04.01.2015. Pewnego dnia podczas adoracji do serca mojego zaczęły przychodzić myśli o życiu Matki Teresy z Kalkuty. I choć od wielu miesięcy o niej nie myślam, myśli układały się w zdania, była mi tak bliska w tej chwili adoracji. Miałam wrażenie, że Jezus przemawia do niej, nie do mnie. Ona umarła już, Jezu, powiedziałam cicho. Nie umarła, usłyszałam, tylko prosi o „nowe” Matki Teresy dla biednych tego świata, prosi o święte, które gotowe są żyć jak Ona. Chcę, usłyszałam w sercu, byś zrozumiała istotę jej trudnego powołania. Istotę jej cennego krzyża. Krzyża, którym podzieliłem się z nią. Niosła go z bólem … do świętości.
Matko Tereso z Kalkuty
Pragnęłaś oczami swymi
Ujrzeć Jezusa
W Jego wtulić się ramiona
Ale w ciemnej trwałaś nocy
Pełnej cierpienia i bólu
Bez pocieszenia …
I choć wiedziałaś, że Pan przemawia do Ciebie
Oczami umierających i dzieci porzuconych
Po ludzku, trudne było Twoje powołanie
Pustki doświadczałaś Jego Miłości
Ale On – Miłość, Tobie zaufał …
Szedł przed Tobą kilka kroków
Z krzyżem wszystkich pokrzywdzonych
Modlitwę niósł na skrzydłach Twój anioł
Szybszy od Twych kroków
Zabieganych wokoło ludzkiego nieszczęścia
Służenicą Pana byłaś
Jego rękami obmywającymi rany
Jego uśmiechem pocieszenia
Co chciałeś powiedzieć, Jezu
Przez życie tej pięknej świętej?
Chciałeś powiedzieć, że czekasz na świętość człowieka
Na jego wolę wypełnienia Twej Męki
Na miłość czynu, podobną do Twojej Miłości
Miłość wzgardzoną przez tylu ludzi
Miłość bez pocieszenia …
Ale Miłość piękną, bo wieczną i zbawiającą.
Ojcze nasz
Chciałam miłość do Ciebie, Boże
Wyrazić pięknymi słowami
Ale milczenie zaległo we mnie
Jakby cisza ta, była zwiastunem tajemnego narodzenia
Byłam pustą jaskinią, czekającą na echo
Słów, a może tylko bicia serca?
Jakiś maleńki ptak za oknem
Wyśpiewywał trele o poranku
Maleńki, a tyle siły w jego pieśni … bez słów
O swojej miłości do Ciebie, chciałam Ci powiedzieć, Boże
A potykałam się o myśli zwyczajne
O troskach, radościach przeszłych i nadziei
Byłam jak ten mały ptak
Tylko śpiew mego serca był taki ubogi
Ale stało się coś pięknego w tej ciszy
Ciszy – zwiastunie tajemnego narodzenia
Modlitwa zabrzmiała we mnie nieoczekiwanie
Modlitwa od lat wypowiadana …
Ojcze nasz, który jesteś w niebie …
Zabrzmiała z mocą, jakiej dotąd nie zaznałam
Zabiła mocno, biciem serca, serca zakochanego
Słowa jej odbiły się echem w mojej jaskini
Święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje …
Były jak rozlewająca się, gwałtowna miłość
Jak piękny hymn dziecka do Ojca
Pragnęłam Ci powiedzieć, Boże, o miłości do Ciebie
A to Ty, Panie, obdarowałeś mnie mocą swojej Miłości.
Jaka jesteś, modlitwo?
Czasem brzmisz chórem głosów unoszona
Głośna, podniosła, uroczysta
Czasem cichutka, zaledwie słyszalna
Jak wietrzyk łagodny, kojący
Czasem jesteś modlitwo, pięknym śpiewem głosów
Podobna wzniosłości katedr gotyckich
A czasem śpiewem, choć szczerym, lecz nieudolnym
Jesteś modlitwo w kościele, domu, na ulicy
Szeptana w codziennym trudzie
Na ustach ludzi, o poranku się budzisz
Zasypiasz razem z wiernymi
Są dni, gdy budzisz śpiącego snem mocnym
By choćby „Pod Twoją Obronę” odmówił
Za nieznanych ci ludzi, którym grzech zagraża
Jesteś modlitwo samotnym głosem, gdzieś na górze
Jak nocny dialog Jezusa z Ojcem
Cierpieniem jesteś na Oliwnej Górze
Gdy Syn Boga, kielich goryczy wypija
Bolesna jesteś na Jezusa krzyżowej drodze
Radosna, w dzień Jego Zmartwychwstania
I nawet ci, którzy tobą kiedyś gardzili
Gdy ból ich dotknie, zawiedzie życie
Jak nadziei ostatniej, chwytają się ciebie
Szepcząc „Zdrowaś Maryjo”
Poginęły w pamięci wieków piękne słowa
A ty modlitwo jesteś ciągle żywa
Do Boga się wznosisz jasnym płomieniem
Nadzieją jesteś wpisaną w serce człowieka
Nadzieją, na ludzkiej drodze, spotkania z Bogiem.
Święci
Gdy nam grzechy własne, bolesną sprawią ranę
Po wsparcie do świętych, dążymy
By mocą ich wiary się karmić
Poznać próbujemy tajemnicę ich życia i wiary
Tajemnicę, dla której, nawet życie tracili
I widzę ich wspinających się ku światłu nieba
Po schodach świata, kolcami pokus, najeżonych
Często po śliskich skałach zwątpienia i choroby
Jakby Bóg krzyżując ich wolę i ciało
Dusze ich, do Syna Swego, chciał upodobnić
Lecz wśród tych trudów i walk duchowych
Uśmiech dla ludzi nie znikał z ich twarzy
Łzy kryli pośród smutnych, ciemnych nocy
W słowa modlitwy błagalnej przemieniali
Gdzieś, w jakimś czasie swego życia
Jezusa ujrzeli na krzyżowej drodze
Oczy miał biednych, głodnych, spragnionych miłości
W Jego milczeniu, rozpoznali dla siebie, wolę Boga
I walkę podjęli z własną słabością
Za tych, którzy jeszcze miłości Pana, nie poznali
I choćbyśmy chcieli ich świętość rozumem pojąć
Studiując wiele ksiąg mądrych
Gdy serce nasze dla bliźniego zamknięte
Nie pojmie tajemnicy świętości
Nie pojmie daru rąk i serca złożonych w ofierze
Dla zbawienia dusz ludzi, tak cennych dla Boga
Nie pojmie bólu świętych, ich cierpienia
Krzyżowania ciała i woli i ufności wiernej
Bo dla nich, jak mówi Matka Teresa z Kalkuty
Cierpienie, to znak, że jesteś blisko Jezusa na krzyżu
Tak blisko, że może cię ucałować.
Podróż zieloną doliną
Wiara jest podróżą
Przez soczystą, zieloną dolinę
Unoszą się nad nią święte słowa Boga
Które aniołowie, niebieskie ptaki wieczności
Ofiarowują sercom pielgrzymujących
Przewodniczy tej procesji Święta Eucharystia
Z przewodnikiem, kapłanem
On karmi nią słabnących w drodze
Podaje krzyż, by się o niego wsparli
A ręce towarzyszy podtrzymują upadających
Wiara jest podróżą przez zieloną dolinę
Za światłem, które nawet w mroku świeci
Podróżą, bez bagaży świata, ciążących na plecach
Podróżą ufności, że nie upadniemy z głodu
Bo spichlerz darów Boga jest niewyczerpany
Na podróżujących zieloną doliną
Czekają na wzniesieniach głosy świata
Głosy wątpliwości, ośmieszające i raniące
Spadają na nich jak kamienie ostre
Próbują zakłócić, podróż zieloną doliną
Głosy cytują mądre księgi, logiczne wywody
O bezsensie wiary, o nie istnieniu zielonej doliny
Wyciągają się ręce, pełne kuszących darów świata
Pielgrzymi zielonej doliny idą dalej, ku światłu
A głosy i ręce kuszących, mrok ciemności ogarnia
Tylko modlitwę za nich, nocny wiatr
Zostawia na wzniesieniach.
Dar królewskiego Edenu
Nie mogą Cię dojrzeć oczy moje, Boże
Ani słuch nie przeniknie niebieskiego sklepienia
Ale, nawet ziemski ślepiec
Ciepło czuje na twarzy
I do niego zwraca swe oblicze
Zachwycony, iż może biec ku niemu
A ten, który nie słyszy, chwalić Cię może oczami
I choć zmysły nasze nie sięgają nieba
Ty Boże, Miłosierdziem Swoim
Niebo otworzyłeś, krzyżem Swego Syna, Jego Zmartwychwstaniem
By ubodzy wzrokiem i słuchem
Poznać Cię mogli sercem i duszą zbawioną
Darami cenniejszymi niż zmysły
Do duszy swej śpiewam cierpliwie
Unieś mnie, tam gdzie Eden króluje
Gdzie miłość sadzi drzewa i kwiaty
Ogrodnikami są, uśmiechnięci święci
Gdzie nie ma nocy ciemnych, tylko światło miłości
Są takie dni, jakby olśnienie senne
Gdy ręce wyciągam do tego Edenu
Ze skargą, na swą ślepotę i głuchotę
A ktoś zza niebieskiej zasłony
Kładzie na mej dłoni kryształ błyszczący
Mieniący się krwią mego Pana
I spływa ten kryształ, dar królewskiego Edenu
W hostię białą przemieniony, która otwiera oczy i uszy
Tym, których zmysły nie sięgają nieba.
Dar bożej łaski
Łaska boża, to nie skarb ukryty
To dar przebaczenia
Łaska boża jest jak okruchy ziarna
Rzucone przed gniazdem ptaka
Zanurzonego we śnie
Jeszcze skrzydeł nie otrząsnął ze snu
Jeszcze nie nastroił się do śpiewu poranka
A pokarm czeka już na niego
Dar miłosiernego Boga dla słabych …
Łaska boża to Jezus idący obok nas
Z koszem chleba, czekający na głodnych
Pan z serdecznym uśmiechem
Dla tych, którzy ręce po Jego chleb wyciągają
Pan zasmucony, na widok przechodzących obojętnie
Ich oczy ku darom świata zwrócone
Pan cierpiący Mękę Krzyża, z miłości do ludzi
Pan – Niewolnik Miłości, ukryty w tabernakulum
Jezus – Łaska dla świata grzesznego
Daj mi Boże, proszę, ufność owego ptaka
Który wie, że pokarm czeka na niego
Z Twojej Boże, łaski, miłości bezinteresownej
Abym umysłem i oczami darów szukając
I rozważając ich wartość i smak w świecie
Nie minęła się z Twymi łaskami, Boże
Ofiarowanymi na gałęzi mego życia
Daj mi Boże, wdzięczność owego małego ptaka
Daj ufną pieśń jego, o Twojej Miłości.
Droga powrotna
Z ramion swoich, wypuściłeś mnie, Boże
Abym drogi powrotnej, do Ciebie szukała
Dom mi na ziemi dałeś bezpieczny
Krzyżem chroniony, obrazami Matki Świętej
Dzieciństwo słoneczne, wiankami stokrotek zdobione
Wiarą, że tu na ziemi, wszędzie świeci słońce
Ludzkie życie obserwowałam przez lata
Drogi moje, z innymi się krzyżowały
Pielgrzymów ziemi widziałam, dróg szukających szerokich
Krzyże trudów omijali, jak zawalidrogi
Radości jedynie szukali w pielgrzymowaniu
Aż w końcu zawiedzeni, upadali …
Patrzyłam na pielgrzymów, szlaków trudnych
Jak na grzbiety gór-cnót się wspinali
Burze i wichry życia ich nie zatrzymywały
W grotach się kryli, świątyniach modlitwy
Cud widziałam w ich świętych pragnieniach
By do krzyża dotrzeć, na wzgórze Golgoty
Jak bardzo, Boże, nasze życie maleńkie
Kroplą jest, wtopioną w żywioły świata
W wichry duchowych załamań i noce zbyt długie
W lęk przed burzliwym oceanem, by wiarę ochronić
W upał pustyni, piaskiem wiejącym w oczy
Samotność, której nie da się porzucić
Jak bardzo, Boże, nasze życie maleńkie
Łaską Twoją obdarowane, wolnej woli
Wyborów musi dokonywać, pośród żywiołów duchowych
By drogę do Ciebie, odnaleźć słoneczną
By na górę dotrzeć, Twojej Miłości
Dawidem być, pokonującym kamieniem wiary i ufności
Wielkiego Goliata świata.
Tam, gdzie jest miłość
Na pustynnej górze kuszenia, modliłeś się, Jezu
Gdzie kwiaty pocieszenia nie kwitną
Zimny wiatr w nocy
Rozwiać chciał słowa Twej modlitwy
W dzień, upał pustyni, odbierał Ci siły
A szatan, głód Twój, chlebem z kamienia, kusił
Królestwo chciał Ci ofiarować …
Na pustyni się skryłeś, Panie
Jak w sercach, które Tobą gardzą
Sercach chłodnych, podobnych zimnym wiatrom pustyni
Płonących grzechem pustynnego upału
A Ty, Bóg-Człowiek, Miłość przywoływałeś
By tarczą była dla serc zimnych
Chlebem zbawienia dla ludzkości
Moc chciałeś ukazać, cierpienia Miłości
Której szatańskie kuszenie, zmóc nie może
Bo tylko tam, gdzie pycha z egoizmem rządzi
Gdzie się miłością pogardza
Zło rodzi się jak chwast na bezpłodnym polu
I zabija wojnami ludzkie życie
Zło wolne jest, gdy nie ma tarczy miłości
Chciałeś nam ludziom, miłosierny Panie
Ukazać wartość miłości na świecie
Miłości, dla której warto oddać życie
Bo jest jedyna, która daje życie …
I jeśli człowiek, nawet w swej naturze, słaby
Na miłości się oprze, na Twym krzyżu świętym
Razem z Tobą, zwycięży, kuszenie zła, na własnej pustyni.
20.04.15. Tydzień przed Świętem Miłosierdzia spędziłam w Ziemi Świętej. Miałam w pamięci moje poprzednie pielgrzymki do Izraela, pełne duchowych przeżyć, przedziwnej energii czerpanej z tego miejsca. Ta pielgrzymka (opisana w wierszu) stała się dla mnie bolesną kontemplacją, jakby Jezus chciał mi ukazać „znaki”, których dawniej nie widziałam, zatopiona w radosnym pielgrzymowaniu. Próbowałam odczytać te znaki … choćby tylko dla swego serca, dla pogłębienia tajemnicy Drogi Krzyżowej Jezusa, która … ciągle trwa. Trwa, bo ludzie bardziej skłaniają się ku znakom materialnym niż ku przemianie serc.
Bolesna pielgrzymka
Darem jest, Jezu, napełnić serce, Ziemią Świętą
Dać się przeniknąć słońcem Izraela
Dotknąć rękami tajemnicy tej ziemi
Miejsc, które przemierzały Twoje stopy
Oddychać powietrzem, które unosi jeszcze Twoje słowa
Poczuć się jak dziecko obdarowane …
Doznałam tych uczuć w poprzednich pielgrzymkach
Byłam radosna, radością Apostołów z Góry Tabor
W kolejnej pielgrzymce, zatrzymałeś mnie, Panie
Na jerozolimskiej Drodze Krzyżowej
Jakbyś chciał bym dzieliła z Tobą, bardziej ból, niż radość
Bez słońca, w porywistym wietrze, dotknięta chorobą
Niosłam w sobie dziwny smutek, skargę duszy
Modlitwa rwała się w moich ustach
Jakby chciała wyprowadzić mnie na pustynię
Z dala od hałaśliwych głosów pielgrzymów
Popychana, przez niespokojny tłum w Bazylice Grobu i Narodzenia
Pośród obcych twarzy i języków, docierałam zmęczona
Do miejsc świętych, skały Golgoty, groty Grobu i Narodzenia
Czułam się zagubionym pielgrzymem, poszukującym Przewodnika
Przewodnika, który wskaże mi źródło, istotę mojego pielgrzymowania
Szukałam Ciebie, Jezu, Twojej obecności …
Podczas mszy świętej, gdy wiatr zrywał obrus na ołtarzu
Gdy zimny wiatr na jeziorze Galilejskim przenikał me ciało
Obciążona własną niemocą
Szukałam odpowiedzi u Ciebie, Panie
Na jerozolimskiej ulicy, zobaczyłam obraz Jezusa Miłosiernego
Bez podpisu, Jezu, ufam Tobie
Przedziwny ból przeniknął moje serce
Jakby diament Twego Miłosierdzia rozprysł się na kawałki
A stopy pielgrzymów biegły dalej, zasypując go kurzem
Biegły ku śladom, zamkniętych w kamieniach, nie w sercu
Przeznaczyłeś dla mnie, Panie, bolesną pielgrzymkę
Nauczyłeś mnie pokory i cierpliwego miłosierdzia
Kontemplacji podziałów religijnych, podziału serc
A kiedy w Bazylice Narodzin, prawosławny duchowny
Poprosił mnie, bym przeszła … na stronę katolików
Ujrzałam Ciebie, Jezu, upadającego pod krzyżem
Krzyżem, niepodzielnym, jedynym krzyżem Miłości
Ile jeszcze wieków trzeba pielgrzymować do Ziemi Świętej
By Twój krzyż połączył ludzi?
Ostatnia kromka chleba
Jak zwój Tory, otwiera się nowe życie
Ręką Boga powoli rozwijany
W każdym zwoju tajemnica
Jeszcze nie rozpoznana, w słowach – znakach
Tajemnica ludzkiego losu …
Boży dar życia, u stóp ziemskiego czasu się kładzie
A czas, czasem płynie rwącym potokiem
Przyspiesza dramatyzm życia, uczy
A czasem płynie leniwie
Jakby czekał, aż życie nauczy się bożych znaków
Miłosierny Bóg i Jego czas …
Jakże litościwy jest dla analfabetów życia
Czy odczytają piękno pisma praw Boga?
Czy oślepieni wolną wolą
Wybiorą ziemskie, ludzkie kodeksy praw?
A zwój życia nieubłaganie się rozwija
Nieprzeczytane znaki, ostrzeżenia
Miłosną ręką wypisane, choć nie znikają
Stają się wyblakłe w sercach wielu ludzi
Śpiew bożych słów cichnie …
A kiedy zwój się powoli zamyka
Łącząc czas narodzin i czas śmierci
Ci, co radość czerpali z samowoli, wolnej woli
Z goryczą patrzą, na swe ciemne karty
Nie ma na nich miłości znaków
A wówczas jakby w ostatnim olśnieniu
Bożego Miłosierdzia i Jego Czasu
Zwój zamykający się, chwytają starymi rękami
Resztki słów czytają, choćby znikające sylaby
Miłości Boga szukają jak ostatniej kromki chleba.
Miałam sen
Jeszcze sen nie uleciał
Jeszcze modlitwa czekała na spełnienie
Gdy w przedziwnym zatopiłam się świecie
Ulice podobne do moich
Ludzie wtopieni w ich hałaśliwy rytm
Twarze nieznane, młode i dojrzałe
Idę w tym śnie z moimi pragnieniami
Uśmiechu, przyjaźni …
Rękę wyciągam do kolejnych przechodniów
„Nie znam cię, człowieku” – mówią
Jakby innych słów nie znali
Anioł mój przerywa tę smutną wędrówkę
Szepcząc: w czyściec wstąpiłaś w tym śnie swoim
Drogi szukaj wyjścia
Gdzieś w dali, skrzyżowanie widzę dziwne
Jakby wielki krzyż rozłożony na asfalcie
Jego szerokie ramiona puste są
Wolne od ludzkich stóp
Samotne skrzyżowanie ulic, samotny krzyż
Czekający na przechodniów z mojego snu
Czekający, aż czyściec go odkryje
Aż zamilkną słowa: nie znam cię, człowieku
Staję w samym jego środku
Samotna, choć obok kłębi się tłum
Ciśnie się na wąskich uliczkach
Przedziwny świat obojętnych ludzi
Nie bój się – słyszę głos swego anioła
Wołaj do tych, którzy się błąkają
Módl się, w swej bolesnej samotności
Ty jeszcze możesz dotknąć krzyża
Czyściec czeka na twe wołania i modlitwy
Czeka … na tych, którzy powiedzą:
Znam … i kocham cię, człowieku.
Był taki poranek
Aby ciszę serca, po mszy świętej, ratować
Od zgiełku i dysharmonii dźwięków ulicy
Otulam się suknią modlitwy
Wizerunek Jezusa, z Drogi Krzyżowej, przywołuję
Myśli przenoszę na jerozolimskie ścieżki …
W jednym momencie jakby w chwili olśnienia
Świat mój, klaksonów i wycia karetek, zanika
W upalnym słońcu staję
Obcy język wokół słyszę
Ludzi widzę, w powłóczystych szatach
I nagle …
Jęk bólu, człowieka ranionego
Przeszywa dogłębnie moje serce
Jezusa widzę, w koronie cierniowej
Człowiek przyciska ją mocno do Jego skroni
I nie jest to tylko jęk bólu, fizyczny
Choć krew kapie na twarz Jego
Ten jęk dobywa się z bólu świata
Jest wszechogarniający moją i jerozolimską ulicę
Nie oskarża, cierpi …
Nie przeszywa jak miecz raniący ciało
Rozlewa się kaskadą bolesnego uczucia
Gra jak genialna orkiestra hymn o wielkim cierpieniu
Syna Bożego i ludzkości
Był taki poranek, gdy zbliżyłam się do bólu Jezusa
Zło grzechu odczułam, w jęku Jego cierpienia.
Dni weselne
Są dni weselne jak dotyk łagodnego wiatru
Gdy dusza radości doznaje
Wypełniona obecnością Oblubieńca, Jezusa
Tak nagle, aż serce bić przestaje
Zaskoczone darem, łaski wlanej
I nie ma słów, tylko westchnienie wdzięczności
Dla piękna tych chwil weselnych
Są dni smutku nieoczekiwanego
Ogarniającego serce przedziwnym lękiem straty
Jakbyśmy łyk wody wypili z zatrutego źródła świata
I im więcej modlitw z ust wypływa
Tym ból staje się dotkliwszy, raniący
Oblubieńca, Jezusa, szukamy z Kany Galilejskej
A On, przed Piłatem staje
Dlaczego Jezu, dni weselne nie trwają dłużej?
Dlaczego radość ze smutkiem, w wierze naszej
Jak nić jasna i ciemna, tkaninę tka życia?
Odpowiedź słyszę: Ja, Oblubieniec, zawsze przy was stoję
To wy, w swym zapomnieniu o Mnie
Dom zamykacie Weselny, kluczem złudnych uczuć świata
Ja, Oblubieniec, daję tylko dni weselne życia …
W zamian, wiary pragnę, miłości, a nie smutku człowieka.
Uzdrowienie
Kropla krwi Twojej, Jezu
Spływająca do kielicha, na Mszy Świętej
Zdolna jest rozbić bryłę lodu serca
Korytarz w nim rzeźbiąc
Znakiem Świętego Krzyża
Aż do dna serca przenika
Ogniem Miłości, nieznanym w świecie
I jeśli pragniesz uzdrowienia
Człowieka, którego serce, bryła lodu rani
Błagalną go otocz modlitwą
Przed ołtarz zaprowadź, na Mszę Świętą
I w jego intencji, poświęć własną hostię białą
By cenne krople krwi Pana
Spłynęły także na niego …
I choć cudu nie ujrzysz, gwałtownej przemiany
Tego dnia, a może przez lat wiele
Oczy Pana, twarz twoją i jego, zapamiętały
Czas uzdrowienia, niebieski wyznaczy zegar
I przyjdzie taka chwila
Gdy Miłość, z ofiary krwi Pana
Gejzerem wybuchnie, w sercu lodem skutym
A człowiek zraniony niewiarą
Sam przed ołtarzem, klęknie
I błagać będzie Pana:
Wlej we mnie, Boże, krople swej krwi świętej.
Ogień miłości
Tęsknię za ogniem Twego Ducha, Jezu
Kiedy na ołtarz patrzę, podczas Przeistoczenia
Chciałabym, by jak silny powiew wichru
Spalił we mnie słabość
I przed grzechem chronił
Tęsknotę tę zanoszę przed ołtarz Twój, Panie
Małą świeczkę niosąc, własnego ducha
Masz, słyszę, płomyk na chrzcie, ręką Mą zapalony
Niech dar ten, w ognisko go rozdmucha
Nic, dziecko Moje, bez twojej nie dzieje się woli
Ona zdolna jest rozpalić miłość twoją do Mnie
Niech nie będzie tylko naczyniem pustym
Jak modlitwa szeptana przy sercu uśpionym
Lecz orężem walki, przeciw złu, co czyha
By zagasić zbyt mały płomień wiary
Daj duszy swojej poznać Miłość Moją
Ona wierniejsza jest niż serce kapryśne
Kiedy duszę swą otworzysz, na ogień Mego Ducha
Zapłonie, jak wieczna na ołtarzu lampka
I żaden powiew zła, miłości twej do Mnie
Nie zgasi …
Skrucha
To nie hymn żałobny
Wyśpiewany nad grzechem
Hymn, który grzech zawija w całun
I grzebie w niepamięci …
Skrucha, to łaska dana sercu, z nieba
Poznania istoty grzechu, zabójcy duszy
Łaska skruchy, pozwala rozbić skałę grzechu
Na drobne kawałki, ale one też ranią …
Skrucha drzemie w człowieku, w kołysce pamięci
Nawet po świętej spowiedzi, łzami przypomina
Jak raniący duszę i Boga, jest grzech
Skrucha boli, każe myśleć, modlić się …
Gdy brzegiem rzeki życia idziemy, w pokoju serca
Skrucha odpoczywa, radością serca czystego
Budzi się jak rana, z której zdarto opatrunek
Gdy grzech napiera …
Człowiek obdarowany łaską szczerej skruchy
Ran Jezusa nie pragnie rozdrapywać, swymi grzechami
A jeśli własny grzech dostrzeże
Skrucha, da mu łzy pokuty i nawrócenia
Bogactwem skruchy jest ból i radość
Rozpacz i nadzieja, walka i pragnienie zwycięstwa
Skrucha nigdy nie opuszcza wzroku ku mętnym wodom
Oczy jej, ku Bogu zawsze zwrócone, ku swemu darczyńcy.
Śląskie Sanktuaria
Gdy serce nagle zakłada szaty pielgrzyma
I staje, gotowe do drogi
Czujesz, iż czas wyruszyć w duchową przygodę
Dać oczom poznać piękno, którym człowiek wielbi Boga
W gotyckich kościołach, barokowych wnętrzach
Sanktuariach Dolnego Śląska, Pragi Czeskiej, Wrocławia
W Kłodzku, Wambierzycach, Brdo, Czermnej
Duch dawnych twórców ciągle żyje, bo długowieczne jest piękno
I na nic rzeźb i obrazów piękno
Gdyby ich artysta, miłością nie wypełnił, do Boga
Na kolanach modląc się, do Ducha Bożego
By choć na moment, rąbek uchylono nieba, natchnieniem obdarzając, piękna
W Czermnej, obok kościoła Matki Dobrej Rady
Jest kaplica pełna ludzkich czaszek, kości
Jedna obok drugiej, bez twarzy, historii, podobne do siebie
Nie wiadomo kto wróg, a kto przyjaciel
Lękiem napawa to sanktuarium śmierci
Wiele myśli napływa do głowy … tego kto jeszcze żyje
Jak anonimowi i fizycznie równi jesteśmy wobec śmierci
Wiarę mam jednak, iż Bóg zna nasze twarze, imiona …
Jest duch tajemniczy w starych sanktuariach
Jakby rzeźby, obrazy, ołtarze miały oczy, żyły …
Kilkusetletni krzyż z Jezusem, drewniane figurki Maryi
Czuwają jak żołnierze wiary, jak wojsko nieśmiertelne
Może to siła modlitwy wiernych, milionów pielgrzymów
Których ślad odbił się na murach zabytków
Na pewno, to moc mszy świętych, Ewangelii, Liturgii
Wypełniających wnętrze, żywą obecnością Jezusa
Można oczami chłonąć piękno sanktuariów
I tak pozostawać w natchnionym zachwycie
Można też dać się objąć ich tajemniczą siłą
Doświadczyć osobiście, przedziwnego, miłosnego dotyku
I poczuć jakby się było w skarbcu pełnym klejnotów
Klejnotów od pokoleń składanych na ołtarzu
Klejnotów, z serc wyrzeźbionych, miłości, nadziei i wiary
Niewidzialnych okiem, hojnie rozrzuconych przy bocznych kapliczkach
Żegnam was sanktuaria z mojej pielgrzymki
Dałyście mi ciekawy dar – dar dziecięcej radości
Zanurzyłam się w wasze wnętrze duchowe jak w ożywczy ocean
Sanatorium byłyście dla mnie, duchowej odnowy.
Poranek, południe i wieczór
Miliardami jesteśmy rozrzuconych świateł
Po ziemi wędrujemy, zapalając się i gasnąc
W czasie nam nie znanym
Jeden nam dano młodości poranek, południe i mrok wieczoru
Jak wschód słońca, świt budzi nas do życia
Światłem z ręki Stwórcy, darem „modlitwy-błogosławieństwa”
Modlitwy cennej, bo tylko dla nas pisanej …
A gdy poranek dziecięctwa, w dojrzałość południa przechodzi
Mocnymi się czujemy, w rozkwicie sił i urody
Doczesnych, często tymczasowych, szukamy radości
I toczy się południe życia, albo z modlitwą Stwórcy w ręku
Jak lampą-łaską chroniącą w ciemności
Bądź wokół nas zapalamy zwykłe świeczki
Tak szybko, gasną …
Ma iskra życia, też swój półmrok wieczorny
Gdy zapalona, przygasa w chłodzie wieczoru
I czas ma na myśli, o świcie swym, który już minął
Schowaną w sercu, modlitwę Stwórcy, dokładniej czyta
Już wie, że błysku jej iskry życia, czas nie rozdmucha
I dziwi się, ile piękna, ma ta modlitwa, ile w niej miłości
Jak wyraźniej w niej słychać słowa Boga, niż gwar ludzkich głosów
I chce życie krzyczeć, do tych, którzy w „południu życia” trwają
By nie gubili modlitwy, dla nich napisanej
O powołanie, które przyjęte, weselnym stać się może świętem
O złu, które czarnym straszy cieniem, lecz światła się lęka
O iskrze życia, tak cennej, lecz szybko gasnącej na ziemi
O człowieku, który z wielką pasją czyni dobro, wokół siebie
Modlitwę czyniąc z życia swego …
Ile?
Ile przyjemności dać życiu
By nie przemieniło się w nudę, a nie w twórczą radość?
A człowiek nie stał się motylem
Który jak Ikar zachłanny słońca, spala się …
Ile zranień i cierpień trzeba doświadczyć
By się nie udusić od łez?
Przetrwać huragan smutków
I szukać dzielnie, zielonej granicy nadziei
Ile miłości trzeba przytulić, a ile stracić
By rozpoznać tę, która ożywia, hojna jest, bezinteresowna?
Jak piekarz ofiarujący głodnym
Ciepły, świeży chleb
Ile mieczy trzeba wystrugać z drzewa męstwa
By starczyły, na zabicie w sobie, cierni nienawiści?
Wyrastających na widok krzywd, nieszczęść
Egoizmu, wojen, zła
Jakie poznać słowa, ilu nauczyć się języków
By umieć serdecznie rozmawiać z ludźmi?
A nie rozkazami, rzucanymi wrogo
Budzić złość lub groźne milczenie
Z jakiego skarbca wybierać kryształki mądrości
Ze skarbca serca, rozmnażając je jak owoce na drzewie?
Czy szukać skarbca mądrości i wiedzy?
W nim często mądrość w pieniądz się zamienia
Gdzie szukać czystego źródła wody
W którego falach znajdę odpowiedź dla serca?
A może stanąć nad wielkim oceanem wiedzy?
W jego głębinach, pokolenia utopiły pytania o istotę życia
Staję przy źródle, czystym źródle Eucharystii
Rozpoznaję delikatny powiew Ducha Świętego
Jego cichy głos dotyka przedziwną mocą:
Jeśli umiesz kochać, jeśli ciebie kochają …
Znasz odpowiedź.
Gdy miłość dojrzewa
Człowiecza miłość do Ciebie, Jezu
Dojrzała pragnie być, piękna
A jest …
Często jak ptak niezdarny
Który wypadł z gniazda, na wysokim drzewie
Jego skrzydła słabe, nie uniosą wysoko
Ponad przyziemne smaki, zapachy, uczucia
Ponad zeschłe liście …
Obok niezdarnego ptaka
Idzie życie, niesie miłość, obojętność, nienawiść
Ktoś podniesie małą niezdarę
Potrzyma w dłoni, współczuje … ale spieszy się
Nie poczeka na samodzielny lot ptaka …
Ktoś spojrzy z nienawiścią
I ledwie rodzące się życie, próbuje zabić
Złym słowem, gestem
A słaba, niezdarna miłość
Czeka na Samarytanina, o dobrych dłoniach i oczach
Czeka na człowieka z krzyżem
Na Ciebie, Jezu
Abyś podniósł słabą, niezdarną miłość
I poczekał …
Poczekał, aż nabierze sił w skrzydła
Aby ulecieć, piękna i dojrzała
Szybując wysoko, ku niebu
Do rodzinnego gniazda
Na wysokim drzewie, bożej Miłości.
Powrót do mojego Anioła
Sen dał mi, dar obrazu
Widziałam dziecko, idące po zielonej trawie
Trawa, zadziwiała soczystością
Wypełniona była zieloną, płynną rosą
Dziecko szło same, ale nie samotne …
Podążała za nim postać anioła
Rozmawiali, zespoleni bliźniaczym węzłem
Sięgnęłam głęboko w pamięć, przerzucając kartki lat
Odgarnęłam kamyki raniących wspomnień
Zeschłe liście zmartwień
Ciągle tlące się iskierki nadziei i radości
Szukałam … wspomnienia serca
Wspomnienia o dzieciństwie z aniołem …
Miał skrzydła jak ramiona łabędzia z białego puchu
Słyszałam jego ostrzeżenia, pocieszenia …
Był realny jak człowiek, tylko piękniej ubrany
Myślałam, że mogę go zostawić, opuścić
Pójść przed siebie, a on będzie czekał …
I poszłam, przez drzwi dzieciństwa … w dorosłość
Dorosłość, najgrubsza struna instrumentu życia
Napięta, oporna na delikatność
Wymagająca siły, odporności
Zasłuchana w jej dźwięki
Nie słyszałam głosu „bliźniaka” z dzieciństwa
Ale on, mnie widział, słyszał
Obejmował swymi ramionami z łabędziego puchu
Trwał, w miejscu gdzie go porzuciłam
W sercu …
I czekał cierpliwie, aż do niego wrócę
Aż przypomnę sobie o jego miłości.
Gdy małe staje się wielkie
Jak owoc dojrzały, sokami wypełniony
Gotowy, by dopełnić lotu
Z opiekuńczych skrzydeł drzewa
Myśl przyszła do mnie, dojrzałości szukając w sercu
Z pytaniem: jaka jest moja miłość do Boga?
Listkiem jest, w gąszczu ogromnego drzewa
Szeptów wysłuchuje innych liści
Źdźbłem trawy na dywanie kolorowej łąki
Kłaniającym się powiewom wiatru, drżącym przed wichurą
Kropelką, zatopioną w rwącej rzece
Znikającą, jakby muszką była, porwaną falami
Promykiem światła, nieśmiałym pośród cieni
Wyglądającym nadziei pełnego blasku
Kwiatkiem o małych płatkach niezapominajki
Wpatrzonym w piękno dostojne lilii polnych
Taka jest miłość moja do Ciebie, Boże
Mała, człowiecza, bezbronna
Często zagubiona, w wielkich przestrzeniach
Ale to Ty, Boże, jesteś jej Ojcem
Swoją Miłością, czynisz moją miłość wielką, gdy …
Liść zwiędły, jak serce zbolałe człowieka, przytulasz
Źdźbło usychające z tęsknoty, ratujesz
Kroplę, z rzeki wyławiasz, w perłę ją zamieniasz
Skromnym kwiatkiem suknie Maryi ozdabiasz
Promyk, zaledwie świecący, rozdmuchujesz, by płonął
A w dłoniach Twoich, Boże, w Twej Miłości skąpany
Liść, staje się drzewem, źdźbło, łąką pachnącą
Kropla, moc ma oceanu, cicha modlitwa hymnem się unosi
Bo Miłość Twoja, Boże, widzi to, co maleńkie
Ból słyszy, nawet w ludzkim milczeniu
A spadająca łza jest dla Boga jak odgłos wulkanu
Choćby tylko cichutko płynęła po twarzy.
04.12.15. Podczas mszy świętej przyszła do mnie myśl o „iskierce” świętości zaszczepionej każdemu człowiekowi na chrzcie świętym. Może się stać płomieniem … lub powoli gasnąć. Iskierka „prosi” o sakramenty, słowa Boga. Gdy ją nimi rozniecamy, otrzymujemy moc Bożego Ducha, siłę, odwagę. Iskierka człowieka obojętnego na Boga, na sakramenty, na Jego słowa, jest iskierką człowieka goniącego za ziemskimi przyjemnościami i ledwo się tli, karmiona nieżyciodajnym duchowo lekiem, często podtruwana złym słowem, obrazem i słabnie, owiana lodowatym chłodem własnego egoizmu.
Spotkanie na ziemi
Był czas, gdy Cię szukałam, Jezu
Wysoko, ponad ziemią moich stóp
Dając oczom moc wyobraźni
Wzrokiem rozsuwałam chmury
Niebo było niebieską zasłoną
Pomalowaną kolorami za dnia, gwiazdami, nocą
Za tą zasłoną, chmurami, szukałam drzwi do nieba
Szukałam Twojej komnaty, Jezu …
Był czas młodości, szukania Boga „w chmurach”
Poza ziemią, gdzie białe z czarnymi zmagają się anioły
Jakbym pragnęła, byś był, Jezu, poza bólem, chroniony rajem
W otoczeniu świętych, zanurzony w istocie piękna
Pewnego dnia, nie uniosłam głowy ku niebu
Może straciłam dziecięcą naiwność?
Może dojrzałość przeżyć przybiła mnie do ziemi
Kazała powalczyć z aniołami ciemności?
Kiedy życie zatrzaskuje bramę złudnej wyobraźni
I zmusza, by dotknąć go, z odwagą i nadzieją
Zginają się pokornie kolana, a przed oczami naszymi
Miłosierne oczy Jezusa, łaska spotkania na ziemi
Jezus obleczony w ziemską szatę ludzkiego bólu, radości, łez
Jezus, o błagających oczach bliźnich …
Szukają Cię, Boże, ludzie, w chmurach, ślepi, poza swym sercem
Czyżby lękiem napawało ich spojrzenie w Twoje oczy, Jezu
Tu, na ziemi?
Diament
Odkryłam w sobie przestrzeń – pustynię
Zrodzoną z dojrzałych owoców lat życia
Pojawiła się we mnie, jak pojawiają się
Dary nieoczekiwane, chwile święte
Dla zrozumienia siebie, zrozumienia Bożej Miłości
Przestrzeń wyłoniła się, gdy „fale morskie”
Fale spraw tego świata – odpłynęły …
Pozostawiając mnie na pustynnej przestrzeni
Przestrzeni myśli, modlitwy, cichej muzyki
Na mapie życia, jeszcze wilgotnej po odpływie fal
Podróż przez tę pustynię, gdzie tylko boży wiatr wieje
Pielgrzymką jest, walką o prawdę, o sumienie
I nie ma ucieczki, w przypływie fal świata
Widziałam góry, których nie chciałam zdobywać
A zdobyć trzeba było, by ujrzeć światło poranka nadziei
Połyskujące w kaplicach za górami
Widziałam krzyże usypane z pustynnego piasku
Na zwykłych, codziennych ścieżkach
Jak znaki zapytania, czekające na odpowiedź
Czy uklęknę przed nimi, czy ominę?
Były na mej pustyni małe groty
Na wypoczynek myśli, na przywołanie tęsknoty
Za miłością absolutną, miłosierną
Pieśni słuchałam, chyba aniołów, grających na harfach
Czasem tylko na kilku strunach smutku
Jak requiem dla sumienia, dotkniętego grzechem
Spieszę się poznawać moją pustynię
Znaki Boga na niej wyrzeźbione i … moje własne
Spieszę się poznawać ją, póki fale tego świata nie zatopią jej
Chowam jej obraz w sercu, jak diament …
Jak skarb darowany, w jednej, świętej chwili.