalenia

Wkraczają w ogień Miłości, ranę Serca Jezusa

Dotknięci tą Miłością, uśmiechają się …

Jakby tajemnicę odkryli

Tak wygląda Miłość – słyszę głos mego Anioła

Miłość ma ludzką twarz, ciało

Współczesnego Szymona, żyjącej obok Weroniki

Ma pomocne ręce, nogi pielgrzymujące do chorych

Uszy, które słyszą bolesne skargi bliźnich

Miłość ma ludzką twarz, ale Oblicze Jezusa

 

Ukazałeś mi, Aniele Boży i Wy, Wszyscy Święci – Miłość

Która zanurzona w Męce Chrystusa, w Jego Sercu

Rodzi się … święta.

 

Błogosławiona cisza

 

Klękam przed Tobą, Jezu, adoruję Cię

Ręce opuszczam, skrzydłami się wydają

Ptaka zmęczonego lotem

Kolana zginam

Aby stopy nie były ciekawe nowych dróg

Zamykam usta dla słów, oczy dla obrazów

Dla szumu świata

Szukam, błagając Ciebie, Jezu

W przestrzeni Twej Świętej Hostii

O święty dar ciszy

Ona jest jak pulsujące źródełko

Rozlewa się ciepłym strumieniem

Po sercu, umyśle, duszy

Leczy rany ciała, by nie zaraziły się …

Obojętnością, niemocą, nienawiścią

W tym strumieniu ciszy

Szukam białych pereł słów Boga

Słów Prawdy, Miłości

Szukam Oblicza Twego, Panie

Chustę widzę, Weroniki, Oblicze Twoje z Manoppello …

Są chwile za zasłoną ciszy, gdy widzę Cię w Ogrójcu

Odsuwam w myśli zasłonę

Siadam obok Ciebie, samotny jesteś w bólu

Opuszczony przez śpiących apostołów

Tamtych … ale często i obecnych

I słyszę Twój głos:

Nie boisz się Moich łez, krwawego potu?

Cisza … pochłania moją odpowiedź

Sama jej nie słyszę …

Tylko łzy gorące płyną po mojej twarzy.

 

Perły i chwasty

 

Bogaty jest człowiek

Który łzami goryczy swego życia

Chwastów ziemi nie podlewa

By niepokojem nie wzrastały bujnie

On w sercu gromadzi łzy goryczy

W perły zamienia różańcowej modlitwy

U stóp Maryi składa jak dar szlachetny

By różami zakwitły Jej łaski

Uśmiechem zwycięstwa miłości

 

Biedakiem jest ten, który choć żyje w dostatku

Serce ma z gliny, łatwo pękające

Przez szczeliny pęknięć, sączy się jego gorycz

Na serca, wokół niego żyjące

Chwasty niepokoju, karmione jego egoizmem

Wzrastają bujnie, zatruwając otoczenie

Aż pośród chwastów goryczy

Ginie jego radość

Umiera miłość

 

Dziwne jest serce człowieka

Gdy po dary tego świata sięga

Jeden, nawet gorycz łez, w perły zwycięstwa zamienia

Innego, dar bogactwa, kaleczy

Jedni, trudne dary pomnażają

Inni, jak niewolnicy, strzegą swych bogactw

Zatracając się na polu chwastów

O, Święta Matko, weź jedną perłę biedaka

I daruj ją bogatemu, niech różą zakwitnie …

                 Wśród chwastów i serce jego przemieni.

 

Podczas mszy świętej (Uroczystość Trójcy Świętej), oczom moim (a może raczej „oczom duszy”) ukazał się piękny obraz. Podczas Modlitwy Eucharystycznej, kiedy kapłan podnosi świętą hostię i kielich, ujrzałam białą gołębicę nad głową kapłana. Podczas uniesienia hostii i kielicha, gołębica zniżyła się i „objęła” sylwetkę kapłana tak, że jego ręce stały się Jej skrzydłami. Kapłan jak gdyby „utonął” w Jej objęciach. Został całkiem otulony przez Nią. Odczułam ogromne ciepło Miłości w tym akcie, trudne do opisania słowami. Przenikało, dawało radość. Przypominało o cudzie, który dzieje się na ołtarzu.

 

Uczta

 

Czy wiesz, że jest taka uczta

Bogata w nieznane smaki, obfita

Obsypująca darami

Uczta, jak dla królewskich dzieci

Na niej miłość wypełnia złote kielichy

I wylewa się ożywczym winem, chlebem pachnącym

Stoły ozdabia biel obrusów

Haftowanych wzorami

Jakby sami aniołowie hafty te wymyślili

Uczta, na której słyszysz śmiech swej duszy

Ale i jęk bólu

Radość i płacz

Ta uczta to … Msza Święta

 

Kiedy komunię z rąk kapłana przyjmujesz

Bramą jest, otwierającą twe zamknięte serce

I jak gołębica delikatna, mądra i czuła

Szuka w tobie ran niezagojonych

Przez życie i nas samych uczynionych

Komunia leczy te rany, rozjaśnia ciemności duszy

Kielichem z winem miłości, oblewa je obficie

Blizny dawne, często już zapomniane

Okrywa, by nie wracały bolesne wspomnienia

To nie jest uczta, na której jedna tylko brzmi pieśń

To Uczta Wielkiego Milczenia, takiej ciszy

Byś mógł usłyszeć pieśń, tylko dla ciebie wyśpiewaną

Pieśń, rodzącej się w tobie, miłości do Boga.

 

Ikona pisana życiem

 

Wpatrywałam się w Ciebie, Jezu

Na obrazach i rzeźbach

Szeptałam modlitwy, często milczałam

Ożywić pragnęłam, każdy Twój wizerunek

I jak naiwne dziecko, wierzyłam

Że się kiedyś poruszysz …

Był taki dzień, Święto Siostry Faustyny

W adorującej ciszy zatopiona

Głos usłyszałam przyjazny:

Życiem swoim maluj Pana

Dłutem rzeźb, twarz Jego

Zanurzonym w skarbnicy Jego słów

I pamiętaj, piękno obrazu Jezusa, nie w talencie artysty

Ale, w sile miłości i ufności twórcy

 

Tworzę więc ikonę, z pragnienia tęsknoty serca

Na tkaninie, z iskierek natchnień, utkanej

Bezsenną noc, karmię modlitwą różańcową

Mękę Pana rozważam, Jego ból w moją ikonę wtapiam

Weronikę proszę o świętą chustę, może ją użyczy?

Szaty Jezusa maluję kolorami piękna pór roku

A skruchą i pokutą, ocieram Jego twarz poniżoną

Dla mej ikony, poszukuję Prawdy i Miłości, w Eucharystii

W modlitwie, proszę Anioła Stróża o rady

Szepcze On krótko: maluj życie pędzlem Świętości

Tak bardzo pragnę napisać Twoją ikonę, Jezu

Dla serca mego spragnionego, ożywienia Ciebie

Tak, bym patrząc w Twoje usta, słyszała Ciebie

Patrząc w Twoje oczy, rozpoznała Twoją wolę

                 A poprzez Twój uśmiech, łzy i ból

                 Mogła poznać błogosławieństwa i prośby Twoje.

 

Spojrzenie

 

Adoracyjne uwielbienie

Ozdabia … cisza

I choć szum zewnętrznego świata

Wdziera się w nasze uszy

Serce jak panna młoda

Klęka na ołtarzu przed Jezusem

Poddaje się przedziwnej tajemnicy spotkania

Ulega, świętej chwili

Chwili spojrzenia Jezusa na nas

 

W adoracyjnym uwielbieniu zatopieni

Zadajemy Panu pytania, modlimy się o łaski

Czasem mówimy o bolesnych zranieniach

A czasem po prostu ulegamy ciszy

Ona kołysze naszą duszę

Anielskimi pieśniami, unosi ku złotej monstrancji

Spotkanie człowieka z Bogiem

W akcie adoracyjnego uwielbienia

Nie wymaga słów …

 

To delikatny powiew Ducha Świętego

Łączy nas z Panem, na fali miłości

I choćby wątpliwości przenikały twoje serce

Iż Jezusa nie widzisz, nie słyszysz …

On, Niewidzialny, mówi … do twojej niewidzialnej duszy

Niewidzialne rozmawia … z niewidzialnym

W świętej ciszy, stworzonej z iskierek bożej miłości

Iskierek, które rozpalają w naszej duszy gasnące płomienie nadziei

Spojrzenie Miłosiernego Jezusa czeka …

             Na nasze słowa: Jezu, ufam Tobie.

 

W dniu imienin Św. Maryi (12.09) otrzymałam podczas medytacji po mszy św. - przesłanie dotyczące ludzkiego życia. Słyszałam jakby „ktoś” tłumaczył mi, co jest istotą i co powinniśmy doceniać w życiu, a o czym zapominamy: „Cieszyć się powinniście, gdy życie wasze płynie w łagodnej codzienności, jesteście zdrowi, nie głodni, macie spokojny sen … To łaska, wielka łaska. Trzeba za nią dziękować, a nie narzekać na nudę i snuć dziwne marzenia. Pragnąć „fajerwerków” i intensywnych przeżyć. Są ludzie, którym życie „gotuje” takie „fajerwerki” – aktorzy, ludzie sławni. I jak w końcu okazuje się trudne ich życie … narkotyki, alkohol, walka o młodość. W ich życiu nie było nudy … Nie było też pokory. Ludzie, których dotknął ból, cierpienie, choroba – błagają Boga … o życie w spokoju, o radość codziennego dnia. Zwykłe, proste dni … Może warto rozważać i docenić wartość codzienności, codzienności pobłogosławionej przez Boga spokojem, radością chwili. I niech pokora króluje w naszym życiu, a nie złudne marzenia.

 

Refleksje po pielgrzymce do Gietrzwałdu, Świętej Lipki i Stoczka Klasztornego.

 

Święte Macierzyństwo

 

Gdy klęczałam przed Tobą, Matko Święta

Spokój otrzymałam w darze

Jakby drzwi, do domu rodzinnego się otworzyły

Przedziwnego domu, bez murów, mebli

Domu utkanego z kolorów dobra i miłości

Z modlitwy i tęsknoty

Za Świętym Macierzyństwem Maryi …

 

W Jej Macierzyństwie zatopiłam

Smutek, którym zaraził mnie świat

Otworzyłam serce na Jej spojrzenie pełne słodyczy

Na dar uleczenia bólu i niepokoju

Obok mnie, staruszka gorliwie się modląca

I mężczyzna, który wstydliwie ociera łzy

Ludzie spragnieni … Świętego Macierzyństwa

 

W medytacji zatopiona, proszę ciszę

By tajemnicę Macierzyństwa, Maryja mi ukazała

I widzę Ją, bolesną, pod krzyżem Syna

Jak matkę płaczącą przy łóżku chorego dziecka

Widzę jak Jezusa trzyma na kolanach

Jak matka rozpaczająca nad zmarłym dzieckiem

Widzę Jej łzy, gdy prosi …

 

Otrzyjcie Moje łzy, nie rańcie Mego dziecka

Rodzicami jesteście, matkami jak Ja

Przyszliście po dary, pod Mój obraz

Nie szczędzę wam darów niebieskich

Dajcie Mi dary dobroci i miłości, z waszego życia

Nie jestem więźniem w złotych ramach obrazu

Matką jestem, żywą, obecną w waszym życiu

 

Tajemnicę Mojego Macierzyństwa

Odkrywam przed każdą matką, ojcem

Znam wasze bóle, dotykam je, leczę

Swoją miłością, modlitwą

I tak bardzo pragnę

Uświęcić wasze macierzyństwo, kochane dzieci

Swoim, Niepokalanym Macierzyństwem.

 

Święte ubóstwo Betlejem

 

Zagubiłabym się w świątecznej karuzeli

Ludzkich głosów i bieganiny

Pomiędzy bigosem, pierogami i choinką

Gdyby nie msze roratnie

Ciemne ranki, zapach świec, pieśni

I ta błogosławiona samotność ciszy

Która uświęca myśli

 

O Dobry Jezu, Dzieciątko najuboższe

Twój żłóbek, bez kolorowych światełek

Bez obfitych pokarmów, stół Świętej Rodziny

Miłość Maryi i Józefa oświetla blaskiem Twój żłóbek

Blaskiem mieniącym się kolorami tęczy

Próbujesz chwytać te kolory, są jak ulatujące motyle

Kołysanka Matki Cię usypia, pieśni pasterzy budzą Twą wesołość

 

O błogosławione Narodziny Jezusa, o święte ubóstwo Betlejem

Przez ten obraz, Bóg woła do nas: przyjdźcie ubodzy, głodni

Nie lękajcie się, Bóg nie przeraża bogactwem …

Maryja nakarmi chlebem miłości …

Nie bójcie się podejść, nie potkniecie się o obfitość stołu, bogactwo prezentów

Szukajcie Dzieciątka w swych sercach, często samotnych, cierpiących

Szukajcie … byście w przedświątecznej bieganinie …

                 Nie stali się tylko … kolejną, kolorową bombką na choince.

 

Idę do Ciebie, Matko Święta

 

Jeszcze mrok okrywa senne ulice

Tylko nieliczne ptaki próbują swych głosów

Ciemność odejść nie chce, grzechem lenistwa, kusi

Ale wierni już do kościołów wędrują

By z Maryją czuwać, na czas narodzin Jezusa

W ten zimowy, piękny okres Adwentu

 

Czeka Maryja w ciemnym kościele

Maryja Tęskniąca, bez Dzieciątka w ramionach

Maryja Rozważająca, kto Jej Dzieciątko pokocha

Maryja Bolesna, zapłakana

Bo w oczach Jej, ludzie, którzy zabiją Jej Syna

 

Przysiada obok wiernych, zapala światło wiary

W duszach spragnionych nadziei i miłości

Młodym matkom odwagi życiowej dodaje

Starszym, które już poznały brzemię macierzyństwa

Na ratunek posyła, błogosławieństwo modlitwy swojej

 

Współ-Odkupicielką, stałaś się Maryjo, dla ludzi

Światło zapaliłaś, gdy Archanioł Gabriel, fiat Twój oddał niebu

I choć tytułów nadano Ci wiele

Dla mnie zawsze Jesteś, Matką Nieustającej Miłości

Bo gdy Cię wzywam: Zdrowaś Maryjo – Jesteś przy mnie

Bronisz przed rozpaczą, gdy wołam: Pod Twoją Obronę …

 

Medytowałam pewnego dnia nad istotą modlitwy, szczególnie modlitwy za innych ludzi. Zamknęłam oczy, szukając wewnętrznego pokoju. W sercu ujrzałam nieco śmieszny, ale jakże, po dłuższym zastanowieniu, głęboki w swojej wymowie, obraz. Małe okienko, takie, przez które wydaje się w barach potrawy, a w tym okienku była wyciągnięta dłoń … Usłyszałam w sercu: modlitwa – to pokarm dawany tym, za których się modlisz … Pamiętaj, modlitwa karmi fizycznie i duchowo. Twoja modlitwa i każdego modlącego się w jakiejś intencji – to pokarm. Bądź więc jadłodajnią modlitwy, dla ubogich. Jadłodajnią, a nie restauracją. Jadłodajnią, bo w niej daje się pokarm … za darmo.

 

Krzyk życia

 

Krzyk narodzin nowego życia

Rozrywa zasłonę powietrza

Kołyszącą się leniwie

W rytmie czasu przemijania

Rozrywa, dźwiękami przywołującymi

Miłość …

O której, niewiele jeszcze wie

 

Jeszcze trwa krzyk, ta dziecięca mowa

A już czas życia porzuca swój leniwy rytm i przyspiesza

Mowy rodziców uczy się dziecko, słów porozumienia

Jakby krzyk był przedziwną tajemnicą …

Jakby emocje krzyku budziły utajony lęk

I nowe życie otrzymuje słowa, wiele słów

Ale krzyk, choć uśpiony, trwa …

 

Jest jak mistyczny ptak, nie odfruwa

Czar słów poezji nie zachwyca go

Pamięta ból narodzin, szuka prawdy

Prawdy, która nakarmi „mistycznego ptaka”

Przemieni krzyk, oswoi go … miłością

Na jego ból – da mu modlitwę świętą

Spływającą perełkami różańca jak krople leku

                 Na wszelki ból, strach, niezrozumienie

                 Na ten ludzki krzyk życia.

 

Biblioteka dusz

 

Może to była tylko senna chwila

A może przez moment znalazłam się

Pomiędzy ziemią a niebem

W przedpokoju domu, dusz czyśćcowych?

Chciałam zapomnieć o tej chwili

Ale mocno tkwiła w pamięci

Rodząc ciągle na nowo wspomnienie, tamtego obrazu

 

W bibliotece dusz jesteś, mówił mi ciepły głos

Wszystko wokół mnie żyło kolorami świateł

Światło pulsowało, przenikało, dotykało mnie

Półki ze świetlnymi książkami poruszały się …

Gdy sięgałam po takie „przedziwne dzieło”

Moja ręka wnikała w nie …

Słyszałam śmiech, płacz, czasem jęk bólu

 

To nie martwy papier, usłyszałam, to życie …

Życie, które jeszcze nie dopisało zakończenia swej „książki”

Życie, które brało tylko ze świata śmiech, miłość, radość

Aż nić tego życia urwała się …

Przeminął czas na poznanie mądrości krzyża

W tej bibliotece dusz, mówił miły głos, życie czeka …

Czeka na twoją modlitwę, na dopisanie zakończenia

             Na łaskę ofiarowania własnego krzyża

             Na twą miłość, która połączy zerwaną nić tamtego życia

             Z Bożym Miłosierdziem.

 

Człowiek na krzyżu

 

Człowieka spotkałam brudnego, żebrzącego

Monetę mu dałam, bardziej z litości

Serce me jednak dziwnie zadrżało

A słowa same, z ust wypłynęły:

Niech krzyż Jezusa cię błogosławi …

 

Dzień był słoneczny, ja swymi zajęta sprawami

Gdy raptem żebrak głowę uniósł wysoko

I bardziej zawył niż przemówił słowami:

Nie chcę twego błogosławieństwa

I nie chcę krzyża Jego …

 

Nagle ujrzałam krzyż krzywy

Jakby z drzewa kalekiego zrobiony

A na nim żebrak, jak wąż wił się, zraniony

Sam sobie wbijał gwoździe, sam się kaleczył

I nie był to krzyż Chrystusowy

 

Głos jakiś w sercu mnie pouczał

Przedziwnie smutny, cierpiący:

Krzyż Mój odrzucił ten człowiek szalony

Sam sobie własny wystrugał

Kaleki, krzyż nienawiści

 

Jak wielu ludzi, Jezu z Drogi Krzyżowej

Buduje nowe krzyże na ziemi

Puste, bez Ciebie, bez krwi Twej i nadziei

I na tych pustych krzyżach, życie swe zawieszają

Wijąc się na nich w bólu, Ciebie oskarżając

 

Modlitwę posłałam za żebraka biednego

Do Maryi, za dziecko Jej, upadłe

Pomóż mu, Matko Święta, zejść z krzyża nienawiści

Przyprowadź do krzyża Miłości

Do Krzyża Syna Twego.




Jestem w kościele przed mszą świętą. Jest mi przykro, że media i ludzie fascynują się filmem: Kler. Mam wrażenie, że ludzie „cieszą się”, że świętość może być „zbrukana”, że ludzie kościoła są grzesznikami, że tajemnica zakrystii ujrzała światło dzienne. W tej fascynacji złem, zapomina się o świętych kapłanach … Rozważam to przed Panem Jezusem. Szukam u Niego wsparcia. Mówię, że wielu ludzi odejdzie od kościoła. W sercu słyszę nagle, kilka prostych, ale jakże głębokich (do rozważenia) zdań. Jeśli kamień zła wpadnie do oceanu (tam, gdzie wiara, nadzieja, miłość są mocne) to zatopi się, pochłonie go głębia … czyli wiara, nadzieja, miłość. Ale jeśli wiara, nadzieja, miłość są zwykłą kałużą, wówczas kamień zła wpadając, rozpryska wodę (wiarę, nadzieję, miłość) i zagości w kałuży, siejąc zło w myślach, sercu i duszy. Miej w sobie ocean … a nie kałużę!


Nie szukam …

 

Ile razy chcę mówić, Jezu

O mojej miłości do Ciebie

Cisza zagnieżdża się w moim ciele

Staje się łagodną falą, wietrzykiem lekkim

Pochłaniającym rodzące się słowa

Cisza ta, jest jak koliber

Spijający nektar z kielicha kwiatu

Jak genialny, boży artysta

Archanioł?

Daje sercu radosne uniesienie z przeżycia piękna

Serce kocha tę twórczą Ciszę

Rozumie ją

Pragnie jej bardziej, niż słów …

 

Nie szukam już pięknych słów

W archiwum ksiąg o ludzkiej miłości

Adoruję Pana, za światłem podążam

Po niebiesko-czerwonym szlaku, krwi i wody

Ku przebitemu Sercu Jezusa Miłosiernego

Modlitwy szukam ofiarowanej przez Ciszę

Modlitwy wyrzeźbionej w moim sercu

Modlitwy-miłości, której nie zmyje fala

Nie rozwieje wiatr

Modlitwy, której nigdy nie zapomni serce

Choćby usta ją zapomniały

Pięknej modlitwy-ciszy, w której Ty, Jezu przemawiasz

I uczysz … słów Miłości

             Bym mogła z Tobą rozmawiać.

 

Nauczyciel Miłości

 

Nauczycielem Jesteś Jezu, Miłości

Profesorem w akademii bez sal, bez piór i podręczników

Katedrą Twoją jest krzyż drewniany

Piórem są gwoździe, którymi dłonie Twe przebito

Atramentem jest krew, z ran tryskająca i boku

Kaznodzieją Jesteś wędrownym, szukającym uczniów

Pielgrzymem, często w miejscach Ci wrogich

Słów gorzkich się nie boisz i dróg usianych grzechami

Z odwagą idziesz tam, skąd inni uciekli

Misjonarzem Jesteś … krzyżowej Drogi Miłości

 

Cicho przystajesz obok chorych, samotnych, odrzuconych

Czułość czują, choć nie widzą osoby

Serce ich dziwnej mocy doznaje, nadziei

A to Nauczyciel wlał w nich, krople swej Miłości

Czyniąc serca zalane łzami, błyszczącymi tęczą kryształami

Nie rozdajesz Jezu, dyplomów z Miłości

Łaską Twej Miłości dotknięty człowiek …

Sam pragnie stać się dla bliźnich, nauczycielem miłości

Wędrującym odważnie do miejsc i serc, skąd inni uciekli …

Pragnie być misjonarzem wiernym i ufnym pomocnikiem Pana

                   W nauce Prawdy, o Krzyżu Miłości.

 

Cud Drogi Krzyżowej

 

Są takie momenty na drodze życia

Gdy przerażona samotność

Jak poraniony, zmęczony ptak

Trafia w ciemną noc

Do Ogrodu Oliwnego, tam, gdzie …

Oparty o skałę, samotny, cierpi Jezus

Samotny, choć obok śpią Jego towarzysze

 

Ubrana jedynie w bezbronną, własną samotność

Stanęłam przed Tobą, Jezu

W wielkim Milczeniu, patrzyliśmy na siebie

Chciałam być blisko Ciebie

Szukałam momentu Twej samotności

Gdy byłeś sam, bez wiwatujących osób

Bez tłumów pragnących Twej śmierci

 

Samotność, ukryta w mej duszy

Pragnęła spotkania z Tobą, spojrzenia w Twe oczy

To ona, wyprowadziła mnie, na Drogę Krzyżową

A w ciemną noc, do Ogrodu Oliwnego

To Twoja Samotność, lęk, prosiły – nie uśnij jak apostołowie

I idę tak od lat, obok Ciebie … w Drodze Krzyżowej

A jedynym naszym słuchaczem jest noc ciemna i krzyż

 

Klękam obok Ciebie, gdy upadasz

Gdy okrucieństwo Twej Męki nadal mnie przeraża

Proszę Szymona o pomoc, Weronikę, o chustę

I idę dalej, bo tylko przy Tobie, Jezu

Moja samotność nie boli, a lęk przed światem

Który zabija dobro, nie gasi nadziei

Widzę dłoń Twoją, gdy odrywa się od krzyża

                Błogosławi, rozwiewa ciemność nocy Ogrójca

                Czyni cud zmartwychwstania Miłości.

 

Zasypiam, myśląc o książce o Najświętszej Maryi Pannie, którą właśnie czytam. Jestem na granicy jawy i snu. Przez jeden cudowny moment, który jest jak błysk fleszu, widzę twarz Jezusa – uśmiechniętą! Ten uśmiech nie jest zwykłym uśmiechem „twarzy” … jest słodkim dobrem i przejmuje radością. Chciałoby się ten uśmiech zatrzymać na zawsze. Następnego dnia, podczas mszy, dziękuję Jezusowi za to przeżycie i słyszę w sercu: Ja zawsze z tym uśmiechem podaję wam komunię, choć może tego nie widzicie. I choćby ksiądz miał ponurą lub smutną minę, Ja daję wam zawsze w komunii Mój uśmiech.




Czy ty Mnie kochasz?

W szary, zimny, deszczowy dzień

Taki, który rodzi smutek i ból

Usłyszałam w sercu pytanie Pana:

Czy ty Mnie kochasz?

Ten głos był jak genialny śpiewak

Który potrafi przemieniać śpiewem smutną duszę

Ożywiać radosną pieśnią nadziei …

 

Jakże Cię mogę nie kochać, Jezu?

Bez miłowania Ciebie, byłabym ptakiem bez skrzydeł

Domem bez drzwi i okien, więźniem ciała

Sierotą porzuconą na pustkowiu

Analfabetką Twoich słów miłości

Ślepe i głuche byłoby moje serce, obojętne

Na Twoją i ludzką miłość

 

Kocham Cię, Jezu, bo dałeś mi skrzydła wiary

Ptakiem jestem, przysiadającym na Twoich dłoniach

Sierotą nie jestem, mam Ciebie, Jezu

Nie jestem więźniem ciała

Moje oczy widzą dalej, uszy słyszą Twoje słowa

Radują się na Twój głos, na Twoje pytanie:

Czy ty Mnie kochasz?

                  Bo czuje moja dusza

                  Iż nawet ten okruszek mej miłości – do Ciebie

                  To Twój dar – Twoja obecność we mnie.

 

Dlaczego Mnie kochasz?

 

Kiedy mówiłam: Jezu, kocham Ciebie

Pytanie usłyszałam … dlaczego?

I nie cytuj Mi słów osób świętych

Własną modlitwę ułóż

O sercu zakochanym

 

Wiem, Panie, chcesz bym dna serca sięgnęła

I królestwo piękna tam odnalazła

Perłę, skrywającą tajemnicę miłości Boga

Dar, dla ludzkiego życia

I nie lękała się przyjąć go i poznać

 

Biorę perłę w dłonie, dzieciństwo w niej widzę

Rodzice wpatrzeni w krzyż, w obraz Niewiasty Pięknej

To Bóg, mówi ojciec, a to Matka Święta

To też twój Ojciec i Matka … a dziecko dziwi się

Żywi rodzice obok i Ci milczący, przybici do ściany

 

Kocham Cię Jezu, bo dar mi dałeś

Aby pokochać, ożywić tych „milczących rodziców”

Nie zostali Oni tylko znakami na ścianie

Przyjęłam Ich do serca

I spotykam na mszy świętej

 

Kocham Cię Jezu, bo gdy lęk i rozpacz

Próbowały mnie popchnąć do upadku

Czułam blisko krzyż, który wyrastał jak żywe drzewo

Jabłonią się stawał, karmił owocami nadziei

Podnosił mnie ten krzyż … Twój krzyż, Jezu

 

Kocham Cię Jezu, za to pytanie … dlaczego?

Zapisuję to wraz z moją modlitwą miłości

Wkładam głęboko do serca

Niech serce moje będzie jak jerozolimska Ściana Płaczu

Z której Ty, Panie, będziesz wyjmował codziennie, dopóki żyję

             Moje modlitwy do Ciebie … od serca zakochanego.

 

Droga Prawdy

 

W sieć pajęczą życia zaplątani

Dróg, serce nasze, szuka do Prawdy

Czasem ku światłom sztucznym biegniemy

A światła te gasną, płomieniem są tylko świecy

Ranią dłonie, gorącym woskiem ułudy

 

Cieszą nas drogi, na których śmiech i zabawa

Fajerwerki marzeń rodzą nowe pokusy

Światło nas dotyka, zaledwie migoczące

A twarze ludzkie są jak maski karnawałowe

Papierowe, oszukańcze, szydzące

 

I choć w uszach brzmi jeszcze chichot

Z tamtych dróg, które serce zawiodły

Dusza śpiew słyszy, muzykę łagodną

Jakby szmer strumyka, który tajemnicę objawia

Słowami, które na Drogę Prawdy prowadzą:

 

„Szczęśliwy mąż, który nie wchodzi na drogę grzeszników

On jest jak drzewo zasadzone nad płynącą wodą

Które wydaje owoc w swoim czasie

A liście jego nie więdną (…)

Bo Pan uznaje drogę sprawiedliwych

A droga występnych zaginie” (Psalm 1)

 

I choć ciemność jeszcze wokół człowieka

Za słowami tymi podąża, czułą otaczany opieką

Na światło czeka poranka, w niebo wpatrzony

Idąc, potyka się, upada, powstaje, śmieje się i płacze

A obok niego, cichy pielgrzym z człowieczych dróg

Prowadzący na Drogę Prawdy, Jezus Miłosierny.

 

Po Mszy Świętej zostałam na Adoracji i w pewnej chwili ukazała mi się bardzo duża, biała perła. Nie wiedziałam jak to wyjaśnić i nagle usłyszałam głos: każdy człowiek, który odchodzi od swego grzechu, jest dla Mnie taką drogocenną perłą, piękniejszą niż inni, nawet bezgrzeszni ludzie.

 

Aleja złotej więzi

 

Szukam w sobie ścieżek

Dróg szczęścia, smutku, radości, miłości

Wspomnień, nadziei i zwątpień

Krążą we mnie, przecinają się, plączą …

Ot, ludzkie życie

Jest pewna aleja przedziwna, pełna ciepłego światła

Prosta, niepoplątana

Od nieba, do serca prowadzi

Kwiatami są na niej, słowa Jezusa

Wkraczam na nią po ciepło i bezpieczeństwo

Ta aleja, to dar święty, deszczem chrztu skąpana

Zdarza się, że człowiek jej nie rozpoznaje …

Szuka szczęścia w poplątanych ścieżkach życia

Oszustwo świata przyjmuje za dar prawdy

Aleja złotej więzi cienka się staje

Bezbronna, zapomniana …

A przecież miała być źródłem mocy!

Kamień niewiary pojawia się przy bramie alei

Ostry, raniący

A ścieżka „złotej więzi”, drogą się staje Kalwaryjską

Wkracza na nią … Jezus

Często pośród słów obraźliwych, nieufnych

Kaleczony gwoździami ludzkiej pychy

Bóg Miłosiernej Miłości staje wobec …

Wolnej woli człowieka

Walczy o złotą aleję więzi z ciągle ukochanym dzieckiem

I nie jest to bój o laur zwycięstwa, fanfary i zachwyty

To bój o zbawienie duszy, dla wieczności

Co wybierze człowiek: czy być ofiarą Miłości, czy świata?

 

Klucz miłości

 

Chcę się zbliżyć do Ciebie, Jezu

Ale …

Zasłonę widzę, przezroczystą, kryształową

Jakby z kropelek czystej wody utworzoną

A może łez?

Kropelki drgają kolorami, światłem, żyją

Kryształowa zasłona zachęca ciepłem, pięknem

Za kryształową zasłoną, świat Dobra, Doskonałości

Kładę dłonie na niej, ślę modlitwę Wiary

Zasłona drga, mieni się, nie znika

Ślę modlitwę Nadziei

Zasłona przyjaźnie szumi, delikatną melodią

Zrozpaczona „spokojem” zasłony, klękam …

 

Anioł wyjawia mi tajemnicę „otwarcia” zasłony

Jak ziemski kryształ ma słaby punkt

Rozpryskuje się na drobne odłamki

Tak, zasłona ta … ma własny, święty punkt

Otwierający się na człowieka

Trzema, tajemnymi zamkami Serca Jezusa

Otworzyłaś zasłonę, Wiarą, Nadzieją

Ale, gdzie … Miłość?

Pamiętasz … tak więc trwa Wiara, Nadzieja, Miłość

Te trzy, z nich największa jest Miłość

Miłość do Boga … tajemny punkt, kruszy zasłony

Te ziemskie i te niebieskie

Anioł odleciał … a ja szukam w swym sercu

Miłości, która nie zawiedzie Pana

                Miłości, która nie odrzuca Jego bólu poniżenia

                Miłości, która pójdzie obok Niego.

 

Od kilku dni modlę się na Mszach Roratnich i po komunii proszę Pana Jezusa o „naprawienie” mojego serca, abym mogła mego Pana bardziej kochać. I nagle słyszę: Ale…czy wiesz, że do naprawy serca będą potrzebne i gwoździe i młotek…?

 

Lek z bożej apteki

 

Nie przejdzie człowiek przez życie, bez zranień

Dopóki w ludzkim świecie

Nienawiść, jak złośliwy owad

Kąsa i zatruwa

A miłość … nauczyła się zakładać suknie zdrady

 

Świat rani fizycznie, ale i duchowo

Ranami widocznymi, które medycy leczą

Ale także niewidzialnymi, odpornymi na leki z apteki

Tak bolesnymi, że człowiek „krzyczy”

Agresją, smutkiem, płaczem, złym słowem

 

Właściciele ran niewidzialnych, często leczą je

Alkoholem, narkotykami, agresją, byle jaką „miłością”

A rany te, nie chcą zamilknąć

Człowiek trwa samotny w swym zranieniu

Zatruwa się … i niszczy własne człowieczeństwo

 

Jest na tym świecie Niebieski Lekarz

Niewidzialny, w swej fizycznej postaci, jak nasze rany

Stoi obok nas, odrzucamy go, przechodzimy obok

Omijamy zranionego Jezusa, z krzyżem pełnym naszych ran

A On, wyciąga do nas rękę z … lekiem

 

Lekiem, jakiego ziemski medyk nie stworzy

Lekiem … wykupionym ze świata, Krzyżową Męką

Miłością Czystą, Bezinteresowną i tak Pokorną

Iż nie odwraca się nawet od tych, którzy

Odtrącają Jego dłoń … z cudownym lekiem

 

I tak trwa, przy człowieczych ranach

Jak towarzysz w trudnej podróży przez świat

Czekając

Na te chwile, gdy zraniony bólem człowiek uwierzy

W leczniczą moc bożej Miłości.

 

Męczennicy

 

Są jak nieoszlifowane diamenty

Zrzucane z nieba

By życie, brylanty z nich uczyniło

Bożego słowa, świętej Ewangelii

Jeszcze nie znają krańca swej drogi

Zanurzeni w młodzieńczych wątpliwościach

Czy Pawłem być grzesznym … czy apostołem?

Niebo, ma czas własny, własne tajemnice

Ale, diamentów nie gubi

 

I nikt z nas, Jezusowi oddanych

Choćby ksiąg mądrych przeczytał setki

Nie pojmie tajemnicy serca

Tego świętego momentu

Gdy człowiek … męczennikiem się staje

I choć upokorzony, torturowany, bity

Miłości zaszczepionej przez Boga

Miłości, odbitej mocą, od Jezusowego krzyża

Nie zdradza …

 

Oprawcy, patrzą na umierającego za wiarę w Boga

Ze złością, czasem z bluźnierstwem na ustach

Ale serca ich, pełne buty, ogarnia dziwny lęk

I pytanie ,,, skąd oni czerpią moc?

Z drewnianego krzyżyka? habitu? misyjnej szaty?

I choćby złamali ten krzyżyk, rozdarli habit, zdeptali szaty

Miłość męczenników … żyje, ich krew wydaje plon miłości

Zrasza ziemię bożym słowem, dla pokoleń

Darem jest świętej miłości człowieka do Boga

                Dla Świętej Miłości Boga do człowieka.

 

Widząc „paradę równości”, słysząc bluźnierstwa skierowane przeciwko kościołowi, parodię mszy świętej, obrazę Matki Bożej, odczułam … złość. Jednak złe emocje, pomyślałam, to tylko emocje. Gdzie jest źródło zła? Skąd tyle nienawiści, chęci obrażania właśnie kościoła i katolików? Przecież mają swoje środowisko „zabawowe”, wolne od 10 przykazań. Dlaczego tym się nie cieszą, tylko szukają kogo by tu „sponiewierać” bluźnierstwem. Jakby chcieli zabić nienawiścią wiarę innych ludzi, ich wartości, a nawet samych ludzi (wypowiedź jednego z demonstrujących). Dlaczego ci „od 10 przykazań” tak im przeszkadzają? Niepokoi ich sumienie? Gdzie ich tolerancja? Co ich tak boli, że muszą nienawidzieć? Mają przecież własne sumienie (róbcie, co chcecie), dlaczego nie są szczęśliwi i wolni od nienawiści? Dlaczego nie znajdują w sobie pokoju? Myślę, że gdzieś głęboko zakorzenione „prawo moralne”, które strzeże człowieka przed samozniszczeniem, „przemawia” do nich, drażni … Czyżby to ich sumienie „wolne od 10 przykazań” tak mało ich uszczęśliwiało, iż dopiero bluźnierstwo daje im satysfakcję? Zło, czynione innym, zaspakaja ich wolność?

 

Zamyśliłam się nad obrazem, który ujrzałam, zatopiona w adoracji Najświętszego Sakramentu.

 

Czuwanie

 

Siedzę na kamiennym głazie

Przy pustej drodze

Nieliczne drzewa oliwkowe

Usypiane ciemnością

Pochylają się ku drodze

Jakby chciały wysłuchać

Ostatnich nowin dnia

Nie jestem śpiąca, raczej czuwam, oczekuję

Na rozmowę, spotkanie?

Dotykam sercem czasu, który nie ma godzin

Płynie jak spokojna woda

To czas obrazów zatopionych w nurcie tej wody

Jak w świętym, czystym lustrze

Widzę Nazaret, małego Jezusa z Maryją

Śmieją się, idą do Józefa

Widzę tłum Żydów w Jerozolimie

Mężczyźni w długich szatach, dotykają swoje długie brody

Dyskutują, a może kłócą się

A potem …

Tłum popychający Jezusa z Krzyżem

Jezus patrzy na mnie

Czuwaj do końca … słyszę

Nie budź się, nie uciekaj ode Mnie

Gdy cierpię, gdy biją Mnie, krzyżują

Czuwaj …

Na kamiennym głazie, przy pustej drodze

Czasem samotna jak Ja …

Czasem radosna, przy pustym grobie

Czuwaj, czekaj na Mnie

Ja, będę obok ciebie przechodził …

 

Naczynie Bożego Słowa

 

Kiedy serce twoje, świat w pustynię chce zamienić

A kruki z wrzaskiem

Ostatnie nasiona nadziei wydziobują

Nie krzycz na Jezusa, nie porzucaj wiary

Jak tłum wrogi przed sądem Piłata

Przed Józefem Świętym klęknij

I daj Mu, w ciszy poranka lub wieczora

Wejść na pole serca twego, by zasiał …

Białe lilie niewinności, ufności i posłuszeństwa

Niech spojrzenie oczu Jego, głos twój znękany, uciszy

A ciało, lękiem zranione, gestem miłości, uleczy

Bez słów … w milczeniu … i ciszy

 

Niech Józef Święty, pokory cię nauczy

Takiej, która wąską drogą, do Boga prowadzi

On sam się jej uczył, gdy słów anioła posłuchał

I Maryję przyjął za małżonkę swoją

Wątpliwości rozważał jak człowiek zwyczajny

Słowami własnymi jednak, nie zagłuszał Boga

Naczyniem stał się dla słów Boga Stwórcy

Kielichem kryształowym, wypełnionym niebem

Tradycja mało o Nim mówi, jedynie, iż Świętym był Milczenia

Nikt z nas się nie dowie, ile łez twarz Jego skropiło

Ile uśmiechów posłał swej Pięknej Rodzinie

Jak bardzo zabiegał, by chronić ich przed wrogiem

 

Z jaką miłością patrzył na rosnące Dziecię

Z jaką czułością służył Matce Jego

Wykonawcą był, planów Bożych

I nie słowa, lecz czyny, były Jego misją

Tajemnicę swego serca, powierzył Najwyższemu

A będąc Opiekunem Rodziny Świętej

Opieką też, nas otacza, posługując jak najczulszy ojciec

Kiedy serce twoje, świat chce w pustynię zamienić

Nasionom nadziei i wiary nie pozwala wzrosnąć

Świętego wezwij, Józefa, który burzę twego życia uciszy

Samym spojrzeniem, gestem dłoni błogosławiącym

Dar ci ofiaruje … milczenia, twój krzyk niespokojny w ciszę zamieni

                Byś Boga mógł … w modlitwie usłyszeć.

 

Jestem na adoracji. W moim kościele jest teraz duża, złota Monstrancja. Mówię do Pana Jezusa: Masz piękny dom i jesteś dobrze widoczny dla każdego. Raptem słyszę: „Powiem ci coś w tajemnicy…Wy, którzy Mnie adorujecie, jesteście dla Mnie też Monstrancją… Jestem w was. Moja i wasza Monstrancja przenikają się. Wpatrują się w siebie”. Pomyślałam, że widzę Cię, Jezu w tej pięknej Monstrancji. A jaką Monstrancję Ty we mnie widzisz?

 

Moje niebo

 

Nie znam Twojego Nieba, Jezu

Mieszkania Miłości i Piękna

Tajemnicą jest dla mnie

Ogrodem z mojej wyobraźni

Tworzącej obrazy z drobinek ziemskiego piękna

Które przechowuję w sercu

Jak w dziecinnym skarbcu dla tajemnic

Są tam perełki wspomnień

Z miejsc świętych, spotkań radosnych

Modlitw przedziwnie rozpalających

Darem są … z Twojego Nieba, Panie

 

I choć nie znam Twojego Nieba, Jezu

To znalazłam go … na ziemi

Codziennie otwieram do niego, zwykłe, drewniane drzwi

Do … Kościoła

Siadam na ławce, czekając aż zjawisz się, Jezu

Z Twojego Nieba, do mojego, ziemskiego

Nasze, ludzkie niebo, nie jest doskonałe

„Widzę” czasem jak wyciągasz rękę na powitanie

A człowiek przechodzi obok, zamyślony

Widzę ludzi-gości, obojętnych, jakby „przymuszonych”

Koniecznością … chrztu, bierzmowania, ślubu, pogrzebu

 

Nasze ziemskie niebo ozdabiamy pięknem …

Obrazów, rzeźb, bukietów

Są daniną za ludzkie niedoskonałości, grzechy

A Ty smucisz się, Jezu, że miłość w ziemskim niebie

Czasem szybciej więdnie niż bukiety zdobiące ołtarz

Ale, nie znam innego nieba, tylko to, do którego

Otwieram codziennie drewniane drzwi, czuję jego zapach

Widzę złote tabernakulum, jak błyszczące słońce

I wiem, że Twoja Miłość, Jezu, w niebie-Kościele, nigdy nie zwiędnie

Zawsze będziesz stał z wyciągniętą ręką i pokarmem Eucharystii

Dlatego kocham moje ziemskie niebo – Kościół Święty.

 

Święci

 

Gdy nam grzechy własne, bolesną sprawią ranę

Po wsparcie do świętych, dążymy

By mocą ich wiary się karmić

Poznać próbujemy tajemnicę ich życia i wiary

Tajemnicę, dla której, nawet życie tracili

I widzę ich wspinających się ku światłu nieba

Po schodach świata, kolcami pokus, najeżonych

Często po śliskich skałach zwątpienia i choroby

Jakby Bóg krzyżując ich wolę i ciało

Dusze ich, do Syna Swego, chciał upodobnić

 

Lecz wśród tych trudów i walk duchowych

Uśmiech dla ludzi nie znikał z ich twarzy

Łzy kryli pośród smutnych, ciemnych nocy

W słowa modlitwy błagalnej przemieniali

Gdzieś, w jakimś czasie swego życia

Jezusa ujrzeli na krzyżowej drodze

Oczy miał biednych, głodnych, spragnionych miłości

W Jego milczeniu, rozpoznali dla siebie, wolę Boga

I walkę podjęli z własną słabością

Za tych, którzy jeszcze miłości Pana, nie poznali

 

I choćbyśmy chcieli ich świętość rozumem pojąć

Studiując wiele ksiąg mądrych

Gdy serce nasze dla bliźniego zamknięte

Nie pojmie tajemnicy świętości

Nie pojmie daru rąk i serca złożonych w ofierze

Dla zbawienia dusz ludzi, tak cennych dla Boga

Nie pojmie bólu świętych, ich cierpienia

Krzyżowania ciała i woli i ufności wiernej

Bo dla nich, jak mówi Matka Teresa z Kalkuty

Cierpienie, to znak, że jesteś blisko Jezusa na krzyżu

Tak blisko, że może cię ucałować.

 

Przedziwny chleb miłości

 

Obraz widziałam nad ołtarzem

Jezus pośrodku, po bokach święci i błogosławieni

Aniołowie ich prowadzą

Brat Albert w ręku chleb trzyma

W pielgrzymce do nieba, z rąk go nie wypuszcza

Jakby chleb, którym karmił biednych na ziemi

Symbolem był Chleba Żywego

Znakiem, iż w Królestwie Niebieskim

Walczyć będzie o wieczne dusz zbawienie

 

I myśl przyszła do mnie, ze śpiewem ptaka za oknem

Tyle życie nasze jest warte

Ile kromek chleba miłości bliźnim podamy

Jezus karmi nas chlebem Eucharystii Świętej

Zaczyn świętego chleba w dusze wlewa

Z wiarą, iż z Miłości Jego

Własne bochenki będziemy wypiekać wytrwale

I jak niegdyś On, chleb na pustyni rozmnożył

Tak i my, miłością będziemy się dzielić

 

Perły nie podzielisz, wartość straci

Złotem głodu nie zaspokoisz

Pieniędzmi cierpienia nie uśmierzysz

Jedynie chleb miłości możesz rozkruszyć, smaku nie straci

Serce głodne miłości dał Bóg człowiekowi

Bogactwa świata go nie zaspokoją

I choćby człowiek miał twarz kamienną

A ręce pełne dóbr tego świata

To serce jego ciągle czeka … na okruch miłości bliźniego.

 

Szukam Twego Oblicza, Jezu

 

Wpatrzona w twarz Twoją, Jezu

Malarskimi wizjami artystów, na płótnach uwiecznioną

Poznaję myśli ich i uczucia

Zawarte w liniach ich rysunków

Jakże Cię namalować mogli, jak tylko wizją własną

Jeśli Oblicza Twego Żywego nie widzieli?

Miłością swą i talentem namalowali Ciebie

Modlitwą ikony tworzyli, często latami

Ponad ludzką niedoskonałość się unosili

Szukając piękna Twego Bożego Oblicza

 

Dziś ja, wpatrzona w twarz Twoją, Jezu

Szukam Twego Oblicza w ludzkich twarzach

Miłości w nich szukam, wiary i nadziei

Nauki o tajemnicy ludzkiego życia

I w rysach bliźnich, próbuję Cię odnaleźć

Mijam twarze smutne, zamyślone

I szanuję smutek ich oczu

Mijam ludzi kalekich, chorych

I szanuję ich ból powszedniego istnienia

Mijam samotną starość i pochylam się z szacunkiem

 

Poznaję Twoje bolesne Oblicze w ludziach

Twoją nadzieję w dziecięcych twarzach

Twój uśmiech w radosnych, mądrych kapłanach

Twoje zamyślenie w ludziach walczących o dobro

Laską Jesteś pomocną w dłoniach miłosiernych

Smutek Twój widzę, gdy Cię nie wzywamy

Oblicze Twoje widzę w tajemnicy serc ludzkich

Ty ją znasz, głęboko skrytą dla oczu

Spraw Panie, by serce moje, w miłosierdziu swoim

Doznawało zachwytu Twojej obecności, w każdym człowieku.

 

Znak nieśmiertelności

 

Śmiertelne jest moje ciało jak kwiaty więdnące

I świat przemijający, w którym żyję

Grzech pierworodny moim znamieniem

A Ty, Boże, Jesteś nieznaną mi wiecznością

 

Z ciemności ludzkiego łona się wyłoniłam

I duch mój w ubogą szatę ubrany

Radości moje, zaledwie błyskami są gasnącymi

A Ty, Boże, Światłem Jesteś Wiecznym

 

Mimo ciemności mnie dotykających

Ubogości ducha, przytłoczonego zmysłami

Mimo lęków mej ludzkiej natury

Królestwa jasności szukam, Twego Królestwa, Panie

 

Dziwną pamięć mam w sobie, nadzieją zdobioną

Tajemniczego, miłosnego pocałunku Ojca

Który żegnając dziecko, na trudną drogę

Nie porzuca go, na zapomnienie serca

 

Niezdolna przekroczyć granicy wieczności

W ziemskie sprawy uwikłana mocno

Modlitwę śmiertelnika wznoszę ku Tobie, Boże

Z wiarą, iż miłość nasza spotka się pod krzyżem

 

Śmiertelność moją i wieczność Twoją, Boże

Krzyżem połączyłeś, znakiem Twego Syna

Krzyż, świat mój z usychającego drzewa zbudował

Ty, obietnice wieczności na nim zawiesiłeś

 

Wylała się Miłość z wieczności, przebitej ludzkim krzyżem

Zalała ziemię pokarmem Eucharystii, manny odkupieńczej

Miłosierdziem odpowiedziała na okrutną przemoc

Wskazując drogę łączącą śmiertelność z wiecznością.

 

Bagaż pielgrzyma

 

Nadzy się rodzimy i nadzy umieramy

Słyszymy te słowa podczas dni pokuty

I choćby nas, na ostatnią drogę, ozdobiono pięknie

Nie w tym stroju, przed Bogiem staniemy

 

Staniemy przed Bogiem z przedziwnym bagażem

Workiem i kijem pielgrzyma z ludzkiej drogi

I nic w nim nie będzie, co ziemska waga zważy

Kruszców szlachetnych, medali, dyplomów

 

Na dnie tego bagażu może moneta zaświeci

Którą, choć ubodzy, daliśmy głodnemu

Może garść uśmiechów, słowa wdzięczności za pomoc

Trud codzienny, mozolny, aby godnie przeżyć

 

Wiara, którą nie daliśmy sobie, złu odebrać

Nadzieja zawieszona na krzyżu Jezusa

Miłość, której służyliśmy z pokorą, choć trudna była

I modlitwa, kij pielgrzyma, na nim się wspieraliśmy

 

Na chrzcie otrzymaliśmy ten przedziwny bagaż

Łaską wypełniony, świętego, bożego oddechu

Na drogę pielgrzyma, by świat bogacić miłością

A nie zbierać głazy egoizmu i pychy

 

Wspomóż nas, Panie, na pamięć Twego świętego oddechu

Byśmy skarby zbierali, które Ty zasiałeś

Skarby sercem poznane, w rękach nic nie ważą

Jedynie Twoja waga, kiedyś sprawiedliwie je zmierzy.

 

Bolesna pielgrzymka

 

Darem jest, Jezu, napełnić serce, Ziemią Świętą

Dać się przeniknąć słońcem Izraela

Dotknąć rękami tajemnicy tej ziemi

Miejsc, które przemierzały Twoje stopy

Oddychać powietrzem, które unosi jeszcze Twoje słowa

Poczuć się jak dziecko obdarowane …

Doznałam tych uczuć w poprzednich pielgrzymkach

Byłam radosna, radością Apostołów z Góry Tabor

 

W kolejnej pielgrzymce, zatrzymałeś mnie, Panie

Na jerozolimskiej Drodze Krzyżowej

Jakbyś chciał bym dzieliła z Tobą, bardziej ból, niż radość

Bez słońca, w porywistym wietrze, dotknięta chorobą

Niosłam w sobie dziwny smutek, skargę duszy

Modlitwa rwała się w moich ustach

Jakby chciała wyprowadzić mnie na pustynię

Z dala od hałaśliwych głosów pielgrzymów

 

Popychana, przez niespokojny tłum w Bazylice Grobu i Narodzenia

Pośród obcych twarzy i języków, docierałam zmęczona

Do miejsc świętych, skały Golgoty, groty Grobu i Narodzenia

Czułam się zagubionym pielgrzymem, poszukującym Przewodnika

Przewodnika, który wskaże mi źródło, istotę mojego pielgrzymowania

Szukałam Ciebie, Jezu, Twojej obecności …

Podczas mszy świętej, gdy wiatr zrywał obrus na ołtarzu

Gdy zimny wiatr na jeziorze Galilejskim przenikał me ciało

 

Obciążona własną niemocą

Szukałam odpowiedzi u Ciebie, Panie

Na jerozolimskiej ulicy, zobaczyłam obraz Jezusa Miłosiernego

Bez podpisu, Jezu, ufam Tobie

Przedziwny ból przeniknął moje serce

Jakby diament Twego Miłosierdzia rozprysł się na kawałki

A stopy pielgrzymów biegły dalej, zasypując go kurzem

Biegły ku śladom, zamkniętych w kamieniach, nie w sercu

 

Przeznaczyłeś dla mnie, Panie, bolesną pielgrzymkę

Nauczyłeś mnie pokory i cierpliwego miłosierdzia

Kontemplacji podziałów religijnych, podziału serc

A kiedy w Bazylice Narodzin, prawosławny duchowny

Poprosił mnie, bym przeszła … na stronę katolików

Ujrzałam Ciebie, Jezu, upadającego pod krzyżem

Krzyżem, niepodzielnym, jedynym krzyżem Miłości

Ile jeszcze wieków trzeba pielgrzymować do Ziemi Świętej

By Twój krzyż połączył ludzi?

 

Odwaga

 

Jak wejść na drogę, którą szedłeś, Jezu

By wpół tej drogi, odpoczynku nie szukać?

Kim stać się, by krzyż pomagać Ci nieść

I nie zostawić Cię samotnym?

Jak nie stać nad wodami Jordanu

Na chrzest Twój patrząc z bezpiecznego brzegu?

Jak nakarmionym będąc, chlebem i rybami

Syty nie wrócić, do kolejnego grzechu?

Jak Matką Twoją się zachwycić

By ręce nasze chciały piec z Nią, chleb dla ludzi?

Jak być przy Tobie, zalanym krwią i łzami

By z Getsemani, w przerażeniu nie uciec?

Jak grotę rozpoznać, przejście z ziemi do nieba?

Jak lęku nie doznać, gdy Herod Dziecko chce zabić?

Jak trwać przy Trzech Królach, w pielgrzymiej ich drodze

By na pustyni zwątpień, się nie oddalić?

Tyle mam pytań, do Ciebie, Panie

Klęcząc przed żłóbkiem, w Betlejem

A Ty milczenie mi nakazujesz, na ustach kładąc palec

Na serce bijące Dzieciątka, oczami wskazujesz

I milkną we mnie pytania, słabością natury skażone

Dzieciątko chcę chwycić w ramiona swoje

Niech uczy mnie odwagi miłości …

Niech uczy człowieka odwagi i wiary w Miłość

Miłość, która zawsze rękę podaje w upadku

Na drodze życia przystaje i czeka …

Aż kurz otrząśniemy, swej ludzkiej słabości.

 

Pielgrzymkowa modlitwa

 

Modlitwa ma czasem kolor soczystej zieleni

Kiedy w górach, na pielgrzymce się rodzi

Na szczyty gór się wznosi, uniesieniem serca

Zatapia w chmurach, na niebieskim niebie

Ze szczytów i pagórków, do rwących spada potoków

By żywym płynąć strumieniem, maryjnych pieśni

 

Modlitwa pielgrzyma odpoczywa zadumana

W starych cerkwiach, z oczami utkwionymi w obrazach

Świętym powierza swe łzy, radości i troski

Pięknieje, rozważając świętych obcowanie

W Litmanowej, modlitwa klęka z szacunkiem

Przed cudem objawień Maryi, kilka lat trwających

 

Nadzieją obdarzona, Jej nieustającej opieki

Ku Górze Maryi zmierza, tam posąg Maryi z różańcem

„Pod Twoją Obronę” szepcze, zachwycona pięknem świątyni

Perełki różańcowej modlitwy, szlachetne diamenty duszy

Jak kwiaty układa, u stóp Jej posągu

Na chwałę Jej Syna, za cud mszy świętych …

 

W Sanktuarium Miłosierdzia w Łagiewnikach

Modlitwa rozpoczęła swe pielgrzymowanie

Błogosławiona Jezusa rękami, delikatna się stała, wrażliwa

Na piękno świątyń, świadectwo wiary człowieka

Na piękno górskich pejzaży, jakby odbicie nieba

Modlitwa, ma czasem kolor soczystej zieleni

Wiosennej odnowy miłości do Boga.

 

Modlitwa wstawiennicza

 

Ty wiesz Boże, że droga do Oblicza Twego

Dla istot ludzkich, zaplątanych w świecie

Nie jest bramą szeroką, pięknie ukwieconą

Przy której chór aniołów przywołuje na tę świętą drogę

 

Droga do Oblicza Twego, Boże

Urywa się czasem, nad przepaścią grzechu

Przez trzęsawiska pychy wiedzie, gdzie zło czyha

Po śliskich schodach cierpienia się wznosi

 

Są lata ciemności, jak kir oblekający zmarłego

Gdy człowiek szuka dla siebie światła

I złudnym ognikom świata, ulega

Potyka się o kamień fałszu i oszukany, upada

 

Poraniony, ostatkiem sił woli przetrwania

O Prawdę błaga, o Oblicze Boga

A wówczas mały płomień, kiedyś w dziecięcym sercu zapalony

Prowadzi go … przed płomień tabernakulum

 

Olśniony światłem, które go nagle dotyka

Oddać się pragnie tej odkrytej Miłości

Przed krzyżem wylewa całe swoje życie

Spala się, w nowopoznanej Miłosiernej Miłości

 

I nie wie, że drogę jego przed Oblicze Boga

Ktoś, kiedyś wybłagał w długiej modlitwie na kolanach

W drodze krzyżowej Pana, przez ludzi poranionego

Błagał: zbaw Panie, duszę człowieka upadającego.

 

Liście wspomnień

 

Jakże piękny jest krajobraz jesienny

Kolorami liści wabiący oczy

Żółć, obok czerwieni się mieni

Czasem, między nimi, liść jeszcze zielony

Powiewem wiatru, na siłę zrzucony

 

Nad jeziorem stoję, pełnym tych kolorów

Okrytym barwami, dywanem przyrody

Ile na nim wspomnień liści porzuconych

Wspomnień wiosny, lata, gdy słońcem rozbudzone

Zakwitały na gałęziach, sokiem drzew ożywione

 

I myślę, że jezioro to, pełne zeschłych liści

Których krótką historię ono pochłonie

Jest jak życie nasze, pełne dawnych wspomnień

Zniewoleni nimi, głębi jeziora nie widzimy

Osłaniają ją, zeschłe liście wspomnień

 

Jak trudno ludzkiej naturze

Porzucić urok i boleść wspomnień życia

Porzucić jezioro, okryte dawną historią

I szukać w sobie, czystej toni wody

W której, nie liście, a twarz swoją ujrzymy

Wypatrującą nowej nadziei

W głębi krystalicznego jeziora.

 

Przeszłość i przyszłość

 

Spotkała się przeszłość z przyszłością

Na przypadkowej drodze

Przeszłość laskę miała w ręku i siwą brodę

Na plecach worek, pełen dawnych zasad

Przyszłość, twarz miała młodą, puste ręce

Na barkach, modny, kolorowy plecak

 

Przeszłość spojrzała na przyszłość ciekawie

Przyszłość, z niechęcią odwróciła oczy

Jakby się bała, że ona o jałmużnę poprosi

A zmarszczki na jej twarzy

Nadzieję jej odbiorą i urok młodości

 

Powędrowały, każda w swoją stronę

Jedna powoli, jakby czas nic nie znaczył

Druga, jak maratończyk, na czas biegła

Zbierając po drodze, owoce urody, młodości

W pusty, kolorowy, modny plecak

 

Przeszłość i przyszłość są jak pory roku

Przyszłość mocą nadziei się karmi, wiosny i lata

Przeszłość zaś, plonami jesieni i mroźną mądrością zimy

I nikt nie zatrzyma tych praw natury

Przyszłość kiedyś, przeszłością się stanie …

 

Pełna jeszcze wigoru i tęsknot niespełnionych

Biega przyszłość po ścieżkach „młodych przyszłości”

I jednego się boi, by na drogę nie trafić przeszłości

Lecz ci, którzy niegdyś jak ona, zadufani w siłę młodości

Wrzucają ją na karty przeszłej historii …

Spotkały się, przyszłość z przeszłością

Nadzieja młodości, z prawdą starej mądrości.

 

Ludzki czas

 

Jak piasek w klepsydrze, dawnym zegarze przodków

Przesypują się dni naszego życia

Zegarmistrz Czasu, cierpliwym gestem je odwraca

Spływają dalej, w rytmie powolnym

Drobiny piasku, chwile naszego życia

 

Czasem, ten rytm jednostajny

Niezwykłe spóźnienie zakłóca

Ruch, w klepsydrze ustaje, niepokój się budzi

W wąskim otworze … mały kamień widzimy

I czas się zatrzymuje …

 

Głodni monotonii dni już poznanych

Oswojeni ze smutkiem, z nadzieją na radość

Patrzymy na ten kamień, klepsydrą potrząsając

I pytamy: Cóż to znaczy, Zegarmistrzu Czasu?

 

Z drobin piasku, przez wieki całe

Skały powstały, monumenty piękne

Z naszych chwil, drobinek – kamyk mały

Na miarę niewielu lat ludzkiego życia

W nim też piękno jest zawarte

 

Jak w skałach, tak i w naszym kamyku

Czas się zatrzymał, by sens jego poznać

Darem jest świętym, który nie umiera

Dla chwały Pana poświęcony, dla życia szlachetnego

Diamentem się staje, modlitwą w krysztale zamkniętą

Dla nieśmiertelności.

 

Pytanie Śmierci

 

Pytała się Śmierć, Życia, co cennego w nim widzi?

Życie twarz rękami zasłoniło z lękiem

By oblicza Śmierci nie widzieć

Skryć się postanowiło w gromadzie

Ludzi, którzy pytań Śmierci nie słuchają

Oni sztandar niosą jak reklamę produktu

Z napisem: życie to radość, wygoda, zabawa i szczęście

I tak idąc z nimi przez czas pewien

Życie zapomniało o pytaniu Śmierci

Z gromadą głosiło hasła wesołe

Dopóki … nie upadło na ziemię

Przeszła po nim gromada, z hałaśliwym śmiechem

Nikt nie pochylił się nad Życiem

Nikt nie podał mu ręki …

Przeszkadzało w marszu, swym niefortunnym upadkiem

 

Wielki dąb, który rósł przy drodze

Cieniem swym okrył, przed upałem, Życie

Liście jego uparcie szeptały:

Co cennego jest w tobie, Życie?

I Śmierć się znowu zjawiła, w duecie z szelestem liści

Ja, kiedyś, ujmę cię w dłonie, Życie

I wyrwę twój korzeń z tej ziemi

Przed tronem cię postawię, Tego, który tchnął w ciebie ducha

Samotny przed Nim staniesz, gdy On ciebie spyta:

Co masz cennego dla Mnie?

Na puste dłonie spojrzało Życie, zasmucone

Kurz strzepnęło z ubrania i liście jesienne, suche

W drogę wyruszyło własną, światłem obdarzone

Pod dębem dziś stoi mocnym, jak ramiona krzyża

Z upadku podnosi ludzi, którym inni, nie podali ręki.

 

Czas, który nie mija

 

Czas mija, jakby ktoś z kalendarza

Kartki zrywał pospiesznie

Ledwie świt oczy przetrze, już wschodzące słońce

Blaskiem swym, do pracy wzywa

I biegniemy, biegniemy …

Ślad po naszej pracy, gdzieś zostaje

Kilka domów zbudowanych, maszyn wynalezionych

Ludzi wyleczonych …

A w lustrze, pan, pani siwa, zmęczona

I pytanie: gdzie zgubił się ten młody człowiek biegnący?

W twarzach dzieci dorosłych, odnajdujemy

Czas, który przebiegł niepostrzeżenie

I myśl przychodzi, czy istnieje czas

Który nie jest tylko spadającą kartką kalendarza?

Lecz czasem oczekującym, zatrzymanym?

Gdzieś w przestrzeni, między niebem a ziemią

Jest taki czas, czas trwania na modlitwie

Gdy chwila staje się godziną

Godzina, dniem …

Czas, który nie biegnie, ale trwa

W przedziwnym stanie spoczynku

Czas modlitwy, adoracji Pana

Wtapiający się w wieczność

Wieczność, bez kalendarzy, zegarów, pośpiechu.

 

Boża nadzieja

 

Boże, Jesteś światłem słońca za dnia

Księżycem, rozpraszającym mroki nocy

A my, ludzie, często ciemność widzimy

Tam, gdzie Twoje światło świeci …

Prawom słabej natury ulegamy

Ociemniali … w świetle

To, co duchem świętości przesycone

Martwym się wydaje naszym sercom

Barwą jedynie, w złotej ramie

Bólom ciała hołdujemy, nastrojom jesiennym

Zapominając o Stwórcy …

Są takie zimne chwile w naszej wierze

Dusza oddech radosny traci

Krzycząc z bólu …

 

Łagodny dotyk ojcowskiej miłości nagle spływa

Nieoczekiwanie, jak ratunek łaski

Z ciemności, krzyż się wyłania

Słabość naszą pod nim kładziemy

Ofiarę pokutną za ślepotę serca

Za jesienne chmury nastrojów zwątpienia

Za wiarę, która nocy ciemności ulega

Za serce zimne, bez modlitwy

I budzi się dusza, promieniem Ducha Świętego ogrzana

Głos Jego, jak dzwon, brzmi w nas

Ja, Bóg, łaską wiary was obdarzyłem

Ufając wam, moje dzieci, że zawodu nie doznam

Iż miłość Moją rozpoznacie, w znaku Hostii Świętej

Z tą nadzieją Ojcowską, was stworzyłem …

 

Cenny dar

 

Ty, Boże, Panem Jesteś wszechświata

My, ludzie, płomieniem na ziemi, gasnącym

Ty, Boże, tajemnicę znasz wieczności

My, nawet przyszłości swej nie znamy

Często wschód naszej nadziei, zachodem się staje

Jesteśmy jak skarbonka dziecka

W jednej miedziak, w innej, moneta złota

Głodny chleba pragnie, syty szuka diamentów

Są tacy, którzy po płatkach róż stąpają

Innym kolce kaleczą stopy

Dałeś nam jednak, Dobry Boże, sprawiedliwie

Wolną wolę, dar Twej królewskiej hojności

I choć szanse nierówne są na tej ziemi

To my wybieramy, czy złu służyć, czy miłości

 

I choćby w skarbonce życia, miedziak był zaledwie

Groszem tym możemy obdarować bliźnich

Bóg dał nam ręce, serce, by je zapełnić łaskami swoimi

Każdy z miliardów istnień, nosi łaskę Jego

A kiedy uwierzymy w Jego Miłość Wieczną

Życie nasze cennym stanie się darem

Zaiste, stworzył nas oddech Ojca Wiecznego

I do wieczności zostaliśmy powołani

I choć zło szepcze: nikim jesteś, człowieku

Duch Syna Bożego, z mocą krzyczy z krzyża:

Synami, jak Ja, jesteście, Boga Wszechmocnego

To On, bogactwo świata, z nadzieją wam oddał

To wam zawierzył życie, byście cud z niego czynili

To na ciebie czeka, który w Miłość Jego uwierzyłeś.

 

Nasze mieszkania

 

Życie widzę jak bieg nieustanny

W poszukiwaniu bezpiecznych mieszkań

Tych, które pokój duchowy dają

I tych, z drewna, cementu i cegieł

Był dom dzieciństwa, pełen głosów

Jeszcze brzmią w nas strofy bajek

Zapach tamtych marzeń całkiem się nie ulotnił

A już wiatr dojrzałości, zamknął drzwi za nim

 

Zaczynamy budować mieszkania własne

Są często jak budowle niedokończone

Nieudolni, błędy popełniamy w konstrukcji

Stołu w nich brakuje z pokarmem miłości

I miejsca, w którym modlitwa króluje

Z nieszczelnych okien ulatuje dobroć

Drzwi, próżność otwiera szeroko

Mieszkanie, więzieniem się staje dla duszy płaczącej

 

Dzień przychodzi, łaską z nieba dany

Gdy o domu słyszymy, budowanym na skale

Spojrzenie kierujemy na krzyż przybity do ściany

Wędrował on z nami w kolejnych mieszkaniach

Cierpliwy Pan, z głową opartą o ramię

I szept słyszymy: Serce Moje – to twoje mieszkanie

Klęcząc przed Nim, biegiem swym strudzeni

Z Jego obfitej Miłości, tworzymy nowe, ostatnie mieszkanie.

 

Niebo

 

Jedni w nie wierzą, inni wiary nie dają

Ci, co w nie wierzą, słowom Jezusa ufają

Dnia pewnego, myśl przyszła do mnie nieoczekiwanie

Jeśli niebo Bóg stworzył, także dla nas, ludzi

To w zamyśle Swoim, piękno Swego nieba

Pozwala nam rozpoznać, także tu, na ziemi

 

Bo czymże jest niebo, jeśli nie miłością

Którą obdarzamy mówiąc: kocham ciebie

Czy nie jest nadzieją w naszym zagubieniu?

Ręką pomocną, uśmiechem i słowem przyjaznym

Dziwnym biciem serca, miłosierną czułością

Nawet do wszelkich ludzkich słabości?

 

Jest tyle nieba na tej naszej ziemi

I tylko trzeba wstąpić do niego odważnie

Piękna w przyrodzie szukać, dobre słowa poznać

Pomoc dać cierpiącemu, choćby był nam obcy

Radości doświadczyć z bogactwa miłości dawania

Nędzę serca odrzucić, która chce miłością zawładnąć

 

Rozważając myśli o niebie na ziemi

Boże, pomyślałam, jeśli kiedyś będę godna Twego Nieba

Tęsknić tam będę, za dobrem na ziemi

Za mszą codzienną, świec zapachem i słowami kapłanów

Za ludźmi kochanymi i zwykłym dniem codziennym

I prosić tam będę Boga, o łaskę dla ludzi

Poznania Nieba na tej ziemi.

 

Otwarte okno nieba

 

Wierzę, że jest w człowieka wpisana

Idea dobra, miłości i piękna

Stwórca ją włożył w serce człowieka

I nie spocznie ono, aż po nią sięgnie

Wierzę, że gdzieś głęboko skrytą

Tęsknotę za nią dźwigamy

Jak perłę ukrytą w muszli

Tęsknotę za dobrem wolnym od grzechu

Za miłością, gotową do ofiary

Lecz tu na ziemi, w cielesność ubrani

Zbyt często muszli służymy … nie perle

To ona, w twardej skorupie schowana

Czystości pragnie, ducha naszego

 

Ale czasem, modlitwą szczerą oczyszczeni

Łaski doznajemy, przedziwnego stanu

W niebie, okno uchyla jakiś święty

I przez chwilę … perłę trzymamy w dłoni

Bez talentu do śpiewu, muzyki, malarstwa

Z ust naszych hymn piękny płynie

Ręce malują wymarzone obrazy

Muzykami stajemy się genialnymi

W tej cudownej chwili, serce ogarnia zadziwienie

Doznaliśmy cudu … zetknięcia z niebem

I choć bolesny jest powrót na ziemię

To myśl przychodzi, jak perłę tę w sercu zachować

Jak nie zatracić pamięci … dobra, miłości i piękna.

 

Pieśń pokutna duszy

 

Nie prosiłam Cię Boże, o łaski

Ze świata je brałam garściami

Nie prosiłam Cię Boże, o łaski

Choć Ty je dla mnie zsyłałeś

 

Z dumnie uniesioną głową

Kroczyłam, depcząc po nich

Owoce zbierałam z gałęzi wysokich

Z ziemi nie chciałam ich podnieść

 

Miłości nie brałam z rąk Twoich

Od ludzi jej żądałam

Aż dzień przyszedł jak czarny ptak pokuty

I duszę mą przebił ostrym dziobem

 

Przed kratą stanęłam żelazną

Za kratą jęki słyszałam i płacz

Ludzi podobnych do mnie

O łaski prosili podeptane, o modlitwę za nich

 

Uklęknąć mi nakazali, oczy ku ziemi pochylić

I szukać łask utraconych, pieśń pokutną zaśpiewać

Twarz ku Pokorze zwróciłam, obcej mi dotąd pani

W przeszłości szukałam znaków, łask Twoich, Panie

 

I odtąd klęcząc, na świat spoglądam

W postawie tej, bliżej łask Twoich, Boże

Maleńkie dary zbieram jak perły cenne

By dzielić się nimi hojnie.

 

Moc Miłości

 

Pragnę skryć się w Twoich ramionach, Jezu

Ramionach Miłości

Niech chronią mnie jak grota na pustyni

Przed upałem dnia, zimnem ciemnej nocy

Niech lęki moje pustynny wiatr rozwieje

A Górę Kuszenia mgła pokryje

Niech wiara moja trwałą skałą groty będzie

Opierającą się pustynnym wichrom

Szukam, Panie, takiego świętego miejsca w sobie

Które złączyłoby nas na wieczność

Szukam ducha, który Twego Świętego Ducha, rozpozna

Rozpoznaję Twoje kroki, Panie

Rozpoznaję też mój grzech, kiedy milknie echo Twoich kroków

Choć ciągle widzę ramiona Twoje, wyciągnięte ku mnie

Jakby czas przestał istnieć

Bo Miłości Twojej czas nie dotyka

Stoimy tak naprzeciw siebie

Ty ze swoją Mocą, ja ze swoją słabością

Pomiędzy nami, Twój boski krzyż zbawczy

I mój ludzki, maleńki

I głos słyszę: sięgnij po Mój krzyż

Grotą będzie dla ciebie upragnioną

Ramionami Mojej Miłości

Na nim odnajdziesz świętość swego ducha

Na nim spotkanie Mego i twego ducha się dokona

I żaden wicher, żaden upał, żadna zimna, ciemna noc

Mocy Mojej Miłości, do ciebie, nie pokona.

 

Zwątpienie

 

Kiedy nad brzegiem stoimy w zwątpieniu

W nurt rzeki życia wpatrując się z lękiem

Łodzi szukamy, która nas przeprawi

Na drugi brzeg, gdzie widać nadzieję

 

Brzegów takich w życiu nie unikniemy

Jedynie puste serce nie boi się tonąć

Naturę naszą ziemskie tkają wartości

Często łódź wybieramy niewłaściwą

 

I choć brzeg nadziei chcieliśmy osiągnąć

Z nurtem zwątpień spływamy dalej

Łódź, której tak zaufaliśmy

Statkiem okazała się, papierowym

 

Jedna łódź ku światłu nadziei płynie

Do brzegu, gdzie zwątpienia gasną

I nie jest to statek w pełnej gali

To łódź, z uśpionym Chrystusem

 

Gdy życie swoje jej powierzysz

Burz nie unikniesz i gwałtownej fali

I nie raz, z lękiem krzykniesz, jak uczniowie Pana

Jezu, obudź się, łódź tonie!

 

I choćbyś odwagę miał przez chwilę, Piotra

Biegnącego z ufnością po wodzie, do Jezusa

I ty, jak on, zachłyśniesz się lękiem

Ale dłoń Jezusa, wyciągnie cię z toni

 

Gościem ludzkiej natury jest lęk i zwątpienie

Łaską, wiara i zaufanie Bogu

Krzycz więc w zwątpieniu: Jezu, tonę!

I czekaj, On z miłością, do ciebie przybiegnie.

 

Ratunek

 

Jeśli ptaków nie słyszysz śpiewających za oknem

Wschód i zachód słońca cię nie zachwyca

Jeśli twarze przechodniów są dla ciebie obce

Kwiaty cię nie cieszą barwą i urokiem

Jeśli złość nosisz jak stary sweter, podarty

Miłość wydaje ci się uczuciem za drogim

A życie, skałą twardą, po której mocno trzeba kroczyć

To jakbyś zamarł w swej istocie, człowieku

I to co piękne w tobie, usnęło snem twardym

 

Wiedz, że ze skały, łzy nikt nie wyciśnie

Krwi życiodajnej też w niej nie ma

Uśmiech, pycha zakrywa, nie rozjaśnia twarzy

A złość odstrasza, nawet ostatniego życzliwego

Słońce nad twą głową, będzie tylko światła złudą

Kwiaty i ludzie, przeszkodą do celu

Kamieniem się staniesz, kaleczącym, głuchym

A serce twoje, dla ludzi i świata, zamilknie

 

Lecz jest dla ciebie ratunek, człowieku ze stali

Kogoś, kiedyś, na krzyżu, jak w twoją, wbito skałę

Na świat wylała się modlitwa miłosierna

Dla serc, które w grzechu skamieniały

To Jezus odarty do naga, ubrany w szatę miłosnego bólu

On, rzeźbiarz Miłości, krzyżem, nie bolesnym dłutem

Pragnął wyryć w tobie, znak bożej miłości

Znak, który serce otwiera, dla piękna życia, w niebie i na ziemi

 

Zerwany różaniec

 

Na pewnej sobotniej mszy porannej

Świat ujrzałam w sercu, opasany różańcem

Maryja pod krzyżem, sięgającym nieba

Stała ze łzami na twarzy

Różaniec, z kul był brązowych

A kule, jakby z chropowatej materii

Każda, inny miała rzeźbiony rysunek

 

Różaniec, jak wstęga obejmował ziemię

I zrywał się nad jej pewnymi fragmentami

Wojny tam widziałam, śmierć i łzy ludzkie

Zerwany różaniec i modlitwa przerwana …

Krzyże powalone i puste świątynie

Tylko pycha ludzka w szalonym wichru pędzie

Sterowała czołgami, strzelając złością w niebo

 

I inny naraz ujrzałam różaniec

Z białych hostii jak naszyjnik był upleciony

Z niektórych, krew obficie spływała na ziemię

Przypomnienie o Męce Pana naszego

O, przerwany różańcu Maryi, porzucony w świecie pychy

Jeśli ludzie odrzucą cię i zbawczą krew bożego Syna

Kto przyjdzie nam na ratunek?

 

Mów, serce moje

 

Przed Świętym Sakramentem klękam

Miłosiernym spowiednikiem duszy

Słów nie znajduję pięknych, ot, czasem kilka westchnień

W głos się wsłuchuję serca, niech ono mówi do Pana

Niech z westchnień głęboko skrytych

Pragnienia serca zmienią się w słowa

Cisza zalega we mnie, melodie świata milkną

Serce wpatrzone w Pana, przemawia słowami własnymi

 

Modlitwy pragnę, Ojcze, tak ufnej jakby była ostatnia

Niech kropką każdego zdania będzie łza błagalna

O miłość proszę taką, by nie przestała płynąć

Do ludzi, których nie mogę zrozumieć

I tam oskarżeń nie budowała

W oczy Twe, Panie, pragnę być tak wpatrzona

By uśmiech w nich dostrzec i smutek

Radością się cieszyć Twoją i żal Twój wynagradzać

 

Na obraz Twój zawieszony w kościele, czy domu moim

Spoglądać jak na żywą postać, a nie na malowany obraz

Rozmawiać chcę z Tobą, Panie, z dziecięcym zachwytem twarzy

I słyszeć chcę Twoje słowa, gdy Ty chcesz mnie o coś prosić

Ja wiem, że życie ludzkie to kalejdoskop ciemności i światła

Czas uśpienia duszy i czas, gdy się budzi

Gdy dotkniesz mnie, Panie, nocą ciemności

I krzyża Syna Twego, szukać będę ślepymi oczami

Aniołów ześlij Ojcze, proszę, swemu dziecku

By wzrokiem moim byli

I pieśń śpiewali o Twoim Miłosierdziu.

 

Dawca Miłości

 

Mówisz mi - nie mam łaski wiary

Drzewem jestem zasianym na polu

Oczekującym na wiatr, znak mocy Boga

On ugnie mnie, korzenie moje wyrwie z niewiary

Czy wiarą się napełnisz, gdy korzenie uschną?

Drzewo ku słońcu uniesione, kwitnie

Choć chmur i słońca nie sięga

Natura karmi go deszczem i ciepłem

Pycha człowieka chce dotknąć słońca

 

Mówisz mi - miłością darzę bliskich

Ja nie widzę twej miłości oczami, ale ci wierzę

Znakiem twej miłości jest poświęcenie

Czyż Ofiara Męki Jezusa nie jest poświęceniem?

Bezcennym Darem Miłosiernej Miłości Boga?

Są ludzie, którzy na szczyty gór się wspinają

Szukając doświadczenia tajemnicy

Co czuje ten, który w pokornej słabości

U stóp góry klęczy, zachwycając się jej pięknem?

 

Garść trawy w rękę bierze, barwą, zapachem się zachwyca

I choć szczytu góry nie osiągnął

Radość czuje i zachwyt nad dziełem Stwórcy

Znaki Jego widzi, serce czuje smak Miłości

Gdy głód czujesz, czy o bochenku całym marzysz?

Czy mała kromka go nie zaspokoi?

W pamięci masz rękę matki, gdy ci ją podaje

Smak, jeszcze po latach czujesz, tego miłosnego gestu

Bóg też chce cię karmić miłosnym dotykiem

 

Nie szukaj Boga na szczytach swego rozumu

W świecie, który hołduje leniwej sytości

Szukaj Go w pięknie Jego znaków otaczającej natury

W dziełach, które najzdolniejszy artysta

Nie jest zdolny oddać słowem, obrazem

Szukaj Go w ludzkiej ofiarności

W Ofierze Eucharystii, modlitwie, łaskę wiary zsyłającą

Jeśli serce twoje potrafi darzyć miłością

Jakże więc w Dawcę Miłości masz nie wierzyć?

 

Niedokończony obraz

 

Dziwny obraz ujrzałam przed oczami

Szaro-niebieski, niedokończony

Jakby malarz, na chwilę, odszedł od sztalug

Szukając twórczych natchnień

 

Na obrazie, ocean wzburzony, pusta plaża

I dwoje ludzi, sylwetki bez rysów twarzy

Jeden z nich, kotwicę miał przy nodze

Drugi wlókł kulę żelazną, jak galernik

Obaj, śmiało, bez wahania, w wody oceanu wkraczali

 

Co chciał tym obrazem malarz przekazać?

Czym był dla niego ocean wzburzony?

Wizją życia, w walce o przetrwanie?

Odmętem, pochłaniającym człowieka?

 

Samotna, z myślami, stałam przed obrazem

I dręczący niepokój wlał się w moje serce

Dlaczego, ten z kotwicą, odważnie zanurzał się w wodzie?

Dlaczego, ten z ciężką kulą, nie bał się utonąć?

 

I nagle anioł przyniósł mi natchnienie

Człowiek z kotwicą, w ocean wkraczał z wiarą

Iż Bóg zarzuci ją, przed zbyt groźną falą

Ta kotwica, to ufność w przykazania boże

One są ochroną, gdy odmęt zła wciąga

 

Człowiek z kulą żelazną, wiarą w siły własne

W ocean życia wpływa, pełen próżnej pychy

Dla obu … to walka o wieczne przetrwanie …

I nagle niepokój mój, wyparła nadzieja:

 

Kiedy malarz wróci z natchnieniem od Boga

Łódź domaluje gdzieś na horyzoncie

Na łodzi napis, światłem błyszczący

A treść jego: Miłosierdzie czeka.

 

Blaski świata

 

Mnóstwo świateł pobłyskuje ludziom przed oczami

Wabią jak ogniki obiecujące: pójdź za mną

Gdy wieczorem wpatrujemy się w płynącą wodę

W falach błąkają się jedynie światła odbite

 

Wrażenie masz, że są światłem - znakiem

Lecz gdy źródło ich zgaśnie lub drzewo przysłoni

Ułudą są jedynie, chwilowym odblaskiem

I ciemność pochłania cię znowu

 

Takim się wydają światła tego świata

Kariera w światłach fleszy, ułuda blasku bogactwa

Pycha zdobiona lampkami kolorowymi

To światła teatru tego świata, które kiedyś zgasną

 

Tak łatwo myli człowiek światełka odbite

Ze źródłem światła Prawdy, które nigdy nie gaśnie

Ułudę myli, oszustwo świateł odbitych

I Boga, Stwórcę Wiecznego Światła

 

Daj Boże doznać wszystkim ludziom

Blasku Twojej Miłości, nigdy nie gasnącej

Niech żaden błędny ognik tego świata

Nie zwabi ludzi, prowadząc ich w ciemności.

 

Fale łask

 

Chciałam Ci, Boże, tylko podziękować

W prostej modlitwie, szarego dnia

Za łaski od Ciebie otrzymane

A zachwytem serca mnie obdarzyłeś

Jakby KTOŚ tamę zerwał na niebiańskiej rzece

Bogactwo ukazując łask płynących

 

Zadziwiona stałam nad nurtem tej rzeki

Nad mocą fal bożego miłosierdzia …

Wstąp w tę rzekę, usłyszałam, daj się ponieść jej wodom

To Ofiara Jezusa, zerwała tę tamę!

Ne bez lęku zanurzam w niej stopy

Bagażu życia trzymam się, deską jest ratunku

 

Niepewnie płynę z nurtem tej rzeki

Miłosierne fale, topią mój bagaż życia

Tylko ja … i fale łask, życzliwie oczyszczające

Na środku rzeki, trud odczuwam pływania

Fale łask są piękne, ale wymagają trudu pływaka

Szepczą o bezinteresownej miłości, o zaufaniu Bogu

 

O wierze, przebaczeniu dla raniących serce, o cierpieniu

Rzeka, którą płynę … oceanem się staje bezkresnym

Lękam się słabości, lękam się wyrzucenia na brzeg

Bolesnym krzykiem przywołuję białą hostię

Znak mocy, płynący ponad falami

Bądź ze mną, krzyczę, Tobie, Boże, zaufałam!

 

Na ścieżkach wiary

 

Na drogę życia jesteśmy rzuceni

W bezradność niemowlęcą ubrani

Świat jest dla nas odczuciem ciepła, zimna, smaku

Potrzebą bezpieczeństwa dla maleńkiego ciała

 

Lata mijają, umysł niespokojny zadaje pytania

O drogę wiary, w sens swego istnienia

O spotkanie ze światłem, prowadzącym do Prawdy

Serce niespokojne szuka tego światła …

 

A kiedy ścieżkę taką znajdziemy

Na której miłość nasza z Miłością światła się spotka

Drogę wrażeń i zmysłów ciała, opuszczamy

Na ścieżkę wiary wkraczamy …

 

Ścieżka ta nie jest kwieciem usłana

Choć w pobliżu, pieśni słychać pięknych aniołów

W pielgrzymce wiary, wąskie czekają groty

Często, bolesna ciemność, usłana krzyżami

 

Światło przygasa, krzyże grzechów ranią ciało

Jak ostre gwoździe, wbite w gładką groty ścianę

Rąk unieść nie możemy, lęk krąży nad głową

I szept wrogi się niesie: zawróć z tej drogi …

 

I trzeba mocy modlitwy o cud wiary w Boga

By w ociemniałych oczach, nadal widzieć światło

Na klęczkach, z ufnością, w pokorze iść dalej

Niech krzyż Chrystusa w naszych dłoniach, ku światłu prowadzi

 

Nie ma, do Ciebie Boże, ścieżek wiary, wygodnych

Naszą wiarę sprawdzasz w świetle dnia i w nocy

Lecz Miłosierdzie Twoje, zna ludzkie słabości

A ręka Twoja, pielgrzyma wiary, podtrzymuje w drodze i chroni.

 

Daj mi Boże, słowa …

 

Jak dziwną władzę mają ludzkie słowa

Można je wymawiać, ale w nie, nie wierzyć

Można je z wiarą głosić ludziom

Lecz niewielu zechce w nie uwierzyć

Płyną piękne słowa, obłokiem po niebie

Wiatr je pogania, nie wiadomo dokąd

Pustka zostaje, nawet dźwięk gdzieś ginie …

 

Są słowa, które taką czynią w sercu władzę

Iż stają się skałą, kamieniem milowym

Mur w sercu stawiają i mocy dodają

I choć mogą ranić, ciężarem swej prawdy

Opoką są, na której, dom swój budujemy

Na fundamencie ufności i wiary

Bo słowa Prawdy, Oblicze mają Wszechmocnego

 

Daj mi Boże, słowa jak kamienie trwałe

Niech głuchnę na te, które wabią fałszem

Niech nawet w bólu będę je wymawiać

Jak niemowa, który cudem odzyskał mowę

Daj mi Boże, Twoje słowa, słowa Miłości

Z nich zbuduję w sercu przestronną kaplicę

W niej, modlitwą szczerą, wielbić będę Ciebie.

 

Ocean wiary

 

Czasem w sennych marzeniach widzimy obrazy

Jakby zmarły malarz nadal tworzył dzieła

Bez płótna, farby i sztalugi, siłą jedynie wyobraźni

I przesyłał je do galerii snów ludzkich

 

Widziałam taki obraz – ocean wzburzony

Z bieli fal spienionych, wyfruwały ptaki

Z oceanu wyłaniał się żywy Pan Jezus

I ręce wyciągał do ludzi stojących na brzegu

 

Symbolem wiary wydawał się tajemniczy ocean

Tam, gdzie zapraszał sam Jezus

Prawdziwa wiara nie trwa bezpiecznie na brzegu

Musi z zaufaniem zanurzyć się w Prawdzie

 

I dotknąć jej jak pływak poddawany falom

Napić się, a nawet zachłysnąć wodą żywej wiary

Walczyć do bólu ze złem, o dobre przetrwanie

Dziękować za łaskawość pomocnych rąk Boga

 

I choć lęk czasami wciąga nas w odmęty

Zalewają fale spojrzeń, obojętnych widzów na brzegu

Nasza moc, nie w sile naszych mięśni

Lecz w Bogu, Jego Obietnicy, wiecznego zbawienia.

 

Twarze i słowa

 

Twarze nam dałeś, Boże i słowa

To z nich czytamy jak z otwartej księgi

Emocje, uczucia skrywane w człowieku

Piękno lub brzydotę jego wnętrza

 

Są słowa i twarze tak piękne

I nie myślę tu o urodzie fizycznej

Kiedy na nie patrzymy, słów ich słuchamy

Czujemy moc Ducha Świętego, spływającą na nas

 

To artyści słów bożych i prawd wiecznych

Z twarzy ich czytamy o sile ich wiary

I nie muszą ich wygłaszać głośno i z patosem

Życiem swym poświadczają prawdziwość słów swoich

 

Nie z tej ziemi wydają się wysłannikami

Świętymi chcemy ich nazwać, lecz oni grzesznikami się czują

Nieobca im samotność pośród wrogich twarzy

I ciało ich cierpi, bólem dotknięte

 

Skąd moc czerpią, by nie polec w walce

Z ludźmi o twarzach pełnych pychy i słów wzgardy?

Czy serca i ciała ich ulepiono z lepszej gliny?

Czy może odkryli, otwarte w niebie, okno?

 

Tajemnicą bożej łaski niech zostanie ich życie

Oni głoszą nam, że czas zła ma śmiertelny wymiar

Na spotkanie z Dobrem wieczności prowadzą ich słowa

A ich życie, pełne miłości, świadectwem jest prawd objawionych.

 

Dar miłości

 

Jeśli łaskę otrzymałeś wypełnienia serca

Miłością, która ponad zmysłami góruje

I nie pragnie wzajemności, spłaty i oddania

Dar otrzymałeś od Ducha Świętego najdroższy

Wolność obdarowywania miłością …

Z więzów ciała uwolniony, doświadczasz

Unoszenia się ponad ludzkie przywary, grzechy

Nie osądzasz, Bogu zostawiając sąd

Twoja miłość pławiąc się w wolności

Nie czuje się dotknięta, spragniona

Jest jak życiodajne, czyste powietrze

Gotowe, dzielić się oddechem, rozdawać perły

Z niewyczerpalnego źródła tej Miłości

Jesteś ptakiem obdarowanym przestrzenią

Uwolnionym, z więzienia, klatki ciała

Krępującym cię, oczekiwaniem na wdzięczność

O, piękny darze Miłości Ducha Świętego

Dany duszy jak śpiewna modlitwa

Jeśli raz usłyszysz jej dźwięki

Trwać będzie w tobie, płomieniem niegasnącym

 

Co chciałeś mi Panie, powiedzieć?

 

Kiedy w milczącą adorację zapadła ma dusza

Obrazy ujrzałam jakby z dziecięcej bajki

Ku jasnej plamie, gorących promieni słonecznych

Owad mały, wspinał się ku górze

Deszcz spadł kroplami rzęsistymi

I mały owad zsunął się z pagórka

Po deszczu osuszył zmoknięte skrzydełka

I znów ponowił wspinaczkę ku promieniom słońca

Lecz jakby mało było tego trudu

Śnieg go przysypał białymi płatkami

Mimo to, owad przetrwał w śnieżnym puchu

I dążył uparcie ku promieniom słońca …

 

Cóż chciałeś mi Panie, powiedzieć, tą dziecięcą bajką

O naszej ludzkiej drodze ku Tobie, o walce w świecie, o wiarę

O walce, ze „śniegiem i deszczem” grzechów własnych i cudzych

W świecie pokrytym śmieciami zła, jak ów owad pod śniegiem

Ile wysiłku potrzeba, w samotnej nieraz walce ze sobą

By iść za Twoim światłem, a nie latarni blaskiem

By nogi swe zanurzać, nie tylko w trawach radości

Lecz szukać pomiędzy nimi, śladów krwi Pana naszego

Wiodących na Golgotę, gdzie czeka nasze zbawienie

Jak przetrwać pod kroplami, deszczu wątpliwości

Z nadziei słów Pana, moc czerpać i z Eucharystii

Gdy trud tej drogi poznasz, usłyszałam w sercu

Siła w tobie zakwitnie, zło jej nie pokona

I żaden deszcz, śnieg świata, nie wyrwie mojej miłości do ciebie.

 

Bez odpowiedzi

 

Gdy coś się kończy, a coś nowego zaczyna

Myśli przychodzą, co ziarnem było

Rzuconym na rolę życia, które nie wzrosło

A co pszenicą zakwitło, na chleb powszedni

 

Nad życiem ludzi zaczęłam rozważać

Tych, co już dawno, bądź ostatnio odeszli

Karty ich losu przeglądam uważnie

Tajemniczym są dla mnie, pisane pismem

 

Dlaczego jedni wpół drogi odeszli

Z kartą życia, które puste miało miejsca?

Dlaczego inni, z zapisaną trudami kartą

Dźwigają życie jak wielbłąd swe garby?

 

I choćbym dniem i nocą snuła swe domysły

Odpowiedzi nie znajdę, Bóg ją zna jedynie

Gdy karty życia studiuję, tych co już odeszli

Widzę ich gasnące marzenia, w płomyku znicza na grobie

 

I myśl przychodzi dziwna, może my jesteśmy

Kwiatami w ogrodzie Stwórcy swego, Pana?

Jedne kwiaty, choć pąkiem są zaledwie, rozsiewają zapach

Na zapach innych czekać trzeba, aż płatki rozłożą

 

I nikt z nas, tu na ziemi, szyfru życia nie zna

Tajemnicą go zakrył Bóg, Pan Życia i Śmierci

Lecz jedną przed nami odkrył tajemnicę

Iż wartość życia, skalą miłości się mierzy

 

I nie jest ważna długość życia w latach

Ilość stawianych domów, mostów, napisanych książek

Ważna jest miłość, którą Bogu i ludziom dajemy

Pamięć o tej miłości zdobi karty życia tych, co jeszcze nie odeszli.

 

Źródło pustyni

 

Jest czas pokuty, gdy o wiarę walczymy

Na pustynię, rzuceni jałową

Oczu Boga szukamy w udręce

Doświadczani ciemnością nocy

Słowa modlitwy, niegdyś życiodajne

W alfabet się zmieniają obcego języka

W tej martwej ciszy, na pustynnym wygnaniu

Walkę toczymy, o wiarę, o Boga

 

W upale pustynnym, szatan kusi ciało

Omamem oazy sycącej pragnienie

Jest na tej pustyni, także źródło czystej wody

Z tęsknoty za człowiekiem, wypływa spod skały

W lustrze tego źródła, Bóg utkwił spojrzenie

Cierpliwie czekając na człowieka „w ciemności”

Szum tego źródła, echo słów Miłości niesie

Nurt tej wody, do światła wiedzie, prosto w ramiona Boga.

 

W Kolejce Życia

 

W Kolejce Życia stanęłam …

Wiła się jak kolorowa lina

Z ludzkich istnień utworzona

Rzucona pośród dni i lat ludzkiego trwania

Szmer głosów wieścił o darach wspaniałych

Które, pierwsi z kolejki otrzymują

Przedziwna to była kolejka

Ludzi cierpliwych, z różańcem, biblią, modlitwą

I niespokojnych, wybiegających, szukających własnych dróg

Znudzonych oczekiwaniem

Mijały dni i lata, pełne poruszeń w Kolejce Życia

Z rąk oczekujących wypadał różaniec, biblia

Nadzieja słabła w Kolejce Życia

Odchodzili z niej, zmęczeni dźwiganiem krzyża

Który spadał nieoczekiwanie z obłoków

Zawiedzeni się czuli, takim obdarowaniem

Niektórzy chwytali ten krzyż i przytulali …

Unosiłam się i opadałam w swojej nadziei

Na przemian w światło idąc i w ciemność zapadając

Darów braknie dla ostatnich, krzyczała ciemność

Światło dodawało wiary …

Anioł stał przy mnie jak Stróż nieugięty

Stój, krzyczał, gdy nogi słabły

Stoję dalej e tej przedziwnej Kolejce Życia

Jak biblijni robotnicy, którzy przyszli ostatni po zapłatę

Wierząc, iż Bóg w swym Skarbcu Miłosierdzia

Dla tych ostatnich, ma też złotą monetę Miłości.

 

Sen

 

To był sen, ale dziwnie realny

Unosiłam się nad bogatym miastem

Pachniało sztucznym zapachem

Zadziwiało ciszą pustych ulic

Jakby ktoś zabronił ptakom śpiewu

A ludziom odebrał mowę

Znam to miasto, pomyślałam, sprzed lat

Czyżbym przekroczyła barierę czasu?

Szukałam znajomych kościołów i posągów

Jakaś siła prowadziła mnie

Do miejsca, gdzie stał magazyn wielki

Leżały w nim, ułożone w stosy, kamienne anioły

Martwe, z bezradnie rozłożonymi skrzydłami

Nie pasowały do tego miasta

Czyżby anioły ciszę zakłócały?

 

Chciałam unieść jeden posąg, ożywić go

Rozprostować martwe skrzydła, modlitwą

Twarz anioła patrzyła na mnie, niema

Z oczu płynęły krople, łzy czy resztki deszczu?

Pośród posągów, nagłe poruszenie

Maleńki aniołek cichym oddechem, dawał znak życia

Jak dziecko narodzone z umierającej matki

Chwyciłam w ramiona kamienny posążek

Uniosłam wysoko nad miastem

Na pustym cokole, zarośniętym trawą

Ustawiłam mojego aniołka

Nadzieję na życie, na głos modlitwy w cichym mieście

Obok cokołu leżał metalowy, zardzewiały krzyż

Dałam go aniołkowi do rąk

A on … rósł i stawał się wielkim aniołem.

 

Lustro

 

Człowieka ujrzałam niewidomego

Z twarzą, kalectwem wykrzywioną

Jakby rzeźbiarz ludzkich rysów

Ból w niej wykuł skamieniały

Ostrymi cięciami dłuta

 

Łaską jest, pomyślałam, Boże

Iż człowiek ten, nie widzi się w lustrze

I nagle, surowy głos usłyszałam wyraźnie:

Czymże jest, odbita w lustrze, brzydota twarzy

Wobec brzydoty grzechów, w nim niewidzialnych?

 

Dzięki Ci Boże, za naukę, daną oczom moim

One na człowieka patrzą, poprzez martwe lustro

Pycha się w nim odbija i ślepota serca

Prawdy ono nie zna, o duszy człowieka

O istocie jego przeznaczenia

 

I nagle twarz ujrzałam Jezusa

Oplutą, poranioną, całą zakrwawioną

W ludzkim lustrze, brzydotą by się odbiła

Na chuście Weroniki, na jej sercu czułym

Pięknem zajaśniała, ofiarą świętą

 

Brzydotę naszych grzechów, poniosłeś, Jezu

Aż na Golgotę, by Męką swoją nas zbawić

Ty, który grzechu nie znałeś, sam grzechem się stałeś

By człowiek, przeglądając się, w lustrze Twej Ofiary

Rozbił fałszywe lustra, które grzech ukrywają

I grzech swój rozpoznał, w ranach Ciała Twego

Błagając: daj mi Boże, łaskę przebaczenia

 

Książka

 

Mała paczka owinięta kolorowym papierem

Nadzieja na spokojny wieczór

Samotny, ale szczęśliwy

Ktoś wypisał w niej swoje myśli

A może tylko opisał życie

O jakim marzył?

Wertuję książki pełne słów, zdań

Czy odnajdę siebie w cudzych myślach, tęsknotach?

Poznaję świat innych ludzi, często daleki

Inny od mojego, ciekawszy, mimo to, dziwnie wspólny

Gdzieś między wierszami, na białym pasku, bez druku

Dopisuję własne życie, aby była całość

Już wiem, że nie liczą się słowa, opisy

Przeróżne, wymyślone akcje

Zapominam o nich często

Szukam w książkach potwierdzenia, że oni, autorzy

Także czekają, aż przyjdzie do nich Prawda

Ta Jedyna, Wielka, dla której warto tworzyć.

 

Dzieciątko na śniegu

 

W pewien mroźny, adwentowy poranek

Dar otrzymałam przedziwny

Na ławce pełnej śnieżnego puchu

Ktoś Dzieciątko maleńkie w kołysce zostawił

Samotnie leżało wśród bieli

Maleńkie jak palec dziecka

Czyżby anioł Cię zgubił z dziurawej kieszeni?

Czy przeszkadzałeś komuś, przy świątecznym stole?

Twoja samotność w tej biednej kołysce

Była tak bolesna, a zarazem święta

W sercu moim ożyła macierzyńskim ciepłem

Darem byłeś dla mnie niezwykłym

Choć przez kogoś porzuconym, jak gipsowa kukiełka

Byłeś darem, cichutko szepczącym

O sensie swych narodzin …

Szeptałeś mi, iż nic Cię nie trwoży

Ani hałas ulic, mróz, nawet odrzucenie

Porzucony w kołysce, bez Matki, aniołów

Cierpliwie, z bólem czekasz, na miłość naszą

A może także, na modlitwę moją?

Za tych, którzy z serc Cię wyrzucili

I w lodowej tkwią, jaskini życia

Czekasz cierpliwy, lat już setki

W kołysce drewnianej i na krzyżu świętym

Z przesłaniem, o Miłości bożej

Tak wielkiej, że aż niepojętej.

 

 

Powrót dziecka

 

Oczy zamykam, by w pokornym przyzwoleniu

Czas życia przeszły, z obecnym przemieszać

Obrazów poszukać, których nielitościwy zegar

Nie zdążył jeszcze utopić w jeziorze niepamięci

 

Widzę małą dziewczynkę w krakowskim stroju

U stóp ołtarza, z dziećmi, na mszy siedzi

Ksiądz kazanie głosi, dziecko go nie rozumie

Zapach słodkich lilii chłonie i nastrój kościoła

 

Jeszcze szata anioła ochrania niewinność dziecka

Jeszcze dziecko trwa w uścisku Nieba

Z ufnością spoglądając na otaczający świat

Z dziecięcą ufnością, podarowaną obficie, przez chrzest

 

Czas przepłynął rwącą rzeką, nie ma już tamtego dziecka

Ostre łokcie życia, rozpychają codzienność, by przetrwać

Spojrzenie dorosłego nieufne, ran życia nie zapomina

Najczęściej słyszy: ratuj się sam, jesteś dorosły …

 

Cofam film życia, sięgam do spichlerza wspomnień

Przed ołtarzem klękam, przywołując w sercu tamto dziecko

I proszę: prowadź mnie drogą swej dziecięcej ufności, ku Bogu

Zmartwychwstań we mnie, darem dziecięctwa bożego

Bym powróciła tam, gdzie ufność

Otwiera oczy i uszy na radość Nieba

Gdzie aniołowie wymiatają skrzydłami lęk

Gdzie moc ufności we mnie … karmi bliźnich tą radością.

 

Miałam sen

 

Jeszcze sen nie uleciał

Jeszcze modlitwa czekała na spełnienie

Gdy w przedziwnym zatopiłam się świecie

Ulice podobne do moich

Ludzie wtopieni w ich hałaśliwy rytm

Twarze nieznane, młode i dojrzałe

Idę w tym śnie z moimi pragnieniami

Uśmiechu, przyjaźni …

Rękę wyciągam do kolejnych przechodniów

„Nie znam cię, człowieku” – mówią

Jakby innych słów nie znali

 

Anioł mój przerywa tę smutną wędrówkę

Szepcząc: w czyściec wstąpiłaś w tym śnie swoim

Drogi szukaj wyjścia

Gdzieś w dali, skrzyżowanie widzę dziwne

Jakby wielki krzyż rozłożony na asfalcie

Jego szerokie ramiona puste są

Wolne od ludzkich stóp

Samotne skrzyżowanie ulic, samotny krzyż

Czekający na przechodniów z mojego snu

Czekający, aż czyściec go odkryje

Aż zamilkną słowa: nie znam cię, człowieku

 

Staję w samym jego środku

Samotna, choć obok kłębi się tłum

Ciśnie się na wąskich uliczkach

Przedziwny świat obojętnych ludzi

Nie bój się – słyszę głos swego anioła

Wołaj do tych, którzy się błąkają

Módl się, w swej bolesnej samotności

Ty jeszcze możesz dotknąć krzyża

Czyściec czeka na twe wołania i modlitwy

Czeka … na tych, którzy powiedzą:

Znam … i kocham cię, człowieku.

 

Piękno obrazu

 

Szczęście, rozpacz, miłość, nadzieja

Kolory mają, z palety życia wzięte

Są tęczą barw, pędzel artysty nimi maluje

Piękne są, gdy tajemnicę ludzkiej tęsknoty

Na płótnie uwieczniają, dla wielu pokoleń

Czasem lata mijają, niespokojne twórczo

A na płótnie … tylko ciemne smugi

 

Miesza artysta farby, zapatrzony w swój talent

A na obrazach farby nijakie

Postacie martwe, jak ptaki, niechętne do lotu

Sztalugi zasłania płótnem białym

Niepokój wkrada się w serce malarza

Gdzie jesteś, pyta, tajemnicza tęsknoto?

Gdzie źródło barw najszlachetniejszych?

 

Czasem Ten, który w ręku trzyma, pakiet barw pięknych

Głosem anioła, z obrazu mistrzów dawnych

Prowadzi artystę do miejsc świętych

Może tam, pozna tajemnicę swej tęsknoty?

We łzach rozpuści chłód serca i pychę talentu

Artystą życia się stanie, nie tylko malarstwa

Gdy na obrazach swych, odnalezioną tęsknotę umieści

I mistrzem się stanie, pięknem żyjących obrazów.

 

Kolory życia

 

Życie nasze tkamy jak kilim na krosnach

Z nici przez czas podrzuconych, wybieramy kolory

Wzór na nim, barwą cieszy oczy

Szarość w niego wpleciona zadumę budzi

Z motka czarnej wełny, który los zagubił

W kilim życia wplatamy czerń smutnej żałoby

I kiedy na deseń patrzymy, obraz przeszłych zdarzeń

Cieszy nas wspomnienie koloru, radosnej zabawy

Łzy ocieramy, dotykając delikatnie czerni

 

Jest w kilimie życia, pieczołowicie tkanym

Miejsce, o którym zapomnieć nie można

Miejsce utkane ze znaków, czyniących życie świętym

One błyszczą pięknem światła wiecznego

Znaki te, to krzyż i żłóbek Jezusa

Światła Nadziei zapalone ręką Boga

Bez nich, nasz kilim, to zwykła materia

Choćby z najdroższych był utkany nici

A gdy ciemność nocy przyjdzie, kolorów jego nie ujrzymy.

 

Nasze Getsemani

 

Głębokiej doznałam serca przemiany

Ból Twój rozważając, Jezu, w Getsemani

Apostołów prosiłeś by trwali przy Tobie

Lecz oni strudzeni, zasnęli

Towarzyszem Ci była martwa skała

Kielich goryczy jaśniejący w mroku

Siostrą, samotność, w tej chwili udręki

Krwawego potu, nikt nie otarł z ciała

Przeznaczeniem Twoim było, zbawienie człowieka

 

Cóż z Getsemani zrozumiał dziś człowiek

Pielgrzymujący po śladach męki Jezusa?

Kiedy sercem dotknie czasu Twego Ogrójca

Rozpozna w swym życiu … własne Getsemani

Te noce samotne, pełne wahań dręczących

Czy woli Boga się poddać, czy z lęku odrzucić?

Wypić gorycz życia, w pokutę zamienić?

Cierpienie własne Bogu ofiarować?

Czy iść przez życie, według własnej woli?

 

Są też takie święte chwile, dane człowiekowi

Kiedy staje twarzą w twarz, przed Bogiem

Bóg zadaje pytanie i milcząco czeka …

Ty, w swoim Getsemani, masz podjąć decyzję

Za miłością pójść Jego, czy za świata wygodą?

W tej walce sumienia, cóż może być dziś pociechą

W naszym ludzkim, współczesnym Getsemani?

Nie na już martwej skały i samotnej nocy

Zmartwychwstały Jezus stoi, by nas otoczyć odwagą Miłości.

 

Ślad, który nie znika

 

Idzie człowiek drogami

Przez mocodawców mamony i władzy zbudowanymi

Szczęścia szuka, porzuconego przez tych

Co dostatek ziemski mają

Ku ziemi się nisko schyla

Wydłubując dla siebie porzucone odłamki

Cudzego szczęścia, cudzych idei radości

 

Idzie drogami mu wskazanymi

Odurzony kolorowymi reklamami o życiu przyjemnym

Stworzonymi przez mocodawców mamony i władzy

I ufa im, iż receptę na życie mają

A gdy już wykupi w światowej aptece

Cudowny lek na szczęście - pieniądze

Wymienia je na rzeczy, głuchy na wołanie serca

 

Zapełnia rzeczami swoje życie

Jakby było magazynem radości

Ale dziwny smutek … nie znika

I nowych dróg szuka człowiek, nowych drzew

Pod którymi mógłby zakopać dręczący smutek

Miłość kupił, zdradziła, przyjaźń dawna, odeszła

Został kredyt, niespłacony …

 

Na ściany, swego dostatniego domu spogląda

Martwą ciszą mu odpowiadają …

Jeden punkt tylko na ścianie, ślad po czymś

Białą plamą się odcina, słońce i kurz go nie pokonały

To ślad po krzyżu, który dawno temu wyrzucił …

On jedyny … nie milczy

Przez lata trwał, w miłosnym, na człowieka, oczekiwaniu.

 

Nocna rozmowa z aniołem

 

Kiedy życie krąg zatoczy

I jak ptak, zmęczony długim lotem

Przysiądzie na odpoczynek

Prawdę o sobie kontempluj

Która już nie ma czasu na czekanie

Na świat patrz, darem mądrości

Mądrości swoich przeżyć i doświadczeń

 

Na młodych patrz, takich jak ty, kiedyś

Nieostrożnych w miłości

Walczących o mamonę, rozpychających się ostro

I już widzisz drogę ich rozczarowań

Bunt i łzy, lęk przed przyszłością

Bo sam tę drogę poznałeś

Sam na niej upadłeś ..

 

I dziwisz się, że człowiek ciągle te same błędy popełnia

Doświadczeń pokoleń, nie przyjmuje

Zmienia się tylko tło

Jakby ktoś nową tapetę, na starej, nakleił

Inna muzyka gra, gwałtowna, głośna

I moda bardziej rozebrana

Nagością próbuje bardziej odkryć ciało, niż myśli

 

Wtedy błagaj Boga o dar mądrości

Byś nie stał się jedynie pustym kręgiem

Zatoczonym przez życie

A kiedy młodsi powiedzą: świat teraz … inny

Ty wiesz, nie ma innych „światów”

Jest tylko podzielony

Wymyślony ludzką pychą

 

Świat bez Boga, bez miłości …

I świat odkupiony

Krzyżem Jezusa, Jego Miłością

Świat walczący ze złem

O godność człowieka

Świat Boga, błogosławiącego ludzki krzyż trudów

Dla nagrody wieczności …

 

Nowe serce

 

Pięknie, chwalić Cię, Boże

Gdy serce bije jak ptak radosny

Unoszący się w przestrzeni miłosnego zachwytu

Łaski doznał, wzbijania się wyżej i wyżej

A ciało przenika, wielka ufność i wiara

 

Są dni, gdy ptak radości

Skrzydła składa, niechętny do lotu

Okryty ciężką suknią smutku, troski i bólu

Zapatrzony we własną niemoc

Zapomina, jaką radość daje, unoszenie się w wierze

 

I myśl przychodzi, skrzydłem anioła muśnięta

Iż ptak radości, innego pokarmu pragnie

Pokarmu mocy łaski wiary, silniejszej niż uczucia

Które ulotne są, jak liść podmuchem wiatru unoszony

Przychodzą i odchodzą …

 

O serce nowe błagajmy Boga

Serce przebite Jego Miłością, w pokarmie Eucharystii

Źródło bijące wiecznie, nie zanikające

Źródło, słowami Ewangelii wypełnione

Tryskające spokojnym, cierpliwym rytmem

 

Serce czyste, stwórz we mnie, Boże

Walczące o wiarę, jak wojownik na polu pokus

Daj Panie, sercu memu, tarczę ze światła Twej łaski

A na niej krzyż Jezusa, krwią zdobiony

Niech walkę moją o silną wiarę, ze sobą samą i światem

Z Twoim, Panie, prowadzę błogosławieństwem.

 

Tron

 

Mojego Króla w ubogim żłóbku złożono

Gdy dzieci królów tego świata

W złoconych sypiały kołyskach

Mojego Króla do krzyża przybito

Tronem był Jego, z drzewa zwykłego

Gdy królowie świata na ozdobnych tronach siadali

Mojego Króla nagość i krew zdobiły

 

Trony i kołyski królów tego świata dawno już zmarniały

Tron mojego Króla tkwi w świecie już wieki

I choć byli i są tacy, którzy chcą go zniszczyć

Odradza się, ciągle nieśmiertelny

Bo nieba Miłością sięgnął, nie mieczem

Tron Jego, śmiertelne zbiły ręce, z drzewa

A On, krwią Swą zbawczą, dał im życie wieczne

 

Bose stopy Króla mojego, gwoździami do tronu przybito

By już nigdy nie dosięgły ziemi

Zmartwychwstałe, wędrowały pośród ludzi

Nadzieję dając tym, którzy w Niego uwierzyli

Z tronu krzyża zszedł, nieśmiertelność głosząc, miłości

Tym, którzy w trony ziemskie tylko wierzą i kołyski

I tym, którzy tronów – krzyży, szukają w wieczności.

 

Dary i prezenty

 

Życie nasze ozdabiamy ofiarowaniem wzajemnym

Darów nieoczekiwanych i rocznicowych prezentów

Z rąk do rąk przechodzą kwiaty, ozdobne pudełka

Czasem prezent się wydaje zbyt drogi, a czasem ubogi

Pokorny człowiek ceni każdy drobiazg pamięci

Pyszny, zawód czuje, gdy prezent go nie nęci

I tak się już dzieje z ludzką wdzięcznością

Małe serce żąda wiele, dużemu wystarczy ludzki gest przyjaźni

 

Są dary niewidoczne dla oczu człowieka

Zapakowane gdzieś w niebieskich przestworzach

Sam Bóg je zsyła swym niewdzięcznym dzieciom

Oczekując, że rozpoznają, od KOGO pochodzą

Czy zdrowie, dom szczęśliwy nie są darem Boga?

Wiara, której doświadczamy, łaska Eucharystii

Brak wojny i głodu w kraju, w którym żyjesz

Modlitwa za ciebie, kiedy krzyż swój dźwigasz?

 

Sercem się wczytaj w swoją księgę życia

Szukaj tych kartek, gdzie Bóg pieczęć swą jak dar odcisnął

I choć oczy twe nie zobaczyły tego, sumienie ci przypomina

Czy dłonie twoje dar ten przyjęły z wdzięcznością

A może wydał ci się jak prezent ubogi?

Rozważ w swym sercu dary zmarnowane i te pomnożone

I błagaj Boga abyś w swym życiu odróżnił

Święte dary Jego od zwykłych prezentów ziemskich.

 

Daty

 

Z dni składa się nasze życie

To prawda banalna

Banalne już nie są daty w naszym życiu

Jakiś dzień, w którym szczęście przyszło

Słodyczą napełniając ciało

I ten, który nieoczekiwanie zranił

Na zawsze znacząc nas, blizną niezagojoną

W pamięci mamy te daty

Jakby inne dni, czas pochłonął

Szczególnie, dla tych bolesnych

Lekarstwa nie mamy

I choć dni i lata ciągle nowym zakwitają kwiatem

Nad blizną doznanej rany

Zapachu jego nie czujemy …

Daj Boże ludziom, wiele dat szczęścia

A tym, którym blizny ran się nie goją

Z dat ich zranienia, uczyń takie święto

Które datą będzie, spotkania z Tobą

Niech łzy ich, Twoje zbiorą miłosierne dłonie

By nie wchłonęła ich, na darmo ziemia.

 

Przebacz im

 

Grzeszności swej bym nie podźwignęła

Spadając jak ptak, strzałą zła, w skrzydło raniony

Gdyby nie miłosierna ręka Boga

Która krzyż podała, zbawiający

I nie upadam, raniąc się śmiertelnie

Nie zakwitam chwastem, który plonu nie daje

Tylko chwytam się krzyża, tej nadziei ostatniej

I pośród krzyków katów i stukotu młotka

Głos słyszę Pana: przebacz im, bo nie wiedzą co czynią

 

Słów takich nie usłyszysz od człowieka

W świecie, który grzech umiłował i do grzechu namawia

Pełno wokół nas ptaków-ludzi, włócznią złego zranionych

Po nich, jak po polu minowym, zło triumfalnie kroczy

To ci, którzy Miłosierdziu, ręki swej nie podali

Ufając, że wolność ptaka przestrzeni będzie wiecznie trwała

I modlić się tylko należy, za tych, którzy Miłosierdziem wzgardzili

By kropla krwi z krzyża Chrystusa, sumienia ich poruszyła.

 

Pragnienie serca

 

Dałeś mi Boże, krzyż, na moją miarę

Wpierw go zważyłeś, by nie był za ciężki

Dałeś też mi Boże, Miłość Twego Syna

By posagiem była, w mej pielgrzymiej drodze

Krzyż mi dany, stworzyłeś własnymi rękami

Łagodnie złożyłeś na me ludzkie plecy

I choć przygięta idę pod jego ciężarem

Pamiętam, że to Ty Boże, jesteś jego twórcą

A kiedy sił mi braknie, krzyż mocno przytłacza

Jak żebrak błagam przed Twoim Obliczem

Daj mi Boże, Weroniki chustę

Bym pot swój otarła

Szymona przyślij, niech ze mną krzyż dźwiga

I daj mi Panie, pamięć, iż to ręce Twoje

Krzyż mi ten dały na mą ludzką miarę

Bym w trudach drogi go nie porzuciła

Bym skarg własnych, na nim nie wieszała

Pragnienie mam w sercu, źródełkiem bije żywym

Aby kiedyś, w pół drogi, między niebem a ziemią

Spotkały się ręce nasze

Bym dar ten mogła Ci oddać

Jak skarb nie zmarnowany.

 

Prośba o dary

 

Ty mnie znasz, Boże

Znasz dzień narodzin moich i dzień kresu życia

Znasz ciemność i światło mych dni

Krzyż mi dajesz nieoczekiwanie

I łaską obdarzasz, choć nie zasłużyłam

Modlitwy mi dajesz piękne, że aż serce boli

Miłością swoja zadziwiasz, cierpliwą

Gdy sama siebie, nie kocham

Przede mną idziesz jak krzak gorejący

Do ognia jego prowadzisz, do żaru Prawdy Wiecznej

Sandały zdejmij, tak jak do Mojżesza, wołasz

Bo święta jest ziemia i czas święty

Gdy chcę z tobą rozmawiać …

A ja tak boję się kaleczyć stopy

O ostre kamienie i gorące piaski

Krzak gorejący Twej Miłości widzę

I słabość czuję, by do niego dotrzeć

Daj mi, mój Boże, dary Ducha Twego

Niech rękami będą Twymi, które mnie uniosą

Niech moc Ich i błogosławieństwo Twoje

Słabość moją zamienią, w odwagę miłości

A jeśli wolą Twoją jest, bym trud drogi do Ciebie

Przeszła, raniąc stopy o kamienie życia

Daj odwagę męstwa, daj wolę zwycięstwa

A zdejmę sandały, przed ranami chroniące

I stanę przed Tobą, ja, człowiek nie-święty

Ufając, iż święta Miłość Twego Syna, mnie zbawiła

Spalając mą słabość, w ogniu Męki Jego.

 

Naszyjnik

 

Starość jest jak pęknięty naszyjnik

Z rozsypanymi wokół perełkami

Schyla się po nie, zbierając przeszły czas

Czas dawnych lat, zapachów, smaków

Dawnych grzechów i radości

 

Starość może być zbieraniem wspomnień

Ale też mądrością … oczyszczenia

Z namiętności ciała, pychy, próżności

Starość uczy przemijania

Tego, co nietrwałe, ulotne

 

Rozsypane perełki naszyjnika pokrywa kurz

Nowa młodość nawleka perełki

Na własny naszyjnik życia

Starość patrzy, z jaką radością go tworzą

Młode serca, spragnione nadziei

 

W naszyjnikach nowej młodości

Starość widzi nietrwały blask

Własnych, rozsypanych perełek nadziei

Rozsypanych w kurzu, jak bezwartościowe świecidełka

Chce im powiedzieć o perłach wiary, nadziei i miłości …

 

Młode serca słuchają nieuważnie

Przyciszonego głosu mądrej starości

I wtedy starość sięga do kieszeni palta

Pieści w dłoniach jedyny naszyjnik, który nie pęka

Różaniec … i modli się za młode serca.

 

Oczekiwanie

 

W ciemnościach grudniowych poranków

Ulic jeszcze uśpionych bezruchem

Do kościołów zdążają wierni, na roraty

Kościół ich wita wygaszonym światłem

Przedziwną tajemnicą zadumy

Nad cudem, jaki ma się wydarzyć

 

Dni te, są jak perły modlitwy różańcowej

Niespiesznie przesuwane, by radować się chwilą

Są jak koronka, powoli tkana, z nici nadziei

W oczekiwaniu, na arcydzieło Boga, Narodziny Syna

Przez dni tej świętej pielgrzymki, krok po kroku

Pielgrzymi rorat, do Betlejem zdążają

 

Wraz z nami, ku Betlejem zmierza

Maryja Matka, z Dzieciątkiem w łonie

Prosi, by lampy wiary trzymać w dłoniach

I dzielić się, oliwą miłości

Ten czas oczekiwania, to wielkie święto w niebie

Sam Bóg nam błogosławi, Zbawiciela zsyłając na ziemię.

 

Adwentowa modlitwa

 

Prowadź mnie Jezu

Gdy w ciepłych falach Twej łaski pływam

Bym nie zapomniała o Twym bólu

 

Prowadź mnie Jezu

Pośród fal burzliwych, gdzie nawet odważni giną

I ręki pomocnej nie oddalaj

 

Prowadź mnie Jezu

Po wysokich górach wiary, gdy niebo wydaje się blisko

I nie pozwól, bym w przepaść spadła

 

Prowadź mnie Jezu

Przez smutne równiny pól nieurodzajnych

Sił dodawaj w melancholii życia

 

Prowadź mnie Jezu

Przez dni ciemne, gdy światłość nie przenika

Niech dłoń Twoja, płomieniem będzie

 

Prowadź mnie Jezu

Gdy modlę się, a serce nie płonie

Tylko skargą jest samotności

 

Prowadź mnie Jezu

Przez święta uroczyste, by nie były tylko kartą świąteczną

Żłóbkiem drewnianym i lampką na choince

 

Prowadź mnie Jezu, drogą łaski Twojej

Na której żywą Twarz Twoją widzę

I mocno, nawet boleśnie, chcę czuć Ciebie

Dłoń moją trzymaj, w dłoni swojej.

 

Świat produkcji marzeń

 

Świat, który mnie otacza, pełen jest obrazów i dźwięków

One ciszę zakłócają nachalnym hałasem

Obcych myśli, tkwiących w filmowych obrazach

Nierzadko zło ukazując w atrakcyjnym kolorze

Muzyka zamiast pięknem brzmieć harmonii

Agresję wzbudza, burząc rytm serca

 

Moda, niewolniczym staje się nakazem

Określając wygląd i wartość człowieka

I zanim młody człowiek pozna to oszustwo

Już topi się w tyglu masowej produkcji

Klientem jest konsumpcyjnej reklamy

Papierowym rachunkiem za gadżet zakupiony

 

Łzy, miłość, cierpienie, intymne piękno człowieczeństwa

Atrakcją są dla masowego widza

Im więcej ich na ekranie, tym większy zysk producenta

Są tacy, którzy nie nadążają za rynkiem konsumpcji

Przystanku poszukują zwodniczego, zapełnienia pustki

W wizjach narkotycznych świata ułudnego

 

Ten świat produkcji marzeń, ma własne przesłanie

„Bogiem” stać się możesz, panem światowych okazji

Wystarczy rękę wyciągnąć i zebrać ekstra śmietankę

A już dotknie cię szczęście i cierpienie zniknie

I tylko ci, co w starym portfelu, mozolnie groszy szukają

Prawdę o świecie marzeń poznali, na dnie pustych kieszeni

 

Mam w sercu nadzieję, dziwnie ufną wiarę

Iż człowiek, zwabiony ideami fałszywych proroków

Rozpozna oszustwo ich błyszczących srebrników

Miłości poszuka tej, która nie kłamie

Miłości, która zraniona, do krzyża przybita

Woła do człowieka: uwierz w świętość swego życia.

 

Szukam szczęścia

 

Szukam szczęścia w moim życiu

Nie ulotnego, którego łzy nie utopią

Cierpienie go nie złamie

Przeciwności go nie zniszczą

Ono może unieść się ponad chwilowe doznania

Ze spełnionego marzenia lub łaski losu

Szukam szczęścia trudnego, odradzającego

Dającego nadzieję w tajemnicy życia

 

Drogą idę, pielgrzym w cielesność ubrany

To ona domaga się stanu szczęśliwości

Fałszywe idee i obrazy świata ją łudzą

Dając chwilową słodycz, zapomnienie

A potem pękają jak mydlane bańki

Pragnienie szczęścia płacze, oszukane

Oczy z żalu ku niebu unosi i błaga:

Naucz mnie, Boże, Szczęścia Twojego

 

Anioła słyszę, biegnącego do mnie

On o szczęściu wie więcej, niż ja

W ciszę się otulam, ona tłumi moje zmysły

W tajemnicze przestrzenie duszy prowadzi

Słowa słyszę: "za ciebie Syn Boży umarł

W Jego ramionach szukaj szczęścia wiecznego

A kiedy pojmiesz jak wielką darzy cię miłością

Dojrzysz w swym życiu szczęście, którego szukałeś".

 

Odwaga miłości

 

Jak wejść na drogę, którą szedłeś, Jezu

By wpół tej drogi, odpoczynku nie szukać?

Kim stać się, by krzyż pomagać Ci nieść

I nie zostawić Cię samotnym?

Jak nie stać nad wodami Jordanu

Na chrzest Twój patrząc z bezpiecznego brzegu?

Jak nakarmionym będąc, chlebem i rybami

Syty nie wrócić, do kolejnego grzechu?

Jak Matką Twoją się zachwycić

By ręce nasze chciały piec z Nią, chleb dla ludzi?

Jak być przy Tobie, zalanym krwią i łzami

By z Getsemani, w przerażeniu nie uciec?

Jak grotę rozpoznać, przejście z ziemi do nieba?

Jak lęku nie doznać, gdy Herod Dziecko chce zabić?

Jak trwać przy Trzech Królach, w pielgrzymiej ich drodze

By na pustyni zwątpień, się nie oddalić?

Tyle mam pytań, do Ciebie, Panie

Klęcząc przed żłóbkiem, w Betlejem

A Ty milczenie mi nakazujesz, na ustach kładąc palec

Na serce bijące Dzieciątka, oczami wskazujesz

I milkną we mnie pytania, słabością natury skażone

Dzieciątko chcę chwycić w ramiona swoje

Niech uczy mnie odwagi miłości…

Niech uczy człowieka odwagi i wiary w Miłość

Miłość, która zawsze rękę podaje w upadku

Na drodze życia przystaje i czeka…

Aż kurz otrząśniemy, swej ludzkiej słabości.

 

Westchnienie

 

Osłoń Panie Twoim Miłosierdziem

Świecę mego życia

Weź ją w swoje święte ręce

I nie pozwól wichrom tego świata ją zagasić

Zwątpieniem, smutkiem, grzechem

 

Postaw ją blisko siebie dla uwielbienia ołtarza

Niech blask zapalonych dla Ciebie świec

Ogarnie ją ciepłem Twoich płomieni miłości

A życiodajna oliwa Eucharystii

Umacnia we mnie pamięć świętą

 

O tym, że przyjęłam Twoją krew i ciało

O Ojcu, który zapalił moją świecę życia

O Nadziei, którą podzieliłeś się ze mną

Pozwalając by Twoja krew krążyła we mnie

Pomimo mej ludzkiej grzeszności

 

Trzymaj Panie w swoich miłosiernych rękach

Moją świecę życia

Rozniecaj jej płomień swoim oddechem

O pamięci święta, darze Ojczyzny Niebieskiej

Przypominaj ciągle skąd przyszłam i do Kogo powrócę.

 

Piękno

 

Widziałam góry potężne, spowite mgłą

Zimą otulone białym śniegiem

Morza groźnie wzburzone i falujące spokojem

Pełne kolorów wschody i zachody słońca

Tajemnicze groty, milczące pustynie

Niebo usłane chmurami i jaśniejące tysiącem gwiazd

Zachwycała mnie doskonałość przyrody

Stworzona hojną Miłością Boga

Maleńka się czułam wobec tej przestrzeni bogactwa

Dziękuję Stwórcy za łaskę daru oczu ...

 

Nie mogę objąć tych gór rękami

Nie dotknę słońca, gwiazd na niebie

Dłonie zanurzę tylko w przybrzeżnych wodach

Dotyk piasku poznam jedynie pod stopami

Bezbronna staję wobec ogromu tego piękna

Zamykam ten zachwyt w pamięci obrazów

Odtworzę, zamykając oczy, w smutne wieczory

Z czasem zbledną ...

Co chciałeś powiedzieć, Boże, mojej duszy

Ukazując piękno stworzone Twoją Miłością?

 

Klęczę przed Pięknem całego świata, Twoim Synem

Skromnie ukrytym w złotym naczyniu Tabernakulum

Przed Dzieciątkiem bezbronnym w żłobie

Przed krzyżem, na którym zawisł

Obok mnie milcząca pięknem przyroda

Nie przytulę morza, gór, pustyni

Mogę przytulić Twego Syna, Boże, w Eucharystii

Dla mnie, stał się maleńki, jak stokrotka na łące

Bezbronny jak ja, wobec potęgi przyrody

I tak bardzo spragniony miłości, mojej miłości

 

Czy to chciałeś mi powiedzieć, Boże

Iż prawdziwe piękno jest zawarte w miłości do Twego Syna?

 

Prośba do świętych

 

Są dni wielkiej pustki we mnie

Nie czuję Cię obok siebie, Boże

Stałeś się, jak gość najdroższy, który odjechał

Pozostawiając bolesną tęsknotę

 

W skrzynce pocztowej mojej duszy

Nie znajduję listów miłosnego pocieszenia

Usta z trudem wypowiadają modlitwy

Nogi z trudem prowadzą na mszę

 

Błagam o pomoc Ciebie, Matko Tereso

O siłę Twojego cierpienia

I Ciebie, siostro Faustyno

O zawierzenie Bożemu Miłosierdziu

 

Patrzcie, mówię, moje kochane

Jak słaba jestem bez pocieszenia

Jak nie potrafię uświęcić codzienności

Gdy dłoń Ojca wydaje się odległa

 

Rękami ściskam Wasze habity

Jak chora kobieta szaty Jezusa

Przeprowadźcie mnie bezpiecznie przez ciemność

Trudną drogą Waszej świętości

 

Wyproście łaskę światła Ducha Świętego

A nie płomyka świecy

Przemieńcie moje dziecięce pragnienie Boga

W dojrzałą wierność.

 

Moje ścieżki

 

Na pielgrzymkę wysłałeś mnie, Boże

W mozolną drogę przez życie

Ścieżek tyle musiałam przemierzyć

I żadne, przede mną, nie rozstąpiło się morze

Topiłam się w dniach codziennych

Czasem bez tchu, bez krzyku

Krawędzi chwytałam się bólu

Aby ponownie wypłynąć

 

Zawsze krzyż towarzyszył mi w drodze

Maleńki, na szyi był przy mnie

Żale i prośby słałam do Ciebie

Jak dziecko, gdy traci nadzieję

Wśród chwastów i zbóż pełnych ziaren

Ścieżka mnie wiodła do Ciebie

Poznałam noce zwątpienia

Poznałam moc Miłosierdzia

 

Aż przyszedł dzień, jak mgnienie światła

I morze się rozstąpiło ...

Ścieżkę wśród fal życia ujrzałam piękną

Wdzięcznością, jak bujne kwiaty, kwitła

Odeszły gdzieś moje żale i prośby, po ludzku dziecinne

Modlitwa dziękczynna serce me wypełniła

Za ręce i nogi Jezusa zranione

Za miłość płynącą z krzyża ...

 

Wstecz patrząc widziałam swe ścieżki pielgrzyma

Te próśb pełne i ludzkiej wdzięczności

Lecz duszy tych ścieżek było za mało

O coś walczyła, krzyczała ...

Czego chcesz duszo moja? - pytałam

Gdzieś głos usłyszałam, tak tkliwy i słodki

Broń mnie, ochraniaj, przed światem całym

Nie pozwól by ludzie mnie, czynem i słowem ranili.

 

Niedzielny poranek

 

Doznałam pięknej chwili

Uczucia tak wzniosłego, mgnienia zaledwie

Jakby dusza zapragnęła

Patrzenia oczami świętych

Doznałam radości dziękczynienia Bogu

 

Pękała skorupa serca

Wypływało uczucie ogromnej wdzięczności

Na twarzy łzy palące

Serce, dusza, ciało, topiły się jak wosk

Zalewała je lawa wszechogarniającej Miłości

 

Uczucie to spłynęło nagle porankiem

Przed modlitwą, powszedniością dnia

Jakby czekało na moje przebudzenie

Na oczyszczone snem serce

Na duszę oczekującą Pana w niedzielny poranek

 

Boże, modliłam się, dziękuję Ci

Za moją wiarę w Twoją miłość

Za nadzieję spotkania z Tobą

Za dotyk miłości, który przeżyłam

Za łaskę dziękczynienia, której doznałam.

 

To, co niewidoczne

 

Czy wiatr możesz zatrzymać w dłoni

Promienie słońca z dnia do nocy przenieść

Zapach żywych kwiatów zniewolić, aby aromat nie uleciał

Nakazać liściom by nie więdły

Radość uchwycić na zawsze jak ptaka w locie

Miłość zmusić do kochania ciebie

Przyjaźń wykuć w posągu kamiennym aby była trwała

Muzykę piękną i poezję tworzyć na żądanie

Nadzieję wzbudzić w sobie, gdy dotknie cierpienie?

 

Tyle rzeczy umiesz już zbudować, człowieku

Liczyć gwiazdy w kosmosie, naturę przemieniać

W dłoni jednak nie umiesz zatrzymać tego

Co nieuchwytne jest, lecz sens nadaje życiu

Tych chwil tęsknoty, które karmią duszę

Tajemnicą są głębi naszego istnienia

I żaden geniusz w rzecz je nie zamieni

By ci służyły, gdy tego zapragniesz

To dary boże i łaski dla serca twego

 

A kiedy już zrozumiesz, że dłoń nie zatrzyma

Tego co ulotne, niewidoczne dla oczu

Serce się otworzy jak piękna tkanina

Na której Bóg wypisze tajemnicze wzory

Poznasz wiarę, miłość, nadzieja rozbłyśnie

Chwycisz radość w locie, jak ptaka pięknego

Pieśń usłyszysz anielską o miłości Boga

Tajemnicę poznasz o tym, co ... choć niewidzialne

Sens nadaje i godność ludzkiemu stworzeniu.

 

Burza

 

Jak Genezaret, burzy się nasze życie

Serce mdleje od dziwnego lęku

Sen nie daje wytchnienia

Pomoc nie nadchodzi

Chmury nieufności zaciemniają

Boży horyzont Miłości

Jak dzieci wystraszone wołamy

Obudź się Jezu, ratuj

A On śpi spokojnie ...

Huk piorunów Go nie budzi

Twarz ma spokojną

Śpi jak umęczony podróżą człowiek

Jest obok nas, nie ucieka

Boże, jak wielka musi być nasza wiara

Jak nieustraszona nadzieja

Jak ufna miłość

Gdy podróżujemy z Jezusem

W naszej łódce życia, podczas burzy

Abyśmy mimo ludzkiego lęku

Pozwolili Mu odpocząć ... w drodze z nami

Ufając Jego świętej obecności

Daj nam Boże, taką miłość

Której pioruny strachu o własne życie

Nie odbiorą Jezusowi bezpiecznej obecności

W naszych sercach.

 

Księga Prawdy

 

Tyle słów kłębi się wokół nas

Tyle ksiąg zapisanych słowami

Setki słów oszukało nas

Wiele ksiąg mamiło złudzeniami

 

W człowieczym zapale, słów szukamy prawdy

Po nowe księgi sięgamy na półki

Prawda z nich wyczytana, ulotną się staje

Słowa niegdyś mądre, dziś puste się wydają

 

Czujemy, że gdzieś istnieje Prawda zapisana

Lecz życie jeszcze szuka prawdy tego świata

Jakby chciało instrukcję poznać tajemnicy życia

Osiągnięcia szczęścia, teraz, tu, na ziemi

 

Przyjdzie czas rozczarowań, a może łaski Pana

Gdy zranieni słowami z półek tego świata

Po księgę sięgniemy Prawdy, Pismo Święte Boga

I Prawda przemówi, słowami życia wiecznego

 

Serce jak brama, otworzy się na Jezusa życie

I prośbę do niebios poślemy błagalną

Daj nam Dobry Boże, taką długość życia

Byśmy nie odeszli, z księgą Prawdy, w połowie otwartą.

 

W biegu

 

Jak w maratonie, biegają dziś ludzie

W pośpiechu szukają laurów, dla swych marzeń

Czasu nie mają wstecz spojrzeć za siebie

Plecami się każdy od siebie odwraca

By szybciej i szybciej dobiec do mety

 

Biegną, jak gdyby wiedzieli gdzie na horyzoncie chwała

Gdzie nagroda czeka, za ich bieg szalony

W takim biegu trudno dojrzeć niebo

Uśmiechnąć się, lub rękę podać biegnącemu obok

Są jak charty szybkie, gonione nagłym okrzykiem

 

Krzyż, który wiatr powalił, przeskakują w pośpiechu

Zawalidrogą jest, na trasie ich biegu

Mijając kościół, Jezusa nie widzą

Czasu brakuje by Maryję modlitwą pozdrowić

Gdy w przydrożnej kapliczce czeka na „Pod Twoją Obronę”

 

A gdy już cel osiągną, raj swych oczekiwań

Zdziwieni widzą, że nikt ich nie wita

Rąk nie podaje w przyjacielskim geście

Tylko ... tłum młodych, biegnący, na bok ich odsuwa

I ... starość patrzy, smutnie uśmiechnięta

 

Trzymając w ręku szkiełko, nie brylant, o który walczyli

Oszukani, bocznymi wracają ścieżkami

Cel chcieli osiągnąć, którym świat ich mamił

A po drodze gdzieś, przyjaźń, rodzinę zgubili

A może zbawienie?

 

Cudu chcieli dokonać ci maratończycy

Karmić się owocami świata, sławą, pieniędzmi

Ale głód pozostał dziwny, nie ciała lecz duszy

Może czyjaś modlitwa, łaską ich serca oświeci

Powalony krzyż podniosą, uczczą i przytulą.

 

Obojętność

 

Czy obojętność to mur betonowy

Odbija uczucia, żadnej łzy nie roniąc?

A może to spacer w ciemnej mgle

Pochłania człowieka, zatapia

A rękę wyciągniętą o pomoc

Omija jak niewygodną przeszkodę?

Czyją siostrą przyrodnią jesteś?

Egoizmu, martwoty serca, ślepoty oczu?

Powieszono Cię, Jezu, na krzyżu

Zbudowanym starannie z nienawiści

A Ty nas na nim zbawiałeś

Odpuść im, Boże, bo nie wiedzą co czynią

Wyszeptała poraniona Miłość

Do końca silna … bo przebaczająca

Czy obojętność, której obce jest cierpienie

Łzy, miłość, dobre i złe uczucia

Wie, co to przebaczenie

Jeśli nie zna zranień?

Czy obojętność ma swój krzyż, swego zbawcę?

A może jest jak lodowy pałac

Wyczekujący gorących promieni czyjejś modlitwy?

 

Latarnia Miłości

 

Pytasz mnie

Jak doświadczam bożej Miłości, jak Ją czuję?

Wyobraź sobie ocean, fale burzliwe, groźne

Nasze życie pływa w nim

Poddane żywiołom wydarzeń i natury

Lęk budzą w nas niespokojne fale

Brak nam pokoju w sercu, bezpieczeństwa

Czujemy się jak rozbitek w swojej łodzi życia

Raptem pośród wielkiej burzy

Doświadczamy spotkania, ogarnia nas ciepło

Łagodne fale obmywają z wszelkich lęków

Odczuwamy pokój i radość

Jakby ster naszej łodzi przejął Przyjaciel

Jesteśmy w Oku Wielkiej Miłości

Mamy siłę i wiarę, że pokonamy groźne nawałnice

Ktoś czuwa nad naszą łodzią

Może to być chwila, moment olśnienia

Pamięć tego spotkania pozwala płynąć dalej

I szukać każdego dnia

Spotkania z Okiem Wielkiej Miłości

W bezpiecznym miejscu, karmiącym nadzieję

Iż nie jesteśmy ofiarami żywiołu oceanu

Bezładnie krążącymi po nim

Ale dziećmi, nad którymi czuwa Ojciec

Dający znaki, wytyczający szlak naszej łodzi

Abyśmy, pomimo fal i ciemnych nocy

Płynęli do Latarni Miłości

Celu naszej podróży.

 

Trudna modlitwa

 

Chciałabym się do Ciebie modlić, Boże

Słowami skruszonego, marnotrawnego syna

Poznał on swój grzech i nieprawość

Poznał też prawdę o Miłosiernej Miłości

 

Chciałabym się do Ciebie modlić, Boże

Słowami, które serce rodzi

Spontanicznie, niegramatycznie

Językiem jedynie czynu i miłości

 

Pragnęłabym, modląc się, być wierna słowom

Niech nie płyną miłym, łagodnym nurtem rzeki

Lecz niech rzeczny kamień je zatrzyma

Nakaże milczenie, gdy stają się zwykłym gaworzeniem

 

Nie chcę być jak brat syna marnotrawnego

I odwracać się od Ciebie, gdy łaską wspomagasz grzesznika

A dobry człowiek cierpi chorobę i nędzę

Nie rozumie tego ludzka sprawiedliwość

 

Nie chcę Ci stawiać pytań, gdzie Jesteś, Boże?

Gdy cierpią Twoi wierni, niewinni

A zło jak paw, rozkłada błyszczące skrzydła

Chcę być jak Jan, z głową opartą o pierś Twego Syna

 

Trudna jest, Boże, ludzka modlitwa

Ta prawdziwie głęboka, ufna w Twoją wolę

Tajemnicą jej, serce, które umie przebaczać

I oczy, nawet w ciemności, wpatrzone w krzyż na Golgocie.

 

Żywioł

 

Czując swą słabość i kruchość wobec mocy żywiołów

Szuka człowiek dla siebie, światów małych, bezpiecznych

Spraw, które mógłby unieść własnymi rękami

I dróg, które jego nogi, zdolne są przemierzyć

 

Buduje domy, z wiarą, że mogą być schronem obronnym

Przed wszelkim złem i żywiołem, który mógłby go dotknąć

Potrzebna jest taka wiara, bo życie trzeba ochraniać

Prawda jest jednak bolesna, nie ma na ziemi takich schronów

 

Dobrze jest stanąć nad morzem, w falach nogi ochłodzić

Rankiem wschód słońca oglądać, zachodem się zachwycić

Inne jest morze w ciemności, groźnie szumi falami

Grozę budzą tajfuny, pioruny, gorąca lawa wulkanów

 

Przemoc żywiołu natury przeraża, sieje bezsilność i niemoc

Jest jednak żywioł silniejszy, żywioł serc ludzkiej pomocy

I łaska, która w rozpaczy przynosi nadzieję

Każdemu, kto uklęknąć zechce, przed Tym, który Panem jest żywiołów.

 

Wąska droga

 

Mam w duszy obraz pięknej doliny

Usianej kwiatami, kolorem i światłem

Jest dla mnie odpoczynkiem, sanktuarium

Bezpieczeństwa i radości

Modlitwa w tej dolinie pokoju, uskrzydla

Pragnę trwać w tym Królestwie Pocieszenia

 

Gdy oczy wznoszę ku koronom drzew

Widzę inną drogę, kamienistą

Pełną odłamków raniących i zeschłej trawy

Wąska jest droga do życia - słyszę słowa

Porzucam bezpieczną dolinę

Z lękiem wkraczam na kamienistą ścieżkę

 

Każdy kamień to grzech mój i bliźniego

Kamienie zsuwają się, ranią boleśnie

Z trudem modlę się, słowa uciekają

Powtarzać je muszę, bo znikają w przestrzeni

Widzę ludzi na skraju ścieżki

Są jak duchy błagające o pomoc

 

Wielki ból przeszywa moje serce

Gdzie jesteś moja Kraino Pocieszenia? - krzyczę

Jesteś tu, Jezu? - pytam zgnębiona

Miłosierna dłoń zmywa z twarzy pot i lęk

Nie lękaj się trudnej drogi, słyszę

Modlitwie, w tej drodze, Ja sam błogosławię.

 

Laurka

 

Na dziecięcej laurce

Z wymalowanym kwiatem róży

Słowami wypisanymi niezdarnie

Chcę Ci, Boże, podziękować

Za dar doświadczania życia

Za Twą cierpliwość, Nauczycielu Miłości

Dla ucznia potykającego się w ciemności

W poszukiwaniu światła

Za upadki z bólu zwątpienia

Za radość z chwil spotkania z Twoją Miłością

Za kamienie tragicznych wydarzeń

Nie uniosłabym ich

Bez ufności w Twoje Miłosierdzie

Dziękuję za sny piękne i przespane noce

Za nadzieję nowych poranków

Za tajemnicze mgnienia światła

Dla mej duszy, serca, umysłu

Dające wejrzenie w świat Twojej Prawdy

Dziękuję za łaskę Eucharystii, modlitwy

Za dłoń Twego Syna, której szukam

W chwilach, po ludzku trudnych

A nawet za samotne dni w ciemności

Gdy wydaje mi się, że zgubiłam Jezusa

Dziękuję za naukę o miłości do człowieka

Jak piękna jest, bez oczekiwania na wdzięczność

Dziękuję Ci, Boże, za dar doświadczania życia

Uczysz mnie, kim jestem dla Ciebie

Nie dla siebie

I choć nauka ta jest czasem bolesna

Z rąk Twoich, Ojcze, przyjmuję ją

Jak dar najcenniejszy

Uświęcony Ciałem i Krwią Twojego Syna.

 

Klucz życia

 

Tajemniczym powiewem

Przeznaczenie nas na ziemię zrzuca

Od zarania narodzin szukamy

Klucza do Wrót Sensu Życia

Próby podejmujemy

Przykładając różne klucze

Który klucz zamek wrót sensu życia otworzy?

Szukamy go całe życie

Lepimy jego kształt drogą ludzkich błędów

Jedni słowami pięknymi

Próbują zamek otworzyć

Inni, z miłości do kogoś, tworzą jego kształty

Jeszcze inni, niecierpliwi

Wrota sensu życia łomem wyważają

Ale one milczą, zaklinane ludzkimi sposobami

Pięknych słów zbyt mało znamy

By były kluczem

Ludzka miłość ze zdradą lubi się prowadzać

Goryczą upada i zwątpieniem przed wrotami

Łom niecierpliwych się łamie

Odchodzą, rozczarowani własną niemocą

A klucz? Ten właściwy do wrót sensu życia

Krzyż, na szyi przy chrzcie zawieszony

Zapomniany, jak breloczek w szkatułce

Gdzieś w domu ukryty, trwa

I cierpliwie czeka.

 

Moje adwentowe roraty

 

Obudzona w zimowy poranek

Na roraty zmierzam

Ciemność jeszcze ogarnia ulice

I cudowna cisza uśpionego miasta

Prószy śnieg igrający w świetle lamp

Krzątają się w sklepach sprzedawcy

Ciemne postacie spragnionych porannego piwa

Strzegą drzwi, czekając na ich otwarcie

Skrzeczą wrony obsiadające drzewa

Przecinając jak brzytwą, surową ciszę poranka

Czy Ty, Matko Najświętsza, Jesteś w tym moim czasie?

Czy czuwasz?

Zdrowaś Maryjo, łaski pełna … powtarzam

Stawiając niepewnie kroki po śliskim chodniku

O czym myślałaś, tam w Nazarecie

Gdy Anioł Gabriel obwieścił Ci nowinę?

Czy radość czułaś, czy ból Cię przenikał?

Ciemność w kościele …

I ławki wypełnione czuwającymi wiernymi

Światełka świec płonące nadzieją

Po tę nadzieję idę ulicami mego miasta

Ja, człowiek zatopiony w mojej codzienności

Radosna, na spotkanie z Jezusem, Maryją

Zasmucona ludźmi, nadziei szukających poza Synem

Zdrowaś Maryjo, modlę się …

Pomóż tym, którzy żyją w ciemności

Którym życie niegodne wytrąciło z rąk

Światełko nadziei

Ty, która Dzieciątko porodzisz, Maryjo

Przejdź się moimi ciemnymi ulicami

I pozbieraj wszystkie opuszczone i obojętne serca

Rozpal ich wątłą iskierkę ciepła

Zanim staną się zimnym kamieniem

Który mrozem swym gasi każde światełko nadziei.

 

Król

 

Królewskim jesteś dzieckiem, Jezu

Szczodrze obdarowanym mocą z niebios płynącą

Na nic, litość nasza nad żłóbkiem Twoim ubogim

Wielki król nie lęka się ludzkiej biedy

 

Królem jesteś, Dzieciątko maleńkie

Tak wielkim, że ludzki tron i pałace są Ci zbędne

Ludzie tak chętnie wywyższają się władzą

Ty, Dzieciątko, jesteś władzą ponad wszelkie władze

 

Na nic Tobie szaty zdobne i berło

Wiesz, że mól i rdza je pokona

Twoja moc i bogactwo są wieczne

Ty, prawdziwie królewską dzierżysz koronę

 

To my, strojem i gestem władczym

Własną biedę chcemy zakryć przed światem

Ty na ziemię przybyłeś, z królestwa

W którym Ojciec Miłości na tronie zasiada

 

Nasi ludzcy królowie na ziemi

Oczy mamią bogactwem zebranym z poddanych

Ty, ubogi, siankiem tylko ogrzewany

Nic nie mając ziemskiego, darem jesteś z nieba bogatym

 

Daj nam, Dzieciątko z Betlejem

Serce, którego ziemski przepych nie omami

Serce, które rozpozna wartość darów Twoich

I nie zwiedzie go, byle jaka korona

 

Daj nam, Dzieciątko Jezus, sercem naszym rozpoznać

Istotę i moc Twojego Królestwa

Tam Miłość zasiada na tronie

Walcząca o dusz naszych wieczne zbawienie

 

I przemów, Dzieciątko do ludzi, cudem swoich Narodzin

Do tych, którym tak trudno uwierzyć

Iż Król, prawdziwie bogaty

To ten, który Miłością służy.

 

Pomóż mi

 

W smutek zaplątana, jak pająk w sieć własną

Proszę Cię Jezu, rozplącz mnie

A Ty, smutną twarz mi ukazujesz

 

Krzyż spraw codziennych dźwigam niechętnie

Choć na chwilę zasłoń go, błagam

A Ty, ból swego upadku ukazujesz

 

Miłości mi braknie, skarżę się

Serce dziwnie lodowacieje

A Ty, na koronę cierniową wskazujesz

 

Radości szukam jak trawa wyschnięta

A słońce życia pali niemiłosiernie

A Ty, gąbkę z octem mi ukazujesz

 

Co chcesz mi powiedzieć, Zbawco mój?

Smutkiem, bólem

Niewdzięcznością przez nas nakarmiony

 

Głos cichutki słyszę, organami zagłuszany

Pomóż Mi, jak siostra Mi bliska

Nie jak obcy gość na ucztę zaproszony

 

Kwiaty na bruku

 

Codziennie układam kostki

Własnej drogi życia

Jak brukarz amator

Na błędach się uczę

Szansę nam jedną dano

Na budowę drogi życia

Autorami jesteśmy ... tylko jednej książki

 

Czasem wstecz się oglądam

Na nierówną drogę

Zbudowaną z uczuć, które życie niosło

Widzę na niej kanty ostre

Jakby budowniczy nie miał cierpliwości

Widzę także mozaikę tak piękną

Zadziwia misterią ułożonych kostek ...

 

To część drogi układanej w ciszy

Z modlitwą na ustach, o pokój dla duszy

Najbardziej zachwyt budzą

Tajemnicze kwiaty, wyrosłe okazale

Pomiędzy brukiem nieszczelnym

Nie posiałam was, myślę, wodą nie zlewałam

Kim jest siewca tej pięknej ozdoby?

 

Z nasion, słyszę, bożej łaski spłynęły

Łzy twoje i miłość, ku słońcu je wzniosły

Darem są dla tych, którzy cierpliwie

Z ofiarowanych kostek, budują swe drogi

Ile jeszcze kostek dasz mi, Panie, a ile kwiatów?

Tajemnicą otoczyłeś, Boże, te ludzkie pytania

Nadzieję w zamian dając, budowniczym dróg życia

 

Brama Wiary

 

Przez Bramę Wiary kiedyś przeszłam

Oczami Miłości prowadzona

Wzrok w nich utkwiłam, nadzieją wiedziona

Jak pielgrzym nieświadom trudu, podążyłam

 

Za Bramą Wiary, ścieżek wiele, góry, pustynne połacie

W kamiennych czasem, gubiłam się grotach

A mgła gęsta, jak chytry nieprzyjaciel

Oczy Miłości mi przesłaniała

 

Wzrok wytężałam, w ciemność otulona

Pocieszeń szukałam, jak światła poranka

Wiatr znad pustyni pieśń błagalną śpiewał

Na Górze Kuszenia, Oczy Miłości znalazłam

 

Samotność tych Oczu, pełnych Miłosierdzia

Była w ciemności jak brylanty nieba

I choć lęk mnie ogarniał, prawdę poznawałam

Nasz Pan, na Górze Kuszenia, ludzi od zła wybawiał

 

Będę przy Tobie, szeptałam skruszona

Mój lęk człowieczy w pokutę zamienię

A oczy Jego, choć smutkiem zgaszone

Dziwną radość dawały, że Ich nie zgubiłam

 

A potem dusza moja z Panem rozmawiała

O Ogrójcu cierpień, drodze na Kalwarię

O tym, ile trudnych ścieżek jest za Bramą Wiary

Ile w życiu czeka gór kuszenia, niewiary

 

Wiatr pustyni sypał piaskiem w moje oczy

I głosy słyszałam: są łatwiejsze drogi

Nawet w wielkich ciemnościach i samotnych grotach

Oczu Twych, mój Jezu, nigdy nie zapomnę

 

Przez Bramę Wiary kiedyś przeszłam

I choć człowiekiem jestem słabym, świata głodnym

Czuję, że dłoń silniejsza, od kuszenia świata mnie prowadzi

I najwierniejsze Oczy Miłości, nade mną czuwają.

 

Cóż mogę Ci ofiarować

 

Cóż mogę Ci ofiarować, Jezu

Czego mi nie dałeś?

Mogę wejrzeć w duszę oczami mej wiary

Aby dostrzec sercem talenty tam wlane

 

Każdy dar Twój ująć, jak kamień bezcenny

Myślą go otoczyć tak piękną i wzniosłą

I rozpoznać mądrze

Co mam z nim uczynić

 

W świecie go zakopać, ze strachu przed stratą

Czy z miłością pomnożyć, innym ofiarować?

Wolną wolę nam dałeś, Boże Wszechmogący

Łaskami obsypując, rękami Miłości

 

A my, ludzie tak słabi, ślepi, nie słyszący

Często dar Twój dostrzegamy, gdy go zgubiliśmy

Kupujemy za niego miłość niepotrzebną

Pychą nakarmioną, błyskotkami świata

 

Kupujemy sprzęty i kolory, które niszczeją i bledną

A potem szukamy, głodni i bezdomni

Ratunku, nie u Ciebie, przy stole ofiarnym

Ale w ziemskim banku, bezwzględnie liczącym

 

Zmarzniętymi rękami od braku nadziei

Szukamy monet, które nas wyzwolą

Cóż za nie kupić może biedny człowiek?

Okruch świata, grobowiec - lecz nie swoje zbawienie.

 

Waga

 

Czy wiesz ile łza waży?

Ta w rozpaczy i ta z radości

Ile miłość, ofiara, poświęcenie?

Czy słowo da się zważyć?

Kocham, wierzę, mam nadzieję

Jak rozpoznać uśmiech szczery

A jak zwykły grymas twarzy?

Jak odróżnić rękę pomocną

Od tej, która nic nie daje?

 

Jest taka waga

Na której składamy

To, co najpiękniejsze

Może człowiek zważyć

I czego nie zważy żadna ziemska waga

To krzyż Zbawiciela

Na którym Bóg ocenia

Miłosierdzie ludzkie

Na wzór ... Bożego Miłosierdzia.

 

Powrót

 

O łaski Cię prosimy, Boże

A Ty, krzyżujesz nasze plany

Bunt czujemy, jak syn marnotrawny

I z woli własnej, wybieramy drogę

 

Kiedy sakwę napełnimy już srebrem

Dyplomami i ambicją ustroimy ściany

Dziwną samotność czujemy w sercu

Często do pustego wracamy domu

 

Na tej drodze, którą sami wybraliśmy

Nie ma krzyży z Chrystusem i obrazów świętych

Tylko ludzie ciągle zabiegani, obojętni

Jak liczydła liczą, przy ekranach przygięci

 

Na drodze, którą sami wybraliśmy

Łzy słabością są, bez wartości żadnej

Stacja, do której zdążamy

Na peronie wypisane ma: sukces

 

Gdzieś na poboczu, dostrzegamy ludzi

Pod krzyżem klęczą w pokorze

Myśl nas dotknie, jak zbłąkany anioł

Może przystanąć przy nich, pomyśleć?

 

Czemu twarze ich w błogim uśmiechu

I w uniżeniu zgięte kolana?

Czemu łez nie wstydzą się cudzych i własnych

Jaką moc daje im Chrystus z krzyża?

 

To ułuda, że są drogi bez krzyży, ostrych kamieni

Kwieciem tylko usłane

Tam, gdzie sam Bóg krzyż stawia w życiu

Miłosierdzie zsyła i leczy

 

Jeśli drogę, jak syn marnotrawny, wybraliśmy

Ludzkich katów spotkamy na niej

A ich krzyż, jaki nam zgotowali i gwoździe

Bez łaski zmartwychwstania, zabije

 

Jaki sens ma droga człowiecza

Którą syn marnotrawny podążył?

Na niej głód, samotność, karma zwierzęca

A w sercu ... za Ojcem tęsknota

 

Na każdym trakcie, nawet najciemniejszym

Jaśnieje światło przejrzyste

Sam Bóg wychodzi i lampę zapala

By drogę powrotu widziały, zagubione, marnotrawne dzieci.

 

Obiecuję

 

Osłoń mnie Panie, skrzydłami aniołów

I Archanioła Michała mieczem

Niech serce moje odpocznie od lęków

W kolebce anielskich skrzydeł

 

Niech chwycę się rękami mocno

Aniołów radosnych, pięknych

I choć na małą chwilę, niewielką

Oderwę się od smutków na ziemi

 

Niech mnie uniosą anieli niebiescy

Ku światu bez łez i cierpień

Niech miłość poznam, wszystkich Twoich świętych

A potem silniejsza, obiecuję Panie ... powrócę na ziemię.

 

Perła

 

Dobrymi słowami piszę moje wiersze

Są jak koraliki, blisko mego serca

Twarz Twoją, Jezu, maluję, zamykając oczy

Szaty widzę niedzisiejsze i piękne ręce

 

Jak opisać słowami pragnienie Twej bliskości?

Jakie oczy Ci namalować

By się w nich zatopić?

Jak zbliżyć się do bólu Twego?

 

Czy jest poeta na świecie

Który piękno Twe zatrzymałby w słowach?

Czy jest taki talent

Który twarz Twoją by namalował?

 

Ludzkie dzieła są nietrwałe, śmiertelne

Czasem w snach, dobry anioł nam ukaże

Świat niebiański na chwilę otworzy

Lekki powiew dotknie duszy, serce poruszy

 

Słowa wówczas przypływają piękne

Jak modlitwa człowieka w wielkim uniesieniu

Lecz chwila to tylko, jak błysk światła w burzy

Wracamy w codzienność, choć z darem, na ziemię

 

W sercu mamy perłę, świetlistą, błyszczącą

Ze słów najpiękniejszej modlitwy powstała

I obraz Boga, dłutem Miłości rzeźbiony

Z nadzieją nieba, że Go nie zapomnę

 

Chcę ciągle odczuwać te przepiękne chwile

Na nowo odkrywać dar perły dla duszy

I obraz Twój widzieć, Jezu, jasny i tak czysty

Bliskością się karmić, w darze Eucharystii.

 

Przystanek Milczenia

 

Tyle dźwięków, obrazów i słów krzykliwych

Krąży wokół każdego człowieka

Tyle idei i myśli nas zniewalających

Świat bawi, kaleczy, odrzuca, przyciąga

Jak nić przędzy w tkaninę swą wciąga

Ocenia nas, krytykuje, wabi, płacić każe

A my często bezbronni i chętni, grze tej ulegamy

 

Czasem by świat lepiej poznać

Kości fałszywe w tej grze odrzucić

Dobrze pójść na Przystanek Milczenia

I dać się poznać samemu lepiej

W milczeniu zastygli jak w muszli ochronnej

Odpychając cudze myśli i idee

Słuchamy serca bijącego mocniej

 

Na Przystanku Milczenia, we własnej ciszy zatopieni

Słyszymy swoje myśli i wzrok widzi więcej

Słowa innych już nie są tak dla nas wabiące

Sumienia nie zagłusza filozofia tłumu

Na Przystanku Milczenia samotność nie płacze

Uczy nas odwagi

Dla mądrej przyjaźni ze światem.

 

W ramionach krzyża

 

Kiedyś, zbliżałam się do Boga, jak dziecko

Szukałam pocieszeń, znaków

On słuchał, ja mówiłam ...

Nadszedł dzień, gdy cień Chrystusowego krzyża

Zbliżył się do mnie

Znacząc moje życie krzyżem

Słowa utonęły na dnie milczenia

Chrystusowy krzyż i mój objęły się

W miłosiernym uścisku

Teraz Bóg mówił, ja słuchałam ...

Nie krzyczałam z bólu

Objęta ramionami krzyża Zbawiciela

Słuchałam w kamiennym milczeniu

Nie chciałam zagłuszać Jego słów

Mój krzyk przewróciłby mój krzyż na ziemię

Wyrwałby go z miłosiernych ramion

Stałabym się grobem pełnym żalu

Oderwana od nadziei i miłości

 

Stoję w cieniu krzyża Chrystusa

Czasem unoszę głowę wysoko ku Niemu

I pytam jak zraniony człowiek: dlaczego?

On wskazuje na swoją krew, rany

I odpowiada pytaniem na moje pytanie:

Dlaczego?

Kiedyś ja mówiłam do Boga, On słuchał

Teraz, w cieniu Jego krzyża, stoję z własnym

Bóg mówi, ja słucham

Czasem prowadzimy dialog

Słyszę w sercu słowa, widzę piękne obrazy

Karmi mnie Eucharystią, Ewangelią

Abym wytrwała w cieniu Jego Krzyża

W Adoracji Jego bólu, cierpienia

W wierze, że jest Zbawicielem świata

Odpowiedzią na każde ludzkie pytanie

Lekarzem człowieczych ran

Miłosierdziem współcierpiącym z nami.

 

Urodziny

 

Chciałam ci posłać cały kosz róż

Pomyślałam, zwiędną, nic z nich nie zostanie

Dlatego dobre słowa posyłam, one tak szybko nie więdną

Dopóki żyjemy i kolejne urodziny przeżywamy

Życzę ci wielu lat radosnych

Takich, które ludzkie, zwykłe życie niesie

Dni, które cenić będziesz

Za proste gesty, przyjazne uśmiechy

Pomocny dotyk ręki, obiad podany na stole

Za słowa ludzi, życzliwe, smutek odganiające

Za to, że są obok bliscy przyjaciele

Do których przytulić się możesz

 

Wiedz, że róż w naszym życiu wiele

Lecz my, tak często w pośpiechu

Chwytamy kwiat za kolce

I bólem podrażnieni, nie dostrzegamy piękna

W codziennym, zwykłym poranku

Gwarze ulic nudnym, nawet w miauczeniu kota

W filiżance kawy, obtłuczonej nieco

Którą ręce kochane przed nami stawiają

Jak piękna może być podróż w nieznane

Pamięć o tych, którzy cię kochają

Spojrzenie w niebo, na słońce

Dotyk psotnego deszczu, który zaczął padać

Gdy nie masz parasola przy sobie

 

Daj ponieść się życiu z szacunkiem

Dla piękna, którym obdarowuje

Zaproś Boga do życia swojego

Za Miłosierdzie Jego, podziękuj

W modlitwie prostej, codziennej

Powtarzaj rano, wieczorem

Za każdym razem, gdy dostrzeżesz piękno ...

Bądź ze mną zawsze, Boże

Twoim dzieckiem jestem.

 

Do człowieka pysznego

 

Myślisz, że Bóg ci nie potrzebny

Silny jesteś i dobrze wykształcony

W życiu tylu pokonałeś ludzi

I barier przez los narzuconych

Otoczyłeś się zbytkiem i konto masz znaczne

Dary dajesz na fundacje wszelkie

Czasem nawet żebrakowi wrzucisz

Grosz ci niepotrzebny

Nikt o tobie nie mówi: zły człowiek

Dobry pan, słyszysz wokoło, szlachetny

Przyjaciele przy stole twoim weseli

I życie pogodne wokół ciebie

 

Kiedy miłość dotknie twego serca

Jakiś dobry człowiek nim zawładnie

Pycha dziwnie zawstydzona, odchodzi

Siła twoja mała się staje, bezbronna

I już wiesz, żaden grosz żebraczy jej nie przekupi

Żadne konto, nawet zbytek wielki

Ona piękna jest, ale wymagająca

Albo przyjmiesz ją taką, albo odrzucisz

Tak bardzo pragniesz ją zdobyć

Bukietami kwiatów i złotem wabisz

Dopóki sama miłość ci nie podpowie:

Wraz ze mną, krzyż też musisz ponieść.

 

Gdzie szukać miłości?

 

Myślałam, że miłość jest jak piękno

Samym swym wejrzeniem

Zasiewa dobro

Myślałam, że miłość widoczna jest

Jak słońce w pejzażu artysty

Ale tak nie jest ...

Słońce i piękno jaśnieją, a miłości brak

Moje serce zaczęło szukać miłości

Nie w blaskach odurzających, słowach złudnych

Stało się, jak czujny detektyw szukający prawdy

W człowieku

Odkryłam miłość w kazaniu wiejskiego proboszcza

Udręczonego przewlekłą chorobą

Klękał z trudem, jakby przytłoczony krzyżem

Widziałam pragnienie przelania miłości

W geście podania ręki na znak pokoju

W oczach niemal stuletniej kobiety

Widziałam jak dzielą się miłością biedni

Słyszałam miłość w modlitwie

Czułam miłość przenoszoną ze zdrowych rąk ku chorym

W szpitalach, hospicjach

Ta miłość nie lśniła urodą świata

Nie ubierała się w kolorowe szaty

Była łaską w sercu człowieka

Jak dar Boga, nie oszacowany żadną walutą

Często przybita do krzyża choroby, poświęcenia, pokory

Jeśli chcesz dotknąć, poznać prawdę o miłości

Musisz zbliżyć się do krzyża Jezusa

Bez Prawdy Jego krzyża

Jaśnieje piękno świata ... a miłości brak.

 

List o miłości

 

Kocham Cię, Jezu, podczas dni szarych i nudnych

Kiedy słońce świeci i radość życia czuję

W cierpieniu, także kocham Cię, Jezu

Lekarzem Jesteś najczulszym

 

Kocham Cię, Jezu, gdy duszę dziwna samotność dręczy

Tak wielka, iż we własnym Ogrójcu konam

Myśli złe, lęk, szatan podsyła przewrotny

Walkę z nim toczę, na śmierć, bądź życie wieczne

 

Kocham Cię, Jezu, gdy piękno przyrody widzę

Bezpieczna czuję się w Twoich ramionach

A także wtedy, gdy nic, tylko pustka we mnie

Niepewność, czy Ty ... Jesteś obok

 

Kocham Cię, Jezu, gdy na krzyż patrzę

Westchnieniem bolesnym chcę ulżyć Twym dłoniom

Sercem strwożonym, wesprzeć poranione nogi

Koronę cierniową zdjąć z Twej świętej głowy

 

Kocham Cię, Jezu, gdy bluźnierstwa słyszę ludzi

Chcę krzyczeć głośno: miej litość nad nami

Oni tak nędzni, nie chcą Twej Miłości

Nie płacz, Jezu, proszę, ja jestem przy Tobie

 

Kocham Cię, Jezu, gdy tonę w ciemności fałszu

Kiedy niemoralność i grzech widzę jasno

A wokół ludzie tłumaczą, że to przejaw czasów

Czuję Twój smutek, modlitwą pragnę Cię przebłagać

 

Kocham Cię, Jezu, gdy w monstrancji czekasz

Na Adorację wiernych, ich rozmowę szczerą

Tylu ludzi dziś, czasu nie ma dla Ciebie

A Ty, Więzień Tabernakulum, Jesteś codziennie

 

Kocham Cię, Jezu, gdy pięknych ludzi spotykam

Oddanych wiernych, księży, zakonników

Serce moje słodycz miłosna wypełnia

Dusza, w tych momentach, w raju wypoczywa

 

Kocham Cię, Jezu, gdy przed Tobą klękam

Otoczony zapachem bukietów wspaniałych

Czy głos Twój słyszę, czy tylko szum anielskich skrzydeł?

I słowa: miłości pragnę więcej ... a nie więdnących kwiatów.

 

W Dzień Trójcy Świętej

 

Prosiłam Cię, Boże, byś w Dniu Trójcy Świętej

Przemówił do mnie, wewnątrz mego serca

A Ty, w tym dniu, zaprosiłeś grupę dzieci

Boleśnie przez los doświadczonych

 

Niewidome, bezradne bez rąk opiekunów

Czytały Pismo Święte, psalm zaśpiewał chłopiec

Na koniec mszy, piosenkami pożegnali wiernych

Radosnymi, o miłości do Ciebie

 

I choć głosu Twego wewnątrz nie słyszałam

Serce moje, rozgadało się jak profesor

Piękna miłość, usłyszałam, to gotowość aby krzyż ponieść

Drogą, którą sam Bóg nam wybrał dla zbawienia

 

Miłość, jak ci niewidomi, nie widzi uśmiechu

Oszukać jej nie można gestami zbędnymi

Miłość czyny ocenia, nie słowa człowieka

Miłość, to pokora, pani cicha, łagodna, cierpliwa

 

Pomyślałam o łaskach, przez Boga nam danych

O naszej niepamięci, by za nie dziękować

Gdzieś obok, są niesprawni ludzie, dzieci

Może oni za nas, krzyż większy dźwigają?

 

Stały na ołtarzu, niewidome dzieci

Świadectwo pokory, w swej drodze krzyżowej

Były jak ikona, malowana ręką Boga

Ku naszej pamięci, by miłością oceniać, nie oczami.

 

Diamenty

 

Los szczęśliwy chcesz wygrać w życiu

Władzą się chlubić, bogactwem, siłą

I gdy wreszcie, taki diament, los ci ześle

Czuwasz codziennie, przed złodziejem go chronisz

 

Panem się twoim staje, a ty sługą jego

Ochronę zapewniasz, sejfy, zamki, kody

Złodziej, gdy zechce go ukraść

Sprytniejszy będzie, zamki i kody pokona

 

I nie masz już władzy, bogactwa, splendorów

Sejf twego życia pustką świeci

Nie lękaj się straty takiego diamentu

Kamieniem był tylko, twardym, nieczułym

 

Poszukaj skarbów cenniejszych

Diamentu na wieczność, nie na chwilę życia

On spokój w duszę wlewa, w sejfie serca mieszka

To Pan Miłosierny, Jezus w świętej Eucharystii

 

Bogaty będziesz w dobra, jak dziecko królewskie

Nie jak sługa ziemskich diamentów

On zadba o chleb twój powszedni, codzienny

Jest pokarmem, mocy, nie twardym kamieniem.

 

Podróż

 

W podróż jesteśmy wysłani nieznaną

Z pustym paszportem, bez wiz i stempli

Z okrzykiem bólu narodzin spadamy na ziemię

Wprost w dłonie tych, co nas poczęli

 

W samo południe życia w drogę wyruszamy

Jak podróżnicy z bagażem wiary w obiecaną ziemię

Szlaki poznajemy, rozstaje, zakręty

Mylimy kierunki podróżniczych planów

 

Cofamy się z lękiem, gdy na drogach, krzyże

Ktoś je kiedyś ustawił jak słupy graniczne

To szlak dla odważnych pielgrzymów przez życie

Nie wszyscy w swą podróż, z odwagą wkraczamy

 

Szukamy miejsc gwarnych, dróg dawno przetartych

Tam, gdzie pątnicy życia od lat zamieszkują

Dom budujemy na ruchomym piasku

Choć obok stoi skała piękna i wyniosła

 

Popołudnie życia cienie długie rzuca

Przesłaniając kolory, które nas cieszyły

To, co skarbem się wydawało w ogrodzie życia

Krasnalem jest tylko, ze złuszczoną farbą

 

I choć nogi słabe, serce niespokojne

Modlitwy zbiera, jak kapitał, na nową podróż życia

Gdzieś na wąskiej dróżce, samotny Pielgrzym przemknie

Uśmiechem pełnym miłości, do nowej nas ziemi zaprasza

 

Nie jest to podróż w nieznanym kierunku

Tak dziwnie radosna jest i bezpieczna

Ten Pielgrzym krzyż dźwiga, drzewcem drogę znaczy

Przystaje, pomaga, w drodze nas leczy i karmi.

 

Słyszałam modlitwę

 

Są dni bez znaków świętych, serce wzruszających

Zwyczajne, jak orka za pługiem na roli

Wypełnić je musimy pracą mozolną

Nawet modlitwa, to słowa puste jedynie

 

Czasem dzień zwykły cud nam zsyła

Znak, tak święty, że na kolana rzuca

Do nieba ręce wyciągamy, jak samotne drzewo

Modlitwa z serca płynie, usta nadążyć nie mogą

 

Przed świętym obrazem Maryi

Mężczyznę starszego dostrzegłam, na klęczkach

W pustym kościele głośno, żarliwie się modlił

Szlochał jak dziecko opuszczone, bezbronne

 

I nic dziwnego w tym by nie było

Gdyby to była kobieta w emocjach

Tak rzadko łzy widać u mężczyzn w modlitwie

Twardymi chcą być, nawet przed samym Bogiem

 

O Matko, szeptał, Jedyna moja, Święta

A głos jego niósł się po pustym kościele

Bądź ze mną, dla Ciebie tylko żyję

O Czysta Panno, Wielmożna ...

 

Jak wiele boleści los musiał mu zadać

Ile rozczarowań doznał za dni swoich

Ile dumy męskiej życie w nim złamało

Aż wreszcie ukląkł, zapłakał, przed obrazem Maryi

 

Na nic, pomyślałam, walka o przetrwanie

Na nic nasze intencje, nawet te szlachetne

Na nic praca twarda i kark męski twardy

Gdy błogosławieństwa Świętej Matki, w życiu nam zabraknie.

 

Kim dla mnie Jesteś, Jezu?

 

W dzieciństwie, mszą świętą w nieznanym języku

Pierwszą komunią, bierzmowaniem, procesją w Boże Ciało

Ścieżką wśród łąk ukwieconych, rosą zroszonych

Gdy wczesnym rankiem do wiejskiego kościoła zmierzałam

Byłeś kolorem, ciepłem, wydarzeniem świątecznym

 

W dorastaniu, Byłeś pytaniem o zło, pogardę i wojny

Modlitwą często niestaranną, prośbą ... o coś

W dojrzałości, świat przysłaniał mi Ciebie

Troskami, co dzień następny przyniesie

W kościele Cię zostawiałam, do życia wychodząc

 

Stąpając po ziemi, marzeń szukałam w chmurach

Czasem o kamień się potknęłam, ludzkiej niewdzięczności

A czasem krzyże zbierałam po drodze

Nie wierząc, czy zdołam bez lęku je ponieść

To serce kazało mi, z każdym krzyżem, do Ciebie przychodzić

 

Dzień przyszedł zwyczajny, pochmurny, jakich w kalendarzu wiele

Gdy oczy nasze wreszcie się spotkały

Ty na ołtarzu, do krzyża przybity, ja w życiu zagubiona

Łez w tym spotkaniu nie było, milczenie przedziwne

Dusza moja, mną samą zmęczona, do Ciebie uleciała

 

Obrazy wracały z życia, jak bumerang w przeszłość rzucony

Widziałam Ciebie w każdej chwili życia

Szedłeś ze mną, trzymając rękami rodziców, na każdą mszę świętą

Ze mną, obok, płakałeś nad grobami bliskich

Cierpliwie czekałeś, kiedy miłość do Ciebie odnajdę

 

Kim dla ciebie jest Jezus? - słyszałam pytanie

W pięknych słowach mówi o tym Pismo Święte

Dla mnie Jezu, Jesteś drogą, światłem, życiem

Pragnieniem miłości, szczerego, niewinnego dziecka

Ufnością Jesteś, że dłoń Twoja zawsze mnie prowadzi.

 

Dwie samotności

 

Jest taka samotność, która rozpacza tylko

Wypełniona łzami jak porzucone naczynie - deszczem

Jest też samotność, która wystawia się

Jak pusty kielich, na wypełnienie się bożą miłością

Samotność rozpaczająca może zabić duszę, serce

Wypełniona miłością ... zabija samotność

 

Stajemy przed Bogiem jak drzewo samotne, nie las

Ile na nim liści żywych, nasion ożywczego dobra

Ocenia Bóg, nie ludzie

O, samotności, wypełniająca się kielichem bożej miłości

Pamiętaj o tych, którym łzy goryczy zalewają serce

Otocz ich modlitwą, wylej z nich deszcz rozpaczy.

 

Dziwny taniec

 

Pięknej chwili doznałam

Moja dusza chciała tańczyć taniec radości

Z miłości do Boga

Za ciasno jej było w moim ciele

Ogarniało mnie gorące uczucie

Tylko głośny śpiew i taniec mogło je wyciszyć

Cicho, cichutko szeptałam

Wokół śpi tylu uśpionych pielgrzymów

Tańcz i śpiewaj w cichym rytmie mojego serca

Małe jest, radości twojej nie pomieści

Schowam tę radość głęboko

W pamięci

Jak szlachetny zapas na trudne chwile

Będę z niego czerpać rytmy i śpiew piękny

Kiedy sił braknie, a głos mojej modlitwy będzie milkł

Wezmę wówczas twoją radość, duszo

Jak ziarno, zaczyn, na nowo rozkwitający

Kwieciem pięknym miłości do Boga

Ożywiającym moją wiarę w szarej codzienności.

 

Na prostej drodze

 

Widziałam jak upadł człowiek

Na szosie gładkiej jak asfalt

O własne nogi się potknął

Choć żadnej przeszkody nie miał

 

Panie, mówił, ku Tobie z pieśnią wędruję

Wiem dobrze, czego ode mnie żądasz

Prawa Twoje głęboko są w mojej pamięci

I wolny jestem od wszelkich życiowych przywiązań

 

Słońce świeciło jaskrawym blaskiem

Ciemności nie było żadnej, nawet cień się nie błąkał

Człowiek szedł z dumą, ku niebu głowę unosił

I raptem upadek, jak lot ptaka zbyt niski

 

Dlaczego Panie upadłem, pomimo światła i pieśni?

Skaliste szlaki omijałem i ciemne ścieżki

Dlaczego Panie upadłem, gdy śpiew mój Ciebie wychwalał?

Dlaczego musiałem upaść, choć drogę do Ciebie znałem?

 

Nie wiem co Bóg odpowiedział, na pytań tyle zadanych

Widziałam tego człowieka, po latach, na drodze pełnej kamieni

Ostrożnie stopy stawiał, w dziwnej, milczącej pokorze

Na plecach, krzyż dźwigał ciężki i żadnych pytań ku niebu nie wznosił.

 

Obraz na płótnie

 

Wisiała kiedyś makata

Nad dziecięcym łóżkiem

Las był na niej, zwierzęta, słońce i trawa

Ot, kicz zwykły, żadnej wartości

 

Serce dziecka nadało jej życie

Ożywiło pejzaż, dodało głębi

Codziennie obraz przemawiał ...

Żywym widokiem ciepłego słońca, ruchem

 

Minęło wiele lat

Makata rzucona, jak zbędny przedmiot na strychu

Wydawała się tylko płaską tkaniną

Nic tajemniczego, nic zachwycającego

 

Pomyślałam o naszej wierze w Boga

O dorosłości odartej z dziecięcej ufności

O sercu, które w dorosłych zamraża codzienność

I wyobraźni na piękno, która gaśnie z wiekiem

 

Kim dla nas jest Bóg?

Czy tylko płaską tkaniną widzianą oczami dorosłego?

Gdzie zagubiliśmy zachwyt dziecka?

Jak wrócić w dawny świat ufności?

 

Daj nam Boże, w modlitwie, mszy świętej

Ożywiający, tajemniczy zachwyt dziecka

Dziecięcą ufność w piękno Eucharystii

Daj świętą radość dziecka w miłowaniu Ciebie.

 

Spowiedź

 

Błąkałam się kiedyś z aniołem

W dziwnie mglistej przestrzeni

Wokół wyschła trawa, w niej, niedbale rzucone kamienie

Chciałam je minąć i drogi poszukać łatwiejszej

Lecz anioł pochylić się kazał

I odczytać wykute w kamieniach litery

Sam zginął gdzieś w gęstym obłoku

A ja krążyłam, czytając napisy

Jak oracz zgarbiony, w szacie pokutnej, zgrzebnej

Na każdym kamieniu tkwił grzech mocno wryty

Obok, krzyż stał w trawę wbity

 

Łzami skrapiałam każdy kamień

Widząc w nim własne przewinienia

Te, o których już dawno zapomniałam

I te, o których nie chciałam pamiętać

Krzyż tkwiący przy kamieniach

Do piersi przytulałam jak skarb bezcenny

Bolesne oczy Jezusa widziałam, cierpiące

Pod każdym krzyżem, kiedy za mnie upadł

Święta to była chwila, tak jasna, przejrzysta

Oczyszczająca duszę w rachunku sumienia

Jak droga krzyżowa mojego życia

 

Gdzieś w dali wysoko, w słonecznej przestrzeni

Konfesjonał widniał samotny

Anioł ku niemu mnie uniósł, jak do źródła nadziei

Uklękłam przy nim i zapłakałam, jak Piotr zgnębiony

Który Pana trzykrotnie się zaparł

W konfesjonale Jezus siedział, choć twarz miał znajomego kapłana

Kamienie grzechów złożyłam tam z pokorą

Oczy przymknęłam w tej spowiedzi niezwykłej

Głos słyszałam cichy, raczej szept miłości:

Nie rozrzucaj niedbale, chwil swojego życia

Siostrą Mi jesteś, za którą na krzyżu umarłem

Dla miłości Mojej, Bóg cię począł, nie ... dla grzechu.

 

Anielska Grota

 

Jak dom porzucony, bez okien i drzwi

Jest nasza dusza bez modlitwy miłości

Nieposkromiony wicher, ulewa, kaleczą go

W puste okna wciskają się bezwartościowe śmiecie

I choć mury się jeszcze opierają, dom powoli niszczeje

 

Była taka pielgrzymka w moim życiu, anielską zwana

W Grocie Michała Archanioła w Gargano

Miecz Jego, uniesiony wysoko

Wyrzeźbił grotę dla mej własnej duszy

Zbędne kamienie mieczem przeciął, jak balast zniewalający

 

Okna groty swej duszy, powiedział, przesłoń Obliczem Jezusa z Manoppello

Aby Jego piękne, miłosierne oczy, chroniły cię przed złem

Cud Eucharystyczny z Lanciano miej w sercu

Znakiem niech będzie widocznym obecności Boga

Dotyk relikwii świętych, niech światłem będzie w twej grocie

 

Obdarzyłeś mnie Michale Archaniele, darem groty

I wypuściłeś na wolność, na życie w walce o dom dla mej duszy

Przez okna którego patrzą oczy Jezusa

Gdy walczę o drzwi tego domu, które otwiera tylko modlitwa miłości

Proszę, Święty Michale, przeciw zasadzkom złego ducha bądź mi obroną.

 

Pójdź za Mną

 

Patrzysz na mnie Jezu, każdego dnia

Zaglądasz w duszę moją

Przez okna domu, w którym żyję w swoim małym świecie

Za tymi oknami tyle się dzieje

Zła i dobra

Trudno zaryglować dom przed silnym złem

Przebranym oszukańczo w strojne szaty

Trudno oczom i sercu rozpoznać dobro

Nieatrakcyjnie ubrane w słabość

Jedno i drugie puka do drzwi domu mego małego świata

Wyglądam przez okna mego domu

Na smutną mgłę za oknem

Na smętnie padający deszcz, obojętny

Zaciemnia Twój wizerunek, Panie

Przemywam codziennie okna mego domu

Miłością, modlitwą, życzliwością

Abyś mógł do niego zaglądać, Jezu

Czasem czuję się jak samotny krzyż przy polnej drodze

Szargany wiatrem, deszczem, śniegiem

Ożywia mnie ktoś, kto mały kwiat łaski pod nim kładzie

Pochylam się by go podnieść, przytulić, podziękować

Słaba jest moja dusza bez Twych kwiatów, Panie

Przytłoczona światem niepogody

Mimo to, ciągle słyszę głos Twój, Jezu

Wśród szumu świata, burz zagłuszających boską melodię duszy

Pójdź za Mną ...

Mimo niepogody, lęku

Mimo samotności, obojętności, bólu

Pójdź za Mną

Ja Jestem Prawdą, Drogą i Życiem.

 

Korytarz

 

Korytarz pełen drzwi jest jak życie nasze

Którym wędrujemy często po omacku

Na drzwiach mijanych czytamy napisy

Kuszą te, z bogato złoconymi klamkami

 

Naciskamy klamkę, za drzwiami fachowcy

Od spełniania marzeń, ambicji i pragnień

Weszliśmy tam bogaci w nadzieję spełnienia

Nędzarzami wychodzimy, a na koncie życia - manko

 

Są tacy fachowcy od spełniania marzeń

Którzy płacić każą kartą ludzkiej godności

Za radości chwilę, sumienie wymażą

Pieniędzy nie chcą, tylko niewolniczej uległości

 

Ile takich złoconych klamek

Nacisnęliśmy w życiu, przez próżność, pychę i egoizm

Ile ciągle jeszcze złotych klamek nas mamiących

Przed nami, w korytarzu życia, którym wędrujemy?

 

Łasce, która jak cud czasem nas dotyka

Winniśmy dziękować, Bogu Najwyższemu

Gdy wędrując po omacku, często z pustym sercem, potkniemy się

O Żebraka Miłości, Jezusa, przy drzwiach z napisem Prawda.

 

Nasze szaty

 

Nasze szaty grzeszników są jak suknie zgrzebne

Łatamy je, by nagość grzechu nie raziła zbytnio

Łatamy modlitwą, często niestarannie

Kwiaty przypinamy własnych czynów, myśli

Ozdobą się wydają lecz tak szybko więdną

 

Wspominamy po latach nasze dobre matki

One cuda czyniły z naszych starych sukni

Łatami ozdabiały, jak artystki, biedę

Aby nędzy naszej inni nie wyśmiali

A śmiechem okrutnym nas nie poniżyli

 

Matek naszych zabrakło, dzieciństwo minęło

Może suknie, te ziemskie, już nie rażą biedą

Bóg nas ubrał w suknie, Duchem Świętym zdobione

Łaty na nich widzi, przetarcia i nędzę

Grzech to sprawił, raniąc bożą szatę

 

Matkę najczulszą posyła nam z nieba

Tą samą, która z troskliwością łatała Jezusowe suknie

Ona, nasze suknie, które grzech rozerwał

Pomoże anielską załatać je nicią

Podaj Jej, a Ona, w uroczystą przemieni ją szatę.

 

Modlitwa ufności

 

Czy można Cię, Boże, kochać tylko trochę?

Miłością obdarzać w chwilach modlitw wzniosłych

Gdy ręce nasze pełne łask Twych i darów

A wzruszenie serca wyciska łzy wdzięczności

 

Czy można Cię, Boże, kochać tylko trochę

Zapomnieć o Tobie, gdy nas życie głaszcze

Nie mieć odwagi głosić Twojej prawdy

Gdy inni atakują wrogo naszą wiarę

 

Jak krucha jest, Boże, nasza ludzka miłość

Ucieka od krzyża do pieśni, fanfar, łopotu sztandarów

Gdy cierpienie przenika i wypełnia życie

Niewdzięcznym się stajemy partnerem w miłości

 

Naucz nas, Boże, modlitwy odważnej ufności

Ona o cuda nie prosi, dowodów nie żąda

Naucz modlitwy o zbawienie duszy

Bo tylko dusza rozpozna dotyk Twych miłosiernych dłoni

 

Gdy z ufnością oddamy duszę i życie nasze Bogu

Zaufamy Miłości w Betlejemskim żłóbku

I pójdziemy za Nią aż pod krzyż cierpienia

Sam Bóg uświęci naszą miłość ludzką

 

I stanie się ona posągiem pięknym

A nie karłem słabym.

 

Dom na Świętej Górze

 

Rozkładam księgę życia swego

Jak biblię

Odkrytą na nowo, pośród ksiąg na półce

Na rozdział trafiam napisany

Latami wędrówek przez życie długie

Odczytuję słowa sercem, nie oczami ...

 

Żyłam, by szukać ciebie, ścieżko jedyna

Która do Domu prowadzisz

Na Górze Świętej On stoi

Krzyż, jak drogowskaz błyszczy obok w słońcu

Nogi pielgrzyma pod nim się uginają

 

Szukam okna, nieziemskimi kolorami zdobionego

Drzwi otwartych, jak serce niechronione

Stołu, przy którym wytchnienia doznam

Pokarmu, dla ciągłego głodu mojego

 

Dzięki Ci, Boże za obraz Domu tego

Dzięki za tę ścieżkę jedyną

Stacjami krzyżowymi znaczoną

Dzięki za okno, z którego radość wypływa

Za drzwi Twego Domu, szeroko otwarte

Za stół, zastawiony Miłością

 

Bolesna miłość

 

Mówię Ci, Jezu, że Cię kocham

Kiedy klęczę przed Tobą jak grzesznik skruszony

Zapach świec, pieśni, modlitwa unosi

I widok wiernych, modlących

Powietrze jest wtedy, jak balsam na rany

I bunt gdzieś znika na zasady świata

 

Ale są inne chwile, których też doświadczam

Gdy huragan wydarzeń

Do serca śmieci naniesie

Klęcząc i mówiąc: kocham Cię, Jezu

Na mur natrafiam, jak na ścianę płaczu

Wtedy po omacku, w ciszy, bez pieśni kojących

Szukam za tym murem, Twojego oddechu

Słowa gasną, jak niewierne myśli

A dusza przyzywa i płacze

 

Ten czas przyzywania, szukania Cię, Jezu

Trwały ślad, bolesny, w sercu moim rzeźbi

A kiedy go dotykam, jak figury świętej

Oczami widzę Drogę na Golgotę

I mówiąc do Jezusa: kocham Ciebie, Panie

Wiem, że ta prawdziwa miłość, święta

Tak bardzo zraniona, jest też bolesna

 

Dziwna procesja

 

Może to było na jawie

Ale bardziej we śnie przedziwnym

Widziałam procesję z monstrancją

I ludzi, jak kolorowe motyle

Ksiądz w szaty uroczyste ubrany

Aniołowie baldachim nieśli

Śpiew słyszałam, wysokie i czyste tony

A światło było takie przejrzyste

 

Gdy przeszli ludzie

W motyle przebrani, jak święci

Inną procesję dostrzegłam

Ludzi zbolałych, do ziemi przygiętych

O kulach wsparci, ranami pokryci

Chorych na plecach i noszach nieśli

Gotowa byłam im współczuć

Gdyby nie postać Jezusa

Szedł obok, pomagał chorym

Z uśmiechem tak słodkim, łaskawym ...

Wołałam do duszy: zbudź ze snu ciało

Jak budzik, dręczącym hałasem

Niech wstanie i niech się nie spóźnia

Na tę procesję z Jezusem.

 

Wieczność

 

Gdyby był na świecie dąb

Mocarny, z silnymi korzeniami

Skryłabym się pod nim

Gdyby był na świecie trwały dom

Na fundamentach ze skały

Zamieszkałabym w nim

 

Świat rodzi dęby, które orkan łamie

Domy, które niszczeją

Prawdy, które się starzeją

A ludzie, jak błędni rycerze

Wędrując w poszukiwaniu wiecznej Prawdy

Wiecznego domu, dębu

Mijają Krzyż, na którym wieczność ...

Wyciąga do człowieka ręce.

 

Bajka o miłości

 

Dawno, dawno temu, wędrując po ziemi

Zgubił anioł kamień, niezwykły, bezcenny

Gdy go człowiek znalazł, wyśpiewał pieśń piękną

Serce swe otworzył, miłość wypłynęła

 

A była to miłość bogata, obfita

Czerpali ją ludzie pełnymi sercami

I nikt nie był głodny miłości na ziemi

Nadmiarem karmiła spragnionych uczucia

 

Raj pełen miłości trwałby pewnie długo

Gdyby nie pojawił się człowiek zza morza

Ukradł kamień anioła, chciał go dobrze sprzedać

Wyczerpał się zapas ofiarnej miłości

 

Strapieni tym ludzie, wyruszyli w pogoń

Szukali złodzieja bezcennej miłości

Jubilerzy - oszuści mamili ich złotem

Wmawiając, iż blask jego, to okruch z kamienia anioła

 

Zamęt powstał pośród ludzi wielki

Każdy chciał coś kupić, posiadać na własność

Zbudowano grobowce - sejfy, dla zdobytych skarbów

Strzeżono pilnie, by ich nikt nie ukradł

 

Gdzieś jednak na świecie jest kamień bezcenny

Legendy o nim krążą, jak miłość rozdawał

A ludzie ciągle marzą, że znajdą na ziemi

Miłość, której żaden szyfr sejfu, nigdy nie uwięzi.

 

Zaduma

 

To czas, gdy myśli biegną ku przeszłości

Jak raki, wstecz wędrują

Do marzeń z dzieciństwa

Kolorowych motyli nadziei

Wyciągamy ręce poprzez zasłony wspomnień

Mijamy kolejne lustra lat

Aż dojdziemy do dziecka z lusterkiem

Tak małym

Iż nie ma w nim jeszcze odbicia świata

Tylko oczy ciekawe: kim jestem?

 

W zadumie, lata są jak minuty

Czas to nie monotonny stuk dzięcioła

Wspominamy chwile

Uśmiech, ciepłą dłoń, dobre słowo

Ciepło słońca, powiew wiatru, zapachy

Krzyż cierpienia spadający nagle

Bez uprzedzenia, tajemnego znaku

Jak krótkie wydaje się życie

Z chwil ważnych złożone ...

 

W zwiniętej wstędze codzienności

Lat wypisanych w metryce

Pośród rytuału gestów, czynności powszednich

Zaciekawienia, nudy, oczekiwania

Tkwią brylanty chwil wartych zadumy

I, jakim byś nie było, życie

Kolorowe motyle z dziecinnych marzeń

Nigdy nie umierają ...

Nadzieja je rodzi i modlitwa

A potem wypuszcza na wolność

Aby wróciły w świętej, ludzkiej zadumie.

 

Zwykła świętość

 

Kazał mi anioł szukać świętych ludzi

Nie na kartach ksiąg mądrych

Ale wśród żyjących

Jakże mam rozpoznać, spytałam anioła

W zwykłych ludziach, świętych?

Ale anioł odleciał, porady mi nie dał

Na ławce usiadłam obok starszej pani

Kilka słów wymieniłam o pięknej pogodzie

A potem historia popłynęła o świętej kobiecie

O ludziach, którzy żyją dzięki jej odwadze

 

Przypomniałam sobie życie dziadka, babci

Los ich trudny i mozół codzienny

Spracowane dłonie i śpiewy poranne

Gdy wiejskimi ścieżkami na mszę podążali

Pomyślałam o misjonarzach, ich ewangelizacji

O młodych powstańcach, gdy za kraj ginęli

O ludziach, którzy życie za wiarę oddali

O samotnej kobiecie i jej chorym dziecku

 

Ileż pięknych historii, zwykłych, szarych ludzi

Gubimy pośród współczesnych wartości

Ilu świętych mijamy, stwarzając własnych idoli

Zrozumiałam, aniele, czemu odleciałeś

I kazałeś mnie samej szukać świętych ludzi

Świętość codzienna jest cicha, pokorna

Iż życie jej nie zauważa

 

Dziękuję Ci, Boże, za tych zwykłych świętych

Za dobro, co zakwitło obok mnie na ziemi

Jest jak kromka chleba żywiąca spragnionych

Wiarą .. i nadzieją

W człowieka

On przecież na obraz Boga był stworzony.

 

Bezdomne serce

 

Troszczą się władze o bezdomnych

Rzuconych gdzieś po norach miasta

Są dla nich noclegownie, zupy

Społeczny i charytatywny zapał

 

Jest też bezdomność z własnym kluczem

Czysta, zadbana, pije kawę

Tylko jej serce smutne płacze

Bezdomne jest, bo nie kochane

 

Gdy wczesnym rankiem wstaje z łóżka

Snów chwyta się, przyjaciół nocy

Tych o człowieku, który odda

Choć na minuty, mały serca pokój

 

Pokój ten może być niewielki

Zmieści się w nim bezdomne serce

Ono nie zwykło żyć w pałacu

Drugiego pragnie tylko serca

 

O serce bezdomne, które czekasz

Na dom bez klucza obojętności

Wyjdź z domu i cierpliwie szukaj

Tak wiele serc wokół, bezdomnych

 

Bezdomność zaśnie w noclegowni

Ubrana w ciuchy i społeczną troskę

Serce bezdomne, nawet w pięknym domu

Nic do snu nie utuli, prócz miłości.

 

Intencje

 

Ofiarowuję na mszy świętej, intencje moje

Na ręce Maryi i patronów świętych

I niecierpliwie czekam, jak żebrak

Na dar Twego błogosławieństwa, Jezu

 

Wierzę, że każdą moją intencję

Na ołtarz składaną, w koszyku nadziei

W dłonie bierzesz, rozważasz, według bożej woli

I zwracasz memu życiu, jak różaniec pereł

 

Ten różaniec łask perłami lśniący

Czasem gubię, jak ślepiec bezradny

Własną wolą kieruję się w drogę

Na tej drodze, mgła, Twój różaniec zakrywa

 

Kiedy wracam zmęczona z tej drogi

Gdy kamienie własnej woli mnie zranią

Duszę, serce przywodzę przed ołtarz

Panie Jezu, pytam, próśb mych zapomniałeś?

 

Lata życia biegną w szalonym galopie

Zapomnienie gasi świece dawnych mych intencji

Aż chwila przychodzi niezwykłej bliskości

I serce poznaje, wysłuchałeś Panie próśb moich

 

Dziś wiem, musiały jak kwiat dojrzeć

Umocnione siłą Twej Świętej Ofiary

Przemieniłeś je w owoc Twej woli

I w dłonie moje składasz, na znak Twej obecności.

 

Płocha miłość

 

Jak płocha jest ludzka miłość ...

Jak ćma ku światłu chce dążyć

W cieniu pokory nie chce cierpliwie czekać

W blasku światła chce się pławić

 

Miłość Jezusa do ludzi, pod krzyż Go popchnęła

W ciemności poniżenia się zanurzył

Bezbronny z miłości wobec swoich katów

Szeptał: wybacz im Boże, nie wiedzą co czynią

 

Jak płocha jest ludzka miłość

Iskierkami świeci zaledwie, habit pokory odrzuca

Ustrojona chce być, zwycięska ...

Złożonych rąk do nieba, długo nie utrzyma

 

Słabe iskierki płochej miłości Bóg zbiera

Drzewcem krzyża Swego Syna łączy i zespala

Słabość płochej miłości podtrzymuje

Jak ogniki lampki wieczystej

 

O słabości płochej miłości człowieka

Ciężarem życia przygnieciona

Krzyż święty ciebie błogosławił

Twą słabość - na krzyżu Jezus zbawił.

 

Do mojego Proboszcza

 

Bóg dał Ci dwa serca

W jedno, nie wlałby tyle odwagi

Kapłańskim pobłogosławił powołaniem

I z ojcowskim pocałunkiem, na świat wyprawił

 

Obietnicy łatwego życia nie dopisał

Plany miał wobec Ciebie, własne

W kołyskę, Pismo Święte, anioł wrzucił

Matka Boża, zamiast Twej własnej, przejęła opiekę

 

Wiara Twoja ziarnkiem gorczycy zakwitła

Góry poruszyła, rzeźbiąc w nich mury kościołów

Powstawały z Twojej siły i uporu

Z Twojej miłości, tęsknoty ... i nadziei

 

Choć tajemnice duszy Twej nieznane

Na drodze swej, Jezusa ujrzałeś, bezdomnego

O dom Cię prosił - kościół, nawet skromny

By krzyż ciężki mógł o mur jego oprzeć

 

Człowiekiem jesteś i siły Twe wątłe

Jedno z serc Twoich, osłabło od pracy

Czasu dla niego nie miałeś za wiele

Samo więc ... poprosiło, o mały przystanek

 

To drugie jednak, nadal mocno bije

Sił Ci dodaje w kapłańskiej posłudze

Choć smutek czasem na twarzy Twej gości

I myśli bliskie o podróży dalekiej

 

Inżynierze bożych, budowniczych planów

Nie słabość Twoja, choroba, uniosą Cię z ziemi

Ale czas to będzie, gdy Bóg, rękami aniołów

Ukończy, budowę domu pięknego, dla Ciebie

 

Patron Twój, z Ars Proboszcz

Szepnął mi po mszy świętej, z uśmiechem i bardzo dowcipnie

Niech Proboszcz twój modli się dalej gorliwie

Aniołowie, tam w niebie, postawili Mu zaledwie ... kamień węgielny.

 

W cieniu krzyża

 

W smutku

Zalewającym duszę jak powódź

Niosąca wody pełne raniących korzeni

W cieniu krzyża staję

Ochłody szukam

 

Cierpiący

W prażącym upale naszych grzechów

Spalony niewdzięcznością, zapomnieniem

Jezus na krzyżu trwa

Ochłody nie szuka

 

Skryję się w cieniu Twego krzyża, Jezu

Gdy wokół mnie szum złych myśli

Jak woń trujących kwiatów dręczy

Droga trudna

A siły ... tylko ludzkie

 

Oczy i uszy zamknę

Cieniem Twego krzyża się uleczę

A zmęczony, ludzki smutek

Kołysanką modlitwy utulony

Pod krzyżem uśnie.

 

Ofiarowanie duszy

 

Po świecie krążę

Często wśród półprawdy i fałszu

Mamią światłem pozornego szczęścia

Więzią ludzi pętami

Jak niewolników materii

A Prawda, opuszczona na krzyżu

Krwawi ...

 

W mszy świętej, w Adoracji

Prawdy pod krzyżem poszukam

Miłość i nadzieję Jej ofiaruję

W tej świętej chwili

Dam mojej duszy wolność

Od półprawdy i fałszu świata

Moje łzy z Twoimi, Prawdo - zmieszam

Może tym ludzkim uwielbieniem

Na sekundę zatrzymam wieczność

I Prawda ... przestanie krwawić.

 

Wdzięczność

 

Chciałam słowa piękne posłać na ołtarz

Wdzięcznością ozdobić Ofiarę mszy świętej

Usta słów wypowiedzieć nie mogły

Jakby milczenie im ktoś nakazał

 

Tylko łzy gorące po twarzy płynęły

Komponując z nich melodię przedziwną

Tajemnicze nuty łzami zapisane

Dusza moja, jak muzyk, na fletni grała

 

Pewnie chwila to była zaledwie

Dzwonek na mszę przerwał ten koncert

Lecz melodia w pięciolinię serca wpisana

Została w pamięci, jak pieśń o ludzkiej wdzięczności.

 

Modlitwa o miłość

 

Jak rozpoznam miłość na ziemi

Jeśli dotyku Twej Miłości, Jezu, nie poznam?

Darem serca, mądrości, mnie nie obdarzysz

Umrze ziemska miłość wśród łez rozpaczy

 

Uwij w sercu moim, Panie, gniazdo z Twoją Miłością

A ręce ku ludziom wyciągnę szczere

Darem im będę, jak rybak z siecią pełną

Nie, jak żebrak głodny, wyczekujący na datek

 

O Serce Jezusa, źródło Miłosiernej Miłości

Przy kołysce, ucz matki tej ziemi, Twojej Miłości

Aby głosy dzieci były piękne i szlachetne

A świat nie wydawał się im mroczną tajemnicą

 

Dotknij nas Panie mocno swoją Miłością

Niech Jej obfitość objawi się wiernością w trudach życia

Dotknij nas Panie swoją Mądrością

Która rozróżnia nauczycieli pięknej i fałszywej miłości.

 

Czas

 

Łaskawy jest czas dla dzieci

Kalendarz i zegar wiszą wysoko

Dni zaś ozdabia uśmiech mamy

I smak słodyczy w ustach

 

Młodym, czas się wydaje

Zegarem bez wskazówek

Przyszłość zaś, mglistym mirażem

Przyjemność jest celem ich życia

 

Tylko lustro w mieszkaniu

Od lat to samo, po babci

Zmienia twarze dzieciństwa, młodości

W dorosłego pana lub panią

 

Lustro, to sędzia z wyrokiem w dłoni

Czyta listę naszych strat i zysków

Obok głosy słyszymy niecierpliwe:

Nie jesteś już dzieckiem …

 

Dziwny ten wiek dojrzały

Napada z siłą zbójcy, znienacka

Żąda bilansu życia

Wylicza, kogo zawiedliśmy

 

I trzeba znaleźć czas na rozwagę

Przed lustrem w naszym mieszkaniu

Makijaż złudzeń zetrzeć z twarzy

I przyjrzeć się sobie … w prawdzie

 

Zbudować dom, w którym drzwi będą otwarte

Dla Miłości Boga i Jego Prawdy Wiecznej

Aby słychać w nim było pukanie, proszących o pomoc

I śmiech radosny, kochających się ludzi

 

A potem, gdy już w ludzkim trudzie

Dom taki wybudujemy, z cegieł naszego serca

Nie straszna nam będzie starość

Dziwna pani, zasiadająca obok, na naszej ławce życia

 

Niezbyt się ona nam podoba

Jeszcze przecież czujemy się silni

Warto jednak pokonać odruch niechęci

I wysłuchać, co ma nam jeszcze do powiedzenia …



Podczas adoracji zwracam się do Pana Jezusa, mówię: Proszę Cię, pomóż mi … Wpatrzona w Najświętszy Sakrament, płonący światłem w kaplicy, otrzymuję „obraz”: czarny krzyż, drewniany, wypełniony kanalikami, przez które przepływa ciepła krew Jezusa i szemrze jak górski strumień. Krzyż wypełniony krwią, nie ma w sobie nic z twardego drzewa, jest jakby napuchnięty gorącem przepływającej krwi, ŻYJE … Przytulam się do niego, ogrzewa mnie swoim ciepłem … Obraz znika, a ja otrzymuję wewnętrzny przekaz dla mojego serca, rozumu … dla Drogi Krzyżowej: Jestem żywy, oddałem dla was swoje życie … Niosąc Mój Krzyż, nie spotkasz nigdy twardego drewna, przemieniłem je w ciepło, raczej „gorąc” Mojej Miłości. Pamiętaj o tym „obrazie”, gdy ogarną cię wątpliwości, niepewność, przytul się, by zaczerpnąć mocy Mojej Krwi.