24.01.2011 Przed mszą świętą, podczas modlitwy ujrzałam dziwne, zaorane pole, czułam zapach ziemi. Wokół była mgła, z każdej strony. Chciałam znaleźć drogę odwrotu z tego pola, ale wszędzie był ten sam obraz mgły. Zaczęłam się modlić. Nagle ujrzałam przed sobą rów głęboki, trudny do przejścia. Na przeciwnym brzegu tego rowu ujrzałam sylwetkę Jezusa ubranego w białe szaty. Towarzyszyli Mu jacyś ludzie. Chciałam być tam razem z nimi. Ale jak tam przejść? Wtedy usłyszałam w sercu: Zbuduj most ze swojej modlitwy, jeśli jest ona szczera, wiarygodna - przekroczysz ten rów bez lęku … Zrozumiałam jak cenna jest nasza modlitwa zaufania. Modlitwa-most budowana na słabych przęsłach, nie daje nam odwagi przekroczenia tego „rowu”. Musimy dążyć do takiej modlitwy, z którą gotowi jesteśmy przekroczyć ową „przepaść” dzielącą nas od Jezusa. To trudna modlitwa, modlitwa całkowitego zaufania Jemu, a nie uleganie własnym lękom i niepewności. Jezus powiedział: „pragnę” … Jedno słowo. Oby „pragnę” naszej modlitwy dawało nam Jego moc …
Następnego dnia, będąc na mszy w kościele, poczułam gwałtownie dziwną skruchę w sercu. Jestem na "uczcie", Jezus przychodzi do nas w komunii ... jak niewolnik miłości. Przystępujemy do Niego "prosto z własnego życia", często nawet niedostatecznie przygotowani na przyjęcie tego pięknego daru, z własnymi problemami wypełniającymi umysł. A On do każdego przychodzi, bo my podchodzimy po ten dar ... a On się ... oddaje każdemu, kto tylko wyraża wolę. To my decydujemy, a On przychodzi do nas, chociaż nie zawsze jesteśmy tego godni. On - niewolnik własnej miłości do każdego z nas.
Modlitwo moja …
Czasem nasza modlitwa słowami płynie
Nurt rzeki przypomina, łagodny, usypiający
Istota słów gdzieś w rutynie się gubi
Modlitwa, duszy nie porusza
Kiedy cierpienie dotknie naszego życia
Modlitwa staje się wołaniem bolesnego serca
Każde słowo jest jak kamień wrzucony w bieg rzeki
Krzykiem tonącego, unosi się ku Stwórcy
Modlitwo moja, nie bądź rzeką słów
Stań się skałą, przy której spotykam Pana
Stań się rozmową z Nim, cierpiącym w Getsemani
I oczekującym na moją miłość, na moje „pragnę”
Modlitwo moja, lepiej ci być milczeniem
Adoracją wsłuchującą się w głos Pana
Niż licznym słowem, unoszącym się obok serca
Zajętego własnymi troskami
Panie, naucz mnie trudnej modlitwy
Rozmowy z żywym Zbawicielem
Niech słowa modlitwy będą mostem zaufania do Ciebie
Przerzuconym, ponad moimi lękami, fałszywymi podszeptami
Modlitwo moja, stań się pragnieniem rozmowy z Panem
Ze Słuchaczem Świętym, który czeka na miłość
Nie bądź litanią głuchego i ślepego serca
Które nie słyszy Jego odpowiedzi.
Światło
W ciszy kontemplacji
Oddalam słowa z pamięci
Anioła błagam o święte milczenie
O spoczynek w grocie
Chronionej jego skrzydłami
Na bezkresnej pustyni pełnej światła
Gdzie wiatr niesie modlitwy pustelnika
Spragnionego spotkania ze Stwórcą
W ciszy kontemplacji
Pragnę wypełnić tęsknotę mej duszy
Przygarbioną codziennymi troskami
Do pielgrzymki ku temu światłu
Które nie oślepia, a oświeca i leczy
Obdarza świętymi darami wiary
Zatopiona w milczeniu uspakajającym
Czekam …
Oddalam pragnienie własnej woli
Przemierzam drogi swego życia
Widzę góry uświęcające, których nie zdobyłam
Ochrony szukam pod dachami lasów
Na przeczekanie, na pokutę za grzechy
Wolę moją naginam do dalszej pielgrzymki
I choć ciało słabnie
Tęsknota ujrzenia światła, przynagla
Ręce wyciągam wysoko, gdy w ciemności błądzę
Niech modlitwa w moich uniesionych dłoniach
Prowadzi mnie jak laska niewidomego
Ufność mam, że Bóg słabnie w swej sprawiedliwości
Na głos modlitwy
A miłosierny uśmiech Jego, prowadzi dalej
Ku przestrzeniom, gdzie niebo pochyla się ku ziemi
W oczekiwaniu na błąkające się dziecko.
Sen o górze
Sen miałam o świecie przedziwnym
Góra piękna tkwiła pośród skał i piasku
Na jej szczycie zamek lśnił światłem tak czystym
Iż mury jego szkłem wydawały się przeźroczystym
Ludzie w szatach białych wspinali się lekko
Krok ich był tańcem bardziej niż trudem wznoszenia
Radość wypełniała tych dziwnych pielgrzymów
Na twarzach mieli uśmiech miłosnej ekstazy
O, świecie radosny z mego snu cichego
W którym żaden dźwięk fałszywy nie mącił harmonii
Czyżby duszy mojej byłeś ukrytym marzeniem?
Czy istniejesz gdzieś w niebieskiej przestrzeni?
Kiedy świt obudził mnie z tych sennych wspomnień
A codzienność oczy otworzyła na życie, szeroko
Górę własną ujrzałam z trudem zdobywaną
Smutek upadków bolesnych, radość powstawania
Pustynię zobaczyłam za dnia upalną, pełną lęków, nocą
Bez napoju modlitwy, świętej wody, pochłania wędrowców
Na stoku góry - skały dziesięciu przykazań, trudnych do zdobycia
Gdy pod nimi przystaniesz, łaską się stają dla pielgrzyma
Na ludzkiej górze przeznaczenia, nie ma zamków świetlistych
Lecz zbawczy Krzyż Chrystusa wbity jest na samym szczycie
Bez trudu woli, łez, potu i krwawiących zranień
Człowiek - boży wędrowiec, nie podejdzie do Niego.
22.02.2011 Płock. 80-ta rocznica objawienia św. Faustynie, obrazu Jezusa Miłosiernego.
Rocznica
Był taki moment mistycznego uniesienia
Kiedy niebo pochyliło się ku ziemi
I wizję obrazu Jezusa Miłosiernego, Faustynie zesłało
Namaluj ten obraz, usłyszała, dla zbawienia dusz
Jeszcze kontemplujesz, święta siostro, piękno Mistrza
Ze świata, godnego malarzy anielskich
A już martwisz się, jak ludzkim pędzlem
Namalować powierzone Ci przesłanie
Nie w farbach, słyszysz, istota obrazu, lecz w znakach
W sercu swym obraz Jezusa niesiesz jak ikonę najdroższą
Z miłością rozważasz święte znaki wpisane w obraz
Modlitwą kierujesz rękę malarza
I obraz powstaje wypełniony łaską niewyczerpaną
Naczynie świetliste, pełne bożego Miłosierdzia
Niosące nadzieję i przebaczenie, nie dla uczynków naszych
A dla ufności w Miłosierdzie Boże
Z ciemnego tła ludzkich lęków, pychy i niewiary
Jezus Zmartwychwstały się wyłania, błogosławiący
W oczach Jego ból ukrzyżowania
Rany na stopach i rękach, niezagojone
Do wieczernika życia naszego wkracza
Światłem promieni z przebitego serca ciemność przenika
Przed każdym przystaje, świętym i nie świętym
Z pytaniem, co wiesz o Miłosierdziu Moim?
A oczy Jego widzą, co serce chce ukryć głęboko
Po imieniu pyta każdego człowieka: dlaczego ode Mnie uciekasz?
Czy ból twój i cierpienie nagłe ode Mnie cię oddala?
A może grzech sumienie twe zmroził, w ciemność niewiary popadłeś?
Spójrz na ten obraz, dla ciebie stworzony
Na rękę z raną, w geście błogosławieństwa wzniesioną
Na ranę serca, z której dary spływają bożych sakramentów
Zaufaj Mi tylko, Ja cię nie zawiodę
Klęknij przede Mną, Moim Miłosierdziem
Nie jak sługa zmuszony hołd oddawać Panu
Lecz dzieckiem stań się maleńkim, oczekującym na dary
Nie dla zasług swoich, lecz z ufności wielkiej
I choć ci się wyda obraz ten milczący
To wiedz, że na moment, Jezus wstrzymał oddech
Aby nic nie zagłuszyło słów modlitwy twojej
Szczególnie, gdy z miłością powiesz: Jezu, ufam Tobie.
18.03.2011 Jest piątek, byłam na Mszy Świętej i na Drodze Krzyżowej. Popołudniu wychodzę na spacer i zakupy. Mam dziwne pragnienie powrotu do kościoła na Koronkę o godz. 15-tej, ale krążę po ulicach bez określonego celu, mając jednak zamiar wrócić do domu. Zegar na ulicy wskazuje godz. 14:30. Idę w kierunku kościoła … chcę go ominąć … Jednak wchodzę … na Adorację Najświętszego Sakramentu. Podczas Adoracji słyszę: jednak okrężną drogą, ale przyszłaś do Mnie … Czuję w tych słowach pewną wesołość, brak krytyki, ot, taki przyjacielski przytyk. W „nagrodę” otrzymuję dziwny obraz: Jezus w Getsemani, samotny, uwięziony w grocie. Widzę jak „coś” miota Jego ciałem i uderza o ściany kamienne. To bolesny obraz. Jezus cierpi z bólu. Odchodzi od ściany i ponownie jest uderzany … Myślę, że cierpi z powodu grzechów, które widzi i jest nimi obrażany i tych, które będą popełniane. Myśl przychodzi do mnie: kocham ten swój kościół. I wtedy słyszę: jeśli ty kochasz to miejsce, to jak wielką Miłością Ja je obdarzam!
Każdy kto tu wchodzi jest obdarzany darami, często ich nawet nie rozpoznaje. Nawet ten, kto przypadkiem zachodzi do kościoła, jest „obdarowywany”. Dar, który otrzymał, sprawi, że wróci, choćby po kilku dniach, miesiącach, latach. Dzięki Ci, Jezu, za „okrężną drogę”. Zrozumiałam, jak bardzo chcesz nas mieć często przy sobie …
Dom dla duszy
Domy budujemy dla ciał kruchych, śmiertelnych
Pałace bogate lub kilka ścian z betonu lub cegły
Do mieszkań tych wnosimy nadzieję człowieka
Iż wewnątrz, gościnnie, miłość zamieszka
Są takie domy, z łaski Boga i modlitw rodziny
Miłość w nich mieszka, od pokoleń, jak gość honorowy
Nawet krzyż nieszczęść jej nie zabija
Mieszkańcy z czcią krzyż podnoszą, ich miłość Go uświęca
Są domy, z których miłość zraniona gniewem, odeszła
Meble są wewnątrz, lodówka pełna, czasem ogród piękny
Tylko serca mieszkańców bez miłości, bezdomne
O ściany i sprzęty, obijają się boleśnie
Co trwałego możemy zbudować rękami słabymi?
Kilka ścian nietrwałych, które żywioł zmiecie
Czy rękami zmusimy miłość by została?
Kiedy serca puste, a dusza bez Pana?
Zanim dom zbudujemy z kredytów i cegły
Szukać należy Domu dla duszy, miłości spragnionej
Miejsca świętego, w którym oddamy ją Opatrzności Bożej
Aby nie zaznała lęku bezdomności i braku nadziei
Kiedy miejsce takie znajdziemy, Dom Rodzinny dla duszy
Opieką nas otoczy Święta Matka i Syn Jej Miłosierny
Z Ich błogosławieństwem dom zbudujemy na skale, nie piasku
Jego trwałość nie w murach, lecz w sercach, bożą miłością wzmocnionych.
Łaska Boża
Łaska boża tajemniczą iskrą przenika
Podsyca gasnący płomień nadziei
Dotyka nieoczekiwanie
Umysł nie jest zdolny wytłumaczyć Jej dzieła
Ani najmądrzejszy teologiczny traktat
Tchnieniem jest bożej Miłości …
Na drodze zwątpienia i raniących wydarzeń
Kiedy sił nie ma, aby podnieść się z upadku
Twarz Chrystusa widzimy …
Jego oczy obok naszych, na zakurzonej drodze Kalwarii
Milknie hałas stóp obojętnie przebiegających
Patrzymy na siebie …
Zadziwienie ogarnia nas, jaką moc ma Jego Miłość
Znika ciemność samotności, wstępuje odwaga
Bóg podaje rękę …
Łaska boża nie spływa słowami pocieszenia
W milczeniu niezwykłym czyni dzieło Miłosierdzia
Synom ludzkim ukochanym
Doznajemy zachwytu nad przemianą naszego serca
Otrzepujemy kurz zwątpienia i rozpaczy z naszych ubrań
Spływa na nas pokój …
Ogarnięci łaską bożą, stajemy się świadkami Jego Miłosierdzia
Idziemy za Jezusem ku krzyżowi, na którym Dobry Łotr wisi
I jak On, czujemy się zbawieni …
Łaska boża nie jest ludzką sprawiedliwością
Jest świętym darem dla grzesznika, od Ojca, który przebacza
I cierpliwie czeka na odwzajemnienie Miłości.
Mów do mnie
Przychodzę do ciebie, Jezu, z modlitwą i prośbami
Dziecko, ciągle spragnione czułej opieki
Ufna, że mnie wysłuchasz w każdej minucie
Miłości Twojej się powierzam
Ty, słuchasz nawet mojego milczenia
Karmisz myślami z anielskich skrzydeł
Spływają na mnie, czyniąc serce bardziej miłosiernym
Dla ludzi i życia wokół mnie
Wlewasz wiarę w istnienie wiecznej Miłości
Cierpiącej i zmartwychwstającej
Są dni, gdy milkną moje dziecięce prośby
Przedziwna dojrzałość wypełnia duszę
Wówczas proszę: teraz Ty, mów do mnie, Panie
Unieś mnie ku swoim oczom, ukaż swoje prośby
Czym Ciebie ranię? O czym nie chcę pamiętać?
Bolesna jest ta rozmowa z Ukochanym
I choć sędzią Jesteś łagodnym
Widzę Twoje łzy i Miłość grzechem zranioną
W ludzkim pragnieniu wynagrodzenia, schylam się po krzyż
Pożyczam chustę Weroniki, błagając: mów do mnie, Jezu!
Zbyt wiele czasu …
Tak wiele czasu poświęcamy rzeczom
Temu, co w świecie zewnętrzne, ulotne
Z pieniądza czynimy wielkiego idola
O pieniądz zabiegamy bardziej niż o ludzi
Modzie światowych prawd ulegamy
Dajemy się uwieść reklamom, neonom
W tym pędzie po sukces, gdzieś zapominamy
O końcu życia - Stacji Starość …
Boga i modlitwy składamy na dno kufra
Szczelnie zamykamy, by nie psuły nastroju
Ufamy, że pieniądz zapewni nam szczęście
Za złoto kupimy szacunek i miłość
Czasu nie zatrzyma zegar nieprzekupny
Lustra naszego, makijaż nie zmyli
Przyjdzie taki ranek, kiedy w lustro spojrzysz
Chichot usłyszysz, czasu, co przeminął
Pociąg, do którego wsiedliśmy z nadzieją zwycięstwa
Z napisem: sukces, władza i pieniądze
Tak szybko pędzi ku końcowej stacji
Iż czasu nie ma, by z własnym życiem się spotkać …
Przyjdzie czas, gdy młodzi każą nam ustąpić miejsca
Dla świata sukcesu jesteśmy zbyt starzy, niepiękni
I myśl bolesna nas uderzy: fałszywą kartą grał świat z nami
A my, wierzyliśmy w jego oszukańcze prawdy
Módlmy się wtedy o łaskę Pana, o pomoc Jego miłosiernych dłoni
Otwórzmy kufer, gdzie na dnie, głęboko skryte
Są: pożółkła biblia i krzyż od rodziców, drewniany
I słów poszukajmy, które nie kłamią
Jeśli obojętne ci były stacje Drogi Krzyżowej cierpiącego Pana
A twarzy Jego, już nie pamiętasz
Przyjdź pod krzyż, na którym tkwi Ukrzyżowana Prawda
Prawda, o której ty zapomniałeś, lecz Ona nie zapomniała o tobie.
Anielska wesołość
Kiedy budzę się rano, anioła proszę, uśmiechnij się do mnie
Jesteś, Stróżu mój, ze świata jasności
Kolory znasz, których nie ma na ziemi
Podziel się ze mną swoim światem
Bym dnia nie ubierała w szarość
Wymaluj na twarzach ludzi obojętnych
Radość dziecięcej wiary
Daj moim kapłanom święte słowa
Przemieniające ludzkie serca
Umyj twarze smutnych ludzi
Eliksirem ożywiającej nadziei
Z aniołami przyjaciół moich, rozmawiaj
O miłości, która przebacza i leczy
Pomagaj mi widzieć pragnących pomocy
Choćby jak kamień milczeli
Zamień drewniane laski starych ludzi
W anielskie skrzydła
Niech lekko biegną na swą mszę codzienną
Stań obok strudzonych dźwiganiem krzyża
Codziennych zmartwień
I szepcz im o nadziei
Cisza zaległa po moich życzeniach
Anioł gorliwie pisał je na kartce
Suknie poprawił zwykłym ludzkim gestem
A kartkę życzeń, w moje ręce włożył
W jego anielskim uśmiechu
Iskierkę dostrzegłam żartu
Życzenia twoje, łagodnie powiedział
Dla ludzi są … nie dla aniołów
I pieśń wesołą śpiewając, odleciał.
28.03.2011 Drugi dzień rekolekcji Wielkopostnych.
Tematem jest moje zbliżanie do Jezusa. Ujrzałam obraz Jezusa stojącego pod krzyżem. Podtrzymywał go plecami. Miałam wrażenie, że nie może od niego odejść. Musi podtrzymywać krzyż … Pomyślałam, że to ja muszę swym życiem „podchodzić” do Niego. To była dość duża, pusta przestrzeń. Proszę, podejdź - szeptałam … Jezus wyciągnął ręce - zmniejszyła się przestrzeń pomiędzy nami. Ja też wyciągnęłam ręce … Co znaczy ten obraz? - myślałam. Wyciągnięte ręce Jezusa i moje … A potem czas komunii … Ciało i krew Chrystusa - pustą przestrzeń wypełnił Najświętszy Sakrament - łączność Jezusa pod krzyżem i moja z Nim. Nasze ręce połączyły się.
Tabernakulum serca
W tabernakulum, na złoty kluczyk zamknięty
Gościsz, Jezu, Więźniu Miłosiernej Miłości
I taki delikatny Jesteś w tej białej hostii
Jak płatek niewinnej, pięknej róży
Spragniona Twego widoku, w zwykłej, ludzkiej postaci
Ujrzeć Cię nie mogę moimi oczami
Jedynie dusza zakochana w Tobie
Splatając moją miłość z Twoją, w osobę Cię przemienia
Podczas tej uczty świętej, gdy kapłan hostię podaje
Serce na moment rytm traci, oddech ustaje
A biały płatek hostii ust Twoich
W bliskim spotkaniu komunii, do mnie się zbliża
I tak bym chciała Cię, Jezu, zatrzymać
Uwięzić w sercu, na życie całe
Tabernakulum w duszy mej stworzyć
I kluczem bezgrzeszności go zamknąć
Lecz słabym jestem, śmiertelnym człowiekiem
Światło poznałam, ale i noc ciemną grzechu
Gdy więźniem Jesteś w sercu i ustach moich
Prócz pięknych pieśni słyszę też Twój jęk bolesny
I nie jest to jęk ludzkiego zawodu
Bogiem wszak Jesteś i znasz ludzką słabość
To raczej karetka sumienia na głośnym sygnale
Sumienia, raniącego Miłosierdzie Twoje
I znaków wówczas szukam w komunii, dowodów Twej miłości
Krzyża się nawet chwytam, stojącego na mej drodze
Obecności Twej szukam, by znów być blisko Ciebie
W konfesjonale Ją znajduję, każąc sumieniu w spowiedzi uklęknąć.
Bagaż pielgrzyma
Nadzy się rodzimy i nadzy umieramy
Słyszymy te słowa podczas dni pokuty
I choćby nas, na ostatnią drogę, ozdobiono pięknie
Nie w tym stroju, przed Bogiem staniemy
Staniemy przed Bogiem z przedziwnym bagażem
Workiem i kijem pielgrzyma z ludzkiej drogi
I nic w nim nie będzie, co ziemska waga zważy
Kruszców szlachetnych, medali, dyplomów
Na dnie tego bagażu może moneta zaświeci
Którą, choć ubodzy, daliśmy głodnemu
Może garść uśmiechów, słowa wdzięczności za pomoc
Trud codzienny, mozolny, aby godnie przeżyć
Wiara, którą nie daliśmy sobie, złu odebrać
Nadzieja zawieszona na krzyżu Jezusa
Miłość, której służyliśmy z pokorą, choć trudna była
I modlitwa, kij pielgrzyma, na nim się wspieraliśmy
Na chrzcie otrzymaliśmy ten przedziwny bagaż
Łaską wypełniony, świętego, bożego oddechu
Na drogę pielgrzyma, by świat bogacić miłością
A nie zbierać głazy egoizmu i pychy
Wspomóż nas, Panie, na pamięć Twego świętego oddechu
Byśmy skarby zbierali, które Ty zasiałeś
Skarby sercem poznane, w rękach nic nie ważą
Jedynie Twoja waga, kiedyś sprawiedliwie je zmierzy.
Przebacz im
Grzeszności swej bym nie podźwignęła
Spadając jak ptak, strzałą zła, w skrzydło raniony
Gdyby nie miłosierna ręka Boga
Która krzyż podała, zbawiający
I nie upadam, raniąc się śmiertelnie
Nie zakwitam chwastem, który plonu nie daje
Tylko chwytam się krzyża, tej nadziei ostatniej
I pośród krzyków katów i stukotu młotka
Głos słyszę Pana: przebacz im, bo nie wiedzą co czynią
Słów takich nie usłyszysz od człowieka
W świecie, który grzech umiłował i do grzechu namawia
Pełno wokół nas ptaków-ludzi, włócznią złego zranionych
Po nich, jak po polu minowym, zło triumfalnie kroczy
To ci, którzy Miłosierdziu, ręki swej nie podali
Ufając, że wolność ptaka przestrzeni będzie wiecznie trwała
I modlić się tylko należy, za tych, którzy Miłosierdziem wzgardzili
By kropla krwi z krzyża Chrystusa, sumienia ich poruszyła.
Rozmowa przed krzyżem
Pytał mnie kiedyś człowiek niewierzący
O Boga mojego i siłę mej wiary
Przed krzyżem uklękłam, w Pana zapatrzona
W modlitwie prosiłam, o boże natchnienie
Rozum mój, Boże - i słowa ubogie
Aby wszechmoc Twoją ukazać wątpiącym
Powiedz, co czynić ma ten człowiek
I co ja mam czynić, by on spotkał Ciebie
Daj rękom swoim, usłyszałam, dobro czynić ludziom
I nogi swe prowadź tam, gdzie dobro czeka
I nie idź z pychą w sercu, tym sztandarem bojowym
Aby wojnę wygrać i nagrody zbierać
Twoją bitwę ze złem, na kolanach prowadź
Jakbyś przedłużeniem była, krzyża Syna Mego
Pielęgniarką ran Jego bądź, modlitwą i czynem
Łaskami, których doznałaś, obdarzaj bliźniego
Bóg nie ma względu na siły mocarza
Modlitwie maluczkich, pomaga zwyciężać
Łaską obdarza i Dawida procą
Niewielkim kamieniem Goliata pokonał
Miłości Boga nie pojmie, kto po rozum sięga
Bóg twój, Miłością jest - powiedz człowiekowi temu
I cuda czyni z głębi Miłosierdzia Swego
Tylu niegdyś niewierzących … świętymi uczynił.
Wielkanocna nadzieja
Nie dał świat człowieczemu sercu
Rytmu bijącego wyłącznie oddechem radości
Wiatr znad pustyni powiew zła przynosi
Siejąc śmierć, krew i wojny
Człowiecze serce z trwogą próbuje się chronić
Szuka miejsc bezpiecznych, odwagę traci
Rytm jego powoli zanika, brakiem nadziei
Słone łzy odbierają sens życia
I serce, zagrożone niemocą, powoli umiera
Umiera, zamykając się w trumnie rozpaczy …
Zło, garść ziemi, na tę trumnę zrzuca
Jakby chciało ostatni oddech pogrzebać, nadziei
I pokonać serce człowiecze
Ale jest dla serca lekarstwo
Ono leczy i podnosi z grobu rozpaczy
To krzyż Chrystusa wbity na Golgocie, w skałę
On wiatr zła w skrzydła swe chwyta jak w sieci
Karmi umierające serce kroplami krwi swej Męki
Dając mu nową nadzieję
I podnosi się z rozpaczy człowiek
Wpatrzony z ufnością w Tego, który śmierć pokonał
Strząsa z siebie garść ziemi, które zło rzuciło
Krzyża się chwyta, wbitego w grób beznadziei
A święty oddech łaski, napełnia ciało odwagą
I z nową mocą, wyrusza człowiek w podróż życia
Już nie sam, bezbronny, ale z Chrystusem Zmartwychwstałym.
12.04.2011 Po porannej modlitwie wpatrywałam się w obraz Trójcy Świętej. Obraz jest wizją malarza. Bóg Ojciec jako Starzec Święty, Gołębica obok - Duch Święty i Chrystus. Chrystus - zakrwawiony, umęczony, z wbitą włócznią, podtrzymywany przez Boga Ojca, przy sercu Boga. Trzy postacie w Jedności. Przyszła do mnie myśl o tej Świętej Jedności. Bóg „urodził” Syna ze Swojego Serca. Dając ludzki kształt, wysłał na ziemię. Jezus - to Serce Boga, które stało się w swym kształcie człowiekiem, aby człowiek rozpoznał Boga w Chrystusie … poprzez Jego święte czyny na ziemi.
Następnego dnia przyszła do mnie refleksja, którą poprzedziłam modlitwą: modlę się do Ciebie, Boże i dziękuję za wiarę, która pozwala mi „dotknąć” nieba …
Jesteśmy istotami fizycznymi, poznajemy świat zmysłami, nie znamy nieba, świata wieczności. Bóg dał nam Pismo Święte i Swego Syna - to nić po której wspinamy się do nieba. Nie jesteśmy tylko „gatunkiem” żyjącym prawami zmysłów, fizyki. Podlegamy im, ale … obdarzeni zdolnościami duchowymi, zmierzamy ku wyższemu światu wieczności. Przeróżne filozofie próbują odebrać człowiekowi wiarę, zredukować go do zmysłów. Wygrywa na tym świecie silniejszy, zdolniejszy, młody. Jeśli tak będziemy patrzyli na ludzi, staniemy się żyjącym „gatunkiem”, który przystosowuje się tylko do przetrwania, do wykorzystywania miłości i wszelkich uczuć, aby po prostu lepiej i wygodniej przetrwać na tym świecie fizycznym. Nawet wiarę „toleruje się” jako swoisty obrządek dla lepszego, psychicznego samopoczucia. Nie tego uczy nas Bóg i Męka Chrystusa na krzyżu. Poświęcenie, wierność, szlachetne uczucia - nie są doceniane. Zastanawia mnie dlaczego obecnie tylu „prześmiewców” z wiary rozpanoszyło się na świecie. Myślę, że łatwiej rządzić społeczeństwem „bez wiary”, dając mu proste prawdy mechaniczne … jak żyć, aby było nam wygodnie. Poświęcenie swego życia prawom Dekalogu - to chrześcijańska odwaga przeciwstawiania się wizji człowieka, który musi tylko przetrwać. Czy przetrwać jak rzecz? Tylko tu i teraz? Jaki sens miałoby wtedy ludzkie życie okupione Męką samego Boga? Ale to zależy już od samego człowieka, od jego wyboru. Przetrwać tylko, czy być Kimś stworzonym z Miłości i dla Miłości. Zapatrzyć się w niebo, czy w ziemię …
Dzięki Ci, Jezu
Dziękuję, Jezu, że Cię spotkałam
W pielgrzymce mojej po świecie
Dziękuję, Jezu, że Cię rozpoznałam
A mogłam Cię minąć w mej drodze
Za oczy moje i uszy, dzięki Ci składam serdeczne
Iż rozpoznały słowa Twe, Panie
W szumie obrazów i głosów
Dziękuję Ci, Jezu, za miejsce spotkania pod krzyżem
Za moment gdy świat mi tak przysłoniłeś
Iż biec dalej nie widziałam sensu
Od tamtej chwili wokół Twego krzyża krążę
Czerpiąc z niego miłość i nadzieję
Dziękuję, Jezu, za Twe łzy, które słyszę
Jak uderzenia kropli deszczu o szybę
Niech dźwięk ten porusza me serce
Każdego dnia, gdy zgrzeszę
Dziękuję, Jezu, że mnie chwyciłeś za ręce
Bym mogła święty zatańczyć taniec
Wielbiący życie Twe i Mękę
Dziękuję, Jezu, za czas mego życia
Bym mogła go modlitwie poświęcić
Dziękuję za krzyż, który niosę
Za kościół, w którym mogę go o ołtarz oprzeć
I za Miłość Twą, Jezu, składam dzięki
Gdy rękami kapłana, dajesz mi Ciało i Krew Swoją.
Kwiaty
Ludzie kwiatów pragną do ozdoby życia
Ich zapach i kolor tak bardzo przyciąga
Ciągle nas zadziwia piękno ich urody
Choć pokarmem nie są, sycą nasze oczy
Kwiatami takimi są nasze pragnienia
Chęć zdobycia czegoś, posiadanie piękna
Gotowi jesteśmy wejść w ogrody świata
I garściami zbierać, to co mami oczy
Zapatrzeni w pragnienie posiadania czegoś
Tak mocno zabiegamy, aby cel osiągnąć
Iż z ogrodów świata, wybieramy kwiaty
Które ze sztucznej, martwej są materii
Zwabiły nas kolorem, chwilową radością
Myśleliśmy, że ożywią nasze nudne chwile
A one tkwią wstawione w wazon życia
Obojętne na nas, martwe, sztuczne kwiaty
I dopóki będziemy buszować po ogrodach świata
Z oczami i sercem ku ziemi wpatrzeni
Kwiatów pięknych pragnień trudno będzie dojrzeć
Bo aby je zerwać, trzeba unieść głowę
Te kwiaty, to nasze duchowe pragnienia
Bóg je zasadził z nasion swej miłości
Tych kwiatów nie znajdziesz w ogrodach świata
One są w tobie, a Bóg czeka, kiedy to zrozumiesz.
Dusza i Anioł
Gdy sercu mojemu słów miłości zabraknie
Gdy utknę na mieliźnie codziennej rutyny
Słuchaj wówczas, Jezu, milczenia mej duszy
Ona swą ciszą, Ciebie przyzywa
Ona z westchnień przedziwnej tęsknoty utkana
Słowami jej nakarmić nie mogę
Płacze, przywołując łzami skruchy swego Pana
Cieszy się, gdy dotyk poczuje, swego Stworzyciela
Ona słyszy Twoje kroki, Jezu
Choć do mych uszu, odgłos ich nie dochodzi
Ona widzi Ciebie w najciemniejszym mroku
Gdy ja Ciebie, czasem w jasnym świetle, nie widzę
Moja dusza, Panie, nigdy nie zasypia
Jakby na Kogoś czekała
Gdy próbuję ją modlitwą uśpić
Mój Anioł Stróż przychodzi i z nią rozmawia
Czasem słyszę w ciemności ich szepty
To przyjaciół serdeczne spotkania
Podsłuchuję, czasem zdanie zapamiętam
Wraz ze świtem, zapomnienie często przychodzi
I choć sen przerywa czuwanie umysłu i ciała
Ślad tych spotkań we mnie głęboko zapada
Przyjmuję go, jak dar miłości Ojca dla dziecka
Dar duszy wiecznie czuwającej, z bezsennym Aniołem.
Twarze i słowa
Twarze nam dałeś, Boże i słowa
To z nich czytamy jak z otwartej księgi
Emocje, uczucia skrywane w człowieku
Piękno lub brzydotę jego wnętrza
Są słowa i twarze tak piękne
I nie myślę tu o urodzie fizycznej
Kiedy na nie patrzymy, słów ich słuchamy
Czujemy moc Ducha Świętego, spływającą na nas
To artyści słów bożych i prawd wiecznych
Z twarzy ich czytamy o sile ich wiary
I nie muszą ich wygłaszać głośno i z patosem
Życiem swym poświadczają prawdziwość słów swoich
Nie z tej ziemi wydają się wysłannikami
Świętymi chcemy ich nazwać, lecz oni grzesznikami się czują
Nieobca im samotność pośród wrogich twarzy
I ciało ich cierpi, bólem dotknięte
Skąd moc czerpią, by nie polec w walce
Z ludźmi o twarzach pełnych pychy i słów wzgardy?
Czy serca i ciała ich ulepiono z lepszej gliny?
Czy może odkryli, otwarte w niebie, okno?
Tajemnicą bożej łaski niech zostanie ich życie
Oni głoszą nam, że czas zła ma śmiertelny wymiar
Na spotkanie z Dobrem wieczności prowadzą ich słowa
A ich życie, pełne miłości, świadectwem jest prawd objawionych.
Jest czas …
Uparty jesteś ludzki czasie
Kiedy cierpienie i ból dotyka
Rozciągasz się, czyniąc z minut godziny
I nie pozwalasz zapomnieć cierpień
Nawet wtedy, gdy czas twój już minął
Lekkim powiewem jesteś
Zaledwie odczuwalnym tchnieniem
Gdy radość w człowieku dojrzewa
Szybko mijasz
Czyniąc z godzin, minuty
I choćbyśmy chcieli czas ludzki ujarzmić
Logice mechanicznego mijania poddać
Uczucie cierpienia i bólu
Gościem jest w czasie nadchodzącym
Jak roślina wiecznie zielona
O, ludzki czasie, ty zegarze niesprawiedliwy
Który mocniej wybijasz godziny cierpień
Niż ozdabiasz go dźwiękami radosnymi
Zatrzymaj się na chwilę …
Byśmy nadali sens naszym uczuciom
O, ludzki czasie, ty zegarze życia
Pozwól przemienić pamięć cierpień w ofiarę
Ofiarę kadzidła miłości, a nie jęk nieszczęśliwego
Jest czas cierpienia, czas krzyża
I jest czas zmartwychwstawania do życia.
17.06.2011 Pewnej czerwcowej nocy obudziłam się po przedziwnym śnie. Sen ten wydał mi się tak realny, iż sama nie wiedziałam czy moja dusza nie otrzymała pewnego „przekazu”.
W czerwcu byłam na niezwykle bogatej duchowo pielgrzymce na Litwie, śladami św. Faustyny. Byliśmy też w kościele w Wilnie, w którym jest obraz Jezusa Miłosiernego. Ten przedziwny przekaz otrzymałam kilkanaście dni po pielgrzymce. W tym śnie klęczałam przed obrazem Jezusa Miłosiernego w pustym kościele. Miałam wrażenie, że „zagubiłam się” w modlitwie, a moi współtowarzysze wyszli już z kościoła. Obraz Jezusa Miłosiernego powiększał się, miałam wrażenie, że wypełniał całą przestrzeń kościoła. Rozpoznawałam fakturę malarską obrazu, był tak blisko. Obraz przybliżał się, a ja coraz niżej schylałam głowę. Widziałam tylko stopy Jezusa. Odczułam radość na widok tych nagich stóp. Były takie żywe, po ludzku bliskie. Miałam świadomość kształtów, barw w tym kościele, czułam nawet zapach. Sen mieszał się z rzeczywistością. I nagle usłyszałam piękny głos, trochę surowy: Nie przyszedłem na świat aby stawiać nowe krzyże, przyszedłem wypełnić Miłością i Miłosierdziem te krzyże, które wy ciągle stawiacie.
Święty ból
Jest w naszym życiu taki ból
Przychodzi bez przyczyny
Rani duchowo, bezkrwawo
Wstrząsa naszą duszą, zarośniętą powszedniością
Chcąc odnaleźć zagubioną prawdę
Ból ten jest jak tęsknota nieustająca za doskonałością
Biegniemy ku światłu, a ono oddala się …
Leczymy ten ból smakołykami z supermarketu świata
Śpiewamy mu modne kołysanki
A on trwa … jak rana nieuleczalna
I choćbyśmy zagłuszali go hałasem dyskotek świata
Okadzali kadzidłem przyjemności
Oszukiwali narkotykami wygody i doraźnych radości
Oddawali prawom usypiającym moralność
Ból milcząco … trwa i czeka
To „święty ból” naszej duszy dla poszukiwania Prawdy
Rana, przypominająca o istocie naszego człowieczeństwa
Dzięki Ci, Boże, za ten „święty ból”, tęsknotę nieustającą
On prowadzi pod krzyż, pod nim umiera ludzka pycha
To ból raniący … dla zbawienia człowieka.
Góra Krzyży
Byłam w takim miejscu na litewskiej ziemi
Jakiego nigdzie nie ma na świecie
To wzgórze tysięcy krzyży
Na pustej pól przestrzeni, góra się wznosi niewielka
Usiana nie kwieciem, trawą, lecz krzyżami z drewna i metalu
Spływają ze wzgórza jak strumień rwący
Krzyżami rozlewa się jej podnóże
Na górę, krzyż prowadzi papieski
Papież nasz pod nią klęczał
Na wzgórzu posąg Maryi góruje
Otacza krzyże swoim modlitewnym westchnieniem
Z daleka krzyże wydają się tłumem ludzi
Unoszącym ręce do Boga w błagalnym geście
W każdym krzyżu pamięć zaklęta
O ludzkiej krzywdzie, niesprawiedliwości
Tych, którzy o godność życia walczyli
I tych, którzy dziś swój krzyż składają w ofierze
Pod posągiem Maryi ktoś obraz zostawił
Jezusa wznoszącego wysoko ręce
Jakby Pan chciał niebo przywołać na tę ziemię
A niebo uniosło wzgórze krzyży, w ofierze świętej
Pielgrzymi pośród krzyży krążą wydeptanymi ścieżkami
Tyle w tym miejscu historii ludzkiego życia
Tyle łez daremnie często wylanych
Wiatr krąży pośród krzyży, zna każdy wbity w ziemię
A krzyże połączone ramionami
Są jak ludzie złączeni w solidarnym geście
Przeciw przemocy na świecie
I nie jest to góra, która grzmi jak wulkan
Odwetu żądając, krwi i wojny
To góra nadziei, iż Bóg słucha ludzi
Góra ofiary, na której Abraham chciał syna poświęcić
To Góra Wiary w Boże Miłosierdzie
Przed którym możemy krzyż swój postawić
To wiara człowieka w gest miłosny rąk Boga
Który Syna na ziemię zesłał
By ludzkie krzyże miłością i miłosierdziem wypełnić.
Serce Jezusa
Pośród dróg swego życia
Idziesz człowieku wiatrem historii pchany
I światowej mody
Ziarnem się czujesz porzuconym
Przez obojętnego siewcę
Krzyczeć chcesz, a świat cię nie słyszy
Jakbyś był dla niego niemową
Numerem milczącym, w komputerze
Tłum cię potrąca, biegnący do nikąd
Po drogach sukcesu, na których już byłeś
Owoce zebrałeś, kwaśny smak ich czujesz
A serce twoje ciągle niespokojne …
Jest miejsce takie, gdzie spokoju zaznasz
Dom bez drzwi i okien, otwarty szeroko
To Serce Jezusa, które szuka ciebie
Imieniem twoim, dzień i noc cię przywołuje
To Serce pragnie z tobą porozmawiać
Ciszą utulić twoje ziemskie troski
Łaskę ci zesłać wewnętrznego pokoju
Nauczyć miłości do siebie i ludzi
A kiedy klękniesz utrudzony biegiem
Poczujesz miłość wlaną w serce twoje
I już nie będziesz obojętnym dla świata numerem
Będziesz - ukochanym dzieckiem bożym.
22.07.2011 W lipcu byłam w pewnej miejscowości uzdrowiskowej. Był tam piękny, nowoczesny kościół z przestronnym ołtarzem. Mszę odprawiało często nawet kilkunastu kapłanów. Odczuwałam to jako wielką łaskę. Tylu kapłanów … Podczas jednej z takich mszy, kiedy kapłan unosił kielich, zobaczyłam w sercu wielką kroplę krwi nad kielichem. Był to prosty, niewielki kielich bez ozdób. Kropla spływała na ołtarz. Jezu, pomyślałam, zbyt mały to kielich … W sercu usłyszałam: Nie ma takiego kielicha na świecie, na żadnym ołtarzu, który pomieściłby ogrom łask, które spływają podczas mszy … Zadrżałam na te słowa. Zrozumiałam sens pocałunków ołtarza przez kapłanów. Usta ich „zbierają” rozlane na ołtarzu łaski … To nie jest symboliczny gest … to realne dotknięcie cudu ołtarza, cudu Przemiany.
Obok zdrojowego parku była kaplica w remoncie wraz z niewielkim namiotem i Najświętszym Sakramentem. W kaplicy tej, każdego dnia, grupa osób modliła się. Wielki plakat Serca Jezusa wisiał nad ołtarzem. Warunki polowe … Ale to właśnie w tej kaplicy tak bardzo skromnej, odczuwałam wielką bliskość Jezusa. Jakbym spotykała Go twarzą w twarz, jakby On był obok mnie. Ja - niedoskonała ludzka istota i Jezus, któremu obcy jest przepych i piękno wnętrza w którym przebywa. Pan czekający na modlitwę - rozmowę w każdych warunkach, na każdej naszej życiowej drodze, gotowy zatrzymać się obok nas i wysłuchać.
Oczami wyobraźni, modląc się, przywołuję w sercu tamtą kapliczkę, tajemniczy uśmiech Jezusa z obrazu i miłość jaką odczułam w moim sercu.. Miłość „zobowiązująca” mnie do wzajemności.
Przedziwny chleb miłości
Obraz widziałam nad ołtarzem
Jezus pośrodku, po bokach święci i błogosławieni
Aniołowie ich prowadzą
Brat Albert w ręku chleb trzyma
W pielgrzymce do nieba, z rąk go nie wypuszcza
Jakby chleb, którym karmił biednych na ziemi
Symbolem był Chleba Żywego
Znakiem, iż w Królestwie Niebieskim
Walczyć będzie o wieczne dusz zbawienie
I myśl przyszła do mnie, ze śpiewem ptaka za oknem
Tyle życie nasze jest warte
Ile kromek chleba miłości bliźnim podamy
Jezus karmi nas chlebem Eucharystii Świętej
Zaczyn świętego chleba w dusze wlewa
Z wiarą, iż z Miłości Jego
Własne bochenki będziemy wypiekać wytrwale
I jak niegdyś On, chleb na pustyni rozmnożył
Tak i my, miłością będziemy się dzielić
Perły nie podzielisz, wartość straci
Złotem głodu nie zaspokoisz
Pieniędzmi cierpienia nie uśmierzysz
Jedynie chleb miłości możesz rozkruszyć, smaku nie straci
Serce głodne miłości dał Bóg człowiekowi
Bogactwa świata go nie zaspokoją
I choćby człowiek miał twarz kamienną
A ręce pełne dóbr tego świata
To serce jego ciągle czeka … na okruch miłości bliźniego.
Stacja Drogi Krzyżowej
W pewien dzień zapłakany deszczem
Na mszę podążałam do Ciebie, Jezu
Szarość codzienności odczuwałam boleśnie
Piękna nie dostrzegałam
Świat wydawał mi się smutkiem przywiędły
Słów mi brakowało żarliwej modlitwy
Ciszę mogłam Ci, Jezu, tylko ofiarować
Anioła prosząc, by światłem swoim
Otoczył mnie jak ochronnym płaszczem
W tej ciszy, nagle stację Twej Męki ujrzałam
Katów na klęczkach przygiętych
Gwoździe, w Twe święte ręce wbijali
A Ty, na krzyżu byłeś rozciągnięty
Oczy Twe blisko ich oczu były
Smutek w nich był, żadnej nienawiści
Dziwny to obraz … kaci na klęczkach
Dla nich skazańcem tylko byłeś
I raptem myśl bolesna dotknęła me serce
Czy my, choć jesteś dla nas Ukochanym Panem
Klęcząc … z modlitwą na ustach
Bólu podobnego Ci nie zadajemy?
Ile razy ranimy Twe dłonie grzechami
Unikając oczu Twych, Panie
Tamte gwoździe, czas gdzieś zagubił
Grzechy, Twoich obecnych wyznawców
Nadal rozdrapują tamte rany.
Ufna radość
Kiedy człowiek dar otrzymuje
Przedziwnej, ufnej radości
Zadziwiony staje przed ołtarzem
Jak dziecko obdarowane
Nieoczekiwanym spełnieniem marzenia
Radość ufna wypełnia całe serce, ciało
Rozlewa się jasnym światłem
Niczym nie ograniczonym
Jak ogień, który nie spala
A ogrzewa, rozlewa się wokół
Chcąc obdarować innych cudem tego przeżycia
Wymiata z serca przeszłe i przyszłe troski
Zostawia znak przedziwnej mocy
Pamięć, która nie zapomina
Kiedy człowiek dar taki otrzymuje
Czuje rękę bożą prowadzącą w świat
Gdzie drogi są oświetlone światłem nieznanym
Czuje piękno, choć oczy go nie widzą
To uczucie Miłości nadzwyczajnej
Unoszącej człowieka wysoko
Ponad ubogie przeżycia ciała cierpiącego
I tylko zwykły człowieczy lęk
Tkwi jeszcze w ludzkiej cielesności
Czy dar ten zachowam?
Dusza, znak daje słowom, błogosławiącym tę radość
I modlitwa płynie z serca jasnym promieniem
Daj Boże, taką radość wszystkim ludziom...
15.08.2011 W Święto Wniebowzięcia Maryi Panny, podczas adorowania Pana Jezusa po komunii, przyszła do mnie przedziwna myśl. Bóg narodził się ze świętej niewiasty, wybranej przez Niego. Matka Boża była też żywą istotą ludzką, czuła jak my, „doświadczała” życiowych trudności. Bóg w swej tajemniczej decyzji narodzenia Syna z niewiasty, miał w swych planach … macierzyńską opiekę i czułość nad dzieckiem. Jezus - choć jest Bogiem, rodząc się z niewiasty, potrzebował ludzkiej czułości i opieki. Potrzebował dotyku miłości. Jego dziecięctwo i dojrzałość kształtowała macierzyńska miłość Matki i ojcowska, Józefa. Pan Bóg „oddał” swego Syna w kochające ramiona Świętej Rodziny. Choć Jezus jest Bogiem, Jego „ludzka” natura znajdowała moc w czułej miłości ziemskich rodziców. To szczególny znak, o którym często zapominamy, przypisując Jezusowi jedynie „boski wymiar”. Jak ta myśl ma się do czasów obecnych? Uwielbiamy Jezusa w Eucharystii, myślimy o Nim jak o Świętym Symbolu Boga. Jeśli jednak chcemy się do Niego zbliżyć osobowo, uczuciowo - Bóg dał nam znak przez Jego Narodzenie w ludzkiej rodzinie, iż musimy Go pokochać tak jak Maryja kochała Swoje Dziecko, Swego Syna. Kochała Go tak jak my kochamy własne dzieci i ile jesteśmy gotowi dla nich poświęcić!
Narodzenie Jezusa w Świętej Rodzinie ludzkiej to także wskazówka dla rodziców - jeśli Syn Boży pragnął rodzinnej miłości, cóż dopiero dzieci, które rodzą się w naszych niedoskonałych rodzinach. „Oddając” swego Syna Rodzinie, Bóg podkreśla także jej wielkie znaczenie w bożych planach narodzin i wychowania dzieci.
Modlitwa do Matki Bożej
Z obrazów i posągów patrzysz na nas Matko Święta
Przeróżne Ci oblicza, wyobraźnia artystów maluje
I tylko serce, spragnione miłości, zdolne jest wyczytać
Ile łask spływa, w modlitwie, przed Tobą
Miecze boleści zraniły Twe serce, Symeon to przepowiedział
Znasz ból matek, którym zagubiły się dzieci
Niewiastą jesteś, także dziś, bolejącą pod krzyżami synów
To Ty w ramiona bierzesz, nasze martwe ciała
Kiedy dziś klęczę przed Twym świętym obrazem
Gdy rękami dotykam dłoni Twych, w posągu
Oczy zamykam i widzę Cię Matko, żywą
Zwyczajną Matkę, z Dzieciątkiem na ręku
Joachima widzę i Annę, jak Cię przytulają
Dziewicę widzę piękną, niosącą dzban wody
Niewiastę na osiołku, gdy do Elżbiety zmierza
Smutek Twój widzę i radosny uśmiech
Jesteś tak żywa, obecna w naszym życiu
Kiedy na milczenie Boga, skargi słyszysz ludzi
Pod Twoją Obronę oddajemy gasnącą nadzieję
Wiarę ożywiasz, pojawiając się z nieba, na ziemi
Dla sierot jesteś macierzyńskim dotykiem
Dla samotnych - wsparciem, pielęgniarką chorych
Jak niegdyś dla Syna byłaś czułą Matką
Dziś dla nas … Jesteś Nieustającą Pomocą
Kiedy grzechem zranieni upadamy w proch ziemi
Stajesz przy nas, Weroniko czasów współczesnych
Chustą, jak ona, ocierasz nasze twarze
Byśmy obraz Jezusa cierpiącego, mieli przed oczami
Modlitwę tę składam przed Tobą, Maryjo
Prosząc Boga, by w Swym Miłosierdziu
Dał mi dar widzenia Ciebie, dalej niż ramy obrazu
Dał dar widzenia sercem, Twej miłości do ludzi.
20.08.2011 Podczas adoracji, czasem po modlitwach w ciągu dnia lub wieczorem, "zapraszałam" Boga do rozmowy ze mną. Ze zdziwieniem stwierdzałam, że dochodzą do mnie strofy wierszy, gdzie Bóg "mówi w swoim imieniu", uczy mnie, pociesza, bądź wyznacza kierunek rozmyślań. Istnieje kilka takich wierszy w mojej twórczości:
Wymiana darów
Kiedy upadasz,
Laskę podaję ci
Kiedy utrudzona, głowę pochylasz na ławce
Chustę Weroniki podkładam
Kiedy samotna stajesz w smutku
Bukietem kwiatów cię otaczam
Kiedy do modlitwy klękasz strapiona
Klęcznik podsuwam wygodny
Kiedy krzyż cierpienia bierzesz na ramiona
Pomagam ci go nieść
Kiedy ból życia czujesz
Rany twe opatruję
Kiedy niedołężność jak korona cierniowa uciska
Ból cierni łagodzę
Kiedy już nic nie rozumiesz
Anioła posyłam mądrego
A ty, co czynisz?
Kiedy upadam
Gdy ranią mnie
Gdy krzyż dźwigam...
Głód
Nie przychodzę do duszy
W akompaniamencie fanfar
Bębnów dudnienia, a nawet śpiewu skrzypiec
Nie przychodzę do duszy rozgadanej
Zagłuszającej słowem ciszę spotkania
Ona jest zbyt zajęta...
Przychodzę do duszy głodnej
Nie syci ją już świat dźwięków, barw, słów
A nawet ludzka obecność
Dusza spragniona czeka w milczeniu
Stoi w miejscu
Czeka na pokarm Eucharystii
I wtedy przychodzę w lekkim powiewie dotyku
Ledwo muskam duszę, a ona poznaje mnie
I otwiera swą bramę
Rozpoznaje niebiański klucz
Przychodzę...
Czasem, gdy jesteś w głębokiej rozpaczy
Czasem otwieram zaciśnięte pięści
Czasem wypełniam samotność
Czasem dotykam znienacka na rozgrzanej słońcem łące
Czasem rękami kapłana, a nawet człowieka, który jak Anioł
Otwiera duszę na mój głos
A wówczas...
Niech śpiewają skrzypce, niech dudnią bębny,
Niech mówią ludzie jak Miłosierny jest Bóg
Miłosierdzie czeka
Idę ku tobie pośród burz twych życiowych
Nie Jestem piorunem grzmiącym, kaleczącym
Tylko powiewem lekkim, który zbiera burze
Nie Jestem sędzią, człowieku, Jestem Miłosierdziem
Idę ku tobie z krzyżem własnym i twoim
Złóż na nim, proszę, swoje klęski wszystkie
Rękę Mi podaj, pięść rozprostuj
Pozwól, niech cię prowadzi Miłosierdzie Moje
Choć z dala omijasz Dom Mój, kościół święty
O próg jego boisz się potknąć
To Ja upadłem przed tobą, na krzyżowej drodze
W kurzu i krzyku, kopano Miłosierdzie Moje
Dom Mój nocą ma bramy zamknięte
Jak zwykły dom człowieczy, kluczem dla ochrony
Ja na noc nie układam głowy na poduszce
Moje Miłosierdzie na bezsenność cierpi
Cóż mogę ci ofiarować, człowieku niewierny
Który ponad wszystko, cenisz własną wolę
Życie już oddałem, kaci go dosięgli
Nie zabili jednak Miłosierdzia we Mnie
Przyjdzie dzień, gdy zapłaczesz nad wolności wolą
Ona ci kazała nie podać Mi ręki
Pamiętaj, w tej rozpaczy - Ja będę przy tobie
Przyjdź i daj się objąć Miłosierdziem Moim
Dyrygent
Mówi Pan:
Dałem ci serce z Ducha Świętego
A nie mechanizm obojętnie tykający
Dałem ci serce wypełnione bożą muzyką
Z Nadziei zbudowane, że zagra piękny koncert
I jak wirtuoz poprowadzi swe życie
Wyśpiewując hymny o miłości
Boga do człowieka
Człowieka do Boga
I człowieka do człowieka
Usłysz w sercu ten święty koncert
Napisany tylko dla ciebie
Nie daj się zagłuszyć rytmom bębnów świata
Twoje serce, to nie zegar wyznaczający czas
Nieubłaganie mijający
Twoje serce z Ducha Świętego, z Nadziei ulepione
Na istnienie w czasie wieczności
Która nie ma sekund, minut, lat
Zagraj swym życiem boży koncert, napisany dla ciebie
Odczytaj nuty cichego uwielbienia
Rzewną skargę cierpienia swego serca
Głośne bicie nadziei
Czekaj na ciszę
Gdy Bóg, jak dyrygent twego koncertu
Nakaże muzykom serca, milczenie
Aby do ciebie przemówić ...
I wtedy zagrasz pięknie swój koncert serca.
Kiedy patrzysz na Mnie
Kiedy patrzysz na Mnie
Poniżonego, z krzyżem na plecach
Lamentów od ciebie nie pragnę
Po litość na świat, nie przyszedłem
Matką litości jest … zapomnienie
Gdy poraniony przechodzę obok
Łez od ciebie nie żądam
Grzechy swoje rozpoznaj w milczeniu
Gwoździami pokuty i pokory je ukrzyżuj
A ból Mój, miłosierdziem cię otoczy
Męka Moja, nie dla rozpaczy widzów była
Ale dla zbawienia twego
Nie ze słabości swego ciała upadałem
A z poniżenia grzechami twojej nieśmiertelnej duszy
Skargi dusz były Moimi bolesnymi upadkami
Kiedy patrzysz na Mnie ukrzyżowanego
Jak na wyrzeźbiony symbol, martwy
Rany Moje na nowo się otwierają
A krew z nich wypływająca, błaga:
Nie oddawaj duszy swojej na zatracenie
Biczowany i krzyżowany przez katów
W milczeniu, bez łez, czekam cierpliwie
Na twój rachunek sumienia
Na powagę modlitwy szczerej, pokutnej
Spowiedź twoja ulgę Mojej Męce przynosi
Krzyż poniosłem i ból człowieczego ciała
Słabość waszej natury widziałem
Krótkie chwile ziemskiej radości poznałem i jak wy, płakałem
Na świat przyszedłem, dać radość wieczną
I za tą wieczną radość, dla was cierpiałem
Kiedy Bóg krzyż ci poda w życiu twoim
Z miłością spójrz na Mękę Moją
W ranach Moich ujrzysz światło twego krzyża
Zaufaj, Oczy Boga widzą to światło
Nie jak błysk chwilowy, ale dar dla duszy, na wieczność.
Gdy krzyż przytulasz
Gdy sercu twemu życie ból zadaje
Miłości szukasz pod krzyżem
Krzyż Mój przytulasz jak deskę ratunku
Na oceanie własnych zranień i rozczarowań
W tych chwilach wiedz, że nie dotykasz
Jedynie drewnianej, martwej figurki
Talizmanem nie Jestem, chroniącym w zwątpieniach
Wiary we Mnie pragnę i całkowitej ufności
Gdy krzyż Mój przytulasz, żywym się staję
Ból ci ofiarowuję, głowy przebitej cierniami
W sercu Mym nadal tkwi oścień włóczni
Gwoździe krwią zroszone, nie zardzewiały
Gdy raz przytulisz krzyż, tę relikwię świętą
Wiedz, że miłość Moja wiernością ci służy
Czy masz odwagę przyjąć taką miłość
Ofiarę z Mego życia, za zbawienie twoje?
Jeśli TAK odpowiesz, choć drży twoje serce
Nie obiecuję ci uwolnień od płaczu i cierpień
Drogą Moją pójdziesz dla zbawienia ludzi
I Miłość poznasz, jakiej nie zaznasz na ziemi
Nie Jestem tylko lekiem na wszelkie zranienia
Miłością Jestem, która do ufności wzywa
Oddaj Mi twe życie, wolę swoją, myśli
Stań się apostołem Mego Miłosierdzia
Wtedy niebo się otworzy na twą ufność do Mnie
Krzyż z drzewa twardego, ciałem Mym się stanie
Płomień przedziwny poczujesz duchowej radości
Cierpienie twoje i łzy, na Mym krzyżu się spalą.
Dojrzewanie do Miłości
Nasza Miłość nie dojrzewa
W pieśniach i pięknych słowach
Nasza Miłość jest walką trudną
I żadne piękno świata jej nie przywoła
Naszą Miłość krzyż łączy bolesny
Ty, pod nim, ze swym ciałem grzesznym
I Ja, na nim, z krwią z ran, spływającą
By, obmyć cię z grzechów
Naszą Miłość gwoździe katów przebiły
I ciało Moje, z szat obnażyli
Byś dostrzec w nim mogła, rany ciągle żywe
I to Serce Moje, otwarte dla ciebie
Żadną suknią, nie osłonięte
Nasza miłość dojrzewa w bólu
Bez hymnów i fanfar głośnych
Ona krzyczy, a ty ledwo szept słyszysz.
Nasza Miłość dojrzewa w bólu
Kiedy walczysz z własną słabością
Kiedy ręce swoje chcesz o świat oprzeć
A świat miecz w nie wkłada, pychy i złości
Na drodze naszej Miłości, drodze Krzyżowej Męki
Nawet ptak cichnie w swych trelach, milkną głosy
I drzewa przestają szumieć
Na drodze naszej Miłości, milczenie zalega wokół.
Milczenie, jak pustka bez dźwięków
By bicie Serca Mojego, słyszało serce twoje
By oczy twoje, ku Moim, patrzącym z krzyża Golgoty
Przeniknął promień Świętego Ducha
I utkwił w duszy twojej
A gdy pragnienie Miłości, oddasz Sercu Mojemu
Miłość nasza jak owoc, pięknie dojrzewać będzie
Ja wezmę zieleń tego owocu, w ręce swe zakrwawione
I zieleń twej Miłości, przemienię w czerwień jak owoc dojrzały.
Oaza
Kiedy pojazd życia, losem zwany
Na pustyni cię zostawi świata
Gdzie rządy sprawuje prawo przyjemności
A cnoty są wyszydzane
Kiedy piach tej pustyni oczy ci zasypie
Uszy ogłuszy do utraty słuchu
A nogom twoim nakaże taniec szalony
Serca słuchaj, ono język zna święty
Inny niż ludzka mowa
Otrzep piach tej pustyni
I nie bierz do rąk jej ksiąg
Rozrzuconych hojnie dla zabłąkanych
Kuszących złotymi tytułami
Serca słuchaj i Mojej świętej mowy
Ona moc ci da, do samotnej podróży
Ku oazie, gdzie Żywa Woda, przywołuje
Spragnionych Prawdy
Tylko idź, nie przystawaj
Nie lękaj się zmęczenia
I głosów nawołujących na tej pustyni
Piach je pochłonie
A Moja święta mowa, przetrwa wieki
Zanurzona w oazie Żywej Wody
I w twoim sercu.
Modlitwa miłości
Kiedy oczy twoje będą niewidome, a usta nieme
Na krytykę bliźnich
Kiedy sercu oddasz rozumienie świata
Modlitwę zyskasz miłości
Ona, niewidome na Mnie, oczy bliźnich otworzy
A ich usta nieme, napełni słowami błagania
Kiedy miłością napełnisz serce
Orężem tej miłości będziesz walczyć
O bliźnich i swoje zbawienie
Ja, Panem jestem wszystkich ludzkich słabości
Przemieniam je jak kryształ lodu
W rwący, ciepły strumień łask
Twojej modlitwy miłosnej oczekuję
Twojej pokuty i postów
By rozpuszczać zamarznięte grzechem serca
Oddaj Mi swoje niewidome oczy i usta nieme
Na krytykę bliźnich
A modlitwie twojej miłosiernej, pobłogosławię
I dam ci nowe oczy, widzące światło
I nowe uszy, słyszące głosy świętych.
Czas wspólnej drogi
Jak trwać w wierze
Gdy świat inne podsuwa wartości?
Jak uwierzyć w wieczność
Gdy doświadczenie śmiertelności przenika?
Jak ofiarować miłość ludziom
Gdy odpowiadają obojętnością?
Tyle pytań, pod Twój krzyż, Jezu, zanosimy
Ciężkim się staje, aż upadasz
Ale powstajesz, by Męką swą dać odpowiedź
Stań, mówisz, obok Mnie, ze swoim krzyżem
Przejdź ze Mną tę Drogę Krzyżową
To będzie czas naszej duchowej rozmowy
Może na początku nie zauważysz Mego krzyża
Może twój wyda ci się zbyt ciężki?
Głośno krzyczysz idąc obok Mnie
Pytasz o sens cierpienia, sens życia
Mija czas, milkną nawet ptaki
Zasłuchane, zdziwione twoim krzykiem
Idziemy obok siebie w kolejne stacje
Cichnie twój głos, a nawet milkniesz
To milczenie, to czas Mego daru
Daru odpowiedzi na twoje pytania
Twój ból też się ucisza
Nawet chcesz Mi jak Szymon pomagać
W Moich oczach szukasz mocy dla siebie
Idziemy razem, zaprosiłem cię do tej drogi
Aż do Stacji Ukrzyżowania
Widzę cię, chcesz Mnie bronić przed katami
Budzi się w tobie miłość miłosierna
Miłość, która nie żąda odpowiedzi
Nie zadaje pytań
Jeszcze kilka stacji
Patrzysz na Moją śmierć na krzyżu
Klęczysz i płaczesz jak niewiasty jerozolimskie
Widzę cię, towarzyszu naszej wspólnej drogi
Ja muszę umrzeć, pokonać śmierć
Dla twojego zbawienia
Dla naszego spotkania w wieczności
A teraz idź do swojego życia…
23.08.2011 Banneux - Sanktuarium Matki Bożej Ubogich w Belgii. Już 10-ty raz pielgrzymuję do tego pięknego miejsca. Pielgrzymkę tę poświęciłam w intencjach Matki Bożej. Podczas tej pielgrzymki dotknęło mnie świadectwo wiary księdza, który nam towarzyszył, szczególnie jego wspaniała pokora i gorące modlitwy. Kiedy otrzymałam od niego komunię, usłyszałam w sercu: ręce jego są pieszczotą dla moich ran.
Podczas mszy w Chevremont, kiedy adorowałam Jezusa po komunii, przyszły do mnie cudowne słowa: ustępuj miejsca wszystkim, którzy chcą biec przed tobą, niech biegną w swej ambicji do przodu, na końcu tej pielgrzymki biegnących ku niebu, stoi Maryja i to Ona zamyka każdy „pochód” do Boga. Przy Niej jest radość i pokój.
Modlitwa za grzeszników
Tyle dziś krzyży świat przewraca
Świątyń tyle pustych, burzonych łomami
Krzyż Twój, Jezu, wśród wielu, oburzenie budzi
Sytość bogiem się staje, a wygoda cnotą
Świat chce się bawić, modlitwa mu obca
Obejmuję Cię Jezu, całym moim sercem
I dzięki Ci składam za krzyże przy drogach
One jeszcze stoją, mocno wbite w ziemię
Dziękuję za krzyż każdy, w Twych kościołach pięknych
Za Twą Świętą Obecność, za Twą Miłość zdradzaną
Modlę się za tymi, których świat przekonał
Iż bez krzyża łatwiej wieść życie spokojne
I za tymi się modlę, którzy z uśmiechem, pobłażliwie
Omijają krzyże jak symbole dawne
Pomniki historyczne, stojące od wieków
W swej modlitwie proszę Cię Jezu Żywy
Byś Miłosierdziem Swym oczyścił im twarze
By maski zdjęli, które świat im sprzedał
Dając złudzenie, że wszystko można kupić
By poznali oszustwo świata, który nie chce Boga
Tak bliski Jesteś mi Jezu, w swej Męce na krzyżu
Widzę jak krwawi dziś Twe Miłosierdzie
W modlitwie swej błagam Ciebie, Dobry Jezu
By krzyże, które jeszcze mocno tkwią w mym świecie
Łaską Twoją, poruszyły serca obojętne
Daj Panie pielgrzymom, którzy Cię kochają
Słowa modlitwy błagalnej za grzeszników zaciętych
Niech łaskę im wypraszają Godziną Twego Miłosierdzia
By ich nie dotknęła ręka Twej Sprawiedliwości
Kiedy chcąc wreszcie uklęknąć, krzyża Twego nie znajdą.
Szukam Twego Oblicza, Jezu
Wpatrzona w twarz Twoją, Jezu
Malarskimi wizjami artystów, na płótnach uwiecznioną
Poznaję myśli ich i uczucia
Zawarte w liniach ich rysunków
Jakże Cię namalować mogli, jak tylko wizją własną
Jeśli Oblicza Twego Żywego nie widzieli?
Miłością swą i talentem namalowali Ciebie
Modlitwą ikony tworzyli, często latami
Ponad ludzką niedoskonałość się unosili
Szukając piękna Twego Bożego Oblicza
Dziś ja, wpatrzona w twarz Twoją, Jezu
Szukam Twego Oblicza w ludzkich twarzach
Miłości w nich szukam, wiary i nadziei
Nauki o tajemnicy ludzkiego życia
I w rysach bliźnich, próbuję Cię odnaleźć
Mijam twarze smutne, zamyślone
I szanuję smutek ich oczu
Mijam ludzi kalekich, chorych
I szanuję ich ból powszedniego istnienia
Mijam samotną starość i pochylam się z szacunkiem
Poznaję Twoje bolesne Oblicze w ludziach
Twoją nadzieję w dziecięcych twarzach
Twój uśmiech w radosnych, mądrych kapłanach
Twoje zamyślenie w ludziach walczących o dobro
Laską Jesteś pomocną w dłoniach miłosiernych
Smutek Twój widzę, gdy Cię nie wzywamy
Oblicze Twoje widzę w tajemnicy serc ludzkich
Ty ją znasz, głęboko skrytą dla oczu
Spraw Panie, by serce moje, w miłosierdziu swoim
Doznawało zachwytu Twojej obecności, w każdym człowieku.
Księga Prawdy
Tyle słów kłębi się wokół nas
Tyle ksiąg zapisanych słowami
Setki słów oszukało nas
Wiele ksiąg mamiło złudzeniami
W człowieczym zapale, słów szukamy prawdy
Po nowe księgi sięgamy na półki
Prawda z nich wyczytana, ulotną się staje
Słowa niegdyś mądre, dziś puste się wydają
Czujemy, że gdzieś istnieje Prawda zapisana
Lecz życie jeszcze szuka prawdy tego świata
Jakby chciało instrukcję poznać tajemnicy życia
Osiągnięcia szczęścia, teraz, tu, na ziemi
Przyjdzie czas rozczarowań, a może łaski Pana
Gdy zranieni słowami z półek tego świata
Po księgę sięgniemy Prawdy, Pismo Święte Boga
I Prawda przemówi, słowami życia wiecznego
Serce jak brama, otworzy się na Jezusa życie
I prośbę do niebios poślemy błagalną
Daj nam Dobry Boże, taką długość życia
Byśmy nie odeszli, z księgą Prawdy, w połowie otwartą.
Znak nieśmiertelności
Śmiertelne jest moje ciało jak kwiaty więdnące
I świat przemijający, w którym żyję
Grzech pierworodny moim znamieniem
A Ty, Boże, Jesteś nieznaną mi wiecznością
Z ciemności ludzkiego łona się wyłoniłam
I duch mój w ubogą szatę ubrany
Radości moje, zaledwie błyskami są gasnącymi
A Ty, Boże, Światłem Jesteś Wiecznym
Mimo ciemności mnie dotykających
Ubogości ducha, przytłoczonego zmysłami
Mimo lęków mej ludzkiej natury
Królestwa jasności szukam, Twego Królestwa, Panie
Dziwną pamięć mam w sobie, nadzieją zdobioną
Tajemniczego, miłosnego pocałunku Ojca
Który żegnając dziecko, na trudną drogę
Nie porzuca go, na zapomnienie serca
Niezdolna przekroczyć granicy wieczności
W ziemskie sprawy uwikłana mocno
Modlitwę śmiertelnika wznoszę ku Tobie, Boże
Z wiarą, iż miłość nasza spotka się pod krzyżem
Śmiertelność moją i wieczność Twoją, Boże
Krzyżem połączyłeś, znakiem Twego Syna
Krzyż, świat mój z usychającego drzewa zbudował
Ty, obietnice wieczności na nim zawiesiłeś
Wylała się Miłość z wieczności, przebitej ludzkim krzyżem
Zalała ziemię pokarmem Eucharystii, manny odkupieńczej
Miłosierdziem odpowiedziała na okrutną przemoc
Wskazując drogę łączącą śmiertelność z wiecznością.
Spowiedź sumienia
Przepraszam Cię Jezu, za moją miłość
Czasami nieudolną, lękliwą i płochą
Niecierpliwie wciąż o dary proszącą
Miłość zapominającą o łaskach darmo otrzymanych
Za miłość przepraszam naiwnie spragnioną
Pociech szukającą bardziej niż ofiary
Gdy Ty chcesz bym odwagę miała Weroniki
I stała przy Tobie, niosącym krzyż zbawczy
Przepraszam za dni w egoizm strojne
Spragnione własnych, codziennych radości
Za słowa przepraszam … daj mi to, Panie
Jakbym nie widziała Twych dłoni przebitych gwoździami
Przepraszam Cię Jezu, za lata puste duchowo
Smutkiem obsiewany ogród mego życia
Za oczu ślepotę, gdy bukiet ukazujesz róż świętych
Różaniec Twej Matki, modlitwę za zbawienie bliźnich
Za modlitwy przepraszam, czasem jak ptaki rozproszone
Słowa się unosiły, bez skupienia duszy
A Ty, ciszy szukałeś, adoracji serca
Mówić chciałeś do mnie, o Twojej Miłości
Dziś chcę Ci podziękować za Twą Miłość cierpliwą
Ona łaską spłynęła, płomieniem gwałtownym
I choć słabości we mnie więcej niż olbrzym ma siły
Ufam Miłości Twojej, ona jak orzeł, unosi wysoko.
Na Dzień Święta Zmarłych
Cmentarz
Wydaje się ogrodem wielkim
Usianym kolorowymi kwiatami
Miasteczkiem tajemniczo uśpionych ludzi
Z małymi domkami, bez kuchni i salonów
Na każdym, nazwisko właściciela
Dziwne domki bez drzwi i okien
Raz zatrzaśnięte, zabetonowane drzwi
Nie otwierają się
Ich niemi mieszkańcy, trwają w ciszy
Tylko drzewa grają im te same
Szumiące liśćmi i konarami melodie
Odwiedzają ich mieszkańcy
Innych betonowych domów
Ci, którzy mogą otworzyć swoje drzwi i okna
Zapalają im znicze, kładą kwiaty
Mówią do nich, ale nie śpiewają
Bo jakże śpiewać gdy oczy pełne łez
Spływa woda z czyszczonych pomników
Miesza się z ludzkimi uczuciami, modlitwą
Gest dłoni na marmurowej płycie, westchnienie
Cisza
Mieszkańcy cmentarnego miasteczka
Chronią swą tajemnicę, nawet przed bliskimi
Wieczne odpoczywanie, ostatnie spojrzenie
Opuszczamy kolorowe miasteczko uśpionych
Miasteczko naszej przyszłości …
16.10.2011 Podczas mszy świętej, w sercu swoim ujrzałam Jezusa na krzyżu. Otaczało Go światło. Raptem światło przygasło, zaznaczając jedynie fragmenty ciała Jezusa metalicznym odblaskiem. Sylwetka Jezusa stała się ciemna, stopiła się z czernią krzyża. Potem, w obrazie zajaśniały złotym blaskiem promienie wychodzące z Jego ran na głowie, rękach, stopach i sercu. Na ciemnym krzyżu były jak złote, jaśniejące strzały … Tak bardzo chciałabym ujrzeć gdzieś w świątyni taki obraz ...
Wspólnota
Wpatrzona w serce Twoje, Jezu
W Eucharystii wysoko uniesionej
Powinnam głośno wołać: kocham Ciebie
A usta moje tylko cicho szepczą
Jakbym nie chciała zakłócić
Przestrzeni Miłości wypełnionej Twą Osobą
Pragnę, by chwila ta trwała
Wyznaczana świętym czasem wieczności
Błogosławionym czasem Cudu Przemiany
W którym aniołowie śpiewają Alleluja
A święci pochylają się z uwielbieniem
W tych świętych, ziemskich sekundach
Radość mnie ogarnia na widok wiernych obok mnie
I to im, chcę dać pierwszy głos
W chórze wyśpiewującym: kocham Ciebie, Panie
O Jezu, jak wielka jest łaska pielgrzymowania
I doświadczania wspólnoty wiernych
Modlitwę dziękczynną wznoszę do Ciebie, Jezu
Za dar kochania ludzi obok mnie
Za twarze, których uczuć i życia nie znam
A tak bardzo mi bliskich duchowo
Za ręce podane w geście pokoju
I choć nie są rękami ziemskiego pokrewieństwa
Łączy nas wspólnota, którą Ty, Jezu, błogosławisz
Własnym Ciałem i Krwią w Ofierze Świętej
Czyniąc nas rodziną w Duchu Twoim.
Zwątpienie
Kiedy nad brzegiem stoimy w zwątpieniu
W nurt rzeki życia wpatrując się z lękiem
Łodzi szukamy, która nas przeprawi
Na drugi brzeg, gdzie widać nadzieję
Brzegów takich w życiu nie unikniemy
Jedynie puste serce nie boi się tonąć
Naturę naszą ziemskie tkają wartości
Często łódź wybieramy niewłaściwą
I choć brzeg nadziei chcieliśmy osiągnąć
Z nurtem zwątpień spływamy dalej
Łódź, której tak zaufaliśmy
Statkiem okazała się, papierowym
Jedna łódź ku światłu nadziei płynie
Do brzegu, gdzie zwątpienia gasną
I nie jest to statek w pełnej gali
To łódź, z uśpionym Chrystusem
Gdy życie swoje jej powierzysz
Burz nie unikniesz i gwałtownej fali
I nie raz, z lękiem krzykniesz, jak uczniowie Pana
Jezu, obudź się, łódź tonie!
I choćbyś odwagę miał przez chwilę, Piotra
Biegnącego z ufnością po wodzie, do Jezusa
I ty, jak on, zachłyśniesz się lękiem
Ale dłoń Jezusa, wyciągnie cię z toni
Gościem ludzkiej natury jest lęk i zwątpienie
Łaską, wiara i zaufanie Bogu
Krzycz więc w zwątpieniu: Jezu, tonę!
I czekaj, On z miłością, do ciebie przybiegnie.
Dary i prezenty
Życie nasze ozdabiamy ofiarowaniem wzajemnym
Darów nieoczekiwanych i rocznicowych prezentów
Z rąk do rąk przechodzą kwiaty, ozdobne pudełka
Czasem prezent się wydaje zbyt drogi, a czasem ubogi
Pokorny człowiek ceni każdy drobiazg pamięci
Pyszny, zawód czuje, gdy prezent go nie nęci
I tak się już dzieje z ludzką wdzięcznością
Małe serce żąda wiele, dużemu wystarczy ludzki gest przyjaźni
Są dary niewidoczne dla oczu człowieka
Zapakowane gdzieś w niebieskich przestworzach
Sam Bóg je zsyła swym niewdzięcznym dzieciom
Oczekując, że rozpoznają, od KOGO pochodzą
Czy zdrowie, dom szczęśliwy nie są darem Boga?
Wiara, której doświadczamy, łaska Eucharystii
Brak wojny i głodu w kraju, w którym żyjesz
Modlitwa za ciebie, kiedy krzyż swój dźwigasz?
Sercem się wczytaj w swoją księgę życia
Szukaj tych kartek, gdzie Bóg pieczęć swą jak dar odcisnął
I choć oczy twe nie zobaczyły tego, sumienie ci przypomina
Czy dłonie twoje dar ten przyjęły z wdzięcznością
A może wydał ci się jak prezent ubogi?
Rozważ w swym sercu dary zmarnowane i te pomnożone
I błagaj Boga abyś w swym życiu odróżnił
Święte dary Jego od zwykłych prezentów ziemskich.
Mów, serce moje
Przed Świętym Sakramentem klękam
Miłosiernym spowiednikiem duszy
Słów nie znajduję pięknych, ot, czasem kilka westchnień
W głos się wsłuchuję serca, niech ono mówi do Pana
Niech z westchnień głęboko skrytych
Pragnienia serca zmienią się w słowa
Cisza zalega we mnie, melodie świata milkną
Serce wpatrzone w Pana, przemawia słowami własnymi
Modlitwy pragnę, Ojcze, tak ufnej jakby była ostatnia
Niech kropką każdego zdania będzie łza błagalna
O miłość proszę taką, by nie przestała płynąć
Do ludzi, których nie mogę zrozumieć
I tam oskarżeń nie budowała
W oczy Twe, Panie, pragnę być tak wpatrzona
By uśmiech w nich dostrzec i smutek
Radością się cieszyć Twoją i żal Twój wynagradzać
Na obraz Twój zawieszony w kościele, czy domu moim
Spoglądać jak na żywą postać, a nie na malowany obraz
Rozmawiać chcę z Tobą, Panie, z dziecięcym zachwytem twarzy
I słyszeć chcę Twoje słowa, gdy Ty chcesz mnie o coś prosić
Ja wiem, że życie ludzkie to kalejdoskop ciemności i światła
Czas uśpienia duszy i czas, gdy się budzi
Gdy dotkniesz mnie, Panie, nocą ciemności
I krzyża Syna Twego, szukać będę ślepymi oczami
Aniołów ześlij Ojcze, proszę, swemu dziecku
By wzrokiem moim byli
I pieśń śpiewali o Twoim Miłosierdziu.
27.11.2011 Podczas modlitwy, po mszy, myśli moje przeniknął piękny obraz.
Ludzie, którzy odchodzą po spowiedzi, od konfesjonału, mają jasne, błyszczące szaty. Ci, którzy dochodzą do konfesjonału, mają szaty poplamione, ubrudzone. Jeśli zbyt długo „opieramy się” przed oczyszczeniem z grzechów w dobrej spowiedzi i unikamy świętych sakramentów, nasze ubranie duchowe jest po prostu brudne.
Sami to wewnętrznie czujemy. Mijają miesiące, a my nadal „wędrujemy” w tych nieczystych ubraniach.
Takich ludzi dostrzega szatan i … proponuje im swoje piękne szaty, kolorowe, błyszczące. Te jego szaty to nasze „usprawiedliwienia”, poszukiwanie innych dróg w życiu niż życie sakramentalne. Te „ubrania” szatana mogą się nawet wydawać bardzo atrakcyjne, to szaty kariery, jakieś wróżby, które się rzekomo „sprawdzają”, poszukiwanie własnej wolności i wygody. Szatan ma wiele atrakcyjnych dla człowieka ubrań w swoim sklepie. Jednak do człowieka ubranego w białą szatę, nie ma dostępu.
Wejdź do izdebki swojej
Jest takie miejsce w nas, przedziwna izdebka
Okien w niej nie ma, a światło świeci
Pieca tam nie ma, a ciepło ogrzewa
Schronienia w niej szukamy, zawiedzeni światem
By głosu posłuchać Boga
To tam ożywają uczucia głęboko skrywane
O miłości czystej jak anielskie skrzydła
I płynie modlitwa pełna żaru
Słowa słyszymy, których tak pragniemy:
Dziecko, Jestem, nie wątp w Miłość Moją
Mocą się napełniamy, odwagi do życia
I choć tacy słabi w swej ludzkiej naturze
Świętości pragniemy i oddania się woli bożej
Izdebkę tę, sam Bóg wyrzeźbił dla nas
W grocie ciała, które łatwo słabnie
Miłosierdzie tam czuwa, a nie sprawiedliwość
I święte dary Ducha Jego
Kiedy raz odkryjemy piękno tej izdebki
Czujemy się jak bogacz z diamentami w ręku
Blaskiem ich pragniemy dzielić się z innymi
Miłość nas wypełnia do świata i ludzi
Klucz do tej izdebki Jezus trzyma w dłoni
W zamek go wkłada naszej wolnej woli
To ona otwiera drzwi do tej samotni
Gdzie Bóg czeka na spotkanie z tobą.
Dawca Miłości
Mówisz mi - nie mam łaski wiary
Drzewem jestem zasianym na polu
Oczekującym na wiatr, znak mocy Boga
On ugnie mnie, korzenie moje wyrwie z niewiary
Czy wiarą się napełnisz, gdy korzenie uschną?
Drzewo ku słońcu uniesione, kwitnie
Choć chmur i słońca nie sięga
Natura karmi go deszczem i ciepłem
Pycha człowieka chce dotknąć słońca
Mówisz mi - miłością darzę bliskich
Ja nie widzę twej miłości oczami, ale ci wierzę
Znakiem twej miłości jest poświęcenie
Czyż Ofiara Męki Jezusa nie jest poświęceniem?
Bezcennym Darem Miłosiernej Miłości Boga?
Są ludzie, którzy na szczyty gór się wspinają
Szukając doświadczenia tajemnicy
Co czuje ten, który w pokornej słabości
U stóp góry klęczy, zachwycając się jej pięknem?
Garść trawy w rękę bierze, barwą, zapachem się zachwyca
I choć szczytu góry nie osiągnął
Radość czuje i zachwyt nad dziełem Stwórcy
Znaki Jego widzi, serce czuje smak Miłości
Gdy głód czujesz, czy o bochenku całym marzysz?
Czy mała kromka go nie zaspokoi?
W pamięci masz rękę matki, gdy ci ją podaje
Smak, jeszcze po latach czujesz, tego miłosnego gestu
Bóg też chce cię karmić miłosnym dotykiem
Nie szukaj Boga na szczytach swego rozumu
W świecie, który hołduje leniwej sytości
Szukaj Go w pięknie Jego znaków otaczającej natury
W dziełach, które najzdolniejszy artysta
Nie jest zdolny oddać słowem, obrazem
Szukaj Go w ludzkiej ofiarności
W Ofierze Eucharystii, modlitwie, łaskę wiary zsyłającą
Jeśli serce twoje potrafi darzyć miłością
Jakże więc w Dawcę Miłości masz nie wierzyć?
Święto Chrystusa Króla Wszechświata
Mój Król
Mój Król nie zasiada na złotym tronie
Tronem Jego jest krzyż wbity w skałę
Berłem, gwoździe tkwiące w Jego członkach
Koroną, ciernie splecione, raniące głowę
Mój Król nie ma szat z królewskiej purpury
Nagi jest, z ziemskich ozdób odarty
On, swym cierpieniem, pokorą sługi
Zdobywa władzę, spojrzeniem Miłości
Mój Król nie panuje z zastępami wojska
Zniewalając narody orężem, rozkazem
On, wolny wybór daje ludzkiej woli
Czy z Nim chce zamieszkać w Jego Królestwie
Mój Król jest władcą nieśmiertelnym
Na mszy się odradza, karmiąc Swoim Ciałem
Tych, którzy w cud wierzą zmartwychwstania
W Jego zwycięstwo nad śmiercią i złem świata
Tylko jeden Król dotknął stopami ziemi
Ubrany w szaty i postać człowieka
On mocą Miłości, odrzucił nienawiść odwetu
Miłosierdzie wylał z przebitego włócznią boku
Mój Król w swym Getsemani, kielich wypił goryczy
Woli się poddał Ojca, by zbawić ludzi dla Prawdy
Która jest Słowem Królestwa Wiecznego
I Miłością przyzywa ludzi, zagubionych w świecie
Mój Król zna moje myśli, cierpienia i dni moje codzienne
W komnatach królewskich nie odpoczywa
Staje przed każdym zrozpaczonym dzieckiem
I łzy ociera, gdy błagalną słyszy modlitwę
Przed Królem moim klękam codziennie
Nie jak niewolnik przed możnym panem
To miłość moja zgina kolana, tęsknota duszy wielka
Za Królem, który Męką swoją, drogę mi wskazał zbawienia.
Niedokończony obraz
Dziwny obraz ujrzałam przed oczami
Szaro-niebieski, niedokończony
Jakby malarz, na chwilę, odszedł od sztalug
Szukając twórczych natchnień
Na obrazie, ocean wzburzony, pusta plaża
I dwoje ludzi, sylwetki bez rysów twarzy
Jeden z nich, kotwicę miał przy nodze
Drugi wlókł kulę żelazną, jak galernik
Obaj, śmiało, bez wahania, w wody oceanu wkraczali
Co chciał tym obrazem malarz przekazać?
Czym był dla niego ocean wzburzony?
Wizją życia, w walce o przetrwanie?
Odmętem, pochłaniającym człowieka?
Samotna, z myślami, stałam przed obrazem
I dręczący niepokój wlał się w moje serce
Dlaczego, ten z kotwicą, odważnie zanurzał się w wodzie?
Dlaczego, ten z ciężką kulą, nie bał się utonąć?
I nagle anioł przyniósł mi natchnienie
Człowiek z kotwicą, w ocean wkraczał z wiarą
Iż Bóg zarzuci ją, przed zbyt groźną falą
Ta kotwica, to ufność w przykazania boże
One są ochroną, gdy odmęt zła wciąga
Człowiek z kulą żelazną, wiarą w siły własne
W ocean życia wpływa, pełen próżnej pychy
Dla obu … to walka o wieczne przetrwanie …
I nagle niepokój mój, wyparła nadzieja:
Kiedy malarz wróci z natchnieniem od Boga
Łódź domaluje gdzieś na horyzoncie
Na łodzi napis, światłem błyszczący
A treść jego: Miłosierdzie czeka.
Adwent
Czekam na Ciebie, Jezu
W ten czas adwentowy
Byś tęsknotę moją, radością Narodzin wypełnił
Na światło czekam pośród ciemnych nocy
By w świętej spowiedzi
W mroku zostawić, zagubienia moje
Czekanie moje drogą się staje
Czas na niej zanika
To czas adoracji życia Twojej Matki
Czas unoszenia się ku Betlejem
Serce me, wiara przepełnia święta
W Twe Przyjście, Jezu, powtórne
A wtedy ręką swoją zgarniesz wszelką ciemność
I światło napełni ziemię
Czekam na Ciebie, Jezu
Drzwi duszy otwieram szeroko
I choć lęk ludzki w pamięć się zamienia
O sprawiedliwości, która czyny sądzi
Na cud czekam światła miłości
Na głos Twojego Miłosierdzia
To dusza moja wybiega poza mnie
Jakby chciała czas oczekiwania skrócić
I to, co we mnie słabe i takie przyziemne
Na skrzydłach unieść tajemniczej mocy
Już nie ma czasu, godzin mozolnie bijących
Oczekiwanie na Ciebie, Panie, tęsknota przejęła
Z nią, Dobry Jezu, tym darem od Ciebie
Adwentem się staje całe życie moje.
29.12.2011 Przed mszą świętą rozważam myśl jak człowiek w swoich możliwościach może zbliżyć się do Jezusa. Wzrok mój skierował się na nagiego Jezusa na krzyżu.
My, ludzie, przychodzimy na spotkanie z Nim „ubrani” w swoje przyzwyczajenia, drobne grzechy, od których nawet nie staramy się uwolnić. To nasze „ubranie” nie pozwala naszej duszy unieść się ku Panu. Stąd rozproszenia, niestaranne modlitwy, niepokój. Jezus na krzyżu jest nagi. Nie ukrywa się. Oddał życie za nasze zbawienie. My ciągle staramy się coś zatrzymać dla siebie, usprawiedliwić. Trudno więc naszej duszy wyzwolić się z tych „ubrań” i stanąć przed Panem nagimi, uwolnionymi od życiowych niedoskonałości. Oddać Mu to nasze „ubranie”, by móc być bliżej Niego, czuć Jego obecność. Dusza nasza, z którą Jezus może porozumieć się, tkwi w otoczce zewnętrznej, ukryta jak kokos. Musimy podjąć wolę walki z naszymi słabościami w imię miłości do Niego. Dowodem na takie odejście od grzeszności są święci, którzy dla miłości do Jezusa gotowi byli unicestwić swoją wolę, oddać swoje „ubranie” i stanąć przed Nim z nagą duszą, wrażliwą na spotkanie z Jezusem. Jezus dotyka taką duszę wieloma przeżyciami mistycznymi, ona jest bezbronna wobec Jego Miłości. Przykładem niech będzie św. Franciszek w swym ubogim habicie.
Daleko nam zapewne do świętych, ale są w naszym życiu takie przyzwyczajenia, cechy charakteru, krytycyzm, egoizm z którymi powinniśmy walczyć. Każda walka ze sobą samym zbliża nas do Jezusa, Jezusa uśmiechniętego, choć cierpiącego. On widzi i ceni te nasze „wojny” ze sobą samym.
Blaski świata
Mnóstwo świateł pobłyskuje ludziom przed oczami
Wabią jak ogniki obiecujące: pójdź za mną
Gdy wieczorem wpatrujemy się w płynącą wodę
W falach błąkają się jedynie światła odbite
Wrażenie masz, że są światłem - znakiem
Lecz gdy źródło ich zgaśnie lub drzewo przysłoni
Ułudą są jedynie, chwilowym odblaskiem
I ciemność pochłania cię znowu
Takim się wydają światła tego świata
Kariera w światłach fleszy, ułuda blasku bogactwa
Pycha zdobiona lampkami kolorowymi
To światła teatru tego świata, które kiedyś zgasną
Tak łatwo myli człowiek światełka odbite
Ze źródłem światła Prawdy, które nigdy nie gaśnie
Ułudę myli, oszustwo świateł odbitych
I Boga, Stwórcę Wiecznego Światła
Daj Boże doznać wszystkim ludziom
Blasku Twojej Miłości, nigdy nie gasnącej
Niech żaden błędny ognik tego świata
Nie zwabi ludzi, prowadząc ich w ciemności.
Niebo
Jedni w nie wierzą, inni wiary nie dają
Ci, co w nie wierzą, słowom Jezusa ufają
Dnia pewnego, myśl przyszła do mnie nieoczekiwanie
Jeśli niebo Bóg stworzył, także dla nas, ludzi
To w zamyśle Swoim, piękno Swego nieba
Pozwala nam rozpoznać, także tu, na ziemi
Bo czymże jest niebo, jeśli nie miłością
Którą obdarzamy mówiąc: kocham ciebie
Czy nie jest nadzieją w naszym zagubieniu?
Ręką pomocną, uśmiechem i słowem przyjaznym
Dziwnym biciem serca, miłosierną czułością
Nawet do wszelkich ludzkich słabości?
Jest tyle nieba na tej naszej ziemi
I tylko trzeba wstąpić do niego odważnie
Piękna w przyrodzie szukać, dobre słowa poznać
Pomoc dać cierpiącemu, choćby był nam obcy
Radości doświadczyć z bogactwa miłości dawania
Nędzę serca odrzucić, która chce miłością zawładnąć
Rozważając myśli o niebie na ziemi
Boże, pomyślałam, jeśli kiedyś będę godna Twego Nieba
Tęsknić tam będę, za dobrem na ziemi
Za mszą codzienną, świec zapachem i słowami kapłanów
Za ludźmi kochanymi i zwykłym dniem codziennym
I prosić tam będę Boga, o łaskę dla ludzi, poznania Nieba na tej ziemi.
Kolory życia
Życie nasze tkamy jak kilim na krosnach
Z nici przez czas podrzuconych, wybieramy kolory
Wzór na nim, barwą cieszy oczy
Szarość w niego wpleciona zadumę budzi
Z motka czarnej wełny, który los zagubił
W kilim życia wplatamy czerń smutnej żałoby
I kiedy na deseń patrzymy, obraz przeszłych zdarzeń
Cieszy nas wspomnienie koloru, radosnej zabawy
Łzy ocieramy, dotykając delikatnie czerni
Jest w kilimie życia, pieczołowicie tkanym
Miejsce, o którym zapomnieć nie można
Miejsce utkane ze znaków, czyniących życie świętym
One błyszczą pięknem światła wiecznego
Znaki te, to krzyż i żłóbek Jezusa
Światła Nadziei zapalone ręką Boga
Bez nich, nasz kilim, to zwykła materia
Choćby z najdroższych był utkany nici
A gdy ciemność nocy przyjdzie, kolorów jego nie ujrzymy.
Odpowiedź
Jeszcze smak komunii mam w ustach
Jeszcze oddech swój chcę z oddechem duszy połączyć
Rozważając narodziny Pana we mnie
A obraz przedziwny dotyka mnie delikatnie
Obraz, nie z farb malowany, a światłem i cieniem
Widzę się w cichej pielgrzymce wiernych, bez pieśni
Adoracyjne milczenie, pełne powagi
Jak tajemnicza aura, otacza wędrowców
Ciepły powiew odrywa mnie z szeregu
Ku wąskiej bramie
Za bramą, ogród pełen miękkiej jak tkanina zieleni
Od pielgrzymujących oddzielają mnie liany
Ułożone w kraty
Mam wrażenie zaistnienia w wielkim konfesjonale
Nie ma tam czasu, pośpiechu
Jaskrawe, ale przyjazne światło przesuwa się po zieleni
Tworząc obraz światła i cienia malowany milczeniem
Na miękkiej zieleni ogrodu, która ożywa
Czuję obecność KOGOŚ, choć nie widzę osoby
Ciszę przerywa pytanie …
Nie trafia do moich uszu, lecz zapada głęboko w duszy
Obraz znika …
A ja w dzień i w nocy próbuję odtworzyć to pytanie
Sięgam w głąb duszy, a ona prosi o cierpliwość
Czekam na ten dzień
Na tamto światło, które wlało we mnie
Przedziwną ufność
Iż poznam Jego pytanie … i odpowiem kiedyś na nie.