03.02.2014. Wiele razy powtarzamy: Bóg jest Miłością. A jeśli uznajemy tę Prawdę, powinniśmy ją głębiej rozważać w kontekście Tajemnicy Trójcy Świętej. Dla nas, katolików, Bóg jest Ojcem Miłości. A jeśli jest Ojcem Miłości … to rodzi Miłość. Nie jest Bogiem „zamkniętym”, jest Bogiem „rodzącym”. Nie jest Miłością dla miłości. Stwarza swą Osobą – Miłość. Ze swego Ducha Świętego zrodził Jezusa, Syna Swego. Duch Święty Boga i Jezus są jednego ducha. Syn Boży jest więc Bogiem, objawiającym się ludziom na ziemi. Ma wszystkie boskie przymioty. Spełnia wolę Ojca. Wola Jezusa jest wolą Boga. Tylko wielka, doskonała Miłość mogła się w ten sposób objawić na ziemi. Miłość bezinteresowna, zabiegająca o zbawienie ludzkości, Miłość oddająca swego Syna.



Pragnienie serca

Dałeś mi Boże, krzyż, na moją miarę
Wpierw go zważyłeś, by nie był za ciężki
Dałeś też mi Boże, Miłość Twego Syna
By posagiem była, w mej pielgrzymiej drodze
Krzyż mi dany, stworzyłeś własnymi rękami
Łagodnie złożyłeś na me ludzkie plecy
I choć przygięta idę pod jego ciężarem
Pamiętam, że to Ty Boże, jesteś jego twórcą
A kiedy sił mi braknie, krzyż mocno przytłacza
Jak żebrak błagam przed Twoim Obliczem
Daj mi Boże, Weroniki chustę
Bym pot swój otarła
Szymona przyślij, niech ze mną krzyż dźwiga
I daj mi Panie, pamięć, iż to ręce Twoje
Krzyż mi ten dały na mą ludzką miarę
Bym w trudach drogi go nie porzuciła
Bym skarg własnych, na nim nie wieszała
Pragnienie mam w sercu, źródełkiem bije żywym
Aby kiedyś, w pół drogi, między niebem a ziemią
Spotkały się ręce nasze
Bym dar ten mogła Ci oddać
Jak skarb nie zmarnowany.




Podwyższenie krzyża

Kiedy kaci unoszą Cię Jezu, na krzyżu
Obleczonego w ofiarną szatę Twej krwi
Miłość widzę doskonałą
Nie taką, która zapala się i gaśnie
Ale miłość wieczną …
Widzę Prawdę o Miłości Ofiarnej
I widzę tych, którzy unoszą się wysoko
Wraz z Tobą, Jezu, na krzyżu
Męczenników, kapłanów, zakonników
Gotowych ofiarować siebie, dla Miłości wiecznej
Tam, wysoko na krzyżu
Szukają Prawdy o miłości, tej ludzkiej i bożej
Czerpią z ranionego Serca Twego
Pokarm mocy, by dawać świadectwo wiary
O miłości, która jest ofiarą
O miłości, która rozdaje jak bogacz
Z pałacu swych niewyczerpanych skarbów
Skarbów nieznanych światu
Bo nie umierających …
I trzeba odwagi Ducha Miłości
By wznieść się wraz z krzyżem Jezusa
Ukrzyżować ciało i wolę
Zanurzyć się w istocie Jego cierpienia
I głosić ludziom, iż miłość
To nie jest przyjemność doznawania uczuć
Lecz cenna ofiara, ozdoba krzyża Jezusa
To ludzki dar, człowieka dla człowieka
Wynagradzający Miłość Zbawiciela.


Kołysanka

Jest czas, gdy dusza nasza i ciało
Biegiem życia wyczerpane
Cichych szuka przystani, kapliczek na poboczu
Z dala od tłumów hałaśliwych i pieśni głośnych

Tam ciepły wiatr owiewa zmęczoną twarz
Nie słychać głosów zachęty ani krytyki
Tam Maryja z Dzieciątkiem w żłóbku
Na rozmowę czeka, na ludzką opowieść

W ciszy zatopieni jak w przyjaznych wodach
Oczom, dajemy odpocząć od migających obrazów
Uszom, od dźwięków przenikających myśli
Prawdy szukamy o sobie, w rozmowie z Matką

I choć twarzy naszej dotknął
Bolesny znak czasu przemijania
I ciało ciągle ból doświadcza
Klękamy przed Świętą Matką, z pokorą dziecka

I przestaje istnieć czas niecierpliwy
Odkrywamy w sercu dziecięcą potrzebę Jej Macierzyństwa
Samotnie, zazdrośnie, ukrytą w dojrzałym ciele
Potrzebę matczynej czułości i słów … dziecko moje

Jest czas, gdy człowiek traci apetyt
Na blaski świata i jego dary
Schodzi z trasy biegu, ludzkiego maratonu
By usłyszeć cichą, piękną kołysankę Maryi
O Miłości Jej Syna do ludzkich dzieci.




Lot

Moimi oczami nie ujrzę Cię, Panie
Przestrzeni Królestwa Twego
Nie rozpoznam wzrokiem
I choćbym orłem wiary była
Szybującym wysoko pod niebo
Chwilowej jedynie, zaznam wolności
Ale ta chwila jest motylem pięknym
Który przysiadł na moment czasu niezwykłego
Ku światłu mnie zbliża, przedziwnej czystości
To światło jak diament, kolorami błyszczy
Pamięć mą w nim zatapiam, oddaję bez lęku
By życiem wiecznym się stała
Pulsującym radością, obecności Boga
I choć skrzydła mego lotu, ludzkie, słabe
Z ziemskiej utkane materii
Na ziemię wracam, z modlitwy darem
Miłością malowaną, rękami aniołów świętych
Oczy moje, nie widziały Cię, Boże
Tam, w wysokiej, niedostępnej przestrzeni
Dusza jednak, zachwytu doznała
Muśnięta diamentem, światła Twego, Boże
I ciągle, podrywa mnie z ziemi, ku niebu
Pokarmu pragnie, Twej Miłości Świętej.




Znaki Miłości

Jak ptak wijący gniazdo
Dla nowego życia
Szukam słów, miejsc świętych
Ożywiających mą miłość do Ciebie, Jezu
Ognia Twego pragnę
Topiącego, zamarzające w powszedniości, sople uczuć
Rozbudzenia pragnę, głodu miłości
Który trwa i nie przemija
O dar modlę się, ustawicznej pamięci
Przeżyć pięknych, w spotkaniach z Tobą
Na Synaju, w Ziemi Świętej
W sanktuariach, ręką Maryi, pobłogosławionych
Proszę o głos Twój, przez ciemność myśli, przenikający
O światło, w rozumieniu Twego życia na ziemi
O znaki maleńkie, Twej obecności
Które, dzięki Twej łasce, rozpoznaję
Z tych małych, świętych znaków
Jak ptak ze źdźbła trawy
Gniazdo budować będę, dla nowego życia
Dla poznania Ciebie w Eucharystii
Ucz mnie rozmowy z Tobą w adoracji
Sercem czystym, wypełnionym Twoim pokojem
Daj oczy, które widzą Cię za dnia
I uszy, które słyszą Cię w nocy
Prowadź mnie od stacji do stacji, swej Kalwarii
Aż swoim życiem, wypełnię je
I niech Twoja cierpliwa Miłość, zaczeka
By miłość nasza, mogła się spotkać, pod krzyżem.




18.04.2014. Wielki Piątek – Dzień Męki Pańskiej. Wyciszenie i kontemplacja. Mam przed oczami Cierpiącego Jezusa. Jezu, mówię, ja nie cierpię teraz, tylko rozważam w sercu Twoje cierpienie, Twoją Mękę. Ogarnia mnie wielka cisza i raptem czuję ból lewej skroni, tak przejmujący jakby ktoś przebijał mi głowę ostrym narzędziem. Zwykle nie cierpię na bóle głowy ani migreny, ale ten ból jest zadziwiający, trudny do zniesienia. Przenika w głąb mózgu, tracę oddech … Trwa kilka minut, nasila się i lekko opada. Mówię do Jezusa: nie mam Ci co ofiarować, weź ten mój ból …

Potem jest komunia i w długiej kolejce podchodzę z tym bólem do kapłana. Przyjmuję komunię i czuję w ustach smak chleba. Powoli zaczynam akceptować ten ból, a on … gwałtownie znika. Słyszę w sercu: ot, jeden mały kolec, a ty tak lamentujesz! Ja miałem całą głowę cierni za wasze grzechy.



 

Podróż z tęsknotą

 

Wpatrzona w toń błękitnej wody

Szukałam przystani dla mojej tęsknoty

Chciałam ją oprzeć na ciepłym piasku

Niech dozna ulgi spełnienia

 

Wpatrzona w lazur nieba

Unosiłam moją tęsknotę wysoko

Poza przestrzeń, nawet orłom niedostępną

Lecz ona wracała, nienasycona …

 

Szukałam miejsc dla mojej tęsknoty

Dla jej odpocznienia, choćby na chwilę, na dzień

Byłam w takich miejscach, w Ziemi Świętej

Tam moja tęsknota … odpoczywała radosna

 

Jak zmęczony lotem ptak, przywierała

Do znaków obecności Jezusa

Siadała na skałach, na pustyni, na Synaju

Czułam jej szczęście, jakby dom rodzinny odkryła

 

Zabierałam tęsknotę w podróż powrotną do domu

A ona płakała, jeszcze chwilę – prosiła

Jej łzami otarłam krzyż, kupiony w Jerozolimie

I obiecałam, że tam wrócimy …

 

Codziennie, wysyłam moja tęsknotę na ołtarz 

Nie wiem, co myśli, co czuje

Ale wraca do mnie, po mszy, szczęśliwa, radosna

Słyszę jej szept wdzięczności: żywego Jezusa widziałam …




Cisza Golgoty

Jest cisza święta
Wchłaniająca ból ludzkich słów
I cisza martwa, obojętna
Której nawet głos bębnów nie porusza
Jest cisza lecząca
Wybiegająca ku człowiekowi
Ogarniająca i łagodząca wszelkie cierpienie
Jest też cisza niepłodna, jałowa
Jak ziemia bezowocna
Poznałam ciszę Golgoty, zbawiającą
Uświęconą Męką Pana naszego
Ciszę otwierającą się na wieczność
Ciszę pochłaniającą wszelki ból i cierpienie
A nawet grzech
Ciszę, która trwa minuty, a uzdrawia
Poznałam też ciszę świata
Kiedy mnie dotknęła
Myślałam, że mnie usłyszy, uzdrowi
Ale głucha była na me wołanie
Obojętna, z uśmiechem pysznego sfinksa
O, święta ciszo, wybiegająca ku człowiekowi
Niech rozpoznają cię cierpiący
Niech rozpoznają cię grzesznicy
Byś mogła, do nich, przemówić.




Sen na jeziorze

Klęczę przed Tobą Jezu, w adoracji
Z całym bagażem mych niepokojów
Wyliczam Ci moje lęki i grzechy
Z ciała płynące
Ofiarowuję małe poświęcenia
Kładę przed Tobą me słabości
I małe zwycięstwa
Byś wziął je Panie, w swoje ręce
Bo tylko Tobie ufam
Klęczę przed Tobą, Jezu
Pragnąc słów pociechy
Podczas burzy mej duszy
Na Jeziorze Galilejskim mego życia
A Ty, ciszą mi odpowiadasz swego snu
Jak w łodzi z apostołami
Zagłębiam się w ciszę Twego snu
I uspakajam mój niepokój
Z uwielbieniem patrzę na Boga-Człowieka
Na Jego Święte milczenie
Podczas wszystkich burz świata
Na milczenie, przygotowujące Go do Męki
Zbawczej Męki na krzyżu
Gdy Jego milczenie wypełni
Ofiara krwi, potu i bólu
Za wszystkie grzechy świata.




Dom ze światła

Jak architekt olśniony wizją piękna
Które na jedną, przedziwną chwilę
Dotknęło duszy
Próbuję budować dom
W mgnieniu światła ujrzany
Dom z modlitw, psalmów i błagań
Uświęcony Eucharystią, cudem Męki Pańskiej
Dom, z wielkim oknem ku niebu
Przez które wlewa się błękit czystego koloru
Dom ze ścian, barwami tęczy malowany
Muzyka w nim gra, delikatna jak śpiew skrzypiec
Kapliczki go zdobią z żywych drzew
Pokrytych liśćmi i kwiatami
W środku, twarze – Jezusa, Maryi i świętych
W tym domu nie ma nocy, ani płaczu nie słychać
Jedynie łzy szczęścia zdobią ściany
Łzy, zamienione w odbijające światło, kryształy
Ściany, jakby z mgły, pokrywają obrazy bez ram
Na których poruszają się żywe postacie
W tym domu jest błogosławiony spokój
O jakim marzy dusza
Zniewolona ziemskim przywiązaniem
Przynoszę do tego domu, boże dary miłości
Na ofiarę, z wdzięczności za piękno tego olśnienia
A gdy noc, zasłonę na dzień zawiesza
Gdy oczom brakuje światła
Przywołuję ten dom, dla mej duszy
A ona szepcze: buduj dalej ten dom
Z modlitw, błagań i psalmów
Z czynów miłosiernych …
Dom, nie z cegieł, lecz z miłości budowany.




Modlitwa dziecka

 

Modlić się chcę do Ciebie, Boże

Modlitwą dziecka

Bardziej rytmem czułego serca

Niż słowami

Modlitwą oczu i ciała

Podziwiającą obraz Ojca kochanego

Modlitwą dziecka, które czytać jeszcze nie potrafi

Dzieł cudzych i liter

Lecz własnym, dziecinnym przemawia językiem

Językiem miłości, czułego zachwytu

Chcę modlić się do Ciebie, Boże

Jak naiwne dziecko, które jeszcze nie poznało

Logiki myśli i ozdobnych frazesów

Chcę zdjąć z siebie narzucone szaty języka świata

Nawet te najbardziej błyszczące, piękne

I te, które świat poszarpał wątpliwościami

Chcę stanąć przed Tobą, Ojcze Wszechmocny

Naga jak nowonarodzone dziecko

I otulić się darem Twej Miłości

By czuć Twój dotyk, Twój uśmiech

Bliskości doznawać, z poznawania Ciebie

I słowami się modlić

Które sam, do mnie mówisz.




Ziarno nieśmiertelności

 

Grudka złota błyszcząca w piasku

Diament w kolii, idol uwielbiony

Ileż w ludziach budzą namiętności!

A przecież ludzką pychą są wymalowane

Materią jedynie, która przemija

Pychą śmiertelną, po niej łzy i rozpacz

Gdy los je zabierze i uczucia miną …

 

Nad pokorą rozważałam, Piękną Panią

Tak rzadko widzianą w świecie moim

Cicha jest, pośród biedy i chorób przechodzi

Tam gdzie nie ma kamer, ludzkiej ciekawości

Gdzie nie błyszczy złoto, nie świecą diamenty

Pani Pokora serc szuka do poświęceń

Dla miłości samej, bez zapłaty brzęczącą monetą

 

Śladami jej wędrując, krętymi, trudnymi drogami

Pod ołtarz trafiłam, tam, Pani Pokora uklękła

Przed hostią białą, małą jak opłatek chleba

Modliła się do Boga za tych, którzy wiary nie mają

Iż Bóg może pokornie, zniżyć się do człowieka

Ukryć się w hostii, bezbronnym okruchu chleba

Ofiarowując swą Miłość, za cenę życia własnego

 

I tylko ci, co z Panią Pokorą wędrują

Miłości spragnieni i miłość dający

Sercem rozpoznają, tajemnicę mocy hostii świętej

Ona, jak ziarno posiane, rodzi nieśmiertelne Drzewo

Z ziarna ono wyrasta, żywej krwi i ciała, Pana naszego

Eucharystio święta, owocu Jezusa, zbawczej Męki

W Tobie, oddech Boga zamknięty, daje życie na wieki.




27.04.2014. Święto Bożego Miłosierdzia.

W życiu religijnym osób wierzących są słowa tak oczywiste, że umykają żywym, osobistym przeżyciom. Słyszymy uszami, a nie doświadczamy sercem. A powinno nas ono niejednokrotnie żywo „zaboleć” i doświadczyć żywym poruszeniem. W Święto Bożego Miłosierdzia doznałam (a była to na pewno łaska) takiego „bólu serca”. Po komunii świętej ujrzałam w sercu czystą przestrzeń, jak biała karta. Na niej była sylwetka Jezusa, którego przyjęłam do siebie. Tak Jezus zamieszkuje w nas po spowiedzi i komunii świętej. Raptem przestrzeń tą wypełniły odłamki kamieni … raniąc Go. To nasze duże i małe grzechy powszednie. Jezus … nie uciekał. Trwał w tej przestrzeni … przyjmując na siebie zranienia. Doznałam realnego cierpienia, obraz był tak rzeczywisty, że wywołał we mnie głęboki żal za każdy grzech, za każde, nawet drobne przewinienie.




Spotkanie na pustyni

 

W adoracji szukając pocieszenia

Ciszę kościoła przytuliłam – moją dobrą siostrę

Obraz pustyni ujrzałam nasyconej słońcem

W gorących jego promieniach

Ogrzewała się jak owoc dojrzewający

Samotny wędrowiec szedł po tej pustyni

Szepcząc nieznane mi słowa

Może była to modlitwa?

Ciekawa tych słów, na powiew wiatru czekałam

Słowa wędrowca spadały drobnymi kamykami

Na gorący piasek …

Zbierałam je w koszyk mojego serca

Próbowałam łączyć w zdania

Dzieckiem byłam uczącym się nieznanego języka

I choć trudno mi było je zrozumieć

Doświadczałam bólu tak głębokiego

Iż niezdolny był wydać szlochu i łez

Radości też doznawałam nieoczekiwanej

Iż nawet o uśmiechu zapominałam …

Za wędrowcem podążałam, a wolę moją

Piach pustyni zasypywał przeróżnymi kształtami

Wędrowiec szedł tak pewnie

Jakby cel swej drogi znał od wieków

Nie czułam zmęczenia

Pragnienie zbliżenia dodawało mi sił

Cisza poiła mnie słodyczą

Przedziwna miłość ogarniała nieznanym uczuciem

Na jeden moment wędrowiec obrócił się ku mnie

Zobaczyłam jego piękne oczy … i uśmiech

Radość w nich była … i ból

Jakby znał mnie, całe moje życie




Msza

 

Piękne są chwile uniesienia na mszy świętej

Widok ołtarza ukwieconego, pieśni płynące z chóru

Słowa ewangelii napełniające duszę słodyczą

Serce wypełnione ogarniającą miłością

Są takie msze w naszym życiu

Jakby niebiańskie światło zstąpiło na ziemię …

 

Są też msze przedziwne, boleśnie odczuwane

Msze z krzyżem tak mocno wbitym w ołtarz

Iż nagle, cierpienie Pana odczuwamy 

Dotyka naszego ciała jak wbity cierń

Zamiast kwiatów, rany krwawiące widzimy

Twarz Jezusa bolejącą, łzy kapiące na ołtarz …

 

Krzyż Pana przemawia z żywą mocą

Pyta nasze zatrwożone serce

Znad złotych kielichów ołtarza, znad białego obrusu:

Chcesz uczestniczyć w moim krzyżu?

Chcesz być ze mną na Kalwarii?

Czy tylko w radości Góry Tabor?

 

Pytanie Pana drąży serce, niepokoi duszę

Łaską jest dla ciebie, na tej mszy świętej

Są takie msze święte, pięknie umajone wzruszeniami

I msze wymagające odpowiedzi Panu, na krzyżu

Msze dziecięcych wzruszeń, choć pięknych, lecz chwilowych

I msze, gdy krzyż z Jezusem, wychodzi nam naprzeciw

Pytając o dojrzałość naszej wiary



 

Matka Pięknej Miłości

 

Dzieckiem będąc, patrzyłam na obraz Twój, Matko Święta

Jak na kryształ, cudownym światłem błyszczący

W jego łagodnych załamaniach

Rozkwitały ciepłe, kolorowe promienie

Barwami kwiatów się mieniły

Z łąk mego niewinnego dzieciństwa

Z czystej, radosnej miłości, nieskażonej światem

Tęskniącej za bezpieczeństwem i ufnej w piękno dobra

Bez lęku, przytulałam się do Twych rąk

Bez obawy, że zagasną iskrzące się ogniki kryształu

Przedziwnego cudu doznawałam, w obcowaniu z Tobą

Cudu dobra, które nie poznało jeszcze bólu Twej twarzy

 

Świat, kazał mi dorastać, z dziecinnej sukienki

Zasiewał chwasty na łące mojego dzieciństwa

Zagłuszały one jasne kolory, łąki mej niewinności

Los stawiał na niej krzyże, pamiątki śmierci bliskich

Niewinne, ufne dziecko, bólu się uczyło

Znalazłam ten ból w Twojej twarzy, Mateńko

W poranionych rysach policzka Matki Częstochowskiej

W pietach, smutkiem cierpienia wyrzeźbionych

W zwiędłych kwiatach, zapomnianych kaplicach

I miłość przedziwna dotknęła mnie jak strzała

Pokorę Twoją poznałam, gotową na cierpienie

Pokorę Matki Pięknej Miłości, do swych dzieci




Pieśń o Matce Świętej


Stworzyła Ją Wieczna Miłość

Z piękna Nieba ulepiła

Strumienie łask na Nią wylała

I cud powstał z ręki i myśli Boga

Maryja, bez grzechu poczęta

Matka ziemska, bożego Syna


Na świat przyszła Niepokalana

W ludzkie życie, pokalane grzechem

W królewskiej kołysce, się nie narodziła

Ubogą była ta Panna Święta

Bogactwem serca, miłości i pokory

Obdarzył Bóg, matkę swego Syna


Widzę Ją na ścieżce, w Nazarecie, rozmodloną

Gdy Archanioł Gabriel zachodzi Jej drogę

W dzień jak każdy, codziennością spraw nasycony

I cud się staje, niewidoczny dla ludzkich oczu

Całe niebo, oddech na chwilę, wstrzymuje

Czy Maryja, fiat pośle, ku niebieskim przestrzeniom?


W mało znanej wiosce, Nazaret

Fiat, Maryja posłała ku niebu

I choć świat uśpiony był własnym życiem

Bóg, szeroko otworzył bramy nieba

Miłość wylał, w ciało Jezusa, obleczoną

A niebo z aniołami śpiewało już pieśń, o zbawieniu


Dziękuję Ci, Boże, za Maryję Świętą, za Jej fiat pokorne

Za Jej boleścią, przeniknięte młode serce

Za życie Jej dziękuję, Współodkupicielki ludzi

Za oczy przepraszam tych, którym obcy jest krzyż święty

Niech krew Jezusa i łzy Maryi nad cierpiącym Synem

Przemyją im oczy i cud nagle się stanie …

                 Kaci, przemienią się w świętych!




Zerwany różaniec


Na pewnej sobotniej mszy porannej

Świat ujrzałam w sercu, opasany różańcem

Maryja pod krzyżem, sięgającym nieba

Stała ze łzami na twarzy

Różaniec, z kul był brązowych

A kule, jakby z chropowatej materii

Każda, inny miała rzeźbiony rysunek


Różaniec, jak wstęga obejmował ziemię

I zrywał się nad jej pewnymi fragmentami

Wojny tam widziałam, śmierć i łzy ludzkie

Zerwany różaniec i modlitwa przerwana …

Krzyże powalone i puste świątynie

Tylko pycha ludzka w szalonym wichru pędzie

Sterowała czołgami, strzelając złością w niebo


I inny naraz ujrzałam różaniec

Z białych hostii jak naszyjnik był upleciony

Z niektórych, krew obficie spływała na ziemię

Przypomnienie o Męce Pana naszego

O, przerwany różańcu Maryi, porzucony w świecie pychy

Jeśli ludzie odrzucą cię i zbawczą krew bożego Syna

Kto przyjdzie nam na ratunek?




Człowiek na krzyżu


Człowieka spotkałam brudnego, żebrzącego

Monetę mu dałam, bardziej z litości

Serce me jednak dziwnie zadrżało

A słowa same, z ust wypłynęły:

Niech krzyż Jezusa cię błogosławi …


Dzień był słoneczny, ja swymi zajęta sprawami

Gdy raptem żebrak głowę uniósł wysoko

I bardziej zawył niż przemówił słowami:

Nie chcę twego błogosławieństwa

I nie chcę krzyża Jego …


Nagle ujrzałam krzyż krzywy

Jakby z drzewa kalekiego zrobiony

A na nim żebrak, jak wąż wił się, zraniony

Sam sobie wbijał gwoździe, sam się kaleczył

I nie był to krzyż Chrystusowy


Głos jakiś w sercu mnie pouczał

Przedziwnie smutny, cierpiący:

Krzyż mój odrzucił ten człowiek szalony

Sam sobie własny wystrugał

Kaleki, krzyż nienawiści


Jak wielu ludzi, Jezu z Drogi Krzyżowej

Buduje nowe krzyże na ziemi

Puste, bez Ciebie, bez krwi Twej i nadziei

I na tych pustych krzyżach, życie swe zawieszają

Wijąc się na nich w bólu, Ciebie oskarżając


Modlitwę posłałam za żebraka biednego

Do Maryi, za dziecko Jej, upadłe

Pomóż mu, Matko Święta, zejść z krzyża nienawiści

Przyprowadź do krzyża Miłości

Do Krzyża Syna Twego.




Wędrówka przez las nieznany


Życie człowieka to wędrówka

Przez las nieznany, pełen różnych ścieżek

Ciemność w nim nocy i światło poranka

Zewsząd głosy słyszymy, nawoływania

Tych co o pomoc wołają, zagubionych

Porzuconych pomiędzy drzewami

Oszukani przez własny słuch i oczy

Drogi szukali, bez kompasu, bez zasad

Tajemnicy życia lasu, nie docenili

Tajemnicy, która za nic ma, próżność człowieka


Przez las życia, grupy wędrują hałaśliwe

Ich wzrok i słuch w przewodnika utkwiony

Po ścieżkach idą za nim, bezmyślnie

Z pieśnią tak głośną i odgłosem bębnów

Iż ciszę lasu zagłuszają, jego subtelną tajemnicę

Są jak drzewa, z kolorowej kory, odarte

Wszyscy jednakowi, w szare mundury ubrani

Ślepi i głusi na piękno wokoło

Aż … nad przepaścią, przerażeni stają

Ich pieśń milknie, przewodnik, we mgle się rozmywa


O, ludzka wędrówko, przez nieznany las życia

Tyle w nim znaków świętych, krzyży z Jezusem Czuwającym

Nad drogą niebezpieczną dla ludzi

Tyle głosów dawnych i obecnych świętych

Wskazujących ścieżki do jasnego światła

Dlaczego głowy nie uniesiesz ku oczom Jezusa?

On ci wskaże drogę przez nieznany las życia

On ci hymn wyśpiewa o pięknej Miłości

A echo Jego głosu będzie cię prowadzić

I lęku nie doznasz, nad przepaścią, nie staniesz.




31.05.2014. Kiedy udajemy się na pielgrzymki w poszukiwaniu duchowego wsparcia bądź uzdrowienia ciała, oczekując, iż sama nasza obecność dokona w nas przemiany, to popełniamy błąd. Święte miejsca objawień Matki Bożej wymagają przede wszystkim „otworzenia szeroko serca”. Powinniśmy o to błagać w modlitwach i mszach przed pielgrzymką. Błagać o łaskę osobistego „przylgnięcia” do świętego miejsca. Wymaga to czasu i wewnętrznego pokoju. Gwar, pośpiech świata zewnętrznego przeszkadza nam w tym. Patrzymy oczami, słuchamy co się dzieje wokoło, a serce pozostaje „nieme”, choć usta szepczą modlitwy. Święta grota, figury - będą tylko „niemymi” znakami. Stajemy się turystami pogrążonymi w tłumie, spieszącymi się by wszystko zobaczyć. Czasem jedno szczere, z serca płynące westchnienie do Maryi, przepełnione bólem naszego życia, całkowitym oddaniem się bożej woli, obdarza cudem naszą pielgrzymkę. Przemienia nas na całe życie. Kropelki świętej wody z Lourdes, które spadają na nasze „oddane Maryi serce” więcej znaczą niż litry tej wody wypite w pośpiechu, bez znaku krzyża. Święte miejsca wymagają od nas świętego przylgnięcia, oddania się Bogu, a wówczas „nieme znaki” zewnętrzne staną się żywą Maryją, przemówią obrazy świętych, a w szeroko otwarte drzwi naszego serca, wejdzie Jezus czyniący cuda, czasem wielkie, a czasem maleńkie … ale dusza nasza je rozpozna, bardziej niż uszy i oczy.

Niemy krzyk Miłości

W małej kaplicy w Lourdes

Bez obrazów i kwiatów

Gdzie tylko krzyż z Jezusem uświęcał ołtarz

I płonąca lampka przy tabernakulum

A niewidzialne wota modlitw pielgrzymów

Zdobiły białe ściany

Przedziwnego spotkania doznałam, z Panem

Do serca mojego, gwałtownie, gorącym płomieniem

Dotarł Jego krzyk Miłości, niemy, bez słów

Był jak mocne dźwięki muzycznej pasji

Wypełnił celę mego serca, uderzając z mocą

Omijającą widzenie oczu, słyszenie uszu

Niemy dla zmysłów, głośny dla serca …

Wołający o miłość człowieka


Znakiem mi się wydał, okruchu Eucharystii

Bezbronnego, niemego w swej delikatności

A ożywiającego, pięknym krzykiem Miłości

Gdy kapłan dotyka naszych ust białą hostią

Dziękuję Ci, Jezu, dziękuję Ci, Matko Święta z Lourdes

Za to piękne spotkanie serc

Matko chorych serc i ciał

Matko obmywająca nas w świętej wodzie

Pielgrzymowałam do Lourdes, w Twoich intencjach, Maryjo

Zrozumiałam łaskę, jaką mnie obdarzyłaś

Zrozumiałam intencję, jaką chciałaś bym przyjęła:

Otwórz szeroko serce swoje, na Syna Mojego

Nie krępuj myśli, oczu, uszu swoich, na krzyk Jego Miłości.




Prośba o dary

 

Ty mnie znasz, Boże

Znasz dzień narodzin moich i dzień kresu życia

Znasz ciemność i światło mych dni

Krzyż mi dajesz nieoczekiwanie

I łaską obdarzasz, choć nie zasłużyłam

Modlitwy mi dajesz piękne, że aż serce boli

Miłością swoja zadziwiasz, cierpliwą

Gdy sama siebie, nie kocham

Przede mną idziesz jak krzak gorejący

Do ognia jego prowadzisz, do żaru Prawdy Wiecznej

Sandały zdejmij, tak jak do Mojżesza, wołasz

Bo święta jest ziemia i czas święty

Gdy chcę z tobą rozmawiać …

A ja tak boję się kaleczyć stopy

O ostre kamienie i gorące piaski

Krzak gorejący Twej Miłości widzę

I słabość czuję, by do niego dotrzeć

Daj mi, mój Boże, dary Ducha Twego

Niech rękami będą Twymi, które mnie uniosą

Niech moc Ich i błogosławieństwo Twoje

Słabość moją zamienią, w odwagę miłości

A jeśli wolą Twoją jest, bym trud drogi do Ciebie

Przeszła, raniąc stopy o kamienie życia

Daj odwagę męstwa, daj wolę zwycięstwa

A zdejmę sandały, przed ranami chroniące

I stanę przed Tobą, ja, człowiek nie-święty

Ufając, iż święta Miłość Twego Syna, mnie zbawiła

Spalając mą słabość, w ogniu Męki Jego.




Bliżej nieba

 

Aby wielkość Boga poczuć

W tym świecie codziennych drobiazgów

Wobec gór majestatu stanąć trzeba

I jak ptak, wznieść się samotnie

Na szczyt, by bliżej być nieba

Samotność swoją oblec w medytację ciszy

I słuchać w milczeniu, co nam serce mówi …

I choć lęk nas ogarnia, a samotność boli

Z ufnością uwierzyć w Oczy Boga

Patrzące na nas, w trudzie duchowej wspinaczki

Aby wielkość Boga poczuć

W świecie przyziemnych drobiazgów

Stanąć trzeba samotnie, nad brzegiem morza

I na wschód słońca patrzeć

Jak na zwiastuna duchowej nadziei

I nie bój się chwil tych samotnych

One zamilkną, przed pięknem tego widoku

A serce twoje, na wielkość otworzy się, Boga

Modlitwę poznasz, dotąd samotną w twym sercu

Ona czekała, byś mógł ją Stwórcy powiedzieć

Wtedy zejdziesz z góry wysokiej

Z duchowej wspinaczki do Boga

Opuścisz brzeg morza, ze wschodem słońca

Jezusa poszukasz, w monstrancji skrytego

Modlitwę Mu poślesz, którą serce odkryło

W tajemniczej bliskości … z niebem.




Przesłanie z krzyża

 

Wpatrywałam się w krzyż Twój, Jezu

Rany widziałam i ból Twego ciała

Aż dzień przyszedł niezwykły, na mszy świętej

Jakby Duch Święty rozjaśnił oczy moje

I krzyż ujrzałam, świecący blaskiem złotego ognia

Jak klucz, którym Bóg otwiera niebo

Na krzyżu Miłość Boża płonęła

Tak wielka, w rozłożonych ramionach Syna

Iż żadne gwoździe, żadne zranienia

Nie mogły łzami Jego, ugasić tego płomienia

A krew Jezusa i strumienie łaski

Z przebitego przez żołnierza, boku Pana

Wzmagały światło płynące z krzyża …

 

Ja, człowiek niezdolny do takiej miłości

Człowiek, który ramionami swymi

Każdą miłość chce zniewolić

Nagle ujrzałam miłość świętą, w blasku złotej jasności

A twarz Jezusa i Jego poranione ciało

Miłości mnie uczyły, która … nieba sięga

Krzyż do mnie przemawiał delikatnym głosem:

Ramiona swe rozłóż …

Na swym krzyżu życia …

Miłością obdarzaj, choćby cię raniono

Ja, rany twoje, światłem swej Miłości, zabliźnię

I nie będziesz tylko bólem, na krzyżu złożonym

Będziesz Mojej Miłości, dzieckiem ukochanym.




Radość pielgrzyma


Szuka on światła dla umocnienia wiary

Przebłaganie niesie w sercu, wdzięczność za łaski

Drogi szuka, która unosi myśli, zapala serce

Drogi, na której stopy odrywają się od ziemi

Z przedziwnym pragnieniem biegu ku świętości

Aż ciało zapomina o bolesnych trudach

I chce biec jak łania do źródła


Są dni wędrówki, gdy nogi poranione bolą

A zdyszane serce nie nadąża w trasie

Za poczuciem wolności, od codziennych trosk

I choć karmi pielgrzym swe ciało

Pątnikiem jest ciągle głodnym, ale nie ziemskiej strawy

Na drodze pielgrzyma wędruje szczęśliwy anioł

Odgarnia zwiędłe liście dawnych i ostatnich grzechów


Anioł towarzyszy mu, śpiewa pieśni, daje moc ciału

Aniołowie wszystkich pielgrzymów

Tworzą święty taniec wspólnej radości

Pielgrzymka, to akt adoracji Jezusa, w drodze

Każdego dnia, każdej chwili, w nieprzespanej nocy

Drogowskazem, Najświętszy Sakrament, prowadzący wędrowców

Ku Świątyni, gdzie Maryja, przygotowuje stół obfitych łask

Dla znużonych, lecz szczęśliwych pielgrzymów.




Modlitwa wstawiennicza


Ty wiesz Boże, że droga do Oblicza Twego

Dla istot ludzkich, zaplątanych w świecie

Nie jest bramą szeroką, pięknie ukwieconą

Przy której chór aniołów przywołuje na tę świętą drogę


Droga do Oblicza Twego, Boże

Urywa się czasem, nad przepaścią grzechu

Przez trzęsawiska pychy wiedzie, gdzie zło czyha

Po śliskich schodach cierpienia się wznosi


Są lata ciemności, jak kir oblekający zmarłego

Gdy człowiek szuka dla siebie światła

I złudnym ognikom świata, ulega

Potyka się o kamień fałszu i oszukany, upada


Poraniony, ostatkiem sił woli przetrwania

O Prawdę błaga, o Oblicze Boga

A wówczas mały płomień, kiedyś w dziecięcym sercu zapalony

Prowadzi go … przed płomień tabernakulum


Olśniony światłem, które go nagle dotyka

Oddać się pragnie tej odkrytej Miłości

Przed krzyżem wylewa całe swoje życie

Spala się, w nowopoznanej Miłosiernej Miłości


I nie wie, że drogę jego przed Oblicze Boga

Ktoś, kiedyś wybłagał w długiej modlitwie na kolanach

W drodze krzyżowej Pana, przez ludzi poranionego

Błagał: zbaw Panie, duszę człowieka upadającego.




Niebieskie zlecenie


Dałeś nam, Boże, przyrodę piękną

Na wzór rajskiego ogrodu zdobioną

Zapachy pól i lasów, słońce błyszczące na niebie

I ziemię dałeś, by pokarm rodziła dla ciała


Nadzy i śmiertelni, z raju wypędzeni

Nie jesteśmy przez Ciebie, Boże, opuszczeni

Zadanie nam dałeś, niebieskie zlecenie

Byśmy świat nam dany, własnym ubogacali istnieniem


Na drogę nam dałeś, Boże, mojżeszowe tablice

Każde z przykazań, to mocarne, życiodajne drzewo

Ono nas ma chronić, przed wrogiem człowieka

Który podąża za nami, by światło Twe, zgasić


Świat, który nam dałeś, Boże, ze swej łaski

Ludzka pycha nawiedza, z podszeptu szatana

Ona niszczy korzenie, drzewa przykazań nam danych

Wyrywa je i sadzi własne, nieurodzajne trzciny


I dziwi się człowiek, zagubiony na ugorze pustym

Iż zło się panoszy, wojny siejąc i rozpacz

W świecie pychy, głos modlitwy milknie

Śmierć triumfuje, nadzieja umiera


Ale Ty, Boże, Stwórco piękna wiecznego

Posyłasz armię świętych, z Twym błogosławieństwem

Oni z pychą walczą, szlachetną bronią miłości

Przesłanie głoszą światu, o Twym niebieskim zleceniu:


Dałem wam ziemię piękną i Miłość Trójcy Świętej

Krzyż z Synem udręczonym, na serc ugorze postawiłem

On drogą jest dla tych, co ziemię chcą dziełami miłości uświęcić

By świętość przywrócić, tam gdzie rządzi ciemność

                 Pośród istot ludzkich, posłanych na ziemię.




02.07.2014. Każdy człowiek już od urodzenia obdarzony jest niepowtarzalnym darem, swoistym tchnieniem Boga; nazwałabym to, własnym „językiem ojczystym”, którym będzie wyrażał swoje myśli, uczucia o otaczającym go świecie. I zarazem zaznaczał w tym świecie swoją … niepowtarzalność.

Jeśli mały człowiek wzrastając, ma możliwość realizacji tego swojego „języka ojczystego” uczuć, talentu – to ubogaca otoczenie. Dzieci tak „świeżo” reagują na wydarzenia, przyrodę, innych ludzi.

Jeśli jednak (jak to się dzieje obecnie) młode dziecko, ledwie zacznie używać swego „ojczystego języka”, zostaje karmione językiem standardów danego społeczeństwa, uczy się go od najwcześniejszych lat, tego co pożąda społeczeństwo (wiedza, sport, języki), zanika w nim ów „ojczysty język” wrażliwości i staje się „maszyną” do zapisywania cudzych myśli, wartości.

Jako młodzieniec, staje się encyklopedią, słownikiem, (w większym lub kieszonkowym wydaniu) wydarzeń naukowych, kulturalnych, ocen ekspertów. Zaczyna korzystać z języka wyuczonego, staje się spichlerzem wiedzy, cudzych ocen. Ujednolica się, staje się jednostką masowego społeczeństwa, w masowej produkcji myśli. Dajmy więc dzieciom nieco „odetchnąć” od tej standaryzacji i pozwolić im na dzieciństwo, na rozwinięcie się ich indywidualnego języka wrażliwości. Pęd we współczesności do wiedzy to znany fakt. Jeśli chcemy z naszych dzieci czynić „spichlerze wiedzy i umiejętności” to nie dziwmy się, że staną się swoistymi automatami „wypluwającymi” fakty na egzaminach. Dziwimy się, że dzieci i młodzież przyjęli Internet za swoje bóstwo i tam się ukrywają, nie chcąc społecznych kontaktów. Coś w nich zamiera. Może to „coś” to ów „język ojczysty”, którym się chcieli kiedyś z nami porozumiewać, a który zlekceważyliśmy jako niepotrzebny w świecie faktów?

Jaś kiedyś tak pięknie mówił o przyrodzie, o gwiazdach. Dziś wykształcony Jan buduje w pięknym krajobrazie, dymiące fabryki … Kiedyś Jaś słuchał opowieści dziadka, kochał go, dziś Jan buduje szpitale i domy opieki dla dziadków, bo już „nie słyszy” ich głosów.




Puste serce


W pustym sercu

Hula wiatr, cudzych myśli i marzeń

Puste serce daje się miotać burzom

Modnych idei, topiąc się, w ich rwących nurtach

Puste serce jest jak łupina orzecha

Wyrzucona na piaszczysty brzeg przez fale

Stąpają po niej przygodni turyści

Zakopują stopami w miliardach drobin piasku

Jak w wielkim ludzkim tłumie

Który porywa donikąd

Puste serce jest niewolnikiem

Przypływów i odpływów, burz i wichrów

Cudzych idei, cudzych myśli


Puste serce, czasem zmęczone własną pustką

Odrzucone przez tych, którym służyło swym życiem

Zaczyna czuć głód, głód wypełnienia serca

Szuka rąk, które podniosą go

Z tysięcy podobnych okruchów piasku

Potrzymają na ciepłej dłoni

Aż zwykły okruch przemieni się w diament

Aż wypełni się puste serce, uczuciami

Dotąd nieznanymi, o swoim przeznaczeniu

I zaczyna drgać, puste serce, jak mały ptak

Przed pierwszym lotem, lotem ku własnym myślom

Ku własnym pragnieniom, o wielkiej miłości

A odwaga tego lotu, ku Stwórcy go zbliża.




Boża wola


Czasem życie czyni nam niespodzianki

Los, który wydał się nam

Zgodny z wolą naszą

Jak mur domu, bezpiecznie stawiany

Burzy plany dotychczasowej budowy

I przedziwnym zrządzeniem, rzuca nas

W miejsce nieznane …

Ubranie zdjąć musimy, wygodnych przyzwyczajeń

I z lękiem szukać, w szafie duszy naszej

Stroju duchowego, do nowych zadań

Jak z misy pełnej ludzkich ziaren

Brzmiącej melodią pozytywki

Ciągle tymi samymi nutami

Bóg jedno wybiera ziarno

By uczyć je nowych, o Sobie pieśni

By mówić do niego, twarzą w twarz

O swoich boskich, wobec niego, planach

I choć naturę naszą niepokój ogarnia

A bunt i wątpliwości, szarą suknią oblekają serce

Wierzyć musimy, iż Bóg w swej świętej woli

Ma dla ziarenka … duchowe przestrzenie oceanu

Słoność wód jego, natura ziarna, odrzuca

Krztusi się, przywykła do słodyczy źródła

Bóg, darem je jednak obdarza

By słabość jego, w słonym oceanie trudów

Zamienić w mocne ramiona i rozwinąć skrzydła.




Matka Boża Częstochowska

 

Byłaś dla mnie, Święta Matko Częstochowska

Ikoną tak wielką w swej świętości i ludzkim uwielbieniu

Iż maleńką przed Tobą się czułam, zbyt grzeszną

Skrytą gdzieś wśród ludzi, ze swą pokorną modlitwą

Aż dzień przyszedł, mej pielgrzymki do Ciebie

Gdy wtłoczona, w masy ludzkich ciał

Popychana ku Tobie jak ziarenko

Napływającymi falami ciągle nowych twarzy

Utknęłam przed Twym obrazem, w diamentowej sukni

I choć niewygoda ciała drażniła, ogarnął mnie dziwny pokój

Odczułam Twą żywą obecność …

Obecność Matki, zakochanej w swych dzieciach

Z obrazu wyszłaś ku ludziom, Królowo Polski

Jak pielgrzymujące matki, w szacie zwyczajnej

Szata ta wydała mi się dziecięcym kocykiem

Którym matki otulają swe dzieci

Chroniąc je swym ciepłem, przed światem

Niosłaś nas jak maleńkie dzieci

Widziałam Cię sercem, idącą przez drogi i miasta

Drogi naszej ojczyzny i rodzin pogubionych

Śmiało kroczyłaś jak cygańska matka pośród lasów

Nie omijałaś samotnych domostw

Odważna, pomimo ran Ci zadawanych

Naznaczona bolesnymi znakami na policzku

Nie ustajesz w pielgrzymowaniu do ludzkich serc

Zbierasz po drodze, chorych i umierających

Płaszcz Twój rozpostarty szeroko nad Polską

To płaszcz Miłości ofiarowanej przez Jezusa

Chroni wszystkich, biegnących do Ciebie

I tych, którzy tylko stoją, w oczekiwaniu na cud

Widziałam Cię, Matko Jasnogórska, tak żywą

I obecną, jak twarze pielgrzymów, obok …

I choć nawet uklęknąć nie mogłam

W napierającym na mnie tłumie

Serce moje, uklękło … 

 

 

Ślad, który nie znika

 

Idzie człowiek drogami

Przez mocodawców mamony i władzy zbudowanymi

Szczęścia szuka, porzuconego przez tych

Co dostatek ziemski mają

Ku ziemi się nisko schyla

Wydłubując dla siebie porzucone odłamki

Cudzego szczęścia, cudzych idei radości

 

Idzie drogami mu wskazanymi

Odurzony kolorowymi reklamami o życiu przyjemnym

Stworzonymi przez mocodawców mamony i władzy

I ufa im, iż receptę na życie mają

A gdy już wykupi w światowej aptece

Cudowny lek na szczęście - pieniądze

Wymienia je na rzeczy, głuchy na wołanie serca

 

Zapełnia rzeczami swoje życie

Jakby było magazynem radości

Ale dziwny smutek … nie znika

I nowych dróg szuka człowiek, nowych drzew

Pod którymi mógłby zakopać dręczący smutek

Miłość kupił, zdradziła, przyjaźń dawna, odeszła

Został kredyt, niespłacony …

 

Na ściany, swego dostatniego domu spogląda

Martwą ciszą mu odpowiadają …

Jeden punkt tylko na ścianie, ślad po czymś

Białą plamą się odcina, słońce i kurz go nie pokonały

To ślad po krzyżu, który dawno temu wyrzucił …

On jedyny … nie milczy

Przez lata trwał, w miłosnym, na człowieka, oczekiwaniu




Ufność

 

W łagodną wodę strumienia patrzę

Bezpieczną, ciepłą, radosną

Zachęcającą do zanurzenia bez obawy

Nawet morze, gdy spokojną jest tonią

Zwabia spragnionych ochłodzenia

Ofiarowując ciału odpoczynek

Groźny, w masie swych wód, ocean

Wylewający wody, daleko na piaszczysty brzeg

Budzi lęk, nawet u świetnych pływaków

 

Wpatrzona w wody rzek, mórz i oceanów

Myślę o … ufności, o ludzkiej ufności w Bożą Prawdę

O ufności w Boże Miłosierdzie

Czy granicę mojej ufności

Wyznacza tylko bezpieczna, radosna rzeka?

Czy gotowa jestem cała wkroczyć w ten ocean Miłosierdzia?

Z całkowitym zaufaniem Bogu?

Iż pomimo groźnych fal życia, czuwa On nad słabym pływakiem?

 

Czas mi dajesz Panie, na poznanie siebie

I światło krzyża, migające na łódce

Którą Jezus wpłynął na ocean Miłości

Drogę wskazujesz świętych i błogosławionych

Im ciepłe wody małych strumieni, nie wystarczały

Po Prawdę Twoją, rzucili się na ocean przeżyć

Głębokich, mistycznych, z miłosną ufnością w Twą wolę

Stopy stawiam w Twoim oceanie, Panie

Z modlitwą ufności, pomóż mi dopłynąć, do łódki z Jezusem. 




Nasienie świętości


Miliardami nasion jesteśmy, posianymi na ziemi

Zakwitamy i więdniemy, dając pole następnym pokoleniom

Nowym istnieniom wydaje się

Iż na dziewiczym rodzą się miejscu

Nie myślą ile łez, cierpienia i krwi, zamknęła ziemia

Ile ludzkiej pychy pochłonęła

Pychy, która łudziła, iż z „przechodnia”

Można uczynić władcę ziemi


I nie ma na naszym świecie

Kawałka ziemi, którym można zawładnąć

Na wieczne użytkowanie

Każdy centymetr ziemi, to ślad po cudzym życiu

Świadectwo przemijalności, łez, cierpienia i radości

Jeśli uwierzymy, że nasionami jesteśmy

Posianymi miłosną ręką Boga, a nie przypadku

Most prawdziwy odkryjemy, most ku wieczności


Każde istnienie jest jak ogród barwny, pełen zapachów

Jeśli święte, z tego ogrodu, wyrastają kwiaty

Kwiaty dobra dla bliźnich, białe lilie cnót

Ogród ten nie znika, w pamięci pokoleń

Kapliczką się staje, miejscem modlitwy do świętych

Tych, którzy most odkryli, ku wieczności

Oni ziemię zawładnęli miłością, nie aktem notarialnym

Majątek swój, krzyż Pana, zostawili nowym pokoleniom

By mostem był do wieczności.




Dwa okna


Wpatrując się w obraz Twój, Matko Święta

Uciszam emocje dnia, pragnienia

Nawet usta zamykam na słowa modlitwy

Chowając je głęboko w sercu

Sercu zezwalam, by modliło się za mnie

Może uczyni to piękniej?


Pragnę tylko patrzeć na Ciebie, Maryjo

W ciszy opustoszałego kościoła

Jak dziecko spragnione widoku Matki

Oknem się stajesz dla duszy mojej

Oknem do świata, Syna Twego

Do świata, Waszej Miłości


Życie Twoje kontempluję, Maryjo

W obrazach danych mym oczom

A Ty mówisz: otwórz okno swego serca

Wleję w nie pokój mego Syna

Dwa okna, ogromne Maryi i moje maleńkie

A pośród nich, krople łask spływają …


W ciszy kościoła i w ciszy mego ciała

Są jak wiosenny, ożywczy deszcz

Chłonę je, a oczy wypełniają słone łzy

Nie zamykaj okna swego serca, słyszę

Aby krople łask moich, nie stały się tylko echem

Odbitym o szybę, twego okna serca.




01.10.2014. Podczas mszy świętej ujrzałam w sercu ciemnobrązowy krzyż, na nim był Jezus. Jego sylwetka w pewnym momencie zlewała się z kolorem krzyża. Stawała się jednością. Dlaczego, spytałam? Ja i krzyż, usłyszałam w sercu, jesteśmy jedno. Jeśli Mnie przyjmujesz, przyjmujesz też krzyż... Nie można przyjmować oddzielnie Jezusa, zapominając o Jego krzyżowej Męce.
Podczas następnej mszy świętej, już po Eucharystii, przepraszałam Pana: mówię, że Cię kocham, ale niedoskonała jest ta moja ludzka miłość, ranię Cię moimi grzechami. W sercu usłyszałam: nie ma miłości, która nie boli … rozważ to uważnie.
Przedziwne myśli zaczęły krążyć po mojej głowie, jakby ktoś próbował mi przekazać sedno tego zdania. Ci, którzy rzeczywiście kochają, znają smak miłości, wiedzą ile goryczy trzeba przełknąć, ile własnej pychy i egoizmu pokonać … w bólu. Ci, którzy „uganiają” się za miłością, ciągle zmieniając obiekt uczuć, szukają raczej „uwielbienia” własnej pychy. Niezdolni są do poświęceń dla drugiej osoby. Niestety, współczesny świat rozumie miłość jako zaspokojenie własnych potrzeb uczuciowych. Miłość, o której mówi Jezus, jest miłością twórczą, zamieniającą egoizm człowieka w postawę dawcy, a nie biorcy miłości. Taka miłość „rani” naszą pychę, boli, ale zmienia człowieka, udoskonala jego naturę.
Dlaczego zabito Jezusa? Przecież głosił taką Miłość, miłość uświęconą. Miłość, którą On głosi, przeszkadzała pysznym tego świata, uczonym, którzy z siebie uczynili tron władzy. Na tym „tronie” czuli się panami. Ich miłość własna dawała im bezpieczne szczęście. Kochali siebie. Nie chcieli by Ktoś zburzył ich pychę, niepokoił sumienie, zdjął ich z „tronu władzy”. Nie dopuszczali do siebie myśli o miłości, która niesie ze sobą rany, która boli, bo potrafi kochać bezinteresownie i przebaczać. Taka Miłość „przeszkadza” w samouwielbieniu, wymaga od człowieka zdjęcia z siebie kolorowych szat ochronnych, wymaga słuchania serca. Wymaga przyjęcia Jezusowego przykazania miłości.


Pycha


O, pycho człowieka, złoty kamieniu

Trzymany w sercu jak amulet

Dający pozorną moc

Jak trudno rozbić cię w pył

Posłać w nicość

Nawet cierpienie, nawet miłość

Nie są zdolne wyrwać z serca kamienia pychy

Pycho, która idziesz z dumnie uniesioną głową

Która depczesz klęczących

Zamykasz oczy na krzyże, świątynie

Czy znasz kres swojej drogi?

Na końcu twej drogi czeka na ciebie

Pycha, silniejsza od twojej

Silniejsza mocą niszczenia człowieka

Złośliwy jej śpiew słychać, śpiew zdobywcy duszy

I staniesz samotny wobec tego śpiewu

Przerażony niemocą własnej pychy

Szukać będziesz ucieczki, dla duszy swojej

Zrozpaczonej niewolnicy twej pychy

I oczy zwrócisz ku tym, których pychą zdeptałeś

Modlitwę ich będziesz powtarzał

Aż kamień pychy, który moc ci dawał

Zrani twe serce boleścią nieprzemijającą

Iż zapragniesz odrzucić go

By nie słyszeć, zalewającej twe uszy

Pieśni pana pychy, zdobywcy duszy

Radującego się, iż drogą poprowadził cię, kłamstwa.




Nocna rozmowa z aniołem


Kiedy życie krąg zatoczy

I jak ptak, zmęczony długim lotem

Przysiądzie na odpoczynek

Prawdę o sobie kontempluj

Która już nie ma czasu na czekanie

Na świat patrz, darem mądrości

Mądrości swoich przeżyć i doświadczeń


Na młodych patrz, takich jak ty, kiedyś

Nieostrożnych w miłości

Walczących o mamonę, rozpychających się ostro

I już widzisz drogę ich rozczarowań

Bunt i łzy, lęk przed przyszłością

Bo sam tę drogę poznałeś

Sam na niej upadłeś ..


I dziwisz się, że człowiek ciągle te same błędy popełnia

Doświadczeń pokoleń, nie przyjmuje

Zmienia się tylko tło

Jakby ktoś nową tapetę, na starej, nakleił

Inna muzyka gra, gwałtowna, głośna

I moda bardziej rozebrana

Nagością próbuje bardziej odkryć ciało, niż myśli


Wtedy błagaj Boga o dar mądrości

Byś nie stał się jedynie pustym kręgiem

Zatoczonym przez życie

A kiedy młodsi powiedzą: świat teraz … inny

Ty wiesz, nie ma innych „światów”

Jest tylko podzielony

Wymyślony ludzką pychą


Świat bez Boga, bez miłości …

I świat odkupiony

Krzyżem Jezusa, Jego Miłością

Świat walczący ze złem

O godność człowieka

Świat Boga, błogosławiącego ludzki krzyż trudów

Dla nagrody wieczności …




Liście wspomnień


Jakże piękny jest krajobraz jesienny

Kolorami liści wabiący oczy

Żółć, obok czerwieni się mieni

Czasem, między nimi, liść jeszcze zielony

Powiewem wiatru, na siłę zrzucony


Nad jeziorem stoję, pełnym tych kolorów

Okrytym barwami, dywanem przyrody

Ile na nim wspomnień liści porzuconych

Wspomnień wiosny, lata, gdy słońcem rozbudzone

Zakwitały na gałęziach, sokiem drzew ożywione


I myślę, że jezioro to, pełne zeschłych liści

Których krótką historię ono pochłonie

Jest jak życie nasze, pełne dawnych wspomnień

Zniewoleni nimi, głębi jeziora nie widzimy

Osłaniają ją, zeschłe liście wspomnień


Jak trudno ludzkiej naturze

Porzucić urok i boleść wspomnień życia

Porzucić jezioro, okryte dawną historią

I szukać w sobie, czystej toni wody

W której, nie liście, a twarz swoją ujrzymy

                 Wypatrującą nowej nadziei

                 W głębi krystalicznego jeziora.




Dar dla duszy


Wyrzeźbiło cierpienie, w sercu moim

Przedziwny kształt

Jakby drzewo, pełne młodych pędów

Pulsujące własnym życiem

Niezależnym od fizycznego bicia serca

Przepływa przez nie krew

Wolnym, czułym, uspokajającym strumieniem

Nadaje sercu, pokój

Moje drzewo w sercu ma duchowy wymiar

Jego pędy, kwitną

Gdy karmię je Krwią i Ciałem Pana

Wypełniają serce pięknem i dobrem

Pragnieniem jednoczenia się z Bożą Miłością

I choć czasem kiedy ziemskie serce

Próbuje szeptać, że czuje zło świata

Wtedy drzewo ożywa, a nawet przemawia

W obronie bliźnich, którym cierpienie

Utwardziło serca, oślepiło oczy

I nakazuje modlitwę za nich, ofiarę mszy świętej

I widzę wówczas to drzewo, w moim sercu

Jako dar Jezusowego krzyża

Nie odrzucony przeze mnie, czule przygarnięty

I słyszę Jego głośny, bolesny głos: Pragnę …

Rozważam Jego „pragnę” w moim sercu

W którym cierpienie wyrzeźbiło to piękne

Żyjące, duchowe drzewo.




Uśmiech Boga


Szukam miejsc, w których uśmiech Boga

Rozjaśnił twarze ludzi

Miejsc i ludzi pięknych urodą świętości


Szukam miejsc, w których uśmiech Boga

Starł łzy cierpiących, dał nadzieję

Miejsc i ludzi napełnionych ufnością


Szukam miejsc, w których uśmiech Boga

Zbudował w sercach ludzi dom

Z oknem zwróconym ku niebu


Gdy niebo rozjaśnia się błękitem

A gwiazdy ciekawie spoglądają na ziemię

Widzę w tym pięknie, uśmiech Boga


Uśmiech łagodzący spory

Otulający chorych, zsyłający sny udręczonym

Karmiący ich modlitwą samego Boga


I myślę wówczas, Boże, ile lat byłam ślepa

I ilu jeszcze ślepców jest na świecie

Którzy uśmiechu Twego, nie widzą


Uśmiechu tego nie rozpoznają w swych trudach

Gdy głowy nisko schylają ku ziemi

Zatopieni w przemijających zawsze, troskach


I szukam, ciągle szukam, wypatruję

Miejsc i ludzi, którzy rozpoznali uśmiech Boga

Ich twarze jaśnieją radosną miłością

                 Odbiciem są … uśmiechu Boga.




Przeszłość i przyszłość


Spotkała się przeszłość z przyszłością na drodze

Przeszłość laskę miała w ręku i siwą brodę

Na plecach worek, pełen dawnych zasad

Przyszłość, twarz miała młodą, puste ręce

Na barkach, modny, kolorowy plecak


Przeszłość spojrzała na przyszłość ciekawie

Przyszłość, z niechęcią odwróciła oczy

Jakby się bała, że ona o jałmużnę poprosi

A zmarszczki na jej twarzy

Nadzieję jej odbiorą i urok młodości


Powędrowały, każda w swoją stronę

Jedna powoli, jakby czas nic nie znaczył

Druga, jak maratończyk, na czas biegła

Zbierając po drodze, owoce urody, młodości

W pusty, kolorowy, modny plecak


Przeszłość i przyszłość są jak pory roku

Przyszłość mocą nadziei się karmi, wiosny i lata

Przeszłość zaś, plonami jesieni i mroźną mądrością zimy

I nikt nie zatrzyma tych praw natury

Przyszłość kiedyś, przeszłością się stanie …


Pełna jeszcze wigoru i tęsknot niespełnionych

Biega przyszłość po ścieżkach „młodych przyszłości”

I jednego się boi, by na drogę nie trafić przeszłości

Lecz ci, którzy niegdyś jak ona, zadufani w siłę młodości

Wrzucają ją na karty przeszłej historii …

                 Spotkały się, przyszłość z przeszłością

                 Nadzieja młodości, z prawdą starej mądrości.




Nowe serce


Pięknie, chwalić Cię, Boże

Gdy serce bije jak ptak radosny

Unoszący się w przestrzeni miłosnego zachwytu

Łaski doznał, wzbijania się wyżej i wyżej

A ciało przenika, wielka ufność i wiara


Są dni, gdy ptak radości

Skrzydła składa, niechętny do lotu

Okryty ciężką suknią smutku, troski i bólu

Zapatrzony we własną niemoc

Zapomina, jaką radość daje, unoszenie się w wierze


I myśl przychodzi, skrzydłem anioła muśnięta

Iż ptak radości, innego pokarmu pragnie

Pokarmu mocy łaski wiary, silniejszej niż uczucia

Które ulotne są, jak liść podmuchem wiatru unoszony

Przychodzą i odchodzą …


O serce nowe błagajmy Boga

Serce przebite Jego Miłością, w pokarmie Eucharystii

Źródło bijące wiecznie, nie zanikające

Źródło, słowami Ewangelii wypełnione

Tryskające spokojnym, cierpliwym rytmem


Serce czyste, stwórz we mnie, Boże

Walczące o wiarę, jak wojownik na polu pokus

Daj Panie, sercu memu, tarczę ze światła Twej łaski

A na niej krzyż Jezusa, krwią zdobiony

Niech walkę moją o silną wiarę, ze sobą samą i światem

                 Z Twoim, Panie, prowadzę błogosławieństwem.




Czas, który nie mija


Czas mija, jakby ktoś z kalendarza

Kartki zrywał pospiesznie

Ledwie świt oczy przetrze, już wschodzące słońce

Blaskiem swym, do pracy wzywa

I biegniemy, biegniemy …

Ślad po naszej pracy, gdzieś zostaje

Kilka domów zbudowanych, maszyn wynalezionych

Ludzi wyleczonych …

A w lustrze, pan, pani siwa, zmęczona

I pytanie: gdzie zgubił się ten młody człowiek biegnący?

W twarzach dzieci dorosłych, odnajdujemy

Czas, który przebiegł niepostrzeżenie

I myśl przychodzi, czy istnieje czas

Który nie jest tylko spadającą kartką kalendarza?

Lecz czasem oczekującym, zatrzymanym?

Gdzieś w przestrzeni, między niebem a ziemią

Jest taki czas, czas trwania na modlitwie

Gdy chwila staje się godziną

Godzina, dniem …

Czas, który nie biegnie, ale trwa

W przedziwnym stanie spoczynku

Czas modlitwy, adoracji Pana

Wtapiający się w wieczność

Wieczność, bez kalendarzy, zegarów, pośpiechu.




Święte znaki


Jesteś Jezu, w komunii świętej

Światłem niezliczonych słońc

Ale dla tych, którzy Cię przyjmują

Małym, świetlistym promykiem

By nie oślepli od Twej chwały


Mocą Jesteś Panie, płynąca z wieczności

Mocą Stworzyciela świata, niewyobrażalną

Ale dla tych, którzy Cię w komunii przyjmują

Dzieciątkiem Jesteś maleńkim

By Cię mogli wziąć, w spragnione ramiona


Ogniem Jesteś, Jezu, spalającym, potężnym

Ogniem mogącym ogrzać cały wszechświat

Ale dla tych, którzy Cię w komunii przyjmują

Płomykiem świecy Jesteś, zapalonym w ciemności

Dla duszy, spragnionej światła prawdy


Mękę przyjąłeś na krzyżu, Jezu

Spalającą bólem całe Twe ciało

By ci, którzy przyjmują Cię w komunii świętej

Nadzieję zbawienia, z krzyża Twego czerpali

Chronieni, promieniami wody i krwi, z Twego serca


Miłością Jesteś, Jezu, wszechogarniającą

Jak wodospad wylewający niezmierzone wody

Ale człowieka, który staje przed Tobą, w komunii

Dłonią swą jedynie, delikatnie dotykasz

Karmiąc białą hostią


Jakże święta jest wszechmoc Twojej Miłości, Jezu

Gdy w maleńkich, pokornych znakach, zniża się ona

Do serc ludzkich, do ludzkiego życia

W delikatności dotyku hostii, w maleńkim Dziecięciu

W płomieniu, który nie oślepia

                 W krzyżu, który zbawia.



Perły i chwasty


Bogaty jest człowiek

Który łzami goryczy swego życia

Chwastów ziemi nie podlewa

Aby niepokojem nie wzrastały bujnie

On w sercu gromadzi łzy goryczy

W perły zamienia różańcowej modlitwy

U stóp Maryi składa jak dar szlachetny

By różami zakwitły Jej łaski

Uśmiechem zwycięstwa miłości


Biedakiem jest ten, który choć żyje w dostatku

Serce ma z gliny, łatwo pękające

Przez szczeliny pęknięć, sączy się jego gorycz

Na serca, wokół niego żyjące

Chwasty niepokoju, karmione jego egoizmem

Wzrastają bujnie, zatruwając otoczenie

Aż pośród chwastów goryczy

Ginie jego radość

Umiera miłość


Dziwne jest serce człowieka

Gdy po dary tego świata sięga

Jeden, nawet gorycz łez, w perły zwycięstwa zamienia

Innego, dar bogactwa, kaleczy

Jedni, trudne dary pomnażają

Inni, jak niewolnicy, strzegą swych bogactw

Zatracając się na polu chwastów

O, Święta Matko, weź jedną perłę biedaka …

I daruj ją bogatemu, niech różą zakwitnie …

                 Wśród chwastów i serce jego przemieni.




08.12.2014. Po komunii, na jednej z mszy adwentowo- roratnich, odczuwałam głęboko, przedziwny ból. Płynął on z serca nieznanego człowieka, jakby symbolu wielu dusz, które nie mogą przyjąć Jezusa w komunii. Po twarzy spłynęły mi dwie wielkie, gorące krople łez, które aż parzyly twarz. I przyszła myśl, jak wielu łask doznają ci, którzy mogą przyjąć Pana i czy dostatecznie doceniamy tę łaskę, czy nie przemieniamy jej w zwykły rytuał? Łzy, których doświadczyłam, były jak łzy Matki Świętej, bolejącej nad tymi, którzy doświadczają bólu z powodu niemożności przyjęcia Pana, ale też nad tymi, którzy przyjmując Go, nie doznają cudu wielkiej radości i pocieszenia. Ich serca też wymagają, by się otworzyły szerzej, by „cierpienie bólu ciemności” stworzyło w nich tak święte pragnienie obecności Pana i świadomość jak wielkich łask doznają, mając możliwość przyjmowania Go w komunii.




Cierpienie i pocieszenie


Czasem duszę tak wielki ból ogarnia

Niczym nie spowodowany

Iż chciałbyś się snem otulić i oddech spowolnić

I zasnąć, bez myśli raniących

Lecz przedziwne cierpienie ołowiem ciąży

Łańcuch niewidzialny serce otacza

I myślisz, dlaczego ja go doświadczam?

Krzyczeć próbujesz, krzyk twój ginie echem głuchym

A milczenie jego zmusza do rozważań

Grzechów szukasz niewypowiedzianych

Skruchy przysypanej, egoizmu pychą

I pytanie się rodzi, ostrą strzałą serce przebijając

Zdradzić Pana w cierpieniu?

Czy drzwi swego serca, szeroko otworzyć?

Ciemność rozważasz, która kościół okrywa

Przed każdą mszą roratnią

Ciemność ta, twoje cierpienie na chwilę skrywa

By nagle, pocieszeniem światła zabłysnąć

A może to Jezus, idąc drogą krzyżową

Przez świat współczesny, w noc ciemną

Do serca twego puka krzyżem z Golgoty

Jak łaska ognia zapalona od roratniej świecy

O gościnę prosi, by się cierpieniem podzielić

Ufając, że jesteś Szymonem XXI wieku

I Weroniką, która pot Mu z twarzy otrze

I w Jego cierpieniu Go pocieszy.




Tron


Mojego Króla w ubogim żłóbku złożono

Gdy dzieci królów tego świata

W złoconych sypiały kołyskach

Mojego Króla do krzyża przybito

Tronem był Jego, z drzewa zwykłego

Gdy królowie świata na ozdobnych tronach siadali

Mojego Króla nagość i krew zdobiły


Trony i kołyski królów tego świata dawno już zmarniały

Tron mojego Króla tkwi w świecie już wieki

I choć byli i są tacy, którzy chcą go zniszczyć

Odradza się, ciągle nieśmiertelny

Bo nieba Miłością sięgnął, nie mieczem

Tron Jego, śmiertelne zbiły ręce, z drzewa

A On, krwią Swą zbawczą, dał im życie wieczne


Bose stopy Króla mojego, gwoździami do tronu przybito

By już nigdy nie dosięgły ziemi

Zmartrwychwstałe, wędrowały pośród ludzi

Nadzieję dając tym, którzy w Niego uwierzyli

Z tronu krzyża zszedł, nieśmiertelność głosząc, miłości

Tym, którzy w trony ziemskie tylko wierzą i kołyski

I tym, którzy tronów – krzyży, szukają w wieczności.




Czas nadziei


Nie znam myśli Twoich, Maryjo Święta

Gdy na Syna Bożego oczekiwałaś

O radości wiem, której doznałaś

Czując, poruszenie Dzieciątka, w swym łonie


Sercu Twemu ból był nie obcy

Gdy niepewność i zatroskanie Józefa widziałaś

I choć wybranką byłaś, nieba

Stopy Twoje, jak innych niewiast, dotykały smutku ziemi


Zamyślenie Twoje widzę, wzrok, w niebo utkwiony

Gdy krzątałaś się w domostwie Elżbiety

Do chleba, który piekłaś, zaczyn wkładałaś modlitwy

By życiodajnym był, dla rodziców Jana


Kiedy fiat wyrzekłaś, Aniołowi Zwiastowania

Niebo jak pęk róży, rozwarło się śpiewem aniołów

Na ziemi, cisza trwała, zaplątana w życie codzienne

Oczy ludzkie, światła wokół Ciebie, nie widziały …


Piękna, w Ojcostwo Ducha Świętego obleczona

Po ziemi stąpałaś, podobna innym niewiastom

Józef Oblubieniec, dany Ci przez Boga

Wraz z Tobą, samotnie, dźwigał tajemnicę Narodzenia


Nie znam Twych myśli, Maryjo Panno

Gdy na Syna Bożego oczekiwałaś

Znam miłość Twoją, która trwa już wieki

I twarz z obrazów, zamyśloną, w ludziach zakochaną


Dziś my, setki lat później, na mszę roratnią idziemy

Aby z Tobą, na ponowny cud czekać, Dzieciątka Narodzin

W miłości Twojej, ogrzać swe życie zmęczone

W ciemności, zapalić płomyk swojej duszy

                 Byś mogła ją, Święta Matko, ozdobić swoją nadzieją.




Piękno obrazu


Szczęście, rozpacz, miłość, nadzieja

Kolory mają, z palety życia wzięte

Są tęczą barw, pędzel artysty nimi maluje

Piękne są, gdy tajemnicę ludzkiej tęsknoty

Na płótnie uwieczniają, dla wielu pokoleń

Czasem lata mijają, niespokojne twórczo

A na płótnie … tylko ciemne smugi


Miesza artysta farby, zapatrzony w swój talent

A na obrazach farby nijakie

Postacie martwe, jak ptaki, niechętne do lotu

Sztalugi zasłania płótnem białym

Niepokój wkrada się w serce malarza

Gdzie jesteś, pyta, tajemnicza tęsknoto?

Gdzie źródło barw najszlachetniejszych?


Czasem Ten, który w ręku trzyma, pakiet barw pięknych

Głosem anioła, z obrazu mistrzów dawnych

Prowadzi artystę do miejsc świętych

Może tam, pozna tajemnicę swej tęsknoty?

We łzach rozpuści chłód serca i pychę talentu

Artystą życia się stanie, nie tylko malarstwa

Gdy na obrazach swych, odnalezioną tęsknotę umieści

                 I mistrzem się stanie, pięknem żyjących obrazów.




Płomień modlitwy


Są dni, gdy modlitwa

Umyka słowom

Staje się niemym obrazem w sercu

I dziwisz się

Czemu najpierw serce płonie

Gdy słów modlitwy nie ma w tobie

Próbujesz ten płomień

Ubrać w piękne słowa

Lecz serce zagłusza każde słowo

Tak mocno bije, uczuciem do Boga

Iż niemową się stajesz

Jak Zachariasz wątpiący

Oczekujący na zgodę słów, od Boga

I tylko słuchasz swego serca

Gdy ono się modli płomieniem gorącym

To dusza, znak ci daje o Miłości Boga

Bez słów zbędnych, prosto strzałą w serce

Chwila ta może być tylko krótkim błyskiem

Zachwytem i zadziwieniem

I tylko łzy, które po twarzy spływają

Świadectwem są, daru modlitwy serca.




Święta noc


Przed żłóbkiem Twoim klęczę, Jezu

Kolorowy jest, czysty

Jak święta moich czasów

Święta bombek, świateł, prezentów

I tylko msza święta, słowa Ewangelii

Prawdę o Twoich narodzinach przekazują


Klęczę przed Tobą, Dziecino

I powoli odzieram z błyskotek te święta

Gaszę sztuczne światełka, ożywiam gipsowe figurki

By w moc Twoich, zagłębić się Narodzin

Noc świętą, ubogą, zadumaną

Noc Maryi, Józefa, Aniołów i Pasterzy


Widzę zimną, brudną stajenkę

Jak serce człowieka grzesznego

Zapach czuję, tak bardzo ziemi bliski

Śpiew słyszę aniołów, rozrywający ciszę

Przenikający święte milczenie, łączące ziemię z niebem

Światłem nieskażonej niewinności


Zbawienie przyszło na świat …

Zbawienie nie lękające się bólu krzyża

Rozkwitające w Dzieciątku, miłością i nadzieją

Jakiej świat nie zna, a jaką na świat przyniosło

Bóg rozpostarł ramiona nad ludźmi

Byśmy w tę cichą, świętą noc odnaleźli w sercu

                 Dar niezwykły, dar Jego Miłości.