
06 01 07
Podczas mszy świętej ujrzałam obraz samotnego domku wśród zielonej trawy. Jego okna wychodziły na wschód. Wokół był las. Poprzez okna widziałam światło zachodzącego słońca. Okna" świeciły" jasno-pomarańczowym światłem. Wokół była cudowna cisza. Zbliżałam się do okien, zaciekawiona pięknym obrazem. I tu zdziwienie ogromne. Okno było otwarte, a wewnątrz domu ujrzałam stół przykryty białym obrusem i postać człowieka w białych szatach z długimi do ramion włosami. Tak jak kapłan odprawiał On misterium mszy. Stół jednak był pusty. Obraz ten "pomaga mi" w skupieniu podczas mszy. Kilka dni później zdałam sobie sprawę, że tamto "okno" to monstrancja ze świętą hostią. Adorując Najświętszy Sakrament adorujemy rzeczywiście i realnie Jezusa, który spogląda na nas, na każdego klęczącego przed Nim. Miałam tę wiedzę, ale obraz "domku" pomaga mi mocniej zajrzeć do swojej duszy, skierować ją silniej ku Najświętszemu Sakramentowi. Świadomość, że Jezus patrzy na nas, dodaje głębi adoracji. Przed Najświętszym Sakramentem spotyka się nasza fizyczność, ludzki wymiar i boski. Dwa światy komunikują się poprzez miłość. Mój ludzki wymiar, twarz, oczy, myśli są rozpoznawalne przez oblicze Jezusa ukryte w świętej hostii. Patrzymy na siebie: ja i On. Skierowuję swoją duszę, ale i siebie, fizycznego człowieka, ku konkretnemu Obliczu, Osobie. Mówimy do siebie. Adoracja to nie rytuał, to rzeczywiste... Spotkanie, w którym rozpoznajemy się jak na pięknej uczcie, gdzie jest przyjaźń, miłość. Nagle słyszę w sercu: przychodź do Mnie, tak często jestem samotny. Patrzę na kościelne filary, obrazy. Moje oczy szukają twoich oczu, mów do Mnie, słyszę cię.
Rzeźba
Rzeźbię Ciebie, Jezu, jak posąg żyjący
W szarej glinie życia
Z biblią na kolanach...
Z radosnych dni kształt lepię
Twojego pięknego ciała
Nieudolny rzeźbiarz...
W akcie tworzenia lata mijają
A linie rzeźby wciąż krzywe
Tyle pracy jeszcze...
Smutkiem dni łzy maluję
Żłobią ciepłem szarą glinę
Ślady znaczą...
Zmieniam Twoje Oblicze każdego dnia
Tajemnicę piękna chcę poznać
A dłuto rzeźbiarza marne...
Czasem Oczy Twoje widzę otwarte
W tajemnicy spotkania
Ale dłuto wypada...
Zapominam Twoje spojrzenie z miłością
Uśmiech cierpliwy, gest błogosławiony
I modlę się...
Na krzyżu rozkładam moją rzeźbę
Jak kaci przybijam ręce i nogi
Rany znaczę czerwoną farbą...
Stawiam krzyż z moją rzeźbą i szukam
Twarzy, którą chcę zobaczyć
A usta Twoje mówią:
Rzeźbimy się wzajemnie, w każdej godzinie
Ja, dłutem Miłości
Ty, dłutem w szarej glinie
11 01 07
Podczas mszy pytałam się w sercu (w związku ze śmiercią bliskiej osoby) jak Boże Miłosierdzie "dotyka" człowieka. Ujrzałam obraz wagi. Na jednej szali była złota moneta, na drugiej, w stos ułożone ludzkie grzechy. Szala z grzechami nie przechylała się w dół... Jedna mała moneta równoważyła szalę z grzechami. Domyśliłam się jak interpretować ten obraz, gdy w tej samej chwili ujrzałam tę samą wagę, ale zamiast monety leżała biała hostia (lekka i krucha) Jak wielkie jest Boże Miłosierdzie, pomyślałam, jeśli Bóg gotowy jest przebaczyć nasze grzechy, za które, (to ważne) żałujemy, odbywamy pokutę. Bożego Miłosierdzia nie da się ocenić, zważyć, żadną ludzką miarą, żadną materialną wagą. To wielka Tajemnica Miłości.
Śmierć
Słońce wschodzi, zachodzi
Pada deszcz, śnieg
Uliczny gwar nie cichnie
Zegar wybija minuty, godziny
A Życie odchodzi...
Jak wschód, jak zachód przemija
Zegar tyka bez pośpiechu, jakby zapomniał uczcić
Tę jedyną świętą minutę
Śmierć...
Puste łóżko, szafa nie domknięta
Kwiaty nie podlane
Porzucone jak sieroty okulary, pilot od telewizora
Człowiek wyszedł ze Śmiercią pod ramię
Na przechadzkę, na spacer bez powrotu
Pani Śmierć nie zmienia porządku dnia
Zabiera cicho, nie każe pakować walizek
Może wezmę ciepły płaszcz? - pyta Życie
Po co, tam gdzie idziemy jest ciepło
Może wyłączę telewizor?
Po co?
Wyłączą ci, dla których zegar bije...
Wędruje Życie ze Śmiercią drogą nie znaną
Widzi dużo więcej i dziwi się...
Pogrzeb, łzy, kwiaty, ksiądz
I ja...
Taki mały człowiek w czarnym ubraniu
Czy już umarłem? - pyta Życie
Śmierć uśmiecha się:
Przecież rozmawiasz ze mną...
Mam tylko jedną prośbę - prosi Życie
Jaką?
Obetrę łzy płaczącym , tacy smutni.
19 01 07
Podczas Adoracji rozważam: świat duchowy jest nieuchwytny, a my ludzie tak bardzo fizyczni w swojej egzystencji. Dotykiem rozpoznajemy świat. Chcemy dotknąć obiektu naszej miłości. Modlę się do Jezusa mówiąc: tak bardzo chciałabym Cię dotknąć... Słyszę głęboko w sercu: przecież dotykam ciebie w Komunii Świętej, jestem w niej, czyżbyś o tym zapomniała? Zostałem na ziemi w postaci świętej hostii. Przyjmując Mnie, to wy ludzie zapominacie o świętości tego "dotyku".
Kontynuuję moje rozważania o ludzkiej egzystencji. Jesteśmy fizyczni na tym świecie, niedoskonali, podatni na choroby, zranienia. Ale to właśnie poprzez swoją "fizyczność" możemy się udoskonalać. Tego chciał Bóg stwarzając nas jako ludzi. I tylko tu na tej ziemi, w tych warunkach możemy starać się żyć godnie - mając Dekalog w ręku. Zawsze, gdy go przekraczamy, odrzucamy - tracimy na ludzkiej godności, cierpimy. Nasz egoizm kiedyś "wraca" do nas, w postaci rozpaczy, rozpamiętywania złych uczynków, braku przyjaznych ludzi. Bóg dał nam wolną wolę, rozum, abyśmy kierowali się ku dobru. Nasze namiętności, złość, nienawiść "zabijają" w nas godność, krzywdzimy także własne ciało, które dla Boga jest ważne. Stworzył je z miłością. Uświęcił poprzez chrzest. Jezus przyjmując ludzkie ciało "nie zniżył się" do człowieka. Pokazał jego wartość. Ile dobra może uczynić człowiek własnymi rękami, umysłem, na tym świecie, tak bardzo przecież fizycznym.
Przemijanie
Czy życie nasze, to spichlerz rozległy
W którym gromadzimy ludzi i zdarzenia
Czy może kącik zaledwie maleńki
W którym duszę naszą pielęgnować trzeba
Dokąd odszedłeś świecie mej młodości?
Pieśni z lat przeszłych całkiem nie zamilkły
I jeszcze słyszę drżenie tamtych głosów
Choć przy moim stole puste miejsca widzę
W spichlerzu życia próbowałam zamknąć
Zapasy miłości na czas głodu uczuć
Ktoś rygle otworzył, może zardzewiały?
Czas sam bochny rozdał, zapach po nich został
Gdy zamykam oczy, widzę świat młodości
I tamtych ludzi, jak z życiem tańcują
Gdy otwieram, znikają, jak pielgrzym zmęczony
Zimny kamień dotykam z ich własnym imieniem
Coraz więcej perełek w mym różańcu życia
Które ku pamięci zmarłych modlitwą uświęcam
Coraz więcej krzeseł, w których nie zasiądą
Ci, co kiedyś dniem powszednim byli mego życia
Już nie zbieram zapasów, nie szukam spichlerzy
Aby w nich umieścić to co dłoń dotyka
Taką mnie nauką obdarzyłeś, Jezu:
Czas gromadzić skarby w świecie, który nie przemija
Wolna wola
Wolna wola to nie bieg za potęgą rozumu
To odwaga pochylenia się przed własną niemocą
Wolna wola to nie przestrzeń dla naszych lotów
To kamień, przy którym potykamy się o drugiego człowieka
Wolna wola to nie wolny wybór
Ale mur, na którym Bóg wypisał dekalog
Wolna wola to dar cudowny
Który trzeba ofiarować, inaczej starci blask daru
Wolna wola nie ma skrzydeł, choć tak mówią
Ma nogi, które się męczą
Ma oczy, które płaczą
Serce, które kocha
Wolna wola jest ołtarzem...
Na nim Miłość Boga błogosławi miłość człowieka
20.01.07
Zasypiam, modlę się do Ojca Pio, aby strzegł mnie w nocy i w dzień. Tej nocy mam sen. Widzę Jana Pawła II w srebrnej zbroi (zbroja jest ułożona jak duże łuski), na głowie ma złote nakrycie (jak biskupi podczas uroczystości). Na szyi ma czerwoną stułę. Pytam się zdziwiona: dlaczego jesteś ubrany jak rycerz, jak Michał Archanioł? Uśmiecha się, jego twarz jest młoda, a on silny i taki królewski w swojej postawie. Siedzi na tronie. Jestem tak ubrany, odpowiada, bo będę bronił polskiego kościoła!
Następnego dnia po mszy świętej modlę się przed obrazem Jezusa Miłosiernego. Nagle słyszę obok głos: Obrażają Mnie, prześladują... Odwracam głowę, bo głos jest wyjątkowo mocny. Nasłuchuję... Kocham Cię - mówię do Jezusa w modlitwie. Miłość - słyszę, jakby ktoś odtwarzał nagranie w mojej głowie - to nie piękne głosy chórów anielskich. To cierpienie! Miłość Miłosierna, którą was obdarzam, to nie zadowolenie, uniesienie, to odpowiedzialność i poświęcenie. Taką Miłość bezwzględnie posłuszną Mojej Woli, znają tylko święci. Patrz na krzyż, tam jest Miłość Miłosierna. Człowiek "łatwiej" poznaje takie uczucia jak: sprawiedliwość, zdrada, nienawiść. Trudniej mu ogarnąć, poznać Miłość Boga. Ale mamy - odpowiadam Jezusowi - gdzieś głęboko w sercu tęsknotę za Taką Miłością... Ta tęsknota nadaje sens naszej wierze. A kiedy czujesz się przygnębiona, to odrzucaj zło, które krąży wokół ciebie. Nie rozpatruj myśli, które cię przygnębiają. Nie zapełniaj nimi swego serca. Zostaw miejsce dla Miłości. Ludzkie sprawy zostaw Bogu. Gdy w twoim sercu będzie przestrzeń dla Miłości, Jezus będzie działał, dawał pokój, "unosił" cię ponad zwykłymi troskami. Będziesz je widziała w perspektywie Miłości, jako małe. Wszelkie oceny cudzych działań wprowadzają zamęt w duszy. Idź tą drogą, choć "zły głos" podpowiada, że to naiwność. Boża Sprawiedliwość nie działa jak ludzka, pozwól działać Bożej, a nie ludzkiej sprawiedliwości.
Modlitwa o pomoc
Idę drogą ku Tobie, Boże
Droga nie jest łaskawa, prosta
Blask dnia i codzienne troski
Jak mgła, zakrywają Twoje światło
Czasem spotkam na tej drodze ludzi
Którzy biorą mnie z miłością pod rękę
Wędrujemy, wspierając się wspólnie
Podnosimy, gdy ktoś z nas upadnie
Są też chwile, gdy Noc zapada
I przystanąć muszę, zmęczona, samotna
Ci, co mnie tak mocno wspierali
Idą dalej, w poszukiwaniu światła
Na tej drodze pokus nie brakuje
Z bocznych dróg wychodzą jak duchy
Kuszą: zostań z nami, odpocznij
Nogi twoje nie przejdą tej drogi
Głucha staram się być na ich wołanie
Wspomnienia przywołuję spotkań z Tobą, Jezu
Palę z wiarą mały świecy ogarek
I modlę się:
Wyjdź na moją drogę, Jezu
Postaw krzyż, o który się oprę
I kapliczkę skromną, z Maryją Świętą
Abym miała pewność, że idę ku Tobie
Drogą,
Którą szedłeś kiedyś, przede mną
Światło i ciemność
Tak pięknie kroczy się drogą wiary
W procesji świateł, przy dźwiękach wzniosłych
Każdy krok... jak zwycięstwo
Skrzydła Aniołów niosą jak rydwany
Współtowarzysze jak rycerze z tarczami Archaniołów
Wicher niesie hymny święte
A dusza unosi się ku Najwyższemu
Kiedy gasną światłą, milkną hymny
Aniołowie na spoczynek odchodzą
Przyjaciele zasypiają na szlaku zmęczeni
Drogę wiary ciemność skrywa
Po omacku szukamy siły i nadziei
Zamiast szerokiej drogi, wąska ścieżka
Obok ciemne wody o głębokości nieznanej
I szept szatański świata zewnętrznego: zawróć!
Gdzie twoi przyjaciele, gdzie ręce pomocne?
Po wąskiej kładce kroczy dusza mozolnie
Jak Hiob przyjmuje boże warunki wędrówki
Stawia kroki w ciszy, szeptu Boga nasłuchuje
I wówczas myśl święta zakwita bolesną odwagą
Pośród wód głębokich
Na wąskiej kładce
Postawiłeś mnie, Boże...
Czyżbyś mi zaufał, na tej trudnej drodze?
14.02.2007
Przed mszą świętą powiedziałam Jezusowi, że przyszłam dzisiaj w dniu świętego Walentego, aby ofiarować Mu moje serce. Doznałam uczucia "zbliżenia" z Jezusem, jakby ktoś w sercu mówił mi: wasze oczy są jak lusterka, w których widzę wasze sprawy i ludzi. Polecacie mi najbliższych przyjaciół. Odbieram je jak zdjęcia, przechowuję w swojej pamięci. Pamiętam, choć nie zawsze otrzymujecie to, o co prosicie. W tym miejscu przypomniałam sobie świętą Monikę, która kilkadziesiąt lat prosiła Boga o nawrócenie syna Augustyna. Jak bardzo cenna jest modlitwa wstawiennicza za różnych ludzi! Sama świadomość, że modlitwa nie ulatuje w przestrzeń (jak sądzą niektórzy), ale bezpośrednio "dotyka" Jezusa i jest w Jego Pamięci - to cudowne przeżycie religijne. Oczy wasze są jak lusterka, w których widzę wasze potrzeby - słyszę nadal w sercu. Wiele lat modlę się do Ciebie, Jezu, w pewnej sprawie... Wtedy otrzymuję dziwny obraz: pudełko, a nim zdjęcia tej osoby wypełnione po brzeg. Widzę uśmiech Jezusa, słyszę w sercu: pamiętam... Czasem są to trudne prośby dotyczące osób oddalonych od Kościoła. Wówczas prosimy Matkę Bożą o wstawiennictwo. Matce Bożej Jezus nie odmawia, to Ona przyjmuje nasze "zdjęcia" i zanosi Synowi, "odsuwa" sprawiedliwość. Jezus przyjmuje Jej prośby. Zadziwia mnie prostota otrzymanego obrazu. Nasze oczy nie mogą być puste jak pusta klisza. Idziemy do Jezusa polecając Mu osoby, sprawy. Wprost z serca, czasem z woli albo rozumu. "Pokazujemy" Mu "zdjęcia" naszych pragnień. Tylko wtedy następuje dialog.
Dziękczynienie
Dziękuje Ci, Boże
Za piękno gór, oceanów i strumieni
I za małą polanę w słonecznych promieniach
Za mędrców księgi święte i obrazy piękne
I za proste słowa w dniu powszednim
Dziękuję
Za katedry bogato zdobione
I za przydrożną kapliczkę, kwiatem umajoną
Za męczenników i wszystkich świętych
I za grzesznika, który z pokorą klęka
Dziękuję
Za tych, którzy pobożnie modlą się w kościołach
I za jedno "Zdrowaś Maryjo" mej matki i ojca
Za lasy zielone, puszcze przeogromne
I za to drzewko małe pod moim oknem
Dziękuję
Za psalmy i pieśni jak dzwon brzmiące
I za ciche kołysanki wieczorem nucone
Za Cud wielki Ofiary Mszy Świętej
I za okruch tego Cudu w hostii przyjęty
Dziękuję
Za Miłość Nieba, światło i aniołów
I za Syna, który zstąpił na niewdzięczną ziemię
Za ludzi, którzy krzyż cierpliwie niosą
I za mój... bez Twej pomocy bym go nie uniosła
Wielkości Twojej nie ogarnę, Boże
Jedną z tajemnic wszak nam ukazałeś
Choć Mocą jesteś i Potęgą
Miłością darzysz nasze życie małe
20.02.2007
Wtorek, przed Środą Popielcową
W naszym kościele jest wystawienie Najświętszego Sakramentu w ciągu dnia. O godzinie 16 kiedy byłam przed Najświętszym Sakramentem, kościół był pusty i byłam sama. Podczas Adoracji polecam Jezusowi swoje sprawy z którymi sobie nie radzę i proszę Go o pocieszenie. Wtedy słyszę w sercu głośne i naglące słowa: to ty Mnie pocieszaj bo ludzie Mnie ranią. Kilkakrotnie słyszę słowa: pocieszaj Mnie. Pytam: jak Cię mam pocieszać, Jezu? Słyszę: pocieszaj Mnie poprzez modlitwę wynagradzającą, pokutę, post. Mówię do Jezusa: są ludzie, którzy Ciebie kochają. Wtedy słyszę: to gdzie oni są? Jeśliby Mnie kochali to byliby tu, przed Najświętszym Sakramentem. Tego samego dnia wieczorem w audycji radiowej ksiądz cytuje fragment z Dzienniczka Siostry Faustyny, w którym jest mowa o tak zwanych ostatkach karnawałowych, a dotyczy to 1937 roku. Siostra Faustyna zobaczyła rozmiar grzechów popełnianych w tym czasie. Była przerażona tą wizją i dziwiła się, że ludzkość jeszcze istnieje. Wtedy usłyszała: istniejecie tylko dzięki duszom wybranym.
Zdumienie
Na ołtarzu składam swą duszę
Podczas mszy jak w arce świętej
I proszę: weź mnie w opiekę, mój Jezu
Przemawiaj do mnie codziennie
A wówczas szept słyszę, co płynie
Na falach nieznanych, jakby szum morza:
A może to Ja zamieszkam w twym sercu
Jak w arce?
Niewiele zajmę ci miejsca...
A może to ty Mnie ochronisz
Przed światem często Mi wrogim?
Pozwolisz spocząć choć chwilę
Wpatrzona w serce Moje
Zdumiałam się bardzo strwożona
Dusza zadrżała z lęku
Jakże, mój Jezu drogi
Ja, grzesznik, mam być Twym schronieniem?
Gdy dziś prośbę posyłam na ołtarz
W opiekę Ci dając mą duszę
Spojrzenie Twe ściga mnie ufne
A w uszach bolesne pytanie:
Czy serce twoje gotowe
By stać się Moim mieszkaniem?
Gdy składam ręce...
Dziś składam ręce do modlitwy
Niech ciepłem darzą się w tym geście
Przez palce tyle uleciało czasu
Gdy łaską chciałeś mnie uświęcić
A ja w swych dłoniach ciągle miałam
Sprawy, jak grudy granitowe
I myśl ambitną w swoim sercu
Iż bez pomocy je rozkruszę
Dziś wiem, gdy składam do modlitwy
Ręce, w tym geście tak błagalnym
Ty, swoją łaską Sam rozbijasz
Granit, w mych dłoniach, co kaleczy
Zamieniasz smutek mej ambicji
W radość pokory, ufność dziecka
Ty, Boże, gdy się dzisiaj modlę
Ciepło Twej łaski wlewasz w moje dłonie
26 03 2007
Przed mszą świętą, w uroczystość Zwiastowania Najświętszej Marii Panny, przyszła do mnie myśl o tym czym jest miłość, a czym nienawiść i jak te uczucia oddziaływają na nas. Miłość jest iskrą, która zapala serce do Boga. Jest jak pochodnia, która zapali się... ale "materiał" musi być podatny (jak w przyrodzie). Nie zapali się wilgotnego drewna... Płomień zgaśnie. Nasze serce musi być "przygotowane" na płomień, "wysuszone" z wilgoci naszych przywiązań, grzechów, złych uczuć. Nasza dusza układać musi w sobie "stos" komunii świętych, modlitw, spowiedzi - musi zabiegać, aby płomień Miłości w niej się zapalił.
Nienawiść i inne złe uczucia uderzają jak pocisk (na wojnie), ranią tego, który atakuje i atakowanego. Nienawiść ma wiele "pocisków", jest siłą niszczącą. Nienawiść "zaraża" chorobą. Miłość daje siłę, spala nawet to co "wilgotne" (grzeszne), kiedy dokładamy to do płonącego już w nas "ogniska Miłości". Miłość z natury gotowa jest "spalić" zło, nienawiść zaś "produkuje" ciągle nowe zło, które się rozrasta.
Czy Mnie miłujesz?
Pytałeś Jezu Piotra nad Morzem Tyberiadzkim
Trzy razy
Miłujesz Mnie?
Pytasz i mnie w moim życiu
Nie raz...
Gdy staję nad wodami Twej łaski
Przelania Ducha Świętego
Były lata, gdy odpowiadało moje serce:
Tak, miłuję
Cisza panowała w duszy i umyśle
Pytałeś w momentach lęku
Tak, odpowiadał mój rozum
Trwożyło się serce i dusza
Pytałeś i czekałeś, Jezu, jak pasterz oddany
Kubkiem srebrnym wlewałeś Ducha Świętego
Kropla po kropli
Eucharystia po eucharystii
Otwierałeś oczy moje, leczyłeś uszy moje
A cierpliwość Twoja i Miłość otaczały mnie
Jak żywopłot pięknych róż
Przyszedł dzień, jak łaska niezasłużona
Połączyło się w jedno
Serce moje, dusza moja i rozum mój
I zaśpiewały jednym głosem
Po trzykroć
Miłuję Cię, Panie
Moje Getsemani
Słyszałam Cię kiedyś w ciszy
W lekkim powiewie liści
Między słowami modlitwy
W pieśniach uroczystych
I raptem hałas zagłuszył
Jak nagły wodospad spadł
Serce zatopił oschłością
A mnie pochłonął świat
Ręce wyciągam do ciszy
Lecz głosy słyszę donośne
Wiatr silny zagłusza myśli
I serce staje się niepokorne
Łzy kiedyś tak szczere, bezbronne
Gorzko spływają po twarzy
Nie pozwól mi, Jezu, pobłądzić
Zatrzymaj przy sobie...
W Getsemani
Pokaż twarz pełną bólu
I pot spływający po ciele
Niech hałas tego świata
Ptak czarny zabierze ode mnie
Wyciągnij ręce zbolałe
Z kielichem, od Boga, goryczy
I daj mym ustom odwagę
W rozpaczy jak Ty, wykrzyczeć:
"Nie moja, Ojcze, wola
Lecz Twoja się stanie".
30 03 2007
Nadeszły czasy kiedy człowiek powinien chronić Boga w sobie, odmawiać modlitwy wynagradzające. A my, modląc się do Boga, ciągle prosimy, domagamy się, żądamy...
Będąc dzisiaj na Drodze Krzyżowej, poprosiłam przed mszą, o opiekę nad sobą i w czasie mszy, gwałtownie doszedł do mnie głos: a może to ty zaopiekujesz się Mną. Weź Mnie ze sobą do domu. Zajmę ci mało miejsca, tylko w twoim sercu - chcę trochę modlitwy, ciszy, spokoju.
I wtedy pomyślałam, że przychodzą takie czasy, że Bóg chce byśmy się Nim opiekowali!
Kołyska
Ile kropel Twej krwi błogosławionej, Jezu
Spłynęło obok serca mego
Teraz wiem
Serce moje łzami pokuty płacze
Ile kropel Twej krwi mogło być pokarmem
Nie karmiłam się nim
Teraz wiem
A niespokojna dusza pragnie lekarstwa
Wystawiam serce swe i duszę
Jak kołyskę
Przed ołtarz
Dla Twych łez, krwi...
Jak dla dzieci nienarodzonych
Łask niespełnionych
O Miłosierdzie wołam
Zapełnij Nim, Jezu, moją kołyskę
A ja ją ukołyszę pieśnią pokutną
14 04 2007
Budzę się rano w sobotę z dziwnym uczuciem. Jestem sama w domu, a wydaje mi się, że ktoś próbuje mi przekazać pewną myśl. Odczuwam przez kilka minut wielkie cierpienie (nie uzasadnione żadnym ostatnim wydarzeniem). Cierpienie jest tak ogromne, że brakuje mi tchu, nie jest cierpieniem fizycznym, ale czymś bardzo głębokim duchowo. Myślę, że gdyby trwało dłużej, zaczęłabym rozpaczliwie płakać. Tak cierpią dusze w czyśćcu - przebiega myśl jak dziwny powiew. Cierpią, bo nie przyjęli wielkiej Miłości Boga, tu na ziemi. Minęli się z Nią, nie zauważyli. Tam w czyśćcu jasno widzą tę wielką stratę. Płomienie ognia ogarniają dusze czyśćcowe - to wielka przenośnia. To raczej płomienie bólu, który mocno przenika, jak wielki żal do samych siebie, do swego egoistycznego, ślepego serca. Ten ból ma wymiar duchowy, trwa. Tylko my, tu na ziemi, swoją modlitwą, ofiarowaniem mszy, możemy go złagodzić.
Nasza Kalwaria
Naszą własną Kalwarię oznajmiamy krzykiem
I jak ślepcy bezbronni zaczynamy życie
Cud naszych narodzin w dłonie Bóg oddaje
Jedne czułe, bliskie, inne zimne jak kamień
Na ludzkiej Kalwarii stacje ustawione
Każdą przejść musimy, nie ma już odwrotu
Są tam radość, rozpacz i spokojne ścieżki
Liczbę naszych stacji Bóg jedynie zna
Cenne jabłka życia zrywamy zachłannie
Korzystamy z sadów, gdzie diabeł jest panem
I choć smak ich gorzki, wolny wybór mamy
Wybrać ślady Boże, czy w ciemnościach błądzić
W Kalwaryjskiej drodze każdemu pisane
Różne ścieżki i krzyże, ludzie i spotkania
Każdemu Bóg wyznaczył z Miłością i Wiarą
Szlak po którym Jezus podążał przed nami
Kiedy droga trudna, krzyże wielkie na niej
Do Boga wołamy: zlituj się nad nami
Modlitwą jak łzą ciepłą zraszamy upadki
Na odpowiedź czeka serce niecierpliwe
Tajemniczy promień czasem nas przenika
I pytanie huczy, jak wodospad w głowie
Pod którym krzyżem stałeś Jezu Chryste
Gdy my jak ślepcy mijaliśmy Ciebie?
Otwierają się oczy jak dar w łasce dany
I usta szepczą błagalną modlitwę
Postaw Panie każdemu, w jego kalwaryjskiej drodze
Stację z napisem: Miłosierdzie Boże!
17 04 2007
Przed mszą adoruję Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Przychodzi do mnie myśl - co nas łączy tu na ziemi ze światem Nieba? Widzę coś jakby chmurkę, ma ona piękne oczy. To ludzka dusza, słyszę w sercu. Dusza z otwartymi oczami patrzy na Boga. Oczy duszy to boży dar, to łączność z Nim. Są dusze, które mają zamknięte oczy, uśpione. Może kiedyś Bóg Swą łaską otworzy je... Między otwartymi oczami duszy, a Bogiem widzę drogę. Na tej drodze są przeszkody - nazywam je "śmieciami". To przeróżne idee, przedmioty, pokusy, które "zaciemniają" tę drogę. Oczy stają się jak u krótkowidza, widzą zamazany obraz drogi do Boga. Zadaniem człowieka kroczącego tą drogą jest umiejętność usuwania ich, dostrzegania w nich fałszu. Wymaga to silnej wiary, wielkiej łaski, aby patrzeć na świat otwartymi oczami duszy, czujnie "oczyszczając" swoją drogę do Boga z fantomów, które próbują nauczać nas innej prawdy, niż tej zawartej w Ewangelii.
Prośba o wiarę
Czasem spotykam Cię, Jezu
W bliskości tak pięknej
Iż łez ukryć nie mogę
Czasem ręce do Ciebie wyciągam
Jak dziecko spragnione opieki
A Ty znikasz mi z oczu
Czasem chłód czuję w sercu
Jakbyś o mnie zapomniał
Ale żyje we mnie tęsknota
Ile łez jeszcze wypłaczę
Ile razy ręce do Ciebie wyciągnę
Jak wielkiej doznam tęsknoty
Abyś wiarę moją, Jezu, umocnił
W cichym, oddanym uwielbieniu
Bez łez, chłodu serca i kruchej tęsknoty
20 04 2007
Zastanawiałam się jaki sens ma ludzkie cierpienie. Często wydaje nam się, że cierpimy niepotrzebnie. Ale myślę, że każde cierpienie służy czemuś. Może pogłębia naszą wrażliwość... Nie znamy planów Boga, nie wiemy jakie ciężary równoważy nasze cierpienie... Nie wiemy jakie i czyje grzechy będą odpuszczone przez nasze cierpienie, jeśli ofiarujemy je w określonej intencji.
Myślałam również o tym, jak trudno człowiekowi być "oddanym" Jezusowi. Mimo aktów pokuty popadamy w te same błędy, grzechy, choć tak bardzo chcemy osiągnąć wyższy stan duchowego zaangażowania. Ujrzałam obraz schodów, niemal pionowo (jak drabina) wznoszących się - na szczycie była monstrancja z Najświętszym Sakramentem. Schody na ziemi miały poręcze, te wyżej były ich pozbawione. Cóż to znaczy - pytałam, prosząc o światło Ducha Świętego. Otrzymałam ciekawą odpowiedź. Ludzie, którzy rozpoczynają swoją drogę duchową ku Jezusowi, ku Prawdzie, potrzebują wielkiego wsparcia, może to być grupa modlitewna, osoba charyzmatycznego kapłana, czasem jest to bezpośrednia łaska gwałtownego nawrócenia. Tym 'wsparciem" są owe poręcze przy schodach. Wielu ludzi chce rozpocząć swoją "drogę ku Prawdzie". Potrzebują poręczy, czyli tych, którzy im pomogą, będą im towarzyszyć w trudnej drodze. Na samym początku tych schodów, mimo "poręczy", jest wiele trudu oraz wiele pokus, aby... nie wchodzić na te schody. Wejście na nie i droga w górę... to walka o czystość swej duszy, ufność, że to jedyna droga. Święci ludzie, którzy osiągnęli wysoki stopień rozwoju duchowego, nie potrzebują już wsparcia "poręczy", z wiarą i ufnością wspinają się ku Jezusowi, wpatrzeni w Jego moc. Nie oglądają się na "pomoc" innych. Ich siła jest w Jezusie. Kroczą śmiało, nie obawiając się upadku. Jaka jest wartość trudu dla Jezusa, spytałam, tych, co rozpoczynają drogę i tych co są blisko Boga? Jezus, usłyszałam w sercu, stawia swoje stopy na wszystkich stopniach tej "drabiny", dla Niego ważni są tak samo ci, którzy trzymają się jeszcze poręczy, jak i ci, którzy idą ku Niemu śmiało. On kroczy po wszystkich schodkach z tą samą Miłością.
Człowiek
Kim jest...
Waży go i mierzy naukowe "oko" od wieków
A on ciągle... nieobliczalny
Tajemnicę dźwiga jak brzemię
Duszy nieśmiertelnej
I pytanie: uwierzyć w nią, zaprzeczyć?
Idzie człowiek, zmienia rytm, przystaje
Jakby nogi mu zawadzały
Przyglądam się mu, znam
Uśmiecha się
Przeżył już wiele uśmiechów, mroków życia
Może poznał tajemnicę nadziei człowieka?
Zamknął ją na zamek modlitw
Opasał różańcem, jak łańcuchem mocnym
Przykrył staromodnym płaszczem
Taszczy ze sobą od dziesiątków lat
A może od niedawna?
Widzę jego wiarę, prowadzi go pod ramię
Wierną jak dzień, noc, jak codzienność
Nadzieja podtrzymuje, gdy serce tyka
Jak popsuty zegarek
Nadzieja i wiara wiodą go
Ku Miłości
Aby to Ona... zważyła jego duszę
I odpowiedziała na pytanie
Kim jesteś człowieku...
25.04.07
Godzina 15, odmawiam Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Tego dnia mąż wrócił od swoich znajomych (nie znam ich imion, ani nazwisk), którzy od wielu lat chorują. Ostatnią część koronki postanawiam więc im poświęcić. Za kilkadziesiąt minut mamy wyjechać za Warszawę do rodziny. Podczas tej "dziesiątki" słyszę w sercu: należy zamówić dla tych chorych ludzi mszę o Miłosierdzie Boże - za mało ludzi modli się za nich...
Kończę Koronkę... i z wielkim trudem docieram do łóżka. Mam wrażenie, że "ktoś" kręci mną jak wiatrakiem. Łóżko krąży wokół pokoju... jak na karuzeli. Jestem przerażona, w pozycji siedzącej czuję się jeszcze gorzej. Nie mogę poruszać się, gdy próbuję wstać, sufit i podłoga wirują. Początkowo myślę, że mam "uszkodzony" błędnik... Trwa to około 30 min. Mąż postanawia (widząc mnie w takim stanie) zadzwonić do osoby, która się nimi opiekuje. Mówi jej o potrzebie mszy świętej za nich, o modlitwie za nich, o mszy świętej w ich intencji, do Bożego Miłosierdzia. Ledwie wypowiedział te słowa (przez słuchawkę), a we mnie wszystko uspokoiło się, jakby "ktoś" zdjął ze mnie "kaptur" powodujący te niesamowite zawirowanie.
Wstałam z łóżka bez żadnych dolegliwości... Nadal był we mnie wielki lęk przed modlitwą w ich intencji, ale przemogłam się. Przypuszczam, że szatan chciał przestraszyć mnie, abym się za tych ludzi nie modliła.
Odpowiedź
Modliłam się:
Odsuń ode mnie cierpienie, Boże
A ono przyszło
Jakby modlitwa utknęła we mgle
A niebieski posłaniec szedł piechotą
Modliłam się:
Bądź w moim cierpieniu, Boże
I byłeś
Jakby prośbę moją anielskie chóry poniosły
Na rydwanach ognistych i szybkich
Modliłam się:
Cicho pytając: dlaczego ja?
Schylona w pokorze i wyprostowana w buncie
A Ty czekałeś
Z odpowiedzią zbyt trudną
Na mój bunt, moją pokorę
Czekałeś, aż ulecą wysoko
Jak ofiarne ptaki
Czekałeś na ciszę serca
Modliłam się:
A Ty odpowiedziałeś w pieśni, psalmach
Cierpienie uczy miłości
Jak ofiara dociera do Serca Syna
Przy stole pańskim
Modliłam się:
Ile jeszcze buntów, ile pokory zaliczę, Boże?
Aby przyjąć Twoją trudną odpowiedź
Promień słońca oświetlił nagle ołtarz, jak znak
A za oknami łzy deszczu spadały na ziemię
13.05.2007
Podczas mszy świętej, księża unieśli do góry hostię świętą (dwie połówki). Ta hostia, pomyślałam, wygląda jak żagiel. Aby "popłynąć", potrzebny jest powiew... Ducha Świętego. Pan Jezus w hostii jest mocą, siłą, darem. Jeśli nie przywołamy Ducha Świętego, nie popłyniemy w kierunku Prawdy, w kierunku Boga
Po kilku dniach odczułam wewnętrzny przymus modlitwy do Trójcy Przenajświętszej. Do każdej z Osób przesyłam różne słowa modlitwy, dzieje się to spontanicznie. Wewnętrznie słyszę: wychwalaj Trójcę Świętą słowami głęboko ukrytymi w duszy, słowami płynącymi z serca, tak aby każde słowo oddawało stan twojego ducha, aby modlitwa "nie płynęła" gładko, ale mocno odciskała się w duszy. Rozważaj dokładnie, medytuj słowo, które przekazujesz Osobom Trójcy Przenajświętszej.
Po trzech dniach takich rozważań, próbuję ponownie nawiązać do "zalecanej" mi medytacji. Pytam czego Bóg, Jezus, Duch Święty oczekuje od ludzi. Kiedy wspominam Boga Ojca, ukazuje się wielki napis: pokora, kiedy wspominam Syna Bożego, napis błyszczy słowem: dziękczynienie. Przy osobie Ducha Świętego pojawia się słowo: modlitwa. Modlitwa jako dialog serdeczny z Bogiem. Modlitwa odmawiana z miłością, bez roztargnienia i zamętu
Niebieska zasłona
Powiewa na wietrze w oknie
Z jednej strony mój świat
Z drugiej, ten za niebieską zasłoną
Czekam przy moim oknie
Na lekki powiew
Proszę Anioła:
Przytrzymaj zasłonę skrzydłem
Odsłoń przestrzeń dla duszy głodnej
Mocy i Miłości...
Wystawiam dłonie z okruchami modlitwy
Niech pofruną dziękczynieniem, błaganiem
W tej maleńkiej chwili odsłony
Mój świat dotyka świata
Za niebieską zasłoną
I jestem w miłosiernej ciszy...
Ciszę prośba przerywa, łagodna
Ledwo słyszalna
Jak promień przenika, aż do bólu:
Podaj na dłoni modlitwę żarliwą
Za tych co zaryglowali okna duszy
Okiennicami obojętności
Niech otworzą je dla pieśni o Bożej Miłości
Tej, za niebieską zasłoną.
Jestem
Jest taka miłość...
Zatrzymana w dłoni jak kwiat
Więdnie bez wody, ziemi
Traci płatki, urodę
Jest taka miłość...
Do serca mocno przytulona
Bije jego rytmem
Traci wolność, jak więzień
Zachłanna jest ludzka miłość...
Jest taka Miłość...
Nie więdnie od ludzkich dłoni
Szuka serca aby w nim gościć
Nawet jako więzień
Rozpięta na krzyżu
Zamknięta w tabernakulum
Cicho szepcze
Czasem krzyczy:
Jestem!
17 05 2007
Po mszy świętej, ksiądz przenosi Najświętszy Sakrament do bocznej kaplicy. Kiedy ludzie klękają do Adoracji, mówię Jezusowi: tylu ludzi Ciebie uwielbia. Wtedy słyszę w sercu surowy głos: ale ilu ludzi w tym samym czasie Mnie obraża. Jest ich więcej niż tych co Mnie chwalą.
Stary człowiek i Bóg
Szukał w życiu drobnych przyjemności
Na wielkie los nie dał mu szans
Ale ciągle czekał na wygraną
Jak na tajfun, który przemieni
Ziemię w złoto
A on, stary człowiek wykupi się od śmierci
Biała Pani zaczęła zbyt szybko
Przewracać kartki kalendarza
Zbyt szybko, aby stary człowiek
Podjął nową nadzieję
Zaczął słyszeć pieśni matki
Dawno zapomniane
Widział chłopca, który kochał Boga
Wojna pokroiła tę miłość
Na drobne kawałki rozprysła się
Stary człowiek myślał, że ktoś je poskłada
Jakimś cudem...
Odkładał na później modlitwy, msze
Aż kolana zesztywniały
Ledwo niosły chore ciało
Smutna dusza, jak sekundnik w zegarku życia
Tykała uparcie, przypominając...
Jeszcze masz czas... Bóg czeka
Ciągle czeka...
19 05 2007
Wcześnie rano, po modlitwie do Ducha Świętego, poczułam mocną więź mojej duszy z Bogiem. Uczucie to było nawet bolesne. Przyszła mi w tym samym czasie myśl, że każda dusza połączona jest z Bogiem jak pępowina dziecka w łonie matki. Przez tę "duchową" pępowinę, Bóg karmi nas wieloma łaskami, jeśli chcemy z nich korzystać i sami nie blokujemy jej przepływu. Wielu ludzi zaciska tę pępowinę przy swoim sercu (duszy) i nie korzysta z tych łask. Może to się dziać pod wpływem woli człowieka, przyczyn społecznych, licznych grzechów, ale człowiek nadal jest w pamięci Boga. I każde otworzenie się na Niego przynosi nowe łaski. Czasami odnosimy wrażenie, że Bóg zbyt hojnie obdarza nawróconych grzeszników, a On po prostu "zatrzymał" przeznaczone łaski i czekał na nawrócenie człowieka, na "rozluźnienie pięści", która blokowała więź z Bogiem.
Biały płaszcz
Jak biały płaszcz rozpościeram się na ziemi
Ziemskie gwoździe przybijają mnie do trawy
Czasem wiatr powieje delikatny
Poruszy białym płaszczem
Życie powoli odrywa ziemskie gwoździe
I rzeczy ważne stają się nieważne
Pozwalam mocą łaski niezasłużonej
Aby biały płaszcz szybował
Ku niebu
Szukam Ciebie, Jezu...
Jeszcze ślady zardzewiałych gwoździ
Znaczą mój płaszcz
Jeszcze ich szukam
Czasami...
Ale dusza moja już poznała piękny lot
Ku Tobie, Boże
Karmię ją okruchami Twego chleba
Uczę słów modlitwy
Aby nie zbłądziła...
Niech jak ptak szybuje w przestrzeni
W poszukiwaniu pocałunku Maryi
Do Majowej Matki
Matko majowych nabożeństw
W kościołach, przy kapliczkach
Dobrocią wypełniona
Jak czara z komunikantami
Niewyczerpana
O jedną kroplę Twej dobroci proszę
Na moje życie
Niech zapali stos goryczy
Przez lata układany
Z grzechów zaniechania, pychy
Z chwil bez modlitwy
Niech zapłonie we mnie płomień
Przez kroplę Twej dobroci rozpalony
A łzy ciemnej nocy
Niech go nie gaszą
O kroplę Twej dobroci, Matko Majowa, błagam
Niech perłą będzie w muszli mego serca
Jak pamięć nieśmiertelna
O Matce Świętej
31 05 2007
Święto Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny
Podczas mszy świętej modlę się o łaski dla swej duszy, serca. Po komunii, gdzieś głęboko w sercu słyszę: jesteś jak mały wróbelek, którego mogę karmić tylko okruszkami, zbyt duży bochen może zaszkodzić wróbelkowi, ale z tych maleńkich okruszków (komunii świętych?) można "upiec" wielki bochen...
Czyżby na tę wielką łaskę, dar, o który zabiegamy, składały się codzienne małe, drobne dary, łaski, które utworzą kiedyś "wielki bochen"?
Pomyślałam, że ważne jest też dostrzegać drobne sprawy w życiu, które są łaskami, a często mijamy je obojętnie, szukając wielkich darów i wzruszeń.
Zamki
Tylko dzieci budują zamki z piasku
Tylko one mają nadzieję
Iż deszcz ich nie zmyje, wiatr nie zburzy
A kiedy nadejdzie poranek
Zamieszka w nim książę z księżniczką
Tylko dzieci wierzą w zamki z piasku
Tylko dzieci budują od nowa
Zburzone marzenia, zdeptane zamki
Dorośli nie ufają zamkom z piasku
Dla swoich marzeń potrzebują
Stali, cegły i cementu
A gdy już wybudują własny zamek
Usychają z lęku że ktoś go zburzy
Wyganiają nadzieję
Jak nietrwały budulec
Nie wierzą, że w ich mocnych domach
Mogą zamieszkać, książę z księżniczką
07.06.07
Święto Bożego Ciała. Podczas mszy świętej, ze zdziwieniem poczułam, że przy mojej piersi jest wielki kielich z winem. To wino było gęste jak krew. W tym momencie poczułam wielkie gorąco, a szczególnie na sercu (jakby ktoś dotknął mnie gorącym żelazkiem) i zaczęłam się mocno pocić. Bałam się tego dotknąć, przytulić, myśląc, że to będzie świętokradztwo. Pomyślałam, że to jest przecież kielich z ołtarza, dla księży i nie może być przy mnie. Wtedy usłyszałam: dla was wszystkich Jestem.
Niezwykły dom
Ten dom nie ma ścian
Poruszam się w nim według bożej woli
Nie obijam o mury
Nie ranię ciała
Słońce świeci jasno
Promienie nie gasną na ścianach
Wiatr rozsiewa nasiona jak przyjazne dzieci
Gdy zapada noc, gwiazdy patrzą ciekawie
Nie obrażam się na śnieg, deszcz
Nie szukam ochrony przed Tobą, Boże
Ciemności, które zsyłasz, Panie
W nadzieję zamieniam, jaśniejącą gwiazdę
Deszcz zmywa łzy z mojej twarzy
Mróz zamraża uśmiech
Cenny podczas czasu rozpaczy
Gdy zimno ludzkich serc uczy pokory
Kocham ten dom bez ścian
Nie chronią go mury
Odporne na Twoje plany, Boże
Nie mam okien, na które musisz czekać
Gdy będę gotowa je otworzyć
Za ten niezwykły dom
Nie płacę podatków ludziom
To Ty, Panie, przysyłasz mi rachunki
Czasem zbyt wysokie
Jakbyś wierzył, że potrafię je spłacić
12.06.07
Kiedyś myślałam jak to się dzieje, że niektórzy ludzie osiągają doskonałość, są wartościowi, a inni żyją, nie przejmując się niczym. Zastanawiałam się według jakiego kryterium Bóg ocenia ludzi. Wówczas usłyszałam dowcipną odpowiedź na moje wątpliwości: ptak nie będzie ryczał jak lew a lew nie będzie ćwierkał jak ptak!
Kilka dni później będąc na mszy usłyszałam dziwne dla mnie zdanie: ofiaruję ci Moją samotność na krzyżu...Nie zrozumiałam tego przesłania, chociaż wiem, że Jezus jako człowiek był samotny na krzyżu podczas męki. Każdy z nas jest samotny podczas "przejścia na tamten świat", choćby towarzyszyli mu bliscy. Następna msza pozwoliła mi rozważyć to zdanie. Człowiek egzystuje w ciele (emocje, uczucia, sytuacja bytowa, społeczna, kulturowa) ale.. jego dusza należy do Boga. I tylko w samotności staje przed Bogiem i przedstawia swe życie. Bóg jest Ojcem naszej duszy. Człowiek ma wybór: czy oddać się życiu na ziemi całkowicie czy nie? Może się zawieść na ludziach, ideach, uczuciach. Wówczas cierpi, a nawet złorzeczy, czuje się "zdradzony" przez życie. Mając świadomość przynależności swej duszy do Boga, "oddaje" światu swój intelekt, zdolności, pomoc, uczucia, aby czynić dobro. Nie zapomina jednak, że jego dusza należy do Boga i nie można jej "zaprzedać" światu dla upragnionych celów. Stąd owa samotność człowieka, stawanie w Prawdzie przed Bogiem. Bóg dał każdemu człowiekowi swoisty klejnot - duszę i z tym klejnotem do Boga wracamy. Nie wolno nam za niego "kupować" świata. Oddajmy Bogu co boskie... Owa samotność Jezusa na krzyżu przypomina, że choć odkupił nas Swoją męką, my, każdy oddzielnie, samotnie nosimy piękny dar od Boga, duszę - klejnot i Jemu ją przedstawiamy. Nie poprzez pośrednictwo innych, tylko stojąc w obliczu Boga. Odpowiadamy za dany nam klejnot, każdy osobno. To nie świat będzie nas usprawiedliwiał, "za ile" ten klejnot sprzedaliśmy, aby tu na ziemi cieszyć się sukcesem. Zapominamy o wdzięczności Bogu za ten klejnot (duszę), jedyną, niepowtarzalną i dlatego... samotną. Wdzięczymy się do świata i cierpimy gdy inni, a nie my, bierzemy z tego świata coś dla siebie. Czujemy się ubodzy. Zapominamy o bogactwie naszej duszy z której bierze się moc. Ona jest nadrzędna, silna, bo Ojcem jej jest sam Bóg. On nie zapomina o klejnocie, który ofiarował nam przy narodzeniu. Czasem "pomaga" nam go odzyskać na nowo, "odbierając" nam radości tego świata. Jeśli jednak nie jesteśmy zdolni "dźwigać" ten klejnot samotnie, czerpiąc z niego bogactwo, oddajemy światu własną osobę, zaprzedajemy się innym, nierzadko chcemy zapomnieć, że ta samotność z klejnotem - to nasz największy skarb
Zagubione słowa
Milczeniem odpowiadasz, Jezu
Na słów tyle, do Ciebie wysłanych
Jakbyś chciał sprawdzić, ile pamiętam
Słów, z rozmów dawno zapomnianych
Zbieram dziś Twoje słowa
Z dni, gdy spadały bezbronne
Wobec milczenia kamienia
Który zagościł we mnie
Składam je w pieśń błagalną
Szukając ich w swoim życiu
Chciałabym nimi odśpiewać
Hymn piękny, lecz brak mi głosu
Staję przed Tobą w milczeniu
Słowa Twe zbieram w sercu
A jeśli jakieś zgubiłam
Wskaż miejsce, nie milcz więcej
Pokaż gdzie leży to słowo
Pobiegnę po nie, przytulę
Tak bardzo pragnę z nich stworzyć
Modlitwę grzesznika, Boże
27.06.07
św. M B Nieustającej Pomocy
Do Matki Pocieszenia
Nie jestem aniołem pełnym słodyczy
Nie mam szat czystych, grzechem nie splamionych
Nie mam ust pełnych modlitwy
Ani oczu ciągle w Ciebie wpatrzonych
Moje serce często przepełnia gorycz
Moje szaty w codzienności prane
Moje usta mówią słowa przykre
Oczy widzą zło wokół rozlane
Jestem tylko człowiekiem bezbronnym
Wobec świata, który kręci się wokół
I choć belkę chcę wyjąć z mych oczu
Ona tkwi tam jak jastrząb do skoku
Kiedy nie mam siły już walczyć
Klękam przed Tobą, Maryjo
I wpatrując się w usta Twe i oczy
W szacie Twojej, cała chcę skryć się
W tych momentach błagam Cię, Matko
Podaj rękę i pociesz mą duszę
A gdy z klęczek wstanę, w świat pójdę
Podąż za mną drogą, którą ja iść muszę
I nie proszę Cię abyś na niej róże słała
Beztroski i ludzkiej pociechy
Proszę jedynie, Matko ma kochana
Podaj rękę, byśmy razem tę drogę przeszły
06.07.07
Pierwszy piątek miesiąca. Przed mszą świętą przemknęła mi myśl, której nie rozważałam długo: dlaczego zło panuje na świecie? Podczas aktu ofiarowania usłyszałam w sercu bardzo logiczną odpowiedź: dobro jest wieczne, zło ma swój kres, swoje dno... Wystarczyła mi ta odpowiedź, jedno zdanie, a jak cenne w moich wątpliwościach. Medytowałam słowo: kres- nieco staroświeckie. Dlaczego usłyszałam - kres, a nie - koniec? Słowo "kres" zawiera według mnie szersze znaczenie, w bożych planach na ziemi jest "miejsce" dla zła, ale to Bóg decyduje kiedy zniknie. Ma nad nim władzę, dopuszcza jego istnienie w jakimś celu {przemiany człowieka, świata, narodów}. I tylko On zna jego kres. Zło ma "dno", nie jest wieczne, tak jak dobro, które jest nieskończone!
Kraina Ufności
Szukam Krainy Ufności
Krainy, gdzie wkroczę bez lęku
Krainy bez skał raniących
Bez wód głębokich, dobro topiących
Krainy, gdzie ludzie mieszkają
O oczach radosnych, łagodnych
O rękach pełnych darów
Tam rany, upadki nie bolą
Kraina ta jest usłana
Dywanem z mchu, kwieciem umajona
Tam człowiek z człowiekiem rozmawia
Jak dziecko, ojca spragnione
Gdzie jesteś Kraino Ufności?
Marzeniem tyś tylko, czy prawdą?
Serce tak ciebie spragnione
Choć nogi o ziemię wsparte
Skrzydła mi pożycz, aniele
Niech wzlecę, choć we śnie
Wysoko, do mojej Krainy Ufności
Nie lękaj się, oddam ci skrzydła
Wiem, że aniołem nie jestem
Chcę tylko nakarmić Nadzieją
Mą duszę na ziemi żyjącą
Niech marzeń nie traci i wiary
W Krainę Ufności piękną
09.07.07
Podczas mszy byłam wpatrzona w obraz Matki Bożej, w moim sercu był pokój, czułam się uwolniona od wszelkich myśli. I nagle przed oczami ujrzałam twarz Jezusa z pięknymi, jasnymi lokami. Jego oczy były przesłonięte dużą, czarną opaską. Pamiętam dokładnie zarys Jego pięknych włosów. Odbijało się w nich światło. Dlaczego Jezus ma zasłonięte oczy? - myślałam. Gdzieś w sercu przyszła do mnie myśl, że Jezus chce mi wskazać, iż wzrok człowieka może mu "przeszkadzać" w rozumieniu Boga. Możemy "oceniać" innych według estetyki ludzkiej. Z drugiej strony, Jezus z "opaską", niewidzący, wydawał mi się Tym, który pójdzie do każdego, gdy tylko zechcemy Go przyjąć. On wyraża "gotowość" pójścia w każde miejsce i do każdego człowieka bez wyjątku, jeśli tylko nasze serca odczują potrzebę Jego obecności. On nie wybiera "ładniejszych", "lepszych", "mądrzejszych". Wychodzi na spotkanie człowiekowi z łaską ofiarowania się. Co my uczynimy z tym "spotkaniem", zależy już od naszego serca, naszej woli. Jezus jest zawsze gotowy na spotkanie, jak "ślepiec", bezbronny wobec człowieka. Możemy Go "przyprowadzić" do swojego serca lub do drugiego człowieka w każdym czasie (nawet w sytuacji wielkiego upadku, grzechu). On nas podniesie, pozdrowi, uleczy. Należy tylko w to uwierzyć.
Jezu, niewidomy wobec naszych przewinień, Miłosierny dla naszych upadków - przemieniaj nas w "spotkaniu serc", cenniejszym niż "spotkanie oczu".
Łaska
Serca człowieczego szuka boża łaska
W kołysce jego chce złożyć swe dary
Gdy ludzkie usta wyśpiewują psalmy
Kołysanką są piękną dla Panny Maryi
Człowiecze serce kropelką jest świata
Perełką różańca świętego
Gdy jedno, Zdrowaś Maryjo, szepcze szczerze
Na złotej nici, do serca spływa, różaniec cały
Gdy prosi człowiek, wpatrzony w Jej oczy
O kromkę chleba ufności i wiary
Bochnem go karmi Maryja Matka
Do syta częstując pokarmem miłości
Gdy usta nasze spękane, bez wody
Owocu pragną, kropli ożywczego Ducha
Deszcz nas zalewa, pięknych darów
Aż trudno pomieścić je w dłoniach
Jak gorzkie są łzy rozpaczy płynące
Jak biedne jest puste serce człowieka
Gdy łask obficie spływających z nieba
Nie widzą jego oczy ślepe
A wystarczy jedno Zdrowaś Maryjo
I spojrzenie na krzyż z uwielbieniem
A łaski popłyną do serca pustego
I szalem niebieskim otrze łzy Maryja
20.07.07
Podczas mszy świętej otrzymałam w sercu temat rozważań: czas. Czym jest czas dla człowieka, a czym dla Boga? Ludzki czas układa się w linii prostej; płyną godziny, lata. Staramy się nasz ludzki czas wypełnić własnymi planami, aspiracjami. Jesteśmy szczęśliwi gdy "naginamy" czas do własnych potrzeb. Ale czy możemy być panami swego czasu życia? Wydarzają się sytuacje, których nie planowaliśmy, zmienia się "jakość" ludzkiego czasu. To co planowaliśmy, staje się nieważne. Pośród naszej codzienności zaczynają pojawiać się wydarzenia, które zmieniają naszą duchowość. Postanowimy na przykład, w naszym ludzkim czasie coś zmienić w życiu, uczynić go drogą do Boga. Nie udaje się nam i wracamy do dawnego "ludzkiego czasu". Ale... przychodzi taki moment, jak błysk, kiedy spływa na nas łaska, dar przemieniający nas całkowicie. I wcale tego nie planowaliśmy. Niektórzy nawet o tym nie myśleli, nie mieli w swoich planach na życie. Ktoś odrzuca długoletni nałóg, ktoś staje się mocno wierzący choć był obojętny na Boga. W życie człowieka wkroczył "boży czas" przemiany naszego serca, duszy. To Bóg zadecydował, wyzwolił człowieka z "jego czasu", dał mu łaskę zmiany życia. Już czas - zadecydował - iść drogą, na której nasze pragnienia skierowane są ku Bogu. I to On staje się zegarem, według którego obliczmy czas, szukając w nim woli Boga, a nie własnej.
Ludzkie cierpienie
Ma twarz człowieka
Oczy przymknięte z bólu
Czasem szeroko otwarte ze zdziwienia
Jak serce, które bije zbyt szybko
Aż w końcu ... umiera
Cierpienie na początku
Skrapiają gorące łzy
Jakby chciały je rozpuścić
W zapomnienie...
Cierpienie, które trwa
Zamienia czasem łzy w sople lodu
Raniące duszę i ciało
Cierpieniu potrzebny jest czas
Aby rozlało się, roztopiło
I modlitwa
Ona ludzkie cierpienie
Zamienia w pamięć
Jak w zasuszony, piękny kwiat
Ślad po ludzkim cierpieniu
22.07.07
Spoglądając podczas mszy na modlących się ludzi, pomyślałam, że każdy z nas jest jak książka. Jedna gruba, zapisana wydarzeniami życia, inna cienka - z kilkoma zaledwie zapisami. Każda ma wartość dla Boga. Może On zna jej tytuł? Może dla każdego zapisał indywidualny scenariusz? Czy go realizujemy? Czy zapisujemy w tej książce jedynie błahe sprawy, tworząc gruby tom? Czy nie warto "czytać" cudze zapisy życia, doświadczenia? Może wówczas byśmy nie błądzili? Gdy staniemy przed Bogiem z "naszą książką" , Bóg pokaże nam "zapis" o wierności, uczciwości. A myśmy go nie zauważyli. Może Bóg nadał naszej książce (życiu) piękny tytuł np.: powołanie, odwaga, bohaterstwo?. Powołania nie dopełniliśmy, odwagę zamieniliśmy w tchórzostwo. Może należy staranniej czytać własną książkę, szukać w niej słów Boga? Szczególnie, że drugiej "książki" nie otrzymamy. Każdemu przeznaczono tylko jeden tom...
Moje wiersze
Z serca gorącego i duszy stęsknionej
Płyną moje słowa, w wiersze układane
I jak ptaki w pierwszym locie, często nieudolne
Prawdy poszukują, jak wyżej ulecieć
Wypuszczam moje słowa, składam je w ofierze
Dla miłości Trójcy i Matki Najświętszej
Jeśli jakiś człowiek zechce je przytulić
Gościem będą w sercu, w samotności chwilach
Dopóki słów mi nie brak w klatce serca mego
Będę chwalić Pana i o łaski prosić
Dla tych, którym słowa usnęły snem twardym
I trudno im powiedzieć: kocham Ciebie, Boże
Może na cud liczę, ot taki maleńki?
Pękną komuś kraty, co miłość więziły
I uśpione słowa wypłyną modlitwą
Melodią piękniejszą niż słowa mych wierszy
Grzech
Wpada do serca człowieka
Jak ptak z połamanymi skrzydłami
Próbuje rozgościć się
I żąda pokarmu
Karmimy go usprawiedliwieniem
Słabej woli, pożądliwością, pychą
A ptak nabiera mocy
Skrzydła zrastają się krzywo
Dusza człowieka żebrze: wyrzuć go
Zostaw w klatce konfesjonału
Oczyść serce z grzechu
Pozwól oddychać czystym rytmem
Jakaś melodia piękna nas dotknie
Wspomnienie modlitwy dziecięcej
Życzliwy uśmiech, słowo dobroci ogarnie
I ptak grzechu trzepocze się niecierpliwie
Kaleczy serce bólem, lekarstwa szukamy
Zbieramy skarby bożych słów Ewangelii
Karmimy grzech nasionami miłości
Boi się ich jak trucizny
Obolała dusza szuka rozpaczliwie
Daru Miłosierdzia
Na Jego pięknych promieniach, jak na skrzydłach
Przyklęka przed konfesjonałem
Jezu, prosi
Daj nadzieję wolności od grzechu
Daj duszy skrzydła
Pięknego wzlotu ku Miłości
27.07.07
Piątek. Poranny różaniec w Radio Józef. Do dziesiątki różańca zgłasza się kobieta z intencją. Bardzo płacze, trudno z tego szlochu wyłuskać wyraźne słowa. W sercu słyszę głos: w życiu tego człowieka zabrakło "odrobinę" Boga w otaczających ją ludziach. Zaczynam się zastanawiać, wyraźne myśli przychodzą do mnie, jakby ktoś chciał wytłumaczyć mi tę sytuację. Zabiegani, zaaferowani swoimi problemami, nie mamy czasu "przyjąć" do swego serca innych ludzi, wysłuchać ich, zaakceptować takimi jakimi są, poszukać w ich życiu przyczyn ich cierpienia. Czasem wystarczy niewiele chwil aby zrozpaczony człowiek otworzył się, wypowiedział. Módl się - mówimy. Czy nasze pochylenie się nad człowiekiem nie jest również wartościową modlitwą? Może mniej byłoby płaczu podczas modlitwy różańcowej?
Tego samego dnia podczas Drogi Krzyżowej, poświęconej w intencji rodzin, zabrzmiało zdanie: oddajemy Ci, Panie Jezu, młode rodziny, aby były zdolne, chciały dźwigać razem krzyż, który przynależy także małżeństwom. Za mało mówimy młodym o tym - pomyślałam. Chcemy z małżeństwa czerpać tylko radość, trud nas załamuje. Można upaść pod "krzyżem" małżeństwa, ale mieć także świadomość, że możemy podnieść się jak Jezus, podczas Drogi Krzyżowej. Zbyt wielu po prostu ucieka. Czy można uciec od krzyża?
Pokuta
Siada przy ciemnej drodze
Naszego życia
Ma twarz grzechu
O którym chcemy zapomnieć
Jest niema od urodzenia
Próbujemy ją minąć
Odwracając oczy
Wstaje i wyprzedza nas
W sercu budzi smutną muzykę
W oczach łzy
Sumienie krzyczy jak zbudzone
Złym snem dziecko
Nie pozwala się minąć
Choćbyśmy przyspieszyli kroku
Pokuta jest jak kolec uwierający
Musisz do niej podejść
Podać rękę
Przyznać się do niej
Wstań, powiesz, pójdziemy razem
Z modlitwą, czynem
Zadośćuczynienie zaniesiemy
Do tych, których skrzywdziliśmy grzechem
09.08.07
Wspomnienie Teresy Benedykty od Krzyża
Podczas mszy świętej w naszym kościele jest adoracja Najświętszego Sakramentu, odmawia się Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Postanowiłam poświęcić ją za tych co "nie mają czasu" aby wynagrodzić Jezusowi swoje zaniedbania. Usłyszałam w sercu: Moja miłość jest dla każdego jednakowa, na każdą czekam... Rozważałam te słowa dokładniej: Jezus i wierni, Jego dzieci.
Jezus chce okazać swą miłość i ci, którzy po nią przychodzą, zachowują się jak kochające dzieci wobec ojca, matki. Okazują miłość, wdzięczni są za nią. Ale czy matka, ojciec ziemscy nie przestają kochać niewdzięczne dzieci? Wypatrują latami na ich dobre słowo. A cóż dopiero Jezus... (przypowieść o synu marnotrawnym). Jezus też pamięta o tych, którzy o Nim zapomnieli. Czeka i kocha. Jego miłość nie ma ograniczeń. Czeka na grzesznych, którzy często boją się spowiedzi, zbliżenia. A przecież On przyszedł na ziemię aby zbawić grzeszników, bo tacy wszyscy jesteśmy. Święci znają Miłość i Jej wartość, grzesznicy często boją się stanąć przed Jezusem, a przecież i ci, którzy się w Niego wpatrują... też grzeszą. Tacy jesteśmy i do "takich" przyszedł Jezus. Zrozumiałam, że Koronka do Bożego Miłosierdzia to wielki dar - dar polecania Jezusowi ludzi "lękających się" okazania Mu miłości. To dar polecania niewdzięcznych dzieci, na które czeka... tak jak ziemski ojciec i matka czekają cierpliwie na miłość swoich ziemskich, niewdzięcznych dzieci.
Prawda
Szukam drogi do rąk Twoich, Boże
Niezdarnie i niecierpliwie
Modlitwa unosi mnie jak skrzydła
Balast grzechu ciąży ku ziemi
Wolną wolę dałeś mi w posagu
Miejsce wyznaczyłeś do pielgrzymowania
Jak zagubione dziecię z tablicą przykazań
Pamięcią o Twojej miłości
Szukam drogi powrotnej
Do rąk Twoich, Boże
Pielgrzymi moich czasów
Poprawki na tablicy Twej czynią
To co kamienne i ciężkie
W papierowy zapis zamieniają
I własne prawa piszą...
Mozolnie zbieram porzucone kawałki
Mojżeszowej tablicy
Próbuję złożyć Twoją Prawdę, Boże
Czasem kaleczę ręce
Czasem duszę i serce
I choć lata mijają, do całości daleko
Ale pamięć Twoich rąk
Twojej miłości
Podnosi mnie z upadków
12.08.07
Podczas niedzielnej mszy pomyślałam o kobiecie siedzącej przede mną. Ciągle oglądała się na bok. Trochę mnie to irytowało i nagle usłyszałam w sercu jedno zdanie, które nauczyło mnie "serdecznej" tolerancji: bądź tolerancyjna dla innych... tak jak Ja jestem tolerancyjny wobec ciebie.
Wychodząc z kościoła zobaczyłam gromadzących się żebraków. Usiedli na ławce i liczyli pieniądze. Nie obyło się bez przekleństw. Poczułam wielką przykrość. Jakże, Jezu, ci ludzie mogą przebywać w kościele i zachowywać się jak "szatani". Czyżby zło też krążyło po kościele i nawiedzało ludzi?
Zapomniałabym o tym pytaniu, gdyby nie odpowiedź w trakcie mszy: Szatan gnieździ się w ludzkim sercu. Z "takim sercem" niektórzy wprowadzają szatana do kościoła... Jakże istotne jest "wejście" do kościoła z miłością, przebaczeniem...
Uliczny krzyż
Najmocniej kocham Cię w deszczu
Gdy samotny, bezbronny, na krzyżu wisisz
W ulicznym zgiełku
Deszcz zmywa kurz z Twego ciała
I ze sztucznych kwiatów
Pod Twoimi stopami
Ludzie pod parasolami nie podnoszą głów
Ręce mają zajęte zakupami
Głowę, myślami
Nie pozdrawiają Cię...
Jesteś jak część miejskiego pejzażu
Jak pobliski dom...
Bezbronny na skrzyżowaniu ulic
Często bardzo samotny
Jak wielu z nas, przechodniów
Zagubionych w obojętności miasta
21 - 26.08.07
Pielgrzymka do Banneux, Belgia
Msza święta w kaplicy Matki Bożej Medytującej. Maleńka kapliczka, nad ołtarzem jest duży krzyż, na krzyżu - złota sylwetka Jezusa. Zauważyłam, że ręce Jezusa nie przylegają do poprzecznej belki, unoszą się lekko ponad nią. Mam wrażenie, że artysta tworząc „złotego” Jezusa nie „przystosował” Jego dłoni do krzyża...
Zapytałam swojego serca: dlaczego, Jezu, jesteś taki błyszczący, złoty, wprost unosisz się z krzyża? Niepokoił mnie ten krzyż z Jezusem...
Podczas mszy świętej, w medytacji przyszła do mnie myśl - odpowiedź: współcześni ludzie „pozłacają Mnie”, nie chcą widzieć Moich ran, Mojego bólu... Chcą Mnie widzieć jako piękny symbol, tradycję... a nie cierpiącego każdego dnia...
Kaplica z obrazem Matki Bożej Ubogich.
W tej kolejnej pielgrzymce do Matki Bożej Ubogich, poświęciłam dużo czasu na modlitwę. Pielgrzymkę poświęciłam w intencjach Matki Bożej, odsunęłam na bok wszystkie swoje prośby. Podczas modlitwy odczuwałam wielką wdzięczność, że mogę być kolejny raz w tym pięknym miejscu. W tym sanktuarium odczuwa się niezwykły spokój, indywidualną, mocną więź z Maryją. Może sprawia to skromność kapliczek usytuowanych w parku, pobliski szpital z ciężko chorymi. Mam wrażenie, że Matka Boża Ubogich czeka na każdego w skromnej izbie, wysłuchuje...
Podczas modlitwy, z sercem pełnym wdzięczności „oddawałam się” Maryi. Jakby z poszumem wiatru dobiegł mnie głos: będę się tobą opiekowała...
Byłam szczęśliwa i niezwykle wdzięczna, bo podczas tej pielgrzymki nie przyszłam do Maryi z osobistymi problemami. Chciałam poświęcić trud tej pielgrzymki w Jej intencjach... Szczególnie, że wokół nas, po alejkach „wędrują na wózkach” ciężko chorzy ludzie, ich ból jest tak widoczny. Opiekunowie w białych fartuchach są jak aniołowie, przyprowadzający chorych do „źródełka” Maryi. Zrozumiałam przesłanie, które do mnie dotarło. Maryja - Pielęgniarka opiekuje się ludźmi, ale trzeba „oddać się” Jej w opiekę. Tak jak oddajemy się w opiekę w szpitalu. I nie może to być tylko chwila, lekkie ugięcie kolan w krótkiej modlitwie. Musimy każdego dnia, z ufnością i wiarą, modlić się do Maryi o „lekarstwo” dla swej duszy i ciała.
Ukryty skarb
Myślałam, że miłość do Ciebie, Jezu
Spływa jak ogień i woda
Kaskadą iskier i wodospadów
Jest gwałtowna jak burza
Wywraca stare drzewa - grzechy
Przywraca jasność po ciemności
Jak łaska niezasłużona...
Moja miłość do Ciebie przyszła w ciszy
Przystanęła blisko mnie, jak anielska ochrona
Zatrzymała myśli, czas, otoczyła ciepłem
Jakaś dłoń wrzuciła w serce małą perłę
Noszę ją jak skarb ukryty
Ona zapala się ogniem, gdy o Tobie myślę
A czasem ziębnie, gdy ulegam światu
Pulsuje wówczas bólem zranienia
Ukryta, niewidoczna, jak miłość bez gestów
Wysyła myśli, modlitwy, zgina kolana
Ciągle Ciebie szuka, Jezu...
Msza święta na wzgórzu Chevremont
W kaplicy jest cudowny krzyż, przed którym modliła się autorka „Orędzia do Małych Dusz”. W pewnej chwili ujrzałam obraz tego krzyża, a pod nim kwiaty, zboża - pnące się ku Jezusowi. Jezus z krzyża „widział” kłosy, kwiaty, które ku Niemu wzrastały. Pod krzyżem klęczeli ludzie i „siali nasiona” - maleńkie jak nasze modlitwy, prośby, postanowienia. Tylko Jezus „widział” ich końcowy wzrost... piękny kwiat czy kłos. Czasem nie zdajemy sobie sprawy jak piękny kwiat, kłos wydaje nasza „mała miłość” do Jezusa - wdzięczna i wierna.
Gdy niebo zstępuje
Jest takie wzgórze w Belgii, Chevremont
Pan Jezus je uświęcił... Orędziem
Spisała je Małgorzata
Małą duszą ją nazwał Jezus, stokrotką
W sierpniu, od lat
Pod wielkim namiotem
Ludzie modlą się tu o pokój
Na świecie i w ludzkich sercach
Jak życzył sobie tego Jezus
I w ten dzień, niebo
Zstępuje na ziemię
A piękny Jezus z Chevremont
Błogosławi światu rękami biskupa
Matka Boża Ubogich z pobliskiego Banneux
Zasiada w loży kapłanów
Usta wiernych szepczą modlitwy
W kilku językach świata
Wysłużony namiot jest jak kaplica
Wybudowana rękami aniołów
To czas, gdy niebo dotyka ziemi
I odwiedza uświęcone
Zielone wzgórze Chevremont
Katedra Matki Bożej w Luksemburgu
Piękna, bogata, pełna turystów z aparatami. Niewielu ludzi modli się dłużej, więcej ogląda wystrój. Ciągle ktoś z aparatem, głośną rozmową „wytrąca” mnie z medytacji. Matka Boża ... w muzeum - mam takie wrażenie. Matka Boża jako piękna figura (kojarzę to ze „złotym Jezusem”). Zamożni ludzie Zachodu „fotografują się” z Matką Bożą... Są w tym miejscu, bo setki lat dodały bogactwa tej świątyni. Modlę się, abyś Matko Najświętsza nie pozostała tylko na ich fotografiach...
Dzieci Bolesnej Matki
W oczach Twoich, Bolesna Matko
Kamienie grzechów naszych
Ty je łzami rozpuszczasz
Do Syna zanosisz, prosząc o miłosierdzie
Ręce Twoje, Bolesna Matko
Oczekują próśb i obietnic grzeszników
Z wiarą i miłością po nie sięgasz
Pamięcią świętą i darami obdarzasz
Serce Twoje, Bolesna Matko
Ciernie niewdzięcznych dzieci oplatają
Mimo bólu, przytulasz je
Cierpliwie czekasz na chwile wzajemnej miłości
Stajesz, Bolesna Matko, jak posąg żywy
Na drodze każdego człowieka
A my stąpamy po śladach Twoich bolesnych łez
Zaślepieni własnymi łzami...
Opactwo cystersów w Clervaux, Luksemburg
Piękne, proste, monumentalne, surowe. Miejsce do głębokiej modlitwy. Warunki „pielgrzymującego” nie pozwalają na dłuższe przebywanie, musimy jechać dalej.
Skromne miejsce do adoracji Najświętszego Sakramentu, kilka ławek. Podchodząc odczuwam ogarniające mnie, zniewalające ciepło. Klękam, brak mi słów modlitwy, chcę tylko być w tym miejscu i poddać się „oddechowi Jezusa”, adorować Go bez słów. Trwa to kilkanaście minut, mam wrażenie, że mogłabym tak trwać wiele godzin bez słów, uczuć, emocji. To bardzo głębokie odczucie. Myślę, że gdybym się poddała całkowicie, naraziłabym innych pielgrzymów na opóźniony wyjazd. „Wyrywam się” z tego stanu tylko dzięki woli rozumu. Tęsknota pozostaje...
Święty czas
Życie to dreptanie w codzienności
W rytm zegara i kartek kalendarza
Jak ziemia, codzienność się obraca
Dając światło radości i mrok smutku
Nieodparcie popycha naprzód
Jakby bała się umrzeć...
Znam miejsce bez kalendarzy i nerwowych zegarów
Miejsce mocy
Chroniące przed czasem rozedrganym
Bez wrzawy bazaru świata
Miejsce
Zmieniające codzienność w święto
Tam nadzieja splata się z miłością
A wiara widzi niewidoczne
Dusza dotyk czuje, w tęsknocie niezaspokojonej
Słowa sens tracą, nawet najpiękniejsze
W Adoracji Świętej
Na kolanach
Milczenie staje się rozmową z wiecznością
24.09. - 04.10.07
Pielgrzymka do Włoch. Moim wielkim pragnieniem było pomodlić się przed cudownym Obliczem Jezusa z Manoppello. Będąc na miejscu, nie mogłam oderwać oczu od tej relikwii. Pomimo tłumu pielgrzymów, zapadłam w przedziwną ciszę, oddałam się uwielbieniu Jezusa. Do mojego serca „przychodziły” słowa, jakby Jezus „uczył mnie”: „szukacie Mojego Oblicza, a przecież Jestem w waszej duszy. To wy odgradzacie się ode Mnie swoimi sprawami ze świata... Szukacie Mnie w Manoppello widzialnym, jakby bojąc się sięgnąć w głąb duszy i tam Mnie zobaczyć... Odbijam Swoje Oblicze jak zdjęcie na kliszy waszej duszy, szukajcie Mnie tam... Moje Oblicze to nie dzieło sztuki, choć niektórzy tak je traktują... Ono daje szansę przemiany życia..., jest jak zagubione zdjęcie w albumie wiary... Znajdź czystą przestrzeń w sobie..., tam będzie Moje Oblicze... Niekiedy muszę sięgnąć aż po „grób grzechu”, aby ukazać... „Swoje Oblicze”.
Szczególnie zastanowiło mnie ostatnie zdanie. Jezus nie opuszcza żadnego grzesznika, nawet tego, który osiągnął „dno grzeszności”. Jeśli tylko grzesznik zechce zmiany swego życia, to na „dnie tej grzeszności” odbija się Oblicze Jezusa. Ono zawsze czeka... jak zapomniana fotografia, dawno odrzucona, zagubiona pomiędzy innymi fotografiami z życia, znaczonymi grzechem. Oblicze Jezusa z Manoppello nawraca ludzi... wierzę w to bardzo.
Poprosiłam Jezusa, abym choć przez chwilę mogła być z Nim sama, pomimo, iż wydawało się to niemożliwe z powodu dużej grupy pielgrzymów. Przez chwilę modliłam się, dziwny pokój zapanował we mnie. Gdy otworzyłam oczy, stwierdziłam ze zdziwieniem, że jestem prawie sama przed Obliczem Jezusa. Obok mnie klęczały zatopione w modlitwie dwie kobiety, jak cisi aniołowie, głęboko pochylone, oddawały cześć Obliczu Jezusa.
Według mnie był to mały cud, bo trwał kilka minut, co w natłoku pielgrzymów wydawało się wprost niemożliwe.
Potem jesteśmy w Rzymie, w bazylice św. Piotra. W bocznej kaplicy trwa Adoracja. Kaplica jest bogato złocona. Przyszła mi myśl: wokół taki przepych, złocenia, trudno mi się skupić... Słyszę w sercu: czasem przepych i złoto są „kratą” dla serca człowieka. Ta krata, pomyślałam, może odgradzać, onieśmielać spragnione serce człowieka. Czyżby w bogatych wnętrzach gubił się gdzieś prawdziwy kontakt Bóg - człowiek? Obserwując pielgrzymów, którzy zwiedzali bazylikę, zastanawiałam się, ilu z nich dozna przemiany serca. Ławki w kaplicy Adoracji nie były zapełnione...
Jezus z Manoppello
W Twe Oblicze wpatrzona
Duszę ukazuję, zapisaną życiem
I za łaskę tak widoczną, Panie, Ci dziękuję
Jeszcze mogę poprawić rysunek mej duszy
Jeszcze mogę wyprostować krzywe linie życia
Jeszcze mogę wpisać słowa Twoje, Jezu
W serce, aby biło rytmem Twoich życzeń
Jeszcze mogę klęknąć w modlitwie błagalnej
Spojrzeć w Twoje oczy patrzące uważnie
Ja, pielgrzym zagubiony, nierzadko w swym świecie
Mogę duszę złożyć przed Twoim Obliczem
Zdejmij Panie zasłonę, która miłość dzieli
Między światem śmiertelnych, a pałacem świętych
Daj wiarę, z nadziei płynącej z Twych oczu
Iż spotkanie nasze będzie trwało wiecznie
Wyryj Swe Oblicze, Jezu z Manoppello
Fleszem światła z Ducha płynącego
Aby dusza moja niosła Je przez życie
Jak relikwię świętą, jak prezent od Boga
05.10.07
Pierwszy dzień po pielgrzymce, msza w mojej parafii. Może to owoce pielgrzymki, bo w moim sercu „słyszę” wiele zdań, jakby ktoś mnie pouczał: ta niebieska zasłona z twojego wiersza to... wiara. Jeśli jest mocna, zasłona staje się przezroczysta, widzisz więcej, silniej odczuwasz boży świat. Wiara słaba, wątpiąca - to zasłona nie przepuszczająca światła z bożego świata. Grzesznika, który nie wierzy w Boga, oddziela od bożego świata - czarny kir, ciemność. Świat Boga, Jego Miłość jest blisko was, to tylko ludzie pozbawieni wiary nie czują tej bliskości. Wiara to dar, łaska, o którą należy się modlić, a wówczas Duch Święty rozjaśni naszą zasłonę, świat wieczności dotknie świat śmiertelnych.
Szczęście
Myślałam, że szczęście
Jest jak gejzer, który wybucha
A spadające drobiny karmią
Teraźniejszość i przyszłość
Myślałam, że szczęście
Jest hałaśliwe jak małe dziecko
Śmieje się radośnie, beztrosko
I nie zna smaku słonych łez
Nieoczekiwanie, jak ślepiec
Któremu dano kilka minut widzenia
Poznałam inne szczęście
Nie było gejzerem, nie było hałaśliwe
To szczęście było muzyką
Cichą i unoszącą ku pięknu
Wypełniało przestrzeń całego serca
Ogarniało, jak czysty świt poranka
Błagałam, aby trwało...
Jak nieustająca pieśń uwielbienia
Chciałam zatrzymać to szczęście
Ale... nie było z tego świata
Zaplątało się między słowa modlitwy porannej
Na chwilę, jak zagubiony pierścionek świętej
Pozostała pamięć o nim, płomyczek tlący
Kilka łez radości na dłoni wyciągniętej
18.10.07
Msza święta (wspomnienie św. Łukasza)
Przez całą mszę brzmiało mi w uszach zdanie: a słowo stało się ciałem. Jezus stał się ciałem. Jego ciało było doskonałe, nasze skażone jest grzechem pierworodnym. To przez nasze słabe ciało dotykają nas wszelkie grzechy. Jak umocnić nasze ciało, serce, umysł? Poprzez spowiedź i komunię świętą. Wydaje się to oczywiste, ale czy o tym pamiętamy?
Komunia święta, spowiedź podnosi nas z upadków, wzmacnia nasze ciało, jak święte lekarstwo, uodparnia na grzech. Posileni ciałem Chrystusa, stajemy się silniejsi w walce z lenistwem, próżnością i innymi słabościami.
Współczesny świat szczególnie działa na nas poprzez ciało. Usprawiedliwia nasze upadki z powodu rozwiązłości (miłość jest najważniejsza), wzmacnia naszą próżność (moda), odbiera znaczenie takim wartościom jak skromność, czystość, wierność.
Współczesny świat każe być silnym, przebojowym, zdrowym i modnym. Młodzież ulega tym wartościom. Po latach czują się oszukani. Zło najłatwiej uderza w uległe ciało, osłabia ducha. Słabość ciała to nie jego fizyczna choroba, to łatwość z jaką poddaje się grzechowi.
Litery Miłości
Z ziemi jestem
I ziemski znam alfabet miłości
Ty, Boże, swoją Miłość
Niebiańskimi literami opisujesz
Twoja Miłość stała się ciałem
Moja, pisana ludzkim alfabetem
Ukrzyżowała bożą Miłość
Szukam w sercu Twoich liter, Boże
Ziemski alfabet wciska się jak wirus
Codzienność z niebem
Modlitwa, Drogę Krzyżową wskazuje
Litery Twoje krzyżem są znaczone w przestrzeni męki
Krzyż na plecach, krzyż upadły, krzyż uniesiony
Czternaście liter alfabetu bożej Miłości
Wypisane na ziemi...
Odczytał je Szymon, odczytała Weronika
Daj światło, Boże, naszym duszom
Abyśmy znaczyli swoje życie
Twoimi literami Miłości
21.10.07
Podczas mszy świętej ujrzałam sylwetkę człowieka, na piersi zaś, Oblicze Jezusa, jak ikona przylegało do serca. W medytacji zaczęły do mnie przychodzić myśli. Każdy z nas przychodzi na świat z Obliczem Jezusa w sercu. Co zrobimy z tym Obliczem, to już nasza wola. Niektórzy pielęgnują to Oblicze, aby nie zniszczyć Jego wartości, ozdabiają Je swoim uczciwym życiem i modlitwą, inni odkładają Je na „półkę zapomnienia”, zajęci bieżącymi sprawami. Tragiczne wydarzenia w życiu powodują, że zaczynają szukać Oblicza, które odłożyli w zapomnienie. Jedni znajdują (to wielka łaska), inni popadają w zwątpienie. Staniemy kiedyś przed Bogiem z ofiarowanym nam Obliczem Jezusa. W jakim Ono będzie stanie? Czy będzie tylko zniszczoną kartką, czy piękną ikoną?
Sens życia
Myślałam, że życie
To koncert życzeń, Boże, do Ciebie
A Twoje milczenie, to kara
Myślałam, że ptakiem jestem
Zamkniętym w klatce
A Ty mnie karmisz według swojej woli
Po latach, które przeminęły
Jak liście zmiecione wichrem
Dusza moja, ciszą ogarnięta
Szukała prawdy o życiu
I w pewnej chwili, powiew lekki ją ogarnął
A może Anioł dotknął mnie skrzydłami?
Myśl przyszła, jak promień złocisty
O prawdzie naszego życia
Nie posłałeś nas, Boże, na ziemię
Dla samych radości i cierpień
Zamysł miałeś w swym sercu
Abyśmy tu, na ziemi
Uczyli się... Miłości do Ciebie
Nadzieję, tak myślę, Boże, miałeś
Jak Ojciec po latach rozłąki
Aby na wspólnej drodze
Kiedyś się spotkały:
Twoja Miłość do nas
I nasza ... do Ciebie
31.10.07
Podczas Adoracji pomyślałam, że człowiek chce widzieć pewne wartości aby były ozdobione, „ozłocone”. Chciałby Miłość Jezusa do ludzi przemienić w „złotą miłość”. A przecież Miłość Jezusa do ludzi okupiona była wielką męką. Prawdziwa miłość (jak choćby przykład życia Matki Teresy, jej pomoc chorym w Kalkucie) była trudna, kryła się w ranach tych chorych, w mozolnym pielęgnowaniu. Miłość, do której nawołuje Jezus, nie ma „złoconych ram”, często jej nie widać. Możemy ozdobić krzyż kwiatami, ale nie usuniemy ran z wizerunku Chrystusa. One ciągle krwawią, aby człowiek nie zapomniał, że prawdziwa Miłość to całkowite oddanie, mimo bólu, choroby, przeciwności.
Takiej miłości nie zamkniemy w złoconych ramach, ona wyłamuje się z każdych ram i tylko serce człowieka dotkniętego tą miłością, zdolne jest ją realizować (przykład świętych).
Noc duszy
Jak ziemska kula obraca się ku słońcu
Dając dzień, a potem noc
Tak dusza ludzka ma swój dzień i Noc
W ciemnościach, lampy wiary szukam
Ale Noc trwa, jak cierpienie bez powodu
Słowa modlitwy jak echo
Odbijają się od duszy
I wracają lękiem porzucenia
Wsparta o skałę własnego Ogrójca
Szukam Ciebie, Jezu, w swojej Nocy
Otwieram uszy na Twój głos
W ciemności tyle bólu czuję
Jakby czyściec u mnie zagościł
A Jezus milczy, skulony
Przy palu biczowania
W Nocy duszy, oczy widzą wyraźniej
Nic nie zagłusza bolesnej ciszy
Ciemność przygarnia jak cela pustelnika
W wielkiej samotności
Szukam przyjaznych oczu, rąk
Wzywam ratunku ...
Zbolałe serce zapala mała iskra
Oświetlając słowa nadziei:
Jezu, ufam Tobie
I wychodzę do nich z mojej Nocy duszy ...
Jak słońce ogrzewa dzień, dając światło
Jak księżyc rozjaśnia ciemność nocy
Tak promienie Bożego Miłosierdzia
Czuwają nad Nocą każdej ludzkiej duszy
18.11.07
Rozważając naszą aktywność religijną, jak choćby częste uczestnictwo w codziennych mszach, przyszła do mnie myśl (może podsunął ją mój Anioł Stróż?), iż okazując Bogu swoje przywiązanie, mamy wobec Niego szczególne zobowiązanie. Bóg „liczy” na naszą miłość i więcej od nas oczekuje niż od tzw. obojętnych osób. Dzieje się tak, bo jak to w życiu bywa, bardziej cierpimy, gdy najbliżsi nas zawodzą. Reagujemy żalem na niewierność najbliższych bardziej niż wtedy gdy doznajemy urazów od osób obcych. Myślę, że okazując Bogu naszą wierną miłość, musimy być Mu bardziej oddani, według słów Ewangelii: więcej otrzymaliście (miłość do Boga), więcej dawajcie ...
Mocna wiara jest darem, którego nie wolno zmarnować. Bóg walczy też o tych obojętnych, ale czy nie dał nam daru wiary, abyśmy Mu w tym mocno pomagali?
Wizyta anioła
Mądrość ludzka mówi
Anioł, jak duch się unosi
I ręką go dotknąć nie można
Dzieci sercem go czują
A oczy ich, widzą więcej
Choć serce moje dorosłe
Zranione mądrością świata
Ma jeszcze puste miejsca
Na tęsknotę piękną
Za dotykiem ... anioła
Przybył nad ranem w białej sukni
Strapiony zasmuceniem moim
Na myślach złych położył rękę
Skrzydłem, jak kołdrą osłonił
Zamknął ciepłem oczy moje
Uszy otworzył na muzykę nieznaną
Splotły się nasze ręce
W przestrzeni serca niewidzialnej
I tak trwaliśmy, jak pieta nieruchoma
Ja, córka tej ziemi
I On, książę niebieski
23.11.07
Podczas mszy świętej w klasztorze sióstr M.B. Miłosierdzia, przyszła do mnie nagle myśl, jasno ukazująca nasze ludzkie bytowanie na ziemi. Bóg - Stwórca dał nam piękny świat, który jest naszym mieszkaniem, a my jesteśmy tylko lokatorami. Naszym obowiązkiem jest dbać o nie. Jak w każdym domu, obowiązują pewne zasady, przekraczanie ich „niszczy” spokój tego domu, stwarza bałagan, chaos ... Zapytałam: jak w tym domu możemy spotkać się z Tobą? I usłyszałam w sercu: Przecież teraz jesteś u Mnie na Uczcie przy Stole Pańskim, podczas tej mszy świętej
W naszym domu - świecie (jak w pojedynczych domach) jest stół, przy nim spożywamy pokarmy. Stołem Pańskim jest Ołtarz i Ofiara Syna Bożego. Na mszy spotykamy się z Jezusem. Bóg - Stwórca ofiarował nam Spotkanie ze Sobą, uczestniczy w naszym życiu, jak Ojciec - Gospodarz Domu, który zbudował dla nas, ludzi. Dom - Świat istnieje w pokoju, gdy domownicy żyją zgodnie, a życie w zgodzie to przestrzeganie bożych praw, praw Stwórcy świata. Niestety ludzie przekraczają te prawa - stąd chaos w naszym Domu - Świecie. Zapominamy też o oddawaniu czci Temu, który ten Dom z miłością pobudował. I jak w każdym domu należy się cześć Ojcu, tak i nasz Stwórca czeka na naszą miłość. Dobra rodzina żyjąca przykazaniami Boga, to swoisty (oczywiście w miniaturze) nasz wielki świat.
Myślę, że sytuacja rodzin w świecie jest obecnie trudna, daleka od dobrych wzorców (brak szacunku dla rodziców, aborcje itp.). W wyniku chaosu w pojedynczych rodzinach, tworzy się chaos na świecie. Ten nasz „miniaturowy świat” (rodzina) daje wkład w porządek świata. Bóg - Gospodarz świata dał nam wolną wolę abyśmy zgodnie z naszymi zdolnościami „strzegli” świata. Ale niestety ten świat, to nie raj, gości w nim „uśmiechnięte zło”, zadowolone z chaosu, który powstaje w wyniku podszeptów szatana. Obserwując zmiany zachodzące w społeczeństwie w wyniku wprowadzania „wartości”, które nie są wartościami w oczach Boga - ten szatański chichot jest wyjątkowo donośny. Nadzieją są wspaniałe rodziny, ludzie, którzy nie ulegają „nowinkom moralnym”, nadmiernej tolerancji wobec pewnych zjawisk, ale trwają przy nauce Jezusa. To „trwanie” to nie dewocja (jak szydzą niektórzy), ale mądrość i świadomość, że Gospodarz tego świata, Bóg, dał nam ten świat z miłością, ale miłości i szacunku oczekuje też od nas.
Miłosierdzie człowieka
Idzie człowiek, głowę wysoko unosi
Chciałby nieba dosięgnąć, kosmosu
Pod nogami krzyże jak kwiaty kwitną
Depcze je wpatrzony, w dal swoich marzeń
Łzy innych niecierpliwie ociera
To tylko deszcz, myśli, przeminą
Nie pomaga tym, którzy na drodze
Ręce do niego wyciągają, po pomoc
Idzie człowiek, grzechy innych wylicza
O swoich już dawno zapomniał
Jakże Jezu, Ty, który wybaczałeś
Nauczysz go, Miłosierdzia Świętego
Kiedy worek z pychą mu przebijesz
Aby oczy jego ku ludziom spojrzały
Jaki krzyż wielki ustawisz naprzeciw
Aby nie mógł go minąć bezkarnie?
Czemu milczysz Jezu, gdy widzisz
Zamiast serca, broń w ręku człowieka?
Czemu płaczesz, do krzyża przybity
I wybaczasz katom na tej ziemi?
Gdy pod krzyżem tak klęczę i pytam
Głos z niego płynie, jak smutna skarga:
Tak mało modlitw słyszę za grzeszników
Jakże ubogie jest ... miłosierdzie człowieka
Dotknij mnie
Zmęczona trudną drogą
Pod krzyżem usiądę
Jak pod wielkim dębem
Jego cień mnie ochroni
Od promieni słońca
Wokół tyle złudnych
Miraży pokrętnych
Trudno drogę wybrać
Gdy człowiek strudzony
Pod krzyżem sobie usiądę
Jak pod wielkim dębem
Przeczekam z Tobą, Jezu
Noc, gwiazdami płonącą
Po łzy Twoje, do krzyża sięgnę
Będą mi napojem ...
Rankiem, gdy świt się zbudzi
Jak dziecko niewinne
A Ty z krzyża zejdziesz
Do świątyń i ludzi
Prośbę mam do Ciebie
Jedyną, maleńką:
Dotknij mnie leciutko
Abym nie zaspała ...
I poszła za Tobą
25.12.07
Obudziłam się wczesnym rankiem. Chciałam zasnąć, ale w sercu i uszach słyszałam „wykład”, jakby ktoś chciał mnie nauczać ...
Życie ludzkie to droga krzyża, cierpienia, dotrzeć do Prawdy można tylko tą drogą, akceptując bożą wolę. A cóż z radością życia ? - zapytałam. Radość (tą prawdziwą) osiąga się nie schodząc z drogi przeznaczenia bożego. Każde cierpienie - krzyż, „nałożone” przez Boga, zmierza na końcu, ku radości poznania Bożej Miłości, przytulenia się do Niej, znalezienia ochrony w Niej. Ludzie buntują się przeciwko cierpieniu, szukają ziemskich radości. Nie znajdują w nich pełnej satysfakcji. To radość chwil. Taką radość „chwil” podsuwa nam szatan, znający dobrze niespokojną naturę człowieka.
Bóg daje radość dojrzałą, piękną, spełniającą się w pokoju serca. Radość „chwil” nie daje tego pokoju, ciągle chce więcej, jest wymagająca.
Bóg „wypełnia” ludzką duszę i serce słodyczą , kiedy człowiek zgodzi się podjąć ten krzyż, szatan zaś wprowadza ciągły niepokój.
Współczesny świat pełen jest pokus „chwil radości” i teorii, iż „każdemu należy się szczęście”. Ale czym ono jest? Czy szczęście to jest posiadanie czegoś, kogoś? Czy ludzie nie zastanawiają się ile potrzeba rzeczy, ludzi aby wypełnić serce i powiedzieć: jestem szczęśliwy, radosny do końca życia ...
Ilu ludzi nawróciło się do Boga poprzez krzyż? A ilu twierdzi, że zawiodło się na Bogu, bo muszą dźwigać krzyż, albo po prostu go nie chcą, odrzucają ... Czy znajdują ukojenie po odrzuceniu krzyża? Pewnie znajdują, ale w „chwilach” - nierzadko w narkotykach, alkoholu, nowych związkach.
Bóg nie przeznaczył nas jedynie do „chwil radości”, które dają smak życiu, ale go nie wypełniają. Pełnię poznana własnego człowieczeństwa, własnej duszy osiągamy podążając ku Prawdzie Boga, która jest Miłością. Bo tak naprawdę to tylko On zna potrzeby serca człowieka. Zrozumienie tej prawdy zajmuje wielu ludziom niekiedy całe życie, ale Boża Miłość czeka ... Ona nie jest chwilą, jest wiecznością, a dla wieczności przecież, Bóg nas przeznaczył.
Mój Jezus
Mój Jezus nosi szaty skromne
I krzyż pełen raniących sęków
Mój Jezus moknie w deszczu
I marznie przed drzwiami
Na klucz zamkniętymi
Mój Jezus karmi się łzami
Ludzi, przez świat odrzuconymi
Mój Jezus żebrze o miłość, jak biedak
Gdy my przechodzimy obok
Mój Jezus nie ma choinki z lampkami
Ani przy stole nie siada sutym
Każdego dnia szuka człowieka - lekarza
Który bandażem opatrzy Mu rany
Mój Jezus nie jest tak kolorowy
Jak na obrazach malarzy
I pieśń za Nim nie idzie
Głośna, jak chóry z katedr wspaniałych
Mój Jezus cichutko nuci
A czasem szepcze znużony
Do ludzi, którzy mijają kościoły
Puste, bogato zdobione
Mój Jezus, powiedział mi Anioł
Nie jest świąteczny, pozłacany
On jest zwyczajnie, jak my strapiony
I taki bardzo bliski ...
Codzienny