03.02.2014. Wiele razy powtarzamy: Bóg jest Miłością. A jeśli uznajemy tę Prawdę, powinniśmy ją głębiej rozważać w kontekście Tajemnicy Trójcy Świętej. Dla nas, katolików, Bóg jest Ojcem Miłości. A jeśli jest Ojcem Miłości … to rodzi Miłość. Nie jest Bogiem „zamkniętym”, jest Bogiem „rodzącym”. Nie jest Miłością dla miłości. Stwarza swą Osobą – Miłość. Ze swego Ducha Świętego zrodził Jezusa, Syna Swego. Duch Święty Boga i Jezus są jednego ducha. Syn Boży jest więc Bogiem, objawiającym się ludziom na ziemi. Ma wszystkie boskie przymioty. Spełnia wolę Ojca. Wola Jezusa jest wolą Boga. Tylko wielka, doskonała Miłość mogła się w ten sposób objawić na ziemi. Miłość bezinteresowna, zabiegająca o zbawienie ludzkości, Miłość oddająca swego Syna.
Dałeś mi Boże, krzyż, na moją miarę
Wpierw go zważyłeś, by nie był za ciężki
Dałeś też mi Boże, Miłość Twego Syna
By posagiem była, w mej pielgrzymiej drodze
Krzyż mi dany, stworzyłeś własnymi rękami
Łagodnie złożyłeś na me ludzkie plecy
I choć przygięta idę pod jego ciężarem
Pamiętam, że to Ty Boże, jesteś jego twórcą
A kiedy sił mi braknie, krzyż mocno przytłacza
Jak żebrak błagam przed Twoim Obliczem
Daj mi Boże, Weroniki chustę
Bym pot swój otarła
Szymona przyślij, niech ze mną krzyż dźwiga
I daj mi Panie, pamięć, iż to ręce Twoje
Krzyż mi ten dały na mą ludzką miarę
Bym w trudach drogi go nie porzuciła
Bym skarg własnych, na nim nie wieszała
Pragnienie mam w sercu, źródełkiem bije żywym
Aby kiedyś, w pół drogi, między niebem a ziemią
Spotkały się ręce nasze
Bym dar ten mogła Ci oddać
Jak skarb nie zmarnowany.
Jest czas, gdy dusza nasza i ciało
Biegiem życia wyczerpane
Cichych szuka przystani, kapliczek na poboczu
Z dala od tłumów hałaśliwych i pieśni głośnych
Tam ciepły wiatr owiewa zmęczoną twarz
Nie słychać głosów zachęty ani krytyki
Tam Maryja z Dzieciątkiem w żłóbku
Na rozmowę czeka, na ludzką opowieść
W ciszy zatopieni jak w przyjaznych wodach
Oczom, dajemy odpocząć od migających obrazów
Uszom, od dźwięków przenikających myśli
Prawdy szukamy o sobie, w rozmowie z Matką
I choć twarzy naszej dotknął
Bolesny znak czasu przemijania
I ciało ciągle ból doświadcza
Klękamy przed Świętą Matką, z pokorą dziecka
I przestaje istnieć czas niecierpliwy
Odkrywamy w sercu dziecięcą potrzebę Jej Macierzyństwa
Samotnie, zazdrośnie, ukrytą w dojrzałym ciele
Potrzebę matczynej czułości i słów … dziecko moje
Jest czas, gdy człowiek traci apetyt
Na blaski świata i jego dary
Schodzi z trasy biegu, ludzkiego maratonu
By usłyszeć cichą, piękną kołysankę Maryi
O Miłości Jej Syna do ludzkich dzieci.
Moimi oczami nie ujrzę Cię, Panie
Przestrzeni Królestwa Twego
Nie rozpoznam wzrokiem
I choćbym orłem wiary była
Szybującym wysoko pod niebo
Chwilowej jedynie, zaznam wolności
Ale ta chwila jest motylem pięknym
Który przysiadł na moment czasu niezwykłego
Ku światłu mnie zbliża, przedziwnej czystości
To światło jak diament, kolorami błyszczy
Pamięć mą w nim zatapiam, oddaję bez lęku
By życiem wiecznym się stała
Pulsującym radością, obecności Boga
I choć skrzydła mego lotu, ludzkie, słabe
Z ziemskiej utkane materii
Na ziemię wracam, z modlitwy darem
Miłością malowaną, rękami aniołów świętych
Oczy moje, nie widziały Cię, Boże
Tam, w wysokiej, niedostępnej przestrzeni
Dusza jednak, zachwytu doznała
Muśnięta diamentem, światła Twego, Boże
I ciągle, podrywa mnie z ziemi, ku niebu
Pokarmu pragnie, Twej Miłości Świętej.
Jak ptak wijący gniazdo
Dla nowego życia
Szukam słów, miejsc świętych
Ożywiających mą miłość do Ciebie, Jezu
Ognia Twego pragnę
Topiącego, zamarzające w powszedniości, sople uczuć
Rozbudzenia pragnę, głodu miłości
Który trwa i nie przemija
O dar modlę się, ustawicznej pamięci
Przeżyć pięknych, w spotkaniach z Tobą
Na Synaju, w Ziemi Świętej
W sanktuariach, ręką Maryi, pobłogosławionych
Proszę o głos Twój, przez ciemność myśli, przenikający
O światło, w rozumieniu Twego życia na ziemi
O znaki maleńkie, Twej obecności
Które, dzięki Twej łasce, rozpoznaję
Z tych małych, świętych znaków
Jak ptak ze źdźbła trawy
Gniazdo budować będę, dla nowego życia
Dla poznania Ciebie w Eucharystii
Ucz mnie rozmowy z Tobą w adoracji
Sercem czystym, wypełnionym Twoim pokojem
Daj oczy, które widzą Cię za dnia
I uszy, które słyszą Cię w nocy
Prowadź mnie od stacji do stacji, swej Kalwarii
Aż swoim życiem, wypełnię je
I niech Twoja cierpliwa Miłość, zaczeka
By miłość nasza, mogła się spotkać, pod krzyżem.
18.04.2014. Wielki Piątek – Dzień Męki Pańskiej. Wyciszenie i kontemplacja. Mam przed oczami Cierpiącego Jezusa. Jezu, mówię, ja nie cierpię teraz, tylko rozważam w sercu Twoje cierpienie, Twoją Mękę. Ogarnia mnie wielka cisza i raptem czuję ból lewej skroni, tak przejmujący jakby ktoś przebijał mi głowę ostrym narzędziem. Zwykle nie cierpię na bóle głowy ani migreny, ale ten ból jest zadziwiający, trudny do zniesienia. Przenika w głąb mózgu, tracę oddech … Trwa kilka minut, nasila się i lekko opada. Mówię do Jezusa: nie mam Ci co ofiarować, weź ten mój ból …
Potem jest komunia i w długiej kolejce podchodzę z tym bólem do kapłana. Przyjmuję komunię i czuję w ustach smak chleba. Powoli zaczynam akceptować ten ból, a on … gwałtownie znika. Słyszę w sercu: ot, jeden mały kolec, a ty tak lamentujesz! Ja miałem całą głowę cierni za wasze grzechy.
Podróż z tęsknotą
Wpatrzona w toń błękitnej wody
Szukałam przystani dla mojej tęsknoty
Chciałam ją oprzeć na ciepłym piasku
Niech dozna ulgi spełnienia
Wpatrzona w lazur nieba
Unosiłam moją tęsknotę wysoko
Poza przestrzeń, nawet orłom niedostępną
Lecz ona wracała, nienasycona …
Szukałam miejsc dla mojej tęsknoty
Dla jej odpocznienia, choćby na chwilę, na dzień
Byłam w takich miejscach, w Ziemi Świętej
Tam moja tęsknota … odpoczywała radosna
Jak zmęczony lotem ptak, przywierała
Do znaków obecności Jezusa
Siadała na skałach, na pustyni, na Synaju
Czułam jej szczęście, jakby dom rodzinny odkryła
Zabierałam tęsknotę w podróż powrotną do domu
A ona płakała, jeszcze chwilę – prosiła
Jej łzami otarłam krzyż, kupiony w Jerozolimie
I obiecałam, że tam wrócimy …
Codziennie, wysyłam moja tęsknotę na ołtarz
Nie wiem, co myśli, co czuje
Ale wraca do mnie, po mszy, szczęśliwa, radosna
Słyszę jej szept wdzięczności: żywego Jezusa widziałam …
Jest cisza święta
Wchłaniająca ból ludzkich słów
I cisza martwa, obojętna
Której nawet głos bębnów nie porusza
Jest cisza lecząca
Wybiegająca ku człowiekowi
Ogarniająca i łagodząca wszelkie cierpienie
Jest też cisza niepłodna, jałowa
Jak ziemia bezowocna
Poznałam ciszę Golgoty, zbawiającą
Uświęconą Męką Pana naszego
Ciszę otwierającą się na wieczność
Ciszę pochłaniającą wszelki ból i cierpienie
A nawet grzech
Ciszę, która trwa minuty, a uzdrawia
Poznałam też ciszę świata
Kiedy mnie dotknęła
Myślałam, że mnie usłyszy, uzdrowi
Ale głucha była na me wołanie
Obojętna, z uśmiechem pysznego sfinksa
O, święta ciszo, wybiegająca ku człowiekowi
Niech rozpoznają cię cierpiący
Niech rozpoznają cię grzesznicy
Byś mogła, do nich, przemówić.
Klęczę przed Tobą Jezu, w adoracji
Z całym bagażem mych niepokojów
Wyliczam Ci moje lęki i grzechy
Z ciała płynące
Ofiarowuję małe poświęcenia
Kładę przed Tobą me słabości
I małe zwycięstwa
Byś wziął je Panie, w swoje ręce
Bo tylko Tobie ufam
Klęczę przed Tobą, Jezu
Pragnąc słów pociechy
Podczas burzy mej duszy
Na Jeziorze Galilejskim mego życia
A Ty, ciszą mi odpowiadasz swego snu
Jak w łodzi z apostołami
Zagłębiam się w ciszę Twego snu
I uspakajam mój niepokój
Z uwielbieniem patrzę na Boga-Człowieka
Na Jego Święte milczenie
Podczas wszystkich burz świata
Na milczenie, przygotowujące Go do Męki
Zbawczej Męki na krzyżu
Gdy Jego milczenie wypełni
Ofiara krwi, potu i bólu
Za wszystkie grzechy świata.
Jak architekt olśniony wizją piękna
Które na jedną, przedziwną chwilę
Dotknęło duszy
Próbuję budować dom
W mgnieniu światła ujrzany
Dom z modlitw, psalmów i błagań
Uświęcony Eucharystią, cudem Męki Pańskiej
Dom, z wielkim oknem ku niebu
Przez które wlewa się błękit czystego koloru
Dom ze ścian, barwami tęczy malowany
Muzyka w nim gra, delikatna jak śpiew skrzypiec
Kapliczki go zdobią z żywych drzew
Pokrytych liśćmi i kwiatami
W środku, twarze – Jezusa, Maryi i świętych
W tym domu nie ma nocy, ani płaczu nie słychać
Jedynie łzy szczęścia zdobią ściany
Łzy, zamienione w odbijające światło, kryształy
Ściany, jakby z mgły, pokrywają obrazy bez ram
Na których poruszają się żywe postacie
W tym domu jest błogosławiony spokój
O jakim marzy dusza
Zniewolona ziemskim przywiązaniem
Przynoszę do tego domu, boże dary miłości
Na ofiarę, z wdzięczności za piękno tego olśnienia
A gdy noc, zasłonę na dzień zawiesza
Gdy oczom brakuje światła
Przywołuję ten dom, dla mej duszy
A ona szepcze: buduj dalej ten dom
Z modlitw, błagań i psalmów
Z czynów miłosiernych …
Dom, nie z cegieł, lecz z miłości budowany.
Modlić się chcę do Ciebie, Boże
Modlitwą dziecka
Bardziej rytmem czułego serca
Niż słowami
Modlitwą oczu i ciała
Podziwiającą obraz Ojca kochanego
Modlitwą dziecka, które czytać jeszcze nie potrafi
Dzieł cudzych i liter
Lecz własnym, dziecinnym przemawia językiem
Językiem miłości, czułego zachwytu
Chcę modlić się do Ciebie, Boże
Jak naiwne dziecko, które jeszcze nie poznało
Logiki myśli i ozdobnych frazesów
Chcę zdjąć z siebie narzucone szaty języka świata
Nawet te najbardziej błyszczące, piękne
I te, które świat poszarpał wątpliwościami
Chcę stanąć przed Tobą, Ojcze Wszechmocny
Naga jak nowonarodzone dziecko
I otulić się darem Twej Miłości
By czuć Twój dotyk, Twój uśmiech
Bliskości doznawać, z poznawania Ciebie
I słowami się modlić
Które sam, do mnie mówisz.
Grudka złota błyszcząca w piasku
Diament w kolii, idol uwielbiony
Ileż w ludziach budzą namiętności!
A przecież ludzką pychą są wymalowane
Materią jedynie, która przemija
Pychą śmiertelną, po niej łzy i rozpacz
Gdy los je zabierze i uczucia miną …
Nad pokorą rozważałam, Piękną Panią
Tak rzadko widzianą w świecie moim
Cicha jest, pośród biedy i chorób przechodzi
Tam gdzie nie ma kamer, ludzkiej ciekawości
Gdzie nie błyszczy złoto, nie świecą diamenty
Pani Pokora serc szuka do poświęceń
Dla miłości samej, bez zapłaty brzęczącą monetą
Śladami jej wędrując, krętymi, trudnymi drogami
Pod ołtarz trafiłam, tam, Pani Pokora uklękła
Przed hostią białą, małą jak opłatek chleba
Modliła się do Boga za tych, którzy wiary nie mają
Iż Bóg może pokornie, zniżyć się do człowieka
Ukryć się w hostii, bezbronnym okruchu chleba
Ofiarowując swą Miłość, za cenę życia własnego
I tylko ci, co z Panią Pokorą wędrują
Miłości spragnieni i miłość dający
Sercem rozpoznają, tajemnicę mocy hostii świętej
Ona, jak ziarno posiane, rodzi nieśmiertelne Drzewo
Z ziarna ono wyrasta, żywej krwi i ciała, Pana naszego
Eucharystio święta, owocu Jezusa, zbawczej Męki
W Tobie, oddech Boga zamknięty, daje życie na wieki.
27.04.2014. Święto Bożego Miłosierdzia.
W życiu religijnym osób wierzących są słowa tak oczywiste, że umykają żywym, osobistym przeżyciom. Słyszymy uszami, a nie doświadczamy sercem. A powinno nas ono niejednokrotnie żywo „zaboleć” i doświadczyć żywym poruszeniem. W Święto Bożego Miłosierdzia doznałam (a była to na pewno łaska) takiego „bólu serca”. Po komunii świętej ujrzałam w sercu czystą przestrzeń, jak biała karta. Na niej była sylwetka Jezusa, którego przyjęłam do siebie. Tak Jezus zamieszkuje w nas po spowiedzi i komunii świętej. Raptem przestrzeń tą wypełniły odłamki kamieni … raniąc Go. To nasze duże i małe grzechy powszednie. Jezus … nie uciekał. Trwał w tej przestrzeni … przyjmując na siebie zranienia. Doznałam realnego cierpienia, obraz był tak rzeczywisty, że wywołał we mnie głęboki żal za każdy grzech, za każde, nawet drobne przewinienie.
Spotkanie na pustyni
W adoracji szukając pocieszenia
Ciszę kościoła przytuliłam – moją dobrą siostrę
Obraz pustyni ujrzałam nasyconej słońcem
W gorących jego promieniach
Ogrzewała się jak owoc dojrzewający
Samotny wędrowiec szedł po tej pustyni
Szepcząc nieznane mi słowa
Może była to modlitwa?
Ciekawa tych słów, na powiew wiatru czekałam
Słowa wędrowca spadały drobnymi kamykami
Na gorący piasek …
Zbierałam je w koszyk mojego serca
Próbowałam łączyć w zdania
Dzieckiem byłam uczącym się nieznanego języka
I choć trudno mi było je zrozumieć
Doświadczałam bólu tak głębokiego
Iż niezdolny był wydać szlochu i łez
Radości też doznawałam nieoczekiwanej
Iż nawet o uśmiechu zapominałam …
Za wędrowcem podążałam, a wolę moją
Piach pustyni zasypywał przeróżnymi kształtami
Wędrowiec szedł tak pewnie
Jakby cel swej drogi znał od wieków
Nie czułam zmęczenia
Pragnienie zbliżenia dodawało mi sił
Cisza poiła mnie słodyczą
Przedziwna miłość ogarniała nieznanym uczuciem
Na jeden moment wędrowiec obrócił się ku mnie
Zobaczyłam jego piękne oczy … i uśmiech
Radość w nich była … i ból
Jakby znał mnie, całe moje życie
Msza
Piękne są chwile uniesienia na mszy świętej
Widok ołtarza ukwieconego, pieśni płynące z chóru
Słowa ewangelii napełniające duszę słodyczą
Serce wypełnione ogarniającą miłością
Są takie msze w naszym życiu
Jakby niebiańskie światło zstąpiło na ziemię …
Są też msze przedziwne, boleśnie odczuwane
Msze z krzyżem tak mocno wbitym w ołtarz
Iż nagle, cierpienie Pana odczuwamy
Dotyka naszego ciała jak wbity cierń
Zamiast kwiatów, rany krwawiące widzimy
Twarz Jezusa bolejącą, łzy kapiące na ołtarz …
Krzyż Pana przemawia z żywą mocą
Pyta nasze zatrwożone serce
Znad złotych kielichów ołtarza, znad białego obrusu:
Chcesz uczestniczyć w moim krzyżu?
Chcesz być ze mną na Kalwarii?
Czy tylko w radości Góry Tabor?
Pytanie Pana drąży serce, niepokoi duszę
Łaską jest dla ciebie, na tej mszy świętej
Są takie msze święte, pięknie umajone wzruszeniami
I msze wymagające odpowiedzi Panu, na krzyżu
Msze dziecięcych wzruszeń, choć pięknych, lecz chwilowych
I msze, gdy krzyż z Jezusem, wychodzi nam naprzeciw
Pytając o dojrzałość naszej wiary
Matka Pięknej Miłości
Dzieckiem będąc, patrzyłam na obraz Twój, Matko Święta
Jak na kryształ, cudownym światłem błyszczący
W jego łagodnych załamaniach
Rozkwitały ciepłe, kolorowe promienie
Barwami kwiatów się mieniły
Z łąk mego niewinnego dzieciństwa
Z czystej, radosnej miłości, nieskażonej światem
Tęskniącej za bezpieczeństwem i ufnej w piękno dobra
Bez lęku, przytulałam się do Twych rąk
Bez obawy, że zagasną iskrzące się ogniki kryształu
Przedziwnego cudu doznawałam, w obcowaniu z Tobą
Cudu dobra, które nie poznało jeszcze bólu Twej twarzy
Świat, kazał mi dorastać, z dziecinnej sukienki
Zasiewał chwasty na łące mojego dzieciństwa
Zagłuszały one jasne kolory, łąki mej niewinności
Los stawiał na niej krzyże, pamiątki śmierci bliskich
Niewinne, ufne dziecko, bólu się uczyło
Znalazłam ten ból w Twojej twarzy, Mateńko
W poranionych rysach policzka Matki Częstochowskiej
W pietach, smutkiem cierpienia wyrzeźbionych
W zwiędłych kwiatach, zapomnianych kaplicach
I miłość przedziwna dotknęła mnie jak strzała
Pokorę Twoją poznałam, gotową na cierpienie
Pokorę Matki Pięknej Miłości, do swych dzieci
Pieśń o Matce Świętej
Stworzyła Ją Wieczna Miłość
Z piękna Nieba ulepiła
Strumienie łask na Nią wylała
I cud powstał z ręki i myśli Boga
Maryja, bez grzechu poczęta
Matka ziemska, bożego Syna
Na świat przyszła Niepokalana
W ludzkie życie, pokalane grzechem
W królewskiej kołysce, się nie narodziła
Ubogą była ta Panna Święta
Bogactwem serca, miłości i pokory
Obdarzył Bóg, matkę swego Syna
Widzę Ją na ścieżce, w Nazarecie, rozmodloną
Gdy Archanioł Gabriel zachodzi Jej drogę
W dzień jak każdy, codziennością spraw nasycony
I cud się staje, niewidoczny dla ludzkich oczu
Całe niebo, oddech na chwilę, wstrzymuje
Czy Maryja, fiat pośle, ku niebieskim przestrzeniom?
W mało znanej wiosce, Nazaret
Fiat, Maryja posłała ku niebu
I choć świat uśpiony był własnym życiem
Bóg, szeroko otworzył bramy nieba
Miłość wylał, w ciało Jezusa, obleczoną
A niebo z aniołami śpiewało już pieśń, o zbawieniu
Dziękuję Ci, Boże, za Maryję Świętą, za Jej fiat pokorne
Za Jej boleścią, przeniknięte młode serce
Za życie Jej dziękuję, Współodkupicielki ludzi
Za oczy przepraszam tych, którym obcy jest krzyż święty
Niech krew Jezusa i łzy Maryi nad cierpiącym Synem
Przemyją im oczy i cud nagle się stanie …
Kaci, przemienią się w świętych!
Zerwany różaniec
Na pewnej sobotniej mszy porannej
Świat ujrzałam w sercu, opasany różańcem
Maryja pod krzyżem, sięgającym nieba
Stała ze łzami na twarzy
Różaniec, z kul był brązowych
A kule, jakby z chropowatej materii
Każda, inny miała rzeźbiony rysunek
Różaniec, jak wstęga obejmował ziemię
I zrywał się nad jej pewnymi fragmentami
Wojny tam widziałam, śmierć i łzy ludzkie
Zerwany różaniec i modlitwa przerwana …
Krzyże powalone i puste świątynie
Tylko pycha ludzka w szalonym wichru pędzie
Sterowała czołgami, strzelając złością w niebo
I inny naraz ujrzałam różaniec
Z białych hostii jak naszyjnik był upleciony
Z niektórych, krew obficie spływała na ziemię
Przypomnienie o Męce Pana naszego
O, przerwany różańcu Maryi, porzucony w świecie pychy
Jeśli ludzie odrzucą cię i zbawczą krew bożego Syna
Kto przyjdzie nam na ratunek?
Człowiek na krzyżu
Człowieka spotkałam brudnego, żebrzącego
Monetę mu dałam, bardziej z litości
Serce me jednak dziwnie zadrżało
A słowa same, z ust wypłynęły:
Niech krzyż Jezusa cię błogosławi …
Dzień był słoneczny, ja swymi zajęta sprawami
Gdy raptem żebrak głowę uniósł wysoko
I bardziej zawył niż przemówił słowami:
Nie chcę twego błogosławieństwa
I nie chcę krzyża Jego …
Nagle ujrzałam krzyż krzywy
Jakby z drzewa kalekiego zrobiony
A na nim żebrak, jak wąż wił się, zraniony
Sam sobie wbijał gwoździe, sam się kaleczył
I nie był to krzyż Chrystusowy
Głos jakiś w sercu mnie pouczał
Przedziwnie smutny, cierpiący:
Krzyż mój odrzucił ten człowiek szalony
Sam sobie własny wystrugał
Kaleki, krzyż nienawiści
Jak wielu ludzi, Jezu z Drogi Krzyżowej
Buduje nowe krzyże na ziemi
Puste, bez Ciebie, bez krwi Twej i nadziei
I na tych pustych krzyżach, życie swe zawieszają
Wijąc się na nich w bólu, Ciebie oskarżając
Modlitwę posłałam za żebraka biednego
Do Maryi, za dziecko Jej, upadłe
Pomóż mu, Matko Święta, zejść z krzyża nienawiści
Przyprowadź do krzyża Miłości
Do Krzyża Syna Twego.
Wędrówka przez las nieznany
Życie człowieka to wędrówka
Przez las nieznany, pełen różnych ścieżek
Ciemność w nim nocy i światło poranka
Zewsząd głosy słyszymy, nawoływania
Tych co o pomoc wołają, zagubionych
Porzuconych pomiędzy drzewami
Oszukani przez własny słuch i oczy
Drogi szukali, bez kompasu, bez zasad
Tajemnicy życia lasu, nie docenili
Tajemnicy, która za nic ma, próżność człowieka
Przez las życia, grupy wędrują hałaśliwe
Ich wzrok i słuch w przewodnika utkwiony
Po ścieżkach idą za nim, bezmyślnie
Z pieśnią tak głośną i odgłosem bębnów
Iż ciszę lasu zagłuszają, jego subtelną tajemnicę
Są jak drzewa, z kolorowej kory, odarte
Wszyscy jednakowi, w szare mundury ubrani
Ślepi i głusi na piękno wokoło
Aż … nad przepaścią, przerażeni stają
Ich pieśń milknie, przewodnik, we mgle się rozmywa
O, ludzka wędrówko, przez nieznany las życia
Tyle w nim znaków świętych, krzyży z Jezusem Czuwającym
Nad drogą niebezpieczną dla ludzi
Tyle głosów dawnych i obecnych świętych
Wskazujących ścieżki do jasnego światła
Dlaczego głowy nie uniesiesz ku oczom Jezusa?
On ci wskaże drogę przez nieznany las życia
On ci hymn wyśpiewa o pięknej Miłości
A echo Jego głosu będzie cię prowadzić
I lęku nie doznasz, nad przepaścią, nie staniesz.
W małej kaplicy w Lourdes
Bez obrazów i kwiatów
Gdzie tylko krzyż z Jezusem uświęcał ołtarz
I płonąca lampka przy tabernakulum
A niewidzialne wota modlitw pielgrzymów
Zdobiły białe ściany
Przedziwnego spotkania doznałam, z Panem
Do serca mojego, gwałtownie, gorącym płomieniem
Dotarł Jego krzyk Miłości, niemy, bez słów
Był jak mocne dźwięki muzycznej pasji
Wypełnił celę mego serca, uderzając z mocą
Omijającą widzenie oczu, słyszenie uszu
Niemy dla zmysłów, głośny dla serca …
Wołający o miłość człowieka
Znakiem mi się wydał, okruchu Eucharystii
Bezbronnego, niemego w swej delikatności
A ożywiającego, pięknym krzykiem Miłości
Gdy kapłan dotyka naszych ust białą hostią
Dziękuję Ci, Jezu, dziękuję Ci, Matko Święta z Lourdes
Za to piękne spotkanie serc
Matko chorych serc i ciał
Matko obmywająca nas w świętej wodzie
Pielgrzymowałam do Lourdes, w Twoich intencjach, Maryjo
Zrozumiałam łaskę, jaką mnie obdarzyłaś
Zrozumiałam intencję, jaką chciałaś bym przyjęła:
Otwórz szeroko serce swoje, na Syna Mojego
Nie krępuj myśli, oczu, uszu swoich, na krzyk Jego Miłości.
Prośba o dary
Ty mnie znasz, Boże
Znasz dzień narodzin moich i dzień kresu życia
Znasz ciemność i światło mych dni
Krzyż mi dajesz nieoczekiwanie
I łaską obdarzasz, choć nie zasłużyłam
Modlitwy mi dajesz piękne, że aż serce boli
Miłością swoja zadziwiasz, cierpliwą
Gdy sama siebie, nie kocham
Przede mną idziesz jak krzak gorejący
Do ognia jego prowadzisz, do żaru Prawdy Wiecznej
Sandały zdejmij, tak jak do Mojżesza, wołasz
Bo święta jest ziemia i czas święty
Gdy chcę z tobą rozmawiać …
A ja tak boję się kaleczyć stopy
O ostre kamienie i gorące piaski
Krzak gorejący Twej Miłości widzę
I słabość czuję, by do niego dotrzeć
Daj mi, mój Boże, dary Ducha Twego
Niech rękami będą Twymi, które mnie uniosą
Niech moc Ich i błogosławieństwo Twoje
Słabość moją zamienią, w odwagę miłości
A jeśli wolą Twoją jest, bym trud drogi do Ciebie
Przeszła, raniąc stopy o kamienie życia
Daj odwagę męstwa, daj wolę zwycięstwa
A zdejmę sandały, przed ranami chroniące
I stanę przed Tobą, ja, człowiek nie-święty
Ufając, iż święta Miłość Twego Syna, mnie zbawiła
Spalając mą słabość, w ogniu Męki Jego.
Bliżej nieba
Aby wielkość Boga poczuć
W tym świecie codziennych drobiazgów
Wobec gór majestatu stanąć trzeba
I jak ptak, wznieść się samotnie
Na szczyt, by bliżej być nieba
Samotność swoją oblec w medytację ciszy
I słuchać w milczeniu, co nam serce mówi …
I choć lęk nas ogarnia, a samotność boli
Z ufnością uwierzyć w Oczy Boga
Patrzące na nas, w trudzie duchowej wspinaczki
Aby wielkość Boga poczuć
W świecie przyziemnych drobiazgów
Stanąć trzeba samotnie, nad brzegiem morza
I na wschód słońca patrzeć
Jak na zwiastuna duchowej nadziei
I nie bój się chwil tych samotnych
One zamilkną, przed pięknem tego widoku
A serce twoje, na wielkość otworzy się, Boga
Modlitwę poznasz, dotąd samotną w twym sercu
Ona czekała, byś mógł ją Stwórcy powiedzieć
Wtedy zejdziesz z góry wysokiej
Z duchowej wspinaczki do Boga
Opuścisz brzeg morza, ze wschodem słońca
Jezusa poszukasz, w monstrancji skrytego
Modlitwę Mu poślesz, którą serce odkryło
W tajemniczej bliskości … z niebem.
Przesłanie z krzyża
Wpatrywałam się w krzyż Twój, Jezu
Rany widziałam i ból Twego ciała
Aż dzień przyszedł niezwykły, na mszy świętej
Jakby Duch Święty rozjaśnił oczy moje
I krzyż ujrzałam, świecący blaskiem złotego ognia
Jak klucz, którym Bóg otwiera niebo
Na krzyżu Miłość Boża płonęła
Tak wielka, w rozłożonych ramionach Syna
Iż żadne gwoździe, żadne zranienia
Nie mogły łzami Jego, ugasić tego płomienia
A krew Jezusa i strumienie łaski
Z przebitego przez żołnierza, boku Pana
Wzmagały światło płynące z krzyża …
Ja, człowiek niezdolny do takiej miłości
Człowiek, który ramionami swymi
Każdą miłość chce zniewolić
Nagle ujrzałam miłość świętą, w blasku złotej jasności
A twarz Jezusa i Jego poranione ciało
Miłości mnie uczyły, która … nieba sięga
Krzyż do mnie przemawiał delikatnym głosem:
Ramiona swe rozłóż …
Na swym krzyżu życia …
Miłością obdarzaj, choćby cię raniono
Ja, rany twoje, światłem swej Miłości, zabliźnię
I nie będziesz tylko bólem, na krzyżu złożonym
Będziesz Mojej Miłości, dzieckiem ukochanym.
Radość pielgrzyma
Szuka on światła dla umocnienia wiary
Przebłaganie niesie w sercu, wdzięczność za łaski
Drogi szuka, która unosi myśli, zapala serce
Drogi, na której stopy odrywają się od ziemi
Z przedziwnym pragnieniem biegu ku świętości
Aż ciało zapomina o bolesnych trudach
I chce biec jak łania do źródła
Są dni wędrówki, gdy nogi poranione bolą
A zdyszane serce nie nadąża w trasie
Za poczuciem wolności, od codziennych trosk
I choć karmi pielgrzym swe ciało
Pątnikiem jest ciągle głodnym, ale nie ziemskiej strawy
Na drodze pielgrzyma wędruje szczęśliwy anioł
Odgarnia zwiędłe liście dawnych i ostatnich grzechów
Anioł towarzyszy mu, śpiewa pieśni, daje moc ciału
Aniołowie wszystkich pielgrzymów
Tworzą święty taniec wspólnej radości
Pielgrzymka, to akt adoracji Jezusa, w drodze
Każdego dnia, każdej chwili, w nieprzespanej nocy
Drogowskazem, Najświętszy Sakrament, prowadzący wędrowców
Ku Świątyni, gdzie Maryja, przygotowuje stół obfitych łask
Dla znużonych, lecz szczęśliwych pielgrzymów.
Modlitwa wstawiennicza
Ty wiesz Boże, że droga do Oblicza Twego
Dla istot ludzkich, zaplątanych w świecie
Nie jest bramą szeroką, pięknie ukwieconą
Przy której chór aniołów przywołuje na tę świętą drogę
Droga do Oblicza Twego, Boże
Urywa się czasem, nad przepaścią grzechu
Przez trzęsawiska pychy wiedzie, gdzie zło czyha
Po śliskich schodach cierpienia się wznosi
Są lata ciemności, jak kir oblekający zmarłego
Gdy człowiek szuka dla siebie światła
I złudnym ognikom świata, ulega
Potyka się o kamień fałszu i oszukany, upada
Poraniony, ostatkiem sił woli przetrwania
O Prawdę błaga, o Oblicze Boga
A wówczas mały płomień, kiedyś w dziecięcym sercu zapalony
Prowadzi go … przed płomień tabernakulum
Olśniony światłem, które go nagle dotyka
Oddać się pragnie tej odkrytej Miłości
Przed krzyżem wylewa całe swoje życie
Spala się, w nowopoznanej Miłosiernej Miłości
I nie wie, że drogę jego przed Oblicze Boga
Ktoś, kiedyś wybłagał w długiej modlitwie na kolanach
W drodze krzyżowej Pana, przez ludzi poranionego
Błagał: zbaw Panie, duszę człowieka upadającego.
Niebieskie zlecenie
Dałeś nam, Boże, przyrodę piękną
Na wzór rajskiego ogrodu zdobioną
Zapachy pól i lasów, słońce błyszczące na niebie
I ziemię dałeś, by pokarm rodziła dla ciała
Nadzy i śmiertelni, z raju wypędzeni
Nie jesteśmy przez Ciebie, Boże, opuszczeni
Zadanie nam dałeś, niebieskie zlecenie
Byśmy świat nam dany, własnym ubogacali istnieniem
Na drogę nam dałeś, Boże, mojżeszowe tablice
Każde z przykazań, to mocarne, życiodajne drzewo
Ono nas ma chronić, przed wrogiem człowieka
Który podąża za nami, by światło Twe, zgasić
Świat, który nam dałeś, Boże, ze swej łaski
Ludzka pycha nawiedza, z podszeptu szatana
Ona niszczy korzenie, drzewa przykazań nam danych
Wyrywa je i sadzi własne, nieurodzajne trzciny
I dziwi się człowiek, zagubiony na ugorze pustym
Iż zło się panoszy, wojny siejąc i rozpacz
W świecie pychy, głos modlitwy milknie
Śmierć triumfuje, nadzieja umiera
Ale Ty, Boże, Stwórco piękna wiecznego
Posyłasz armię świętych, z Twym błogosławieństwem
Oni z pychą walczą, szlachetną bronią miłości
Przesłanie głoszą światu, o Twym niebieskim zleceniu:
Dałem wam ziemię piękną i Miłość Trójcy Świętej
Krzyż z Synem udręczonym, na serc ugorze postawiłem
On drogą jest dla tych, co ziemię chcą dziełami miłości uświęcić
By świętość przywrócić, tam gdzie rządzi ciemność
Pośród istot ludzkich, posłanych na ziemię.
02.07.2014. Każdy człowiek już od urodzenia obdarzony jest niepowtarzalnym darem, swoistym tchnieniem Boga; nazwałabym to, własnym „językiem ojczystym”, którym będzie wyrażał swoje myśli, uczucia o otaczającym go świecie. I zarazem zaznaczał w tym świecie swoją … niepowtarzalność.
Jeśli mały człowiek wzrastając, ma możliwość realizacji tego swojego „języka ojczystego” uczuć, talentu – to ubogaca otoczenie. Dzieci tak „świeżo” reagują na wydarzenia, przyrodę, innych ludzi.
Jeśli jednak (jak to się dzieje obecnie) młode dziecko, ledwie zacznie używać swego „ojczystego języka”, zostaje karmione językiem standardów danego społeczeństwa, uczy się go od najwcześniejszych lat, tego co pożąda społeczeństwo (wiedza, sport, języki), zanika w nim ów „ojczysty język” wrażliwości i staje się „maszyną” do zapisywania cudzych myśli, wartości.
Jako młodzieniec, staje się encyklopedią, słownikiem, (w większym lub kieszonkowym wydaniu) wydarzeń naukowych, kulturalnych, ocen ekspertów. Zaczyna korzystać z języka wyuczonego, staje się spichlerzem wiedzy, cudzych ocen. Ujednolica się, staje się jednostką masowego społeczeństwa, w masowej produkcji myśli. Dajmy więc dzieciom nieco „odetchnąć” od tej standaryzacji i pozwolić im na dzieciństwo, na rozwinięcie się ich indywidualnego języka wrażliwości. Pęd we współczesności do wiedzy to znany fakt. Jeśli chcemy z naszych dzieci czynić „spichlerze wiedzy i umiejętności” to nie dziwmy się, że staną się swoistymi automatami „wypluwającymi” fakty na egzaminach. Dziwimy się, że dzieci i młodzież przyjęli Internet za swoje bóstwo i tam się ukrywają, nie chcąc społecznych kontaktów. Coś w nich zamiera. Może to „coś” to ów „język ojczysty”, którym się chcieli kiedyś z nami porozumiewać, a który zlekceważyliśmy jako niepotrzebny w świecie faktów?
Jaś kiedyś tak pięknie mówił o przyrodzie, o gwiazdach. Dziś wykształcony Jan buduje w pięknym krajobrazie, dymiące fabryki … Kiedyś Jaś słuchał opowieści dziadka, kochał go, dziś Jan buduje szpitale i domy opieki dla dziadków, bo już „nie słyszy” ich głosów.
Puste serce
W pustym sercu
Hula wiatr, cudzych myśli i marzeń
Puste serce daje się miotać burzom
Modnych idei, topiąc się, w ich rwących nurtach
Puste serce jest jak łupina orzecha
Wyrzucona na piaszczysty brzeg przez fale
Stąpają po niej przygodni turyści
Zakopują stopami w miliardach drobin piasku
Jak w wielkim ludzkim tłumie
Który porywa donikąd
Puste serce jest niewolnikiem
Przypływów i odpływów, burz i wichrów
Cudzych idei, cudzych myśli
Puste serce, czasem zmęczone własną pustką
Odrzucone przez tych, którym służyło swym życiem
Zaczyna czuć głód, głód wypełnienia serca
Szuka rąk, które podniosą go
Z tysięcy podobnych okruchów piasku
Potrzymają na ciepłej dłoni
Aż zwykły okruch przemieni się w diament
Aż wypełni się puste serce, uczuciami
Dotąd nieznanymi, o swoim przeznaczeniu
I zaczyna drgać, puste serce, jak mały ptak
Przed pierwszym lotem, lotem ku własnym myślom
Ku własnym pragnieniom, o wielkiej miłości
A odwaga tego lotu, ku Stwórcy go zbliża.
Boża wola
Czasem życie czyni nam niespodzianki
Los, który wydał się nam
Zgodny z wolą naszą
Jak mur domu, bezpiecznie stawiany
Burzy plany dotychczasowej budowy
I przedziwnym zrządzeniem, rzuca nas
W miejsce nieznane …
Ubranie zdjąć musimy, wygodnych przyzwyczajeń
I z lękiem szukać, w szafie duszy naszej
Stroju duchowego, do nowych zadań
Jak z misy pełnej ludzkich ziaren
Brzmiącej melodią pozytywki
Ciągle tymi samymi nutami
Bóg jedno wybiera ziarno
By uczyć je nowych, o Sobie pieśni
By mówić do niego, twarzą w twarz
O swoich boskich, wobec niego, planach
I choć naturę naszą niepokój ogarnia
A bunt i wątpliwości, szarą suknią oblekają serce
Wierzyć musimy, iż Bóg w swej świętej woli
Ma dla ziarenka … duchowe przestrzenie oceanu
Słoność wód jego, natura ziarna, odrzuca
Krztusi się, przywykła do słodyczy źródła
Bóg, darem je jednak obdarza
By słabość jego, w słonym oceanie trudów
Zamienić w mocne ramiona i rozwinąć skrzydła.
Matka Boża Częstochowska
Byłaś dla mnie, Święta Matko Częstochowska
Ikoną tak wielką w swej świętości i ludzkim uwielbieniu
Iż maleńką przed Tobą się czułam, zbyt grzeszną
Skrytą gdzieś wśród ludzi, ze swą pokorną modlitwą
Aż dzień przyszedł, mej pielgrzymki do Ciebie
Gdy wtłoczona, w masy ludzkich ciał
Popychana ku Tobie jak ziarenko
Napływającymi falami ciągle nowych twarzy
Utknęłam przed Twym obrazem, w diamentowej sukni
I choć niewygoda ciała drażniła, ogarnął mnie dziwny pokój
Odczułam Twą żywą obecność …
Obecność Matki, zakochanej w swych dzieciach
Z obrazu wyszłaś ku ludziom, Królowo Polski
Jak pielgrzymujące matki, w szacie zwyczajnej
Szata ta wydała mi się dziecięcym kocykiem
Którym matki otulają swe dzieci
Chroniąc je swym ciepłem, przed światem
Niosłaś nas jak maleńkie dzieci
Widziałam Cię sercem, idącą przez drogi i miasta
Drogi naszej ojczyzny i rodzin pogubionych
Śmiało kroczyłaś jak cygańska matka pośród lasów
Nie omijałaś samotnych domostw
Odważna, pomimo ran Ci zadawanych
Naznaczona bolesnymi znakami na policzku
Nie ustajesz w pielgrzymowaniu do ludzkich serc
Zbierasz po drodze, chorych i umierających
Płaszcz Twój rozpostarty szeroko nad Polską
To płaszcz Miłości ofiarowanej przez Jezusa
Chroni wszystkich, biegnących do Ciebie
I tych, którzy tylko stoją, w oczekiwaniu na cud
Widziałam Cię, Matko Jasnogórska, tak żywą
I obecną, jak twarze pielgrzymów, obok …
I choć nawet uklęknąć nie mogłam
W napierającym na mnie tłumie
Serce moje, uklękło …
Ślad, który nie znika
Idzie człowiek drogami
Przez mocodawców mamony i władzy zbudowanymi
Szczęścia szuka, porzuconego przez tych
Co dostatek ziemski mają
Ku ziemi się nisko schyla
Wydłubując dla siebie porzucone odłamki
Cudzego szczęścia, cudzych idei radości
Idzie drogami mu wskazanymi
Odurzony kolorowymi reklamami o życiu przyjemnym
Stworzonymi przez mocodawców mamony i władzy
I ufa im, iż receptę na życie mają
A gdy już wykupi w światowej aptece
Cudowny lek na szczęście - pieniądze
Wymienia je na rzeczy, głuchy na wołanie serca
Zapełnia rzeczami swoje życie
Jakby było magazynem radości
Ale dziwny smutek … nie znika
I nowych dróg szuka człowiek, nowych drzew
Pod którymi mógłby zakopać dręczący smutek
Miłość kupił, zdradziła, przyjaźń dawna, odeszła
Został kredyt, niespłacony …
Na ściany, swego dostatniego domu spogląda
Martwą ciszą mu odpowiadają …
Jeden punkt tylko na ścianie, ślad po czymś
Białą plamą się odcina, słońce i kurz go nie pokonały
To ślad po krzyżu, który dawno temu wyrzucił …
On jedyny … nie milczy
Przez lata trwał, w miłosnym, na człowieka, oczekiwaniu
Ufność
W łagodną wodę strumienia patrzę
Bezpieczną, ciepłą, radosną
Zachęcającą do zanurzenia bez obawy
Nawet morze, gdy spokojną jest tonią
Zwabia spragnionych ochłodzenia
Ofiarowując ciału odpoczynek
Groźny, w masie swych wód, ocean
Wylewający wody, daleko na piaszczysty brzeg
Budzi lęk, nawet u świetnych pływaków
Wpatrzona w wody rzek, mórz i oceanów
Myślę o … ufności, o ludzkiej ufności w Bożą Prawdę
O ufności w Boże Miłosierdzie
Czy granicę mojej ufności
Wyznacza tylko bezpieczna, radosna rzeka?
Czy gotowa jestem cała wkroczyć w ten ocean Miłosierdzia?
Z całkowitym zaufaniem Bogu?
Iż pomimo groźnych fal życia, czuwa On nad słabym pływakiem?
Czas mi dajesz Panie, na poznanie siebie
I światło krzyża, migające na łódce
Którą Jezus wpłynął na ocean Miłości
Drogę wskazujesz świętych i błogosławionych
Im ciepłe wody małych strumieni, nie wystarczały
Po Prawdę Twoją, rzucili się na ocean przeżyć
Głębokich, mistycznych, z miłosną ufnością w Twą wolę
Stopy stawiam w Twoim oceanie, Panie
Z modlitwą ufności, pomóż mi dopłynąć, do łódki z Jezusem.
Nasienie świętości
Miliardami nasion jesteśmy, posianymi na ziemi
Zakwitamy i więdniemy, dając pole następnym pokoleniom
Nowym istnieniom wydaje się
Iż na dziewiczym rodzą się miejscu
Nie myślą ile łez, cierpienia i krwi, zamknęła ziemia
Ile ludzkiej pychy pochłonęła
Pychy, która łudziła, iż z „przechodnia”
Można uczynić władcę ziemi
I nie ma na naszym świecie
Kawałka ziemi, którym można zawładnąć
Na wieczne użytkowanie
Każdy centymetr ziemi, to ślad po cudzym życiu
Świadectwo przemijalności, łez, cierpienia i radości
Jeśli uwierzymy, że nasionami jesteśmy
Posianymi miłosną ręką Boga, a nie przypadku
Most prawdziwy odkryjemy, most ku wieczności
Każde istnienie jest jak ogród barwny, pełen zapachów
Jeśli święte, z tego ogrodu, wyrastają kwiaty
Kwiaty dobra dla bliźnich, białe lilie cnót
Ogród ten nie znika, w pamięci pokoleń
Kapliczką się staje, miejscem modlitwy do świętych
Tych, którzy most odkryli, ku wieczności
Oni ziemię zawładnęli miłością, nie aktem notarialnym
Majątek swój, krzyż Pana, zostawili nowym pokoleniom
By mostem był do wieczności.
Dwa okna
Wpatrując się w obraz Twój, Matko Święta
Uciszam emocje dnia, pragnienia
Nawet usta zamykam na słowa modlitwy
Chowając je głęboko w sercu
Sercu zezwalam, by modliło się za mnie
Może uczyni to piękniej?
Pragnę tylko patrzeć na Ciebie, Maryjo
W ciszy opustoszałego kościoła
Jak dziecko spragnione widoku Matki
Oknem się stajesz dla duszy mojej
Oknem do świata, Syna Twego
Do świata, Waszej Miłości
Życie Twoje kontempluję, Maryjo
W obrazach danych mym oczom
A Ty mówisz: otwórz okno swego serca
Wleję w nie pokój mego Syna
Dwa okna, ogromne Maryi i moje maleńkie
A pośród nich, krople łask spływają …
W ciszy kościoła i w ciszy mego ciała
Są jak wiosenny, ożywczy deszcz
Chłonę je, a oczy wypełniają słone łzy
Nie zamykaj okna swego serca, słyszę
Aby krople łask moich, nie stały się tylko echem
Odbitym o szybę, twego okna serca.
Pycha
O, pycho człowieka, złoty kamieniu
Trzymany w sercu jak amulet
Dający pozorną moc
Jak trudno rozbić cię w pył
Posłać w nicość
Nawet cierpienie, nawet miłość
Nie są zdolne wyrwać z serca kamienia pychy
Pycho, która idziesz z dumnie uniesioną głową
Która depczesz klęczących
Zamykasz oczy na krzyże, świątynie
Czy znasz kres swojej drogi?
Na końcu twej drogi czeka na ciebie
Pycha, silniejsza od twojej
Silniejsza mocą niszczenia człowieka
Złośliwy jej śpiew słychać, śpiew zdobywcy duszy
I staniesz samotny wobec tego śpiewu
Przerażony niemocą własnej pychy
Szukać będziesz ucieczki, dla duszy swojej
Zrozpaczonej niewolnicy twej pychy
I oczy zwrócisz ku tym, których pychą zdeptałeś
Modlitwę ich będziesz powtarzał
Aż kamień pychy, który moc ci dawał
Zrani twe serce boleścią nieprzemijającą
Iż zapragniesz odrzucić go
By nie słyszeć, zalewającej twe uszy
Pieśni pana pychy, zdobywcy duszy
Radującego się, iż drogą poprowadził cię, kłamstwa.
Nocna rozmowa z aniołem
Kiedy życie krąg zatoczy
I jak ptak, zmęczony długim lotem
Przysiądzie na odpoczynek
Prawdę o sobie kontempluj
Która już nie ma czasu na czekanie
Na świat patrz, darem mądrości
Mądrości swoich przeżyć i doświadczeń
Na młodych patrz, takich jak ty, kiedyś
Nieostrożnych w miłości
Walczących o mamonę, rozpychających się ostro
I już widzisz drogę ich rozczarowań
Bunt i łzy, lęk przed przyszłością
Bo sam tę drogę poznałeś
Sam na niej upadłeś ..
I dziwisz się, że człowiek ciągle te same błędy popełnia
Doświadczeń pokoleń, nie przyjmuje
Zmienia się tylko tło
Jakby ktoś nową tapetę, na starej, nakleił
Inna muzyka gra, gwałtowna, głośna
I moda bardziej rozebrana
Nagością próbuje bardziej odkryć ciało, niż myśli
Wtedy błagaj Boga o dar mądrości
Byś nie stał się jedynie pustym kręgiem
Zatoczonym przez życie
A kiedy młodsi powiedzą: świat teraz … inny
Ty wiesz, nie ma innych „światów”
Jest tylko podzielony
Wymyślony ludzką pychą
Świat bez Boga, bez miłości …
I świat odkupiony
Krzyżem Jezusa, Jego Miłością
Świat walczący ze złem
O godność człowieka
Świat Boga, błogosławiącego ludzki krzyż trudów
Dla nagrody wieczności …
Liście wspomnień
Jakże piękny jest krajobraz jesienny
Kolorami liści wabiący oczy
Żółć, obok czerwieni się mieni
Czasem, między nimi, liść jeszcze zielony
Powiewem wiatru, na siłę zrzucony
Nad jeziorem stoję, pełnym tych kolorów
Okrytym barwami, dywanem przyrody
Ile na nim wspomnień liści porzuconych
Wspomnień wiosny, lata, gdy słońcem rozbudzone
Zakwitały na gałęziach, sokiem drzew ożywione
I myślę, że jezioro to, pełne zeschłych liści
Których krótką historię ono pochłonie
Jest jak życie nasze, pełne dawnych wspomnień
Zniewoleni nimi, głębi jeziora nie widzimy
Osłaniają ją, zeschłe liście wspomnień
Jak trudno ludzkiej naturze
Porzucić urok i boleść wspomnień życia
Porzucić jezioro, okryte dawną historią
I szukać w sobie, czystej toni wody
W której, nie liście, a twarz swoją ujrzymy
Wypatrującą nowej nadziei
W głębi krystalicznego jeziora.
Dar dla duszy
Wyrzeźbiło cierpienie, w sercu moim
Przedziwny kształt
Jakby drzewo, pełne młodych pędów
Pulsujące własnym życiem
Niezależnym od fizycznego bicia serca
Przepływa przez nie krew
Wolnym, czułym, uspokajającym strumieniem
Nadaje sercu, pokój
Moje drzewo w sercu ma duchowy wymiar
Jego pędy, kwitną
Gdy karmię je Krwią i Ciałem Pana
Wypełniają serce pięknem i dobrem
Pragnieniem jednoczenia się z Bożą Miłością
I choć czasem kiedy ziemskie serce
Próbuje szeptać, że czuje zło świata
Wtedy drzewo ożywa, a nawet przemawia
W obronie bliźnich, którym cierpienie
Utwardziło serca, oślepiło oczy
I nakazuje modlitwę za nich, ofiarę mszy świętej
I widzę wówczas to drzewo, w moim sercu
Jako dar Jezusowego krzyża
Nie odrzucony przeze mnie, czule przygarnięty
I słyszę Jego głośny, bolesny głos: Pragnę …
Rozważam Jego „pragnę” w moim sercu
W którym cierpienie wyrzeźbiło to piękne
Żyjące, duchowe drzewo.
Uśmiech Boga
Szukam miejsc, w których uśmiech Boga
Rozjaśnił twarze ludzi
Miejsc i ludzi pięknych urodą świętości
Szukam miejsc, w których uśmiech Boga
Starł łzy cierpiących, dał nadzieję
Miejsc i ludzi napełnionych ufnością
Szukam miejsc, w których uśmiech Boga
Zbudował w sercach ludzi dom
Z oknem zwróconym ku niebu
Gdy niebo rozjaśnia się błękitem
A gwiazdy ciekawie spoglądają na ziemię
Widzę w tym pięknie, uśmiech Boga
Uśmiech łagodzący spory
Otulający chorych, zsyłający sny udręczonym
Karmiący ich modlitwą samego Boga
I myślę wówczas, Boże, ile lat byłam ślepa
I ilu jeszcze ślepców jest na świecie
Którzy uśmiechu Twego, nie widzą
Uśmiechu tego nie rozpoznają w swych trudach
Gdy głowy nisko schylają ku ziemi
Zatopieni w przemijających zawsze, troskach
I szukam, ciągle szukam, wypatruję
Miejsc i ludzi, którzy rozpoznali uśmiech Boga
Ich twarze jaśnieją radosną miłością
Odbiciem są … uśmiechu Boga.
Przeszłość i przyszłość
Spotkała się przeszłość z przyszłością na drodze
Przeszłość laskę miała w ręku i siwą brodę
Na plecach worek, pełen dawnych zasad
Przyszłość, twarz miała młodą, puste ręce
Na barkach, modny, kolorowy plecak
Przeszłość spojrzała na przyszłość ciekawie
Przyszłość, z niechęcią odwróciła oczy
Jakby się bała, że ona o jałmużnę poprosi
A zmarszczki na jej twarzy
Nadzieję jej odbiorą i urok młodości
Powędrowały, każda w swoją stronę
Jedna powoli, jakby czas nic nie znaczył
Druga, jak maratończyk, na czas biegła
Zbierając po drodze, owoce urody, młodości
W pusty, kolorowy, modny plecak
Przeszłość i przyszłość są jak pory roku
Przyszłość mocą nadziei się karmi, wiosny i lata
Przeszłość zaś, plonami jesieni i mroźną mądrością zimy
I nikt nie zatrzyma tych praw natury
Przyszłość kiedyś, przeszłością się stanie …
Pełna jeszcze wigoru i tęsknot niespełnionych
Biega przyszłość po ścieżkach „młodych przyszłości”
I jednego się boi, by na drogę nie trafić przeszłości
Lecz ci, którzy niegdyś jak ona, zadufani w siłę młodości
Wrzucają ją na karty przeszłej historii …
Spotkały się, przyszłość z przeszłością
Nadzieja młodości, z prawdą starej mądrości.
Nowe serce
Pięknie, chwalić Cię, Boże
Gdy serce bije jak ptak radosny
Unoszący się w przestrzeni miłosnego zachwytu
Łaski doznał, wzbijania się wyżej i wyżej
A ciało przenika, wielka ufność i wiara
Są dni, gdy ptak radości
Skrzydła składa, niechętny do lotu
Okryty ciężką suknią smutku, troski i bólu
Zapatrzony we własną niemoc
Zapomina, jaką radość daje, unoszenie się w wierze
I myśl przychodzi, skrzydłem anioła muśnięta
Iż ptak radości, innego pokarmu pragnie
Pokarmu mocy łaski wiary, silniejszej niż uczucia
Które ulotne są, jak liść podmuchem wiatru unoszony
Przychodzą i odchodzą …
O serce nowe błagajmy Boga
Serce przebite Jego Miłością, w pokarmie Eucharystii
Źródło bijące wiecznie, nie zanikające
Źródło, słowami Ewangelii wypełnione
Tryskające spokojnym, cierpliwym rytmem
Serce czyste, stwórz we mnie, Boże
Walczące o wiarę, jak wojownik na polu pokus
Daj Panie, sercu memu, tarczę ze światła Twej łaski
A na niej krzyż Jezusa, krwią zdobiony
Niech walkę moją o silną wiarę, ze sobą samą i światem
Z Twoim, Panie, prowadzę błogosławieństwem.
Czas, który nie mija
Czas mija, jakby ktoś z kalendarza
Kartki zrywał pospiesznie
Ledwie świt oczy przetrze, już wschodzące słońce
Blaskiem swym, do pracy wzywa
I biegniemy, biegniemy …
Ślad po naszej pracy, gdzieś zostaje
Kilka domów zbudowanych, maszyn wynalezionych
Ludzi wyleczonych …
A w lustrze, pan, pani siwa, zmęczona
I pytanie: gdzie zgubił się ten młody człowiek biegnący?
W twarzach dzieci dorosłych, odnajdujemy
Czas, który przebiegł niepostrzeżenie
I myśl przychodzi, czy istnieje czas
Który nie jest tylko spadającą kartką kalendarza?
Lecz czasem oczekującym, zatrzymanym?
Gdzieś w przestrzeni, między niebem a ziemią
Jest taki czas, czas trwania na modlitwie
Gdy chwila staje się godziną
Godzina, dniem …
Czas, który nie biegnie, ale trwa
W przedziwnym stanie spoczynku
Czas modlitwy, adoracji Pana
Wtapiający się w wieczność
Wieczność, bez kalendarzy, zegarów, pośpiechu.
Święte znaki
Jesteś Jezu, w komunii świętej
Światłem niezliczonych słońc
Ale dla tych, którzy Cię przyjmują
Małym, świetlistym promykiem
By nie oślepli od Twej chwały
Mocą Jesteś Panie, płynąca z wieczności
Mocą Stworzyciela świata, niewyobrażalną
Ale dla tych, którzy Cię w komunii przyjmują
Dzieciątkiem Jesteś maleńkim
By Cię mogli wziąć, w spragnione ramiona
Ogniem Jesteś, Jezu, spalającym, potężnym
Ogniem mogącym ogrzać cały wszechświat
Ale dla tych, którzy Cię w komunii przyjmują
Płomykiem świecy Jesteś, zapalonym w ciemności
Dla duszy, spragnionej światła prawdy
Mękę przyjąłeś na krzyżu, Jezu
Spalającą bólem całe Twe ciało
By ci, którzy przyjmują Cię w komunii świętej
Nadzieję zbawienia, z krzyża Twego czerpali
Chronieni, promieniami wody i krwi, z Twego serca
Miłością Jesteś, Jezu, wszechogarniającą
Jak wodospad wylewający niezmierzone wody
Ale człowieka, który staje przed Tobą, w komunii
Dłonią swą jedynie, delikatnie dotykasz
Karmiąc białą hostią
Jakże święta jest wszechmoc Twojej Miłości, Jezu
Gdy w maleńkich, pokornych znakach, zniża się ona
Do serc ludzkich, do ludzkiego życia
W delikatności dotyku hostii, w maleńkim Dziecięciu
W płomieniu, który nie oślepia
W krzyżu, który zbawia.
Perły i chwasty
Bogaty jest człowiek
Który łzami goryczy swego życia
Chwastów ziemi nie podlewa
Aby niepokojem nie wzrastały bujnie
On w sercu gromadzi łzy goryczy
W perły zamienia różańcowej modlitwy
U stóp Maryi składa jak dar szlachetny
By różami zakwitły Jej łaski
Uśmiechem zwycięstwa miłości
Biedakiem jest ten, który choć żyje w dostatku
Serce ma z gliny, łatwo pękające
Przez szczeliny pęknięć, sączy się jego gorycz
Na serca, wokół niego żyjące
Chwasty niepokoju, karmione jego egoizmem
Wzrastają bujnie, zatruwając otoczenie
Aż pośród chwastów goryczy
Ginie jego radość
Umiera miłość
Dziwne jest serce człowieka
Gdy po dary tego świata sięga
Jeden, nawet gorycz łez, w perły zwycięstwa zamienia
Innego, dar bogactwa, kaleczy
Jedni, trudne dary pomnażają
Inni, jak niewolnicy, strzegą swych bogactw
Zatracając się na polu chwastów
O, Święta Matko, weź jedną perłę biedaka …
I daruj ją bogatemu, niech różą zakwitnie …
Wśród chwastów i serce jego przemieni.
08.12.2014. Po komunii, na jednej z mszy adwentowo- roratnich, odczuwałam głęboko, przedziwny ból. Płynął on z serca nieznanego człowieka, jakby symbolu wielu dusz, które nie mogą przyjąć Jezusa w komunii. Po twarzy spłynęły mi dwie wielkie, gorące krople łez, które aż parzyly twarz. I przyszła myśl, jak wielu łask doznają ci, którzy mogą przyjąć Pana i czy dostatecznie doceniamy tę łaskę, czy nie przemieniamy jej w zwykły rytuał? Łzy, których doświadczyłam, były jak łzy Matki Świętej, bolejącej nad tymi, którzy doświadczają bólu z powodu niemożności przyjęcia Pana, ale też nad tymi, którzy przyjmując Go, nie doznają cudu wielkiej radości i pocieszenia. Ich serca też wymagają, by się otworzyły szerzej, by „cierpienie bólu ciemności” stworzyło w nich tak święte pragnienie obecności Pana i świadomość jak wielkich łask doznają, mając możliwość przyjmowania Go w komunii.
Cierpienie i pocieszenie
Czasem duszę tak wielki ból ogarnia
Niczym nie spowodowany
Iż chciałbyś się snem otulić i oddech spowolnić
I zasnąć, bez myśli raniących
Lecz przedziwne cierpienie ołowiem ciąży
Łańcuch niewidzialny serce otacza
I myślisz, dlaczego ja go doświadczam?
Krzyczeć próbujesz, krzyk twój ginie echem głuchym
A milczenie jego zmusza do rozważań
Grzechów szukasz niewypowiedzianych
Skruchy przysypanej, egoizmu pychą
I pytanie się rodzi, ostrą strzałą serce przebijając
Zdradzić Pana w cierpieniu?
Czy drzwi swego serca, szeroko otworzyć?
Ciemność rozważasz, która kościół okrywa
Przed każdą mszą roratnią
Ciemność ta, twoje cierpienie na chwilę skrywa
By nagle, pocieszeniem światła zabłysnąć
A może to Jezus, idąc drogą krzyżową
Przez świat współczesny, w noc ciemną
Do serca twego puka krzyżem z Golgoty
Jak łaska ognia zapalona od roratniej świecy
O gościnę prosi, by się cierpieniem podzielić
Ufając, że jesteś Szymonem XXI wieku
I Weroniką, która pot Mu z twarzy otrze
I w Jego cierpieniu Go pocieszy.
Tron
Mojego Króla w ubogim żłóbku złożono
Gdy dzieci królów tego świata
W złoconych sypiały kołyskach
Mojego Króla do krzyża przybito
Tronem był Jego, z drzewa zwykłego
Gdy królowie świata na ozdobnych tronach siadali
Mojego Króla nagość i krew zdobiły
Trony i kołyski królów tego świata dawno już zmarniały
Tron mojego Króla tkwi w świecie już wieki
I choć byli i są tacy, którzy chcą go zniszczyć
Odradza się, ciągle nieśmiertelny
Bo nieba Miłością sięgnął, nie mieczem
Tron Jego, śmiertelne zbiły ręce, z drzewa
A On, krwią Swą zbawczą, dał im życie wieczne
Bose stopy Króla mojego, gwoździami do tronu przybito
By już nigdy nie dosięgły ziemi
Zmartrwychwstałe, wędrowały pośród ludzi
Nadzieję dając tym, którzy w Niego uwierzyli
Z tronu krzyża zszedł, nieśmiertelność głosząc, miłości
Tym, którzy w trony ziemskie tylko wierzą i kołyski
I tym, którzy tronów – krzyży, szukają w wieczności.
Czas nadziei
Nie znam myśli Twoich, Maryjo Święta
Gdy na Syna Bożego oczekiwałaś
O radości wiem, której doznałaś
Czując, poruszenie Dzieciątka, w swym łonie
Sercu Twemu ból był nie obcy
Gdy niepewność i zatroskanie Józefa widziałaś
I choć wybranką byłaś, nieba
Stopy Twoje, jak innych niewiast, dotykały smutku ziemi
Zamyślenie Twoje widzę, wzrok, w niebo utkwiony
Gdy krzątałaś się w domostwie Elżbiety
Do chleba, który piekłaś, zaczyn wkładałaś modlitwy
By życiodajnym był, dla rodziców Jana
Kiedy fiat wyrzekłaś, Aniołowi Zwiastowania
Niebo jak pęk róży, rozwarło się śpiewem aniołów
Na ziemi, cisza trwała, zaplątana w życie codzienne
Oczy ludzkie, światła wokół Ciebie, nie widziały …
Piękna, w Ojcostwo Ducha Świętego obleczona
Po ziemi stąpałaś, podobna innym niewiastom
Józef Oblubieniec, dany Ci przez Boga
Wraz z Tobą, samotnie, dźwigał tajemnicę Narodzenia
Nie znam Twych myśli, Maryjo Panno
Gdy na Syna Bożego oczekiwałaś
Znam miłość Twoją, która trwa już wieki
I twarz z obrazów, zamyśloną, w ludziach zakochaną
Dziś my, setki lat później, na mszę roratnią idziemy
Aby z Tobą, na ponowny cud czekać, Dzieciątka Narodzin
W miłości Twojej, ogrzać swe życie zmęczone
W ciemności, zapalić płomyk swojej duszy
Byś mogła ją, Święta Matko, ozdobić swoją nadzieją.
Piękno obrazu
Szczęście, rozpacz, miłość, nadzieja
Kolory mają, z palety życia wzięte
Są tęczą barw, pędzel artysty nimi maluje
Piękne są, gdy tajemnicę ludzkiej tęsknoty
Na płótnie uwieczniają, dla wielu pokoleń
Czasem lata mijają, niespokojne twórczo
A na płótnie … tylko ciemne smugi
Miesza artysta farby, zapatrzony w swój talent
A na obrazach farby nijakie
Postacie martwe, jak ptaki, niechętne do lotu
Sztalugi zasłania płótnem białym
Niepokój wkrada się w serce malarza
Gdzie jesteś, pyta, tajemnicza tęsknoto?
Gdzie źródło barw najszlachetniejszych?
Czasem Ten, który w ręku trzyma, pakiet barw pięknych
Głosem anioła, z obrazu mistrzów dawnych
Prowadzi artystę do miejsc świętych
Może tam, pozna tajemnicę swej tęsknoty?
We łzach rozpuści chłód serca i pychę talentu
Artystą życia się stanie, nie tylko malarstwa
Gdy na obrazach swych, odnalezioną tęsknotę umieści
I mistrzem się stanie, pięknem żyjących obrazów.
Płomień modlitwy
Są dni, gdy modlitwa
Umyka słowom
Staje się niemym obrazem w sercu
I dziwisz się
Czemu najpierw serce płonie
Gdy słów modlitwy nie ma w tobie
Próbujesz ten płomień
Ubrać w piękne słowa
Lecz serce zagłusza każde słowo
Tak mocno bije, uczuciem do Boga
Iż niemową się stajesz
Jak Zachariasz wątpiący
Oczekujący na zgodę słów, od Boga
I tylko słuchasz swego serca
Gdy ono się modli płomieniem gorącym
To dusza, znak ci daje o Miłości Boga
Bez słów zbędnych, prosto strzałą w serce
Chwila ta może być tylko krótkim błyskiem
Zachwytem i zadziwieniem
I tylko łzy, które po twarzy spływają
Świadectwem są, daru modlitwy serca.
Święta noc
Przed żłóbkiem Twoim klęczę, Jezu
Kolorowy jest, czysty
Jak święta moich czasów
Święta bombek, świateł, prezentów
I tylko msza święta, słowa Ewangelii
Prawdę o Twoich narodzinach przekazują
Klęczę przed Tobą, Dziecino
I powoli odzieram z błyskotek te święta
Gaszę sztuczne światełka, ożywiam gipsowe figurki
By w moc Twoich, zagłębić się Narodzin
Noc świętą, ubogą, zadumaną
Noc Maryi, Józefa, Aniołów i Pasterzy
Widzę zimną, brudną stajenkę
Jak serce człowieka grzesznego
Zapach czuję, tak bardzo ziemi bliski
Śpiew słyszę aniołów, rozrywający ciszę
Przenikający święte milczenie, łączące ziemię z niebem
Światłem nieskażonej niewinności
Zbawienie przyszło na świat …
Zbawienie nie lękające się bólu krzyża
Rozkwitające w Dzieciątku, miłością i nadzieją
Jakiej świat nie zna, a jaką na świat przyniosło
Bóg rozpostarł ramiona nad ludźmi
Byśmy w tę cichą, świętą noc odnaleźli w sercu
Dar niezwykły, dar Jego Miłości.