04.01.2012 Przed końcem mszy świętej ujrzałam obraz ogromnego sadu, pełnego kwitnących drzew, a także uschłych. W sadzie było pełno ścieżek, jak w labiryncie. Krążyli po nich ludzie, czasem wracali na ścieżki już przebyte. Miałam wrażenie, że szukają wyjścia i są zagubieni. W swojej wizji tego sadu, uniosłam się jak ptak ponad nim. Wtedy zobaczyłam drogi wyjścia. To takie proste, usłyszałam w sercu. Aby ujrzeć sens swojej wędrówki w życiu, należy się unieść wyżej, spojrzeć z perspektywy duszy nieśmiertelnej, która dąży do Boga, do celu swego przeznaczenia. Na skrzydłach wiary, ufności w Jego Miłość, unosimy się wyżej i wyraźniej widzimy właściwe drogi wyjścia z labiryntu tego sadu.


Wędrowcy

W zadumę wpadła dusza moja
Bogactwo widząc dróg do Boga
Tych krętych, pełnych wątpliwości i załamań
I tych, po których Miłość, światłem prowadzi
Łąki widziałam pełne pielgrzymów radosnych
Wśród kwiatów szli, z modlitw zrodzonych
Obok, ścieżki biegły, twarde, kamieniste
Głazy raniły wędrowców, upadali …
Autostradę widziałam, ludzi pędzących autami
Czas wydawał się im tak cenny
Iż trudno im było dostrzec
Jezusa idącego piechotą
Mędrców widziałam pochylonych nad księgami
Okulary, z wiekiem, zakładali nowe
Umysł ich pełen był wiedzy, teorii
Ale serca … bez miłości
Byli tacy, którzy w wątłej łódce ciała
Głębi poznania Boga
W oceanie pychy szukali
Z wędką zbyt krótką, by prawdę wyłowić
Widziałam uwięzionych w bagnie
Grzechy pętały im nogi
Ręce unosili w ostatniej nadziei
Pomocy szukali, ratunku dla siebie
Na wszystkich tych ludzkich drogach
Ty, Boże, znak święty stawiasz
Krzyż Syna Twojego …
On Sprawiedliwość Twoją osłania
Chustą Weroniki i męczenników odwagą
O czas błaga dla pogubionych w drodze
O Światło Miłości, dla nich.


Bieg za aniołem

Czasem biegniesz przede mną, Aniele, Stróżu mój
O kilka kroków wyprzedzasz
Zniecierpliwiony moją słabością
Patrzysz niezadowolony
Jak nauczyciel zawiedziony uczniem
Tyle planów masz dla mnie, tyle dróg świętych
A ja … zwalniam bieg
Czasem widzę cię na drodze pełnej światła
Oglądasz się za mną
A ja, nocą niemocy okryta, śpię
Ale wracasz i czekasz na mnie
Sny wyjmujesz ze swego podróżnego plecaka
Piękne, o krainach górzystych, źródłach czystych
A czasem mroczne, jakbyś chciał mnie
Ze snu wyrwać …
Radosnym cię widzę, gdy na mszę idziemy
Podskakujesz wesoły, z dziecięcą ufnością
Na spotkanie ze swoim światem
Gdy słów twych nie słyszę, sobą zajęta
Do konfesjonału prowadzisz, bym duszę
Fałszywymi tonami grzechu, rozstrojoną
Na czyste tony przestroić
Podczas adoracji, ptakiem jesteś rozśpiewanym
Ariami z nieba zapamiętanymi
Sił mi dodajesz natchnieniami świętymi
Bym nadążała w biegu za tobą
Z wiarą, że znasz drogi, na których nie pobłądzę.


Świat produkcji marzeń

Świat, który mnie otacza, pełen jest obrazów i dźwięków
One ciszę zakłócają nachalnym hałasem
Obcych myśli, tkwiących w filmowych obrazach
Nierzadko zło ukazując w atrakcyjnym kolorze
Muzyka zamiast pięknem brzmieć harmonii
Agresję wzbudza, burząc rytm serca

Moda, niewolniczym staje się nakazem
Określając wygląd i wartość człowieka
I zanim młody człowiek pozna to oszustwo
Już topi się w tyglu masowej produkcji
Klientem jest konsumpcyjnej reklamy
Papierowym rachunkiem za gadżet zakupiony

Łzy, miłość, cierpienie, intymne piękno człowieczeństwa
Atrakcją są dla masowego widza
Im więcej ich na ekranie, tym większy zysk producenta
Są tacy, którzy nie nadążają za rynkiem konsumpcji
Przystanku poszukują zwodniczego, zapełnienia pustki
W wizjach narkotycznych świata ułudnego

Ten świat produkcji marzeń, ma własne przesłanie
„Bogiem” stać się możesz, panem światowych okazji
Wystarczy rękę wyciągnąć i zebrać ekstra śmietankę
A już dotknie cię szczęście i cierpienie zniknie
I tylko ci, co w starym portfelu, mozolnie groszy szukają
Prawdę o świecie marzeń poznali, na dnie pustych kieszeni

Mam w sercu nadzieję, dziwnie ufną wiarę
Iż człowiek, zwabiony ideami fałszywych proroków
Rozpozna oszustwo ich błyszczących srebrników
Miłości poszuka tej, która nie kłamie
Miłości, która zraniona, do krzyża przybita
Woła do człowieka: uwierz w świętość swego życia.


Nauka anioła

Gdy wiara cichnie w sercu twoim
Kurz zakrywa słowa modlitw świętych
W sen zapadasz smutnej obojętności
A Pan wydaje ci się oddalony
Próby doznajesz, nocy ciemności
Własnego Getsemani …
Pamiętaj, tam Jezus również czuwa
Dzieląc się z tobą cierpieniem i trwogą
Samotny, wśród śpiących przyjaciół
Jak ptak, który z klucza żurawi wypadł
By tu, na ziemi, w ciemnościach nocy
Światło zapalać
Na szlaku lotu, ku wieczności
Kiedy wiara cichnie w sercu twoim
Tradycją przodków dana ci w depozyt
Pod krzyżem trwaj Chrystusowym
Niech Miłość Jego spłynie w serce twoje
Kiedy cię dotknie, serce twe zapłonie
Bo wiara z miłości się rodzi
I choćbyś w ciemność wstąpił nocy
Ta Miłość cię obroni …
To próba była tylko, mocy twojej wiary
Łaska czuwania, z Jezusem w Getsemani.


14.01.2012 Każda msza święta jest cudem, zakrytym przed naszymi oczami, ale nie przed naszą wiarą i miłością, która prowadzi nas na ucztę z Jezusem. Zdarza się, że nasze osobiste zaangażowanie podczas mszy świętej, świadomość, iż na ołtarzu jest realny Jezus, zamyka nasze fizyczne widzenie i zaczynamy widzieć sercem. To pragnienie spotkania, tęsknota za Zbawicielem sprawia, że może nas dotknąć łaska niezwykłego zbliżenia, jak to opisałam w wierszu: „Oczy serca”. Z głęboką pokorą i wdzięcznością odebrałam ten obraz. Jest on dla mnie wskazówką do głębszego przeżywania Słowa Bożego, rozważania z radością żywego cudu mszy świętej. I tak naprawdę nie jest ważne widzieć coś oczami, aby uwierzyć, ważne jest aby zatrzymać Jezusa w sercu i mówić do Niego w każdej chwili. Nie ma dla człowieka na ziemi większej miłości nad Miłość Boga.


Oczy serca

Był taki dzień, na mojej mszy codziennej
Gdy serce moje, malarzem się stało
Na moment zamarło, z czasu wyzwolone
I barwy cudowne nad ołtarzem ujrzałam
Czerwień pulsowała żyjącym płomieniem
Na jej tle biel anielska, plamą się barwiła
Obok szata niebieska, może Matki Świętej?
Lśniła, jakby z krystalicznej wody, uszyta
Nad białym obrusem, podczas Konsekracji
Setki drobnych rączek, wielki chleb unosiło
Postaci nie widziałam, w kolor były wplecione
Barwnymi plamami wibrowały, gasnąc i ożywając
Wielki bochen chleba przyciągnął me oczy
Światłem błyszczał i pulsował życiem
Kielich uniesiony rękami kapłana
Pochylił się lekko, a na chleb się wylały
Krople krwi czerwonej …
Zamarłam w bezruchu, wizją zadziwiona
Jak malarz pokorny, niezdolny odtworzyć
Piękna tej wizji, na płótnie obrazu
A potem cisza zaległa i czas zaczął płynąć
Kapłana ujrzałam w błagalnym pokłonie
Nad zwykłym obrusem, haftem ozdobionym
Cud wielki się dzieje … Przeistoczenia
Jezu, pomyślałam, łaska to, czy złudzenie?
Oczy przecież miałam szeroko otwarte
Szept cichy usłyszałam, gdzieś w głębi duszy:
Gdy oczy serca, z miłością ufną patrzą
Ich wzrok widzi więcej … sięga dalej.


Kontemplacja

Do Boga wysyłamy prośby i modlitwy
Litanie, koronki i psalmy
Są dni, w których serce nasze
Tak bardzo pragnie Jego Miłości
Iż wszelkie słowa toną w tęsknocie przedziwnej
I milczenie staje się naszą modlitwą …
Usta zamknięte są dla wszelkich myśli
Serce doznaje harmonii oddechu
Uszy głuchną na szmery wokoło
Ciało, w kontemplacji zastyga …
Zmysły wolne od obrazów, dźwięków
Ciszę chłoną, adorując Boga
I tak trwać możemy, jakby czas nie istniał
Łaską obdarowani, niezwykłego spotkania
W którym, nawet aniołowie cichną
Cześć oddając tej świętej chwili
Chwili miłosnego spotkania człowieka i Boga
O, błogosławiony czasie, kontemplacji pięknej
Kiedy duszę swoją oddajemy Panu
Niech ręka Twoja, Miłosierny Boże
Wyleje z kielicha, Męki Syna Twego
Krople woli Twojej, dla życia naszego
I niech ta modlitwa serca, łaską Twoją wlana
W tym adoracyjnym zachwycie, kontemplacji Boga
Chwałą się stanie, dla Ducha Świętego.


Ofiara serca

Powiększ serce moje, Panie
Pamięcią Męki Twojej
Niech nie będzie tylko rytmicznie bijącym organem
Niech miejscem będzie dla Krzyża Twojego
Żyjącym Twą Drogą Krzyżową
Milcz, serce moje, gdy cię piłaci oskarżają
Zniż oczy twoje, ku oczom Jezusa w upadku
Szukaj w nich drogi zbawienia
Nie bój się krzyża, danego ci wolą bożą
Dźwigaj go mężnie, obok Pana Twojego
A Matka Jego i Szymon pomoc ci ześlą
Daj, serce moje, Weronice, chustę pragnienia świętości
Niech Oblicze Pana cię strzeże
Nie lituj się, serce moje, nad swym losem
Lamentuj nad grzechami, które upadek przyniosły
Nagość twoja niech oczyszczeniem będzie
Od ziemskich przywiązań, które kuszą
Gwoździe bólu życia, przeszywające ciało
Jezusowi ofiaruj za grzeszników
A ofiara bólu nie pójdzie na zatracenie
Niech krzyż dany ci sprawiedliwą ręką Boga
Wypełni cię, serce moje, wzdłuż i wszerz
Czyniąc przestrzeń dla bożego słowa
Dla Miłości Jego, do świata i ludzi
Łazarzem bądź, serce moje, ukrzyżowanym
Które w łasce miłosierdzia ufność pokłada
Nie dla uczynków, lecz dla wiary w Boga
Umieraj, serce moje, nie dla śmierci
Lecz dla zbawienia wiecznego
W ramionach Świętej Matki.


Pieśń o Faustynie

W habit obleczona, welon czystości i pokory
Z Obliczem Pana, znakiem Prawdy, Drogi i Życia
Posłannictwo święte, podjęłaś Faustyno, dla świata
Głoszenie dzieła o Miłosierdziu Bożym

W złotym kielichu twej duszy
Odkrył Bóg, dziecięctwo serca czystego
Łaską świętych natchnień wypełnił
Miłość ukazał ci wierną

Serce twe drżało, niepewnością ranione
Czy godna jesteś w maleńkości swojej
Tej misji, zesłanej ci z nieba
To Jezus z Drogi Krzyżowej, był ci podporą

Wolę swoją u stóp Jego złożyłaś
Życie oddając za zbawienie grzesznych
Światło nadziei, zajaśniało z mocą
Dla pogrążonych w lęku, przed sprawiedliwością bożą

Płomieniem jesteś, z ogniska wiecznej Miłości
Zapalonym w świecie, dla dusz ratowania
Dla tych, którzy zapomnieli o przymiocie Boga
O Miłosierdziu, które Syna, aż na krzyż przywiodło

Z cierpliwością godną odwiecznej Miłości
Budował Bóg, w świecie nieufnym
Z kamieni cierpień twoich i kapłanów
Świątynię Ducha Miłosierdzia, na ziemi

Jak promień słońca przez kryształ przenika
Tak Miłosierdzie przeszło przez Serce Jezusa
Z obietnicą, dla dusz w ciemności zanurzonych
Które ufność swoją zawierzają w Miłosierdziu Bożym

I rozlała się na świat, jak woda żywa
Ożywcza moc nadziei dla grzeszników
Dla tych, którzy z wiarą chcą zaufać Panu
Oczyścić z grzechów, dla zbawienia wiecznego

Jezus, bosy wędrowiec, przyszedł do ciebie, Faustyno
Z ręką błogosławiącą, śladami ran nie zagojonych
Z sercem niegdyś przebitym włócznią
A z niego promienie łask na ziemię spływają

Jeszcze czas, człowieku, mówią Jego oczy
Jeszcze żyje Miłosierdzie Moje
Dopóki przesuwają się perełki Koronki
A ku niebu słowa płyną: dla Jego bolesnej Męki.


08.04.2012 Piękne są święta Wielkanocne. W tym czasie czuję szczególną obecność Jezusa. Z ludzkiego punktu widzenia „przeszkadza mi” tłok i biegające dzieci. Staram się jednak skoncentrować na uroczystości. W wyobraźni „wychodzę”, a raczej wyprowadzam swoją duszę nad  wody Jeziora Galilejskiego. Jest noc, słyszę plusk fal, delikatny, miarowy. Nad wodą widzę daleko wielką, czerwoną kulę. To nie jest czas na zachód słońca. Czerwona kula zbliża się do brzegu, staje się ogromna, jak hostia przepełniona krwią Chrystusa. Ogarnia sobą przestrzeń, pochłania ją. Czuję jakby chłonęła cały świat, błogosławiła go. W niedzielny, świąteczny poranek, uwielbiam Jezusa w swoim ciele, właśnie otrzymałam komunię świętą. Przychodzą do mnie myśli, jakby ktoś mnie uczył … Wszelkie ludzkie uczucia, te złe wobec innych ludzi, a także te, które wywołują szczególne namiętności (ludzka miłość), muszą być „oczyszczone” w Miłości Jezusa. W przeciwnym razie, ograniczają one naszą wolność, sprawiają, iż ludzka miłość budzi także zazdrość, chęć posiadania „na własność” kochanej osoby. Otaczające nas zło również ogranicza przestrzeń naszej czystej wolności. Zabiera nam czas na niepotrzebne złości. Matka Boża, kochająca swego Syna, dzieli się w swej Pięknej Miłości z nami, swoją własną Miłością do Niego. Jezu, modlę się, daj mi taką miłości, którą będę mogła ofiarować, wolną od ludzkich przywar. Mam oczy zamknięte, serce spragnione Pięknej Miłości. Raptem słyszę stuk, jakby ktoś upuścił twardy przedmiot. Otwieram oczy … to hostia upadła na podłogę podczas udzielania komunii. Jakże taki maleńki, delikatny opłatek mógł wywołać taki odgłos? Czyżbym tylko ja to słyszała? Ciągle słyszę ten odgłos w swoich uszach, jakby skierowany do mnie, do każdego, kto zechce przyjąć Twoją czystą, miłosierną Miłość.


Wielkopostna zaduma

Są takie dni w życiu człowieka wiary
Gdy staje przed nami pytanie
Kim jestem? I Kim Bóg jest dla mnie?
Pytanie to krąży jak ptak o ziarno proszący
I czujesz, jakbyś w ciemności uderzył o skałę
To Prawda chce dotrzeć do ciebie
Pamięć unosi się ponad życiem przeszłym
Usprawiedliwień szukasz w swej ludzkiej naturze
Na myśl przychodzą żywoty świętych
Ich życie pokorne, ofiarne cierpienie

Tych chwil nie odtrącaj, to łaska zadumy
Nad istotą wiary, swego człowieczeństwa
Oskarżeń nie szukaj, które chcą cię sądzić
W Bożym Miłosierdziu zanurz się z nadzieją
To czas Góry Tabor, spotkania z Jezusem
Czas przemiany serca, wzniesienie się wyżej
Piękne są dłonie w modlitewnym geście
Ileż piękna mają, gdy braci prowadzą do Boga
Krzyż Pana uwielbiasz w pokornym pokłonie
Twój też jest cenny, gdy z miłością go niesiesz

Prawdy szukaj w biblii, może zakurzonej?
Tak jak wiara, nierzadko w zwyczaju zamknięta
A kiedy słowa słyszymy: nawracajcie się …
Czyż nie o miłość w swej wierze walczymy?
O ręce, nogi miłosierne, o język miłości do bliźnich?
Wiara nie jest schronieniem przed bólem wszelakim
Bez miłości, słabnie w trudnych chwilach walki
Błagajmy o taką Miłość, która z krzyża spływa
Moc Jej, w zawołaniu Zbawiciela … Pragnę
W tej świętej chwili, naszego wiecznego zbawienia.


Stary krzyż

Klęczałam kiedyś przed starym krzyżem
Chrystus na nim, kilka pokoleń już widział
Krzyż, zawieszony w przedsionku kościoła
Wielu pielgrzymów, tajemnicą swą, zatrzymywał

Rany ciała, artysta z pietyzmem wymalował
Otwarte oczy Jezusa wpatrywały się w modlących
Potężne gwoździe przebijały ręce i nogi
Drewniany krzyż z Chrystusem przemawiał …

Głowę uniosłam ku zranionym stopom
Rękami pielgrzymów były wygładzone
Wzrok zatrzymałam na ranach Jezusa
Sercem pełnym bólu, całowałam je

I myśl przyszła nagle, jak natchnienie anioła
W przestrzeni bólu, promieniującego z krzyża
W jakim miejscu, Twój, Jezu i mój wzrok się spotka?
Na stopach, rękach, czy w oczy Twe spojrzę?

Czy stopy Twe dotknę delikatnie, z lękiem?
Fragment krzyża ucałuję nieśmiało?
Przechodniem będę w pokorze, pielgrzymem setnym?
Czy miłość moja ma odwagę spojrzeć w Twe oczy?

Minuty mijały rozważań, pielgrzymi odeszli
Słowa ich modlitw, krzyż przygarnął ku sobie
Czułam oczy Jezusa patrzące na mnie
Wyczekujące, żywe, w ciemnym przedsionku kościoła

Modlitwy nie wypowiadałam, słucham duszy mojej
To ona mówiła: ciało zabili Twe, Panie
Serce od włóczni zamilkło, członki od gwoździ obumarły
Lecz oczu Twych, Jezu, na wieki, nie zabito

Lęk odrzuciłam, który grzech narzuca
Ufność zwyciężyła, spragniona miłości
Oczy moje w Twoich oczach utkwiłam
Miłosierdzie poznałam … Bożej Miłości.


Słowo boże

Są msze i rekolekcje w życiu chrześcijanina
Przyswajane jak chleb powszedni
Słowa, od lat te same, płyną z Biblii Świętej
Karmiąc nas ze źródła Objawienia
Nierzadko umykają pamięci
Za zasłonę spraw codziennych
I to, co powinno poić winem świątecznym
Odpływa gdzieś w zapomnienie …
Lecz są też chwile święte
Błyskami są daru bożego ducha
Duszę porywają w miłosnym uścisku
Unoszą ją ponad powszedniość
A słowa, które słyszymy
Światłem natchnionym przeniknięte
Smaku nabierają eucharystycznego chleba
Jakbyśmy je pierwszy raz usłyszeli …
I żyją w nas, młodym, ożywczym winem
Wyryte w duszy trwałym znakiem
Wrażenie mamy, iż rzeźba kamienna postaci
Którą dotąd mijaliśmy w spacerze rytualnym
Żywą się stała, oczy jej patrzą na nas
Ręce się do nas wyciągają
W zadziwieniu stajemy, dotknięci tym przeżyciem
W tajemnicę wkroczyliśmy niezwykłą
Tajemnicę spotkania, z żywym słowem bożym.


Nasze Getsemani

Głębokiej doznałam serca przemiany
Ból Twój rozważając, Jezu, w Getsemani
Apostołów prosiłeś by trwali przy Tobie
Lecz oni strudzeni, zasnęli
Towarzyszem Ci była martwa skała
Kielich goryczy jaśniejący w mroku
Siostrą, samotność, w tej chwili udręki
Krwawego potu, nikt nie otarł z ciała
Przeznaczeniem Twoim było, zbawienie człowieka

Cóż z Getsemani zrozumiał dziś człowiek
Pielgrzymujący po śladach męki Jezusa?
Kiedy sercem dotknie czasu Twego Ogrójca
Rozpozna w swym życiu … własne Getsemani
Te noce samotne, pełne wahań dręczących
Czy woli Boga się poddać, czy z lęku odrzucić?
Wypić gorycz życia, w pokutę zamienić?
Cierpienie własne Bogu ofiarować?
Czy iść przez życie, według własnej woli?

Są też takie święte chwile, dane człowiekowi
Kiedy staje twarzą w twarz, przed Bogiem
Bóg zadaje pytanie i milcząco czeka …
Ty, w swoim Getsemani, masz podjąć decyzję
Za miłością pójść Jego, czy za świata wygodą?
W tej walce sumienia, cóż może być dziś pociechą
W naszym ludzkim, współczesnym Getsemani?
Nie na już martwej skały i samotnej nocy
Zmartwychwstały Jezus stoi, by nas otoczyć odwagą Miłości.


Niespokojna tęsknota

Tęsknię za dotykiem, który rękę moją trzyma w dłoni
Za spojrzeniem miłosiernym, za słowami tęsknię
Które, jak deszcz letni, nadzieją napełnią oczyszczającą
Za Ojcem tęsknię, wychodzącym mi naprzeciw
On ucztę przygotował, dla mojej tęsknoty

Tej tęsknoty nie sycą ludzkie słowa, dotyk i spojrzenie
Działa niewidzialnie, darem jest od Stwórcy
W serce wpisana, śpiewa o miłości czystej
Niespokojnej, dopóki nie spocznie u stóp Boga
W wieczności, gdzie spełni się jej pragnienie miłości

I szuka w swoim świecie, tęsknota wędrująca
Myśli i braci, z Miłości Boga stworzonych
Drogi omija, tam, gdzie zdradliwe wody
Wabią urodą, oszukując nieostrożnego wędrowca
Mylącego ludzką tęsknotę, z tęsknotą za Bogiem

Błaga tęsknota pod krzyżem, o dar miłosiernych czynów
O modlitwę za braci, którzy światu dali się uwieść
O przebaczenie też błaga słowami skruszonymi:
Całego ich płaczu nie utuliłam, ran nie opatrzyłam wielu
Miłosierdziu Boga, sąd powierzam, nad tęsknotą moją.


Lourdes

Witałaś mnie, Matko Święta, w Lourdes
Kroplami deszczu, górami spowitymi mgłą
Ciepłymi promieniami wiosennego słońca
Napełniającymi nieśmiałą otuchą
Iż cudu doznam spotkania z Tobą

Myślałam, że deszcz będzie mi muzyką ciszy
A modlitwa, samotnym przeżywaniem spotkania
Lecz Lourdes włączyło mnie w wielki rój
Ludzkich twarzy, rozmów i głośnych modlitw
Pszczołą się stałam w tym wielkim roju nadziei

Krążąc pomiędzy wózkami chorych, niepełnosprawnych
Doznawałam wspólnoty cierpienia
Cierpienia spragnionego pocieszającej ręki Matki
Przy każdym wózku, wolontariusz jak anioł stróż
W ludzki ubrany strój, w ludzkie współczucie

W tym pięknym miejscu nawróceń i uzdrowień
Ozdobionym procesjami, przedziwnym tańcem świateł
Czas wypełniony był kadzidłem modlitw
Tajemnicą pojedynczych, spragnionych serc
Unoszących się ku Maryi w zapalonej świecy

Nie ma w Lourdes miejsca na samotnię
Musisz patrzeć na ludzkie cierpienie
Musisz zranić swe serce miłością do ludzkiego bólu
Lourdes uczy cię, iż jak święta grota Objawień
Ty też masz się stać grotą nadziei dla bliźnich

Pokochałam Lourdes za tę naukę
Za wskrzeszenie uczuć miłości do cierpiących
Niosących krzyż, może za mnie?
Święta woda z Lourdes wypełniła mnie wiarą w człowieka
Człowieka, zdolnego do bezinteresownej miłości

Kamienie z groty wygładzone ludzkimi rękami
Spragnionymi pocieszającego dotyku Matki Świętej
Spływa po nich woda, jak nadzieja dla cierpiących
Miliony modlitw unoszą się w grocie
Ożywają kamienie, kruszą się kamienne serca

O, święte Lourdes, wypełnione ludzkim rojem nadziei
Pszczołą się tam czułam, w tym tłumie pragnień
Pszczołą, która doznała łaski mocy uzdrawiającej modlitwy
Za bliźniego, spragnionego pocieszenia w cierpieniu
Dla niosącego, cięższy krzyż niż mój własny.


26.05.2012 Na pielgrzymkę do ziemi Świętej udałam się już trzeci raz. Czas tej pielgrzymki obejmował okres od Święta Zesłania Ducha Świętego do Święta Trójcy Świętej. I nie był to tylko przypadek. Pielgrzymkę poświęciłam w intencji przemiany duchowej, wzrostu mojej wiary. Nie koncentrowałam się na zewnętrznych widokach, murach, kamieniach, pragnęłam aby duch bożego słowa dotknął mnie mocno, aby zewnętrzny gwar pielgrzymów (a było ich bardzo wielu) nie odebrał mi wewnętrznej ciszy. Chciałam by te krótkie chwile spotkania z miejscami świętymi wydały duchowy owoc. Pragnęłam wewnętrznego olśnienia wynikającego z danej mi łaski bycia w miejscach świętych. Przyjmowałam upał, ludzki tłok jak dar potrzebny, by uczyć się dzielić przeżyciami z innymi. By uczyć się po prostu kochać współtowarzyszy z pielgrzymiego szlaku.


Poemat pielgrzyma

Trzykrotnie dotykałam cię, Ziemio Święta
W oczach moich zostało twoje piękno, w sercu, miłość
Przepełniona tęsknotą poszukiwania czystego praźródła
W Dzień Zesłania Ducha Świętego poczułam cię kolejny raz
Znałam już twoje świątynie, hałas twoich ulic, gwar pielgrzymów
Tym razem, duszę moją wysłałam na pielgrzymi szlak
Niech krążąc ponad świętymi znakami, zbiera duchowe skarby
Skarby wiary, umacniane bożym słowem
Dałam duszy wolność, biegnąc za nią myślami
Moje ciało tkwiło w otaczającej współczesności
Myśli unosiły się ku Bogu

Oblicza Jezusa śpiącego, szukałam w szumie fal Genezaret
Tamtej burzy, łodzi Piotra, miotanej falami
Pragnęłam usłyszeć oddech Jezusa w Kafarnaum
Odpoczywającego po trudach wędrówki
W głąb kamiennych płyt przenikałam wyobraźnią
Drogą, pośród jerozolimskich straganów szedł Pan z krzyżem
Dusza moja zamarła w smutku, potykając się o ból
Ból tkwiący tam nadal, ozdobiony Jego krwią
Ból przenikający przez powietrze jak nie gojąca się rana
Rozmodleni i rozbiegani ludzie w bazylikach
Współczesność wbijająca się w historię Zbawienia

Każdy, jak talizmanu, pragnie dotknąć świętych śladów
Długi korowód ludzi otacza Grób Pański, Betlejemski Żłóbek
Chwilę mam tylko, Jezu, by poczuć ciepło tych miejsc
Zatrzymać w dłoni, oddać sercu na przechowanie
Pielgrzymujemy dalej z moją duszą na Górę Synaj
Ku słońcu wyłaniającemu się rankiem zza gór
Mojżesz i Bóg, kamienne tablice przykazań
Głos Boga brzmiał z tego miejsca
Cud spotkania z potęgą Miłości i Sprawiedliwości
Człowiek na tej górze jak ziarenko piasku
Ziarenko pragnące bliskości Boga, by stać się drzewem wiary

Zatapiam się w pięknej radości, czystej jak górskie powietrze
Poznaję przestrzeń unoszącą mnie ku odwadze
Odwadze wiary pomimo burz i wrogich fal
Odwadze Weroniki w jej miłosnym geście, Szymona odkrywającego Boga
Modlitwy pragnę, która Oblicze Jezusa przywoła …
Słów jej szukam głęboko w sercu, nawet tych nie znanych
Sylwetki modlących się Żydów przy Ścianie Płaczu
Są dla mnie jak wieczne znaki, które przetrwały wieki
Bo ludzka tęsknota za Bogiem, za modlitwą, nie przemija
Stroję się w tę tęsknotę jak w piękne kwiaty Izraela w słońcu
I wracam na własną Górę Tabor, górę łaski przemiany serca.


14.06.2012 Podczas mszy świętej, w pewnej chwili dotknęła mnie myśl o wielkiej i nieograniczonej miłości Boga. Było to raczej doświadczenie intelektualne, rozważające. Ujrzałam piękny, złoty skarbiec wypełniony bogactwem kolorów i blasków. Wielka miłość trudna do ogarnięcia ludzkimi zmysłami. Bogactwo miłości Boga … Ujrzałam siebie, innych ludzi jak wkraczają do tego skarbca ze złotymi monetami. Jakbyśmy chcieli „wymienić je” na bożą miłość swymi uczynkami, lub „kupić” modlitwami łaski, które uważamy, że się nam „należą” za dobre według nas życie. Jakże biedne wydały mi się w tym obrazie nasze trzymane w ręku monety wobec ogromu skarbca bożej Miłości. Czego więc pragniesz, Panie? - spytałam w sercu. Pragnę całkowitej ufności wobec mej woli. Nie potrzebuję waszych „datków” … Przed oczami stanął mi błogosławiony Michał Kozel, do którego modliliśmy się tego dnia. Oddał swe życie Bogu jako kapłan, zginął zamęczony w Dachau. Nie „targował” się z Bogiem o swoje życie. „Płacił” Bogu swoją ufnością, miłością. W człowieku tkwi lęk o swoje życie, zdrowie. Boi się wejść do „skarbca bożej miłości” z całkowitą ufnością oddania się Bogu (przypowieść o młodzieńcu, któremu Jezus kazał sprzedać wszystko i pójść za nim). Tkwi w nas przekonanie, że Bóg tu na ziemi nagradza nasze życie, a cierpienie to kara. A przecież uczy nas nasza wiara, że „skarbiec nieograniczonej miłości Boga” otwiera się właśnie ludzkim krzyżem. Krzyżem niesionym cierpliwie, z pokorą. I nie da się go wymienić na złote monety naszych egoistycznych pragnień. A za łaski i cuda w naszym życiu dziękujmy nieustannie jak za dary z bożej apteki miłości.


Dar miłości

Jeśli łaskę otrzymałeś wypełnienia serca
Miłością, która ponad zmysłami góruje
I nie pragnie wzajemności, spłaty i oddania
Dar otrzymałeś od Ducha Świętego najdroższy
Wolność obdarowywania miłością …
Z więzów ciała uwolniony, doświadczasz
Unoszenia się ponad ludzkie przywary, grzechy
Nie osądzasz, Bogu zostawiając sąd
Twoja miłość pławiąc się w wolności
Nie czuje się dotknięta, spragniona
Jest jak życiodajne, czyste powietrze
Gotowe, dzielić się oddechem, rozdawać perły
Z niewyczerpalnego źródła tej Miłości
Jesteś ptakiem obdarowanym przestrzenią
Uwolnionym, z więzienia, klatki ciała
Krępującym cię, oczekiwaniem na wdzięczność
O, piękny darze Miłości Ducha Świętego
Dany duszy jak śpiewna modlitwa
Jeśli raz usłyszysz jej dźwięki
Trwać będzie w tobie, płomieniem niegasnącym.



Szukam szczęścia

Szukam szczęścia w moim życiu
Nie ulotnego, którego łzy nie utopią
Cierpienie go nie złamie
Przeciwności go nie zniszczą
Ono może unieść się ponad chwilowe doznania
Ze spełnionego marzenia lub łaski losu
Szukam szczęścia trudnego, odradzającego
Dającego nadzieję w tajemnicy życia

Drogą idę, pielgrzym w cielesność ubrany
To ona domaga się stanu szczęśliwości
Fałszywe idee i obrazy świata ją łudzą
Dając chwilową słodycz, zapomnienie
A potem pękają jak mydlane bańki
Pragnienie szczęścia płacze, oszukane
Oczy z żalu ku niebu unosi i błaga:
Naucz mnie, Boże, Szczęścia Twojego

Anioła słyszę, biegnącego do mnie
On o szczęściu wie więcej, niż ja
W ciszę się otulam, ona tłumi moje zmysły
W tajemnicze przestrzenie duszy prowadzi
Słowa słyszę: "za ciebie Syn Boży umarł
W Jego ramionach szukaj szczęścia wiecznego
A kiedy pojmiesz jak wielką darzy cię miłością
Dojrzysz w swym życiu szczęście, którego szukałeś".


Jesteś dla mnie, Boże …

Jesteś dla mnie, Boże …
Ręką, która mnie przed otchłanią ratuje
Modlitwą, ona mnie z upadku podnosi
Krzyżem Jesteś, po którym się wspinam ku Tobie
Łąką miłości, pełnej białych stokrotek
Zapachem nadziei, gdy wokół mnie rozczarowanie
Winem młodym, rozpalającym wiarę
Jesteś dla mnie, Boże …
Psalmem, rodzącym słowa miłości
Muzyką harmonii, uspakającą niepokój
Ojcem Jesteś, nie szczędzącym darów
Ręką, opatrującą pieszczotliwie moje rany
Myślą Jesteś, nadającą sens codzienności
Tajemnicą nieba, którą chcesz bym poznała
Jesteś dla mnie, Boże …
Miłością miłosierną, bezinteresowną
Która dar najpiękniejszy daje
Eucharystię, krew i ciało Syna Twojego
Cud płynący prosto z nieba
Cudem tym chcesz mnie unieść ku Sobie
Przez Jego Ofiarę, dzieckiem uczynić Swoim
Jesteś dla mnie, Boże …
Światłem prowadzącym ku Twojej Miłości.


Ratunek

Jeśli ptaków nie słyszysz śpiewających za oknem
Wschód i zachód słońca cię nie zachwyca
Jeśli twarze przechodniów są dla ciebie obce
Kwiaty cię nie cieszą barwą i urokiem
Jeśli złość nosisz jak stary sweter, podarty
Miłość wydaje ci się uczuciem za drogim
A życie, skałą twardą, po której mocno trzeba kroczyć
To jakbyś zamarł w swej istocie, człowieku
I to co piękne w tobie, usnęło snem twardym

Wiedz, że ze skały, łzy nikt nie wyciśnie
Krwi życiodajnej też w niej nie ma
Uśmiech, pycha zakrywa, nie rozjaśnia twarzy
A złość odstrasza, nawet ostatniego życzliwego
Słońce nad twą głową, będzie tylko światła złudą
Kwiaty i ludzie, przeszkodą do celu
Kamieniem się staniesz, kaleczącym, głuchym
A serce twoje, dla ludzi i świata, zamilknie

Lecz jest dla ciebie ratunek, człowieku ze stali
Kogoś, kiedyś, na krzyżu, jak w twoją, wbito skałę
Na świat wylała się modlitwa miłosierna
Dla serc, które w grzechu skamieniały
To Jezus odarty do naga, ubrany w szatę miłosnego bólu
On, rzeźbiarz Miłości, krzyżem, nie bolesnym dłutem
Pragnął wyryć w tobie, znak bożej miłości
Znak, który serce otwiera, dla piękna życia, w niebie i na ziemi.


28.06.2012 Znam ludzi tak oddanych swojej pasji, hobby lub uwielbieniu aktora, sportowca, iż poświęcają temu wiele czasu. To moja miłość - mówią. Deklarują się jako katolicy, ale wolą oddać się swojej przyjemności niż pójść na mszę świętą. Wydaje mi się, że nie zdają sobie nawet sprawy, że grzeszą przeciwko pierwszemu przykazaniu: nie będziesz miał bogów cudzych przede mną. Pomimo zmęczenia, braku snu, biegną na koncert lub mecz jakby to była ich wieka miłość. Oddają siebie, swoje uczucia nie zdając sobie sprawy, że stają się niewolnikami swoich pasji. Msza święta, Bóg - to obowiązek. Ich miłość „wyczerpuje się” w ich pasji. Nie dostrzegają innych wartości. Swoje uwielbienie oddają idolowi. Zapominają KTO błogosławi naszemu życiu. „Oddanie” siebie, swojej osobowości, swojego człowieczeństwa - to ogromna strata czasu. A czas nieubłaganie biegnie. Idol może się znudzić, jego miejsce zajmie inny piosenkarz, sportowiec, ulegamy innej pasji. Czas, który mogliśmy poświęcić na własny duchowy rozwój, dojrzałość emocjonalną - mija bezpowrotnie. Stajemy się jak puste pudełka szukające w świecie zewnętrznym „skarbów”, aby go zapełnić. Po prostu „dziecinniejemy”, „wyczerpujemy” swoją miłość, którą moglibyśmy poświęcić Bogu, rodzinie, bliźnim. Świat masowej produkcji (filmy, sport, gry, idole) pomaga nam w tym „zdziecinnieniu”. Odbiera indywidualność myślenia, krytycyzm, narzuca wzorce. Słabi, bez wzmocnienia nauką Boga, wpadamy w te pułapki. Czy czujemy się wolni? Szczęśliwi? Dlaczego więc wokół nas tylu ludzi potrzebujących porad psychologa?


Współczesny, ukrzyżowany

Idzie człowiek ulicą pełną ludzi
W twarzach przechodniów szuka przyjaźni
Samotność z czterech ścian go wypędziła
Rankiem, z własnego mieszkania
Nie chciała już z nim rozmawiać, zaniemówiła …
I tak już od wielu lat milczy
Człowiek wyszedł na poszukiwanie głosów, uśmiechów
Wyszedł nakarmić swą samotność, człowiekiem
Stary jest, zmęczony własną wolnością
Od odpowiedzialności za czas, za mijające sekundy
W ręku torba na zakupy
Jak plecak wędrowca na trudną pielgrzymkę
Pielgrzymkę poprzez ulice pełne nieznanych ludzi
Niepokój widzi w twarzach, zniecierpliwienie
Gdy próbuje rozmawiać
Nie rozumie, że czas dla twarzy jest zbyt cenny
Przemykają obok niego, milcząco, jak jego samotność
Idzie człowiek, krzyż swój niesie niewidoczny
Ale ciężar jego czuje
Współczesny, ukrzyżowany …
Ukrzyżowany obojętnością, samotnością
Poślę mu modlitwę, krótką lecz serdeczną
Stań Jezu, obok niego, z własnym krzyżem
Może zobaczy Ciebie …
Razem wrócicie tam, gdzie samotność tego człowieka
Od lat milcząca, zacznie uśmiechać się, przemówi.


Daj mi Boże, słowa…

Jak dziwną władzę mają ludzkie słowa
Można je wymawiać, ale w nie, nie wierzyć
Można je z wiarą głosić ludziom
Lecz niewielu zechce w nie uwierzyć
Płyną piękne słowa, obłokiem po niebie
Wiatr je pogania, nie wiadomo dokąd
Pustka zostaje, nawet dźwięk gdzieś ginie…

Są słowa, które taką czynią w sercu władzę
Iż stają się skałą, kamieniem milowym
Mur w sercu stawiają i mocy dodają
I choć mogą ranić, ciężarem swej prawdy
Opoką są, na której, dom swój budujemy
Na fundamencie ufności i wiary
Bo słowa Prawdy, Oblicze mają Wszechmocnego

Daj mi Boże, słowa jak kamienie trwałe
Niech głuchnę na te, które wabią fałszem
Niech nawet w bólu będę je wymawiać
Jak niemowa, który cudem odzyskał mowę
Daj mi Boże, Twoje słowa, słowa Miłości
Z nich zbuduję w sercu przestronną kaplicę
W niej, modlitwą szczerą, wielbić będę Ciebie.


Cenny dar

Ty, Boże, Panem Jesteś wszechświata
My, ludzie, płomieniem na ziemi, gasnącym
Ty, Boże, tajemnicę znasz wieczności
My, nawet przyszłości swej nie znamy
Często wschód naszej nadziei, zachodem się staje
Jesteśmy jak skarbonka dziecka
W jednej miedziak, w innej, moneta złota
Głodny chleba pragnie, syty szuka diamentów
Są tacy, którzy po płatkach róż stąpają
Innym kolce kaleczą stopy
Dałeś nam jednak, Dobry Boże, sprawiedliwie
Wolną wolę, dar Twej królewskiej hojności
I choć szanse nierówne są na tej ziemi
To my wybieramy, czy złu służyć, czy miłości

I choćby w skarbonce życia, miedziak był zaledwie
Miedziakiem tym możemy obdarować bliźnich
Bóg dał nam ręce, serce, by je zapełnić łaskami swoimi
Każdy z miliardów istnień, nosi łaskę Jego
A kiedy uwierzymy w Jego Miłość Wieczną
Życie nasze cennym stanie się darem
Zaiste, oddech Ojca, stworzył nas Wiecznego
I do wieczności zostaliśmy powołani
I choć zło szepcze: nikim jesteś, człowieku
Duch Syna Bożego, z mocą krzyczy z krzyża:
Synami, jak Ja, jesteście, Boga Wszechmocnego
To On, bogactwo świata, z nadzieją wam oddał
To wam zawierzył życie, byście cud z niego czynili
To na ciebie czeka, który w Miłość Jego uwierzyłeś.


W moim raju

W moim raju więdną nawet piękne kwiaty
Opadają z drzew liście
Starzeją się Adamowie i Ewy
W moim raju zachodzi słońce
I panuje ciemność nocy
W moim raju ludzie pracują ciężko
I choć noszą ubrania
Nadzy stają w obliczu cierpienia
W moim raju jabłka kupuję na straganie
I nie wiem, czy z drzewa są dobra czy zła
W moim raju są betonowe chodniki
Hałas maszyn zagłusza śpiew ptaków
A Ewy i Adamowie zamykają domy na klucz
Czasem płaczą, a czasem śmieją się
W moim raju, Boże
Choć tak nie podobnym do Twojego
Rośnie drzewo zasadzone Twoją ręką
Ma kształt krzyża potężnego
Zapach pod nim kwiatów lilii
Liście na nim wiecznie zielone
Burze i wiatry go nie złamały
Staję pod tym drzewem codziennie
Czerpię siły z jego wiecznej mocy, obejmuję
Słucham szeptu jego liści, mądrych słów
Aby nie tracić nadziei i uczyć się miłości
W wędrówce, po moim raju.


17.07.2012. Rozważając słowa Jezusa zapisane w Ewangelii św. Mateusza: biada nie pokutującym miastom. „Biada tobie, Korozain, biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno w worze i popiele by się nawróciły …
Pomyślałam jak wiele cudów dokonuje się współcześnie, których nie zauważamy. Cudem przecież dla nas są kapłani, którzy kontynuują misję Jesusa na ziemi, nie wspominając już o cudzie Eucharystii. Cudem są wszystkie zakony, w tym zakony kontemplacyjne. Pomimo setek lat jakie upłynęły od pojawienia się Syna Bożego, trwa cud przekazywania Jego słów. Trwa cud uzdrawiania dusz przez ludzi powołanych, oddanych służbie Bogu. Współcześni Jezusowi widzieli cuda przez Niego czynione. I jak to jest w naturze ludzi, szybko o nich zapomnieli. Może warto zastanowić się i odnowić naszą codzienność, poszukując cudów dziejących się obok nas. A wówczas odkryjemy, iż to, co wydaje się nam zwyczajnością dnia, jest cudem, który dzieje się na naszych oczach. Niech nasze błogosławieństwo i modlitwa za kapłanów będzie znakiem wdzięczności Bogu za cuda, które nadal czyni.
Adorując Najświętszy Sakrament, przyszły do mnie przedziwne słowa i obraz Jezusa trzymającego w rękach białego gołąbka. Początkowo nie wiedziałam co to oznacza. Później zrozumiałam, że słowa te mogą być po prostu prośbą kapłana.


Prośba kapłana

Trzymaj mnie Jezu, w Swych dłoniach
Jak gołąbka, który skrzydła swe złożył
I do lotu się nie wyrywa
Choć natura krzyczy: fruń, masz skrzydła

Trzymaj mnie Jezu, w Swych dłoniach
Bym oddychał rytmem Twego serca
Pokojem wypełniał moje ciało
I nie pragnął lotu w nieznane

Trzymaj mnie Jezu, w swych dłoniach
Niech ciepłem Twego głosu żyję
I nie pragnął pokarmu ze świata
Bezpieczny w Twych rękach

Trzymaj mnie Jezu, w swych dłoniach
Daj mi tylko pieśń piękną wyśpiewać
Dla Twej chwały, Twej Prawdy
I dla zbawienia ludzi

Trzymaj mnie Jezu tak długo
Aby skrzydła moje stały się Twymi rękami
I abym swym kapłaństwem błogosławił
A cudem Twego istnienia, obdarowywał ludzi.


Sokółka

Są cuda tak niewidzialne
Jakby chciały ukryć się przed oczami
Przeznaczone dla serc wypełnionych miłością
Które blask światła cudu rozpoznają
Ale są też cuda czynione dla oczu
Z Bożego Miłosierdzia wypływające
Jak znaki wiecznej obecności Boga
Widziałam cud zakrwawionej hostii w Sokółce
Maleńki, krwawy punkt
Umieszczony na bieli, w monstrancji
W samym jej środku
Wydał mi się tarczą zegara bez wskazówek
Oczekującą na zegarmistrza
Który do czerwonego znaku
Dołączy piękne wskazówki
A wówczas zegar zacznie działać
Istota krwawej plamy da mu życie
Poruszy zegar ludzkiego bytu
Znak krwi Chrystusa nada sens
Wybijającym minutom życia
W tym cudzie Eucharystycznym mówi Bóg
Do wszystkich tych, którzy Mu zaufali
I tych ciągle wątpiących:
Ja Jestem …
Wolą waszą jest stworzyć takie wskazówki
Które krew Mojego Syna poprowadzi
I staną się skrzydłami ku wieczności
Cud uczyniłem
Byście swym życiem, także cud czynili.


Odzyskana nadzieja

Na schodach świątyni usiadłeś, by odpocząć
Poranione stopy oglądasz
W sens dalszej podróży wątpisz
Kamienne schodki chłodzą twoje rany i złamane serce
Wiele dróg przemierzyłeś, celu nie osiągnąłeś
Pozostał żal, którym się karmisz
Żebrakiem się czujesz, bez wiary, bez majątku
Za twoimi plecami w Tabernakulum
Czeka KTOŚ z chlebem, wiarą, nadzieją i miłością
Lecz oczy twoje zwrócone są nadal ku światu
A wystarczy otworzyć drzwi świątyni, odwrócić się…
Ale ty oddajesz się cierpieniu
Mijają minuty, godziny, nadchodzi noc
Ta zwykła, po dniu i ta w twej duszy
Bezdomne cierpienie i bezdomna noc…
A ty nadal tkwisz plecami do nadziei

Kiedy noc zamalowała wszystko ciemną farbą
A oczy twoje niczego ze świata już nie dojrzały
Maleńkie światełko lampki, kierunek ci wskazało
Na krzyż, przed kościołem…
Jakże cenne wydało ci się, w tą mroczną noc
Z porannym świtem wchodzisz do świątyni
Cztery ściany… jak dom
Bezdomny, a jednak w domu
Śpiew wiernych, organy, wspomnienie
Kiedy matka prowadziła cię pod obraz
Słyszysz jej głos: pamiętaj
Ta Matka nigdy nie umiera
Jest ksiądz w konfesjonale, ktoś cię do niego prowadzi
Klękasz i mówisz…
A potem podaje ci białą hostię, zalewasz ją łzami
Klęczysz, twarzą do Pana, do swojej Nadziei
Tym razem, plecami do świata.


Nasza Góra Tabor

Jak głazy, układane w stos
Są nasze ludzkie grzechy
Często górę tworzą, tak wielką
Iż niebo zasłaniają
A my tacy mali pod tą górą
Zdolni swoją naturą zło czynić
Bezsilni by się na nią wspiąć
Wznieść się ponad grzech…

Są wśród nas odważni śmiałkowie
Którzy górę tą chcą pokonać
Duch Święty, podarowany im w wierze
Pomaga wspinać się, prowadzi
Każdy krok wzwyż pot wyciska i łzy
Z każdym krokiem siły słabną…
Jak trudno jest pokonać tę górę
Jak łatwo było ją usypać głazami grzechu!

Ręce pokrwawione, ciało umartwione
Upałem, brakiem wody
Głosami, które nawołują, po co ten trud?
Nogi usuwają się, spadamy w dół
Święty wysiłek trwa, niekiedy całe życie
Najważniejsze wspiąć się ponownie
Ręce przyłożyć do głazów
Modlitwą wypełnić wyschnięte usta

I patrzeć w górę, może już widać światło?
Może już migają gwiazdy?
Może święci dodadzą nam sił?
Tam na szczycie krzyż stoi, Zbawiciel
Tam na szczycie, dokona On, Przemienienia serca
Uświęci trud naszej woli
Tam na szczycie, cień góry naszych grzechów
Nie zasłoni nam nieba.


21.08.2012 Słuchałam wypowiedzi pewnego znanego pisarza na temat wiary w Boga. Pomimo swojego dojrzałego wieku stwierdził, że nadal ma pewne wątpliwości i ciągle „wadzi się” z Panem Bogiem, rozumem próbuje „dojść” do wiary. Jego droga do Boga też jest cenną drogą, dotyczy to też wykształconych teologów, ale … przyszła do mnie myśl, że w naszej drodze do Boga konieczna jest łaska… zakochania się w Bogu, w Jego słowach. Bez tego „zakochania”, do głosu dochodzą nasze ciągłe wątpliwości. A to „zakochanie się” dostarcza nam, poprzez łaskę, wielu argumentów, które obce są tym, którzy wszystko chcą ogarnąć tylko i wyłącznie rozumem.
Podczas jednej z mszy ujrzałam szarą kulę ziemską i nasze ludzkie życie. Na zachodzie tej kuli powstawało życie jakby w pewnej ciemności. Dorastało i płynęło dalej… ku wschodowi słońca. Początkowo nie rozumiałam tego obrazu. Czymże jest ten wschód, do którego zmierzamy? Tak jak wschód słońca, jest to pojęcie tworzenia czegoś nowego, nowej nadziei. Zmierzamy ku wschodowi, ku życiu w Bogu… Ludzka śmierć to tylko przejście do nowego wschodu, do nowego życia, oświetlonego Wieczną Prawdą. Obraz ten dał mi znak, że śmierć człowieka to nie zachód jego życia, ale właśnie wschód, początek tajemnicy jego prawdziwego przeznaczenia.


Obraz duszy

Zesłałeś Panie, duszę moją na ziemię
Namalowaną Twoimi barwami, kolorami nadziei
Piękno jej, pięknem Stwórcy jaśniało
Na Jego podobieństwo

Na ziemi, pośród trosk, zmagań i cierpień
Wątpliwości, bólu i walki ze złem
Szara się stała, wyblakła od łez
Na podobieństwo obrazu za mgłą

Szukam Panie, dla niej, barw pierwotnych
Czystych, jasnych, iskrzących się światłem
Mgłę szarą, próbuje zetrzeć suknią Maryi
Szkaplerzem, dodać jej odwagi

Duszę moją widzę jak stary obraz
Farba wyschnięta odpada, rysunek zanika
Lecz ciągle jest dziełem artysty
Artysty o wiecznej chwale

Stawiam swoją duszę Boże, przed Tobą
W Adoracji Twego Miłosiernego Piękna
Na sztalugach mego ciała
I błagam: przywróć swą ręką jej barwy

Oświeć Duchem Świętym blednący rysunek
Wolę swoją oddaję Twoim twórczym zamysłom
Nie dla podziwu obrazu duszy własnej
Ale dla chwały i nadziei Stwórcy dusz.


Nasze mieszkania

Życie widzę jak bieg nieustanny
W poszukiwaniu bezpiecznych mieszkań
Tych, które pokój duchowy dają
I tych, z drewna, cementu i cegieł
Był dom dzieciństwa, pełen głosów
Jeszcze brzmią w nas strofy bajek
Zapach tamtych marzeń całkiem się nie ulotnił
A już wiatr dojrzałości, zamknął drzwi za nim

Zaczynamy budować mieszkania własne
Są często jak budowle niedokończone
Nieudolni, błędy popełniamy w konstrukcji
Stołu w nich brakuje z pokarmem miłości
I miejsca, w którym modlitwa króluje
Z nieszczelnych okien ulatuje dobroć
Drzwi, próżność otwiera szeroko
Mieszkanie, więzieniem się staje dla duszy płaczącej

Dzień przychodzi, łaską z nieba dany
Gdy o domu słyszymy, budowanym na skale
Spojrzenie kierujemy na krzyż przybity do ściany
Wędrował on z nami w kolejnych mieszkaniach
Cierpliwy Pan, z głową opartą o ramię
I szept słyszymy: Serce Moje - to twoje mieszkanie
Klęcząc przed Nim, biegiem swym strudzeni
Z Jego obfitej Miłości, tworzymy nowe, ostatnie mieszkanie.


Pieśń pokutna duszy

Nie prosiłam Cię Boże, o łaski
Ze świata je brałam garściami
Nie prosiłam Cię Boże, o łaski
Choć Ty je dla mnie zsyłałeś

Z dumnie uniesioną głową
Kroczyłam, depcząc po nich
Owoce zbierałam z gałęzi wysokich
Z ziemi nie chciałam ich podnieść

Miłości nie brałam z rąk Twoich
Od ludzi jej żądałam
Aż dzień przyszedł jak czarny ptak pokuty
I duszę mą przebił ostrym dziobem

Przed kratą stanęłam żelazną
Za kratą jęki słyszałam i płacz
Ludzi podobnych do mnie
O łaski prosili podeptane, o modlitwę za nich

Uklęknąć mi nakazali, oczy ku ziemi pochylić
I szukać łask utraconych, pieśń pokutną zaśpiewać
Twarz ku Pokorze zwróciłam, obcej mi dotąd pani
W przeszłości szukałam znaków, łask Twoich, Panie

I odtąd klęcząc, na świat spoglądam
W postawie tej, bliżej łask Twoich, Boże
Maleńkie dary zbieram jak perły cenne
By dzielić się nimi hojnie.


Największa jest miłość…

Gdybym głos miała śpiewaka operowego
Wyśpiewałabym Ci, Boże, arię najpiękniejszą
Gdybym talent miała sławnych malarzy
Obraz Twój wymalowałabym barwami cudownymi
Gdybym słowa znała najcenniejsze
Poemat bym napisała, wielbiący Ciebie
Gdybym miłość Twoją poznała głęboką
Życie moje poświęciłabym na wielbieniu Ciebie
Lecz człowiekiem jestem tylko maleńkim
Słów mi często brakuje pięknych, obrazy widzę szare
I choć dusza chciałaby unieść się wysoko
W dłoniach dźwigam codzienności balast

Gdy tak rozważałam pragnienia swoje
Anioł mój na skrzydłach przyniósł hymn miłości
Hymn kiedyś przez świętego Pawła w Ewangelii spisany
Hymn o istocie prawdziwej miłości
Miłość cierpliwa jest, łaskawa, nie szuka poklasku
Gniewem się nie unosi, nie szuka swego
Miłość nigdy nie ustaje…
I zrozumiałam, mój aniele stróżu
Iż Bóg nie żąda od nas arii wspaniałych, obrazów
Talentów, które często są cymbałem brzmiącym
Bóg pragnie miłości, która w Nim pokłada nadzieję
Miłości, bez której, nie ma naszego zbawienia.


Wieża

Jest na mej duszy wieża wysoka
Jak antena ku niebu zwrócona
Ze świętych sakramentów zbudowana
Chrztu, bierzmowania, Eucharystii
Obrazy z niej płyną do duszy, muzyka, piękne słowa
I choć dusza nie zawsze je rozumie
To ciepło miłości Świętego Nadawcy ją przenika
Stwarzając radosny pokój

Z mojej wieży nadaję ku Bogu
Modlitwy i obrazy z mojego życia
Biegną szybką strzałą, gdy są czyste i szczere
Zakłóca je grzech, jak burza na łączach
Obraz zniekształca się, traci kontakt
Nastaje noc, dusza traci jaskrawość ekranu
Niebo cierpliwie czeka, a Święty Nadawca
Miłosierną ręką, naprawia stracone porozumienie

I słyszę aniołów sfruwających z wieży
Ostrzegają: wieża twoja chwieje się…
Grzech - to zdrada Ukochanego
Kaleczy cierniami serce, przenika bólem
Dzięki Ci Boże, za ten ból
Pamięcią jest on Twoją, o mej duszy
Spowiedzią oczyszczam nasze święte porozumienie
I dłoń Twoją chwytam - skrzydłem jest Ducha Świętego
I błagam: daj Panie mej duszy swoje obrazy, słowa, muzykę.


Otwarte okno nieba

Wierzę, że jest w człowieka wpisana
Idea dobra, miłości i piękna
Stwórca ją włożył w serce człowieka
I nie spocznie ono, aż po nią sięgnie
Wierzę, że gdzieś głęboko skrytą
Tęsknotę za nią dźwigamy
Jak perłę ukrytą w muszli
Tęsknotę za dobrem wolnym od grzechu
Za miłością, gotową do ofiary
Lecz tu na ziemi, w cielesność ubrani
Zbyt często służymy, a panem jest muszla… nie perła
To ona, w twardej skorupie schowana
Czystości pragnie, ducha naszego

Ale czasem, modlitwą szczerą oczyszczeni
Łaski doznajemy, przedziwnego stanu
W niebie, okno uchyla jakiś święty
I przez chwilę … perłę trzymamy w dłoni
Bez talentu do śpiewu, muzyki, malarstwa
Z ust naszych hymn piękny płynie
Ręce malują wymarzone obrazy
Muzykami stajemy się genialnymi
W tej cudownej chwili, serce ogarnia zadziwienie
I choć bolesny jest powrót na ziemię
Doznaliśmy cudu … zetknięcia z niebem
I myśl przychodzi, jak perłę tę w sercu zachować
Jak nie zatracić pamięci … dobra, miłości i piękna.


Drzewo i kamień

W naszym życiu są dni
Owinięte w szary smutek
W niebo spoglądamy zachmurzone
Obojętne na nasz nastrój
Pod nogami zieleń
Zamieniona w umierające liście
I myśli przychodzą, o samotności istnienia

Wtedy na drzewa spoglądam ogromne
Silne i pełne nadziei trwania
Na krzyż zbity z drzewa dla Jezusa
Jego samotność na krzyżu…
Ostatni dotyk żywego Boga-człowieka
To dotyk drzewa…
Przemienionego w krzyż, przez człowieka

Jezus wyniesiony wysoko, umierający
Z drzewem zespolony krwią, potem i łzami
Daleki jest od ludzkiego dotyku
Martwego już, chroni kamienna grota
Kamień i drzewo, moc trwania tego świata…
Przetrwała kamienna grota, ciepłem wiernych ogrzewana
Przetrwał krzyż, jego drzewo, zieleni się dla nadziei pokoleń.


Nazaret

Nazarecie, mieście FIAT, Maryi
Błogosławione znakiem Boga
Mieście mistycznym…
Dziś, pełne gwaru mieszkańców i pielgrzymów
Dziś żyjesz dniem codziennym
Jesteś też miastem zadumy
Nad naszą wiarą, naszym fiat
Błogosławiona Dziewica Maryja
Odcisnęła na tobie, ciągle żyjące, płonące
Światło wiary
Rozmodleni w Grocie Zwiastowania
Rozważamy własne życie w świetle FIAT Maryi
Bierzemy w dłonie nasze pielgrzymie fiat
I ważymy jego siłę
Jego ciężar, wypełniający serce
Przerzucamy w modlitwie kartki swego życia
Odczytujemy w historii naszych dni
Własne fiat…
Czasem oddalone przez grzech nieufności
Czasem zwycięstwa nad złem
O, Maryjo z Nazaretu
Bądź z nami w Nazarecie naszego życia
Stań, przy ślepcach bez nadziei
Głuchych, na zwiastowanie dobrej nowiny
I nie pozwól powstać z kolan
W błaganiu o świętą wiarę
Odszukaj nasze fiat, odrzucone daleko
Na bezdroża nieufności, próżności
Weź go w swoje dłonie, pobłogosław
I włóż w serce, niech zabłyśnie Twoją wiarą
W Nazarecie, naszego życia.


Przewodnik

Kiedy na oślep drogami życia biegniemy
Nie dostrzegamy granic, wzrok tam nie sięga
Kiedy ścieżkami podążamy za tłumem
Plecy ludzi widzimy, nie cel podróży
Świat nasz jest trudnym miejscem wędrówki
Dróg w nim tak wiele, rozstajnych ścieżek
Na jednych słońce oślepia oczy
Na innych ciemność może zaskoczyć
Polując na zdobycz łatwą i wygodę
Krążymy w życiu jak myśliwy w lesie
Bez przewodnika, który zna właściwe drogi
Gubimy się, marnując cenne chwile życia

Gdy zawiedzeni, na kolejnym stajemy rozstaju
Naszą zdobycz oglądamy ze smutkiem
Myśl przychodzi, po co biegliśmy tam gdzie tłumy
Za plecami tych, którzy celu drogi nie znali
Nasza zdobycz, z tego biegu na oślep
To marne skorupy, po cudzych marzeniach
Nasze własne gdzieś się rozpłynęły
Tylko serce, ciągle domaga się czegoś cennego
Własnej drogi zaczynamy szukać i Przewodnika Mądrego
On, na krzyżu rozpięty, jak orzeł do lotu
Drogę wskazuje, w bezkres szczęśliwej wieczności
Miłością oświetlając miejsca, gdzie skarby prawdziwe są ukryte.



Różaniec nadziei

Sensu życia szukamy, czasem aż do śmierci
Ciemności dni naszych rozważamy
Jakbyśmy bez światła żyli
Z tragicznych wydarzeń wyplatamy
Papierowe wieńce klęski
Kiedy radość ogarnia nagle, serca nasze
Lękamy się jej, myśląc, zaraz odleci
A przecież jest jak nasienie kwiatu
Wzejdzie, napełniając wonnością zapachu

Jak pielęgnować tę radość, która nieśmiało zakwita
Różaniec weź w swoje dłonie
On źródłem tajemnic jest życia
I z każdym słowem: Zdrowaś Maryjo
Oddawaj Jej swoje życie
Z różańcem, myśli twoje odpoczną
Od zła, które cię nęka
Upleciesz wieniec nadziei radosnej
W popiół zamieni się, twój wieniec klęski

Jest święta moc w perełkach tajemnic
Miłość z nich spływa w naczynie duszy
I jasny promień przebija serce
Już sam nie jesteś, z własną tajemnicą
Matka Święta ją wplotła, w życie Jezusa
I kwiat zakwita w tobie, jak owoc
Z którego czerpiesz nektar radości
Miłość, pokojem cię wypełnia
I w miłości, szukasz sensu życia.


24.10.2012 Wysłuchałam niedawno „duchowej nauki” pewnego kapłana. Słowa   jego przeniknęły do mnie tak mocno, że zmusiły do przemyśleń. Mówił o sensie istnienia każdego człowieka na świecie, o szukaniu Boga w sobie, we własnym sanktuarium duszy. Bóg zostawił w nas własną pieczęć, musimy ją odkryć w sobie, odkryć indywidualny cel naszego istnienia. Przywołało to do mnie własne przemyślenia. Każdy z nas ma swoją drogę do zbawienia, według planów Boga. Każde narodzone dziecko, nawet to upośledzone (o które tak „martwią się” zwolennicy aborcji) jest umieszczone w planie Boga. Możemy ten plan boży odrzucić swoją ludzką wolą. Zaakceptowanie bożej woli, prowadzi nas drogą Jego planów, ku naszemu zbawieniu. Matka wychowująca chore dziecko, zostaje obdarowana szczególną bożą łaską. Kształtuje w sobie heroiczne uczucie miłości, dojrzewa duchowo jako człowiek. To niezwykle trudne zadanie, to walka o godność ludzkiego życia, godność człowieka w tym świecie. Gdyby nie została „obdarowana” takimi zadaniami, kim byłaby? Powinniśmy cenić takie postawy, one nadają sens wartości moralnej człowieka.
Współczesny świat uczy nas aby odrzucać wszelkie niedogodności życia i dążyć do przyjemności. Czy pustka wewnętrzna nie jest efektem takiej postawy? Swoją „wygodną wolą” przekreślamy boży plan wobec nas, przekreślamy Jego łaski, uganiając się za złudnymi łaskami świata. Wspominam zwierzenia ludzi, którzy przyjęli na siebie zadanie trudnego życia. Przyjęli krzyż. To dziwne, ale potrafili się szczerze uśmiechać, była w nich miłość, łagodność. Był uśmiech, a nie chwilowy chichot.
Z Ewangelii Św. Jana - Uczniowie Jezusa zadali Mu pytanie: „Rabbi, kto zgrzeszył, że urodził się niewidomym - on, czy jego rodzice?” Jezus odpowiedział: „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale (stało się tak) aby się na nim objawiły sprawy Boże.


Sanktuarium duszy

Zrań Panie serce moje
Promieniem Twojej Miłości
Niech dotrze on do sanktuarium mej duszy
Którym Bóg mnie obdarował
Niech wypala grzech
Czyniąc nasz związek świętym
Niech krew Twoja, Panie, spada jak gorące łzy
A pamięć o Twej Męce zaporą będzie
Dla kuszących myśli
Pozwól mnie, Panie, wraz z Tobą
Budować we mnie sanktuarium bożego ducha
Krzyczącego głośno w sumieniu
Przeciw pysze, egoizmowi, grzeszności
Pragnę Dom budować w sobie
Dla hostii Twego ciała
Byś nie czuł się w nim opuszczony, zraniony
Pragnę być w tym Domu z Tobą
I z ust Twych szeptu o bożej woli słuchać
Pocieszenia pragnę z dziecięcą ufnością
Modlitwy szczerej chcę się uczyć
Która złożona, na białym obrusie ołtarza
Oczyszczona zostanie Twoim Miłosierdziem
Pukaj Panie z miłością, dzień i noc
Do sanktuarium mej duszy
Niech rozpoznam Twój głos, głos Świętego Kapłana
Składającego Ofiarę, dla mego zbawienia.


Boża nadzieja

Boże, Jesteś światłem słońca za dnia
Księżycem, rozpraszającym mroki nocy
A my, ludzie, często ciemność widzimy
Tam, gdzie Twoje światło świeci…
Prawom słabej natury ulegamy
Ociemniali… w świetle
To, co duchem świętości przesycone
Martwym się wydaje naszym sercom
Barwą jedynie, w złotej ramie
Bólom ciała hołdujemy, nastrojom jesiennym
Zapominając o Stwórcy…
Są takie zimne chwile w naszej wierze
Dusza oddech radosny traci
Krzycząc z bólu…

Łagodny dotyk ojcowskiej miłości nagle spływa
Nieoczekiwanie, jak ratunek łaski
Z ciemności, krzyż się wyłania
Słabość naszą pod nim kładziemy
Ofiarę pokutną za ślepotę serca
Za jesienne chmury nastrojów zwątpienia
Za wiarę, która nocy ciemności ulega
Za serce zimne, bez modlitwy
I budzi się dusza, promieniem Ducha Świętego ogrzana
Głos Jego, jak dzwon, brzmi w nas
Ja, Bóg, łaską wiary was obdarzyłem
Ufając wam, moje dzieci, że zawodu nie doznam
Iż miłość Moją rozpoznacie, w znaku Hostii Świętej
Z tą nadzieją Ojcowską, was stworzyłem…


Refleksja w Dzień Zaduszny

Pytanie Śmierci

Pytała się Śmierć, Życia, co cennego w nim widzi?
Życie twarz rękami zasłoniło z lękiem
By oblicza Śmierci nie widzieć
Skryć się postanowiło w gromadzie
Ludzi, którzy pytań Śmierci nie słuchają
Oni sztandar niosą jak reklamę produktu
Z napisem: życie to radość, wygoda, zabawa i szczęście
I tak idąc z nimi przez czas pewien
Życie zapomniało o pytaniu Śmierci
Z gromadą głosiło hasła wesołe
Dopóki… nie upadło na ziemię
Przeszła po nim gromada, z hałaśliwym śmiechem
Nikt nie pochylił się nad Życiem
Nikt nie podał mu ręki…
Przeszkadzało w marszu, swym niefortunnym upadkiem

Wielki dąb, który rósł przy drodze
Cieniem swym okrył, przed upałem, Życie
Liście jego uparcie szeptały:
Co cennego jest w tobie, Życie?
I Śmierć się znowu zjawiła, w duecie z szelestem liści
Ja, kiedyś, ujmę cię w dłonie, Życie
I wyrwę twój korzeń z tej ziemi
Przed tronem cię postawię, Tego, który tchnął w ciebie ducha
Samotny przed Nim staniesz, gdy On ciebie spyta:
Co masz cennego dla Mnie?
Na puste dłonie spojrzało Życie, zasmucone
Kurz strzepnęło z ubrania i liście jesienne, suche
W drogę wyruszyło własną, światłem obdarzone
Pod dębem dziś stoi mocnym, jak ramiona krzyża
Z upadku podnosi ludzi, którym inni, nie podali ręki.


Moc Miłości

Pragnę skryć się w Twoich ramionach, Jezu
Ramionach Miłości
Niech chronią mnie jak grota na pustyni
Przed upałem dnia, zimnem ciemnej nocy
Niech lęki moje pustynny wiatr rozwieje
A Górę Kuszenia mgła pokryje
Niech wiara moja trwałą skałą groty będzie
Opierającą się pustynnym wichrom
Szukam, Panie, takiego świętego miejsca w sobie
Które złączyłoby nas na wieczność
Szukam ducha, który Twego Świętego Ducha, rozpozna
Rozpoznaję Twoje kroki, Panie
Rozpoznaję też mój grzech, kiedy milknie echo Twoich kroków
Choć ciągle widzę ramiona Twoje, wyciągnięte ku mnie
Jakby czas przestał istnieć
Bo Miłości Twojej czas nie dotyka
Stoimy tak naprzeciw siebie
Ty ze swoją Mocą, ja ze swoją słabością
Pomiędzy nami, Twój boski krzyż zbawczy
I mój ludzki, maleńki
I głos słyszę: sięgnij po Mój krzyż
Grotą będzie dla ciebie upragnioną
Ramionami Mojej Miłości
Na nim odnajdziesz świętość swego ducha
Na nim spotkanie Mego i twego ducha się dokona
I żaden wicher, żaden upał, żadna zimna, ciemna noc
Mocy Mojej Miłości, do ciebie, nie pokona.


Czas walki i czas oczekiwania

Łódkami jesteśmy na wodach życia
Czasem z nurtem płyniemy łagodnym
Nierzadko nawałnice fal nas zalewają
Silni młodością, chęcią osiągnięcia brzegu
Walczymy z falami o przetrwanie, życia i marzeń
Zanurzeni w wodach życia, nie liczymy czasu
Tyle fal do pokonania…
A niebo ciągle zlewa się z oceanem
Tworząc miraż, iż brzeg marzeń przed nami

Nagle słabość ogarnia ciało, wiekiem doświadczone
Jeszcze gesty młodych naśladujemy
Jeszcze walczymy ze słabością rąk
Bezwzględne fale cofają nas do brzegu
Z którego niegdyś wypłynęliśmy
Krople wody na naszych twarzach, a może łzy?
Na piasku plaży tyle skarbów pod nogami
Kolorowe muszle, cichy szum fal pocieszających
Rozbitka starości

Bierzemy w dłonie piasek, przesypujemy go
Spadają drobinki wspomnieniami dawnych chwil
W sercu zalega pokój i myśli nasycone dojrzałością wieku
Dostrzegamy czerwoną kulę zachodzącego słońca
Topi się w wodach, gdzieś w dalekiej przestrzeni
Jeszcze boimy się spojrzeć w oblicze nieznanej nam przyszłości
Jeszcze piękno kontemplujemy życia, zatrzymując jego chwile
Uwolnieni od walki o przetrwanie, czekamy na czas nadejścia Miłości
Na Jej ciepłą rękę, która poprowadzi nas na brzeg oceanu wieczności.


Jezus w ramionach Matki

W kołysce ramion, Matko Święta
Dzieciątko kiedyś tuliłaś, Skarb Boga
Maleństwo objąć mogłaś i przy sercu schować
Inaczej było, na Wzgórzu Golgoty
Tam, w swoich ramionach
Martwe już, trzymałaś ciało Syna
Milczenie Boga i cisza zaległa nad światem
Gdy pietę ból rzeźbił
Z łez Matki i krwi Syna…
Dorosłego już tuliłaś Jezusa
Jak niegdyś maleńkie dziecko
Nowa Ewa, Maryja przez Boga wybrana
Święta Matka płacząca nad światem grzesznym
Nad człowiekiem, który Boga zabija w sobie
Choć już martwe Twoje ciało, Jezu
Matka nadal ciepło Jego bólu czuje
Bo nieśmiertelny jest ból Jezusa
Dopóki grzech nad światem panuje
W czułości swego Miłosierdzia
Bóg złożył Jezusa na łono Matki
Pieszczot Jej rąk, ciało martwe doznaje
W ostatnich chwilach na ziemi
Oczy Jej wpatrzone w Syna z oddaniem
Łzy Jej do ran Jego spływają
I miesza się krew Jezusa, zbawcza
Ze łzami Matki Świętej
I mimo, że smutek jest w tej piecie
Jak w każdym ostatnim pożegnaniu
Ta pieta nie jest kamieniem martwym
Nadzieją ożywa, zbawczej śmierci Pana
Miłością Maryi, gotowej przytulić, każdego człowieka.


Świt na Górze Synaj

Patrzę na świt rozpraszający ciemność
Śpiącą jeszcze leniwie, na posłaniu gór
Jeszcze ciemność kończy swe sny, marzy
Gdy świt swą dziecięcą radością
Wymiata ją ostrym blaskiem
Czekam po nocnej wspinaczce na Górę Synaj
Na wschód słońca…
Oparta o skałę, wpatrzona w moc gór
Świadkiem jestem przedziwnego cudu
Ogromna, czerwona, płonąca kula wyłania się nagle
Zza skalistych szczytów, wbijających się dumnie w niebo
Jakby posiadły wiedzę o wschodach i zachodach słońca
Mam wrażenie, że jestem w wielkiej sali koncertowej
Na koncercie mistycznego wirtuoza
Ciało moje poddane jest dźwiękom dotąd nieznanym
Uczuciom głęboko skrytym
Ale to cisza tak drga, śpiewa własną pieśń
Doznaję piękna milczenia…
W takiej chwili, Mojżesz padł na kolana
Przed potęgą Boga
Czerwień płonącej kuli słońca jest jak Eucharystia dla świata
Wypełniona krwią Bożego Syna
Otoczona świtem, zapowiadającym zbawienie
Mocą objawiającą się na Synaju…
Napełniam się radością zebraną z wielu pokoleń
Patrz, duszo moja, szepczę
Daję ci skarb spotkania Boga z człowiekiem
Nie zagub go, przytul kamienne tablice Mojżesza
Niech ich ciężar cię nie przytłoczy…
Synaju, twoja góra odcisnęła we mnie obraz
Jeszcze go rozważam, schodząc w dół
Między ostrymi skałami
Pragnienie mam niesienia w sobie tej radości
Jest tak wielka, że serce nie może jej pomieścić
W ciepłym słońcu poranka zostawiam za sobą
Płatki tej radości, jak tajemnicę, na mijanych skałach
Dla tych, którzy schodzą za mną
To miłość, która mistyczną falą, przelała się przeze mnie
Dając obfitość radości i łaskę dzielenia się z innymi
To dar otrzymany, z mocy Góry Synaj.


Święte chwile

Są chwile śmiertelne, umierające w czasie
Śmierć ich, wraz z pamięcią odchodzi
Jak codzienne czynności, rutyną dnia wyznaczane
Siła przeżyć, nawet tych tragicznych, słabnie
Plamą jest w sercu, zalegającą szarym bólem

Są też chwile święte, ponad śmiertelnością istniejące
Chwile, gdy pomiędzy ręką kapłana
A ustami wiernych, hostia biała się unosi
Znak istnienia tajemnicy nieśmiertelności
Moment mistycznego uświęcenia życia

Dwie śmiertelności, kapłana i nasza
A pomiędzy, w przestrzeni modlitwy uniesiony
Jezus, Pan Wiecznej Miłości, Jego Ciało i Krew
Cud tak wielki, że aż niepojęty
Przez kruchą miłość człowieka

Przez ten jeden, święty moment, dotyku Boga
Stajesz sam, przed obliczem Pana
Niebo patrzy na ciebie, wypełniając łaską
Dusza karmi się Eucharystią, krew Pana z twoją się miesza
Śmiertelność twoją zabarwia kolor wieczności

Skruszony, z pokorą oddajesz się woli Pana
I choć zrozumienie tego cudu jest ponad twoje siły
Słyszysz jedynie dźwięki wypełniające świątynię, widzisz twarze
Cud spotkania z Bogiem zaistniał…
Zalewając twoje serce nieznanym pokojem

Są chwile śmiertelne, zamierające w codzienności życia
Są też chwile nieśmiertelne, święte, dar Boga
Gdy Ofiara Męki Jego Syna, woła białą hostią, w duszy:
Jestem twoim pokarmem, zbawieniem dla wieczności
Podaj mi swoje usta, a dotknę cię pocałunkiem pięknej Miłości

To dla tych chwil, Bóg stworzył ciebie…


Otwórz oczy moje, Panie

Jeśli serce wypełnia pyszna miłość własna
Ślepym się ono staje na cuda codzienne
Jak koń w zaprzęgu, lub rycerz błędny
Szukamy wymyślnych, nieznanych diamentów
Gdy wokół nas, Bóg sieje swe dary, świętą ręką

I czasem trzeba czasu, wielu lat błądzenia
Za skarbem wymyślonym, który nie istnieje
By dnia pewnego, z siwizną na głowie
Odkryć znaki miłości bożej
Obok których, z lekceważeniem, przebiegliśmy

Były dni, gdy w zmartwieniu wielkim
Ktoś nam uśmiech posłał, nieśmiały gest ręki
Zachmurzeni jak niebo podczas ciemnej burzy
Grzmotem gniewu, odprawiliśmy dar anioła stróża
W deszczu się zanurzając, własnej udręki

Po latach wspominamy dni dzieciństwa słodkie
Ciepłe mleko rodziców, dar bożej opieki
Słońce tamto wydawało się gorętsze
Msza niedzielna miała zapach kadzidła i kwiatów
Modlitewniki rodziców, kusiły tajemnicą świętą

Zapach dnia codziennego był tak bezpieczny
Trwa w nas jeszcze, zasuszony gdzieś w pamięci
Czy nie był to dar, miłości bożej, dla naszego serca?
Mały cud, wyczarowany, dla małego dziecka
Z uśmiechu Stwórcy, szczodrego w dawaniu

Dorośli, pyszni, o miłość walczymy, szablą, a nie sercem
Jakbyśmy siłą chcieli wydrzeć niebu, wielkie dary
Depcząc małe kwiatki cudów, smaku ich nie znamy
Ślepniemy na łaski przez Boga zesłane
Małe cuda codzienne, lecz wielkie, bo przez Niego, dane

I tylko klęknąć trzeba przed ołtarzem Pana
W modlitwie się zanurzyć dziękczynno - błagalnej
Boga prosić, otwórz oczy moje, Panie
Niech widzę Twoje dary - cuda, szczodre
Każdego dnia, każdej nocy, płynące z miłości Twojej.


Świadectwo

W tłumie wiernych stałem, przed ołtarzem Pana
Bardziej zwyczajem przodków, niż potrzebą ducha
Ukryty pośród modlących się ludzi
Nie czułem obecności Twojej, Jezu
Msza była dla mnie, obowiązkiem niedzielnym
Słowa kapłana, ginęły w rozproszeniu myśli
Lecz, gdzieś głęboko skryta, pod obojętności osłoną
Drgała we mnie struna nieznanej tęsknoty
Spotkania z Tobą, Jezu, w samotnej przestrzeni

Do kościoła wszedłem, w pewien dzień powszedni
Pusty kościół, obrazy milczące, cisza jak jedwabny welon
Otulała ławki, ściany, ozdobny żyrandol
Obraz dostrzegłem, na nim monstrancję z Jezusem
Samotny stał, jakby długo czekał na mnie…
Z nadzieją, że pocieszę, tę Jego samotność
Na kolana upadłem, oczu bojąc się podnieść
Miłością nieznaną zadrgało me serce
Przytulić chciałem, tę monstrancję z Panem

Tyle lat, zapłakałem, niosłeś krzyż obojętności mojej, Jezu
Tyle lat, stawałeś obok mnie, z nadzieją na spotkanie
Pragnąc miłością obdarzyć i słowem świętym
Samotny byłeś, opuszczony, przez puste serce moje
A teraz cudu wiary doznaję, Miłosierny Boże!
Górą Tabor, stał się dla mnie, ten ołtarz z monstrancją
Cisza kościoła zadrgała krzykiem duszy przemienionej
Jak Szymon, chciałem chwycić krzyż mój, rzucony na barki Twoje
I w oczy Twe patrząc, Jezu, ponieść go, aż na Golgotę.


Pamięć duszy

Pięknym obrazem - wspomnieniem, obdarzył mnie anioł
Pamięcią duszy, która jeszcze nie dotknęła ciała
Gdzieś w nieznanej przestrzeni, w objęciach jeszcze będąc Boga
W pięknie miłości i kolorów, czekała na wcielenie się w człowieka

W szklanym domu, błyszczącym tęczowymi barwami
Przesyconym mieniącym się światłem
Każdą ścianę zdobiły krajobrazy przyrody
Każda ściana, witrażem była kolejnych pór roku

Przez jedną ścianę, zaglądały, rozchylające się pęki kwiatów
Trawa wyrastała w żywym, wiosennym tańcu
Do życia budziły się uśpione listki drzew i krzewów
Ich różowe i białe kwiatki, rosą się karmiły

Druga ściana była witrażem pory letniej
Ciepło jak tłocznia, wyciskało nektar z soczystych owoców
Sok ich kapał na życiodajną ziemię
Promienie słońca przeciskały się przez bujne gałęzie

Trzecią ścianę ozdabiały czerwone i żółte liście
Jesień rodziła bogactwo kolorów swą malarską pasją
Czwarta ściana iskrzyła się bielą, puch okrywał drzewa
Zasypiające leniwie, wsłuchane w cichą kołysankę

W szklanym domu panowała oczekująca cisza
Na anioła czekała dusza, na jego głos tkliwy
Czas na ciebie, duszo, opuścić niebieskie salony
Zejść na ziemię, do łona matki nieznanej

Cóż spotka duszę, ręce kochane, czy spojrzenie zimne
Chwytając łyk powietrza, krzykiem dziecko obwieściło: jestem!
Jeszcze dotyk czuło, pieszczoty niebiańskich aniołów
Jeszcze tamten dom był w jego oczach…

A już nowe życie, nowe pory roku, uczyły narodzone dziecko
Praw ziemskich, o miłości, nieznanym dotąd bólu i lęku
Historię swego życia, każdy zna najlepiej, wertując karty wspomnień
Pamiętaj, iż w każdej historii życia jest wpisana ręką Boga

Także twoja karta, rodowód twej duszy.


Spotkanie w modlitwie

Zjawiasz się Jezu, w życiu naszym
Tak żywy, iż serce nawet bić przestaje
Niewiarygodny staje się ten moment dla umysłu
Gdy światło tajemnicy przenika ciało
Jeszcze modlitwa w ustach nie przebrzmiała
Jeszcze myśl o codzienności nie zgasła
A miłość przedziwna napływa gorącą falą
I masz uczucie opieki doskonałej…

Radość cię unosi niezwykła, ponad troski życia
Ptakiem jesteś w nieznanej przestrzeni
Łzy radości, słonym płyną strumieniem
I to, co w sercu było dotąd świętym rytuałem
W miłosny z Jezusem, przemienia się związek
Źródło widzisz krystaliczne, kilka kropel krwi Pana
Biały płatek Eucharystii po nim płynie
Serce i duszę, pragniesz w tym źródle zatopić

Trwać tak chcesz, w tym świętym zachwycie
Wrażenie masz, iż z oczu twych spadł całun
Dzielący ołtarz i duszę twą, dotąd uśpioną
Pieśń piękną słyszysz, choć cisza zalega świątynię
Słowa dziękczynienia prosto z ust płyną
Echem anielskich modlitw
Trzymaj mnie Panie, chcesz krzyczeć, w objęciach Twoich
Twoim chcę być, na wieki…

Zjawiasz się Jezu, przy nas, w modlitwie nieoczekiwanie
Tak żywy, iż bliskość Twą, zmysły wszystkie czują
W tej pięknej chwili, puste się wydają obrazy
Z ram ich, do ludzi, wychodzi żywy Jezus
Pielgrzym, w nieustającej, do dusz ludzkich, podróży
Z tym samym krzyżem, który dźwigał na Golgotę
Z tym samym spojrzeniem oczu miłosiernych
Z tą samą, zmartwychwstającą Miłością, dla której za nas umarł.


Odwaga miłości

Jak wejść na drogę, którą szedłeś, Jezu
By wpół tej drogi, odpoczynku nie szukać?
Kim stać się, by krzyż pomagać Ci nieść
I nie zostawić Cię samotnym?
Jak nie stać nad wodami Jordanu
Na chrzest Twój patrząc z bezpiecznego brzegu?
Jak nakarmionym będąc, chlebem i rybami
Syty nie wrócić, do kolejnego grzechu?
Jak Matką Twoją się zachwycić
By ręce nasze chciały piec z Nią, chleb dla ludzi?
Jak być przy Tobie, zalanym krwią i łzami
By z Getsemani, w przerażeniu nie uciec?
Jak grotę rozpoznać, przejście z ziemi do nieba?
Jak lęku nie doznać, gdy Herod Dziecko chce zabić?
Jak trwać przy Trzech Królach, w pielgrzymiej ich drodze
By na pustyni zwątpień, się nie oddalić?
Tyle mam pytań, do Ciebie, Panie
Klęcząc przed żłóbkiem, w Betlejem
A Ty milczenie mi nakazujesz, na ustach kładąc palec
Na serce bijące Dzieciątka, oczami wskazujesz
I milkną we mnie pytania, słabością natury skażone
Dzieciątko chcę chwycić w ramiona swoje
Niech uczy mnie odwagi miłości…
Niech uczy człowieka odwagi i wiary w Miłość
Miłość, która zawsze rękę podaje w upadku
Na drodze życia przystaje i czeka…
Aż kurz otrząśniemy, swej ludzkiej słabości.


17.12.2012 Cieszymy się świętami, mówimy o rodzinnych spotkaniach. Zapominamy, że obok nas są też ludzie samotni, którzy święta te spędzą sami. I choćby wiele instytucji zabiegało o godne dla nich święta, samotność nie zniknie… Przykryje je tylko dobroczynność…


Są takie święta…

Malutki prezent, pod małą choinką
Opakowany własnoręcznie, w zeszłoroczny papier
Jeszcze paczka z kawą i ciastkami
Siostry, dla samotnych ją przygotowały
Gwar głosów dziecinnych już dawno ucichł
W tym domu cisza objęła królowanie
Ze zdziwieniem patrząc, na świąteczne zmiany
Na człowieka, który zasiadł przy wigilijnym stole
Jakby czekał, że ona przemówi…

Świeczka biała, dopala się, iskrząc
Na pustym talerzu, dla pielgrzyma znikąd
Opłatek z Jezusem, na sianku leży
Wpatruje się człowiek w kolorowe Dzieciątko
Jak niegdyś w kołyskę, własnych dzieci
Kolędy słychać, gdzieś zza ściany
Świat na pierwszą gwiazdkę czeka
Myślami się karmi, samotny człowiek
Sycąc się nimi bardziej, niż czerwonym barszczem

I słowa płyną do Dzieciątka z opłatka
Jaśniejącego w żłóbku, na białym talerzu
W ramiona Cię wezmę, Matka Twa pozwoli
Do mej starości przytulę, nikomu nie potrzebnej
Dzieci dorosłe, gdzieś w zamorskich krajach
O życie walczą, bogatsze dla wnuków
Dość zdrowia mam jeszcze, by nie być ciężarem
Miłości też mam dosyć, dla Ciebie, Dzieciątko
By łez nie wylewać nad swą samotnością

Bogu Ojcu podziękuj, za Twe Narodzenie
Za dar podziękuj, wigilijnej Nadziei.


25.12.2012 Święta Bożego Narodzenia w tym roku wzbudziły we mnie dziwny smutek. Odmawiając nowennę do Dzieciątka Jezus czułam niepokój, jakby Dzieciątko chciało mi coś o nas, ludziach, powiedzieć. W Dzień Bożego Narodzenia podczas mszy, „widziałam w sercu” Dzieciątko przy tabernakulum, następnie na ołtarzu. Przyjęłam to jako dar dla mej duszy, polecając Mu wszystkich mi bliskich. Oddałam się modlitwie, przez chwilę zapominając o „widzeniu serca”. Byłam spokojna. Raptem ujrzałam, jakby wicher „zrzucił” coś z wysoka na Dzieciątko. Zadrżałam, poruszona tym ruchem. Dzieciątko, niezwykle szybko chwyciło spadającą, niewielką strzałę… i przebiło swe serce! Z Dzieciątka wypłynęła krew na ołtarz. Na moment przestałam oddychać z gwałtownego bólu. Usłyszałam słowa: Dopóki zabijacie dzieci, jak możecie Mnie uwielbiać! Ogromny smutek ogarnął mnie. Pomyślałam o milionach dzieci poczętych, którym nie pozwoliliśmy się narodzić i tych, które w przyszłości się nie narodzą, bo dla wygody ustanowiliśmy na świecie prawo o zabijaniu. Dla własnej wygody zapominamy o świętości każdego życia.


Bez odpowiedzi

Gdy coś się kończy, a coś nowego zaczyna
Myśli przychodzą, co ziarnem było
Rzuconym na rolę życia, które nie wzrosło
A co pszenicą zakwitło, na chleb powszedni

Nad życiem ludzi zaczęłam rozważać
Tych, co już dawno, bądź ostatnio odeszli
Karty ich losu przeglądam uważnie
Tajemniczym są dla mnie, pisane pismem

Dlaczego jedni wpół drogi odeszli
Z kartą życia, które puste miało miejsca?
Dlaczego inni, z zapisaną trudami kartą
Dźwigają życie jak wielbłąd swe garby?

I choćbym dniem i nocą snuła swe domysły
Odpowiedzi nie znajdę, Bóg ją zna jedynie
Gdy karty życia studiuję, tych co już odeszli
Widzę ich gasnące marzenia, w płomyku znicza na grobie

I myśl przychodzi dziwna, może my jesteśmy
Kwiatami w ogrodzie Stwórcy swego, Pana?
Jedne kwiaty, choć pąkiem są zaledwie, rozsiewają zapach
Na zapach innych czekać trzeba, aż płatki rozłożą

I nikt z nas, tu na ziemi, szyfru życia nie zna
Tajemnicą go zakrył Bóg, Pan Życia i Śmierci
Lecz jedną przed nami odkrył tajemnicę
Iż wartość życia, skalą miłości się mierzy

I nie jest ważna długość życia w latach
Ilość stawianych domów, mostów, napisanych książek
Ważna jest miłość, którą Bogu i ludziom dajemy
Pamięć o tej miłości zdobi karty życia tych, co jeszcze nie odeszli.


31.12.2012 W swoim wspinaniu się na szczyt wiary, otrzymaliśmy cenne drogowskazy. Takim drogowskazem jest siedem Świętych Sakramentów: Chrzest, Bierzmowanie, Najświętszy Sakrament, Pokuta, Namaszczenie Chorych, Kapłaństwo, Małżeństwo. Siedem cudów dających moc trwania w wierze.


Góra Siedmiu Sakramentów

Dwie góry ujrzałam, pełne ludzkich istnień
I choć w ciemności tonęły
Jarzyły się na nich światła
Drogowskazy, szczyt ukazujące
Na jednej, siedem lamp jasnych świeciło
Na drugiej, setki  małych światełek drgało
Niesionych przez wspinających się ludzi
Kusiła mnie góra z migającymi światłami
Wyglądała jak świąteczna, kolorowa choinka

Jednak ciepły blask siedmiu świateł przyciągał wzrok
Miał moc obietnicy, nieznanej nadziei
Kim jesteś światło tej góry? - pytałam
Na moment napis ujrzałam: chrzest… bierzmowanie
Na górę siedmiu sakramentów wkroczyłam
I choć ciemność czarną wstęgą
Odgradzała światła kolejnych lamp
Widziałam wędrowców wspinających się śmiało
Jakby ktoś odwagi im dodawał

Pod żywym światłem KAPŁAŃSTWA, sylwetki kapłanów widziałam
Błogosławili, namaszczali chorych, spowiadali
W blasku lampy sakramentu małżeństwa
Ogrzewały się, przy życiodajnym ognisku
Pary młodych i starszych ludzi
Twarze wszystkich zdobił tajemniczy uśmiech
Jakby serca ich dotknęła świętość daru
Już niedługo szczyt góry, świt się budzi
Nadzieją pielgrzymów tej góry, wymodlony

Na szczycie góry, światło Eucharystii czeka
Sycą się nim spragnieni pielgrzymi
Tam sam Bóg bierze nas w objęcia
Łaską świętych sakramentów, szczyt możemy osiągnąć
Jeszcze miłosierne oczy, ku drugiej górze kierujemy
Jarzącej się nikłymi światełkami lampek
Do tych, którzy mocy własnego światła uwierzyli
Pustkę zastając na szczycie, w ciemność schodzą
Wskaż im Boże, błagamy, Górę Siedmiu Sakramentów
Świętą Górę Bożej Łaski.


Modlitwa błagalna


Duchu Święty, Boże, Duchu Miłości, błagam Cię
Niech ślepotę mych oczu, na piękno niewidzialne
Dotknie Twoja Miłość Miłosierna i rozerwie zasłonę cielesności
Niech siła Miłości Miłosiernej zawładnie mym sercem
A kawałki lodu rozpadną się z trzaskiem
Lodu, który ziębi, rani, złością i grzechem

Daj mi Duchu Święty, Duchu Miłości
Jedną kroplę łzy Jezusa z Getsemani, słoną i gorzką
Jedną kroplę krwawego potu Jego
Niech mocą ich świętości, przetrę oczy niewidzące
Niech egoizm serca i ciała utonie w nich
Jak tonie czarny ptak zła, czyhający na duszę

Daj mi Duchu Święty, Duchu Miłości
Taki bunt, który zabija złe myśli i czyny
Taką modlitwę, która ocala grzeszników
Taką wiarę, pod krzyżem Jezusa
Która nie odwraca się od Jego ran
Nie szuka ukojenia w świecie

Przelej na mnie Duchu Miłości, swego Ducha
Bym przyjmując Jezusa w Eucharystii
Wolę swoją, Jego woli poddawała
Bym milczeniem, na Jego ból, nie odpowiadała
Bym nie stała się obrazem wiary, zakurzonym, pozbawionym światła
Obok którego, Jezus przechodzi ze smutkiem

Daj mi Duchu Święty dar, trudnej miłości miłosiernej
Abym nie oceniała bliźnich według tego, co widzą oczy
Daj chęć walki o uzdrowienie dusz, modlitwą i czynem
Weź obraz mej wiary, przybity krzywo, moją niedoskonałością
A łaską swoją, daj mu czyste barwy Twego światła
I bądź przy mnie, gdy kruchą łodzią mej woli
Na ocean Twej woli, wypłynę.



Wodospad


Jak z wodospadu, bogactwem dźwięków
Spływa po skałach i kamieniach na świat
Czysta, źródlana woda, bożych łask
Tworząc wodną toń u jego stóp
Toń Miłości, Dobra i Piękna
Nikt nie zna głębokości tych wód
U wielu ludzi budzi lęk
Kamieni skalnych wodospadu wolą się trzymać
Stopy jedynie obmywać bezpiecznie
Każdy kamień to grzech człowieka
W stosy usypane, grzechy znane od pokoleń
Grzechy skamieniałe, w ostrych kształtach głazów
Agresywne, kaleczące, te same od wieków
I te wygładzone, z pozoru łaskawe w dotyku
Oszukańcze, ukrywające zło głęboko schowane
Spływa po nich czysta woda łask
Ciągle cierpliwie, miłosiernie
Czasem burzy się, białą pianą, bożego gniewu
Dla spragnionych jest ciepła od Miłości i Nadziei
Nad przeczystą tonią unoszą się aniołowie
Szepczą, rozbitkom na skałach świata:
Zanurzcie się w niej, oderwijcie dłonie i stopy od kamieni
Uwolnijcie swą wolę od lęków, nieufności, nienawiści
W tej wodzie bożych łask
Nikt nie utonie …
Przyjmijcie w niej, oczyszczający Chrzest Bożej Miłości.



Kim Jesteś dla mnie, Hostio Święta?


W życiu moim, uwiązanym do ludzi, miejsc i wydarzeń
Jesteś mocą niezwykłą
Podtrzymującą wątłe siły uwikłane w historię życia
Mocą napełniającą odwagą do walki
Ona nie pozwala ugiąć kolan ze strachu przed złem

Światłem Jesteś
Dla mej duszy popadającej w ciemność smutku
Światłem przypominającym o radości Zmartwychwstania
Życiodajnym lekarstwem na oschłość serca
Gorejącym płomieniem wypalającym zranienia

Miłością Jesteś
Ponad wszelkimi słowami, pieśniami pięknymi
Jakie człowiek potrafi stworzyć, nawet najczulszym sercem
Balsamem, po którym znikają blizny ran
A człowiek z ufnością podnosi się z upadku

Ręką Jesteś pomocną
Kiedy własny krzyż wydaje się zbyt ciężki
A oczy szukają miejsca, gdzie go porzucić
Chlebem stajesz się w ustach moich
Który święte chwile nadziei ofiarowuje

Modlitwą Jesteś
Wypełniającą, bez słów, serce moje przebaczeniem
Gdy na klęczkach żałuję za me grzechy
A oddech Pana mojego, z czystej hostii
Tchnieniem swym, wypełnia mą duszę

Radością Jesteś
Ścielącą się u stóp kapłana, zadziwioną cudem
Spotkania z żywym Bogiem, błogosławiącym
Radością, którą wypełniam ciało, serce, duszę
Boże, myślę, jest Miłość, która kocha mnie …
Kim Jesteś dla mnie, Hostio Święta?
Mocą, Światłem, Miłością, Modlitwą …
Jesteś Zbawicielem moim.



Co chciałeś mi Panie, powiedzieć?


Kiedy w milczącą adorację zapadła ma dusza
Obrazy ujrzałam jakby z dziecięcej bajki
Ku jasnej plamie, gorących promieni słonecznych
Owad mały, wspinał się ku górze
Deszcz spadł kroplami rzęsistymi
I mały owad zsunął się z pagórka
Po deszczu osuszył zmoknięte skrzydełka
I znów ponowił wspinaczkę ku promieniom słońca
Lecz jakby mało było tego trudu
Śnieg go przysypał białymi płatkami
Mimo to, owad przetrwał w śnieżnym puchu
I dążył uparcie ku promieniom słońca …

Cóż chciałeś mi Panie, powiedzieć, tą dziecięcą bajką
O naszej ludzkiej drodze ku Tobie, o walce w świecie, o wiarę
O walce, ze „śniegiem i deszczem” grzechów własnych i cudzych
W świecie pokrytym śmieciami zła, jak ów owad pod śniegiem
Ile wysiłku potrzeba, w samotnej nieraz walce ze sobą
By iść za Twoim światłem, a nie latarni blaskiem
By nogi swe zanurzać, nie tylko w trawach radości
Lecz szukać pomiędzy nimi, śladów krwi Pana naszego
Wiodących na Golgotę, gdzie czeka nasze zbawienie
Jak przetrwać pod kroplami, deszczu wątpliwości
Z nadziei słów Pana, moc czerpać i z Eucharystii
Gdy trud tej drogi poznasz, usłyszałam w sercu
Siła w tobie zakwitnie, zło jej nie pokona
I żaden deszcz, śnieg świata, nie wyrwie Mojej miłości do ciebie.



Iskra Miłości


Iskrą Miłości zostało dotknięte serce moje
Na pewnej mszy świętej
Tak nieoczekiwanie jak łaska niezasłużona
Radości doznałam
Unoszącej ciało ponad jego fizyczność
Jakby dusza wyrwała się ku nieznanemu pięknu
A Miłość przemawiała: pamiętam o tobie
Wpół drogi spotkały się nasze miłości
Moja, ciągle niedoskonała
I Ta, która jest doskonała
Ręce chciałam wyciągnąć i wołać: unieś mnie, Panie
Ku sobie …
Zabierz ze świata trudu i grzechu
Choćbym tylko szaty Twojej mogła się dotknąć …
Tak błogosławiona jest Miłość Twoja …
Jak dar, który wątłe serce objąć nie może
Jak źródło wiecznie płynącej wody
Dane nam dla radości nieprzemijającej
Dotknąłeś mnie, Panie, tylko iskrą Twej Miłości
Od żaru Twej miłości, być może spłonęłabym
Zalękniona tajemnicą Miłosierdzia
Daj, Panie, tej iskrze płonąć we mnie
Niech spala wszelkie złe myśli i grzech
Niech jej nie gasi żaden ból i cierpienie
Daj mi, Panie
Odwagę niesienia tej radości, której doznałam
Do tych, którzy iskier Miłości, w popiołach swego życia szukają.